Odpowiedni, odpowiadający, odpowiedzialny

Niedawno, na spotkaniu Pogadalni, już w pierwszych zdaniach Wielki Pogadalnik zdradził, że przyszedł z tematem, który dopiero co omawiał na zajęciach ze studentami. Było to tak, jakby ktoś przyszedł z biesiadowania przy ognisku i przyniósł na sobie znajome zapachy. Wywołał tym nie tylko przyjemne skojarzenia, ale równocześnie pobudził apetyt na pieczone kiełbaski oraz ziemniaki wyjmowane z popiołu i parzące palce podczas niecierpliwego obierania ze skórki. Zaś tym tłuszczykiem na brodzie i popiołem na palcach było zagadnienie odpowiedzialności. Konkretny wątek, który chciał kontynuować, to bycie odpowiedzialnym. Nie ukrywam, zaintrygowało mnie to, gdyż sądziłem, że rozmowa potoczy się w kierunku rozważań nad jednostką i jej poczuciem odpowiedzialności za siebie, względem siebie, przed samym sobą. A następnie jakie przynosi to następstwa wobec świata. Tymczasem dysputa potoczyła się w stronę odpowiedzialności, jaka zachodzi w relacjach z innymi ludźmi, odpowiedzialności za rodzinę, odpowiedzialnego traktowania obowiązków zawodowych, a nawet pra-odpowiedzialności Adama i Ewy i w tym kontekście zrzucania jej na kogoś… Szkoda. No, w każdym razie ja żałuję, że mój rozbudzony apetyt trafił na ziemniaka, który wytoczył się z popiołu i został surowy w środku.

Człowiek okazuje się odpowiedzialny, gdy odpowiadając za swoje czyny, nie wzbudzi wątpliwości, że zachował się odpowiednio. Odpowiedzialność to gotowość, ale i zdolność bycia odpowiednim i odpowiadającym. Odpowiadać innym z jednej strony przypomina to, jak komuś coś przypada do gustu; odpowiedzialność jest dobra, a ktoś dobry nam odpowiada, podoba się. Z drugiej strony to odpowiadanie na oczekiwania, potrzeby, wymogi. Niby wszystko to oczywiste, ale… Jak to jest z tą odpowiedzialnością? Czy aby stwierdzić, że zachowujemy się odpowiedzialnie, wystarczy nasze przekonanie o tym, nasze poczucie, iż jesteśmy odpowiedzialni? Wydaje się, że to za mało. Że musi to stwierdzić (potwierdzić) nasze otoczenie. Czyli to w oczach innych powinniśmy się jawić, jako odpowiedzialni. Tylko niby czemu czyjeś kryterium, czyjeś przekonanie ma być słuszniejsze od naszego?

Wyjaśnieniem może być to, że odpowiedzialność jest silnie zakorzeniona w systemie wartości. Zatem podobnie jak ocena moralna wynika z norm przyjętych przez ogół, tak i odpowiedzialność nie opiera się wyłącznie na indywidualnym mniemaniu jednostki.

Co wobec tego z tzw. ponoszeniem odpowiedzialności? Jeśli ktoś jest odpowiedzialny, to przede wszystkim przed kim? Mam tu na myśli, czy wystarczy, że przed wspomnianym otoczeniem? Bo skoro ono, jako ogół stanowi kryteria i pociąga do odpowiedzialności, to po co jeszcze wewnętrzne poczuwanie się do tejże. Z drugiej strony, bez czyjejś wewnętrznej refleksji przed wiekami, nie byłoby tworzenia norm powszechniejszych i obowiązujących. Czymś naturalnym musi być więc zarówno wewnętrzne poczucie odpowiedzialności, jak i podporządkowanie się ocenie ogółu. A przynajmniej to drugie, jeśli ktoś odpowiedzialnym nie jest.

No właśnie, a czy w ogóle można być nieodpowiedzialnym? Jeśli za „nieodpowiedzialne” zachowania ponosimy konsekwencje, to tym samym, w pewnym sensie jesteśmy pociągani do odpowiedzialności. Wprawdzie post factum, ale jednak. Wobec tego zawsze – prędzej czy później – jesteśmy odpowiedzialni. Aczkolwiek, można chyba wyobrazić sobie nieodpowiedzialne zachowanie, o którym nikt się nie dowie, a przy tym nie przyniesie złych skutków nam samym… I co wtedy?

Rodzi się pytanie, czy w takim razie można mówić o odpowiedzialności wobec siebie samego. Czy też robiąc głupstwo sobie, na własne życzenie, z własnym przyzwoleniem, a bez wpływu na innych ludzi i świat, nadal musimy myśleć o odpowiedzialności? Albo kolejna sprawa: czy człowiek, który zachowuje się odpowiedzialnie względem innych, który sumiennie wywiązuje się z odpowiedzialnych zadań, ma w ogóle prawo do bycia indywidualnie nieodpowiedzialnym (tak względem siebie)? Oczywiście jest to pewna niekonsekwencja, ale w końcu ludzie bywają różni. A wracając do wcześniejszej myśli: czy gdy ktoś zwykle zachowuje się odpowiednio, ale czasem pozwala sobie na jakiś wybryk, to równocześnie traci prawo do miana odpowiedzialnego. Innymi słowy, czy z odpowiedzialnością jest ten sam problem, co z cnotami. Albo zawsze znajduje potwierdzenie i jest czyimś udziałem, albo nigdy.

No dobrze, była mowa, że odpowiedzialność wiąże się z systemem wartości, ale czy może istnieć także poza wartościami. Przecież można potraktować pojęcie odpowiedzialności tak, jak pojęcie autorstwa. Czyli, mówiąc iż ktoś jest odpowiedzialny za jakiś czyn, mieć na myśli wyłącznie to, że jest jego autorem, wykonawcą. Bez orzekania o winie, bez oceny i wartościowania. Wszak ten sam czyn w różnych systemach etycznych lub prawnych może być różnorako interpretowany i osądzany (prawnie lub moralnie). A przecież sprawca i jego akt pozostają te same. Czy można być obiektywnie odpowiedzialnym, bądź nieodpowiedzialnym?

Inna kwestia; odpowiedzialność, jako pewna forma troski. A idąc tym tropem – czy bycie odpowiedzialnym za siebie i wyjątkowa troska o swoje dobro nie jest jakąś formą egoizmu. Pytanie z drugiej strony, czyż hołdowanie egoistycznym zachciankom nie bywa zwykle nieodpowiedzialne. To pachnie paradoksem. Może zatem odpowiedzialność powinna przede wszystkim mieć charakter altruistyczny, skierowany na zewnątrz, w stronę interakcji z drugim człowiekiem.

Czy jednak odpowiedzialność zawsze ma kontekst międzyludzki? Czy mówimy o niej tylko wówczas, kiedy pewne czyny lub zaniechania spowodowały coś w relacjach z innymi ludźmi (lub generalnie ze światem)? A co, dajmy na to, z sytuacją zaistniałą niekoniecznie na zasadzie działania czynnego, wpływania na otoczenie – ale na zasadzie nieodpowiedzialności wewnętrznej. Czy niedorzeczne myślenie, głupie pomysły, absurdalne hipotezy, porzucone i bez dalszych konsekwencji, należy uznać za nieodpowiedzialne. Wraca tu pytanie, czy zachowanie wobec siebie również podlega klasyfikacji pod względem odpowiedzialności?

Nasuwa się jeszcze kwestia poczytalności. Ogólnie rzecz biorąc, odpowiedzialność za jakiś czyn może zaistnieć jedynie wtedy, gdy dany człowiek zrobił to będąc wolnym w swoich działaniach. Zatem czyn wymuszony, lub dokonany pod wpływem środków chemicznych, albo po urazie głowy, bądź w ogóle przy ułomności umysłowej – bywa traktowany inaczej. Jeśli te okoliczności nie usprawiedliwiają, to są łagodzące, a nawet uwalniają od ponoszenia odpowiedzialności. A przecież taki człowiek, jako autor zdarzenia, w tym sensie odpowiada za jego zaistnienie. Czy kiedy ktoś działa nieświadom wartości swego czynu, to go oczyszcza z winy? Czy jeśli nie potrafi przewidzieć skutków swego działania, bo ma ograniczone zdolności logicznego myślenia, to jest zwolniony z odpowiedzialności? W sensie autorstwa raczej nie!

A co gdy dany czyn zostaje popełniony wspólnie przez osoby o różnym stanie umysłu? Co ze współodpowiedzialnością? Czy faktycznie istnieje coś takiego, jak rozproszenie odpowiedzialności, czy to tylko eufemizm dla de facto odpuszczenia sobie szczegółowych dociekań. Czy odpowiedzialność kolektywna, albo zbiorowa, może być łagodząca dla wewnętrznego poczucia odpowiedzialności każdego członka tej grupy z osobna? Gdy ktoś jako sędzia wydaje wyrok w pojedynkę to bierze na siebie większą odpowiedzialność, niż gdyby wyrokował w ten sam sposób w gronie dwunastu jednomyślnych sędziów? Czy kiedy ktoś skacze do wody w niebezpiecznym miejscu, to odpowiedzialność za siebie będzie inna, niż wtedy, gdy skacze cała grupa kolegów; i co z jego odpowiedzialnością za innych? Czy kiedy grupa pseudokibiców demoluje wagon, to ich odpowiedzialność zbiorowa dotyczy ogólnie całego wagonu, czy należy uwzględnić, że ktoś tylko wybił okno, ktoś inny jedynie urwał półkę, jeszcze inna osoba wyłamała drzwi, a inna tylko pocięła nożem fotel? Gdy jeden człowiek kopnie drugiego, to odpowiada za pobicie, ale gdy kopnie go wraz z dziesięcioma chuliganami, to już bierze udział w czymś poważniejszym, może nawet w zabójstwie? Można by więc uznać, że ten sam czyn popełniony w grupie nie powoduje rozproszenia odpowiedzialności, lecz zwiększenie jej rangi.

W powyższych akapitach wiele razy padało: czy? Mam odczucie, że każde z tych pytań, to ziemniak, którego nie znaleziono w popiele. Ziemniak, który nie nasycił ciekawości. A takich ziemniaków jest przecież więcej.

Kłaniam, Martinus.

3.2/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *