Archiwum autora: Martinus

Świat bez świąt

W starożytności (przynajmniej tej greckiej), aby ubliżyć czyjejś inteligencji, nazywano go abderytą. Wszystko dlatego, że mieszkańcy Abdery uchodzili za głupich. Do takiego stereotypu z pewnością nie pasował Demokryt z Abdery. I to wcale nie z powodu większej łatwości wyróżnienia się na (że tak powiem) pustym tle. Do właśnie jego mądrości chciałbym się teraz odwołać; powiedział on: Życie bez świąt jest jak długa droga bez zajazdów, w których podróżny mógłby się pokrzepić i wypocząć. Co prawda, istnieje także wersja tego cytatu mówiąca to samo o radości, ale czyż świętowanie nie bywa często silnie z radością splecione. W innym miejscu nasz wybitny abderyta stwierdził: Spośród rzeczy przyjemnych, te radują najbardziej, które się zdarzają najrzadziej. Te słowa również można odnieść do świąt, których wyjątkowość niejednokrotnie pokrywa się z rzadkością. Codzienne świętowanie spłaszcza i upowszednia wymowę obchodów.

***

Ludzie od zarania swych dziejów świętowali. Albo uznawali jakieś cykliczne zdarzenia za wyjątkowe, ważne, lub mające boskie pochodzenie, albo wspominali coś istotnego z ich historii i pamięć ową celebrowali. Powody mogły być różnorakie; bojaźń wobec bogów, szacunek dla przodków, chętne wspominanie i odświeżanie radosnych przeżyć, czy podniosłych chwil, bądź… zamiłowanie do wspólnego biesiadowania z motywem przewodnim. Czy pierwsze święto zrodziło się z wewnętrznej potrzeby i upodobania, czy z respektu i poczucia powinności – nie wiem. Może zaczęło się od tego, że w dawnych czasach, w jakiejś grupie siedzącej przy ognisku, ktoś nagle wyskoczył z pytaniem: A pamiętacie, jak równo rok temu…?

No dobrze, świętujemy i najwyraźniej to lubimy. Nie wnikam w powody. Nurtuje mnie jednak pytanie, czy święta są nam potrzebne – tak religijne jak i te świeckie. Mam nadzieję, że nie narażę się na zarzut obrazoburstwa, ale sądzę, że moglibyśmy żyć bez świąt. Coraz więcej ludzi udowadnia to własnym przykładem: nie uczestniczą w obchodach, traktują ten okres, jako dni wolne i wyjeżdżają sobie do ciepłych krajów, albo na narty, planują mały remoncik, albo nadrabianie różnych zaległości. Znajdują szereg pretekstów oraz wymówek, by przykładowo w czas bożonarodzeniowy nie spotykać bliskich i nie wpakować się w nudne siedzenie przy stole, przed telewizorem, w niezręcznym milczeniu, bądź w atmosferze jeszcze bardziej niezręcznych rozmów, pełnych niewygodnych tematów. Unikają konfrontacji, by nie musieć się z czegoś tłumaczyć, kogoś przepraszać, albo – co nieraz trudniejsze – komuś wybaczyć. Nie biorą udziału w uroczystościach, a mimo to, tudzież dzięki temu, odczuwają większe zadowolenie, niż zmuszając się do kultywowania tradycji.

Mniemam, iż moglibyśmy żyć bez Świąt Bożego Narodzenia, bo kilkanaście wieków temu ludzie bez nich żyli, zanim powstała tradycja ich obchodzenia – jakoś sobie radzili. A i dziś dla kilku miliardów ludzi nie mają one większego, a przynajmniej osobistego znaczenia. Możliwe też wydaje się życie bez jakichkolwiek świąt – choć, przyznaję, co to za życie. Nie chodzi przecież tylko o to by żyć, ale żeby jakość życia była optymalna. A wyróżnianie pewnych okoliczności i nazywanie ich świętem, okraszanie rytuałami i ceremoniałem, sprawia, że życie staje się barwniejsze, urozmaicone, bogatsze. Te wspomniane miliardy, nieobchodzące naszych świąt, mają przecież inne, swoje, które dla nas są obce i obojętne. Dzięki świętom człek ma szanse podkreślić wartości, które są dlań ważne, albo i najważniejsze.

Z drugiej strony, co stoi na przeszkodzie, by podkreślać to w różnym czasie, w inny sposób, z większą dowolnością, kiedy po prostu najdzie nas ochota, albo wewnętrzna potrzeba. Jasne, że uzgadnianie wspólnego świętowania w określonym momencie gwarantuje szerszy oddźwięk, uwidocznia jak wielką grupę łączy dany kult, daje poczucie wspólnotowości, wzmacnia wrażenia… Jednak po prawdzie to swoista socjotechnika, wspólne manipulowanie swoimi reakcjami, samonakręcanie się, włączanie w korowód, który w zasadzie często bywa kieratem, gdzie osiołki kręcą się w kółko, napędzając świąteczną maszynerię. Żeby było jasne: obchodzę święta i czerpię z tego radość, aczkolwiek pewnie mniejszą niż w latach dziecięctwa. Człowiek się zmienia i tradycja wraz z nim. Raz zdarzyło mi się świętować wyłącznie z żoną i w tym roku, z powodu pandemii sytuacja się powtórzy. Mimo iż nie ma presji na przygotowanie wyjątkowej oprawy, mimo że moglibyśmy urządzić sobie trzy niedziele z rzędu, to jednak świątecznych akcentów nie odpuściliśmy.

Potrafię jednak wyobrazić sobie ich brak i spędzenie tego czasu, jak każdego innego wolnego. Dostrzegam, iż nie wszystko wygląda, jak dawniej, lecz wiem, że nie musi – tzw. tradycja to nie skamienielina, lecz plastyczny twór, który formował się przez szereg lat i nadal ulega przekształceniom. Skoro niegdyś świętowanie odbywało się na inne sposoby, to i w przyszłości przybierze inną postać. Może właśnie taką liberalną, niczego nienarzucającą, pozwalającą każdemu dowolnie gospodarować swym wolnym czasem i nie piętnującą apostatów oraz apatriotów. Może tłumne, publiczne świętowanie kiedyś zaniknie. Może nawet jubileusze, imieniny i prywatne rocznice przestaną stanowić okazję do spotkań, współdzielenia radości, przywoływania pamięci… To wszystko może kiedyś. A obecnie? Czy potrzebujemy obchodzenia świąt, czy jednak potrafimy się bez nich obejść? Czy odrzucając świąteczne nakładki kulturowe tracimy jakąś część siebie, swojej tożsamości, czegoś co nas identyfikuje i dookreśla? Czy też potwierdzenie siebie, swojej społecznej przynależności można z powodzeniem znaleźć w innych obszarach?

A świat bez świąt? Nie wydaje się to szczególnie karkołomnym zadaniem dla wyobraźni. Człowiek jest zdolny przyzwyczaić się do nowych okoliczności; trudność polega na tym, że żyje wśród innych. Gdyby nagle wszyscy zaprzestali świętowania, pewnie byłoby łatwo zmienić nawyki. Natomiast, gdy ktoś chce zerwać z tradycją a wokół widzi osoby, które ją kultywują, widzi cudzą radość, czyjeś szczęście, udział innych w czymś wyjątkowym – to robi mu się przykro i ma poczucie straty. Można by wręcz zaryzykować stwierdzenie, że niektórych w trwaniu przy obchodach trzyma zazdrość.

A przecież Demokryt poucza, że człek zazdrosny sobie samemu szkodzi, że: Zazdrośnik sam siebie dręczy jak najgorszy wróg. I nawet jeżeli ktoś z własnej woli się wykluczył, to jednak często dostrzega w ogólnym bilansie nie tylko zyski. Stara się wówczas racjonalizować swoją postawę i dopisuje kolejne argumenty do listy odnoszonych dzięki niej korzyści. A gdy mimo to wciąż brak mu świątecznej atmosfery, wtedy znajduje, bądź buduje takową na innym polu, z innym przedmiotem obchodów i celebracji. Niekoniecznie mniej wartościowym substytutem, po prostu innym.

Sam, przyznaję, nie biorę już świąt z pełnym dobrodziejstwem inwentarza. Zaniechałem praktyk religijnych i stronię od niektórych sytuacji, jak na przykład organizowanie spotkań opłatkowych. Po części dlatego, że nie potrafię składać życzeń z marszu, improwizując. Ale nie tylko dlatego. Na takich imprezach często pojawiają się osoby albo mi obojętne, albo budzące mą niechęć, a ja – nie chcąc psuć atmosfery, a po trosze nie chcąc okazać się aspołecznym grubianinem – ściskam im dłonie i składam nieszczere życzenia. Puste to, zbędne, wymuszone, fałszywe… Jeśli jest ktoś, komu chcę z serca życzyć jakiegoś dobra, ktoś na tyle mi bliski, aby zasługiwał na moje względy, otwartość czy jawne wzruszenie, to znajdę sposobność aby mu kilka ciepłych słów powiedzieć, lub inaczej dać to do zrozumienia – nawet bez łamania opłatka.

Inna sprawa, to czy składanie życzeń, niczym zaklinanie losu, w ogóle ma sens. Osobiście wątpię w sprawczą moc życzeń. Gdyby taka miała miejsce, wszyscy bylibyśmy zdrowi, szczęśliwi, bogaci, zadowoleni z kariery, dumni z dzieci, długowieczni i kochani. Gdyby spełniły się zeszłoroczne życzenia zdrowia, składane z siłą miliardów serc, to w tym roku śmierć nie szalałaby kosą pandemii. Jednakowoż niemoc życzeń ma i dobrą stronę – nie spełniają się również te złe i nienawistne. Trzeba pogodzić się z faktem, że ludzkie słowo ma nikłą siłę w zmaganiach z losem. Natomiast mają życzenia pewną pozytywną właściwość; ujawniają, kto jest nam życzliwy, kto chce naszego dobra, kto życzyłby sobie, aby nam się dobrze wiodło, komu zależy na naszym dobrostanie, lub nawet szczęściu. Jest jeden warunek. W składaniu życzeń ważna jest szczerość i czystość intencji.

Pomijając, że wątpię w sprawczą moc życzeń i składam je raczej tak na wszelki wypadek – to jednak lubię życzyć komuś tego, czego pragnie. Żeby to było możliwe, trzeba taką osobę bliżej znać, wiedzieć o jej potrzebach, troskach, uczuciach. To i tak nie gwarantuje trafności życzeń, ale w znacznym stopniu przybliża. W przypadku, gdy kogoś nie znam dobrze, ale czuję doń nić sympatii, uciekam się do uniwersalnych pojęć, pod które każdy podstawi, co mu dyktują indywidualne skojarzenia. Z najbliższymi wystarczy mi wymiana spojrzeń i wiemy bez słów, ile dobrych myśli ku sobie kierujemy. Tymczasem na spotkaniach opłatkowych najczęściej słyszę życzenia na chybił trafił, gdy ktoś arbitralnie wybiera, co los ma mi przynieść i wciska mi swoją wizję szczęścia, swoje wyobrażenie dobra, pomyślności, sukcesu. I najgorzej, gdy przybiera to protekcjonalną formę, bo ktoś wie lepiej, czego mi brak. Czyż to nie jakaś zarozumiałość, buta i, de facto, absurd.

***

Myślę, że już byłoby piękniej, jakbyśmy stali się dla siebie nawzajem życzliwi, zamiast życzeniowi – a życzenia składali szczerze, niepublicznie, w kordialnej, kameralnej atmosferze. I znajdujmy powody by prawdziwie świętować, by się pokrzepić i wypocząć. By nie skazywać się na los zazdrośnika, który wrogim spojrzeniem zagląda w okna radujących się ludzi, zamiast być jednym z nich. Tegoroczne Boże Narodzenie upłynie w cieniu pandemii. Nie bez racji Demokryt zauważył, iż: Ludzie błagają Boga o zdrowie. Nikt jednak ze śmiertelników nie myśli, że zachowanie zdrowia leży w jego własnych rękach. Zachowujmy zatem ostrożność. Niektórych rzeczy nie dostąpimy w tym trudnym czasie. Tym większy nacisk warto położyć na wszelkie dostępne formy świętowania. Potwierdzają się słowa filozofa z Abdery: Mądry jest nie ten, który martwi się z powodu niedostatku, lecz ten, który cieszy się z tego, co ma. Ja opłatek podzielę tylko na pół, ale będę czuł się szczęściarzem, wiedząc, iż niektórzy zjedzą swój w całości.

Kłaniam Martinus

5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Entliczek, pentliczek, czerwony guziczek… Sorry, Edyto!

Stara podwórkowa wyliczanka pomagała losowo wskazać ofiarę zabawy, kończąc się słowami: … na kogo wypadnie, na tego – bęc! Podczas spotkania Pogadalni, dziwnym trafem bęcki zebrała, Bogu ducha winna, Edyta Stein. Nie od wszystkich, rzecz jasna, nie od znaczącej części nawet. Właściwie to tylko ode mnie, a i to nie intencjonalnie. Jednakowoż wywołałem oburzenie. Po prostu, w moim odczuciu filozofka ta wpisuje się w pewien szczególny zbiór autorów. Ale po kolei.

***

Czy faktycznie: Bogu ducha winna? Osobiście uważam, że niczego Bogu nie jesteśmy winni. Nie rodzimy się po to, by być Jego dłużnikami. Ja się na ten świat nie wpraszałem, ba! nawet nie byłem chcianym i wyczekiwanym przez rodziców. Dlaczego miałbym komuś być wdzięczny za wpakowanie mnie w taką rzeczywistość. Poza tym, czy Bóg czegoś od nas potrzebuje? Ośmielam się powątpiewać. Gdyby czegoś od nas chciał, oznaczało by to, że czegoś Mu brak. Pragnienie, potrzeba, czy chęć rodzą się z jakiegoś niedoboru. Tymczasem Absolut jest samowystarczalny, samoistny, jest doskonałością i pełnią – bez braków. Ponadto, Bóg, gdy wyraża chcenie, a więc pewną swoją wolę, jako wszechmogący w zasadzie od razu to uzyskuje – Jego wola ma moc sprawczą, jej treść od razu się dzieje, ziszcza, bez względu na przykładowo chcenia ludzkich dusz. Sądzę, że ludzkie dusze ani nie są Bogu do niczego potrzebne, ani też nie mają wobec Niego żadnego długu. Jeśli ktoś zechce Mu powierzyć swojego ducha, czy nawet całe swoje jestestwo, to jako dobrowolny dar, a nie zwrot pożyczki.

|  Edyta-Stein – Teresa Benedykta od Krzyża

A co z drugim znaczeniem powiedzenia: Bogu ducha winna? Tym metaforycznym, przez który rozumiemy, że chodzi o osobę niewinną, niesłusznie czymś dotkniętą… Czy Stein rzeczywiście nie zasłużyła sobie na moją dezaprobatę? Mam powody uważać, iż przynajmniej nie zasługuje na same peany i pochwały. Wyjaśnię przy okazji, do jakiego to kręgu osób ją zaliczyłem.

Historia jest pełna odkrywców, wynalazców, twórców i nowatorskich myślicieli. W różnorodnych dziedzinach, z różnoraką biegłością i na różną skalę dokonywali swych dzieł, wierząc w ich wartość i sensowność. Edyta Stein zajmowała się m.in. fenomenologią i na jej podwalinach stworzyła własną teorię poznania tzw. filozofię wczucia. Nie będę jej przybliżał, bo ani nie jestem znawcą tematu, ani nie ma to znaczenia dla niniejszego wywodu. Dość powiedzieć, że w kręgu osób zainteresowanych fenomenologią zrobiła duże wrażenie. A w szerszych kręgach?

W moim przekonaniu, o wielkości odkrywczej myśli, decydują dwa podstawowe aspekty: wpływ na losy świata i użyteczność. Zdarzały się w dziejach takie odkrycia, które wpłynęły jeśli nie na zmiany w całym świecie, to przynajmniej jego znaczącej części. Ewentualnie wywarły wpływ na jakiś kraj, albo przynajmniej społeczeństwo. Z ich użytecznością bywa różnie, gdyż większość przebrzmiała, wygasła i została zastąpiona kolejnymi, które też z czasem wychodziły z użycia. Niemniej poniektóre dzieła ludzkiego umysłu nadal są w użyciu, okazują się pożyteczne, a nawet niezbędne. Czego nie mogę powiedzieć o filozofii wczucia.

Zanim Stein sformułowała swe odkrywcze poglądy, setki pokoleń całkiem nieźle radziły sobie w otaczającym świecie. Do tego, aby wieść szczęśliwy żywot nie było im potrzebne fenomenologiczne wejrzenie i wczucie się w drugiego człowieka, czy wnikanie w inne byty. Co więcej (a co gorsze dla Edyty), po odkryciu tej prawdy naszym oczom, ludzkość właściwie obeszła się z nią obojętnie. Nie było światowego przewrotu umysłowego, czy duchowego, nie wdrożono tej myśli do powszechnego systemu edukacji, nie głosi się jej z ambon, nie porusza na rynkach, nie omawia przy kawiarnianych stolikach, albo podczas gawęd przy ognisku. Poza wąską grupą znawców i wyznawców (bo filozofia wczucia została przez Stein fenomenalnie spleciona z religią) nikt tego na co dzień nie używa. Dla mnie to wystarczający argument, by tematu nie przeceniać. I, co za tym idzie, nie było aż tak bardzo niezasłużone owo wywołane na wstępie: bęc. Czasami przypadkowy cios, losowa eliminacja, dziecięca wyliczanka – mimo znamion kaprysu fortuny – okazują się sprawiedliwe.

***

Edyta Stein była przekonana, iż wczucie możliwe jest nawet w samego Boga. Jako doświadczenie fenomenologiczne i jako doświadczenie cudzej świadomości w ogóle. Popierała to przykładem wyjątkowo religijnych ludzi, którzy w podobny sposób doświadczają Boga. I nawet jeśli – co zasugerowałem – nie była Bogu ducha winną, to poddając mu swą duszę, odnalazła w tym spełnienie. Jako Żydówka, przyjmując chrzest, bierzmowanie i śluby zakonne dokonała przewrotu w swoim świecie, a jako wzór dla innych, ma wpływ na ich światy. Szukała prawdy i znalazła ją w Bogu. Można rzec: szczęściara. Póki jednak filozofia wczucia nie odciśnie piętna na losach miliardów, będę zaliczał Edytę do grona autorów, których odkryć mogłoby nie być i… cóż – bęc!

Kłaniam Martinus

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Po co nam koszmary

Po co człowiekowi koszmary? Człowiek źle reaguje na niewłaściwie przespaną noc. Złe sny zaburzają spokój, odbijają się na psychice, mają negatywny wpływ na funkcjonowanie organizmu za dnia. Dlaczego więc mózg generuje straszne obrazy, skoro w ten sposób szkodzi swemu właścicielowi, a w sumie i samemu sobie?

| Goya. Gdy rozum śpi budzą się demony.

Kto sypia regularnie, ten codziennie umiera. Skąd ta konstatacja? Stare przysłowie Pigmejów mówi: Spać czy umrzeć – to jedno i to samo. A jednak, mimo, że ludzie boją się śmierci, to zasypiania już nie tak bardzo. No, są sytuacje wyjątkowe, kiedy podejrzewają, iż podczas snu, gdy są bezbronni, spotka ich coś złego – ze strony pozostawionej poza świadomością rzeczywistości, bądź… w samym śnie, mrocznym, koszmarnym, gęstym, obezwładniającym. Wszak: Człowiek śpiący to człowiek zniewolony – co zauważył Dannie Abse. Nie mamy władzy nad sobą we śnie, ani wpływu na wydarzenia, które śnimy; zostajemy uwikłani w przeżywaną historię, skazani na bezwolny udział w sennych fantazjach. I trudno wyjaśnić, kto pisze ich scenariusz.

A propos scenariuszy, zwłaszcza dramatycznych; pod koniec pierwszego aktu Hamlet przymusza Marcellusa i Horacego do przysięgi. Mają zachować w tajemnicy, że nocą ukazywała im się zjawa zmarłego króla. Do przysięgi nawołuje ich również sam duch głosem spod ziemi. Horacy stwierdza, iż to są rzeczy niepojęte. Shakespeare zaś młodemu Hamletowi wkłada w usta słowa, które (w nieznacznie zmienionym brzmieniu) trafiły do powszechnego obiegu i co rusz pojawiają się w roli komentarza do czyjegoś zadziwienia:

Więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie,
Niż się ich śniło waszym filozofom.

Jak widzimy, orzekł, jakoby filozofowie nie tylko w obszarze świadomych dociekań, ale nawet w onirycznej sferze nie byli zdolni ogarnąć wszystkiego, co ludzi otacza. Jednakowoż, mimo przytyku do myślicieli, w gruncie rzeczy ich komplementował. Uznał za ostatnią instancję, na którą można jeszcze liczyć w rozstrzygnięciu trudnych zagadnień. I najwidoczniej zakładał, że treść ich marzeń sennych jest bogatsza, niż przeciętnego śpiocha. A jeśli filozofy nawet we śnie czemuś nie podołają, to już nikt nie da rady. Swoją drogą ciekawe, o czym śnili niegdysiejsi a o czym śnią obecni filozofowie. Czy mają zarozumiałe koszmary np. o podawanej im cykucie? Czytaj dalej

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLII – czyli dziecko dziecku dorosłym

Pierwszy poniedziałek miesiąca mieliśmy w zwyczaju spędzać na rozmowach w formule filozoficznej kawiarenki. Co prawda obostrzenia epidemiczne zelżały, ale mimo to nie spotkamy się jeszcze twarzą w twarz. Aby jednak mózgi nie rdzewiały, postanowiłem je trochę naoliwić. Nie insynuuję bynajmniej, że komuś brak oleju w głowie, a jedynie wykazuję nieco zuchwałą zapobiegliwość. I polecam domową filiżankę kawy, jako dodatek do niniejszej lektury.

Tak się złożyło, iż czeka nas Dzień Dziecka; pokusiłem się zatem napisać coś a propos. Tylko cóż ja mogę powiedzieć o dzieciach. Zwłaszcza, że nie mam własnych (aczkolwiek z innego powodu, niż np. Tales, który spytany, dlaczego się nie postarał o potomstwo, odparł że: Z miłości do dzieci). Z braku refleksji po własnych doświadczeniach, postanowiłem posiłkować się mądrością zapisaną przez poprzednie pokolenia. Pominę jednak zdobycze myśli pedagogicznej i historię wychowania, a zaprezentuję wyrwane z kontekstu cytaty – te znane ale i te znane dużo mniej. Wszystko po to, aby pokazać, jak wyglądało podejście do dzieci i wychowania w różnych epokach i na różnych kontynentach.

 

Kiełkowanie, ząbkowanie

Mamy takie polskie przysłowie: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. I prawda owa niezmiennie znajduje swoje potwierdzenie. Ciekawe, czy jej autor wpadł na nią samodzielnie, czy może sparafrazował starożytną myśl asyryjską z VIII wieku przed Chrystusem: Jeśli kiełek nie jest zdrowy, nie będzie łodygi ani nasienia. Zakładam, iż stać było naszego słowiańskiego przodka na samodzielność – choć założenie swoje opieram nie tyle na wierze w zdolność obserwacji i twórczego jej opisu, ile na powątpiewaniu w dostęp do mądrości starożytnej Asyrii.

Tak, czy inaczej, Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał – z tym, że za uczenie się Jasia odpowiadają też dorośli. Afrykański lud posługujący się językiem Twi mawia: Dziecko przykuca obok starszych. Przykuca, obserwuje i naśladuje. Jak zauważył Johann Wolfgang von Goethe: Mielibyśmy doskonale wychowane dzieci, gdyby ich rodzice byli dobrze wychowani. I jest sporo racji w opinii, że nie tyle przez dorosłych są wychowywani, ile na przykładzie dorosłych wychowują się dzieci. Jakie matki, takie dziatki. Obrazowo nakreślił to Peter Ustinov stwierdzając, że: Rodzice są kośćmi, na których dzieci ostrzą sobie zęby. A może jednak miał coś innego na myśli. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLI – czyli niesprawiedliwość piękna

W tym miesiącu filozoficzna kawiarenka podporządkuje się rygorom pandemii. Toteż będzie wyglądała tak, że zainteresowani zaparzą sobie kawę w domu. Postanowiłem jednak coś do tej kawy dodać.

***

Jest niewątpliwie kwestią indywidualną to, na jakie elementy wyglądu w pierwszej kolejności zwraca się uwagę, choćby patrząc na mijanych lub spotykanych ludzi. Ktoś najpierw taksuje wzrokiem całość sylwetki, a potem przygląda się twarzy; ktoś inny najpierw skupia się na ładnych rysach, a potem przygląda reszcie; jeszcze ktoś zwróci uwagę na którąś część ciała, np. zgrabność pośladków, albo szerokość barków, a dopiero potem ich proporcje względem całości. Tak, czy inaczej, dopiero znalezienie u kogoś tego, co nas ujmuje, co niejako opromienia i w połączeniu z resztą olśniewa – jest decydujące w ocenie. Zauważył to w swoim czasie św. Tomasz, stwierdzając: Piękno polega na właściwej proporcji i blasku.

Zasadniczo jednak w kwestii powierzchowności, kiedy mówimy o kimś, że jest piękny, lub szpetny, to odnoszę wrażenie, iż mamy na względzie przede wszystkim twarz. Ona jest niejako wizytówką, podstawowym elementem identyfikacyjnym, a jednocześnie nośnikiem cech, które wpisują się, bądź nie w przyjęte kanony urody. I nawet kiedy znamy kogoś tylko ze słyszenia – dlatego, że poznaliśmy go telefonicznie, albo słuchamy jego głosu w radiu, ewentualnie na nagraniach – to często wyobrażamy sobie jego wygląd; jakby kojarząc z głosem pewien typ człowieka. I raczej słuchając tubalnego, tudzież szorstkiego głosu, nie mamy przed oczami drobniutkiej sylwetki o dziecięcych rysach twarzy. A wysoki, piskliwy głosik nie pasuje nam do grubo ciosanego draba. I nasze postrzeganie osób, w tym dopisywanie im pewnych cech charakteru, jest jakoś powiązane z wyrazem twarzy, jej mimiką, a nawet stopniem zadbania.

Narodziny_Venus_Sandro_BotticelliNiestety, oceniamy ludzi po wyglądzie. Co więcej, wydaje mi się, iż czasami, kiedy ktoś ma piękną twarz, to ludzie są w stanie przymknąć oko na pewne mankamenty reszty jego ciała. Rzadziej chyba gotowi są uznać osobę za atrakcyjną, gdy ma wyjątkowo zgrabne ciało, ale przy tym brzydkie rysy twarzy. Czemu o tym wspominam? Otóż, okoliczności epidemii sprawiły, iż niemal wszyscy noszą maseczki. Zatem na mieście można spotkać więcej potencjalnie pięknych ludzi. I tym samym potencjalnie lepszych. Gdyż komuś o miłej dla oka aparycji, na ogół przypisujemy dobre cechy charakteru. Nierzadko bezpodstawnie. Czytaj dalej

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta – czyli sami ze sobą

Pandemia koronawirusa uniemożliwi spotkanie Pogadalni w formule filozoficznej kawiarenki. Postanowiłem więc przygotować temat, który z jednej strony będzie refleksyjny (choć częściej psychologicznie niż filozoficznie), a z drugiej jednocześnie nawiąże do zbliżających się świąt. Tym sposobem nie będę dwukrotnie zakłócał spokoju.

            Niezwykłe to będą święta. Chyba pierwsze takie od ponad stu lat, czyli od epidemii grypy zwanej „hiszpanką” (aczkolwiek przywleczonej z USA). Najprawdopodobniej nie udamy się do kościołów, pewnie nie zjemy święconki, nie spotkamy się ze wszystkimi bliskimi. I tak, jak za zwyczaj w życzeniach padają zwroty: spokojnych i rodzinnych…, radosnych i spędzonych w rodzinnym gronie…, w zdrowiu i ciepłej rodzinnej atmosferze… tak obecnie, w przypadku wielu osób należałoby się wystrzegać tych familiarnych sformułowań. Już niejedna rodzina uzgodniła, że jej członkowie na święta nie zjadą się, by zasiąść do wspólnego stołu.

            Wielu z nas święta spędzi w pojedynkę; dla niektórych nie będzie to nowe doświadczenie, lecz pozostali zmierzą się z wyjątkową sytuacją. Więcej szczęścia będą miały te rodziny, zwłaszcza liczniejsze, które i tak nigdzie nie jeździły, ani nie podejmowały gości. O ile więcej będą miały wspomnianego szczęścia? – trudno oszacować. Szczególnie, że od dłuższego czasu zmuszone są do ciągłego przebywania w komplecie pod jednym dachem, co bywa sporym wyzwaniem. Czyż to nie zastanawiające, że ani nie łatwo znosić stałą obecność tych samych osób, ani długotrwałe przebywanie w pojedynkę. To pozwala częściowo zrozumieć, na czym polega dotkliwość kary więzienia. Czytaj dalej

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XL – czyli jak Platon został kobietą

Zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, toteż spotkanie Pogadalni odbędzie się w formule kawiarenki filozoficznej. Jako że kalendarz sytuuje w pobliżu Dzień Kobiet, postanowiłem na swój sposób refleksyjnie to uwzględnić.

***

Wszystkich – bez wyjątku – którzy zetknęli się z dziełami Platona, wielce raduje to, że powstały i zachowały się do naszych czasów. Jednych dlatego, że podziwiają, bądź podzielają ów tok myślenia – innych dlatego, że mają twarde dowody przeciwko autorowi. A przynależy on do tych szczęśliwców (lub pechowców – w zależności kto ocenia), których dorobek zachował się właściwie w komplecie. Ba, zostało po nim nawet więcej tekstów, niż sam napisał. Pomyślmy jednak, co by było, gdyby całą spuściznę po tym filozofie stanowiło tylko jedno zdanie. Coś jak: Carpe diem Horacego – albo Heraklitowe: Panta rhei. Gdyby ostał się wyłącznie jeden wers i może trochę ogólnych relacji o Platonie w zapiskach innych postaci historycznych, które znały tego myśliciela i słyszały o jego wydumanych ideach.

Trafiłem na jedno takie zdanie, że gdyby to właśnie ono było wszystkim, co przetrwało po Platonie, malowałby się dość ciekawy obraz jego filozofii. Z wypowiedzi tej, jakkolwiek krótkiej można wyciągnąć szereg zaskakujących wniosków. I żeby było ciekawiej, od nich zacznę, nie zdradzając cytatu, jaki mnie ku nim sprowokował.

Mam powody przypuszczać, iż Platon uważał, że zło i ludzkie słabości są w pewnym stopniu koniecznością. Warunkiem wręcz, jeżeli ludzki ród ma uniknąć wyginięcia. A skoro to zapewnia nam przetrwanie, to w jakimś sensie jest dla nas dobre. Dochodzimy zatem do paradoksu: oto zło, które w nas tkwi i czasem dochodzi do głosu, to samo, które powoduje upadek człowieka, jednocześnie pozwala ludzkości wciąż istnieć. Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXIX – czyli rozbłyski rzeczywistości

            Odnoszę wrażenie, że większość ludzi, jeśli już się zastanawia nad wyglądem świata, to wyznaje przekonanie, że świat jest w ciągłym procesie, że stale ulega zmianom. Co światlejsi zaś powołują się na zasadę entropii i dostrzegają we wszechświecie pęd w stronę nieładu – więcej! ku autodestrukcji. Fakt, wszechświat po Wielkim Wybuchu wciąż się rozszerza, słońca gasną, czarne dziury połykają materię, światło i czas. Kłopot z tą wizją polega na tym, że trudno wytłumaczyć, dlaczego – mimo ogólnej tendencji do rozpadu i chaosu – udaje się naturze i człowiekowi budować coś, coraz bardziej złożonego i skomplikowanego, coraz bardziej uporządkowanego i stabilnego, a przy tym dokonywać rozwoju… Podstawą wyjaśnienia jest wysiłek, czyli energia wkładana w tworzenie ładu na jednym polu, kosztem wzrostu entropii gdzie indziej – ale to już inny temat.

            Mało kto uważa, że świat należy traktować, jako utworzony, gotowy, ostatecznie ukształtowany (choć można było takie poglądy spotkać wśród zwolenników kreacjonizmu). Niemniej trudno spotkać kogoś, kto uznaje świat, jako ukończone dzieło, w które człowiek tylko jakoś ingeruje: twórczo, bądź destrukcyjnie. Że jest to konstrukcja, jaką otrzymaliśmy w pewnym, konkretnym stanie. I przy tak krótkim czasie, jaki wyznacza ludzkie życie – ba! ludzka obecność w dziejach planety, czy kosmosu – można by uznać, że prawie nic się w owym wszechświecie nie zmieniło.

***

            A może jest jeszcze inaczej. Może tak naprawdę świat się nie zmienia, nie przetwarza starych form w nowe, nie dąży do nowej (choćby i gorszej) postaci. Lecz w każdej jednej chwili osiąga kształt taki, jaki na tą chwilę miał przybrać. Jest więc czymś innym, niż świat przed chwilą, i ten za chwilę. Jest krótkotrwałą wersją rzeczywistości, która bezpowrotnie ginie, zastępowana przez inną wersję, w innej konfiguracji elementów składowych. Za moment zaś przybierze świeżą, odmienną formę, niemniej taką, jaka jest mu na ten wycinek czasoprzestrzeni przypisana. Czytaj dalej

5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXVIII – czyli szkodliwa prawda

Na najbliższym spotkaniu w formule filozoficznej kawiarenki tematem będzie nie tyle prawda, co rzeczywistość.

***

Nie tak dawno (bo inaczej bym nie pamiętał), w jakimś filmie padła mniej więcej taka kwestia: Powiedz prawdę. Prawda wszystko zmieni. Ponieważ film wydawał mi się jednym z tych mądrych, to jakoś uderzyły mnie te słowa. I wzbudziły wewnętrzny sprzeciw.

Prawda niczego nie zmienia. Co najwyżej odsłania. A sama, jako taka nie zmienia rzeczywistości, bo prawda jest rzeczywistością. Jest faktycznym stanem rzeczy. Dopiero poznanie prawdy przez człowieka, czyli zdobycie wiedzy na temat faktów, może coś zmienić. Pod warunkiem, wszelako, iż człowiek jakoś na to odkrycie zareaguje. Dopiero reakcje mogą mieć wpływ na bieg spraw, ba, na rzeczywistość. I wówczas inna rzeczywistość, będzie inną prawdą o świecie.

Nie przeceniałbym jednak na tym polu roli prawdy. Przyjęcie nieprawdy, fałszywych informacji, zmanipulowanej wiedzy, również może coś zmienić. Gdyż tak samo wywołuje określone reakcje. I chyba dzieje się tak o wiele częściej, niżeli w przypadku czystej prawdy. Kuriozalne jest to, że kłamstwo potrafi zmienić obraz rzeczywistości – zatem i prawda na temat świata ulega modyfikacji. A dostęp do kłamstw jest dużo łatwiejszy. Zwłaszcza jeśli przyjąć, że prawda jest tylko jedna, a kłamstw można nawymyślać wiele. Sądzę, że miał rację Georges Braque, stwierdzając: Prawda istnieje. Wymyśla się tylko kłamstwo. Należy jednak pamiętać, iż to wymyślanie kłamstw zawsze wypływa z jakiejś potrzeby. Raczej nie kłamie się bez powodu, zwykle kłamstwo jest pewną tarczą, zasłoną dymną, odwróceniem uwagi lub skupieniem jej na sobie; generalnie służy czyjemuś zyskowi.

***

Od początku, czego ludzie nie wiedzieli, to sobie dopowiadali i uzupełniali domysłami. A w razie konieczności świadomie wtykali w luki różne banialuki. Ich pobratymcy zaś, z czystego wygodnictwa przyjmowali te informacje i zadowalali się nimi. Bo Czasami ludzie potkną się o prawdę. Ale prostują się i idą dalej, jakby nic się nie stało – co wytykał Winston Churchill. Tylko nieliczni poszukiwali prawdy, a ewentualne porażki nie wielu martwiły. Nieznajomość prawdy, lub pełnej prawdy, nie przeszkadzała ludzkości rozwijać się, doskonalić, tworzyć obok szpetnych także piękne rzeczy. Półprawdy, fałsze, wypaczenia i oszustwa nawarstwiały się latami, oblepiły nasz świat tłustym kożuchem, a my cieszymy się, że nam ciepło. I co w tym złego? Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Odrobina grafomanii na święta

Swoim zwyczajem dzielę się drobną refleksją na świąteczny czas ;D

Szkoda czasu i atłasu

Zacznę od anegdoty z epoki stanisławowskiej. Tuż po koronacji Stanisław August Poniatowski przyjmował gratulacje od znamienitych gości, dostojników i dworzan. Wśród zgromadzonych nie brakowało artystów, gdyż jako oczytany i obyty koneser sztuki, otaczał swoim mecenatem różnych twórców. Wiedziano, że darzył ich szczególnymi względami a poniektórych to i w czwartki na obiadach dokarmiał.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/71/Marcello_Bacciarelli_-_Portret_Stanis%C5%82awa_Augusta_z_klepsydr%C4%85.jpg

Marcello Bacciarelli: Portret Stanisława Augusta Poniatowskiego z klepsydrą

Ośmielił się zatem podejść do króla pewien poecina i wręczyć wiersz, wychwalający nowego władcę – utwór własnoręcznie spisany na drogocennym, białym atłasie, sprowadzonym z dalekiej Persji. Panegiryk, krótko mówiąc był słaby i choć Poniatowski wdzięcznie go przyjął, pozwolił sobie na sarkastyczną recenzję, mówiąc: „Szkoda czasu i atłasu, byś się wdzierał do Parnasu”. Tym sposobem wierszokleta i pochlebca przeszedł do historii… anonimowo. Jako jeden z twórców tak dalece wierzących w swój talent, że uwieczniających swe dzieła na kosztownym materiale, podczas gdy nie są warte nawet poświęconego im czasu i wysiłku. To niemal definicja grafomanii. Bo jak określić sytuację, w której ktoś przecenia własne prace i wielbi je, nawet w obliczu rzeczowej krytyki.

Niezdrowy sentyment do elukubracji

Tkwi jednak w wielu ludziach jakieś trudno wytłumaczalne przywiązanie do tego, co zrobili, co zbudowali, powołali do istnienia. Niekoniecznie musi to być dzieło sztuki, czy okupiony wysiłkiem wytwór rzemiosła. Czasem wystarczy jakieś drobne rękodzieło, lub hobbystyczna praca, coś zgoła niepozornego, co jednak potrafi obudzić tą szczególną świadomość autorstwa. I nierzadko pojawia się trudność nabrania chłodnego dystansu do tej własnej twórczości. Czytaj dalej

4/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2 10