1 2 5

Archiwum autora: Martinus

Coffeelosophy XX – czyli człowiek i czas

Przysłowie chińskie mówi: Najwięcej czasu ma człowiek, który niczego na później nie odkłada. Tymczasem już na samym początku roku zaczynamy od odłożenia na później naszej Pogadalni. Nie chcąc, by w tym miesiącu przepadło spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki, odbędziemy je nie w pierwszy a w drugi poniedziałek miesiąca, czyli 8 stycznia. Zobaczymy się w tym samym, co zwykle miejscu – mianowicie w kawiarni Pozytywka.

Właśnie – rozpoczął się nowy rok kalendarzowy (w naszym obszarze kulturowo-religijnym). Czy jest to jakaś magiczna granica? Przecież jest po prostu niedziela, a po niej poniedziałek; niby nic niezwykłego, lecz i tak hucznie świętujemy wymianę kalendarzy. Człowiek lubi kreować cezury, dzielić czas na jakieś sensowne fragmenty, lubi okrągłe rocznice, jubileusze, progi, etapy, ery, epoki, eony… Dzięki temu wydaje mu się, że kontroluje czas, a przecież ledwie kontroluje jego odmierzanie.

W dodatku wielu z nas ma obsesję na tym punkcie i próbuje czas zatrzymać, lub ukryć jego upływ. A przecież czas jest darem, jaki otrzymujemy i winniśmy zeń roztropnie korzystać. Wszakże: Każda chwila, która mogłaby być wykorzystana lepiej, jest stracona – jak to orzekł  Jean-Jacques Rousseau. A z upływu lat można się cieszyć. Im kto jest starszy, tym większe może czuć zadowolenie, że aż tyle zdołał przeżyć (co nie wszystkim było dane). Obyśmy więc mogli cieszyć się długim życiem, nie skarżąc na to, że jakkolwiek długo by nie trwało, to i tak jest za krótkie, aby nacieszyć się poznawaniem świata, na który trafiliśmy. Wspomnijmy słowa Seneki Młodszego: Nie otrzymujemy krótkiego życia, lecz je takim czynimy. Nie brakuje nam czasu, lecz trwonimy go.

Niewątpliwie czas powiązany jest z materią i przestrzenią. To zachodzące zmiany w otaczającej nas rzeczywistości i bieg myśli w naszych głowach pozwalają najłatwiej obserwować jego upływ. Jeśli dobrze zapamiętałem czytaną niegdyś informację, to wielki wybuch zapoczątkował czas. Wnioskuję z tego, iż tam, gdzie niczego nie ma, tam i czas nie istnieje. Gdyby zniknęły wszystkie byty, cały kosmos i wszelka świadoma inteligencja, zniknąłby i czas – tylko kto by to zauważył.

Z drugiej strony, fizyka dowodzi, że dla cząstek poruszających się z prędkością światła czas też nie istnieje. Zwalnia również przy obiektach o gigantycznej masie, więc można sobie wyobrazić sytuację, gdy spowalnia do granicy zaniku. Silna grawitacja ma wpływ na zakrzywienie czasoprzestrzeni, przez co im dalej od masywnej planety, tym zegar szybciej idzie. Kiedyś myślałem, że podejście do czasu prezentowane przez fizyków i matematyków – nawet jeśli poprawne i poparte wiarygodnymi obliczeniami – jest jakieś odległe od naszego ziemskiego postrzegania jego upływu. W naszych warunkach bowiem, różnice prędkości zegarów w dolinie i na szczycie góry są w zasadzie niemierzalne. Ale, gdy wystrzelimy zegar na orbitę Ziemi, rzecz staje się dostrzegalna. Zauważono to, kiedy testowano pierwszy system GPS. Urządzenia nadawczo-odbiorcze zsynchronizowano na Ziemi, wszystko działało, wystrzelono satelitę – a ten, umieszczony już na orbicie, jakby się popsuł. Konieczne (i wystarczające) okazało się przeprogramowanie prędkości jego zegara.

Czas zatem rządzi się swoimi prawami, a co więcej – prawa te narzuca wszystkiemu, nie pytając o zgodę, nie oczekując jej, nie potrzebując nawet – ba! nie zważając też na czyjekolwiek skargi i protesty. Jednak – zaryzykuję pytanie – czy to rzeczywiście chodzi o czas.  Przecież to nie on powoduje erozję skały, ani korozję uwięzionego w niej miecza; to nie czas pogłębia kaniony i zmarszczki na twarzy; nie on osusza morza i nie on opróżnia pamięć. To wszystko po prostu zachodzi, dzieje się, ale nie za sprawą czasu. Czy faktycznie człowiek jest osadzony w czasie, czy to czas jest osadzony w człowieku?

Człowiek czasomierz

Wygląda na to, że ludzie to jedyne istoty, które obserwują upływ czasu i mierzą go swoimi instrumentami; jedyne, dla których czas ma znaczenie; jedyne, które przykładają czas i jego miarę do świata i swojej w nim bytności. Opisując jakieś wydarzenie, zwykle już na początku staramy się podać, kiedy to było (względnie, kiedy będzie), pisząc czyjąś biografię określamy datę urodzin i śmierci (a przynajmniej to pierwsze), wylewając beton, lub kupując klej interesuje nas, jak długo będzie sechł, piekąc ciastka lub wypalając garnki, chcemy wiedzieć kiedy wyjąć je z pieca. Podporządkowaliśmy czasowi większość aspektów naszego życia. Choć pozostaje pytanie, czy faktycznie czasowi.

Bo może jego mierzalne fragmenty to co innego, a obserwowalne zmiany co innego. Jeśli tylko człowiek mierzy czas, to czy inne byty w ogóle go dostrzegają? Czy, gdyby człowiek zniknął, lub nigdy się nie pojawił, to czas by istniał? Bo – dla kogo? Mam na myśli czas w takim rozumieniu, jakie tkwi w ludzkich głowach. Czy istniałaby czasoprzestrzeń, jeśli żadna istota nie sformułowałaby jej koncepcji, właściwości i definicji – nie doszłaby do przekonania o jej istnieniu. Czy też bez człowieka byłyby tylko ogólnie zachodzące we wszechświecie zmiany.

Arystotelesowi nawet obecność człowieka nie przeszkadzała w podważaniu istnienia czasu. Stwierdził m.in.: Pewne rozważania nasuwają podejrzenie, iż czas albo w ogóle nie istnieje, albo jest pojęciem bardzo mglistym i niewyraźnym. Bo oto jedna jego część przeminęła i już jej nie ma, podczas gdy inna dopiero będzie i jeszcze jej nie ma. Z takich to części składa się wszelki czas (…). Jednakże może się wydawać, iż to, co się składa z nieistniejących części, nie może uczestniczyć w bycie.

Czas miniony, czas przyszły

Mi te rozważania Arystotelesa wyglądają na doszukanie się pewnego paradoksu. Mógłbym bowiem powiedzieć, stojąc w strumieniu, że skoro część wody już odpłynęła, a druga dopiero napłynie, to strumień w moim miejscu składa się z dwóch części, których nie ma – czyli nie istnieje. Niemniej pozostaje faktem, o czym już pisałem, iż zasadniczo żyjemy na nieskończenie małym punkcie teraźniejszości. Punkcie między ogromną przestrzenią przeszłości i jeszcze większym obszarem przyszłości (zobacz). Albo: miedzy zmianami dokonanymi i mającymi się dokonać.

Owszem, są tacy (i to wcale liczni), którzy podkreślają wagę teraźniejszości. Liczy się tu i teraz. Przykładowo, Albert Camus uzależniał resztę naszego życia od jednego warunku: Przyszłość będzie szczodra jedynie wtedy, kiedy wszystko ofiarujesz teraźniejszości. Do mnie to nie przemawia, ale to kwestia mej ułomności i niezdolności upchnięcia wszystkiego, co ważne w nieskończenie małym punkcie „teraz”. Uważam, że żyjemy tak naprawdę przeżuwaniem przeszłości i gotowaniem przyszłości. Bliższy więc wydał mi się pogląd Pascala, że: Teraźniejszość nie jest nigdy naszym celem. Przeszłość i teraźniejszość są dla nas środkami; celem jest tylko przyszłość. Tak wiec nie żyjemy nigdy, ale spodziewamy się żyć; gotujemy się wciąż do szczęścia, a co za tym idzie, nie kosztujemy go nigdy.

Smutne to trochę, nieprawdaż. Mam jednak nadzieję, że u progu nowego roku nikt nie popadnie w taki pesymizm, jak Ambrose Gwinnett Bierce, i nie powtórzy za tym sceptykiem, że: Rok to okres 365 rozczarowań. W końcu, czymże jest rok, czym są dni? Może tylko wytworem naszego umysłu. Może czas jest tylko w naszych głowach?

Pozytywka kadrZapraszamy 8 stycznia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: człowiek w czasie, czy czas w człowieku. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć, lub odmierzać wspólny czas w naszym towarzystwie. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Z okazji świąt: o niedoskonałej moralności

Na tym świecie nie ma nic doskonałego. Prosta konstatacja. Warto w tym kontekście zapytać, co z etyką, co z moralnością? Obie są wytworem człowieka, efektem jego pogłębionego namysłu. Skoro jednak myślenie ludzkie nie jest perfekcyjne, to i one takie być nie mogą. Uzmysłowienie sobie tego grozi brakiem ich poszanowania. Często więc zastanawiano się, co zrobić, ażeby były respektowane przez ogół, w tym przez osoby świadome ludzkiej ułomności?

Jednym ze sposobów, aby je usankcjonować, niejednokrotnie bywało zapewnianie, że ich autorem nie jest człowiek, proch marny, lecz sam Absolut. Taki proces uwierzytelnienia sprawdzał się wśród wiernych i wierzących, dla których prawdy objawione są pewnikiem. Co jednak, gdy na fundamencie moralnym pojawi się skaza, gdy ktoś bystry dostrzeże błąd, albo nielogiczność? Wówczas przychodzi konsternacja i pytanie: czy Absolut mógł stać za błędną regułą.

Ułomność dzieł boskich

Ciekawe jest to, że na owo pytanie można odpowiedzieć twierdząco. Absolut, mimo iż jest bytem doskonałym, nie może stworzyć czegoś doskonałego, gdyż w ten sposób powstałby inny Absolut, a to niemożliwe. Wszystkie zatem dzieła Stwórcy są niedoskonałe; także Jego prawo i nakazy moralne. Aczkolwiek łatwiej przychodzi posądzić jakiegoś człowieka, iż dopuścił się nadużycia, podając Boga za autora. W końcu każdy może oznajmiać, że głoszone przezeń zasady były mu objawione przez Absolut, i liczyć, że dzięki temu zyskają one (przynajmniej w kręgach wierzących) uprawomocnienie i niepodważalność.

Wracając do punktu wyjścia, należy przyjąć, że etyka i moralność siłą rzeczy nie osiągną ideału – bez względu na faktyczne, bądź fikcyjne autorstwo. Pytanie, czy mimo tego, że nigdy nie będą doskonałe, to mogą być doskonalsze od człowieka. A jeśli tak, to czy tylko pod warunkiem, że to nie człowiek, ale istota wyższa będzie ich autorem.

Czy należy się doskonalić?

Na tym świecie nie ma nic doskonałego. Aczkolwiek są rzeczy od doskonałości niedalekie. Czy w związku z tym człek powinien czynić starania, by zbliżyć się doń możliwie najbardziej? By moralnie przybliżyć się do jakiegoś wykoncypowanego ideału? By osiągnąć stan pozwalający nazwać się dobrym człowiekiem? Moim zdaniem nikt i nic takich wymagań przed ludźmi nie stawia. Nawet sam Bóg (pewnie dlatego, że zna nas i naszą ułomność) nie oczekuje od nas, byśmy dążyli do ideału człowieczeństwa. Boga zadowoli, jeśli nie będziemy kierowali się w stronę zła. Wystarczy spojrzeć na 10 przykazań. Większość z nich nie mówi, co należy czynić, ani jacy powinniśmy być. Większość napomina, czego nie robić i jakimi być nam nie wolno. A przestrzegając tego, reszta wyjdzie sama.

Nieczynienie zła

Innymi słowy, nie ma obowiązku ani konieczności żeby czynić dobro. Jest tylko szereg zakazów wobec pewnych niegodziwości. Moralność, bez względu na boskie, czy ludzkie autorstwo jest i tak niedoskonała. Wydaje się więc, że jej prawidła nie muszą wyznaczać drogi do ideału. A jeśli ktoś chce opierać się na Dekalogu, to niech pamięta, że jedyne nakazy to szanować święta i czcić rodziców. Nie wymyślimy niczego doskonałego. Zatem unikajmy zła, oddajmy cześć protoplastom, a skoro mamy okres Bożego Narodzenia – postarajmy się dzień święty święcić. Więcej nie trzeba.

Kłaniam, Martinus

4/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coffeelosophy XIX – czyli medytacja nie dla każdego

Pogadalnia Filozoficzna – w zgodzie z ideą wyjścia do ludzi – znowu zaprasza na spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Jak w (niemal) każdy pierwszy poniedziałek miesiąca.

Medytacja przynosi korzyści. Fakt! W zasadzie każda: zarówno ta oparta na koncentracji lub uważności, na powtarzaniu mantr, lub wizualizacji, ta skupiona na pozycjach ciała, czy nawet ta ruchowa. Nie ważne czy będzie to zen, Anapana, albo inna buddyjska, czy też joga, coś z taoizmu, albo konfucjanizmu, tudzież medytacja rodem z islamu, bądź bliższa nam chrześcijańska. Po prostu każda – każda niesie pożytek. Ale, czy każdemu?

medytacja

Wśród podstawowych skutków medytowania wymienia się: obniżenie ciśnienia krwi, spowolnienie tętna, wyższy poziom dopaminy w mózgu, pozytywną zmianę częstotliwości fal mózgowych, zwiększenie koncentracji substancji szarej w mózgu (odpowiedzialnej za uczenie się, pamięć, emocje, świadomość), powstanie nowych fałd w korze mózgowej, obniżenie poziomu kortyzolu (hormon stresu) a podniesienie oporu elektrycznego skóry (co ma związek ze stanem głębokiego relaksu), zwiększenie odporności organizmu, poprawę metabolizmu, łatwiejsze znoszenie bólu…

Dodatkowo medytowanie zwiększa IQ, kreatywność i koncentrację, wprowadza poczucie harmonii umysłu, poprawia nastrój, ma pozytywny wpływ na seksualność, wzmacnia pewność siebie, empatię i cierpliwość, obniża poziom lęków i pomaga w bezsenności. Jak widać, generalnie polepsza jakość życia – głównie pod względem zdrowotnym (tak w obszarze zdrowia fizycznego, jak psychicznego).

Można by zatem uznać ją za swoisty medykament – lub rodzaj umysłowej terapii. Ale tak, bez recepty? Skoro leki są dedykowane chorym, to może także medytacja nie jest dla wszystkich. I zdrowi, sprawnie funkcjonujący ludzie zwyczajnie jej nie potrzebują. Poza tym, ciągnąc analogię medyczną, zdarzają się pacjenci, u których występuje lekooporność. Zażywają jakieś remedium, a ono w ich przypadku nie działa. Może zatem z medytacją bywa podobnie i u części ludzi jej podjęcie jest daremne. Czy każdy ma doń predyspozycje? W końcu to niełatwe zajęcie, wymagające systematyczności, wytrwałości, uczenia się i ciągłego doskonalenia; jest niewielu mistrzów, czyli nie każdy ma do tego talent. Może jednak medytacja to obostrzony medykament mentalny.

Pozytywka kadrZapraszamy 4 grudnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: niepowszechność medytacji.
Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć, lub pomedytować. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.14/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coffeelosophy XVIII – czyli przekleństwo erotyzmu

Pierwszy poniedziałek miesiąca to w naszej tradycji spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Nie inaczej będzie i tym razem.

Temat erotyzmu jest nie tyle kontrowersyjny, co – dla niektórych – krępujący. Czy jednak powinniśmy się wstydzić czegoś, dzięki czemu znaleźliśmy się na świecie? Czy jest powód, by do sfery tabu wpychać zagadnienia, które w tak przemożny sposób nas otaczają?

Na pewnym etapie rozwoju, a więc prawdopodobnie w związku z rozkwitem kultury, człowiek nabawił się czegoś takiego, jak wstydliwość cielesności (oraz jej gorszej odmiany tj. pruderii). Żydzi odmalowali ten moment w scenie z raju, kiedy to prarodzice zgrzeszywszy, ukrywają się w zaroślach, gdyż spostrzegli, iż są nadzy. Zdawać by się mogło, że nagość jest czymś złym – mimo, iż jest czymś najbardziej naturalnym; jest naszym najpierwotniejszym stanem. Zarówno w wymiarze historycznym (a właściwie prehistorycznym), jak i współczesnym. Przed tysiącami lat człek biegał, jak go Pan Bóg stworzył, czyli jak małpa i inne stworzenia boskie – a zaczął się odziewać nie ze wstydu, lub dla strojności, lecz przez chłód panujący na nowo zasiedlanych terenach. A w wymiarze współczesnym… no, cóż – przecież wszyscy rodzimy się nadzy i nikogo to nie peszy. Będąc dziećmi bez zmieszania biegaliśmy na golasa. Dopiero napomnienia dorosłych zaszczepiły w nas zakłopotanie golizną (własną i cudzą).

Były takie okresy, że niektóre cywilizacje lub nacje traktowały nagość, jak coś najzwyklejszego. Można by sądzić, że nie wywoływała ona takich samych emocji, jak w społeczeństwach bardziej purytańskich. W starożytnej Grecji zawodnicy kolejnych olimpiad zmagali się ponoć bez ubrań. Na przestrzeni dziejów powstawały rzeźby, mozaiki, obrazy, opisy nacechowane erotyzmem, ale mam wrażenie, że jakoś oswojonym, bez rumieńców. A przy tym wszystkim znajdujemy świadectwa wyuzdania, orgii, cielesnych rytuałów. Były czasy, kiedy potępiano zmysłowość, a jednocześnie przemycano ją w sztuce wyższej, np. sakralnej, gdy kler przymykał oczy na obnażone ciała w scenach biblijnych, zapełniające ściany świątyń i pałaców.

A dziś? Dziś jeszcze żyją plemiona, w których nagie piersi i pośladki, czy tutki na przyrodzeniu nie wywołują większych podniet. Tymczasem społeczeństwa cywilizacji zachodniej są w jakimś dziwnym rozdarciu. Z jednej strony większość chce uchodzić za przyzwoitych, skromnych, wręcz cnotliwych, a z drugiej strony w alkowach zwycięża chuć, żądza i nierzadko perwersja. Co więcej, jesteśmy zewsząd atakowani erotyzmem i seksualnością, które stały się wspomaganiem metod sprzedaży. Półnagie, lub nie pozostawiające wiele dla wyobraźni ciała zachęcają do konsumpcji dóbr. Bez głębokiego dekoltu i długich nóg nie obejdzie się na targach i stoiskach promocyjnych – od kampanii kosmetyków, markowych ubrań, przez sieci AGD, po wystawy wielkich koncernów samochodowych. Nagość świetnie sprzedaje filmy, buty i wędliny. Żyjemy pod presją seksualności, a erotyzm przewija się w wydaniu tak biologicznym, jak i ogólnie rzecz biorąc społeczno-kulturowym.

Czemu tak wiele osób chciałoby usunąć erotyzm z przestrzeni publicznej, a może i w ogóle z obszaru kultury? Jakoś nie wyobrażam sobie, że starożytny ateńczyk ukrywał przed wzrokiem dziecka wazę przedstawiającą nagie postaci i zasłaniał mu oczy, gdy przechodzili obok rzeźb Fidiasza. Podobnie trudno mi przyjąć, że w renesansie matki i córki nie chodziły do najbliższego kościoła, bo okryłyby się rumieńcem na widok nieskromnie przedstawionych torsów i golutkich kupido – co rozpraszałoby modlitewne skupienie. Nie było, jak mniemam, w dalekich Indiach sytuacji, by odwracać wzrok od świątynnych ścian, pokrytych lubieżnymi płaskorzeźbami z Kamasutrą. Co się zatem zmieniło, że w naszej kulturze upublicznione nagość i seksualność budzą zgorszenie? Czy chodzi jedynie o to, że wykorzystane są przedmiotowo, dla zarobku, i nie wpisują się w kanon, czy pojęcie sztuki (choć i sztuka niektórych bulwersuje)? Wszak wybitne dzieła artystów też powstały dla zarobku – i sławy. A jednak odczuwamy pewien przesyt (no, pewnie nie wszyscy – przepraszam za generalizowanie).

Zaraz ktoś się oburzy (najpewniej będzie to niewiasta) i rzuci retorycznie-oskarżycielskie pytanie: a któż to niby kreuje taką naerotyzowaną rzeczywistość. Fakt, to głównie mężczyźni posługują się kobiecym powabem. Ale coraz więcej jest też przejawów męskiego roznegliżowania skierowanego do podświadomości kobiet. Poza tym erotyzm oparty na płci pięknej, również u jej przedstawicielek wywołuje zainteresowanie, budzi skojarzenia z przyjemnością seksualną, rozbudza fantazje, tworzy w wyobraźni własny atrakcyjny wizerunek.

Chyba należy wspomnieć, że nie tylko świat kreowany (sztuka, rozrywka, chwyty komercyjne), ale i ten rzeczywisty naładowany jest erotyzmem. Kobiety od wieków, bez przymusu (a może się mylę) noszą na tyle wyzywające stroje, na ile pozwala im epoka. Kuszą specyficznym zachowaniem, flirtują, kokietują. Jasne, można zapytać o powody, o cel tych zabiegów. Czy nie zmuszała ich do tego sytuacja życiowa, pozycja społeczna, źle hołubione ambicje. Jednak przecież nie zawsze było to interesowne w grubym wymiarze, przez co rozumiem rodzaj intratnego kontraktu. Prawda, czasem mamy do czynienia z przejawem próżności, a nawet narcyzmu. Ale chyba najczęściej jest to niewinne (jak sądzę) pragnienie podobania się sobie i innym, w zgodzie z aktualnymi trendami, zaspokojenie potrzeby akceptacji, dodanie sobie pewności siebie. To samo dotyczy również mężczyzn, choć może nie w takim stopniu.

Czy powinno się traktować te zjawiska, jako żerowanie na ludzkiej pożądliwości? Jako sięganie do prymitywnych, zwierzęcych odruchów seksualnych, których wciąż nie potrafimy w pełni okiełznać. Jako niszczenie kulturowej, ucywilizowanej nadbudowy. Jako poniżające, odzierające z godności – zarówno modela, jak i odbiorcę dzieła, skazanego (chcąc nie chcąc) na obcowanie z nim. Czy jest to jakaś klątwa – i kto ją właściwie rzucił? A może – mimo wszystko – należałoby odrzucić na bok te utyskiwania i najzwyczajniej uznać, że nie ma w tym nic złego. Że jest to część naszej natury, której nie trzeba się wyrzekać, której nie trzeba przykrywać listkiem figowym. Być może nieszczęsny Eros tak manifestuje swoją obecność, jak mu na to pozwalają panujące realia epoki.

Pozytywka kadr

Zapraszamy 6 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: przekleństwo erotyzmu.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać i pomyśleć, czy warto zrzucać tą seksowną klątwę. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.5/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coachingu filozoficzny, jak się masz?

Poniżej prezentujemy tekst ze strony natemat.pl traktujący o idei coachingu filozoficznego i jego raczkowaniu w Polsce. Mam nadzieję, że autorzy nie będą tej popularyzacji mieć nam za złe. Na końcu podajemy link do strony z tekstem.

Spotkanie z filozofem. Brzmi jak rozrywka dla elit, ale pomaga odpowiedzieć na pytanie “Jak żyć”

Platon i Sokrates – dwóch wybitnych filozofów okresu starożytności

Sokrates i Platon

– Znajomy zaprosił na spotkanie grupę swoich przyjaciół – opowiada mój rozmówca, warszawski przedsiębiorca. – Zaprosił też filozofa, bardzo znanego polskiego profesora. Ten przez ponad godzinę snuł rozważania na różne tematy, potem zaczęła się dyskusja. To było bardzo ciekawe, teraz planuję zorganizować takie spotkanie w swoim domu – kończy. Filozoficzny coaching, choć brzmi jak rozrywka znudzonych elit, wcale nią nie jest. Bo dzisiaj wielu z nas czuje się zagubionych: z jednej strony jesteśmy przytłoczeni pracą, pogonią za pieniędzmi, z drugiej – chcemy się od tego uwolnić.

Pytasz czasem siebie, jak żyć? Zrezygnowany chodzisz do pracy, masz kryzys egzystencjalny? Nie masz w życiu celu? Chciałeś iść z tym do psychologa? Zastanów się, czy nie lepiej skorzystać z pomocy filozofa. On może ci pomóc. Coaching filozoficzny w Polsce raczkuje, ale wszystko może przyspieszyć Uniwersytet Śląski – który otworzył taki kierunek studiów.

Coaching filozoficzny, czyli co?

Na czym to właściwie polega? Trudno to wyjaśnić w skrócie. – Konsultujemy się z ortopedą, psychologiem, różnymi specjalistami. I tak samo konsultujemy się z filozofem – mówi nasz bloger prof. Tadeusz Bartoś, filozof i etyk, a także konsultant filozoficzny. Na czym polega taka konsultacja? – Filozof zasadniczo powinien zajmować się myśleniem. Tym jak myślimy, jaki tworzymy obraz świata, filozofia jest autorefleksją. Człowiek, który przychodzi na takie konsultacje, chce by pomóc mu przemyśleć pewne sytuacje życiowe, a nie potrzebuje pomocy psychologa – opowiada prof. Bartoś. – Konsultacja polega na tym, że klienta można dopytywać o różne rzeczy, pomaga mu się w sformułowaniu pewnych problemów.

***

Filozofia dla firm

Chociaż tekst dotyczy coachingu indywidualnego, to Philosophical Counseling oferuje również konsultacje filozoficzne dla firm.

Co biznes może wynieść z filozofii? Jak się okazuje, całkiem sporo. PC oferuje, między innymi, tworzenie kodeksów etyki, pomoc w zakresie mediacji i rozwiązywania konfliktów wewnątrz przedsiębiorstwa, seminaria z zarządzania wiedzą czy wartościami i poprzez wartości. Firma może również, dzięki coachingu filozoficznemu, nauczyć swoich pracowników sztuki argumentacji.

***

Czytaj dalej

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coffeelosophy XVII – czyli samoniepoznawalność

Właściwie minęły już wakacje (wszelkie), toteż wracamy do spotkań w Pogadalni. Ponieważ najbliższe wypada w pierwszy poniedziałek miesiąca, więc odbędzie się w formule filozoficznej kawiarenki.

Poniektórzy ludzie – tak, tak, zdarzają się tacy – przynajmniej raz za swego żywota zadają sobie pytanie: kim jestem. Oczywiście, nie kim ja, autor tego tekstu, jestem. Po prostu kim jest każdy z nich. I nierzadko udzielają sobie jakiejś odpowiedzi (o, szczęśliwcy, farciarze, o! wybrańcy losu!). Nie ma co spekulować, ilu ich jest – niechby nawet 99%. Ciekawsze wydaje mi się, ilu znajduje prawdziwą odpowiedź, ba! czy w ogóle mają na to szansę.

Wszystko bowiem, co możemy o sobie powiedzieć, powiemy wykorzystując pewien dostępny nam (acz ograniczony) zasób słów, sformułowań, nazwań, epitetów i porównań. Inaczej mówiąc, opiszemy siebie tylko takimi określeniami, jakie znamy, jakimi akurat dysponujemy. Wydawać by się mogło, że im bogatszy zasób terminów posiadamy, a przy tym precyzyjniej potrafimy ich użyć, tym (prawdopodobnie) bliżej prawdy o sobie będziemy. Czy jednak ktoś prosty, o ubogim słownictwie, nie jest w stanie powiedzieć, kim jest?

Co zrobić, gdy możliwość samopoznania staje pod znakiem zapytania? Może jeśli powiem, albo pomyślę o sobie wszystko, co potrafię, to powinienem przyjąć, że to wyczerpuje temat. I tu jestem w kropce. Bo wiedząc o swych ograniczeniach, mam świadomość, że to nie jest cała wiedza o mnie. Bo najpewniej ktoś mógłby coś jeszcze dodać. No właśnie.

Bardziej zdesperowani i nieukontentowani w dążeniu do odszyfrowania siebie niekiedy wykorzystują to, co mówią o nich inni ludzie. Cudza wiedza bywa uzupełnieniem własnej, a czasem (niestety) podstawą sądów o sobie. Nie można mieć jednak żadnej pewności, co do poprawności cudzych opinii. Nawet tych, które pochodzą od specjalistów, z którymi przeszło się wieloletni cykl wybebeszających sesji na kozetce. Czy zatem wezwanie Sokratesa: poznaj samego siebie, leży w granicach ludzkich możliwości? I czy w zadowalającym stopniu można odpowiedzieć, kim się jest?

Pozytywka kadrZapraszamy 2 października o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: samoniepoznawalność.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać i pomyśleć, czy w samopoznaniu stać Cię na więcej, niż supozycje. Bo nie wystarczy, iż tak jakoś intuicyjnie wiemy, że my, to my. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

3.83/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Niesprawiedliwość na słodko

Czy niesprawiedliwe zachowanie się wobec samego siebie też jest niemoralne? Czy, kiedy ktoś postępując nieuczciwie, przyczynia się świadomie do własnej straty, to popełnia coś złego? Czy może jednak, w myśl zasady, że „chcącemu nie dzieje się krzywda” należy uznać to za jego wybór. Wiedział, między czym a czym dokonuje wyboru, rozumiał jakie przyniesie to dlań skutki. I skoro mając wybór, wybrał stratę, to widać taki scenariusz wydał mu się z jakiegoś powodu (paradoksalnie) korzystniejszy.

słodka niesprawiedliwośćWeźmy banalny przykład: podział tortu. Wyobraźmy sobie, że jest pięć pań, w tym samym wieku, o podobnej budowie ciała, równie dobrej kondycji fizycznej, takim samym upodobaniu do słodyczy, wykonujących tą samą pracę, mających w związku z tym podobne zapotrzebowanie na energię. Wszystkie zjadły w stołówce zakładowej ten sam obiad, do syta i ze smakiem – żadna więc nie była ani mniej, ani bardziej głodna od reszty. Krótko mówiąc mamy pięć kobiet, z których żadna nie wyróżnia się niczym, co uzasadniałoby przydzielenie jej porcji o innej wielkości, niż pozostałym koleżankom. Panie te po pracy umówiły się na kawę z tortem.

Tymczasem ta, która kroiła tort – choć potrafiła go podzielić równo z dokładnością do 1 grama – z nieznanego powodu sobie ukroiła trochę mniejszy kawałek. Przez to jej koleżanki dostały większe od niej, cztery jednakowe części. Podzieliła zatem ciasto niesprawiedliwie. Czy uczyniła źle?

Celowo nie określam, z jakiego powodu to zrobiła, bo motywacja potrafi czasem wpłynąć na surowość oceny. A jak na ocenę wpłynie rozróżnienie, że sprawa dla czterech pań pozostała tajemnicą, albo że się wydała i to w momencie, gdy za późno było aby ją naprawić? Jeśli sprawa nie wyszła na jaw, to pozostaje problemem kobiety dzielącej tort (i ewentualnie naszym). Jeśli ona nie czuje się z tym źle, to oznacza, że nie czuje swej krzywdy, a zatem uważa podział za akceptowalny, lub nawet sprawiedliwy. Jeśli jednak odczuwa stratę, to znaczy, że miała dostatecznie silne powody, aby się na ten uszczerbek zgodzić. Jednak krzywdzenie samego siebie jest w etyce oceniane negatywnie, zatem… Zasługuje na naganę.

Co natomiast, gdy sprawa się rypła, a było za późno, by z czterech porcji odjąć stosowne kawałeczki dla poszkodowanej? Istnieje ryzyko, że nawet mimo jej zapewnień, iż wszystko jest w porządku a ona nie czuje się stratna – jej koleżanki będą czuły się nieswojo ze świadomością uczestniczenia w niesprawiedliwym podziale. Czy byliście świadkami sytuacji, gdy ktoś rozlewał napój do szklanek, każdemu do pełna, a nalewając w końcu do swojej dostał tylko pół. Mówił, że jest porządku, że nic się nie stało, ale wszystkim dokoła robiło się jakoś przykro i żal tej osoby, i rodził się odruch współczucia, i pojawiała chęć odlania ze swojej szklanki części napoju. No właśnie. Podobnego uczucia mogły doznać te cztery koleżanki, które dostały większe porcje ciasta. A że owo uczucie nie jest przyjemne, więc osoba za nie odpowiedzialna, czyli ta niesprawiedliwie dzieląca tort, zasługuje na negatywną ocenę. Paradoksalnie więc, nie dość że wzięła sobie mniejszy kawałek tortu, to jeszcze jej koleżanki mają prawo żywić do niej o to żal i jeszcze ją moralnie potępić.

A jeśli dla zaostrzenia kryteriów w tym wyimaginowanym przykładzie, dodamy, że przed imprezą, wyraźnie umówiły się, iż tort będzie podzielony po równo. Wówczas do winy piątej pani dojdzie świadome złamanie umowy. No, to już jest po prostu karygodne! Nic, tylko szubienica, gilotyna i stos!

Kłaniam, Martinus

3.71/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Hurra! Wróciliśmy

Po dość długiej przerwie, wywołanej problemami z serwerem, a generującej Waszą tęsknotę, cieszymy się, iż znowu jesteśmy z Wami. Wkrótce postaramy się nadrobić zaległości i dać Wam odrobinę wakacyjnej pożywki filozoficznej – tudzież paraintelektualnej 🙂

Kłaniam, Martinus

2.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Coffeelosophy XVI – czyli dobro z przekory

Jak w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca, Pogadalnia Filozoficzna – w myśl idei wychodzenia do ludzi – zaprasza na kolejne spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki.

Przekora jest intelektualnym instynktem samozachowawczym.

⇐ Stefan Kisielewski

Człowiek, w swoim postępowaniu, bywa przewrotny i przekorny. Ktoś napomina: ubierz czapkę, a ten wychodzi z gołą głową. Ktoś radzi: nie maluj ścian na czerwono, a ten pomaluje i to jeszcze z sufitem. Ktoś prosi: zostaw sobie kilka czekoladek na później, a ten upchnie wszystkie na raz, chociaż nadzienie wyłazi mu nosem. Człek miewa wręcz upodobanie w czynieniu czegoś inaczej, niż ktoś się po nim spodziewa lub oczekuje. Pół biedy, gdy idzie o błahostki. Lecz bywają i sprawy poważne; ktoś zawiera sojusz, a zdradza, ma wyjątkowy talent, ale go marnuje, obiecuje dbać o zdrowie, a skrycie pali… Dlaczego?

Pewnie wyjaśnień postępowania na odwrót jest wiele. Czasami ktoś daje w ten sposób upust potrzebie zaskakiwania, niekiedy buduje tym sposobem przewagę nad kimś, czasem wyraża swój bunt, innym razem realizuje egoistyczne plany, bądź – zwyczajnie – ulega pokusie psoty, złośliwości, krnąbrności, zawiści itp. W tych jego zachowaniach ma swój udział świadomość, a niejednokrotnie premedytacja. Jednak przejawy działania na przekór nie zawsze podejmowane są z rozmysłem.

Zdarza się bowiem, iż człowiek czyni coś wbrew bliźnim, bądź nie po ich myśli jakoś tak zupełnie bezwiednie, bez zastanowienia, w sposób nieplanowany, przypadkiem, a nawet nieświadomie. A to przewróci coś, a to rozleje, to wygada sekret, to znów zapomni o rocznicy, kupi chleb wieloziarnisty zamiast pełnoziarnistego, przypali gulasz, lub popsuje pożyczoną wiertarkę, spóźni się na samolot, albo zgubi klucze, pomyli cukier z solą, tudzież tradycyjnie zaśnie w teatrze i do tego jeszcze błogo puści sobie gromkiego bąka. Ot, coś samo wychodzi mu tak, jakby robił na złość.

Człowieka uczy się czynić dobrze. A człek, jak to człek – bardzo często się myli i czyni źle. Tudzież czyni źle z przekory i przez przypadek. Skoro tak łatwo przychodzi mu zrobić coś na odwrót, to może lepiej uczyć go, jak popełniać zło. A jemu, przez niedbalstwo lub przekorę, zawsze wyjdzie coś dobrego.

Czy zdarzyło Ci się kiedyś w pełni świadomie zrobić coś inaczej, niż od Ciebie oczekiwano, a w rezultacie otrzymać większe dobro, niż ci, którzy pracowali zgodnie z ustaleniami? Nie mówię o działaniu w roli buntownika przeciw niesprawiedliwości, bo tu rzecz jest oczywista: gdy ktoś oczekuje ode mnie uczestnictwa w niegodnym przedsięwzięciu, a ja zrobię mu na przekór, to jest spora szansa, iż uda mi się zrobić coś dobrego (a przynajmniej stanąć po jasnej stronie). Myślę raczej o sytuacji, kiedy większość postępuje dobrze i w słusznej sprawie, wytycza Ci pewne zadanie lub rolę, a Ty zachowujesz się inaczej, po swojemu, w sposób, którego pozostali nie chcieli nawet brać pod uwagę – i przysparzasz więcej dobra niżeli oni. A może udało Ci się coś takiego przez przypadek, gdy niechcący spaprałeś robotę, a tu okazało się, że przyniosło to lepszy rezultat? Jeśli tak, podziel się tą historią.

Pozytywka kadrZapraszamy zatem 5 czerwca o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: dobro z przekory.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i z przekory zaprzeczyć, jakoby główną cechą narodową Polaków była przekora. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

3.67/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coffeelosophy XV – czyli dobrodziejstwa wojny

Uwaga, pogadalnicy!

W pierwszy poniedziałek maja nie było spotkania. Aby jednak nie przepadło nam spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki, to odbędzie się ono wyjątkowo w drugi poniedziałek miesiąca, czyli 8 maja.

Bitwa pod Solferino

Pod tą datą obchodzona jest rocznica zakończenia II wojny światowej jak też Światowy Dzień Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca. Jest to także dzień urodzin Henryka Dunanta – szwajcarskiego filantropa, finansisty i pacyfisty. Czemu o nim wspominam? Pod koniec czerwca 1859 roku, pod Solferino doszło do wielkiej bitwy między armią cesarstwa Austrii a połączonymi siłami armii włoskiej i francuskiej. Po całodziennej walce, na skrwawionym pobojowisku zostało niemal 30 000 ofiar, w tym ponad 20 000 rannych. Widok cierpiących, często dogorywających żołnierzy, pozostawionych praktycznie bez opieki, tak wstrząsnął Dunantem, że w humanitarnym odruchu postanowił im pomóc. Zwoławszy okoliczną ludność, zorganizował transport i opiekę, a po powrocie do Genewy opisał te przeżycia w książce. Zaproponował utworzenie dodatkowej służby medycznej do pomocy rannym oraz powołanie narodowych stowarzyszeń z wolontariuszami, którzy na polu walki posiadaliby status neutralności, wraz z rannymi. Tak powstał Międzynarodowy Komitet Pomocy Rannym, przekształcony w 1863 r. w Czerwony Krzyż (od symbolu, będącego odwrotnością szwajcarskiej flagi).

W dzisiejszym statucie znajdujemy m.in. taki zapis: posłannictwem jest zapobieganie ludzkim cierpieniom i łagodzenie ich wszędzie, gdzie one występują, ochrona życia i zdrowia oraz działanie na rzecz poszanowania istoty ludzkiej, zwłaszcza w czasie konfliktu zbrojnego i w innych sytuacjach zagrożenia, praca na rzecz zapobiegania chorobom oraz podnoszenia zdrowotności i opieki społecznej, popieranie dobrowolnego niesienia pomocy oraz stałej gotowości członków Ruchu do niesienia pomocy, jak również powszechnego poczucia solidarności z tymi, którzy potrzebują pomocy i ochrony ze strony Ruchu.

Zaryzykuję tezę, iż okrucieństwa i całe zło dotyczące wojen, przyczyniły się do powstania czegoś dobrego, służącego także w czasie pokoju. Z pewnością znajdziemy wokół siebie więcej przykładów na to, jak odpowiedzią na zło stało się coś dobrego. Czyżby znajdowało w tym potwierdzenie stare porzekadło: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. A skoro temat wojny tak się nam narzucił, to nie unikajmy go.

Wojna najczęściej przynosi korzyści – na ogół zwycięzcy. Lecz nie tylko. Nie raz spotykałem się ze stwierdzeniem, że wojny napędzały postęp, zwłaszcza technologiczny. Również w naszych czasach wiele nowinek, pierwotnie zapewniających przewagę na polu walki i zarezerwowanych dla armii, upowszechnia się i staje pożytkiem cywilów. Tak było np. z żywnością w konserwach, słodkim batonikiem wysokoenergetycznym, podpaskami higienicznymi, okularami przeciwsłonecznymi, zamkiem błyskawicznym, krótkofalówką, Internetem, GPS, fotografią cyfrową, dronami, taśmą samoprzylepną, klejem Kropelką (cyjanoakryl), woreczkami foliowymi, duraluminium, powłoką teflonową,  a przypadkiem też z kuchenką mikrofalową. Nie chodzi więc już tylko o łupy wojenne, nowe terytoria, więcej poddanych, status mocarstwa. Wojna to także rozwój niektórych gałęzi przemysłu, nauki, medycyny, transportu – rozwój być może mniej zaawansowany w czasie pokoju. Może należałoby powtórzyć za Heraklitem: Wojna jest ojcem wszystkich rzeczy.

Paradoksalnie nierzadko wojny, podobnie jak epidemie, bywały wybawieniem z problemu przeludnienia. Rozrost miast nie nadążał za przyrostem naturalnym. Na wsiach coraz trudniej było dzielić poletka na licznych spadkobierców. Powiększało się grono ludzi bez pracy, co rodziło występki. A gdy wojna lub choroba zdziesiątkowały społeczeństwo, wracała równowaga. Dodajmy coś jeszcze; wojna oraz poczucie zagrożenia uwalnia, wydobywa i często uwypukla nie tylko mroczne, występne i podłe cechy, lecz także te szlachetne, bohaterskie, patriotyczne – których ktoś mógł sobie nawet nie uświadamiać. Wojna konsoliduje społeczeństwo, wzmacnia poczucie solidarności, jednoczy wokół idei, albo przeciw wrogowi. To nie wszystko. Wojna rozbudza wyobraźnię twórców, staje się tematem wielkich dzieł malarstwa, rzeźbiarstwa, literatury, muzyki, filmu. Jasne, że moglibyśmy się doskonale obejść bez tych wytworów, za którymi stoją tragiczne losy milionów ludzi. I najchętniej żylibyśmy w świecie, który nie daje asumptów do takiej twórczości. Jednak konflikt jest wpisany w życie naszej planety, zatem jeśli z jego powodu mogą powstać rzeczy dobre lub piękne, to zawsze jakaś pociecha.

Właśnie; konflikt wpisany w naturę. Prawo silniejszego do władania terytorium, przewodzenia stadem, pierwszeństwa w ucztowaniu, rozsiewania genów itp. Wszystko, co żyje rywalizuje o przestrzeń i pokarm z innymi formami życia, często ich kosztem, ba! nawet kosztem ich istnienia. Ktoś powiedział, że wojna jest koniecznością biologiczną. Jedna z teorii socjologicznych, dotycząca konfliktów społecznych, bez osłonek mówi, iż tzw. ład społeczny jest chwiejną równowagą, a na dłuższą metę, to utopia. W społeczeństwie bowiem dominują sprzeczności i ścieranie się rozbieżnych interesów poszczególnych grup i jednostek. I stwierdza to z taką oczywistością, jakby konflikty i antagonizmy były naturalną własnością ludzi. W takim razie, jeśli skazani jesteśmy na konflikty, w tym zbrojne, to powinniśmy nauczyć się, jak wyciągać z nich ewentualne korzyści. Pytanie tylko: jakie? Od tysiącleci obserwujemy konflikty w otaczającej nas przyrodzie i nie dziwimy się temu. A z drugiej strony, sami będąc częścią tej przyrody, bywamy zaskoczeni, że stać nas nawet na większe bestialstwo. Mamy też o wiele szerszy wachlarz powodów, motywacji i argumentów by wszcząć konflikt, czy to na polu polityki, czy na ubitym polu, wszak Wojna jest tylko kontynuacją polityki innymi środkami – jak powiedział Carl von Clausewitz.

A co z małymi wojnami, takimi bez oręża, bitewnego zgiełku i przelewu krwi? Psychologia, zajmując się zagadnieniem konfliktów, analizuje przyczyny, scenariusze przebiegu, mówi o skutkach. Ponoć o charakterze konfliktu decyduje siła więzi społecznych. W grupach o silnych więziach wewnętrznych, negatywne emocje członków uznaje się za zagrożenie dla tych więzi i tłumi, przez co – gdy już dojdzie do konfliktu, przebiega on z niezwykłą gwałtownością, mogącą zniszczyć samą grupę. Z kolei w grupach o luźniejszych więziach konflikty pojawiają się dość często i pozwalają na rozładowanie wszystkich napięć na bieżąco. Taki skutek wydaje się korzystnym. Dzięki temu zamiast wyładowania nawarstwionych emocji, pozostaje przestrzeń by zająć się przyczynami konfliktów, podyskutować, poszukać rozwiązań. Wniosek na marginesie: lepiej żyć w grupie o luźnych relacjach, w której dochodzi do drobnych konfliktów.

Pozytywka kadrZapraszamy zatem 8 maja o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będą: dobrodziejstwa wojny.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być może zająć stanowisko, jakie prezentował myśliciel i moralista Andrzej Frycz Modrzewski, głosząc: Żadne korzyści z wojny nie są tak wielkie, aby mogły jej szkodom dorównać (…). A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.33/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Na święta: o ewolucji duszy

Swoim zwyczajem, na czas świąt przesyłam garść przemyśleń z pogranicza filozofii, teologii i nienaukowego mędrkowania.

https://i0.wp.com/cyfrowe.mnw.art.pl/Content/3671/grobnid4307.jpg?resize=310%2C449Jezus oddał za nas życie. Ale czy za nas w całości? Nie. Tak właściwie, w dziele zbawienia chodziło wyłącznie o nasze dusze. I refleksją na temat ludzkiej duszy chciałem się właśnie podzielić. Nie chcę sięgać po jej rozliczne definicje – łatwo znaleźć jej rozmaite koncepcje, od starożytnych filozofów, przez teologów, po dzisiejszych psychologów. Ponieważ jednak – ze względu na kontekst świąt – będę nawiązywał do religii, to wypada wtrącić, iż poszczególne wyznania, różnie duszę pojmują, a nawet wśród odłamów samego chrześcijaństwa nie ma zgody co do jej definicji, funkcji, wartości i nieśmiertelności. Według Kościoła Katolickiego dzięki duszy ludzie mogą racjonalnie myśleć, rozumieją pojęcia abstrakcyjne, potrafią wierzyć w życie po śmierci oraz w Boga, czują empatię, mają wolną wolę i poczucie godności.

Zainspirował mnie temat rozmowy ze znajomym filozofem. Usłyszał on, jak pewnemu księdzu profesorowi zadano ciekawe pytanie dotyczące duszy. Jego sens był mniej więcej taki: czy Neandertalczyk miał duszę? Odpowiedź, jaka padła, zdaje się była wymijająca, ale czyż nie jest to frapujące zagadnienie. Tylko pomyślmy.

Jeśli przyjąć wykładnię biblijną, to spośród wszystkich rajskich stworzeń, duszę otrzymał tylko człowiek. Ale biorąc pod uwagę stan wiedzy o ewolucji, pojawia się pytanie, jakie stworzenie boskie można już uważać za człowieka. Czy dopiero obecnego Homo Sapiens Sapiens? Czy może już wcześniejszego Homo Erectus? A może jeszcze wcześniejszą postać, na poły małpowatą, jaką był Homo Habilis? No właśnie, ile musiało być człowieka w małpie, żeby Bóg obdarzył go nieśmiertelną duszą? Czy wystarczyło 51% cech ludzkich, czy jednak 90%.

Kościół unika odpowiedzi, niemniej nie neguje samej ewolucji człowieka. Papież Pius XII stwierdził, że uczeni i teolodzy – badając sprawę pochodzenia ciała ludzkiego z istniejącej wcześniej materii organicznej – mogą uwzględniać teorię ewolucji, czyli dopuszczał tezę wyewoluowania ludzkiego ciała ze świata zwierząt. Kazał jednak pamiętać, iż duszę stworzył bezpośrednio Bóg. Również papież Jan Paweł II przyznał, że ewolucja jest czymś więcej niż hipotezą.

Jak wiemy, ewolucja nie przebiega skokowo, nie jest tak, że jednego lata rodzą się przedstawiciele Homo Habilis, po czym występuje mutacja i następnego lata wszystkie nowe dzieci są już z gatunku Homo Ergaster. Rodzice byli bardziej zwierzętami, toteż obywali się bez duszy, zaś ich potomstwo przypominało bardziej człowieka, wobec czego Stwórca obdarzył je duszą. Nic z tych rzeczy! Ewolucja to powolne zmiany i jednoczesne funkcjonowanie starych oraz nowszych form, obok siebie. Gdyby Bóg zdecydował się na swój szczodry gest w pewnym konkretnym, określonym momencie, to mogłoby być tak, że pierwsze dziecko danej matki było jeszcze bezduszne, ale kolejne już uduchowione. Ba! mogłoby się trafić, że jedno z bliźniąt było bez duszy, a drugie już załapało się do szczęśliwszej puli i otrzymało szansę na trafienie do raju (tudzież piekła). Czytaj dalej

4.86/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coffeelosophy XIV – czyli błogosławieństwo porażki.

Pogadalnia Filozoficzna – w zgodzie z ideą wychodzenia ku ludziom – zaprasza na kolejne spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Jak w (prawie) każdy pierwszy poniedziałek miesiąca.

Ponoć nie ma porażek tylko lekcje, lub – jak kto woli – zdobywanie doświadczeń. Czy faktycznie każda porażka niesie jakąś naukę? Coś każe mi wątpić, a wyobraźnia ochoczo pracuje, by znaleźć przykład takiego niepowodzenia, z którego żadnej korzyści nie ma. Pracuje, pracuje i… nic. Praca wyobraźni skończyła się porażką – ale jaka z tego nauka? Może taka, by się nie poddawać, lecz dalej wysilać imaginację.

Na temat porażki można znaleźć wiele złotych myśli i maksym. Że jest krokiem naprzód, kolejnym stopniem zbliżającym do zwycięstwa, a przy tym wcale nie oznacza przegranej – chyba, że się człek podda, nie chce wstać po upadku, rezygnuje z kolejnych prób. Jednakowoż, jeśli tresura szprotek za każdym razem kończy się niepowodzeniem, to ile razy należy próbować. I czy można z tego wyciągnąć inne wnioski, niż zasadność zamiany szprotek na szczury, albo tresury na wędzenie (tudzież jedno i drugie, tfu!).

Winston Churchil powiedział: Sukces to przechodzenie od porażki do porażki, bez utraty entuzjazmu. Przy całym szacunku dla niego, trudno uwierzyć, że np. generał z entuzjazmem przyjmuje kolejne przegrane bitwy i z zachwytem zamienia brzeziny w krzyże na żołnierskich mogiłach. A przecież i dla tych poległych była to porażka, zatem pojawia się pytanie: jak mają się podnieść i spróbować jeszcze raz. W dodatku z entuzjazmem. Jasne, że dobre rady są dla żywych i pewnie sam Ikar by się z tym zgodził – gdyby oczywiście zdążył przed gruchnięciem w morską toń. Są jednak porażki, po których nie da się po prostu wstać, otrzepać z kurzu, wytrzeć rozkwaszony nos i zacząć od nowa.

Do zestawu mądrości w tym temacie, dorzucił swoje trzy centy Henry Ford, mówiąc: Porażka to jedynie możliwość, żeby zacząć od początku, tylko mądrzej. Niech to usłyszy pechowy skoczek do wody, który złamał kręgosłup. Na pewno kolejnym razem postąpi rozsądniej. Dlatego właśnie jednym z moich najbardziej znienawidzonych powiedzonek jest: Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Na Atenę! Powiedzcie to komuś, kto przeżył wypadek, krach na giełdzie i tragedię w rodzinie. Czy jako przykuty do wózka, bezdomny w żałobie powie sobie: tak, to mnie wzmocniło. Zaraz ktoś mnie skoryguje, że nie chodzi o wzmocnienie fizyczne, ale siłę ducha. Jakoś, gdy umierał mi ktoś bliski, albo gdy doświadczałem innej straty, to mój duch wcale się nie wznosił. Przeciwnie, załamywał się i frunął lotem koszącym w jakieś ciemne otchłanie, a przy kolejnych drwinach losu wcale nie radził sobie lepiej, czy łatwiej.

Podobno bez porażki nie sposób przekonać się, jak naprawdę smakuje sukces. Jednak skoro potrafimy wyobrazić sobie sukces, mimo iż nie był jeszcze naszym udziałem – to chyba jesteśmy w stanie wyobrazić sobie też klęskę i, bez faktycznego jej doznania, omijać ją szerokim łukiem oraz prawdziwie cieszyć się zwycięstwem. Michel Jordan miał ponoć stwierdzić: Ponosiłem porażkę, za porażką, to dlatego odniosłem sukces. Jeżeli sukces budowany jest na wcześniejszych porażkach, to muszę skonstatować, iż jest to nieciekawy fundament.

Trafiłem gdzieś na sentencję: Każda porażka niesie ze sobą ziarno równej, lub nawet większej korzyści. Powiedział to Napoleon Hill – autor książek o filozofii sukcesu, w których tłumaczył, z grubsza rzecz biorąc, jak zwyczajny człowiek (Amerykanin) może dojść do niezwykłych osiągnięć, głównie przez odpowiednie nastawienie umysłu. Jeśli faktycznie porażka zawiera w sobie zalążek sukcesu, to by oznaczało, że w każdej sytuacji (i z każdej sytuacji) powinniśmy być zadowoleni. Powinna nas cieszyć zarówno wygrana jak i porażka, niosąca owo ziarno korzyści. Mało powiedziane; im bowiem większa porażka, tym lepiej, gdyż z niesionego ziarnka powstać ma równie wielka korzyść (a może i większa) – no nic, tylko tryskać radością i zakwitać optymizmem, po każdym potknięciu, kopniaku w twarz, albo bankructwie firmy.

W którymś miejscu zostało napisane przesłanie, iż: Nie zwycięstwa, lecz porażki kształtują charakter. Ciekawe, co na takie dictum odparliby starożytni nauczyciele. Miłośnicy oręża wskazywali przecież na służbę wojskową i podkreślali znaczenie wojny w kształtowaniu ducha (przykładem niech będzie Sparta). W Atenach panowało przekonanie, że to nie wykształcenie, czy wychowanie czyni mądrym lub dobrym, ale że z predyspozycją do cnoty trzeba się urodzić – niemniej prowadzono wszechstronne kształcenie i wychowanie. Generalnie, według pasjonatów aktywności fizycznej to wojna, lub sport kształtuje charakter, a filozofowie proponują ćwiczenie się w cnotach. Z religijnego zaś punktu widzenia to cierpienie kształtuje charakter. Bez wnikania w szczegóły, przypomnę tylko o Hiobie. I to ostatnie spostrzeżenie wydaje się o tyle zasadne, że porażka i cierpienie często idą w parze. Jeżeli kogoś to przekonuje, to proszę bardzo. Ja dość daleki jestem od twierdzeń, że cierpienie kształtuje charakter, hartuje ducha, uszlachetnia itp. Cierpienie przede wszystkim dehumanizuje, odbiera godność, poniża i zniewala. I gdyby porażka miała być bliską krewną cierpienia, to przypisałbym jej równie bliskie właściwości.

Dlatego pewnie są i tacy, którzy nie traktują porażki z respektem, ani jej nie gloryfikują. Przeciwnie, umniejszają jej znaczenie, twierdzą, że to nic takiego, że nie ma się czym przejmować. Sugerują ewentualnie, że w zasadzie to wręcz dobrze się stało, bo doświadczenie – wszelkie, a więc i przykre – zawsze czegoś uczy. Można by rzec, iż w ten sposób zatoczyliśmy koło i wrócili do pierwszej myśli – że porażki są naszymi lekcjami. Nawet Szekspir, słynący z trafnych obserwacji, był podobnego zdania pisząc, iż: Najlepszych ludzi uformowało naprawianie własnych błędów. A mi się wydaje, że jednak lepiej, bezpieczniej i rozsądniej jest uczyć się na cudzych błędach. To pozwala uniknąć zbytecznych złamań otwartych i poparzeń trzeciego stopnia.

Ktoś mógłby pomyśleć, że ze wszystkim co powiedziano na temat porażek wyłącznie polemizuję. A tu siurpryza – są sentencje, z którymi akurat się zgadzam. Choćby ta, którą wyraził pisarz Gore Vidal: Nie wystarczy odnieść sukces. Pozostali muszą ponieść porażkę. Czyż to nie jest myślenie bliższe ludziom, ba! ludzkiej naturze. Czyż nie jest prawdziwsze niż te górnolotne, poetyzujące, pseudo-motywacyjne aforyzmy. Przecież zwykle ludzi bardziej od własnego sukcesu cieszy porażka bliźniego. Można się na to oburzać i protestować. A pewnie. Można, do woli. A jednak takie są fakty.

Pozytywka kadrZapraszamy zatem 3 kwietnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: błogosławieństwo porażki.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być może przyjąć postawę, jaką prezentuje Tom Cruise, mówiąc: Nie zgodzę się z tymi, którzy uważają, że więcej nauczę się ze swoich porażek niż ze zwycięstw. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

1 2 5
Wróć na górę strony Wróć na górę strony