Archiwum autora: Martinus

Coffeelosophy XVIII – czyli przekleństwo erotyzmu

Pierwszy poniedziałek miesiąca to w naszej tradycji spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Nie inaczej będzie i tym razem.

Temat erotyzmu jest nie tyle kontrowersyjny, co – dla niektórych – krępujący. Czy jednak powinniśmy się wstydzić czegoś, dzięki czemu znaleźliśmy się na świecie? Czy jest powód, by do sfery tabu wpychać zagadnienia, które w tak przemożny sposób nas otaczają?

Na pewnym etapie rozwoju, a więc prawdopodobnie w związku z rozkwitem kultury, człowiek nabawił się czegoś takiego, jak wstydliwość cielesności (oraz jej gorszej odmiany tj. pruderii). Żydzi odmalowali ten moment w scenie z raju, kiedy to prarodzice zgrzeszywszy, ukrywają się w zaroślach, gdyż spostrzegli, iż są nadzy. Zdawać by się mogło, że nagość jest czymś złym – mimo, iż jest czymś najbardziej naturalnym; jest naszym najpierwotniejszym stanem. Zarówno w wymiarze historycznym (a właściwie prehistorycznym), jak i współczesnym. Przed tysiącami lat człek biegał, jak go Pan Bóg stworzył, czyli jak małpa i inne stworzenia boskie – a zaczął się odziewać nie ze wstydu, lub dla strojności, lecz przez chłód panujący na nowo zasiedlanych terenach. A w wymiarze współczesnym… no, cóż – przecież wszyscy rodzimy się nadzy i nikogo to nie peszy. Będąc dziećmi bez zmieszania biegaliśmy na golasa. Dopiero napomnienia dorosłych zaszczepiły w nas zakłopotanie golizną (własną i cudzą).

Były takie okresy, że niektóre cywilizacje lub nacje traktowały nagość, jak coś najzwyklejszego. Można by sądzić, że nie wywoływała ona takich samych emocji, jak w społeczeństwach bardziej purytańskich. W starożytnej Grecji zawodnicy kolejnych olimpiad zmagali się ponoć bez ubrań. Na przestrzeni dziejów powstawały rzeźby, mozaiki, obrazy, opisy nacechowane erotyzmem, ale mam wrażenie, że jakoś oswojonym, bez rumieńców. A przy tym wszystkim znajdujemy świadectwa wyuzdania, orgii, cielesnych rytuałów. Były czasy, kiedy potępiano zmysłowość, a jednocześnie przemycano ją w sztuce wyższej, np. sakralnej, gdy kler przymykał oczy na obnażone ciała w scenach biblijnych, zapełniające ściany świątyń i pałaców.

A dziś? Dziś jeszcze żyją plemiona, w których nagie piersi i pośladki, czy tutki na przyrodzeniu nie wywołują większych podniet. Tymczasem społeczeństwa cywilizacji zachodniej są w jakimś dziwnym rozdarciu. Z jednej strony większość chce uchodzić za przyzwoitych, skromnych, wręcz cnotliwych, a z drugiej strony w alkowach zwycięża chuć, żądza i nierzadko perwersja. Co więcej, jesteśmy zewsząd atakowani erotyzmem i seksualnością, które stały się wspomaganiem metod sprzedaży. Półnagie, lub nie pozostawiające wiele dla wyobraźni ciała zachęcają do konsumpcji dóbr. Bez głębokiego dekoltu i długich nóg nie obejdzie się na targach i stoiskach promocyjnych – od kampanii kosmetyków, markowych ubrań, przez sieci AGD, po wystawy wielkich koncernów samochodowych. Nagość świetnie sprzedaje filmy, buty i wędliny. Żyjemy pod presją seksualności, a erotyzm przewija się w wydaniu tak biologicznym, jak i ogólnie rzecz biorąc społeczno-kulturowym.

Czemu tak wiele osób chciałoby usunąć erotyzm z przestrzeni publicznej, a może i w ogóle z obszaru kultury? Jakoś nie wyobrażam sobie, że starożytny ateńczyk ukrywał przed wzrokiem dziecka wazę przedstawiającą nagie postaci i zasłaniał mu oczy, gdy przechodzili obok rzeźb Fidiasza. Podobnie trudno mi przyjąć, że w renesansie matki i córki nie chodziły do najbliższego kościoła, bo okryłyby się rumieńcem na widok nieskromnie przedstawionych torsów i golutkich kupido – co rozpraszałoby modlitewne skupienie. Nie było, jak mniemam, w dalekich Indiach sytuacji, by odwracać wzrok od świątynnych ścian, pokrytych lubieżnymi płaskorzeźbami z Kamasutrą. Co się zatem zmieniło, że w naszej kulturze upublicznione nagość i seksualność budzą zgorszenie? Czy chodzi jedynie o to, że wykorzystane są przedmiotowo, dla zarobku, i nie wpisują się w kanon, czy pojęcie sztuki (choć i sztuka niektórych bulwersuje)? Wszak wybitne dzieła artystów też powstały dla zarobku – i sławy. A jednak odczuwamy pewien przesyt (no, pewnie nie wszyscy – przepraszam za generalizowanie).

Zaraz ktoś się oburzy (najpewniej będzie to niewiasta) i rzuci retorycznie-oskarżycielskie pytanie: a któż to niby kreuje taką naerotyzowaną rzeczywistość. Fakt, to głównie mężczyźni posługują się kobiecym powabem. Ale coraz więcej jest też przejawów męskiego roznegliżowania skierowanego do podświadomości kobiet. Poza tym erotyzm oparty na płci pięknej, również u jej przedstawicielek wywołuje zainteresowanie, budzi skojarzenia z przyjemnością seksualną, rozbudza fantazje, tworzy w wyobraźni własny atrakcyjny wizerunek.

Chyba należy wspomnieć, że nie tylko świat kreowany (sztuka, rozrywka, chwyty komercyjne), ale i ten rzeczywisty naładowany jest erotyzmem. Kobiety od wieków, bez przymusu (a może się mylę) noszą na tyle wyzywające stroje, na ile pozwala im epoka. Kuszą specyficznym zachowaniem, flirtują, kokietują. Jasne, można zapytać o powody, o cel tych zabiegów. Czy nie zmuszała ich do tego sytuacja życiowa, pozycja społeczna, źle hołubione ambicje. Jednak przecież nie zawsze było to interesowne w grubym wymiarze, przez co rozumiem rodzaj intratnego kontraktu. Prawda, czasem mamy do czynienia z przejawem próżności, a nawet narcyzmu. Ale chyba najczęściej jest to niewinne (jak sądzę) pragnienie podobania się sobie i innym, w zgodzie z aktualnymi trendami, zaspokojenie potrzeby akceptacji, dodanie sobie pewności siebie. To samo dotyczy również mężczyzn, choć może nie w takim stopniu.

Czy należy traktować te zjawiska, jako żerowanie na ludzkiej pożądliwości? Jako sięganie do prymitywnych, zwierzęcych odruchów seksualnych, których wciąż nie potrafimy w pełni okiełznać. Jako niszczenie kulturowej, ucywilizowanej nadbudowy. Jako poniżające, odzierające z godności – zarówno modela, jak i odbiorcę dzieła, skazanego (chcąc nie chcąc) na obcowanie z nim. Czy jest to jakaś klątwa – i kto ją właściwie rzucił? A może – mimo wszystko – należałoby odrzucić na bok te utyskiwania i najzwyczajniej uznać, że nie ma w tym nic złego. Że jest to część naszej natury, której nie trzeba się wyrzekać, której nie trzeba przykrywać listkiem figowym. Być może nieszczęsny Eros tak manifestuje swoją obecność, jak mu na to pozwalają panujące realia epoki.

Pozytywka kadr

Zapraszamy 6 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: przekleństwo erotyzmu.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać i pomyśleć, czy warto zrzucać tą seksowną klątwę. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coachingu filozoficzny, jak się masz?

Poniżej prezentujemy tekst ze strony natemat.pl traktujący o idei coachingu filozoficznego i jego raczkowaniu w Polsce. Mam nadzieję, że autorzy nie będą tej popularyzacji mieć nam za złe. Na końcu podajemy link do strony z tekstem.

Spotkanie z filozofem. Brzmi jak rozrywka dla elit, ale pomaga odpowiedzieć na pytanie “Jak żyć”

Platon i Sokrates – dwóch wybitnych filozofów okresu starożytności

Sokrates i Platon

– Znajomy zaprosił na spotkanie grupę swoich przyjaciół – opowiada mój rozmówca, warszawski przedsiębiorca. – Zaprosił też filozofa, bardzo znanego polskiego profesora. Ten przez ponad godzinę snuł rozważania na różne tematy, potem zaczęła się dyskusja. To było bardzo ciekawe, teraz planuję zorganizować takie spotkanie w swoim domu – kończy. Filozoficzny coaching, choć brzmi jak rozrywka znudzonych elit, wcale nią nie jest. Bo dzisiaj wielu z nas czuje się zagubionych: z jednej strony jesteśmy przytłoczeni pracą, pogonią za pieniędzmi, z drugiej – chcemy się od tego uwolnić.

Pytasz czasem siebie, jak żyć? Zrezygnowany chodzisz do pracy, masz kryzys egzystencjalny? Nie masz w życiu celu? Chciałeś iść z tym do psychologa? Zastanów się, czy nie lepiej skorzystać z pomocy filozofa. On może ci pomóc. Coaching filozoficzny w Polsce raczkuje, ale wszystko może przyspieszyć Uniwersytet Śląski – który otworzył taki kierunek studiów.

Coaching filozoficzny, czyli co?

Na czym to właściwie polega? Trudno to wyjaśnić w skrócie. – Konsultujemy się z ortopedą, psychologiem, różnymi specjalistami. I tak samo konsultujemy się z filozofem – mówi nasz bloger prof. Tadeusz Bartoś, filozof i etyk, a także konsultant filozoficzny. Na czym polega taka konsultacja? – Filozof zasadniczo powinien zajmować się myśleniem. Tym jak myślimy, jaki tworzymy obraz świata, filozofia jest autorefleksją. Człowiek, który przychodzi na takie konsultacje, chce by pomóc mu przemyśleć pewne sytuacje życiowe, a nie potrzebuje pomocy psychologa – opowiada prof. Bartoś. – Konsultacja polega na tym, że klienta można dopytywać o różne rzeczy, pomaga mu się w sformułowaniu pewnych problemów.

***

Filozofia dla firm

Chociaż tekst dotyczy coachingu indywidualnego, to Philosophical Counseling oferuje również konsultacje filozoficzne dla firm.

Co biznes może wynieść z filozofii? Jak się okazuje, całkiem sporo. PC oferuje, między innymi, tworzenie kodeksów etyki, pomoc w zakresie mediacji i rozwiązywania konfliktów wewnątrz przedsiębiorstwa, seminaria z zarządzania wiedzą czy wartościami i poprzez wartości. Firma może również, dzięki coachingu filozoficznemu, nauczyć swoich pracowników sztuki argumentacji.

***

Czytaj dalej

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coffeelosophy XVII – czyli samoniepoznawalność

Właściwie minęły już wakacje (wszelkie), toteż wracamy do spotkań w Pogadalni. Ponieważ najbliższe wypada w pierwszy poniedziałek miesiąca, więc odbędzie się w formule filozoficznej kawiarenki.

Poniektórzy ludzie – tak, tak, zdarzają się tacy – przynajmniej raz za swego żywota zadają sobie pytanie: kim jestem. Oczywiście, nie kim ja, autor tego tekstu, jestem. Po prostu kim jest każdy z nich. I nierzadko udzielają sobie jakiejś odpowiedzi (o, szczęśliwcy, farciarze, o! wybrańcy losu!). Nie ma co spekulować, ilu ich jest – niechby nawet 99%. Ciekawsze wydaje mi się, ilu znajduje prawdziwą odpowiedź, ba! czy w ogóle mają na to szansę.

Wszystko bowiem, co możemy o sobie powiedzieć, powiemy wykorzystując pewien dostępny nam (acz ograniczony) zasób słów, sformułowań, nazwań, epitetów i porównań. Inaczej mówiąc, opiszemy siebie tylko takimi określeniami, jakie znamy, jakimi akurat dysponujemy. Wydawać by się mogło, że im bogatszy zasób terminów posiadamy, a przy tym precyzyjniej potrafimy ich użyć, tym (prawdopodobnie) bliżej prawdy o sobie będziemy. Czy jednak ktoś prosty, o ubogim słownictwie, nie jest w stanie powiedzieć, kim jest?

Co zrobić, gdy możliwość samopoznania staje pod znakiem zapytania? Może jeśli powiem, albo pomyślę o sobie wszystko, co potrafię, to powinienem przyjąć, że to wyczerpuje temat. I tu jestem w kropce. Bo wiedząc o swych ograniczeniach, mam świadomość, że to nie jest cała wiedza o mnie. Bo najpewniej ktoś mógłby coś jeszcze dodać. No właśnie.

Bardziej zdesperowani i nieukontentowani w dążeniu do odszyfrowania siebie niekiedy wykorzystują to, co mówią o nich inni ludzie. Cudza wiedza bywa uzupełnieniem własnej, a czasem (niestety) podstawą sądów o sobie. Nie można mieć jednak żadnej pewności, co do poprawności cudzych opinii. Nawet tych, które pochodzą od specjalistów, z którymi przeszło się wieloletni cykl wybebeszających sesji na kozetce. Czy zatem wezwanie Sokratesa: poznaj samego siebie, leży w granicach ludzkich możliwości? I czy w zadowalającym stopniu można odpowiedzieć, kim się jest?

Pozytywka kadrZapraszamy 2 października o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: samoniepoznawalność.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać i pomyśleć, czy w samopoznaniu stać Cię na więcej, niż supozycje. Bo nie wystarczy, iż tak jakoś intuicyjnie wiemy, że my, to my. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

3.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Niesprawiedliwość na słodko

Czy niesprawiedliwe zachowanie się wobec samego siebie też jest niemoralne? Czy, kiedy ktoś postępując nieuczciwie, przyczynia się świadomie do własnej straty, to popełnia coś złego? Czy może jednak, w myśl zasady, że „chcącemu nie dzieje się krzywda” należy uznać to za jego wybór. Wiedział, między czym a czym dokonuje wyboru, rozumiał jakie przyniesie to dlań skutki. I skoro mając wybór, wybrał stratę, to widać taki scenariusz wydał mu się z jakiegoś powodu (paradoksalnie) korzystniejszy.

słodka niesprawiedliwośćWeźmy banalny przykład: podział tortu. Wyobraźmy sobie, że jest pięć pań, w tym samym wieku, o podobnej budowie ciała, równie dobrej kondycji fizycznej, takim samym upodobaniu do słodyczy, wykonujących tą samą pracę, mających w związku z tym podobne zapotrzebowanie na energię. Wszystkie zjadły w stołówce zakładowej ten sam obiad, do syta i ze smakiem – żadna więc nie była ani mniej, ani bardziej głodna od reszty. Krótko mówiąc mamy pięć kobiet, z których żadna nie wyróżnia się niczym, co uzasadniałoby przydzielenie jej porcji o innej wielkości, niż pozostałym koleżankom. Panie te po pracy umówiły się na kawę z tortem.

Tymczasem ta, która kroiła tort – choć potrafiła go podzielić równo z dokładnością do 1 grama – z nieznanego powodu sobie ukroiła trochę mniejszy kawałek. Przez to jej koleżanki dostały większe od niej, cztery jednakowe części. Podzieliła zatem ciasto niesprawiedliwie. Czy uczyniła źle?

Celowo nie określam, z jakiego powodu to zrobiła, bo motywacja potrafi czasem wpłynąć na surowość oceny. A jak na ocenę wpłynie rozróżnienie, że sprawa dla czterech pań pozostała tajemnicą, albo że się wydała i to w momencie, gdy za późno było aby ją naprawić? Jeśli sprawa nie wyszła na jaw, to pozostaje problemem kobiety dzielącej tort (i ewentualnie naszym). Jeśli ona nie czuje się z tym źle, to oznacza, że nie czuje swej krzywdy, a zatem uważa podział za akceptowalny, lub nawet sprawiedliwy. Jeśli jednak odczuwa stratę, to znaczy, że miała dostatecznie silne powody, aby się na ten uszczerbek zgodzić. Jednak krzywdzenie samego siebie jest w etyce oceniane negatywnie, zatem… Zasługuje na naganę.

Co natomiast, gdy sprawa się rypła, a było za późno, by z czterech porcji odjąć stosowne kawałeczki dla poszkodowanej? Istnieje ryzyko, że nawet mimo jej zapewnień, iż wszystko jest w porządku a ona nie czuje się stratna – jej koleżanki będą czuły się nieswojo ze świadomością uczestniczenia w niesprawiedliwym podziale. Czy byliście świadkami sytuacji, gdy ktoś rozlewał napój do szklanek, każdemu do pełna, a nalewając w końcu do swojej dostał tylko pół. Mówił, że jest porządku, że nic się nie stało, ale wszystkim dokoła robiło się jakoś przykro i żal tej osoby, i rodził się odruch współczucia, i pojawiała chęć odlania ze swojej szklanki części napoju. No właśnie. Podobnego uczucia mogły doznać te cztery koleżanki, które dostały większe porcje ciasta. A że owo uczucie nie jest przyjemne, więc osoba za nie odpowiedzialna, czyli ta niesprawiedliwie dzieląca tort, zasługuje na negatywną ocenę. Paradoksalnie więc, nie dość że wzięła sobie mniejszy kawałek tortu, to jeszcze jej koleżanki mają prawo żywić do niej o to żal i jeszcze ją moralnie potępić.

A jeśli dla zaostrzenia kryteriów w tym wyimaginowanym przykładzie, dodamy, że przed imprezą, wyraźnie umówiły się, iż tort będzie podzielony po równo. Wówczas do winy piątej pani dojdzie świadome złamanie umowy. No, to już jest po prostu karygodne! Nic, tylko szubienica, gilotyna i stos!

Kłaniam, Martinus

3.83/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Hurra! Wróciliśmy

Po dość długiej przerwie, wywołanej problemami z serwerem, a generującej Waszą tęsknotę, cieszymy się, iż znowu jesteśmy z Wami. Wkrótce postaramy się nadrobić zaległości i dać Wam odrobinę wakacyjnej pożywki filozoficznej – tudzież paraintelektualnej 🙂

Kłaniam, Martinus

2.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Coffeelosophy XVI – czyli dobro z przekory

Jak w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca, Pogadalnia Filozoficzna – w myśl idei wychodzenia do ludzi – zaprasza na kolejne spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki.

Przekora jest intelektualnym instynktem samozachowawczym.

⇐ Stefan Kisielewski

Człowiek, w swoim postępowaniu, bywa przewrotny i przekorny. Ktoś napomina: ubierz czapkę, a ten wychodzi z gołą głową. Ktoś radzi: nie maluj ścian na czerwono, a ten pomaluje i to jeszcze z sufitem. Ktoś prosi: zostaw sobie kilka czekoladek na później, a ten upchnie wszystkie na raz, chociaż nadzienie wyłazi mu nosem. Człek miewa wręcz upodobanie w czynieniu czegoś inaczej, niż ktoś się po nim spodziewa lub oczekuje. Pół biedy, gdy idzie o błahostki. Lecz bywają i sprawy poważne; ktoś zawiera sojusz, a zdradza, ma wyjątkowy talent, ale go marnuje, obiecuje dbać o zdrowie, a skrycie pali… Dlaczego?

Pewnie wyjaśnień postępowania na odwrót jest wiele. Czasami ktoś daje w ten sposób upust potrzebie zaskakiwania, niekiedy buduje tym sposobem przewagę nad kimś, czasem wyraża swój bunt, innym razem realizuje egoistyczne plany, bądź – zwyczajnie – ulega pokusie psoty, złośliwości, krnąbrności, zawiści itp. W tych jego zachowaniach ma swój udział świadomość, a niejednokrotnie premedytacja. Jednak przejawy działania na przekór nie zawsze podejmowane są z rozmysłem.

Zdarza się bowiem, iż człowiek czyni coś wbrew bliźnim, bądź nie po ich myśli jakoś tak zupełnie bezwiednie, bez zastanowienia, w sposób nieplanowany, przypadkiem, a nawet nieświadomie. A to przewróci coś, a to rozleje, to wygada sekret, to znów zapomni o rocznicy, kupi chleb wieloziarnisty zamiast pełnoziarnistego, przypali gulasz, lub popsuje pożyczoną wiertarkę, spóźni się na samolot, albo zgubi klucze, pomyli cukier z solą, tudzież tradycyjnie zaśnie w teatrze i do tego jeszcze błogo puści sobie gromkiego bąka. Ot, coś samo wychodzi mu tak, jakby robił na złość.

Człowieka uczy się czynić dobrze. A człek, jak to człek – bardzo często się myli i czyni źle. Tudzież czyni źle z przekory i przez przypadek. Skoro tak łatwo przychodzi mu zrobić coś na odwrót, to może lepiej uczyć go, jak popełniać zło. A jemu, przez niedbalstwo lub przekorę, zawsze wyjdzie coś dobrego.

Czy zdarzyło Ci się kiedyś w pełni świadomie zrobić coś inaczej, niż od Ciebie oczekiwano, a w rezultacie otrzymać większe dobro, niż ci, którzy pracowali zgodnie z ustaleniami? Nie mówię o działaniu w roli buntownika przeciw niesprawiedliwości, bo tu rzecz jest oczywista: gdy ktoś oczekuje ode mnie uczestnictwa w niegodnym przedsięwzięciu, a ja zrobię mu na przekór, to jest spora szansa, iż uda mi się zrobić coś dobrego (a przynajmniej stanąć po jasnej stronie). Myślę raczej o sytuacji, kiedy większość postępuje dobrze i w słusznej sprawie, wytycza Ci pewne zadanie lub rolę, a Ty zachowujesz się inaczej, po swojemu, w sposób, którego pozostali nie chcieli nawet brać pod uwagę – i przysparzasz więcej dobra niżeli oni. A może udało Ci się coś takiego przez przypadek, gdy niechcący spaprałeś robotę, a tu okazało się, że przyniosło to lepszy rezultat? Jeśli tak, podziel się tą historią.

Pozytywka kadrZapraszamy zatem 5 czerwca o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: dobro z przekory.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i z przekory zaprzeczyć, jakoby główną cechą narodową Polaków była przekora. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

3.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coffeelosophy XV – czyli dobrodziejstwa wojny

Uwaga, pogadalnicy!

W pierwszy poniedziałek maja nie było spotkania. Aby jednak nie przepadło nam spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki, to odbędzie się ono wyjątkowo w drugi poniedziałek miesiąca, czyli 8 maja.

Bitwa pod Solferino

Pod tą datą obchodzona jest rocznica zakończenia II wojny światowej jak też Światowy Dzień Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca. Jest to także dzień urodzin Henryka Dunanta – szwajcarskiego filantropa, finansisty i pacyfisty. Czemu o nim wspominam? Pod koniec czerwca 1859 roku, pod Solferino doszło do wielkiej bitwy między armią cesarstwa Austrii a połączonymi siłami armii włoskiej i francuskiej. Po całodziennej walce, na skrwawionym pobojowisku zostało niemal 30 000 ofiar, w tym ponad 20 000 rannych. Widok cierpiących, często dogorywających żołnierzy, pozostawionych praktycznie bez opieki, tak wstrząsnął Dunantem, że w humanitarnym odruchu postanowił im pomóc. Zwoławszy okoliczną ludność, zorganizował transport i opiekę, a po powrocie do Genewy opisał te przeżycia w książce. Zaproponował utworzenie dodatkowej służby medycznej do pomocy rannym oraz powołanie narodowych stowarzyszeń z wolontariuszami, którzy na polu walki posiadaliby status neutralności, wraz z rannymi. Tak powstał Międzynarodowy Komitet Pomocy Rannym, przekształcony w 1863 r. w Czerwony Krzyż (od symbolu, będącego odwrotnością szwajcarskiej flagi).

W dzisiejszym statucie znajdujemy m.in. taki zapis: posłannictwem jest zapobieganie ludzkim cierpieniom i łagodzenie ich wszędzie, gdzie one występują, ochrona życia i zdrowia oraz działanie na rzecz poszanowania istoty ludzkiej, zwłaszcza w czasie konfliktu zbrojnego i w innych sytuacjach zagrożenia, praca na rzecz zapobiegania chorobom oraz podnoszenia zdrowotności i opieki społecznej, popieranie dobrowolnego niesienia pomocy oraz stałej gotowości członków Ruchu do niesienia pomocy, jak również powszechnego poczucia solidarności z tymi, którzy potrzebują pomocy i ochrony ze strony Ruchu.

Zaryzykuję tezę, iż okrucieństwa i całe zło dotyczące wojen, przyczyniły się do powstania czegoś dobrego, służącego także w czasie pokoju. Z pewnością znajdziemy wokół siebie więcej przykładów na to, jak odpowiedzią na zło stało się coś dobrego. Czyżby znajdowało w tym potwierdzenie stare porzekadło: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. A skoro temat wojny tak się nam narzucił, to nie unikajmy go.

Wojna najczęściej przynosi korzyści – na ogół zwycięzcy. Lecz nie tylko. Nie raz spotykałem się ze stwierdzeniem, że wojny napędzały postęp, zwłaszcza technologiczny. Również w naszych czasach wiele nowinek, pierwotnie zapewniających przewagę na polu walki i zarezerwowanych dla armii, upowszechnia się i staje pożytkiem cywilów. Tak było np. z żywnością w konserwach, słodkim batonikiem wysokoenergetycznym, podpaskami higienicznymi, okularami przeciwsłonecznymi, zamkiem błyskawicznym, krótkofalówką, Internetem, GPS, fotografią cyfrową, dronami, taśmą samoprzylepną, klejem Kropelką (cyjanoakryl), woreczkami foliowymi, duraluminium, powłoką teflonową,  a przypadkiem też z kuchenką mikrofalową. Nie chodzi więc już tylko o łupy wojenne, nowe terytoria, więcej poddanych, status mocarstwa. Wojna to także rozwój niektórych gałęzi przemysłu, nauki, medycyny, transportu – rozwój być może mniej zaawansowany w czasie pokoju. Może należałoby powtórzyć za Heraklitem: Wojna jest ojcem wszystkich rzeczy.

Paradoksalnie nierzadko wojny, podobnie jak epidemie, bywały wybawieniem z problemu przeludnienia. Rozrost miast nie nadążał za przyrostem naturalnym. Na wsiach coraz trudniej było dzielić poletka na licznych spadkobierców. Powiększało się grono ludzi bez pracy, co rodziło występki. A gdy wojna lub choroba zdziesiątkowały społeczeństwo, wracała równowaga. Dodajmy coś jeszcze; wojna oraz poczucie zagrożenia uwalnia, wydobywa i często uwypukla nie tylko mroczne, występne i podłe cechy, lecz także te szlachetne, bohaterskie, patriotyczne – których ktoś mógł sobie nawet nie uświadamiać. Wojna konsoliduje społeczeństwo, wzmacnia poczucie solidarności, jednoczy wokół idei, albo przeciw wrogowi. To nie wszystko. Wojna rozbudza wyobraźnię twórców, staje się tematem wielkich dzieł malarstwa, rzeźbiarstwa, literatury, muzyki, filmu. Jasne, że moglibyśmy się doskonale obejść bez tych wytworów, za którymi stoją tragiczne losy milionów ludzi. I najchętniej żylibyśmy w świecie, który nie daje asumptów do takiej twórczości. Jednak konflikt jest wpisany w życie naszej planety, zatem jeśli z jego powodu mogą powstać rzeczy dobre lub piękne, to zawsze jakaś pociecha.

Właśnie; konflikt wpisany w naturę. Prawo silniejszego do władania terytorium, przewodzenia stadem, pierwszeństwa w ucztowaniu, rozsiewania genów itp. Wszystko, co żyje rywalizuje o przestrzeń i pokarm z innymi formami życia, często ich kosztem, ba! nawet kosztem ich istnienia. Ktoś powiedział, że wojna jest koniecznością biologiczną. Jedna z teorii socjologicznych, dotycząca konfliktów społecznych, bez osłonek mówi, iż tzw. ład społeczny jest chwiejną równowagą, a na dłuższą metę, to utopia. W społeczeństwie bowiem dominują sprzeczności i ścieranie się rozbieżnych interesów poszczególnych grup i jednostek. I stwierdza to z taką oczywistością, jakby konflikty i antagonizmy były naturalną własnością ludzi. W takim razie, jeśli skazani jesteśmy na konflikty, w tym zbrojne, to powinniśmy nauczyć się, jak wyciągać z nich ewentualne korzyści. Pytanie tylko: jakie? Od tysiącleci obserwujemy konflikty w otaczającej nas przyrodzie i nie dziwimy się temu. A z drugiej strony, sami będąc częścią tej przyrody, bywamy zaskoczeni, że stać nas nawet na większe bestialstwo. Mamy też o wiele szerszy wachlarz powodów, motywacji i argumentów by wszcząć konflikt, czy to na polu polityki, czy na ubitym polu, wszak Wojna jest tylko kontynuacją polityki innymi środkami – jak powiedział Carl von Clausewitz.

A co z małymi wojnami, takimi bez oręża, bitewnego zgiełku i przelewu krwi? Psychologia, zajmując się zagadnieniem konfliktów, analizuje przyczyny, scenariusze przebiegu, mówi o skutkach. Ponoć o charakterze konfliktu decyduje siła więzi społecznych. W grupach o silnych więziach wewnętrznych, negatywne emocje członków uznaje się za zagrożenie dla tych więzi i tłumi, przez co – gdy już dojdzie do konfliktu, przebiega on z niezwykłą gwałtownością, mogącą zniszczyć samą grupę. Z kolei w grupach o luźniejszych więziach konflikty pojawiają się dość często i pozwalają na rozładowanie wszystkich napięć na bieżąco. Taki skutek wydaje się korzystnym. Dzięki temu zamiast wyładowania nawarstwionych emocji, pozostaje przestrzeń by zająć się przyczynami konfliktów, podyskutować, poszukać rozwiązań. Wniosek na marginesie: lepiej żyć w grupie o luźnych relacjach, w której dochodzi do drobnych konfliktów.

Pozytywka kadrZapraszamy zatem 8 maja o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będą: dobrodziejstwa wojny.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być może zająć stanowisko, jakie prezentował myśliciel i moralista Andrzej Frycz Modrzewski, głosząc: Żadne korzyści z wojny nie są tak wielkie, aby mogły jej szkodom dorównać (…). A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.4/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Na święta: o ewolucji duszy

Swoim zwyczajem, na czas świąt przesyłam garść przemyśleń z pogranicza filozofii, teologii i nienaukowego mędrkowania.

https://i0.wp.com/cyfrowe.mnw.art.pl/Content/3671/grobnid4307.jpg?resize=310%2C449Jezus oddał za nas życie. Ale czy za nas w całości? Nie. Tak właściwie, w dziele zbawienia chodziło wyłącznie o nasze dusze. I refleksją na temat ludzkiej duszy chciałem się właśnie podzielić. Nie chcę sięgać po jej rozliczne definicje – łatwo znaleźć jej rozmaite koncepcje, od starożytnych filozofów, przez teologów, po dzisiejszych psychologów. Ponieważ jednak – ze względu na kontekst świąt – będę nawiązywał do religii, to wypada wtrącić, iż poszczególne wyznania, różnie duszę pojmują, a nawet wśród odłamów samego chrześcijaństwa nie ma zgody co do jej definicji, funkcji, wartości i nieśmiertelności. Według Kościoła Katolickiego dzięki duszy ludzie mogą racjonalnie myśleć, rozumieją pojęcia abstrakcyjne, potrafią wierzyć w życie po śmierci oraz w Boga, czują empatię, mają wolną wolę i poczucie godności.

Zainspirował mnie temat rozmowy ze znajomym filozofem. Usłyszał on, jak pewnemu księdzu profesorowi zadano ciekawe pytanie dotyczące duszy. Jego sens był mniej więcej taki: czy Neandertalczyk miał duszę? Odpowiedź, jaka padła, zdaje się była wymijająca, ale czyż nie jest to frapujące zagadnienie. Tylko pomyślmy.

Jeśli przyjąć wykładnię biblijną, to spośród wszystkich rajskich stworzeń, duszę otrzymał tylko człowiek. Ale biorąc pod uwagę stan wiedzy o ewolucji, pojawia się pytanie, jakie stworzenie boskie można już uważać za człowieka. Czy dopiero obecnego Homo Sapiens Sapiens? Czy może już wcześniejszego Homo Erectus? A może jeszcze wcześniejszą postać, na poły małpowatą, jaką był Homo Habilis? No właśnie, ile musiało być człowieka w małpie, żeby Bóg obdarzył go nieśmiertelną duszą? Czy wystarczyło 51% cech ludzkich, czy jednak 90%.

Kościół unika odpowiedzi, niemniej nie neguje samej ewolucji człowieka. Papież Pius XII stwierdził, że uczeni i teolodzy – badając sprawę pochodzenia ciała ludzkiego z istniejącej wcześniej materii organicznej – mogą uwzględniać teorię ewolucji, czyli dopuszczał tezę wyewoluowania ludzkiego ciała ze świata zwierząt. Kazał jednak pamiętać, iż duszę stworzył bezpośrednio Bóg. Również papież Jan Paweł II przyznał, że ewolucja jest czymś więcej niż hipotezą.

Jak wiemy, ewolucja nie przebiega skokowo, nie jest tak, że jednego lata rodzą się przedstawiciele Homo Habilis, po czym występuje mutacja i następnego lata wszystkie nowe dzieci są już z gatunku Homo Ergaster. Rodzice byli bardziej zwierzętami, toteż obywali się bez duszy, zaś ich potomstwo przypominało bardziej człowieka, wobec czego Stwórca obdarzył je duszą. Nic z tych rzeczy! Ewolucja to powolne zmiany i jednoczesne funkcjonowanie starych oraz nowszych form, obok siebie. Gdyby Bóg zdecydował się na swój szczodry gest w pewnym konkretnym, określonym momencie, to mogłoby być tak, że pierwsze dziecko danej matki było jeszcze bezduszne, ale kolejne już uduchowione. Ba! mogłoby się trafić, że jedno z bliźniąt było bez duszy, a drugie już załapało się do szczęśliwszej puli i otrzymało szansę na trafienie do raju (tudzież piekła). Czytaj dalej

4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coffeelosophy XIV – czyli błogosławieństwo porażki.

Pogadalnia Filozoficzna – w zgodzie z ideą wychodzenia ku ludziom – zaprasza na kolejne spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Jak w (prawie) każdy pierwszy poniedziałek miesiąca.

Ponoć nie ma porażek tylko lekcje, lub – jak kto woli – zdobywanie doświadczeń. Czy faktycznie każda porażka niesie jakąś naukę? Coś każe mi wątpić, a wyobraźnia ochoczo pracuje, by znaleźć przykład takiego niepowodzenia, z którego żadnej korzyści nie ma. Pracuje, pracuje i… nic. Praca wyobraźni skończyła się porażką – ale jaka z tego nauka? Może taka, by się nie poddawać, lecz dalej wysilać imaginację.

Na temat porażki można znaleźć wiele złotych myśli i maksym. Że jest krokiem naprzód, kolejnym stopniem zbliżającym do zwycięstwa, a przy tym wcale nie oznacza przegranej – chyba, że się człek podda, nie chce wstać po upadku, rezygnuje z kolejnych prób. Jednakowoż, jeśli tresura szprotek za każdym razem kończy się niepowodzeniem, to ile razy należy próbować. I czy można z tego wyciągnąć inne wnioski, niż zasadność zamiany szprotek na szczury, albo tresury na wędzenie (tudzież jedno i drugie, tfu!).

Winston Churchil powiedział: Sukces to przechodzenie od porażki do porażki, bez utraty entuzjazmu. Przy całym szacunku dla niego, trudno uwierzyć, że np. generał z entuzjazmem przyjmuje kolejne przegrane bitwy i z zachwytem zamienia brzeziny w krzyże na żołnierskich mogiłach. A przecież i dla tych poległych była to porażka, zatem pojawia się pytanie: jak mają się podnieść i spróbować jeszcze raz. W dodatku z entuzjazmem. Jasne, że dobre rady są dla żywych i pewnie sam Ikar by się z tym zgodził – gdyby oczywiście zdążył przed gruchnięciem w morską toń. Są jednak porażki, po których nie da się po prostu wstać, otrzepać z kurzu, wytrzeć rozkwaszony nos i zacząć od nowa.

Do zestawu mądrości w tym temacie, dorzucił swoje trzy centy Henry Ford, mówiąc: Porażka to jedynie możliwość, żeby zacząć od początku, tylko mądrzej. Niech to usłyszy pechowy skoczek do wody, który złamał kręgosłup. Na pewno kolejnym razem postąpi rozsądniej. Dlatego właśnie jednym z moich najbardziej znienawidzonych powiedzonek jest: Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Na Atenę! Powiedzcie to komuś, kto przeżył wypadek, krach na giełdzie i tragedię w rodzinie. Czy jako przykuty do wózka, bezdomny w żałobie powie sobie: tak, to mnie wzmocniło. Zaraz ktoś mnie skoryguje, że nie chodzi o wzmocnienie fizyczne, ale siłę ducha. Jakoś, gdy umierał mi ktoś bliski, albo gdy doświadczałem innej straty, to mój duch wcale się nie wznosił. Przeciwnie, załamywał się i frunął lotem koszącym w jakieś ciemne otchłanie, a przy kolejnych drwinach losu wcale nie radził sobie lepiej, czy łatwiej.

Podobno bez porażki nie sposób przekonać się, jak naprawdę smakuje sukces. Jednak skoro potrafimy wyobrazić sobie sukces, mimo iż nie był jeszcze naszym udziałem – to chyba jesteśmy w stanie wyobrazić sobie też klęskę i, bez faktycznego jej doznania, omijać ją szerokim łukiem oraz prawdziwie cieszyć się zwycięstwem. Michel Jordan miał ponoć stwierdzić: Ponosiłem porażkę, za porażką, to dlatego odniosłem sukces. Jeżeli sukces budowany jest na wcześniejszych porażkach, to muszę skonstatować, iż jest to nieciekawy fundament.

Trafiłem gdzieś na sentencję: Każda porażka niesie ze sobą ziarno równej, lub nawet większej korzyści. Powiedział to Napoleon Hill – autor książek o filozofii sukcesu, w których tłumaczył, z grubsza rzecz biorąc, jak zwyczajny człowiek (Amerykanin) może dojść do niezwykłych osiągnięć, głównie przez odpowiednie nastawienie umysłu. Jeśli faktycznie porażka zawiera w sobie zalążek sukcesu, to by oznaczało, że w każdej sytuacji (i z każdej sytuacji) powinniśmy być zadowoleni. Powinna nas cieszyć zarówno wygrana jak i porażka, niosąca owo ziarno korzyści. Mało powiedziane; im bowiem większa porażka, tym lepiej, gdyż z niesionego ziarnka powstać ma równie wielka korzyść (a może i większa) – no nic, tylko tryskać radością i zakwitać optymizmem, po każdym potknięciu, kopniaku w twarz, albo bankructwie firmy.

W którymś miejscu zostało napisane przesłanie, iż: Nie zwycięstwa, lecz porażki kształtują charakter. Ciekawe, co na takie dictum odparliby starożytni nauczyciele. Miłośnicy oręża wskazywali przecież na służbę wojskową i podkreślali znaczenie wojny w kształtowaniu ducha (przykładem niech będzie Sparta). W Atenach panowało przekonanie, że to nie wykształcenie, czy wychowanie czyni mądrym lub dobrym, ale że z predyspozycją do cnoty trzeba się urodzić – niemniej prowadzono wszechstronne kształcenie i wychowanie. Generalnie, według pasjonatów aktywności fizycznej to wojna, lub sport kształtuje charakter, a filozofowie proponują ćwiczenie się w cnotach. Z religijnego zaś punktu widzenia to cierpienie kształtuje charakter. Bez wnikania w szczegóły, przypomnę tylko o Hiobie. I to ostatnie spostrzeżenie wydaje się o tyle zasadne, że porażka i cierpienie często idą w parze. Jeżeli kogoś to przekonuje, to proszę bardzo. Ja dość daleki jestem od twierdzeń, że cierpienie kształtuje charakter, hartuje ducha, uszlachetnia itp. Cierpienie przede wszystkim dehumanizuje, odbiera godność, poniża i zniewala. I gdyby porażka miała być bliską krewną cierpienia, to przypisałbym jej równie bliskie właściwości.

Dlatego pewnie są i tacy, którzy nie traktują porażki z respektem, ani jej nie gloryfikują. Przeciwnie, umniejszają jej znaczenie, twierdzą, że to nic takiego, że nie ma się czym przejmować. Sugerują ewentualnie, że w zasadzie to wręcz dobrze się stało, bo doświadczenie – wszelkie, a więc i przykre – zawsze czegoś uczy. Można by rzec, iż w ten sposób zatoczyliśmy koło i wrócili do pierwszej myśli – że porażki są naszymi lekcjami. Nawet Szekspir, słynący z trafnych obserwacji, był podobnego zdania pisząc, iż: Najlepszych ludzi uformowało naprawianie własnych błędów. A mi się wydaje, że jednak lepiej, bezpieczniej i rozsądniej jest uczyć się na cudzych błędach. To pozwala uniknąć zbytecznych złamań otwartych i poparzeń trzeciego stopnia.

Ktoś mógłby pomyśleć, że ze wszystkim co powiedziano na temat porażek wyłącznie polemizuję. A tu siurpryza – są sentencje, z którymi akurat się zgadzam. Choćby ta, którą wyraził pisarz Gore Vidal: Nie wystarczy odnieść sukces. Pozostali muszą ponieść porażkę. Czyż to nie jest myślenie bliższe ludziom, ba! ludzkiej naturze. Czyż nie jest prawdziwsze niż te górnolotne, poetyzujące, pseudo-motywacyjne aforyzmy. Przecież zwykle ludzi bardziej od własnego sukcesu cieszy porażka bliźniego. Można się na to oburzać i protestować. A pewnie. Można, do woli. A jednak takie są fakty.

Pozytywka kadrZapraszamy zatem 3 kwietnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: błogosławieństwo porażki.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być może przyjąć postawę, jaką prezentuje Tom Cruise, mówiąc: Nie zgodzę się z tymi, którzy uważają, że więcej nauczę się ze swoich porażek niż ze zwycięstw. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coffeelosophy XIII – czyli udział w wieczności

Pogadalnia Filozoficzna – w myśl idei wychodzenia do ludzi – zaprasza na kolejne spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Jak w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca.

Jako dzieciak, widywałem w starych góralskich chałupach na głównej belce pod sufitem wyryte słowa: „Bóg widzi, czas ucieka, śmierć goni, wieczność czeka”. I rzeczywiście, długie lata wyobrażałem sobie wieczność, jako coś, czego doświadczę dopiero po śmieci. Coś, co istnieje, gdzieś tam: w górze albo na dole, jakaś inna rzeczywistość. Inny wymiar, który na mnie czeka, który się uruchomi, kiedy już zamknę oczy na wieki. Inna sprawa, że silniej na mnie oddziaływało w tej sentencji przesłanie, że zostanę wówczas ze swego życia rozliczony. Przez wszystkowidzącego Boga, stwórcę całego, nieskończonego wszechświata.

Wszechświat ma określony czas za sobą (prawie 14 miliardów lat), a przed sobą – zdaje się, że dużo więcej. Nasz układ słoneczny ma mniej szczęścia, bo licząc sobie 4,6 mld lat jest już na półmetku. Za jakieś 5 mld lat Słońce sprawi nam psikusa. Choć biorąc pod uwagę, że już za 3 mld lat z naszą galaktyką – Drogą Mleczną zderzy się Galaktyka Andromedy, to niewykluczone, iż inna gwiazda spłata nam figla wcześniej. Tak po prawdzie, zatem, więcej mamy historii, niż czeka nas przyszłości.

Jeśli biblijne pojęcie „końca świata” dotyczy naszej Ziemi, to i tak strasznie długo przyjdzie nam czekać na zapowiadany sąd ostateczny, po którym jednych czeka wieczność w raju, a drugich wieczne potępienie. Zdążymy się mocno wynudzić w poczekalni, ale ten czas to i tak drobnostka w porównaniu z niewyobrażalną wiecznością. No właśnie, czy słuszne jest takie postrzeganie wieczności, jakie pojawiło się u mnie w góralskiej izbie? Czy faktycznie wieczność czeka, aż się kiedyś w niej znajdziemy. Przecież już obecnie mamy w niej swój udział. W momencie Wielkiego Wybuchu zrodziła się czasoprzestrzeń, a tym samym ruszył czas. I chyba można rzec, że ruszył ku wieczności, albo że ją rozpoczął, niejako otwarł – od razu całą; te miliardy lat, które dla nas są przeszłością i te niepoliczalne miliardy w przyszłości. A my, już teraz, za życia, zajmujemy tego cząstkę.

Podobnie jak zasiedlamy cząstkę nieskończoności wszechświata. Widoczna część kosmosu ma rozpiętość ponad 90 mld lat świetlnych, a niewidoczna sięga dalej. W tej dostrzegalnej części jest ponad 100 miliardów galaktyk, od karłowatych liczących sobie od miliona do kilku miliardów gwiazd, po galaktyki-giganty obejmujące nawet bilion gwiazd. Łącznie w widocznej części uniwersum istnieje jakieś 300 tryliardów (300 000 000 000 000 000 000 000) gwiazd. Nie sposób zgadnąć, ile wokół nich krąży planet i księżyców. I ja, każdy mój atom, każda komórka, to część składowa tej przeogromnej całości.

Moje odczucia, ani spostrzeżenia nie są niczym nowym. Jednak miło przekonać się, że mądrzejsi też to przetrawili. Niedawno natknąłem się na myśl Giordano Bruno, który wyraził się tak: „Będąc człowiekiem, nie jestem bliższy nieskończoności niż gdybym był mrówką, ale też nie jestem dalszy, niż gdybym był ciałem niebieskim”. Czyż to nie krzepiące? Nie jesteśmy ani bliżej, ani dalej od nieskończoności, czy od wieczności, bo de facto od swego początku jesteśmy w nich zanurzeni. Bez względu na swój światopogląd, czy wyznanie religijne. Pewien znajomy filozof rzucił kiedyś, że wieczność jest tu i teraz.

Nie ma więc sensu zabiegać o wieczność. A jednak wielu ludziom zależy na długowieczności, na wiecznym życiu doczesnym, wiecznej młodości. Zwłaszcza, jeśli wątpią, czy wręcz nie wierzą w inną formę bytowania po śmierci. Na przykład słynny ateista Stanisław Lem, stwierdził, iż „Medycyna może być niezłym oknem na nieskończoność”. Ja dodatkowo pokładam nadzieję w nanotechnologii. Gdy jednak okazuje się to wciąż pieśnią przyszłości, wielu stara się, by chociaż nie wszystek umrzeć, lecz znaleźć miejsce w wiecznej pamięci. Pragną zdobyć wieczną sławę, zostawić po sobie trwały ślad. Sprowadza się to do sytuacji, w której ich wieczność zależy od istnienia kogoś, kto będzie dostrzegał te pozostawione ślady. Jaką to jednak robi różnicę umarłemu, jaką przynosi mu satysfakcję, jakie może mieć dlań znaczenie, choćby pamięć o nim trwała przez wszystkie pokolenia ludzkości. Wszak można się tym cieszyć tylko za żywota. Rojenia o czymś później to smutna głupota.

Pozytywka kadrZapraszamy zatem 6 marca o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: udział w wieczności.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i zatopić się w nieskończoności, do której Albert Einstein odniósł się następująco: „Tylko dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej.” A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coffeelosophy XII – czyli męka istnienia

Zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, tak więc Pogadalnia Filozoficzna – zgodnie z ideą wychodzenia ku ludziom – zaprasza na kolejne spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki.

Ksiądz Twardowski zaczął jeden z wierszy słowami: Życie to ciągła męka istnienia. Reszta utworu nie warta jest przeczytania, ale ten wers skłonił mnie do zastanowienia. Czy faktycznie można postawić znak równości między życiem, a męką istnienia? Czy może życie bywa też czymś innym, zasługuje na inne podsumowanie? Dlaczego nie: pogodność egzystencji, ekstaza wegetacji, przyjemność trwania, rozkosz bytowania?

Zasadniczo w cytowanym tekście jest tak niewiele słów, a tyle wątpliwości się z nich rodzi. Bo jaką funkcję spełnia słowo „ciągła”? Czy gdyby je odrzucić, to reszta by się nie obroniła? Czy konieczne jest podkreślenie, że męka istnienia jest nieprzerwana. Czemu zamiast „ciągła” nie napisał: zwykle, czasem, głównie, często? I dlaczego pojawia się owa „męka”? Wszak istnienie wcale nie musi się z nią łączyć. Wydaje się zupełnie możliwe istnienie niemęczące, a przynajmniej okresowo mąk pozbawione. Tymczasem, autor wyjaśniając, czym jest życie, nie poprzestał na tym, że to po prostu: istnienie. Ale, że męczarnia, w dodatku bezustanna. Co jest powodem tych katuszy? Czyżby świadomość marności naszych bytów, kruchości konstrukcji, które owo życie w sobie dźwigają, niepewności jutra, czyhających niebezpieczeństw, mogących nas życia pozbawić, lub jego jakość popsuć… A może chodzi o to, że nie zawdzięczamy istnienia sobie, że nie wiemy, kto wykuł pierwsze ogniwo w całym łańcuchu przodków.

I kolejne pytanie: czy można to zdanie odwrócić, zamienić strony miejscami i również uzyskać jakąś prawdę (lub prawdopodobieństwo racji). Zatem, czy można by rzec, iż: Ciągła męka istnienia to… życie.Pozytywka kadr

Zapraszamy 6 lutego o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: męka istnienia.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i sprawdzić, czy jesteś odosobniony w postrzeganiu walorów egzystencji i czy Sofokles miał rację twierdząc, że Bez bólu i cierpień nie istniejemy. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Coffeelosophy XI – czyli udręka bogactwa

Aby w tym miesiącu nie przepadło spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki, to odbędzie się ono wyjątkowo w drugi poniedziałek miesiąca, czyli 9 stycznia o 18:00. Poza tym spotkamy się w tym samym co zwykle miejscu – mianowicie w kawiarni Pozytywka. A zajmiemy się tematem o tyle trudnym, że dotyczy niewielu ludzi na tej planecie; temat bowiem brzmi: udręka bogactwa.

Pewien teolog (czyli taki religijny filozof) Patrick Kerans dowodził, że wzrost materialistycznego poziomu życia „zawdzięczamy” epoce Oświecenia, kiedy to liczni myśliciele podkreślali i wywyższali wartość nauki. Wszystko, co dało się policzyć, zmierzyć i zważyć przedkładano ponad rzeczy niepoliczalne, niematerialne i abstrakcyjne. Piękno stworzonego świata, przyjaźń, zaufanie, czy wspólnota były wartościami niewymiernymi. Ciężko było zmierzyć wartość sprawiedliwości społecznej, albo nieskażonej przyrody. Znacznie prościej za to policzyć dochód i inne dobra materialne. Zwrócenie większej uwagi na te elementy poskutkowało przeniesieniem akcentów na konkurencyjność, wzrost gospodarczy i sukces ekonomiczny – generalnie, najistotniejsze dla wielu ludzi stały się rzeczy materialne.

udreka-bogactwaNiektórzy wieszczą, że społeczeństwo oparte na ideach mówiących, iż wyłącznie metody naukowe wiodą ku prawdzie, a rzeczy materialne są najważniejsze – takie społeczeństwo czeka zagłada. Czas pokaże. Niemniej faktem jest, że z jednej strony deklarujemy wyższość potrzeb duchowych, podnosimy wartość miłości, dobra, piękna, radości – a z drugiej strony dajemy upust żądzom i upatrujemy szczęścia w pomnażaniu majątku, nabywaniu kolejnych gadżetów i oddawaniu się płytkim rozrywkom. Owszem, pragniemy prawdziwej miłości i spełnienia, ale mylnie uważamy, że drogą do nich będzie obfitość posiadanych dóbr. Paradoks, prawda? Już Platon podkreślał: Nie próbuj pomnożyć mienia, próbuj raczej umniejszyć swe żądze. Wiemy, że pieniądze szczęścia nie dają, nie gwarantują miłości, akceptacji, rozumiemy, że radość wypływa z silnej więzi z ludźmi, przyrodą, Bogiem… Lecz daliśmy sobie wmówić, iż dopiero za sprawą posiadanych rzeczy możemy zaspokoić swoje potrzeby. I co się dzieje, gdy niektórzy wreszcie zdobywają bogactwo? Niech częściowo za odpowiedź posłuży cytat:

Bezsenność z powodu bogactwa wyczerpuje ciało,
a troska o nie oddala sen. (…)
Bogacz się trudzi, aby zbierać pieniądze (…)
Ten, kto złoto miłuje, nie ustrzeże się winy,
a ten, kto goni za zyskami, przez nie zostanie oszukany.
Wielu złoto doprowadziło do upadku,
a zguba ich stała się jawna.
Jest ono zasiekami z drzewa na drodze tych, co za nim szaleją,
a kto jest głupi, w nich uwięźnie.

Mądrość Syracha, rozdział 31.

Często bogaci zaniedbują biednych, zapominają o dzieleniu się, nie dbają o środowisko, odwracają się od Boga. Chrystus przestrzega, a właściwie informuje, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego. Czy to oznacza, że pełny trzos zamyka bramy raju? Niekoniecznie. Stan posiadania nie jest tu decydujący; tłumaczy to św. Ambroży mówiąc: Bóg nie potępia tych, którzy mają bogactwa, ale tych którzy ich nie umieją używać. W związku z powyższym, bogactwo nierzadko rodzi dziwną udrękę, brak zadowolenia z jakości życia, niespokojność serca, wyrzuty sumienia. Potrafi też wywołać przesadną ostrożność, nieufność, paranoję, podejrzliwość o fałszywą przyjaźń i przeróżne lęki. Ale czy u każdego? Wielu dzięki majątkowi ma poczucie bezpieczeństwa, może zdobyć znajomości, wpływy polityczne, władzę, sławę, a czasem też przeświadczenie o bezkarności, samowystarczalności, większej wartości własnej… Nie przejmuje się kwestiami wiary, bo wszystko, co jest w zasięgu człowieka na tym świecie, może sobie kupić. Widać zatem, iż istotny jest stosunek człowieka do bogactwa i to, czy nie przysłania mu ono ważnych spraw.

Na koniec inny problem: czy bogactwo wewnętrzne również obarczone jest pewnymi zagrożeniami? Też może stać się udręką? A jeśli tak, to jakiego rodzaju.

Pozytywka kadrPrzyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i ewentualnie podzielić się powodem udręki, sponsorując ciasteczka  🙂

W pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

3.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

1 2 5
Wróć na górę strony Wróć na górę strony