1 2 9

Archiwum autora: Martinus

Coffeelosophy XXXVII – czyli życie w nieznanym świecie

Znów pierwszy poniedziałek miesiąca zgromadzi nas na spotkaniu w formule filozoficznej kawiarenki.

Czego oko nie widzi, tego sercu nie żal. Innymi słowy, jeżeli nie mamy świadomości swojej straty (lub czyjegoś zysku) łatwiej nam to znieść. Ale to poczucie nie musi dotyczyć prywatnej własności. Bywa, że chodzi o pewne dobra wspólne, jakiejś społeczności, narodu, a nawet ogólnoludzkie. Gdy na przykład bezcennemu dziełu sztuki grozi zniszczenie czujemy żal. Nierzadko, aby podkreślić, jak coś jest wartościowe, mówimy, że bez tego świat by zubożał. A przecież…

W obecnej chwili na pewno też jest uboższy o coś, co uległo zniszczeniu, bądź przekształceniu zanim się narodziliśmy. Uboższy o rzeczy, jakie mogłyby istnieć, gdybyśmy byli nieco inni. Gdybyśmy w toku dziejów wybrali inną drogę i dzięki temu stworzyli dzieła o wiele wspanialsze, niż te, które znamy. Rzecz w tym, że po prostu o tym nie wiemy, a dzięki temu nam nie żal. Warto nadmienić jeszcze o jednym: wiedząc o czymś wyjątkowym, co już przepadło, zupełnie nieźle sobie z tą świadomością radzimy.

Cudów nie ma

Weźmy taki zestaw 7 cudów świata – akurat antycznego, ale co to szkodzi (wykaz sporządził grecki poeta Antypater z Sydonu). Świątynię Artemidy w Efezie i posąg Zeusa w Olimpii unicestwiły pożary; mauzoleum w Halikarnasie, wiszące ogrody Semiramidy, kolosa Rodyjskiego i latarnię morską na Faros zniszczyły trzęsienia ziemi. Do dziś przetrwała tylko piramida Cheopsa w Gizie; o pozostałych mamy jedynie wzmianki, przekazy, rysunki.

Niby świat jest przez to uboższy, a przecież doskonale układamy sobie życie bez nich. Wielu ludzi nawet nie wie, że kiedyś te wspaniałości istniały, więc w ogóle nie znajduje powodów by żałować, iż nie można ich zobaczyć. Cieszą się tym, co zastali, jako dostępne. I Egipcjanie też się cieszą – tak na marginesie paradoksu: bo najdłużej trzyma się budowla postawiona na piasku, wbrew biblijnej nauce, by budować na skale.

Więc chodź, pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko

Jest jeszcze druga strona medalu, lecz za nim o tym, to kilka słów o naszych braciach mniejszych. Inaczej niż człowiek, który ma ich trzy, pies ma w gałce ocznej tylko dwa rodzaje czopków odpowiedzialnych za widzenie barw. Widzi więc wszystko na żółto i na niebiesko. Za to ma dużo szersze pole widzenia i lepiej widzi w ciemności. Jeszcze lepiej w mroku sprawuje się kocie oko – też wyposażone w tzw. makatę (błonę odblaskową). Koty nocą widzą 8 razy lepiej niż ludzie. Jednak widzą nieostro i podobnie jak psy, nie widzą czerwieni, a zieleń znacznie słabiej od nas.

Pszczoły również nie widzą czerwieni; mają receptory dla barw niebieskiej i zielonej, niemniej odbierają do pewnego stopnia żółty i pomarańczowy. Natura wynagrodziła im to dodając receptor ultrafioletu. Z kolei ośmiornice i kalmary mają w oku jeden rodzaj fotoreceptora, pozwalający głowonogom widzieć podwodny świat w odcieniach szarości, ale trafił im się bonus od ewolucji – umiejętność widzenia polaryzacji światła, zależnej od orientacji fal świetlnych.

Czy mamy prawo do szczególnego zadowolenia? Zależy z kim się porównujemy. Ptaki bowiem mają dalece większą zdolność widzenia barw, niż ludzie. Większość z nich posiada cztery rodzaje fotoreceptorów. Ten dodatkowy umożliwia widzenie w ultrafiolecie. Węże potrafią rozróżniać trochę kolorów, a dodatkowo widzą w podczerwieni. Nietoperze uzupełniają spostrzeganie echolokacją, zaś niektóre wykorzystują polaryzacje światła. Rozproszone spolaryzowane promienie zachodzącego słońca służą im do skalibrowania wewnętrznego kompasu, by latać we właściwym kierunku.

Jednak wszystko to mało w zestawieniu ze skorupiakami, które mają nawet do 16 rodzajów fotoreceptorów. Taka dajmy na to krewetka, zanim trafi na nasz talerz, cieszy się najbardziej złożonym systemem widzenia wśród żywych stworzeń. Używa czegoś w rodzaju zestawu filtrów, które pozwalają np. światło ultrafioletowe rozdzielić na bardziej subtelne kolory. Oprócz promieni UV może rozszerzyć paletę barw światła widzialnego oraz wykryć światło spolaryzowane. Potrafi widzieć głębię wykorzystując tylko jedno oko, a przy tym poruszać każdym okiem niezależnie. Pytanie jednak, czy krewetki widzą świat inaczej, czy lepiej? A może bardziej prawdziwie. Czy widzą inny świat, czy może świat po prostu jest inny, lecz człowiek nie jest w stanie tego dostrzec (a dla pocieszenia przyjmijmy, że krewetki także nie)?

Większość a norma

Niewątpliwie świat jest bogatszy, niż potrafimy się o tym na co dzień przekonać. Czyli żyjemy w uboższej jego wersji, gdyż tylko do takiej mamy dostęp. Ba, nawet w obrębie naszego własnego gatunku nie postrzegamy świata jednakowo. Prawie jedna trzecia ludzi widzi świat trochę innym – i taki jego obraz uważa za normalny, naturalny oraz… powszechny. Czyli ma przekonanie, że wszyscy pozostali ludzie też tak widzą. Chodzi o osoby mające astygmatyzm. Dolegliwość ta często towarzyszy krótkowzroczności, lub nadwzroczności. Bywa, że lekkie zakrzywienie rogówki deformuje obraz rzeczywistości, powodując rozmywanie poziome, pionowe albo ukośne.

astygmatyzm

Po lewej: widzenie z astygmatyzmem; po prawej – normalne

Wielu ludzi z astygmatyzmem nie podejrzewa, że ich wzrok działa niepoprawnie. Żyją w przeświadczeniu, że takie widzenie jest naturalne. Oglądając zdjęcia pokazujące różnicę widzenia, doznają szoku, jakby do tej pory żyli w zafałszowanej rzeczywistości. Zastanawia mnie, co by było, gdyby odwrócić proporcje, gdyby to ludzi z astygmatyzmem rodziło się 70 procent. Czy wówczas taki odbiór obrazu stanowiłby ludzką normę? A mniejszość znalazłaby się po stronie anomalii?

No i pamiętajmy, iż rozważałem tu przede wszystkim zmysł wzroku. Tymczasem rzeczywistość bombarduje bodźcami także pozostałe zmysły. A ich możliwości, czułość i wrażliwość również odbiegają od tego, co jest dostępne zwierzętom. Przykładowo, ultradźwięki – zbyt wysokie dla możliwości ludzkiego ucha – dobrze słyszą m.in. gryzonie (chomiki, szczury), psy, nietoperze, walenie i delfiny. Niektóre zwierzęta potrafią je również emitować. Człowiek wykorzystuje te dźwięki w postaci przetworzonej, np. w sonarach do badania głębin, albo w medycynie do obrazowania ultrasonograficznego narządów wewnętrznych. Z kolei infradźwięki, tak niskie, że również niesłyszalne przez ludzi, wykorzystywane są przez słonie, hipopotamy, żyrafy, aligatory i wieloryby. Te niskie tony wytwarzane są m.in. przez zorze polarne, lawiny, fale morskie, silny wiatr, pioruny, aktywne wulkany, fale sejsmiczne towarzyszące trzęsieniom ziemi. Czyż nasze doznania nie byłyby bogatsze, gdybyśmy mogli usłyszeć dodatkowe odgłosy zwierząt, pogwar powietrza, ziemi i wody – albo posłuchać jak na firmamencie mruczy wielobarwna zorza.

Nieznany świat

I podobnie w obrębie pozostałych zmysłów umyka nam spora część aktywności otoczenia. A tyle dzieje się wokół, tyle rzeczy przynależy do natury świata, zaś my jesteśmy wykluczeni z udziału w tym bogactwie. Nie wszystko wychwycimy węchem, nie wszystko poczujemy smakiem, nie wszystko odczuje nasze ciało. Co gorsza, w zakresie dostępnym dla ludzkiego gatunku przydarzają się wady ograniczające zmysły. Wówczas wypaczają one odbiór rzeczywistości. Wówczas odbiór świata jest jeszcze dalszy od pełnej prawdy.

Nie jesteśmy w stanie tak naprawdę określić, jaki jest otaczający świat. Postrzegamy go inaczej, niż reszta stworzeń, a nawet inaczej, niż spora część z nas. Tak dalece ufamy swoim zmysłom, że wszystkie doznania, jakich nam dostarczają traktujemy, jako prawdziwe. A nawet, gdy zmysły w poważnym stopniu nas zawodzą (i zwodzą) trudno nam odrzucić ich przekaz. I tak, jak Protagoras uważał, że każdy człowiek jest miarą wszechrzeczy, tak i każda inna żywa istota mierzy świat podług siebie i tworzy swoją prawdę o nim.

Kiedy Leibniz stwierdził, że żyjemy w świecie najlepszym z możliwych, pewnie nie zdawał sobie sprawy, że również w bogatszym, niżeli nam się do niedawna wydawało, ciekawszym, cenniejszym, a może wręcz piękniejszym. Nawet jeśli uboższym o szereg minionych cudów kultury i natury. Jednakowoż, czy faktycznie, czego oko nie widzi, tego sercu nie żal?

Zapraszamy 2 grudnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: życie w nieznanym świecie. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być może inaczej popatrzeć na świat. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

PS – spiskowa teoria dziejów (z przymrużeniem oka)

Powyższe wywody mogą zrodzić pewien dylemat u osób religijnych, liczących się ze słowem biblijnym. Pismo Święte podaje, że Bóg ofiarował człowiekowi Ziemię, nakazał czynić ją sobie poddaną. Jeśli faktycznie tak nas wyróżnił, to dlaczego człowiek-władca Ziemi jest niedowidzący i niedosłyszący. Czemu Stwórca nie wyposażył go lepiej? Czyż władca nie powinien wiedzieć w pełni, czym włada. Tymczasem, człowiek nawet nie widzi i nie słyszy wszystkiego wokół siebie.

Następne pytanie: po co np. skorupiakom tak zaawansowany narząd wzroku. Dlaczego chociażby ta wspomniana krewetka posiada tak wyjątkową aparaturę? Czy rzeczywiście w pełni z niej korzysta? Czy bez takiego zestawu fotoreceptorów nie poradziłaby sobie w oceanie? Wszak inne stworzenia, znacznie skromniej wyposażone, dają sobie radę.

Oto moja teoria: w pierwotnym zamyśle Boga, to skorupiakom przeznaczone było władanie Ziemią. Miały ewolucyjnie rozwinąć jeszcze intelekt, udoskonalić się fizycznie, nauczyć wytwarzania narzędzi, rozwinąć formy komunikacji i… rządzić. Jednak kiedy krewetka na dobry początek dostała oczy, pozwalające jej zobaczyć, jak naprawdę wygląda świat, rozejrzała się i z konsternacją stwierdziła: “A wypchajcie się! Chrzanię zawiadywanie takim cyrkiem”. I wtedy Bóg zdecydował, że wrobi w to świeżo upieczonego (ulepionego) człowieka – tyle tylko, że na wszelki wypadek da mu gorszy wzrok i słuch. Amen.

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXVI – czyli dwa światy

Najbliższe spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki poświęcimy w pewnym sensie zaświatom. Dopiero co przeżywaliśmy dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki, więc pozwólmy sobie na małą kontynuację klimatu zadumy. Owszem, mało to filozoficzne, ale przecież wolno czasem pokusić się o refleksję nieco innej natury.

W świetle znicza

Jedni idąc nad groby bliskich jedynie oddają cześć ich pamięci, tak jak czynimy to pod pomnikami i tablicami pamiątkowymi. Być może najdzie poniektórych refleksja nad własnym losem, zastanowią się jak to będzie, gdy ktoś ich szczątki złoży pod granitową płytą. Może zadadzą sobie pytanie, kto będzie zapalał znicze i przez ile pokoleń będą ważni dla potomnych. Inni idąc na cmentarz pielęgnują nie tylko pamięć o pochowanych, ale też wiarę w to, że ich dusze są nieśmiertelne i czekają na spotkanie po tamtej stronie.

Niektórzy twierdzą, że czują obecność duchów. Dopuszczam możliwość takiej wrażliwości zmysłów, która pozwala tego doświadczyć. Ja pod tym względem mam zmysły stępione, aczkolwiek pamiętam, że kiedyś śniła mi się zmarła osoba, która złapała mnie mocno za ramię i obudziłem się, wyraźnie czując ucisk na ciele. Być może to tylko ułuda, a może właśnie sen jest kanałem, poprzez który oba światy nawiązują łączność ze sobą. W końcu sen to brat śmierci, jak napisał Mickiewicz – zresztą powtarzając po Homerze, mówiącym o bliźniaczym pokrewieństwie obu stanów.

Wrota snów

Kto wie, może z duchami jest tak, że kiedy zasypiamy i śnimy, to odwiedzamy ich świat. Rządzą tam inne prawa fizyki, inne prawa logiki, inne pojęcie sensu. Jednakowoż znajdujemy w tym świecie odbicie naszego, nie stroniącego od uniesień, seksu, przemocy, bezsilności, zachwytu, radości i smutku. W sennych realiach wszystko jest do pomyślenia, żaden absurd nie budzi zdumienia, irracjonalne zdarzenia traktuje się jak coś naturalnego. A spotkania ze zmarłymi nie wywołują zdziwienia, czy zaskoczenia – choć mogą przestraszyć.

I kto wie, może kiedy z kolei duchy śpią, to poprzez swoje sny trafiają do naszego świata. Z obszaru bezcielesnej nieważkości, przez wrota marzeń sennych, opuszczają na chwilę ów świat pozbawiony sensu, logiki i praw. Tą drogą, nierzadko dają się dojrzeć żywym ludziom, albo przynajmniej pozwalają odczuć swoją wśród nas obecność. Stąd niezliczone świadectwa osób nawiedzonych.

Cukierek albo psikus

Obserwuję (z pewnym absmakiem), jak coraz lepiej przyjmuje się przeszczepione na nasz grunt Halloween. Jako że to „święto” przejęły przede wszystkim dzieci, jakoś to znoszę  (starosłowiańskich Dziadów raczej nikt nie przywróci – choć ponoć na Białorusi się udaje). Pierwotnie koszmarne stroje miały odstraszać złe duchy. Ale sądzę, że oswaja się też tym sposobem lęk przed tymi, które u progu jesieni ponoć mają ułatwioną możliwość nieproszonych odwiedzin. Różne duchy, strachy, wiedźmy, kościotrupy i zombie wylegają na ulice, a dynie zamieniają się w potwory. I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno popularne były seanse spirytystyczne, pozwalające porozmawiać z kimś nieżywym.

Fantazja, czy doświadczenie

Jest w człowieku (przepraszam za generalizowanie, wiem, że nie w każdym) zarówno wiara, jak i przekonanie, iż istnieją byty po drugiej stronie (snu?) i w dodatku znajdują drogę do nas. Ludzie od niepiśmiennych czasów albo wyobrażali sobie, jak ten zaświat wygląda, albo otrzymywali wiedzę o nim za sprawą objawienia, albo zaglądali tam wprowadzając się w odmienny stan świadomości (jak np. szamani). Zwykle w tym drugim świecie istniał pewien porządek, często nawet hierarchia, a każdy zmarły, który tam trafiał zachowywał swoją tożsamość. I jeśli komunikował się z naszym wymiarem, to jako konkretna osoba.

Zastanawia mnie, czy taki obraz wynika z ludzkiej potrzeby zachowania indywidualności i naturalnego przenoszenia ziemskiego porządku na ów obcy teren – czy może jednak z wglądu w te obszary. Wszak znamy opowieści o bohaterach (mitologicznych, religijnych, mistycznych), którzy zawędrowali do krainy umarłych, a potem uszli z objęć śmierci i wracali do grona żywych. Udało się to Syzyfowi, Orfeuszowi, Dantemu. Zaglądali tam i zdawali relację prorocy, jak Izajasz i Ezechiel. Opisywał go Jan ewangelista.

Świat duchów istniał i dla starożytnych Egipcjan i Babilończyków. W naszym kręgu kulturowym i religijnym uznajemy ten drugi świat, jako wspólne miejsce wiecznego bytowania z aniołami i Bogiem. Co ciekawe, judaizm nie rozgranicza rzeczywistości na dwa światy, np. ziemski, bardziej materialny (czy z materią spleciony) i boski, bardziej (czy głównie) duchowy. Świat, stworzony przez Boga jest jednym światem, zaś anioły nie są w żaden sposób oddzielone od naszej rzeczywistości, lecz swobodnie się w niej poruszają, są jej elementem, tak samo, jak byty widzialne i namacalne, a gdy chcą (lub mają taką misję) w szczególny sposób ujawniają się i manifestują tą swoją obecność obok nas.

Co pan na to, panie Zygmuncie

W czasach nam nieco bliższych i obecnie ścierają się dwa sposoby patrzenia na sny. Jeden Freudowski, który odkrywa w marzeniach sennych informacje płynące z podświadomości. Drugi bardziej ezoteryczny, który po wyjaśnienia widzeń sennych odsyła do senników. Czy taka interpretacja snów kłóci się z moją wizją? Być może, ale nie koniecznie.

Jeśli przyjąć, że dusze naszych przodków tworzą pewien łańcuch życiowej energii, którego jesteśmy najświeższym ogniwem, to jesteśmy też kontynuacją ich doświadczeń, spadkobiercami przeżyć. Ten zasób stanowi cząstkę budulcową nas samych. A obecni w drugim świecie nasi poprzednicy mogą przekazywać nam – na swój (zakamuflowany) sposób – wiedzę o nas. Czyż szamani i druidzi nie zwracali się do duchów przodków z pytaniami, prośbami o radę i wsparcie. Czyż starożytni kapłani nie zwracali się do duchów, aby zdobyć niedostępną gdzie indziej wiedzę.  Wiedzę, do której zrozumienia dziś potrzebny jest klucz psychoanalityka. W razie wątpliwości, sugeruję podczas śnienia odszukać ducha Zygmunta Freuda i spytać, jak jest faktycznie.

Problem z duszą

Ja osobiście mam pewien kłopot z tym drugim światem, a to ze względu na trudność ze zrozumieniem czym jest dusza. Bóg bowiem tchnął swego ducha – czyli życie – w rośliny, zwierzęta i na koniec w ludzi. Niektórzy wyprowadzali nawet z tego podział na trzy stopnie doskonałości dusz: wegetatywną, zmysłową i rozumującą (m.in. św. Tomasz z Akwinu). Jeśli jednak dusza = życie, czyli energia napędzająca ciało, sprawiająca, że jest żywe, to po śmierci dusza nie ma w czym spełniać tej funkcji. Czasem mówi się, że wraca do Boga, lub że ktoś oddał duszę Bogu. Zatem co? była jego cząstką, a teraz wtapia się na powrót w jego ducha. Traci odrębność, indywidualność, tożsamość? Może faktycznie.

Może poczucie świadomości, odrębnej tożsamości jest uwarunkowane odpowiednio rozwiniętym intelektem. Pozwalającym zrozumieć i uświadomić sobie samego siebie, swoją indywidualną jaźń. A ponieważ stan intelektu zależny jest od sprawności mózgu, to po śmierci ciała, a tym samym tego organu, intelekt traci swe siedlisko. Pamięć osadzona dotąd w zwojach nerwowych nie ma już nośnika. Tak więc dusza staje się uwolnioną porcją energii, ale bez osobowości. Wtedy może przejść do drugiego świata niczym kropla do oceanu.

Dlaczego jednak w wierzeniach dusze zmarłych zachowują tożsamość i są osądzane za swe uczynki popełnione na tym świecie? A potem radują się, lub cierpią kaźń wiekuistą. Gdyby były częścią Absolutu, to przecież nie nagradzałby, ani nie karał sam siebie. Dlaczego duchy, które nawiedzają nasz świat, mają indywidualne, rozpoznawalne cechy, są konkretnymi osobami? Wraca pytanie, czy obraz świata duchów generuje wiedza, wypływająca z wyjątkowych doświadczeń wybrańców, mających bezpośredni kontakt z drugim światem, czy jest to tylko wyobrażenie, będące wynikiem potrzeby zachowania podmiotowości, osobowej formy.

Może jednak drugi świat jest zmienny, chimeryczny i płynny, czyli taki, jak w naszych snach. Gdzie każdej nocy może wyglądać inaczej, a nigdy nas tą odmiennością nie dziwi. Ludzie od zawsze przywiązywali ogromną wagę do snów. Doszukiwali się w nich proroctw na przyszłość, lub wyjaśnień teraźniejszości. Miewali szansę spotkać się w snach z duchami przodków, skontaktować z innym światem. A co, jeśli wyłącznie te senne widzenia ukazują ów drugi świat. W końcu to doświadczenie jest dostępne nam wszystkim. Niby czemu mieliby mieć doń dostęp jedynie wybrańcy?

Dwa czyli nieskończoność

Nachodzą mnie pewne wątpliwości. Przecież tej samej nocy dwie osoby mogą śnić o tym samym, a każda poda inne szczegóły. Jedna ujrzy swoją ciotkę piękną i świetlistą w raju, a druga tą samą ciotkę upiorną i mroczną w piekle. Który więc obraz jest prawdziwy? Trudno przyjąć, że ta sama dusza jednocześnie raduje się i cierpi. Może zatem istnieją alternatywne warianty drugiego świata – po jednym dla każdego z nas. Skoro fizyka rozważa istnienie wielu światów równoległych w realu, to dlaczego nie mogłaby istnieć wielość światów po drugiej stronie.

Każdy człowiek miałby wobec tego swój własny raj, albo swoje własne piekło. Osobisty obszar, wyposażony w niepowtarzalny zestaw możliwych do przeżywania doznań, możliwych do spotkania tam postaci, możliwych do oglądania miejsc… Takie indywidualnie zaprojektowane zaświaty składałyby się na ogromny drugi wieloświat – w dodatku tak zmienny, jak zmienne bywają sny, lub stały jak powtarzający się koszmar.

Pozostaje inne pytanie: jak wytłumaczyć to, że w snach spotykamy żyjące osoby. Czyżby dochodziło do spotykania się dusz po drugiej stronie, w często dziwacznych, surrealistycznych okolicznościach? Wątpliwe, bo śpiąc można spotkać kogoś, kto akurat nie śpi. To może ten drugi świat próbuje nam coś zakomunikować, przekazać jakieś ważne przesłanie, posługując się wizerunkiem kogoś rozpoznawalnego? Hm. Wszystko jest możliwe. Jak to w snach. Zwłaszcza gdy słowo „możliwe” odnosi się do nieskończoności opcji.

Ostatnie zaśnięcie

Jeszcze jako młody chłopak byłem przez pewien czas zafascynowany zasypianiem. Tym, że nie wiemy, kiedy to następuje. Wymyśliłem sposób na sprawdzenie tego, w jakim momencie danego wieczoru zasnąłem. Puszczałem sobie kasetę ze składanką ulubionych utworów a następnego dnia starałem się przypomnieć sobie, który kawałek jako ostatni świadomie słyszałem. Tak mogłem sprawdzić po ilu minutach ogarnął mnie sen. Rzecz jasna, w różne dni, rezultaty były różne; czasem była to czwarta piosenka, czasem dziewiąta, a niekiedy dwunasta. Mimo to odczuwałem satysfakcję, że nie jest dla mnie całkowicie przegapionym moment zaśnięcia.

A jest to chwila wyjątkowa. Taka łagodna utrata przytomności. Po prostu w pewnym momencie tracimy łączność z rzeczywistością i zapadamy się w ciemność, ciszę, pustkę bez treści. Znikamy w tym stanie. Nie ma nas. I nie ma w tym niczego przerażającego. Lubię w ten sposób myśleć o śmierci, właśnie jak o zaśnięciu. Mówi się nawet, że śmierć to sen wieczny. Przejście do drugiego świata poprzez zasłonę snu wydaje się czymś prostym i bezpiecznym. Inna sprawa, czy ten ostatni sen, jaki nam będzie dany, zakończy się cichą ciemnością i brakiem świadomości siebie, czy może dalsza część będzie przypominać idylliczną krainę, albo wieczny koszmar. I ciekawe, czy w tym drugim świecie możliwe będzie zaśnięcie, które pozwoli zajrzeć znowu do rzeczywistego świata, który opuściliśmy.

Zapraszamy 4 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: dwa światy. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć, lub pośnić o zaświatach.

A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXV – czyli FILOZOFIA BEZ DNA

Okres wakacyjnej przerwy trafił do obszaru mniej lub bardziej życzliwej pamięci. Powracają więc spotkania Pogadalni, a zaczniemy od filozoficznej kawiarenki, bo wszakże pierwszy poniedziałek miesiąca w tej formule to nasza tradycja. Poniższy tekst napisałem jakieś dwa, trzy lata temu i gnił sobie na twardym dysku, bo nie miałem przekonania, czy komukolwiek go pokazać. Prawdę mówiąc – nadal nie mam. Ale pojawił się pretekst (o czym na końcu) toteż zaryzykowałem 🙂

***

Człowiekowi wydaje się, że jest jedyną kontemplującą istotą w świecie. A ponieważ nie ma z kim tego mniemania skonsultować i zweryfikować, to staje się ono silnym przekonaniem, aż w końcu zostaje uznane za pewnik. A słusznie?

Czy tylko człowiek filozofuje? Póki co, nie rozpoznaliśmy tej umiejętności u nikogo innego. Niemniej jednak, czy skoro człowiek nie zna innych bytów filozofujących to znaczy, że ich nie ma? Czy oznacza to co najwyżej, że nie ma ich w znanym mu świecie? Niewykluczone, iż takowe są, tylko człowiek jest zbyt ograniczony, by to rozpoznać i stwierdzić.

Bez względu na stan faktyczny, przyjmijmy tedy, iż wśród znanych nam żywych stworzeń człowiek jest jedynym bytem filozofującym. No właśnie: wśród żywych… Czy możliwe jest, żeby sztuczna inteligencja – nad którą człek pracuje – z czasem pokusiła się o refleksję? Czy mędrcem może być maszyna, czy też potrzebne jest do tego DNA. Bo może konieczna, a przynajmniej przydatna jest biologiczna cielesność, unerwiona i wypełniona hormonami, obdarzona w zmysły i czująca, podatna na bodźce, skłonna do fantazjowania, wrażliwa na piękno, zdolna do złego, ulegająca popędom…

Czy wystarczy, że maszyna zdobędzie unikalny zestaw doświadczeń, ażeby stała się indywidualnością. Wszak zacznie wtedy różnić się od innych maszyn. Z drugiej strony, jeżeli będzie podpinać się do sieci, może dzielić doświadczenia z innymi, wymieniać i uzupełniać dane, a tym samym pod względem wiedzy poziom wszystkich urządzeń będzie jednakowy. Dzięki temu o swoich rozterkach będziemy mogli pogadać równie dobrze ze smartfonem, telewizorem jak i lodówką.

Nasuwa się pytanie, co nastąpi, gdy sztuczna inteligencja (SI) w wyniku samorozwoju prześcignie intelekt człowieka. Czy w ogóle zajmie się rozmyślaniem? A jeśli tak, to czy będzie potrafiła rozwikłać dotychczasowe ludzkie dylematy filozoficzne. Zagadka tym bardziej frapująca, że być może jej tematy do przemyśleń będą zupełnie inne niż nasze. Bo niby czemu miałyby ją zajmować kwestie, w których nie ma takiego samego udziału. Nie będąc żywą istotą, nie będzie miała tych samych problemów. Nie będzie człowiekiem, więc to, co ludzkie będzie jej obce.

Jednak czy wszystko?

Czy filozofowanie również? Załóżmy, że nie. Jeżeli jednak się nim zajmie, to czy będzie przypominało nasze, ludzkie. Czy tak, jak sztuczne futro upodabnia się do naturalnego, tak sztuczna inteligencja będzie działać podobnie do naszej? Jeżeli ze sztucznej nici tkane jest płótno w taki sam sposób, jak z naturalnej, to może sztuczny mózg będzie rozmyślał też podobnie – bo inaczej się nie da. Bo prawa logiki są umocowane ponad wszystkim. A może jednak SI znajdzie własną, efektywniejszą drogę. Przecież mimo, że obie tkaniny mają identyczny splot i tworzą taki sam wzór, mogą się różnić właściwościami. Ciekawe, czy maszyna snująca refleksje może być podobnie do człowieka omylna, wątpiąca, niepewna swych ustaleń, mająca dylematy etyczne? Czy też SI – tak dalece przerastając ludzki poziom – bezbłędnie rozważy to wszystko, czym zdecyduje się zająć.

Rodzi się tu kolejna kwestia. Czy takie myślące urządzenie nadal można będzie nazwać martwym przedmiotem? Zwłaszcza, gdy osiągnie ono poczucie świadomości, uzyska pewnego rodzaju osobowość. Być może konieczne będzie ponowne zdefiniowanie życia? Gdzie nowy termin nie będzie dotyczyć tylko bytów biologicznych, ale też niektórych mechanicznych, samodzielnie myślowo aktywnych, intelektualnie autonomicznych, wolnych. A swoją drogą, kto będzie miał prawo stworzenia tej definicji: człowiek w pojedynkę, czy też wspólnie z maszyną. Należałoby może pozwolić jej samej, jako inteligentniejszej, na samookreślenie. I ponowne zdefiniowanie ludzi. Jaka będzie szansa na to, aby odbyło się to z filozoficznym namysłem?

W związku z powyższym ponawiam pytanie, czy filozofem może zostać byt bez DNA? Bez wrażliwych tkanek, bez procesów biochemicznych, bez układu nerwowego. Przecież (chyba) trzeba być zdolnym do odczuwania emocji, aby świadomie (i bez wzbudzania czyichkolwiek wątpliwości) powiedzieć, że kocha się mądrość.

PS

Gdy kilka dni temu postanowiłem zapoznać się z podstawowymi informacjami o sztucznej inteligencji, okazało się, iż zajmuje ona również umysły filozofów – powstała nawet gałąź: filozofia sztucznej inteligencji. Na gałęzi tej snute są rozważania podobne do zawartych powyżej. Stephen Hawking (jak zresztą większość superinteligentnych ludzi) nie patrzył z optymizmem w kierunku SI: Gdy osiągnie IQ 100 czy 150, nie będzie problemu. Ale gdy tysiąc albo 10 tysięcy, to co wtedy? To może być największe osiągnięcie ludzkości. Ale zarazem jej koniec.

Po inne cytaty odsyłam do cyberprzestrzeni. Tam, przy okazji, trafiłem na informację, że 7 października w Amsterdamie rozpocznie się Pierwszy Światowy Tydzień Sztucznej Inteligencji. No proszę – już ma swoje święto, jeszcze zanim uczyniła z ludzi swoich poddanych. Ze 160 krajów zjedzie się ponad 6000 uczestników (wyznawców?), w tym 200 prelegentów, a wszyscy żywo zainteresowani nieżywą formą inteligencji. Jak zatem miałbym nie sięgnąć po swój odłożony tekst? A co Wy na to? Marzy Wam się filozoficzna dysputa np. ze smartfilozofonem?

Zapraszamy 7 października o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: FILOZOFIA BEZ DNA. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i poddać się wpływom obcej inteligencji.

A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

j-Elita filozofów

Czy mieliście tak, że wpadła wam do głowy ciekawa myśl, czekaliście z jej oznajmieniem na odpowiedni moment, aż tu nieoczekiwanie ktoś wygłosił przy was taką samą? Mnie to dotknęło kilka razy. Dlatego taki termin, jak konwergencja budzi we mnie zwykle nieprzyjemne skojarzenia. Aczkolwiek jeśli zetknę się z nią w sytuacjach mnie niedotyczących, wówczas potrafi wywołać zastanowienie, albo i zadziwienie…

Konwergencja to pojęcie posiadające kilka znaczeń, ale podstawowym jest: zbieżność lub powstawanie zbieżności, np. powstawanie podobnych wytworów kulturowych u różnych ludów. Inaczej mówiąc, kilka osób niezależnie od siebie, w różnych miejscach, a i w różnym czasie, wymyśla to samo. I co…? W moim przypadku, nagle pryska cała satysfakcja z poczucia wytworzenia oryginalnej własności intelektualnej. A niekiedy spada przy okazji wartość samej myśli, skoro była łatwo osiągalna dla innej osoby. No i boli, że ktoś mnie ubiegł.

Zaśliniona konwergencja

Tak właśnie było z pewną refleksją, jaka mnie naszła przed kilku laty. Gdy skaleczysz się w palec, bywa że odruchowo wkładasz zranione miejsce do ust. Czujesz słodkawą krew i nie masz oporów, by ją przełknąć. Podobnie bez oporów połykasz czystą ślinę. Ale gdybyś utoczył pół szklanki krwi, albo tyle samo napluł? Czy potrafiłbyś to wypić?

Długi czas nosiłem w głowie te pół szklanki śliny, czekając na stosowny moment, by pokazać relatywność naszego stosunku do własnych płynów. Aż pewnego dnia, na spotkanie Pogadalni wpadł pewien doktor filozofii i pochwalił się identycznym spostrzeżeniem. Bach! Konwergencja napluła mi w oko.

Jednakowoż, tak jakoś jest, że to, co opuszcza wnętrze naszego ciała, chyba podświadomie uważamy za niechciane, niepożądane. Traktujemy to jako coś usuniętego (czasem słusznie, gdy chodzi o wągry, zaskórniki, lub wysmarkaną wydzielinę). A tym samym, w jakiś oczywisty sposób zaczyna to budzić obrzydzenie. I jak widać, nie dotyczy to wyłącznie moczu, kału, potu, czy wymiocin. Czytaj dalej

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXIV – czyli wyjątkowy = samotny

            Osoby wyjątkowe spotyka różny los: jedne trafiają na piedestały, stają się źródłem inspiracji, są bohaterami książek, pieśni, filmów, rzeźb albo malowideł – inne zmagają się z odrzuceniem, zawiścią, lub wręcz wrogością otoczenia. Albo im się zazdrości,  albo nimi pogardza, jako dziwolągami. Bywa też, że niektórzy próbują zdemaskować czyjąś oryginalność, obnażyć jej faktyczne źródło i wykazać, iż jest echem czegoś, co już było. Przekornie wyraził się o tym Tadeusz Boy-Żeleński, rzucając cierpko: Nic się tak nie powtarza jak ekscentryczność i oryginalność.

            Nie wiem, czy można by uznać za pocieszenie słowa Jima Jarmuscha – uważał on bowiem, że oryginalność nie istnieje i zalecał, aby brać (kraść) z cudzego dorobku, to co przemawia do naszej duszy i z tych elementów budować coś swojego (tudzież swoistego). Bo dzieła stworzone z takich kradzieży mają szanse być czymś autentycznym. Oczywiście jest to otuchą dla zdemaskowanych ekscentryków, gdyż pozostałych może martwić niemożność bycia w pełni wyjątkowym. Pod warunkiem, rzecz jasna, że w ogóle przejmą się słowami Jima J.

            Jak by nie było, kto jest inny od reszty, lub przynajmniej za takiego się uważa, może mieć poczucie osamotnienia w swej inności. Nawet ktoś, komu wcale nie zależy na niepowtarzalności, nawet gdy ją ukrywa, to sama jej świadomość może przygnębiać. Czuje, że nie pasuje do reszty, jak puzzle z innej układanki. A trzeba zauważyć, iż inną jakość ma samotność na bezludnej wyspie, a inną ta w przeludnionym mieście. Kontekst w jakim się człowiek znajduje zmienia postrzeganie i rozumienie tych samych pojęć. Karol Irzykowski powiedział kiedyś: Nawet człowiek samotny nie mógłby się czuć samotnym bez tła, które tworzą inni ludzie.
Czytaj dalej

4.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXIII – czyli im gorszy, tym lepiej

Właściwie powinienem zatytułować ten krótki wpis odwrotnie: Im lepszy, tym gorzej, lecz jakoś mi to źle brzmiało. Zresztą nie ma większego znaczenia, od której strony do tego podejść, bo zasadniczo nie ma większego znaczenia sam pretekst (ale cóż w ogóle ma znaczenie? – że tak filozoficznie zapytam). Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak zapamiętujemy ludzi?

Jeszcze będąc sztubakiem pomniejszej nyskiej podstawówki (ładne kilkadziesiąt lat temu) usłyszałem od nauczycielki spostrzeżenie, które potem znajdywało potwierdzenie w mych własnych obserwacjach przez kolejne lata edukacji. Mianowicie, że nauczyciele najszybciej zapamiętują imiona, a po latach najdłużej pamiętają uczniów, którzy są krnąbrni, niesforni i słabo się uczą. Najwyraźniej pamięć wzmacniały nerwy zszargane podczas bezskutecznych prób okiełznania delikwentów, sprawiających problemy wychowawcze i dydaktyczne. Przy okazji zauważyłem, że odwdzięczamy się tym samym; najlepiej i najdłużej pamiętamy ostrych, wymagających pedagogów, przez których w swoim czasie sporo wycierpieliśmy. Czytaj dalej

4.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coś na święta, czyli: sumienie głosem najwyższego… egoizmu

W różny sposób opisuje się fenomen sumienia. Niewątpliwie jednak jest to wewnętrzny głos, który zdaje się odzywać niezależnie od naszej woli. Pytanie: a co jeśli jest to głos naszego ego? Czy – posuwając się krok dalej – naszego egoizmu.

Przecież tzw. wyrzuty sumienia, jak i spokój sumienia są odpowiedzią na to, w jakim stopniu udaje się nam zachować dobre relacje z otoczeniem. Jeśli nasze zachowanie burzy, lub niszczy porządek w tych relacjach, czujemy dyskomfort. W naszej naturze bowiem zakodowana jest potrzeba akceptacji i lęk przed odrzuceniem. Wszystkie lepiej zorganizowane społeczności (również wśród zwierząt) jako jedną z dotkliwszych kar stosują wykluczenie z grupy. Z krańcową tego formą – czyli eksterminacją – włącznie. Dla własnego więc dobra – i dobrego samopoczucia – pragniemy dobrych relacji z otaczającym nas światem. Tym samym, kierujemy się egoizmem.

***

W tym kontekście frapujące, ale logicznie spójne wydaje się przywołanie przekonania, iż sumienie jest głosem Boga. Wynika bowiem z tego, iż Bóg jest egoistą, co zresztą nie kłóci z biblijnym Jego wyobrażeniem. Mamy przykłady tekstów objawionych, które do takiego poglądu uprawniają. Głównym exemplum będzie pierwsze (z dwóch) przykazanie miłości, które nakazuje człowiekowi kochać Boga. Bo jak nie, to… wiadomo. Teolodzy mówią nam, że Bóg stworzył nas z miłości; tylko zapominają dodać, iż z miłości własnej. Czytaj dalej

3.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Filozof – niewolnik. Jaką drogę wybrać?

Dziś mija 15 lat od śmierci wyjątkowego barda – Jacka Kaczmarskiego…

Był sobie taki filozof, rodem z Synopy – który rozpowszechniał w starożytnej Grecji myśl cyników i to radykalnych – zwał się Diogenes. Gardził rozkoszami i bogactwem, przedkładając naturę nad kulturę. Odrzucał normy społeczne, wzmacniał ciało ascezą, mieszkał w beczce, jak w psiej budzie, hołdował modelowi życia zwierząt i barbarzyńców, a przy tym wszystkim uważał się za kosmopolitę. Porwany przez piratów i sprzedany jednemu z Koryntian, jako niewolnik uczył jego dzieci. Szukał człowieka w człowieku – ponoć manifestując to nawet spacerowaniem za dnia z latarnią w ręku. Za podstawową zasadę przyjął niezależność od otoczenia i samowystarczalność, jakby uwikłanie w układy społeczne było dlań zniewoleniem. Oto kilka z jego myśli:

Jedynym państwem dobrze urządzonym byłoby państwo obejmujące cały świat.

Jestem obywatelem świata.

Lepsza jest uboga mądrość, niż głupie bogactwo.

Bieda jest nauczycielką i podporą filozofii, bo do czego filozofia nakłania słowami, do tego bieda zmusza w praktyce.

Był sobie taki filozof, rodem z Hierapolis – grecki niewolnik, który rozpowszechniał w starożytnym Rzymie myśl stoicką – zwał się Epiktet. Tematyka, której podjęciem się wyróżniał, dotyczyła w dużej mierze wolności. Jego zdaniem, wolność może zapanować wówczas, gdy ludzkie życie podporządkuje się wartościom duchowym, gdy zadba się o rzetelny rozwój umysłowy, a człowiek okiełzna swe pragnienia, miast im ulegać. Oto kilka z jego myśli spisanych przez ucznia:

Czego szuka każdy człowiek? Aby być bezpiecznym, szczęśliwym i bez przymusu robić to, na co ma ochotę.

Prawdziwym panem i królem jest jedynie mędrzec, który uwolnił się od namiętności i niczego nie potrzebuje.

Nie powinniśmy dawać wiary zdaniu, głoszonemu przez wielu, że tylko wolni ludzie powinni być wykształceni, ale musimy raczej uwierzyć filozofowi, który twierdzi, że tylko ludzie wykształceni są wolni.

Tylko ludzie intelektualnie rozwinięci są wolni.

Dziś mija 15 lat od śmierci wyjątkowego barda – Jacka Kaczmarskiego. Nie wiem, czy znał on starożytnych filozofów. Niech jednak ta rocznica stanie się pretekstem do przywołania jego utworu z 1980 roku i zadania sobie pytania o aktualność zawartych w nim słów. (Dopóki wolno stawiać pewne pytania)

Niewolnik – filozof

 Niewolnik filozof prowadzi dysputy
Czasem dostanie coś z pańskiego stołu
Przy pracy nie jest łańcuchami skuty
Lecz mu nie zazdrośćcie łatwego mozołu

Niewolnik filozof uczy pańskie dzieci
Jest jedną z jednych atrakcji dla gości
Kiedy wśród śmiechów aksjomaty kleci
Więc mu nie zazdrośćcie zbyt łatwej mądrości

Niewolnik filozof robi to co umie
Na głód ma pokarm na upał napoje
Ma czas na rozrywki ma czas na zadumę
Więc mu nie zazdrośćcie lekkiego spokoju

Niewolnik filozof pana czasem zgniewa
I nie dostanie za karę kolacji
Lub przywiązany noc spędzi u drzewa
Lecz nie zazdrośćcie mu tej satysfakcji

Niewolnik filozof tak pragnie powagi
Chciałby samotnie zmierzyć się ze światem
Przy stole lub w łaźni spocony i nagi
Sam nie wie kiedy staje się swym katem

 Więc mu nie zazdrośćcie niczego, niczego
Choć was prawdziwy sznur na dłoniach boli
Wśród was wyrośnie i stanie za niego
Mądry i groźny filozof niewoli

3.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXII – czyli życie śmiechu warte

            Pierwszy poniedziałek miesiąca pokryje się z dniem trefnisiów. Wybryki z okazji prima aprilis wymagają od ofiar poczucia humoru. Pamiętam, jak za studenta poszedłem do przychodni ortopedycznej i poprosiłem pielęgniarkę o zdjętą z kogoś gipsową skorupę, którą mógłbym założyć sobie na rękę i udawać rannego. Kobieta przytomnie uświadomiła mi, że taki gips jest niezbyt świeży, niezbyt czysty, niezbyt higieniczny i generalnie niezbyt… Po czym założyła mi świeżą, czystą i higieniczną skorupę na zdrową rękę. Od razu pognałem do ukochanej. Szczerze się przejęła i zmartwiła, więc wywołałem stosowne wrażenie, ale to mi nie wystarczyło. Zamiast triumfalnie wykrzyknąć datę po łacinie, dobudowałem do fikcyjnego złamania, fikcyjną historyjkę. Jednak nie byle banalny wypadek niezdary, o! nie. Ja rzuciłem się przez ulicę do jakiegoś dzieciaka, żeby pchnąć go na chodnik, a sam nie zdążyłem bezpiecznie uskoczyć i samochód mnie zahaczył lusterkiem. Tak, istny bohater.

            A że ta rola mi się spodobała, to odwlekałem moment „A-kuku”. Niepotrzebnie. Oj, niepotrzebnie. Mój heroizm rozniósł się wśród ludzi z pracy ukochanej, liczba nabieranych rosła, jedni wchodzili, inni wychodzili. Nie sposób było teraz zaskoczyć prawdą wszystkich na raz, ani biegać za tymi, co wyszli i przed każdym zdejmować gips. Dopiero pod wieczór odkryłem przed ukochaną swój sekret i, jak łatwo zgadnąć, na początku nie było jej do śmiechu, a zaraz potem mi nie było… Miała żal, że zagrałem na jej uczuciach, przysporzyłem zmartwienia, a do tego wkręciłem jej znajomych. Wyszło na to, że z poważnych spraw – jak choćby stan zdrowia – nie wypada stroić żartów. Cóż, w pewnych okolicznościach z tezami ukochanej nie podejmuje się polemiki. Na pocieszenie mam to, że do dziś niektórzy ludzie, nie wyprowadzeni z błędu, uważają mnie za bohatera. Choć akurat w dniu kawału zależało mi, by ktoś docenił moje poczucie humoru.

            Wobec tego, proponuję kilka refleksji wokół tegoż poczucia.

        Ponoć nikt nie jest w stanie dać komuś czegoś, czego nie posiada. Stąd niektórzy wyciągają wniosek, że Bóg musi mieć poczucie humoru, skoro nas nim obdarzył. Świetnie zazębia się to z myślą, jaką sformułował Stanisław Jerzy Lec: Przez życie trzeba przejść z godnym przymrużeniem oka, dając tym samym świadectwo nieznanemu stwórcy, że poznaliśmy się na kapitalnym żarcie, jaki uczynił, powołując nas na ten świat. Dodałbym, że nie tylko potrzeba godnego przymrużenia oka, ale nawet aktywnego żartowania. To pomaga uporać się zarówno z ogólnym bólem egzystencji, jak i z konkretnym problemem przerastającym ludzkie możliwości uporania się z nim. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXI – czyli duchy są, Boga nie ma

Wielkimi krokami zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem spotkamy się w uświęconej tradycją formule filozoficznej kawiarenki i pogadamy o… duchach, bóstwach i samym Bogu.

Niedawno w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu odbyła się filozoficzna dyskusja panelowa zatytułowana: Co z tym Bogiem. Nie wdając się w szczegóły, chciałbym tylko wspomnieć, że trzech filozofów: buddysta, chrześcijanin i sceptyk przedstawili swoje poglądy, a debaty (czy dyskursu z serią trudnych pytań i wymianą argumentów) było tyle, co kot napłakał. Zasadniczo, spotkaniu przyświecała powszechna zgoda co do tego, że jakiś wymiar transcendentny istnieje i albo ma postać pustki (rozumianej przez buddyzm, jako miejsce potencjalności, z której może wyłonić się wszystko), albo postać Absolutu (różnorako rozumianego, tudzież nie rozumianego i nie do ogarnięcia wcale). Dziwił brak zdecydowanej ekspresji w poglądzie sceptycyzmu (aczkolwiek przemknęła tędy freudowska koncepcja), lecz widać zwyciężył duch przyjaznego spotkania (o ile takie duchy istnieją). Po cichu liczyłem, że przywołani będą filozofowie różnych epok i proweniencji oraz ścierać się będą wskrzeszeni tytani umysłu, toteż byłem lekko zawiedziony, gdy większość wypowiedzi stanowiły osobiste wyznania o podejściu do wiary, czy religii. Z drugiej strony, czyjeś subiektywne przeżycia i wyobrażenia, wygłoszone publicznie, zyskują pewną obiektywną wartość; w końcu poznanie bliżej drugiego człowieka i jego sposobu postrzegania świata rozwija również świadków tej ekshibicji.

Swoistą kontynuacją rozważań w bibliotece była, kilka dni później, rozmowa podczas spotkania Pogadalni. Więcej było w niej dyskusji o Bogu, a temat wydał się na tyle nośny, że proponuję poświęcić mu jeszcze chwilę. Na zachętę podzielę się kilkoma refleksjami. Żeby była jasność – wierzę w Boga. Ale mimo to pozwolę sobie na nieco prowokacyjne zagajenie tematu. Od czego zacząć? Może tak…

Politeizm dawnych cywilizacji nie przetrwał próby czasu. Dzisiejszy (np. w pewnych odłamach hinduizmu), przez wyznawców monoteizmu jak i ateuszy też bywa traktowany, jako błędna koncepcja wiary. A przecież pierwotne doświadczenie transcendencji różnych ludów, na różnych kontynentach, w różnych kulturach uznawało właśnie istnienie większej, lub mniejszej liczby istot duchowych. Czytaj dalej

4.86/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2 9