1 2 5

Archiwum autora: Martinus

Coffeelosophy XXIII, czyli afirmacja dystansu

Oto kilka myśli anonsujących temat najbliższego spotkania w formule kawiarenki filozoficznej.

Na początku pytanie, które mogłoby stanowić zagadkę stawianą przez Sfinksa. Co to takiego, co z jednej strony zbliża ludzi, a z drugiej równocześnie potrafi ich od siebie oddalić? Nie wiecie? Odpowiedź brzmi: ciasnota. Ona to zbliża ludzi fizycznie, a jednocześnie może ich odsunąć na gruncie psychicznym, lub duchowym. Wymuszona bliskość często wywołuje tarcia (dosłownie i w przenośni), stwarza dyskomfort, budzi antagonizmy, choćby na tle braku przestrzeni osobistej. A przecież człowiek, podobnie jak wiele zwierząt, ma w naturę wpisaną terytorialność; ustala swoje terytorium i stara się go bronić.

Ciasnota wg Marcina Podolana

Amerykański etolog Edward Hall, obserwując zachowania ludzi, dostrzegł pewną zależność między odległością fizyczną a bliskością emocjonalną. Wyróżnił kilka rodzajów dystansu, które miały te relacje charakteryzować. I tak na przykład dystans publiczny, to odległość powyżej 3,5 metra zachowywana wobec osób publicznych, zwiększająca się powyżej 7,5 metra w stosunku do ważnych osobistości, jak prezydent lub królowa. Nieco mniejszy jest dystans społeczny, który maleje od 3,5 do 1,2 metra. Jest to przestrzeń dla ludzi obcych jak też znajomych, z którymi nie mamy zażylszych kontaktów. W tej odległości załatwiamy również przeróżne sprawy formalne i urzędowe, aczkolwiek bywa on mniejszy, gdy stoimy przy okienku kasy, blacie w urzędzie, ladzie sklepowej itp. Jednak te właśnie przedmioty, które nas odgradzają, wzmacniają psychologiczne poczucie pożądanej odległości. Jeszcze ciaśniej się robi w tzw. dystansie indywidualnym (osobniczym), przeznaczonym dla rodziny, przyjaciół i bliskich znajomych; ta prywatna strefa rozciąga się mniej więcej od 45 do 120 cm. Zaś najbliższa strefa, określana dystansem intymnym (ze strefą dotykową włącznie), zarezerwowana jest dla współmałżonka, partnera, lub dziecka.

Ciekawe jest to, że te odległości nie są wspólne dla wszystkich ludzi, lecz w różnych kulturach poszczególne granice bywają przesuwane. Ba, nawet w naszym kręgu kulturowym tak się zdarza, gdy jedziemy w ciasnej windzie, albo zapchanym autobusem, gdy tłoczymy się w małej kawiarni, tudzież w przepełnionej poczekalni. Zmuszeni do zbyt bliskiego kontaktu z obcymi, zwłaszcza dotykowego, próbujemy w innych formach pogłębić zdystansowanie; nie patrzymy sobie w oczy, nie rozmawiamy, ustawiamy się bokiem, usztywniamy ciało, ograniczamy mimikę… Również w odwrotnej sytuacji, tzn. gdy przymusowo jesteśmy dalej od lubianych osób, niż byśmy chcieli, staramy się to w różny sposób zrekompensować psychologicznie; dłużej na siebie patrzymy, pochylamy się ku sobie, uwydatniamy mimikę, modulujemy głos, używamy szczególnych słów i gestów…

      Dom

W moim domu jest miejsca nie dużo,
ot, dwie izby i przedsionków para,
lecz kompanom, znękanym podróżą
o kąt ciepły się zawsze wystaram.

W moim domu jest miejsca malutko,
ledwie mieszczę w nim żonę i kota,
lecz me drzwi wciąż nie znają się z kłódką,
bo najbardziej nas zbliża… ciasnota.

Co prawda ten wierszyk mówi o sercu, ale puenta pasuje. No właśnie, niejednokrotnie okoliczności wymuszają naruszanie przestrzeni osobistej. Proksemika bada wpływ relacji przestrzennych pomiędzy osobami (a także między osobami a otoczeniem materialnym) na relacje psychologiczne, na jakość i sposób komunikacji, poczucie komfortu i bezpieczeństwa, itp. Zajmuje się też wpływem sposobu budowania mieszkań, osiedli, całych miast, parków i placów na psychikę ludzką i relacje międzyludzkie. Być może znalazła już odpowiedzi na szereg pytań.

Dzięki tym wszystkim obserwacjom, badaniom i analizom, dziś wiemy, iż np. w domu opieki dla osób niepełnosprawnych, przewlekle chorych, albo w podeszłym wieku jednoosobowy pokój musi mieć minimum 9 m2, zaś w pokojach dwu- lub trzyosobowych na jednego podopiecznego ma przypadać 6 m2. Pracownik powinien mieć 13 m3 objętości pomieszczenia oraz co najmniej 2 m2 wolnej powierzchni podłogi, nie zajętej przez sprzęt i urządzenia (polskie przepisy BHP). A jeśli w pomieszczeniu pracuje tylko jedna osoba, nie może ono być mniejsze niż 6 m2. Z kolei przykładowemu więźniowi (według standardu europejskiego) przysługują minimum 4 m2 celi (polska norma to bodaj 3 m2). Z grubsza licząc, wymiary te wymagają od ludzi przekraczania nie tylko dystansu społecznego, ale nierzadko też osobniczego. Tymczasem nie będzie lepiej, bo wzrasta zagęszczenie demograficzne planety. Dwieście lat temu ludzkość osiągnęła liczebność jednego miliarda, 110 lat później liczyła już dwa miliardy, dziś jest nas ponad 7,3 miliarda. Raporty ONZ prognozują, iż za dekadę przybędzie kolejny miliard, a w 2050 roku na Ziemi będzie z górą 9,5 miliarda ludzi. Grozi nam globalna ciasnota.

A człowiek potrzebuje przestrzeni, oddechu, szerszej perspektywy. Do tego ludzie „zachodniej cywilizacji” wykazują wręcz tendencję do separacji, odgradzają się od innych. Liberalizm, który akcentuje wartość jednostki, jako indywiduum, powoduje rozluźnienie a nawet zanik więzi sąsiedzkich, ba! rodzinnych. Coraz więcej osób stara się ostro wytyczać granice, celebruje prywatność, wybiera wyobcowanie. Wydaje się, że wzrasta potrzeba dystansu, a maleją możliwości jego obrony.

***

Trochę już padło na temat ociosywania przestrzeni osobistej. Łatwo sobie wyobrazić, lub wręcz przytoczyć przykłady tego, czym skutkuje naruszanie kolejnych kręgów dystansu. Wiemy, jaka odległość wywołuje wrażenie bliskości. A z drugiej strony, jaka odległość wywołuje wrażenie osamotnienia?

Pozytywka kadrZapraszamy 9 kwietnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: afirmacja dystansu. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być może zmniejszyć swój dystans do nas (ze społecznego do indywidualnego). A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta dość umiarkowanie

Dante, wędrując przez czeluście piekieł, w pewnym momencie trafił na taki obraz:

Widziałem inne męki i męczonych.
Był to krąg trzeci, krąg deszczów ulewnych,
Deszcz jak z upustów spadał otworzonych
Ciężki i chłodny; śnieg zmieszany z gradem

W ciemnym powietrzu szumiał wodospadem,
Ziemia deszcz chłonąc, oddychała czadem.
Cerber tam szczekał swą paszczą troistą
Na duchy, które w ziemię ugrzęzły bagnistą,

A oczy jego świeciły czerwono;
Wełna nań czarna, sam szerokobrzuchy,
Łapy niejedną uzbrojone szponą,
Nimi darł w pasy potępione duchy.

Jak psy pod deszczem potępieńcy wyją,
Zmokłą za siebie obracając szyją,
Kręcą się ciągle w tę i ową stronę,
Tworząc nawzajem z swych boków zasłonę.

Alfonso d’Aragona tak przedstawił trzeci krąg piekielny

             Wszystko to miało miejsce w trzecim kręgu piekła. Spotkany tam niejaki Ciacco (po naszemu Wieprzek) tak tłumaczył Dantemu powód swojej w tym miejscu obecności:

Za chuć obżarstwa niską i nikczemną,
Jak widzisz, leje wieczny deszcz nade mną.
Tu ja niejeden, wszystkie cierpią dusze
Za grzech ten samy też same katusze.

Nie mam absolutnej pewności, czy piekło istnieje i czy dzieli się na kręgi, i czy jest krąg trzeci, a w nim miejsce dla obżartuchów, łakomczuchów i opilców. Jeśli jednak jest, to mam dwa pytania: czy wszyscy, którzy tam trafiają faktycznie zasługują na potępienie. I kto może ocenić, czy ma miejsce nieumiarkowanie w jedzeniu lub piciu? Skąd ta wątpliwość, o tym za chwilę.

Obraz Jakuba Jordaensa, jak to przy stole starzy śpiewają a młodzi przygrywają

          A! wspomnę o jeszcze jednym. Przesada w drugą stronę, też jest oceniana negatywnie; mam na myśli anoreksję i ortoreksję. Krótko mówiąc: ani łakomstwo, ani głodzenie się nie popłacają eschatologicznie. Skrajności w odżywianiu to szkodzenie zdrowiu. Tak oto piąty z siedmiu grzechów głównych zazębia się z piątym przykazaniem Dekalogu.

Najlepszy sposób zachowania zdrowia -€“ nie jeść, gdy się nie chce,
i przestać jeść, gdy jeszcze jest chęć do jedzenia.

Sadi z Szirazu

Charles-Joseph Natoire, Uczta Kleopatry i Marka Antoniusza

            To wróćmy do tej wcześniejszej wątpliwości. Z grubsza rzecz biorąc, istnieje przekonanie, że jeśli ktoś zje, lub wypije za dużo, ten grzeszy. Wyobraźmy sobie dwie osoby siedzące przy suto zastawionym stole. Obie podobnej postury. Sięgają co chwilę do półmisków i zjadają tyle samo. Po pewnym czasie jedna czuje, iż już się przejadła, że każdy kęs rośnie w ustach, że ją rozdyma, a popuszczanie pasa nie pomaga. Tymczasem druga czuje, że mogłaby spokojnie zjeść jeszcze trochę. Co więcej, sięga po kolejną porcję, i po kolejną, i pochłania je, nadal nie czując przesytu. Kogo więc oskarżymy o obżarstwo? Tego pierwszego, bo zjadł więcej niż mógł i potrzebował, czy również tego drugiego, bo w ogóle zjadł dużo więcej? Wydaje mi się, że brakiem umiaru popisał się ten pierwszy, gdyż przesadził. Z tego wynika jedno: dopóki ktoś nie czuje, że przeholował, to nie musi poczuwać się do winy. Tylko własne poczucie umiaru stanowi o grzechu.

            Ale i tu rodzi się wątpliwość. Przecież ktoś otyły zjada niemało, w dodatku więcej niż potrzebuje, a niekoniecznie odczuwa sytość, bądź przesyt. Jak zmierzyć brak umiaru? Nie znam jednoznacznej odpowiedzi.

Na przyjęciu powinno się jeść mądrze, ale niezbyt dużo,
i mówić dużo, ale niezbyt mądrze.

William Somerset Maugham

Tak Daniel Sarrabat odmalował cud podczas wesela w Kanie

  Święta, zwłaszcza te poprzedzone postem, są okazją do ochoczego zasiadania przy talerzach. I dobrze. Stół oraz biesiadowanie to szczególne elementy budujące więzi międzyludzkie. Sokrates, Platon i ich kumple znajdywali w tym okazję do filozoficznych dysput. Choć i wina sobie nie żałowali; w końcu In vino Veritas, a przecież prawdy szukali. Skoro o ucztowaniu i winie mowa, Jezus też nie unikał uczt; na jednej z nich, podczas wesela w Kanie galilejskiej, uczynił pierwszy cud, przemieniając wodę w wino. Podczas innych uczt nauczał apostołów, a praktykę takich spotkań pozostawił w spuściźnie następnym pokoleniom. Biesiadujmy zatem, rozmawiajmy, poznawajmy się, bawmy, uczmy od siebie, jedzmy, pijmy i to nawet dużo, byle mądrze i zdrowo.

             Co nikomu nie szkodzi, nie może być grzechem. Życzmy tedy sobie więcej plam na obrusach niż na sumieniu. Może, dalibóg, nie podzielimy losu Ciacco. Najważniejsze to odkryć w sobie cnotę umiaru. O! i pamiętajmy, co mówił Sokrates: Człowiek nie żyje, aby jadł, ale je, aby żył. Smacznego!

Kłaniam, Martinus

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXII, czyli ile znaczy zwycięstwo moralne

Znowu zbliża się spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki; jak to zwykle w pierwszy poniedziałek miesiąca. Pozwolę sobie zdradzić, czym zajmiemy szare komórki.

Jeśli ktoś poświęci się dla szczytnego celu, w imię wielkich wartości, ale jednakowoż w niczym nie pomoże, niczego nie wskóra, nie zmieni… Czy to ma sens? A z drugiej strony, czy brak spodziewanych, bądź oczekiwanych efektów tego sensu pozbawia? Czy sam akt, samo działanie posiada sens i wartość, zanim jeszcze przyniesie efekty?

“Oblężenie Sparty” prowadzone przez króla Pyrrusa. Odmalował, jak umiał: Baptiste Topino-Lebrun

Motyw a czyn

Nie jest specyfiką dzisiejszych czasów, że ludzi zwykło się oceniać przez pryzmat wartości ich czynów. Jeśli czyn jest chwalebny, to i człowiek zyskuje uznanie. I na odwrót. Jednak nieraz odnoszę wrażenie, iż mówiąc o ocenie czynu, częściej myśli się o skutkach. Nie ładnie jest kraść, bez względu na to, czy kradzież się uda. Ale nie tyle sama czynność jest karygodna, choć też, ile to, do czego prowadzi – czyli pozbawienie kogoś jego własności. Ładnie jest działać charytatywnie, ale przy ocenie istotniejszy jest fakt udzielenia konkretnej pomocy, niż to, jakie wiodły ku temu wysiłki (chociaż te również się docenia). Jeśli ktoś pojedzie kopać studnie do Afryki i wykona sto odwiertów, ale w żadnym nie będzie wody, to nie dostanie nagrody za sam trud. Nagrodzone za to będą wysiłki kogoś, kto wykopie pięć studni, ale z powodzeniem. Co ciekawe, nierzadko na drugi plan schodzą intencje dobroczyńcy, jego prawdziwe myśli i faktyczne podejście do tego, czego dokonał. Czy zrobił to z altruizmu, czy też dla poklasku, ma tu mniejsze znaczenie wobec rzeczywistego wparcia potrzebujących.

W przedziwny sposób urzeczywistnia się Mateuszowe kryterium: poznacie ich po owocach. Zwłaszcza uzupełniane powiedzonkiem, że dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane. Wychodzi na to, że pobudki i zamiary mają znikomą wartość, liczy się skutek. Zatem postawione na wstępie pytanie znalazło właśnie odpowiedź: sens działaniom nadają odpowiednie ich skutki. Aby na pewno?

Spójrzmy na inną okoliczność. Stefan Kisielewski powiedział: Walka bez wiary w zwycięstwo jest jedyną walką czystą: bez premii i łapówki. Cóż zatem w sytuacji, jeśli wysokie jest prawdopodobieństwo niepowodzenia? Czy warto zachować się zacnie, mimo wszystko? Bo może – przewidując nieskuteczność – lepiej zaniechać działań i w ten sposób oszczędzić sobie wysiłku, albo ryzyka. A propos ryzyka. Chyba większość się zgodzi, iż zamiast daremnego heroizmu, lepiej chronić własne życie. A jednak wciąż pojawiają się przykłady zachowań, które pomimo finalnej porażki, zostają zakwalifikowane do bohaterskich. Sądzę, że nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że w takich przypadkach ludzie po prostu postępują nonsensowne. Również ci, którzy mimo wszystko ich chwalą.

Moralność Pyrrusa

Inna kwestia: co myśleć o sytuacji, kiedy osiągnęło się upragniony, wartościowy, a nawet szczytny cel, ale zostało to okupione kosztami przerastającymi jego wartość? Jak dostrzec w tym sens, zwłaszcza gdy z góry było wiadomo, że właśnie taką cenę przyjdzie zapłacić? Rozsądek podpowiada, że nie warto. Niemniej co rusz znaleźć można przykład Pyrrusowego zwycięstwa – co, rozważane na chłodno, budzi wątpliwości. On sam, pokonawszy wojska rzymskie przy ogromnych własnych stratach, powiedział ponoć: Jeszcze jedno takie zwycięstwo, a nie będę miał z kim wrócić do Epiru. Zatem spytajmy: skutki usensowniają działanie? Chyba nie zawsze. W imię czego gotowi jesteśmy do przesadnego poświęcenia? Czyżby chodziło o zwycięstwo moralne? Piłsudski by odpowiedział: Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo.

Czy przegrać w słusznej sprawie to wygrać? I czy odnajdujemy w tym faktyczny sens, czy tylko mamy do czynienia z elementem racjonalizacji i sposobem pocieszenia. Czy Jezus z Nazaretu (a właściwie z Betlejem) lub wcześniej Sokrates z Aten (a właściwie z Alopece) to przykłady zwycięstw moralnych? A może nie chodzi o zwycięstwo moralne, lecz po prostu o zwycięstwo. Jakiekolwiek. Być może jego potrzeba jest tak silna w ludziach, iż będą się go doszukiwali we wszelkiej dostępnej postaci.

Pozytywka kadrZapraszamy 5 marca o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: ile znaczy zwycięstwo moralne. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i moralnie zwyciężyć w dyskusyjnych zmaganiach. W pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

Możesz także (anonimowo!) wypowiedzieć się w tym temacie, zamieszczając komentarz poniżej. Jesteśmy ciekawi, co o tym myślisz.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXI – czyli życie bezwartościowe

W pierwszy poniedziałek miesiąca tradycyjnie spotykamy się w formule filozoficznej kawiarenki. Tako będzie i tym razem.

Jedni powiedzą, iż życie posiada wartość (i nawet jakoś to dookreślą, że wielką, nadrzędną, najwyższą, lub… nieokreśloną). Drudzy stwierdzą, że życie samo w sobie jest wartością (wielką, nadrzędną, najwyższą, lub… nieokreśloną). Na początek przyjmijmy z tych dwóch, owo pierwsze stanowisko.

I zapytajmy o wartość życia.

Czy jest ono bezcenne? Nieczęsto się o tym mówi, ale większość państw w swoich kalkulacjach wycenia ludzkie życie, z powodów czysto ekonomicznych, dla racjonalnego planowania polityki, m.in. zdrowotnej. Życie Amerykanina ekonomiści wycenili na ok. 7 mln dolarów. Z kolei życie Polaka według ZUS warte jest ok. 70 tys. zł. Inna jest wartość dla osób w wieku przedprodukcyjnym, inna dla tych w wieku produkcyjnym (i reprodukcyjnym), a jeszcze inna dla tych w wieku poprodukcyjnym. Inna dla żołnierza, inna dla więźnia, inna dla ludzi zdrowych, inna dla inwalidów. Koszt leczenia, opieki nad nieuleczalnymi, czy opłacalność ratowania życia znajduje odzwierciedlenie w budżecie NFZ. Poza tym towarzystwa ubezpieczeniowe również mają swoje tabelki i każdy uszczerbek na zdrowiu, każdy narząd i kosteczkę potrafią procentowo przeliczyć na złotówki. Na świecie większość ubezpieczalni szacuje, iż jeden rok dobrej jakości życia jest wart 50 tys. dolarów.

Tymczasem niejaki Fryderyk Nietzsche stwierdził, iż: Małej wartości jest to wszystko, co cenę posiada. Jeśli miałby rację, to wycenionemu życiu trudno przypisać wartość wielką, nadrzędną, najwyższą, lub… nieokreśloną. Oczywiście słuszność będzie miał ktoś, kto wytknie mi mieszanie wartości w rozumieniu aksjologicznym i materialnym. Ale nawet jeżeli pozwalam sobie na pewną żonglerkę słowami, to czy myśli, nasuwające się w jej rezultacie są błędne. Człowiek – choć nie od zawsze, bo od czasów Fenicjan – rozwija kult pieniądza. I nie tylko pragnie mieć go dużo. Co mi bowiem z tego, że miałbym milion monet, jeśli każda byłaby powiedzmy rosyjską kopiejką (1/100 rubla) – przy obecnym kursie miałbym ekwiwalent około 600 zł. Człowiek przede wszystkim chce, aby pieniądz miał jak największą wartość – tą nabywczą. I w staraniach o to gotów jest do sporych poświęceń. Kardynał Stefan Wyszyński też zauważył: Ludzie ratują wartość pieniądza, ale nie umieją ratować wartości życia.

To teraz rozważmy drugą opcję, mianowicie, że życie samo, jako takie jest wartością.

Od pewnego czasu obserwujemy silną tendencję, zwłaszcza w świecie nauki, aby wszystko pomierzyć, przeliczyć, zważyć, opisać… Krótko mówiąc, naukowo, a najlepiej matematycznie ogarnąć całość po najmniejszą cząstkę. Pokusa takiego okiełznania rzeczywistości sięga również po tzw. imponderabilia. Kłopot w tym, że takie wartości, jak uczciwość i sprawiedliwość, honor i odwaga, piękno i dobro, wolność i pokój, radość i szczęście, prawda i miłość, zdrowie i… życie – zasadniczo są niemierzalne. Aczkolwiek w przypadku życia da się zmierzyć jego długość. I w miłości chyba też…

Jednakowoż ludzie lubią mieć jasność w temacie, ile coś jest warte. Tkwi w człowieku potrzeba porządkowania otaczającej go rzeczywistości, ujmowania jej w karby liczb, norm i zwyczajów. Dlatego najchętniej przeliczyłby również owe wartości na dobra materialne, na pieniądze. Co więcej, w pewnym sensie to czyni. Jeśli ktoś zwróci znaleziony portfel, jego uczciwość wycenia się zwyczajowo na 10% znaleźnego. Sędzia, za swą sprawiedliwość dostaje wynagrodzenie. Gdy ucierpi czyjś honor, pokrzywdzony może uzyskać określone zadośćuczynienie. Szczególna odwaga strażaka bywa nagrodzona finansowo. Piękny obraz, lub koncert też mogą mieć swoją cenę. Za wyświadczane dobro, np. w działalności charytatywnej można otrzymać Nagrodę Ubi Caritas, czy Amicus Hominum, albo Celebrity Charity Champion. Obrońca pokoju ma szansę na Nobla (i milion dolarów). Kto przynosi radość dzieciom może otrzymać Order Uśmiechu. Komu dopisuje szczęście wygra w totolotka. Kto ujawni kryjówkę przestępcy za prawdę dostanie nagrodę od policji.

A życie? Gdy wspominałem o jego wartości, padły pewne kwoty. Ale gdy rozważamy życie, jako wartość, to sytuacja się zmienia. Za bycie uczciwym, odważnym, czy dobrym można zostać docenionym. Trudno jednak oczekiwać nagród, lub gratyfikacji za bycie żywym, za samo wykazanie się tym, że żyjemy. Spróbujmy zatem ocenić tą wartość z innej strony. Wielu filozofów było zgodnych co do istnienia hierarchii wartości; pewne umieszczali wyżej, inne niżej, jedne na czele, drugie gdzieś dalej. Możemy więc mówić o swoistym wartościowaniu wartości. I tu wypada nadmienić, że życie nie znalazło się na pierwszym miejscu. Niby bywa uznawane za najwyższą wartość, lecz z drugiej strony znamy przykłady poświęcenia go w imię innych wartości wyższych, jak miłość, godność, wolność itp. Wychodzi na to, iż człowiecze życie jest tym większą wartością, im więcej tych pozostałych wartości jest z nim powiązanych. A samo w sobie…?

Pozytywka kadrStrapieni powyższym, raczej nie odnajdą pocieszenia w słowach, jakie wypowiedział André Malraux: Życie jest niewiele warte, ale nic nie jest warte życia. Są bowiem wartości odeń cenniejsze. Za to wszyscy możliwość otuchy znajdą w słodyczy ciastka, aromacie naparu i gadatliwej kompanii. Zapraszam 5 lutego o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: bezwartościowe życie. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i pożyć chwilę w naszym towarzystwie. Rozważając przykładowo, jaką wartość przedstawiałoby życie, gdyby ludzie stali się nieśmiertelni, a jaką, gdyby nagle zaczęli żyć o połowę krócej.

W pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XX – czyli człowiek i czas

Przysłowie chińskie mówi: Najwięcej czasu ma człowiek, który niczego na później nie odkłada. Tymczasem już na samym początku roku zaczynamy od odłożenia na później naszej Pogadalni. Nie chcąc, by w tym miesiącu przepadło spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki, odbędziemy je nie w pierwszy a w drugi poniedziałek miesiąca, czyli 8 stycznia. Zobaczymy się w tym samym, co zwykle miejscu – mianowicie w kawiarni Pozytywka.

Właśnie – rozpoczął się nowy rok kalendarzowy (w naszym obszarze kulturowo-religijnym). Czy jest to jakaś magiczna granica? Przecież jest po prostu niedziela, a po niej poniedziałek; niby nic niezwykłego, lecz i tak hucznie świętujemy wymianę kalendarzy. Człowiek lubi kreować cezury, dzielić czas na jakieś sensowne fragmenty, lubi okrągłe rocznice, jubileusze, progi, etapy, ery, epoki, eony… Dzięki temu wydaje mu się, że kontroluje czas, a przecież ledwie kontroluje jego odmierzanie.

W dodatku wielu z nas ma obsesję na tym punkcie i próbuje czas zatrzymać, lub ukryć jego upływ. A przecież czas jest darem, jaki otrzymujemy i winniśmy zeń roztropnie korzystać. Wszakże: Każda chwila, która mogłaby być wykorzystana lepiej, jest stracona – jak to orzekł  Jean-Jacques Rousseau. A z upływu lat można się cieszyć. Im kto jest starszy, tym większe może czuć zadowolenie, że aż tyle zdołał przeżyć (co nie wszystkim było dane). Obyśmy więc mogli cieszyć się długim życiem, nie skarżąc na to, że jakkolwiek długo by nie trwało, to i tak jest za krótkie, aby nacieszyć się poznawaniem świata, na który trafiliśmy. Wspomnijmy słowa Seneki Młodszego: Nie otrzymujemy krótkiego życia, lecz je takim czynimy. Nie brakuje nam czasu, lecz trwonimy go.

Niewątpliwie czas powiązany jest z materią i przestrzenią. To zachodzące zmiany w otaczającej nas rzeczywistości i bieg myśli w naszych głowach pozwalają najłatwiej obserwować jego upływ. Jeśli dobrze zapamiętałem czytaną niegdyś informację, to wielki wybuch zapoczątkował czas. Wnioskuję z tego, iż tam, gdzie niczego nie ma, tam i czas nie istnieje. Gdyby zniknęły wszystkie byty, cały kosmos i wszelka świadoma inteligencja, zniknąłby i czas – tylko kto by to zauważył.

Z drugiej strony, fizyka dowodzi, że dla cząstek poruszających się z prędkością światła czas też nie istnieje. Zwalnia również przy obiektach o gigantycznej masie, więc można sobie wyobrazić sytuację, gdy spowalnia do granicy zaniku. Silna grawitacja ma wpływ na zakrzywienie czasoprzestrzeni, przez co im dalej od masywnej planety, tym zegar szybciej idzie. Kiedyś myślałem, że podejście do czasu prezentowane przez fizyków i matematyków – nawet jeśli poprawne i poparte wiarygodnymi obliczeniami – jest jakieś odległe od naszego ziemskiego postrzegania jego upływu. W naszych warunkach bowiem, różnice prędkości zegarów w dolinie i na szczycie góry są w zasadzie niemierzalne. Ale, gdy wystrzelimy zegar na orbitę Ziemi, rzecz staje się dostrzegalna. Zauważono to, kiedy testowano pierwszy system GPS. Urządzenia nadawczo-odbiorcze zsynchronizowano na Ziemi, wszystko działało, wystrzelono satelitę – a ten, umieszczony już na orbicie, jakby się popsuł. Konieczne (i wystarczające) okazało się przeprogramowanie prędkości jego zegara.

Czas zatem rządzi się swoimi prawami, a co więcej – prawa te narzuca wszystkiemu, nie pytając o zgodę, nie oczekując jej, nie potrzebując nawet – ba! nie zważając też na czyjekolwiek skargi i protesty. Jednak – zaryzykuję pytanie – czy to rzeczywiście chodzi o czas.  Przecież to nie on powoduje erozję skały, ani korozję uwięzionego w niej miecza; to nie czas pogłębia kaniony i zmarszczki na twarzy; nie on osusza morza i nie on opróżnia pamięć. To wszystko po prostu zachodzi, dzieje się, ale nie za sprawą czasu. Czy faktycznie człowiek jest osadzony w czasie, czy to czas jest osadzony w człowieku?

Człowiek czasomierz

Wygląda na to, że ludzie to jedyne istoty, które obserwują upływ czasu i mierzą go swoimi instrumentami; jedyne, dla których czas ma znaczenie; jedyne, które przykładają czas i jego miarę do świata i swojej w nim bytności. Opisując jakieś wydarzenie, zwykle już na początku staramy się podać, kiedy to było (względnie, kiedy będzie), pisząc czyjąś biografię określamy datę urodzin i śmierci (a przynajmniej to pierwsze), wylewając beton, lub kupując klej interesuje nas, jak długo będzie sechł, piekąc ciastka lub wypalając garnki, chcemy wiedzieć kiedy wyjąć je z pieca. Podporządkowaliśmy czasowi większość aspektów naszego życia. Choć pozostaje pytanie, czy faktycznie czasowi.

Bo może jego mierzalne fragmenty to co innego, a obserwowalne zmiany co innego. Jeśli tylko człowiek mierzy czas, to czy inne byty w ogóle go dostrzegają? Czy, gdyby człowiek zniknął, lub nigdy się nie pojawił, to czas by istniał? Bo – dla kogo? Mam na myśli czas w takim rozumieniu, jakie tkwi w ludzkich głowach. Czy istniałaby czasoprzestrzeń, jeśli żadna istota nie sformułowałaby jej koncepcji, właściwości i definicji – nie doszłaby do przekonania o jej istnieniu. Czy też bez człowieka byłyby tylko ogólnie zachodzące we wszechświecie zmiany.

Arystotelesowi nawet obecność człowieka nie przeszkadzała w podważaniu istnienia czasu. Stwierdził m.in.: Pewne rozważania nasuwają podejrzenie, iż czas albo w ogóle nie istnieje, albo jest pojęciem bardzo mglistym i niewyraźnym. Bo oto jedna jego część przeminęła i już jej nie ma, podczas gdy inna dopiero będzie i jeszcze jej nie ma. Z takich to części składa się wszelki czas (…). Jednakże może się wydawać, iż to, co się składa z nieistniejących części, nie może uczestniczyć w bycie.

Czas miniony, czas przyszły

Mi te rozważania Arystotelesa wyglądają na doszukanie się pewnego paradoksu. Mógłbym bowiem powiedzieć, stojąc w strumieniu, że skoro część wody już odpłynęła, a druga dopiero napłynie, to strumień w moim miejscu składa się z dwóch części, których nie ma – czyli nie istnieje. Niemniej pozostaje faktem, o czym już pisałem, iż zasadniczo żyjemy na nieskończenie małym punkcie teraźniejszości. Punkcie między ogromną przestrzenią przeszłości i jeszcze większym obszarem przyszłości (zobacz). Albo: miedzy zmianami dokonanymi i mającymi się dokonać.

Owszem, są tacy (i to wcale liczni), którzy podkreślają wagę teraźniejszości. Liczy się tu i teraz. Przykładowo, Albert Camus uzależniał resztę naszego życia od jednego warunku: Przyszłość będzie szczodra jedynie wtedy, kiedy wszystko ofiarujesz teraźniejszości. Do mnie to nie przemawia, ale to kwestia mej ułomności i niezdolności upchnięcia wszystkiego, co ważne w nieskończenie małym punkcie „teraz”. Uważam, że żyjemy tak naprawdę przeżuwaniem przeszłości i gotowaniem przyszłości. Bliższy więc wydał mi się pogląd Pascala, że: Teraźniejszość nie jest nigdy naszym celem. Przeszłość i teraźniejszość są dla nas środkami; celem jest tylko przyszłość. Tak wiec nie żyjemy nigdy, ale spodziewamy się żyć; gotujemy się wciąż do szczęścia, a co za tym idzie, nie kosztujemy go nigdy.

Smutne to trochę, nieprawdaż. Mam jednak nadzieję, że u progu nowego roku nikt nie popadnie w taki pesymizm, jak Ambrose Gwinnett Bierce, i nie powtórzy za tym sceptykiem, że: Rok to okres 365 rozczarowań. W końcu, czymże jest rok, czym są dni? Może tylko wytworem naszego umysłu. Może czas jest tylko w naszych głowach?

Pozytywka kadrZapraszamy 8 stycznia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: człowiek w czasie, czy czas w człowieku. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć, lub odmierzać wspólny czas w naszym towarzystwie. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Z okazji świąt: o niedoskonałej moralności

Na tym świecie nie ma nic doskonałego. Prosta konstatacja. Warto w tym kontekście zapytać, co z etyką, co z moralnością? Obie są wytworem człowieka, efektem jego pogłębionego namysłu. Skoro jednak myślenie ludzkie nie jest perfekcyjne, to i one takie być nie mogą. Uzmysłowienie sobie tego grozi brakiem ich poszanowania. Często więc zastanawiano się, co zrobić, ażeby były respektowane przez ogół, w tym przez osoby świadome ludzkiej ułomności?

Jednym ze sposobów, aby je usankcjonować, niejednokrotnie bywało zapewnianie, że ich autorem nie jest człowiek, proch marny, lecz sam Absolut. Taki proces uwierzytelnienia sprawdzał się wśród wiernych i wierzących, dla których prawdy objawione są pewnikiem. Co jednak, gdy na fundamencie moralnym pojawi się skaza, gdy ktoś bystry dostrzeże błąd, albo nielogiczność? Wówczas przychodzi konsternacja i pytanie: czy Absolut mógł stać za błędną regułą.

Ułomność dzieł boskich

Ciekawe jest to, że na owo pytanie można odpowiedzieć twierdząco. Absolut, mimo iż jest bytem doskonałym, nie może stworzyć czegoś doskonałego, gdyż w ten sposób powstałby inny Absolut, a to niemożliwe. Wszystkie zatem dzieła Stwórcy są niedoskonałe; także Jego prawo i nakazy moralne. Aczkolwiek łatwiej przychodzi posądzić jakiegoś człowieka, iż dopuścił się nadużycia, podając Boga za autora. W końcu każdy może oznajmiać, że głoszone przezeń zasady były mu objawione przez Absolut, i liczyć, że dzięki temu zyskają one (przynajmniej w kręgach wierzących) uprawomocnienie i niepodważalność.

Wracając do punktu wyjścia, należy przyjąć, że etyka i moralność siłą rzeczy nie osiągną ideału – bez względu na faktyczne, bądź fikcyjne autorstwo. Pytanie, czy mimo tego, że nigdy nie będą doskonałe, to mogą być doskonalsze od człowieka. A jeśli tak, to czy tylko pod warunkiem, że to nie człowiek, ale istota wyższa będzie ich autorem.

Czy należy się doskonalić?

Na tym świecie nie ma nic doskonałego. Aczkolwiek są rzeczy od doskonałości niedalekie. Czy w związku z tym człek powinien czynić starania, by zbliżyć się doń możliwie najbardziej? By moralnie przybliżyć się do jakiegoś wykoncypowanego ideału? By osiągnąć stan pozwalający nazwać się dobrym człowiekiem? Moim zdaniem nikt i nic takich wymagań przed ludźmi nie stawia. Nawet sam Bóg (pewnie dlatego, że zna nas i naszą ułomność) nie oczekuje od nas, byśmy dążyli do ideału człowieczeństwa. Boga zadowoli, jeśli nie będziemy kierowali się w stronę zła. Wystarczy spojrzeć na 10 przykazań. Większość z nich nie mówi, co należy czynić, ani jacy powinniśmy być. Większość napomina, czego nie robić i jakimi być nam nie wolno. A przestrzegając tego, reszta wyjdzie sama.

Nieczynienie zła

Innymi słowy, nie ma obowiązku ani konieczności żeby czynić dobro. Jest tylko szereg zakazów wobec pewnych niegodziwości. Moralność, bez względu na boskie, czy ludzkie autorstwo jest i tak niedoskonała. Wydaje się więc, że jej prawidła nie muszą wyznaczać drogi do ideału. A jeśli ktoś chce opierać się na Dekalogu, to niech pamięta, że jedyne nakazy to szanować święta i czcić rodziców. Nie wymyślimy niczego doskonałego. Zatem unikajmy zła, oddajmy cześć protoplastom, a skoro mamy okres Bożego Narodzenia – postarajmy się dzień święty święcić. Więcej nie trzeba.

Kłaniam, Martinus

4/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XIX – czyli medytacja nie dla każdego

Pogadalnia Filozoficzna – w zgodzie z ideą wyjścia do ludzi – znowu zaprasza na spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Jak w (niemal) każdy pierwszy poniedziałek miesiąca.

Medytacja przynosi korzyści. Fakt! W zasadzie każda: zarówno ta oparta na koncentracji lub uważności, na powtarzaniu mantr, lub wizualizacji, ta skupiona na pozycjach ciała, czy nawet ta ruchowa. Nie ważne czy będzie to zen, Anapana, albo inna buddyjska, czy też joga, coś z taoizmu, albo konfucjanizmu, tudzież medytacja rodem z islamu, bądź bliższa nam chrześcijańska. Po prostu każda – każda niesie pożytek. Ale, czy każdemu?

medytacja

Wśród podstawowych skutków medytowania wymienia się: obniżenie ciśnienia krwi, spowolnienie tętna, wyższy poziom dopaminy w mózgu, pozytywną zmianę częstotliwości fal mózgowych, zwiększenie koncentracji substancji szarej w mózgu (odpowiedzialnej za uczenie się, pamięć, emocje, świadomość), powstanie nowych fałd w korze mózgowej, obniżenie poziomu kortyzolu (hormon stresu) a podniesienie oporu elektrycznego skóry (co ma związek ze stanem głębokiego relaksu), zwiększenie odporności organizmu, poprawę metabolizmu, łatwiejsze znoszenie bólu…

Dodatkowo medytowanie zwiększa IQ, kreatywność i koncentrację, wprowadza poczucie harmonii umysłu, poprawia nastrój, ma pozytywny wpływ na seksualność, wzmacnia pewność siebie, empatię i cierpliwość, obniża poziom lęków i pomaga w bezsenności. Jak widać, generalnie polepsza jakość życia – głównie pod względem zdrowotnym (tak w obszarze zdrowia fizycznego, jak psychicznego).

Można by zatem uznać ją za swoisty medykament – lub rodzaj umysłowej terapii. Ale tak, bez recepty? Skoro leki są dedykowane chorym, to może także medytacja nie jest dla wszystkich. I zdrowi, sprawnie funkcjonujący ludzie zwyczajnie jej nie potrzebują. Poza tym, ciągnąc analogię medyczną, zdarzają się pacjenci, u których występuje lekooporność. Zażywają jakieś remedium, a ono w ich przypadku nie działa. Może zatem z medytacją bywa podobnie i u części ludzi jej podjęcie jest daremne. Czy każdy ma doń predyspozycje? W końcu to niełatwe zajęcie, wymagające systematyczności, wytrwałości, uczenia się i ciągłego doskonalenia; jest niewielu mistrzów, czyli nie każdy ma do tego talent. Może jednak medytacja to obostrzony medykament mentalny.

Pozytywka kadrZapraszamy 4 grudnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: niepowszechność medytacji.
Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć, lub pomedytować. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.14/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XVIII – czyli przekleństwo erotyzmu

Pierwszy poniedziałek miesiąca to w naszej tradycji spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Nie inaczej będzie i tym razem.

Temat erotyzmu jest nie tyle kontrowersyjny, co – dla niektórych – krępujący. Czy jednak powinniśmy się wstydzić czegoś, dzięki czemu znaleźliśmy się na świecie? Czy jest powód, by do sfery tabu wpychać zagadnienia, które w tak przemożny sposób nas otaczają?

Na pewnym etapie rozwoju, a więc prawdopodobnie w związku z rozkwitem kultury, człowiek nabawił się czegoś takiego, jak wstydliwość cielesności (oraz jej gorszej odmiany tj. pruderii). Żydzi odmalowali ten moment w scenie z raju, kiedy to prarodzice zgrzeszywszy, ukrywają się w zaroślach, gdyż spostrzegli, iż są nadzy. Zdawać by się mogło, że nagość jest czymś złym – mimo, iż jest czymś najbardziej naturalnym; jest naszym najpierwotniejszym stanem. Zarówno w wymiarze historycznym (a właściwie prehistorycznym), jak i współczesnym. Przed tysiącami lat człek biegał, jak go Pan Bóg stworzył, czyli jak małpa i inne stworzenia boskie – a zaczął się odziewać nie ze wstydu, lub dla strojności, lecz przez chłód panujący na nowo zasiedlanych terenach. A w wymiarze współczesnym… no, cóż – przecież wszyscy rodzimy się nadzy i nikogo to nie peszy. Będąc dziećmi bez zmieszania biegaliśmy na golasa. Dopiero napomnienia dorosłych zaszczepiły w nas zakłopotanie golizną (własną i cudzą).

Były takie okresy, że niektóre cywilizacje lub nacje traktowały nagość, jak coś najzwyklejszego. Można by sądzić, że nie wywoływała ona takich samych emocji, jak w społeczeństwach bardziej purytańskich. W starożytnej Grecji zawodnicy kolejnych olimpiad zmagali się ponoć bez ubrań. Na przestrzeni dziejów powstawały rzeźby, mozaiki, obrazy, opisy nacechowane erotyzmem, ale mam wrażenie, że jakoś oswojonym, bez rumieńców. A przy tym wszystkim znajdujemy świadectwa wyuzdania, orgii, cielesnych rytuałów. Były czasy, kiedy potępiano zmysłowość, a jednocześnie przemycano ją w sztuce wyższej, np. sakralnej, gdy kler przymykał oczy na obnażone ciała w scenach biblijnych, zapełniające ściany świątyń i pałaców.

A dziś? Dziś jeszcze żyją plemiona, w których nagie piersi i pośladki, czy tutki na przyrodzeniu nie wywołują większych podniet. Tymczasem społeczeństwa cywilizacji zachodniej są w jakimś dziwnym rozdarciu. Z jednej strony większość chce uchodzić za przyzwoitych, skromnych, wręcz cnotliwych, a z drugiej strony w alkowach zwycięża chuć, żądza i nierzadko perwersja. Co więcej, jesteśmy zewsząd atakowani erotyzmem i seksualnością, które stały się wspomaganiem metod sprzedaży. Półnagie, lub nie pozostawiające wiele dla wyobraźni ciała zachęcają do konsumpcji dóbr. Bez głębokiego dekoltu i długich nóg nie obejdzie się na targach i stoiskach promocyjnych – od kampanii kosmetyków, markowych ubrań, przez sieci AGD, po wystawy wielkich koncernów samochodowych. Nagość świetnie sprzedaje filmy, buty i wędliny. Żyjemy pod presją seksualności, a erotyzm przewija się w wydaniu tak biologicznym, jak i ogólnie rzecz biorąc społeczno-kulturowym.

Czemu tak wiele osób chciałoby usunąć erotyzm z przestrzeni publicznej, a może i w ogóle z obszaru kultury? Jakoś nie wyobrażam sobie, że starożytny ateńczyk ukrywał przed wzrokiem dziecka wazę przedstawiającą nagie postaci i zasłaniał mu oczy, gdy przechodzili obok rzeźb Fidiasza. Podobnie trudno mi przyjąć, że w renesansie matki i córki nie chodziły do najbliższego kościoła, bo okryłyby się rumieńcem na widok nieskromnie przedstawionych torsów i golutkich kupido – co rozpraszałoby modlitewne skupienie. Nie było, jak mniemam, w dalekich Indiach sytuacji, by odwracać wzrok od świątynnych ścian, pokrytych lubieżnymi płaskorzeźbami z Kamasutrą. Co się zatem zmieniło, że w naszej kulturze upublicznione nagość i seksualność budzą zgorszenie? Czy chodzi jedynie o to, że wykorzystane są przedmiotowo, dla zarobku, i nie wpisują się w kanon, czy pojęcie sztuki (choć i sztuka niektórych bulwersuje)? Wszak wybitne dzieła artystów też powstały dla zarobku – i sławy. A jednak odczuwamy pewien przesyt (no, pewnie nie wszyscy – przepraszam za generalizowanie).

Zaraz ktoś się oburzy (najpewniej będzie to niewiasta) i rzuci retorycznie-oskarżycielskie pytanie: a któż to niby kreuje taką naerotyzowaną rzeczywistość. Fakt, to głównie mężczyźni posługują się kobiecym powabem. Ale coraz więcej jest też przejawów męskiego roznegliżowania skierowanego do podświadomości kobiet. Poza tym erotyzm oparty na płci pięknej, również u jej przedstawicielek wywołuje zainteresowanie, budzi skojarzenia z przyjemnością seksualną, rozbudza fantazje, tworzy w wyobraźni własny atrakcyjny wizerunek.

Chyba należy wspomnieć, że nie tylko świat kreowany (sztuka, rozrywka, chwyty komercyjne), ale i ten rzeczywisty naładowany jest erotyzmem. Kobiety od wieków, bez przymusu (a może się mylę) noszą na tyle wyzywające stroje, na ile pozwala im epoka. Kuszą specyficznym zachowaniem, flirtują, kokietują. Jasne, można zapytać o powody, o cel tych zabiegów. Czy nie zmuszała ich do tego sytuacja życiowa, pozycja społeczna, źle hołubione ambicje. Jednak przecież nie zawsze było to interesowne w grubym wymiarze, przez co rozumiem rodzaj intratnego kontraktu. Prawda, czasem mamy do czynienia z przejawem próżności, a nawet narcyzmu. Ale chyba najczęściej jest to niewinne (jak sądzę) pragnienie podobania się sobie i innym, w zgodzie z aktualnymi trendami, zaspokojenie potrzeby akceptacji, dodanie sobie pewności siebie. To samo dotyczy również mężczyzn, choć może nie w takim stopniu.

Czy powinno się traktować te zjawiska, jako żerowanie na ludzkiej pożądliwości? Jako sięganie do prymitywnych, zwierzęcych odruchów seksualnych, których wciąż nie potrafimy w pełni okiełznać. Jako niszczenie kulturowej, ucywilizowanej nadbudowy. Jako poniżające, odzierające z godności – zarówno modela, jak i odbiorcę dzieła, skazanego (chcąc nie chcąc) na obcowanie z nim. Czy jest to jakaś klątwa – i kto ją właściwie rzucił? A może – mimo wszystko – należałoby odrzucić na bok te utyskiwania i najzwyczajniej uznać, że nie ma w tym nic złego. Że jest to część naszej natury, której nie trzeba się wyrzekać, której nie trzeba przykrywać listkiem figowym. Być może nieszczęsny Eros tak manifestuje swoją obecność, jak mu na to pozwalają panujące realia epoki.

Pozytywka kadr

Zapraszamy 6 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: przekleństwo erotyzmu.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać i pomyśleć, czy warto zrzucać tą seksowną klątwę. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.5/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coachingu filozoficzny, jak się masz?

Poniżej prezentujemy tekst ze strony natemat.pl traktujący o idei coachingu filozoficznego i jego raczkowaniu w Polsce. Mam nadzieję, że autorzy nie będą tej popularyzacji mieć nam za złe. Na końcu podajemy link do strony z tekstem.

Spotkanie z filozofem. Brzmi jak rozrywka dla elit, ale pomaga odpowiedzieć na pytanie “Jak żyć”

Platon i Sokrates – dwóch wybitnych filozofów okresu starożytności

Sokrates i Platon

– Znajomy zaprosił na spotkanie grupę swoich przyjaciół – opowiada mój rozmówca, warszawski przedsiębiorca. – Zaprosił też filozofa, bardzo znanego polskiego profesora. Ten przez ponad godzinę snuł rozważania na różne tematy, potem zaczęła się dyskusja. To było bardzo ciekawe, teraz planuję zorganizować takie spotkanie w swoim domu – kończy. Filozoficzny coaching, choć brzmi jak rozrywka znudzonych elit, wcale nią nie jest. Bo dzisiaj wielu z nas czuje się zagubionych: z jednej strony jesteśmy przytłoczeni pracą, pogonią za pieniędzmi, z drugiej – chcemy się od tego uwolnić.

Pytasz czasem siebie, jak żyć? Zrezygnowany chodzisz do pracy, masz kryzys egzystencjalny? Nie masz w życiu celu? Chciałeś iść z tym do psychologa? Zastanów się, czy nie lepiej skorzystać z pomocy filozofa. On może ci pomóc. Coaching filozoficzny w Polsce raczkuje, ale wszystko może przyspieszyć Uniwersytet Śląski – który otworzył taki kierunek studiów.

Coaching filozoficzny, czyli co?

Na czym to właściwie polega? Trudno to wyjaśnić w skrócie. – Konsultujemy się z ortopedą, psychologiem, różnymi specjalistami. I tak samo konsultujemy się z filozofem – mówi nasz bloger prof. Tadeusz Bartoś, filozof i etyk, a także konsultant filozoficzny. Na czym polega taka konsultacja? – Filozof zasadniczo powinien zajmować się myśleniem. Tym jak myślimy, jaki tworzymy obraz świata, filozofia jest autorefleksją. Człowiek, który przychodzi na takie konsultacje, chce by pomóc mu przemyśleć pewne sytuacje życiowe, a nie potrzebuje pomocy psychologa – opowiada prof. Bartoś. – Konsultacja polega na tym, że klienta można dopytywać o różne rzeczy, pomaga mu się w sformułowaniu pewnych problemów.

***

Filozofia dla firm

Chociaż tekst dotyczy coachingu indywidualnego, to Philosophical Counseling oferuje również konsultacje filozoficzne dla firm.

Co biznes może wynieść z filozofii? Jak się okazuje, całkiem sporo. PC oferuje, między innymi, tworzenie kodeksów etyki, pomoc w zakresie mediacji i rozwiązywania konfliktów wewnątrz przedsiębiorstwa, seminaria z zarządzania wiedzą czy wartościami i poprzez wartości. Firma może również, dzięki coachingu filozoficznemu, nauczyć swoich pracowników sztuki argumentacji.

***

Czytaj dalej

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XVII – czyli samoniepoznawalność

Właściwie minęły już wakacje (wszelkie), toteż wracamy do spotkań w Pogadalni. Ponieważ najbliższe wypada w pierwszy poniedziałek miesiąca, więc odbędzie się w formule filozoficznej kawiarenki.

Poniektórzy ludzie – tak, tak, zdarzają się tacy – przynajmniej raz za swego żywota zadają sobie pytanie: kim jestem. Oczywiście, nie kim ja, autor tego tekstu, jestem. Po prostu kim jest każdy z nich. I nierzadko udzielają sobie jakiejś odpowiedzi (o, szczęśliwcy, farciarze, o! wybrańcy losu!). Nie ma co spekulować, ilu ich jest – niechby nawet 99%. Ciekawsze wydaje mi się, ilu znajduje prawdziwą odpowiedź, ba! czy w ogóle mają na to szansę.

Wszystko bowiem, co możemy o sobie powiedzieć, powiemy wykorzystując pewien dostępny nam (acz ograniczony) zasób słów, sformułowań, nazwań, epitetów i porównań. Inaczej mówiąc, opiszemy siebie tylko takimi określeniami, jakie znamy, jakimi akurat dysponujemy. Wydawać by się mogło, że im bogatszy zasób terminów posiadamy, a przy tym precyzyjniej potrafimy ich użyć, tym (prawdopodobnie) bliżej prawdy o sobie będziemy. Czy jednak ktoś prosty, o ubogim słownictwie, nie jest w stanie powiedzieć, kim jest?

Co zrobić, gdy możliwość samopoznania staje pod znakiem zapytania? Może jeśli powiem, albo pomyślę o sobie wszystko, co potrafię, to powinienem przyjąć, że to wyczerpuje temat. I tu jestem w kropce. Bo wiedząc o swych ograniczeniach, mam świadomość, że to nie jest cała wiedza o mnie. Bo najpewniej ktoś mógłby coś jeszcze dodać. No właśnie.

Bardziej zdesperowani i nieukontentowani w dążeniu do odszyfrowania siebie niekiedy wykorzystują to, co mówią o nich inni ludzie. Cudza wiedza bywa uzupełnieniem własnej, a czasem (niestety) podstawą sądów o sobie. Nie można mieć jednak żadnej pewności, co do poprawności cudzych opinii. Nawet tych, które pochodzą od specjalistów, z którymi przeszło się wieloletni cykl wybebeszających sesji na kozetce. Czy zatem wezwanie Sokratesa: poznaj samego siebie, leży w granicach ludzkich możliwości? I czy w zadowalającym stopniu można odpowiedzieć, kim się jest?

Pozytywka kadrZapraszamy 2 października o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: samoniepoznawalność.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać i pomyśleć, czy w samopoznaniu stać Cię na więcej, niż supozycje. Bo nie wystarczy, iż tak jakoś intuicyjnie wiemy, że my, to my. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

3.83/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Niesprawiedliwość na słodko

Czy niesprawiedliwe zachowanie się wobec samego siebie też jest niemoralne? Czy, kiedy ktoś postępując nieuczciwie, przyczynia się świadomie do własnej straty, to popełnia coś złego? Czy może jednak, w myśl zasady, że „chcącemu nie dzieje się krzywda” należy uznać to za jego wybór. Wiedział, między czym a czym dokonuje wyboru, rozumiał jakie przyniesie to dlań skutki. I skoro mając wybór, wybrał stratę, to widać taki scenariusz wydał mu się z jakiegoś powodu (paradoksalnie) korzystniejszy.

słodka niesprawiedliwośćWeźmy banalny przykład: podział tortu. Wyobraźmy sobie, że jest pięć pań, w tym samym wieku, o podobnej budowie ciała, równie dobrej kondycji fizycznej, takim samym upodobaniu do słodyczy, wykonujących tą samą pracę, mających w związku z tym podobne zapotrzebowanie na energię. Wszystkie zjadły w stołówce zakładowej ten sam obiad, do syta i ze smakiem – żadna więc nie była ani mniej, ani bardziej głodna od reszty. Krótko mówiąc mamy pięć kobiet, z których żadna nie wyróżnia się niczym, co uzasadniałoby przydzielenie jej porcji o innej wielkości, niż pozostałym koleżankom. Panie te po pracy umówiły się na kawę z tortem.

Tymczasem ta, która kroiła tort – choć potrafiła go podzielić równo z dokładnością do 1 grama – z nieznanego powodu sobie ukroiła trochę mniejszy kawałek. Przez to jej koleżanki dostały większe od niej, cztery jednakowe części. Podzieliła zatem ciasto niesprawiedliwie. Czy uczyniła źle?

Celowo nie określam, z jakiego powodu to zrobiła, bo motywacja potrafi czasem wpłynąć na surowość oceny. A jak na ocenę wpłynie rozróżnienie, że sprawa dla czterech pań pozostała tajemnicą, albo że się wydała i to w momencie, gdy za późno było aby ją naprawić? Jeśli sprawa nie wyszła na jaw, to pozostaje problemem kobiety dzielącej tort (i ewentualnie naszym). Jeśli ona nie czuje się z tym źle, to oznacza, że nie czuje swej krzywdy, a zatem uważa podział za akceptowalny, lub nawet sprawiedliwy. Jeśli jednak odczuwa stratę, to znaczy, że miała dostatecznie silne powody, aby się na ten uszczerbek zgodzić. Jednak krzywdzenie samego siebie jest w etyce oceniane negatywnie, zatem… Zasługuje na naganę.

Co natomiast, gdy sprawa się rypła, a było za późno, by z czterech porcji odjąć stosowne kawałeczki dla poszkodowanej? Istnieje ryzyko, że nawet mimo jej zapewnień, iż wszystko jest w porządku a ona nie czuje się stratna – jej koleżanki będą czuły się nieswojo ze świadomością uczestniczenia w niesprawiedliwym podziale. Czy byliście świadkami sytuacji, gdy ktoś rozlewał napój do szklanek, każdemu do pełna, a nalewając w końcu do swojej dostał tylko pół. Mówił, że jest porządku, że nic się nie stało, ale wszystkim dokoła robiło się jakoś przykro i żal tej osoby, i rodził się odruch współczucia, i pojawiała chęć odlania ze swojej szklanki części napoju. No właśnie. Podobnego uczucia mogły doznać te cztery koleżanki, które dostały większe porcje ciasta. A że owo uczucie nie jest przyjemne, więc osoba za nie odpowiedzialna, czyli ta niesprawiedliwie dzieląca tort, zasługuje na negatywną ocenę. Paradoksalnie więc, nie dość że wzięła sobie mniejszy kawałek tortu, to jeszcze jej koleżanki mają prawo żywić do niej o to żal i jeszcze ją moralnie potępić.

A jeśli dla zaostrzenia kryteriów w tym wyimaginowanym przykładzie, dodamy, że przed imprezą, wyraźnie umówiły się, iż tort będzie podzielony po równo. Wówczas do winy piątej pani dojdzie świadome złamanie umowy. No, to już jest po prostu karygodne! Nic, tylko szubienica, gilotyna i stos!

Kłaniam, Martinus

3.71/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Hurra! Wróciliśmy

Po dość długiej przerwie, wywołanej problemami z serwerem, a generującej Waszą tęsknotę, cieszymy się, iż znowu jesteśmy z Wami. Wkrótce postaramy się nadrobić zaległości i dać Wam odrobinę wakacyjnej pożywki filozoficznej – tudzież paraintelektualnej 🙂

Kłaniam, Martinus

2.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2 5
Wróć na górę strony Wróć na górę strony