1 2 8

Archiwum autora: Martinus

Coś na święta, czyli: sumienie głosem najwyższego… egoizmu

W różny sposób opisuje się fenomen sumienia. Niewątpliwie jednak jest to wewnętrzny głos, który zdaje się odzywać niezależnie od naszej woli. Pytanie: a co jeśli jest to głos naszego ego? Czy – posuwając się krok dalej – naszego egoizmu.

Przecież tzw. wyrzuty sumienia, jak i spokój sumienia są odpowiedzią na to, w jakim stopniu udaje się nam zachować dobre relacje z otoczeniem. Jeśli nasze zachowanie burzy, lub niszczy porządek w tych relacjach, czujemy dyskomfort. W naszej naturze bowiem zakodowana jest potrzeba akceptacji i lęk przed odrzuceniem. Wszystkie lepiej zorganizowane społeczności (również wśród zwierząt) jako jedną z dotkliwszych kar stosują wykluczenie z grupy. Z krańcową tego formą – czyli eksterminacją – włącznie. Dla własnego więc dobra – i dobrego samopoczucia – pragniemy dobrych relacji z otaczającym nas światem. Tym samym, kierujemy się egoizmem.

***

W tym kontekście frapujące, ale logicznie spójne wydaje się przywołanie przekonania, iż sumienie jest głosem Boga. Wynika bowiem z tego, iż Bóg jest egoistą, co zresztą nie kłóci z biblijnym Jego wyobrażeniem. Mamy przykłady tekstów objawionych, które do takiego poglądu uprawniają. Głównym exemplum będzie pierwsze (z dwóch) przykazanie miłości, które nakazuje człowiekowi kochać Boga. Bo jak nie, to… wiadomo.

W innych miejscach znajdujemy nakazy posłuszeństwa Jemu i tylko Jemu oraz dawania Mu pierwszeństwa przed innymi: „Nie będziesz miał innych bogów przede Mną”. A u Ezechiela Bóg grzmi: „Wtedy wylałem na nich swe oburzenie z powodu krwi, którą w kraju przelali, i z powodu bożków, którymi go splugawili”. Sam się też Bóg przyznaje, że jest zazdrosny o nasze względy i pamiętliwy, gdy obdarzymy nimi inne bóstwa: „Nie będziesz oddawał im pokłonu ani służył. Bo Ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i w czwartym pokoleniu (…)”.

Wszechmogący domaga się szacunku od wszystkich, nie wykluczając kapłanów. W księdze Malachiasza jasno daje im do zrozumienia, kto tu jest najważniejszy: „Syn powinien czcić ojca, a sługa swego pana. Lecz skoro Ja jestem Ojcem, gdzież jest cześć moja, a skoro Ja jestem Panem, gdzież szacunek dla Mnie? [To] mówi Pan Zastępów do was, o kapłani”. Sporo tego: Ja, Ja i JA.

Bóg chce czci i chwały swego imienia, co dobrze rozumiał psalmista, pouczając wiernych: „Chwalcie, słudzy Pańscy, chwalcie imię Pana: Niech imię Pańskie będzie błogosławione odtąd i aż na wieki! Od wschodu słońca aż po zachód jego niech imię Pańskie będzie pochwalone”. Co więcej, nie wystarczy Panu cześć samych wyznawców, ale chętnie przyjmie ją od innowierców. Tak było, gdy Izraelici podpadli Bogu znieważając jego imię. Wygnał ich za to z kraju i rozpędził po innych narodach – wśród których zresztą nadal go obrażali. A co najciekawsze, obwieścił im, że nie zrobił tego dla ich dobra (kara i nauczka), ale dla siebie i swego dobrego imienia, którym chciał zrobić wrażenie na poganach: „(…)rozproszyłem ich [Izraelitów] pomiędzy pogańskie ludy (…) i dokąd przybyli, bezcześcili święte imię moje, podczas gdy mówiono o nich: “To jest lud Pana, musieli się oni wyprowadzić ze swego kraju”. Wtedy zatroszczyłem się o święte me imię, które oni, Izraelici, zbezcześcili (…). Dlatego (…) tak mówi Pan Bóg: Nie z waszego powodu to czynię, domu Izraela, ale dla świętego imienia mojego, które bezcześciliście (…). Chcę uświęcić wielkie imię moje, (…) i poznają ludy, że Ja jestem Pan (…) gdy okażę się Świętym względem was przed ich oczami”.

Generalnie, Absolut pragnie byśmy Go wychwalali, ba! do takiej roli wręcz nas stworzył: „W Chrystusie dostąpiliśmy udziału my również, z góry przeznaczeni zamiarem Boga po to, byśmy istnieli ku chwale Jego majestatu”. I nie tylko mamy Go chwalić tu na ziemi, ale według wizji św. Jana czeka nas to zadanie również w niebie – przez wieki wieków: „(…) ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. (…) przed tronem Boga i w Jego świątyni cześć Mu oddają we dnie i w nocy.”. Wypada dodać, że aniołowie mają jeszcze gorzej – i to już teraz, aczkolwiek na końcu czasów, Bóg ponoć będzie oczekiwał podobnych gestów. W tym samym rozdziale Apokalipsy znajdujemy: „A wszyscy aniołowie stanęli wokół tronu (…) i na oblicza swe padli przed tronem, i pokłon oddali Bogu, mówiąc: «Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków! Amen».”

W natchnionych tekstach psalmów znajdujemy nauki, co czynić, aby podobać się Bogu. We wcześniejszych cytatach trochę zionie grozą, gdyż za sprzeciw wobec boskich oczekiwań, często wymieniana jest kara. Dlatego zakończę wyimkami, które – przyznam – zestawione razem mnie lekko rozbawiły:

Bóg chce chwały ale i chce uwielbienia: „Przyznajcie Panu chwałę Jego imienia, na świętym dziedzińcu uwielbiajcie Pana!”. Chce uwielbień ale i chce wywyższenia: „Uwielbiajcie ze mną Pana, imię Jego wspólnie wywyższajmy!”. Chce wywyższenia, ale i chwały: „Bądź wywyższony, Boże, ponad niebo, a Twoja chwała ponad całą ziemię!” I tak w kółko…

***

Bóg życzy sobie być w centrum zainteresowania człowieka, pragnie najwyższej uwagi, stawia się na pierwszym miejscu w ludzkim życiu. Oczekuje pokory i wysuwa szereg wymagań, których spełnianie jest Mu miłe. W takich wyznawcach ma upodobanie. Czyż to nie jest mieszanka egoizmu, egocentryzmu a do tego narcyzmu (bo trudno przyjąć, że Bóg mógłby nie kochać samego doskonałego siebie). W związku z tym głos sumienia, traktowany, jako głos Boga, to nic innego, jak głos najwyższego… egoizmu.

Mimo tego, jaka pojawiła się konkluzja – a u niektórych i konfuzja – warto żyć w zgodzie z głosem sumienia. Jeżeli bowiem gwarantuje to nam dobre relacje z otoczeniem, w dodatku na zasadzie wzajemności, a przy tym podoba się Bogu, co będzie każdemu z osobna policzone – to czego więcej można sobie życzyć. Chyba tylko radosnych świąt.

 

Kłaniam, Martinus

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Filozof – niewolnik. Jaką drogę wybrać?

Był sobie taki filozof, rodem z Synopy – który rozpowszechniał w starożytnej Grecji myśl cyników i to radykalnych – zwał się Diogenes. Gardził rozkoszami i bogactwem, przedkładając naturę nad kulturę. Odrzucał normy społeczne, wzmacniał ciało ascezą, mieszkał w beczce, jak w psiej budzie, hołdował modelowi życia zwierząt i barbarzyńców, a przy tym wszystkim uważał się za kosmopolitę. Porwany przez piratów i sprzedany jednemu z Koryntian, jako niewolnik uczył jego dzieci. Szukał człowieka w człowieku – ponoć manifestując to nawet spacerowaniem za dnia z latarnią w ręku. Za podstawową zasadę przyjął niezależność od otoczenia i samowystarczalność, jakby uwikłanie w układy społeczne było dlań zniewoleniem. Oto kilka z jego myśli:

Jedynym państwem dobrze urządzonym byłoby państwo obejmujące cały świat.

Jestem obywatelem świata.

Lepsza jest uboga mądrość, niż głupie bogactwo.

Bieda jest nauczycielką i podporą filozofii, bo do czego filozofia nakłania słowami, do tego bieda zmusza w praktyce.

Był sobie taki filozof, rodem z Hierapolis – grecki niewolnik, który rozpowszechniał w starożytnym Rzymie myśl stoicką – zwał się Epiktet. Tematyka, której podjęciem się wyróżniał, dotyczyła w dużej mierze wolności. Jego zdaniem, wolność może zapanować wówczas, gdy ludzkie życie podporządkuje się wartościom duchowym, gdy zadba się o rzetelny rozwój umysłowy, a człowiek okiełzna swe pragnienia, miast im ulegać. Oto kilka z jego myśli spisanych przez ucznia:

Czego szuka każdy człowiek? Aby być bezpiecznym, szczęśliwym i bez przymusu robić to, na co ma ochotę.

Prawdziwym panem i królem jest jedynie mędrzec, który uwolnił się od namiętności i niczego nie potrzebuje.

Nie powinniśmy dawać wiary zdaniu, głoszonemu przez wielu, że tylko wolni ludzie powinni być wykształceni, ale musimy raczej uwierzyć filozofowi, który twierdzi, że tylko ludzie wykształceni są wolni.

Tylko ludzie intelektualnie rozwinięci są wolni.

Dziś mija 15 lat od śmierci wyjątkowego barda – Jacka Kaczmarskiego. Nie wiem, czy znał on starożytnych filozofów. Niech jednak ta rocznica stanie się pretekstem do przywołania jego utworu z 1980 roku i zadania sobie pytania o aktualność zawartych w nim słów. (Dopóki wolno stawiać pewne pytania)

Niewolnik – filozof

 Niewolnik filozof prowadzi dysputy
Czasem dostanie coś z pańskiego stołu
Przy pracy nie jest łańcuchami skuty
Lecz mu nie zazdrośćcie łatwego mozołu

Niewolnik filozof uczy pańskie dzieci
Jest jedną z jednych atrakcji dla gości
Kiedy wśród śmiechów aksjomaty kleci
Więc mu nie zazdrośćcie zbyt łatwej mądrości

Niewolnik filozof robi to co umie
Na głód ma pokarm na upał napoje
Ma czas na rozrywki ma czas na zadumę
Więc mu nie zazdrośćcie lekkiego spokoju

Niewolnik filozof pana czasem zgniewa
I nie dostanie za karę kolacji
Lub przywiązany noc spędzi u drzewa
Lecz nie zazdrośćcie mu tej satysfakcji

Niewolnik filozof tak pragnie powagi
Chciałby samotnie zmierzyć się ze światem
Przy stole lub w łaźni spocony i nagi
Sam nie wie kiedy staje się swym katem

 Więc mu nie zazdrośćcie niczego, niczego
Choć was prawdziwy sznur na dłoniach boli
Wśród was wyrośnie i stanie za niego
Mądry i groźny filozof niewoli

5/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXII – czyli życie śmiechu warte

            Pierwszy poniedziałek miesiąca pokryje się z dniem trefnisiów. Wybryki z okazji prima aprilis wymagają od ofiar poczucia humoru. Pamiętam, jak za studenta poszedłem do przychodni ortopedycznej i poprosiłem pielęgniarkę o zdjętą z kogoś gipsową skorupę, którą mógłbym założyć sobie na rękę i udawać rannego. Kobieta przytomnie uświadomiła mi, że taki gips jest niezbyt świeży, niezbyt czysty, niezbyt higieniczny i generalnie niezbyt… Po czym założyła mi świeżą, czystą i higieniczną skorupę na zdrową rękę. Od razu pognałem do ukochanej. Szczerze się przejęła i zmartwiła, więc wywołałem stosowne wrażenie, ale to mi nie wystarczyło. Zamiast triumfalnie wykrzyknąć datę po łacinie, dobudowałem do fikcyjnego złamania, fikcyjną historyjkę. Jednak nie byle banalny wypadek niezdary, o! nie. Ja rzuciłem się przez ulicę do jakiegoś dzieciaka, żeby pchnąć go na chodnik, a sam nie zdążyłem bezpiecznie uskoczyć i samochód mnie zahaczył lusterkiem. Tak, istny bohater.

            A że ta rola mi się spodobała, to odwlekałem moment „A-kuku”. Niepotrzebnie. Oj, niepotrzebnie. Mój heroizm rozniósł się wśród ludzi z pracy ukochanej, liczba nabieranych rosła, jedni wchodzili, inni wychodzili. Nie sposób było teraz zaskoczyć prawdą wszystkich na raz, ani biegać za tymi, co wyszli i przed każdym zdejmować gips. Dopiero pod wieczór odkryłem przed ukochaną swój sekret i, jak łatwo zgadnąć, na początku nie było jej do śmiechu, a zaraz potem mi nie było… Miała żal, że zagrałem na jej uczuciach, przysporzyłem zmartwienia, a do tego wkręciłem jej znajomych. Wyszło na to, że z poważnych spraw – jak choćby stan zdrowia – nie wypada stroić żartów. Cóż, w pewnych okolicznościach z tezami ukochanej nie podejmuje się polemiki. Na pocieszenie mam to, że do dziś niektórzy ludzie, nie wyprowadzeni z błędu, uważają mnie za bohatera. Choć akurat w dniu kawału zależało mi, by ktoś docenił moje poczucie humoru.

            Wobec tego, proponuję kilka refleksji wokół tegoż poczucia.

        Ponoć nikt nie jest w stanie dać komuś czegoś, czego nie posiada. Stąd niektórzy wyciągają wniosek, że Bóg musi mieć poczucie humoru, skoro nas nim obdarzył. Świetnie zazębia się to z myślą, jaką sformułował Stanisław Jerzy Lec: Przez życie trzeba przejść z godnym przymrużeniem oka, dając tym samym świadectwo nieznanemu stwórcy, że poznaliśmy się na kapitalnym żarcie, jaki uczynił, powołując nas na ten świat. Dodałbym, że nie tylko potrzeba godnego przymrużenia oka, ale nawet aktywnego żartowania. To pomaga uporać się zarówno z ogólnym bólem egzystencji, jak i z konkretnym problemem przerastającym ludzkie możliwości uporania się z nim.

Poczucie humoru jest lekarstwem na prawie wszystkie nieszczęścia tego świata.

Jackson Brown Jr.

            Dobrym przykładem może być satyra polityczna w zniewolonym państwie. Podobnie komedia, która uczy dystansu i bywa detoksem. Karykatura wyolbrzymia niedoskonałości, a te zamiast przerażać, śmieszą. Ponadto często, niczym wytrych, niczym fortel, niczym zawoalowanie… Humor umożliwia powiedzenie prawdy ­– jak stwierdził pisarz i filozof Éric-Emmanuel Schmitt.

            Pamiętam kilka sytuacji w swoim życiu, kiedy było mi ciężko, bardzo ciężko i okropnie ciężko, a jednocześnie byłem mniej, lub bardziej bezsilny wobec przeciwności losu. Nie zamierzam tu wyliczać wszystkich, ale jedną przytoczę – akurat wcale nie najczarniejszą, za to dość wymowną. Prawie dwadzieścia lat temu odezwała się do mnie pustka. Pustka w portfelu. Postanowiłem uciszyć ją sezonową pracą przy zbiorze ogórków w Niemczech.

            Warunki bytowe spartańskie; zniszczone, nieogrzewane, wieloosobowe baraki, drewniane, piętrowe prycze jak z obozu, rząd otwartych pryszniców z za małym bojlerem ciepłej wody. Wynagrodzenie, jak w ogłoszeniu, ale minus koszty pobytu. Praca przez siedem dni w tygodniu, tylko w niedzielę krócej. Pobudka była jeszcze w nocy, żeby zaliczyć poranną – tfu! co ja piszę? przedranną toaletę, ogarnąć się i zjeść, bo wyjazd na pole był jeszcze przed świtaniem, aby zacząć pracę, gdy tylko wzrok zdoła wypatrzyć ogórki. Wozili nas „sindbadem”, jak to żartobliwie nazwano przyczepę osłoniętą plandeką. Na pokładzie – po bokach i na środku – były zaimprowizowane ławki z desek ułożonych na plastikowych skrzynkach. Kto mógł, to jeszcze drzemał w drodze, obijając się o burty, albo bezpretensjonalnie trącając bok sąsiada, tudzież sąsiadki. Punktualność była iście pruska; kto nie wskoczył na przyczepę, ten nie jechał i tracił dniówkę.

           Ogórki, co zabrzmi nieprawdopodobnie – zbieraliśmy z samolotu. Kto był lub to widział, ten potwierdzi. Były to wleczone przez ciągniki specjalne konstrukcje, które miały na obu bokach dowieszone długie platformy, osłonięte brezentowymi daszkami. Przypominało to skrzydła aeroplanów. Na każdym skrzydle po kilka osób leżało na brzuchach, ciasno i niewygodnie, mimo podłożonych gąbek, koców i starych szmat. Zwieszało się tylko ręce i głowy nad rzędami stęsknionych ogórków.

            Samolot poruszał się w taki sposób, że leżąc na brzuchu, jechało się nogami do przodu. Ogórki zatem jakby wyjeżdżały spod nas i należało jak najszybciej wychwycić je wzrokiem, bądź wymacać w krzakach ich szorstkie krągłości, a następnie błyskawicznie je wyzbierać i powrzucać do skrzynki przed sobą. Każdy z nas miał stałe miejsce na skrzydle, więc gdy nie zdążył dokładnie wyzbierać wszystkich ogórków, za parę dni jechał tym samym szlakiem i znajdywał przerośnięte giganty, nazywane „kabanami”. To zaś oznaczało (i myślę, że dotąd oznacza) porażkę zawodową i skazę na profesjonalizmie. Najcenniejsze bowiem były małe ogórki, które nadawały się na przetwory; właściciel dostawał za nie wyższą cenę. Te wielkie sztuki szły np. do przemysłu kosmetycznego i w skupie mniej za nie płacono. To z kolei – jak się okazało – wpływało na nasze zarobki. Dlatego, jeżeli coś się przegapiło, a „nadzorca” to wychwycił, sprawdzając przejechane – tfu! sorry – przeleciane pole, dostawało się ostrzeżenia. Tak samo, kiedy znajdował „kabany” w skrzynce przed delikwentem, co świadczyło o jego marnym przelocie kilka dni wcześniej.

            Mniej uczciwi spryciarze, natknąwszy się na „kabany” (zwłaszcza te większe niż butelka wina), ukradkiem przerzucali je pod skrzydłem kilka rzędów w bok, obdarzając inną osobę dorodnym okazem. Spryciarzowi się opłacało. Jeśli bowiem ktoś nie wykazywał poprawy efektywności karą była „pauza”, czyli dzień wolny. Niby wytchnienie, ale de facto dzień portfelowej pustki, a nawet zasysającej próżni – bo nie tylko bez zarobku, lecz jednocześnie z normalnym, codziennym potrąceniem kosztów za obiad, wodę, prąd, wstrząsające podróże „sindbadem” i wszystkie wygody.

            Phil Bosmans zapewniał, iż Poczucie humoru dobrze amortyzuje życiowe wstrząsy. Ciekawe, czy miał na myśli również te podczas kimania na skrzynce w „sindbadzie”.

            Gdy kogoś przycisnął pęcherz to zgłaszał „nadzorcy” i za pozwoleniem wstawał. O! boska ulgo. Wtedy albo sąsiedni pracownicy musieli ogarnąć ramionami szerszą część zbiorów, albo „nadzorca” kładł się chwilowo na puste miejsce. Jemu też zależało na wynikach, bo tak samo był rozliczany. Na ten czas pracownik z potrzebą, jeśli był mężczyzną, szedł na koniec skrzydła i olewał mijaną część pola, a jeśli była to kobieta, odchodziła gdzieś dalej w bok i kucała między drapiącymi liśćmi. Kto mógł wytrzymać, czekał, aż dojedziemy do końca pola i samolot będzie nawracał. Dla wszystkich była to zbawienna chwila na rozprostowanie kości, lub zwyczajne przewrócenie się na plecy.

            W połowie dnia pracy była przerwa i „sindbad” wiózł nas na obiad. Po drodze, w dusznej budzie znowu cięliśmy komara. Na miejscu szybkie umycie rąk ze zlepków talku i biegiem pod wiatę, gdzie w okienku dostawało się jedzenie i siadało na ławach przy długich stołach. Gotowały polskie kucharki i pamiętam, że było dużo i smacznie. Wbrew przesłankom wcale nie jedliśmy codziennie ogórkowej i mizerii. Inna rzecz, że byliśmy często tak zmęczeni, iż nie miało się ochoty ani machać sztućcami, ani obracać żarcia w gębie, ani nawet mrugać. Mimo wszystko każdy starał się zjeść jak najszybciej, żeby zyskać kilka minut na poobiednią drzemkę. Przy odrobinie szczęścia to mogło trwać nawet kwadrans. Nagle czas można było mierzyć w kilogramach. Aż trudno uwierzyć, jaką wagę miała każda minuta dla przepracowanego organizmu. A o ustalonej godzinie wracaliśmy na pole i zbieraliśmy Gurken do wieczora. W ciemnościach śmierdzieliśmy sobie w „sindbadzie” uwaleni na kuszetkach z nieheblowanych desek.

            Po powrocie do bazy następował wyścig do budynków z prysznicami; jeden był dla mężczyzn, drugi dla kobiet. Pierwsi szczęśliwcy mogli załapać się na ciepłą wodę. Kiszkowate wnętrze, długa wykafelkowana ściana ze sterczącymi z niej sitkami natrysków. I ze sterczącym rzędem facetów, pośpiesznie wcierających mydło w przepocone zakamarki corporis. Kąpaliśmy się nadzy, wstyd i dumę należało schować do kieszeni – co dawno uczyniliśmy. Tylko hindusi zostawali w slipkach i namydlali ciała w dość komiczny sposób, buszując dłońmi pod bielizną, jakby szukali rupii w trawie. Po kąpieli robiliśmy kolację i marzyli o jak najszybszym wskoczeniu do śpiwora. Kilkanaście godzin ze wzrokiem utkwionym w wyjeżdżające spod skrzydła ogórki skutkowało tym, że zasypiając widziało się pod zamkniętymi powiekami plamy pełzające w górę głowy, jakby powidoki, utrwalone w zmęczonym mózgu. Zasypiałem błyskawicznie, snem twardym, jak prycza. Po upalnym dniu w barakach nocą było ciepło. Ale gdy przez tydzień padało, noce bywały tak zimne, że dla ogrzania stóp ubierałem sweter… na dolną część śpiwora. Choć w normalnych okolicznościach często w nocy się obracam, tu przez pierwsze dni (no, przedranki) prawie zawsze budziłem się w tej samej pozycji, w której usnąłem. Taki fenomen wyczerpania.

            Do pracy ubieraliśmy gumowe rękawice, aby osłonić dłonie przed kolcami. Było takie zapotrzebowanie i taki przemiał ogumienia, że pobliski market SPAR co rusz miał braki magazynowe. Gdy niedobory trwały zbyt długo, a nasze zapasy się kończyły, zapobiegliwi spekulanci odsprzedawali deficytowy towar po zawyżonej cenie. Cóż było robić? Ano, następnym razem robiło się większe zapasy. Ogumienie do ogórków było nieodzowne. W zimne ranki, przy mokrych od rosy roślinach ręce marzły i grabiały, lecz gdy zrobiło się ciepło lub dzień był upalny, dłonie wewnątrz rękawic pociły się i po paru takich dniach skórę pokrywały krosty i strupy od potówek. Nawet podwójne porcje talku nie wiele pomagały. Wyglądałem jak honorowy dawca krwi w barze dla pijawek.

            W gorące dni gąbki i szmaty, na których się leżało śmierdziały potem i brudem poprzedników, a my dokładaliśmy własny. Twarze i ramiona były oblepione kłującym kurzem. Pot zalewał oczy i spływał kroplami z nosa. Podobnie było z katarem, gdy się ktoś przeziębił – nikt nie myślał o kulturalnym i ukradkowym wysmarkaniu noska. To wymagałoby przerwania pracy (czyt. dopuszczenia się zaniedbań i pominięcia części ogórków, skazanych tym samym na transformację w „kabany”), zdjęcia brudnych rękawic (a nie jest to łatwe, zwłaszcza z wilgotnych dłoni), sięgnięcia po chusteczki, a potem ponownego, niełatwego naciągnięcia ogumienia. Efekt wydmuchania, jak można się domyślić był krótkotrwały, a więc fatyga pozbawiona sensu. Łatwiej i wygodniej było zdać się na grawitację i po prostu pozwolić, aby krople wydzieliny zraszały poletko, ewentualnie by gile zdobiły listki powłóczystym kordonkiem. Z kolei w deszczowe dni zdarzało się, że plandeki nad głowami się obrywały, a jeżeli pechowcy pod nimi nie zdołali jakoś tego podwiązać, musieli pracować moknąc – bo należało wyrobić niemiecką normę.

            Nietypowa pozycja pracy sprawiała, że klatka piersiowa się uginała i rozpłaszczała. Po pewnym więc czasie dochodził nieznośny ból żeber. Aby sobie trochę ulżyć, wieczorem smarowaliśmy się nawzajem maściami i owijali tors bandażami elastycznymi. A propos, jak owinąć się równo bandażem bez czyjejś pomocy? Mój patent: przyczepić koniec bandaża do pryczy na wysokości piersi, rozwinąć cały bandaż, przyłożyć odwinięty koniec do ciała i obracając się wokół własnej osi, nawijać na siebie bandaż, podchodząc do pryczy. Koniec. Opisu i bandaża. Tylko z wcieraniem maści przeciwbólowych na plecach nie szło sobie poradzić samemu. Może należało nałożyć maść na coś gładkiego i ślizgać się po tym plecami. Tylko na co? Na futrynę, balonik, kafelki pod prysznicem… E, to już lepiej na dłonie towarzysza niedoli.

            Mogłoby się wydawać, że fatalne warunki, wyzysk, poniżające traktowanie, problemy ze zdrowiem, zmęczenie fizyczne i psychiczne, obcy świat wokół, oddalenie od domu, wszystko to doskonałe składniki na depresję. A tymczasem radziliśmy sobie nienajgorzej (zwłaszcza ci z nas, którzy nie szukali pocieszenia w piwie Faxe). Mimo, iż chyba żaden z nas nie znał wówczas maksymy Josefa Konrada Scheubera: Kto sam siebie traktuje z humorem, oszczędza sobie kosztów na psychiatrę. Jeśli trafił się dzień pauzy, to człek znajdywał radość w spacerach po okolicy, wycieczce do średniowiecznego miasteczka, dokupieniu rękawic w markecie, tudzież spokojnym zrobieniu prania i pierwszeństwie pod prysznicem, zanim przyjechali ludzie z pola. Poczucie humoru nas nie opuszczało, nawet gdy w przypływie szczerości koledzy wyznali, że z powodu przemęczenia nie podniecają się widokiem atrakcyjnych dziewczyn. Może i fizjologia trochę zawodziła, ale humor – nie!

Jeśli potrafisz śmiać się z siebie – to najlepszy dowód, że masz poczucie humoru.

Molier

            Dorośli ludzie chichrali się jak dzieciaki, co chwilę wpadali w głupawkę, dowcipkowali o „kabanach”, podkładali je na dno plecaka tym, którzy zjeżdżali już do domów. Gdy się już trochę zaaklimatyzowaliśmy, potrafiliśmy znaleźć siły i czas na wieczorną partyjkę kart (zwykle cięliśmy w remika i tysiąca), lub biliśmy rekordy grając w „ruskie jajka”. Spokojnie! To nie zboczona, czy kulinarna wersja rosyjskiej ruletki, tylko pożyczana od kolegi elektroniczna gierka, gdzie wilk łapał do koszyka spadający nabiał. Opcjonalnie była w niej nie mniej emocjonująca Tetris. Stać mnie było na żarty z własnej sytuacji, śpiewanie na samolocie przeboju Elektrycznych Gitar „I co ja robię tu? U-u! Co ty tutaj robisz?” czy traktowanie z przymrużeniem oka docinek gospodarza, jak ta, kiedy rozliczając kolegę mieszkającego na ul. Partyzantów, rzucił: „Aaa, Banditen Strasse”. Miał chyba rację Alberto Moravia, że Żart jest orężem bezbronnych.

            Oczywiście nie w każdym przypadku sięgaliśmy po żarty; gdy z niedowierzaniem oglądaliśmy w niemieckiej telewizji zdjęcia z zamachów na nowojorskie WTC a wieczorem, złapawszy polską stację, przyłączyliśmy się do apelu i w oknie zapaliliśmy świece na znak solidarności, to niejednemu łza zaświeciła się w oku. Czasem pewne sprawy trzeba przecierpieć. Przykładowo, wycieńczającą chorobę i śmierć bliskiej osoby należy po prostu przeboleć. Śmiem jednak twierdzić, iż ludzie obdarzeni dużym poczuciem humoru radzą sobie łatwiej. Warto zatem rozwijać w sobie zdolność dystansu i umiejętność uśmiechu przez łzy, bo Uśmiech i humor – to znak zwycięskiego górowania nad losem – jak powiedział niepoprawny romantyk, Stefan Garczyński.

            Ludzkie życie obfituje w trudne chwile, może nawet całe jest jedną, trudną chwilą. A skoro w takim przypadku pomocny i terapeutyczny bywa śmiech, to po prostu życie jest śmiechu warte.

I co ja robię tu? (u-u, co ty tutaj robisz?)
Dwanaście ciężkich zielonych „kabanów” moją głowę zdobi.
Jest tyle różnych dróg (u-u, co ty tutaj robisz?)
Kolejny piękny „sindbad” i samolot koło domu stoi.

Zapraszamy 1 kwietnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: życie śmiechu warte. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i pośmiać się, bo Humor polega na tym, że śmiejesz się mimo wszystko – jak orzekł Otto Juliusz Bierbaum.

A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXI – czyli duchy są, Boga nie ma

Wielkimi krokami zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem spotkamy się w uświęconej tradycją formule filozoficznej kawiarenki i pogadamy o… duchach, bóstwach i samym Bogu.

Niedawno w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu odbyła się filozoficzna dyskusja panelowa zatytułowana: Co z tym Bogiem. Nie wdając się w szczegóły, chciałbym tylko wspomnieć, że trzech filozofów: buddysta, chrześcijanin i sceptyk przedstawili swoje poglądy, a debaty (czy dyskursu z serią trudnych pytań i wymianą argumentów) było tyle, co kot napłakał. Zasadniczo, spotkaniu przyświecała powszechna zgoda co do tego, że jakiś wymiar transcendentny istnieje i albo ma postać pustki (rozumianej przez buddyzm, jako miejsce potencjalności, z której może wyłonić się wszystko), albo postać Absolutu (różnorako rozumianego, tudzież nie rozumianego i nie do ogarnięcia wcale). Dziwił brak zdecydowanej ekspresji w poglądzie sceptycyzmu (aczkolwiek przemknęła tędy freudowska koncepcja), lecz widać zwyciężył duch przyjaznego spotkania (o ile takie duchy istnieją). Po cichu liczyłem, że przywołani będą filozofowie różnych epok i proweniencji oraz ścierać się będą wskrzeszeni tytani umysłu, toteż byłem lekko zawiedziony, gdy większość wypowiedzi stanowiły osobiste wyznania o podejściu do wiary, czy religii. Z drugiej strony, czyjeś subiektywne przeżycia i wyobrażenia, wygłoszone publicznie, zyskują pewną obiektywną wartość; w końcu poznanie bliżej drugiego człowieka i jego sposobu postrzegania świata rozwija również świadków tej ekshibicji.

Swoistą kontynuacją rozważań w bibliotece była, kilka dni później, rozmowa podczas spotkania Pogadalni. Więcej było w niej dyskusji o Bogu, a temat wydał się na tyle nośny, że proponuję poświęcić mu jeszcze chwilę. Na zachętę podzielę się kilkoma refleksjami. Żeby była jasność – wierzę w Boga. Ale mimo to pozwolę sobie na nieco prowokacyjne zagajenie tematu. Od czego zacząć? Może tak…

Politeizm dawnych cywilizacji nie przetrwał próby czasu. Dzisiejszy (np. w pewnych odłamach hinduizmu), przez wyznawców monoteizmu jak i ateuszy też bywa traktowany, jako błędna koncepcja wiary. A przecież pierwotne doświadczenie transcendencji różnych ludów, na różnych kontynentach, w różnych kulturach uznawało właśnie istnienie większej, lub mniejszej liczby istot duchowych. Przypisywano tym bóstwom różne funkcje, cechy i atrybuty, szeregowano i porządkowano w określonej hierarchii, oddawano im cześć, kierowano doń supliki, składano ofiary dziękczynne i przebłagalne.

Robili to prości ludzie, którzy nie kombinowali intelektualnie z religią i nie spekulowali na gruncie sacrum. Byli bardziej naturalni w wierze, otwarci na kontakt z innym, tajemniczym wymiarem, nie nosili nakładek kulturowych, obcy był im sceptycyzm. Mieli takie przeczucie, takie wewnętrzne przekonanie, szczere, prostoduszne, poparte jakimś osobistym doświadczeniem duchowym i przeżyciami. Byli bardziej zanurzeni w świecie, bardziej chłonni w jego poznawaniu. A świat, jaki odkrywali, zawierał w sobie wielość bytów duchowych. Taki po prostu był, nie inny. Bez alternatywnych koncepcji. Tak, jak w lesie było wiele drzew, tak wokół ujawniało się wiele duchów. Wielobóstwo istniało nie z wyboru, lecz dlatego, że takie rozpoznano składniki świata. Nie ważne, jakich nazw używano, to mogły być duchy, demony, idole, bogowie, aniołowie… Ludzie doświadczali ich obecności i nawet jeśli w porządku hierarchicznym, któryś z tych bytów był najpotężniejszy, to chyba nie było żadnego tak doskonałego, jak monoteistyczny Absolut.

Kto wie, czy ludzie owi nie mieli jednak racji. Może faktycznie świat zamieszkują (lub nawiedzają) liczne duchy. Z tym, że nie ma pośród nich tej istoty idealnej, doskonałej, wszechmocnej, wszechwiedzącej. Może taki byt, jak Absolut jest po prostu niemożliwy. Może w szeregu coraz doskonalszych istot najdoskonalsza na samym końcu wcale nie jest konieczna. Bo doskonałość jest zwyczajnie nieosiągalna, pod żadną postacią. Może świat transcendentny kończy się na aniołach o różnym stopniu mocy, dawniej zwanych bożkami.

A co z monoteizmem? Czyż nie jest bardziej efektem pogłębionej refleksji, niż czysto duchowym przeżyciem spotkania jeden na Jednego. Nie chodzi o to, że Jedyny Bóg został wymyślony, ale też nie o to, że odkryty. Po prostu Absolut nasunął się, jak wniosek w rozumowaniu. Logiczna konsekwencja pewnych założeń. Pytanie, czy poprawnie przyjętych. Zresztą, nie istotne. Chodzi o to, że może wydawać się czymś bardziej wydedukowanym, wypracowanym rozumowo. Czyż nie jawi się jakimś wysublimowanym konstruktem.

A teraz coś z innej beczki.

Pewien australijski kardynał – George Pell (bliski współpracownik papieża, wysoko postawiony w Watykanie) w swoim czasie grzmiał z ambony na grzechy sprzeczne z nauką moralną Kościoła, potępiając szczególnie pedofilię i aborcję (tą drugą bardziej). W grudniu 2018 roku został uznany przez sąd za winnego czynów pedofilskich. Wykorzystywał seksualnie trzynastoletnich chórzystów.

Przyszła mi do głowy pewna myśl. Mając świadomość tego, jaką wiedzą o Kościele dysponował ten hipokryta, jak pogłębione wykształcenie teologiczne zdobył, do jakich tajemnic wiary miał dostęp, jak blisko był spraw dojrzale duchowych, zadałem sobie pytanie: co trzeba wiedzieć o Bogu, żeby się go nie bać? Czego trzeba być pewnym, by na takim stanowisku dopuszczać się niegodziwości i nie obawiać konsekwencji: doczesnych, a co ważniejsze – tych wiecznych. Nasunęły mi się dwie odpowiedzi: albo należy mieć bezczelną ufność w nieskończone miłosierdzie Boga, albo przekonanie, że Go nie ma.

Zapraszamy 4 marca o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: duchy są, Boga nie ma. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć, czy Bóg jest, nawet jeśli go nie ma – jak przewrotnie stwierdził Emil Cioran z Transylwanii.

A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.83/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXX – czyli bezsens sprawiedliwości

W pierwszy poniedziałek lutego Pogadalnia spotka się w formule filozoficznej kawiarenki i rozważy sensowność sprawiedliwości.

Maarten van Heemskerk, Sprawiedliwość (1556)

Wyobraźmy sobie dwa królestwa. W jednym za każde złamanie prawa winnego czekała nieuchronna kara. W drugim nie przykładano do tego dużej wagi i często poddanym przewinienia uchodziły płazem. W pierwszym królestwie, mimo, że kary były adekwatne i nieuniknione, to przestępstwa i tak się powtarzały. W drugim przestępstw było z grubsza tyle samo, ale rzadko kogoś za nie ścigano. Pytanie brzmi: czy nieefektywna, bezowocna sprawiedliwość ma sens. Jeśli nie zapobiega ponownym występkom, to może w ogóle nie ma znaczenia. Czy sam fakt, że zbrodnia zostaje zawsze ukarana, sprawia, iż społeczeństwo w pierwszym królestwie jest bardziej moralne, niż w drugim? Wszak w obu nadal dochodzi do kolejnych przestępstw.

Nie mogąc znaleźć sprawiedliwości znaleziono siłę.

Blaise Pascal

Powyższy przykład dwóch królestw jest tylko wymyśloną historyjką. Wesprę go zatem czymś z życia wziętym. Kiedy byłem dzieckiem – a pełnoletniość osiągnąłem prawie trzydzieści lat temu – za niemal każde przewinienie czekała mnie bardziej lub mniej surowa kara. Piszę „niemal” gdyż na szczęście nie wszystkie błędy dziecięctwa wyszły na jaw. A że karę cechowała cierpliwość, to dotąd mnie czekała, aż się w końcu doczekiwała. Co nierzadko przyjmowałem z ubolewaniem uszu, kończyn i części poślednich – ponieważ standardem była kara fizyczna, plus ewentualne bonusy, jak szlaban na coś, dodatkowe obowiązki, wnikliwszy dozór itp. Nie byłem jednak w tym odosobniony. Bito mnie, bito moich kolegów. Bili rodzice, bili nauczyciele (oj! dłoń smagnięta linijką piekła przez całą lekcję, ale człowiek i tak wolał to, niż pałę z zachowania, albo pisemną uwagę w zeszycie do podpisania przez rodzica). Dostawaliśmy karę, czy nawet lanie, a po pewnym czasie – no, cóż – znowu byliśmy nieposłuszni. I ponownie dostawaliśmy w skórę. A potem, niepomni uprzednich nauk, pakowaliśmy się w kolejne kłopoty.

Wychowanie to rzecz poważna. Musi się w nim mieszać przykrość z przyjemnością.

Arystoteles

Dzisiaj (takie przynajmniej mam wrażenie) dzieci są wychowywane w dużo łagodniejszy sposób. Pedagogika zdaje się skłaniać do systemu nagród za dobre zachowanie, a pomijać system kar. Tymczasem napiętnowanie kar cielesnych, czy choćby surowej dyscypliny, sprawia, że małolaty czują się bezkarne. Wychowanie bezstresowe buduje klosz ochronny nawet nad łobuzami. Moje pokolenie, jeżeli już nie szanowało jakiegoś nauczyciela, to przynajmniej czuło przed nim strach i dzięki temu nie pozwalało sobie na pewne zachowania. Obecnie można zachować się bezczelnie i nie ponieść za to żadnych konsekwencji. Nie żebym był zwolennikiem kar fizycznych. Absolutnie! Znam smak skórzanego pasa i wiem, że to zła droga wychowania. Jednak zbyt duży luz również nie prowadzi do niczego dobrego.

Nie o to mi jednak chodzi, by porównywać dawne i obecne metody wychowawcze. Wracam bowiem do tytułowego bezsensu sprawiedliwości. Jako dzieci broiliśmy, wymierzano nam karę a później znowu byliśmy niesforni. Dzisiaj dzieci są niegrzeczne, nie dostają odpowiedniej kary i dalej źle się zachowują. Nie wiem, czy w moich czasach było mniej łobuzów, niż teraz – coś mi się zdaje, że proporcje są podobne. Czy zatem czasy mojego dzieciństwa były przynajmniej sprawiedliwsze? Bo za przewinienie czekało nas wymierzenie sprawiedliwości. Czy jednak owa sprawiedliwość nie miała większego sensu? Bo i ówczesne i dzisiejsze zachowanie dzieci pozostawia wiele do życzenia.

Dlaczego przywołałem przykład dzieci? Bo wydaje mi się, że przypisujemy sprawiedliwości również rolę wychowawczą. Albert Einstein stwierdził: Jedynym rozsądnym sposobem wychowania jest oddziaływanie własnym dobrym przykładem, a jeśli nie można inaczej – odstraszającym przykładem. Widząc sprawiedliwość w działaniu, ludzie powinni przypuszczać, że za określone czyny spotka ich to samo – i odpowiednio modyfikować swoje działania. No właśnie, powinni. Jeśli sprawiedliwość się realizuje – a więc nieprawość i niegodziwość spotyka kara, zaś uczciwość i dobro są nagradzane, lecz pomimo tego nie przynosi to stałej zmiany rzeczywistości na lepsze – to czy sprawiedliwość ma sens, tak w ogóle?

Zapraszamy 4 lutego o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: bezsens sprawiedliwości. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i rozsądzić, czy mimo wszystko: Należy dążyć do sprawiedliwości słowem i czynem, jak stwierdził Pitagoras.

A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXIX – czyli człek po ludzku nieludzki

Z łaciny bestia to po prostu zwierzę. Natomiast bestialstwo rozumiemy, jako szczególne okrucieństwo. Dlaczego? Z jakiego powodu zezwierzęcenie jest synonimem ujmy, podłości i zła. Czy zwierzęta są okrutne, bezlitosne, perfidne, nienawistne, podstępne, fałszywe…? Chociaż można podać przykłady zachowań, które pasowałyby do tych pojęć, tak naprawdę będzie to nasza projekcja, rodzaj antropomorfizmu. Przykładamy do zwierzęcych poczynań ludzkie cechy, wydajemy sądy etyczne i oceniamy według naszych kryteriów. Tymczasem bezduszny, nikczemny, bezlitosny i kłamliwy jest… człowiek.

Bestia, Diabolina, Faun i Hellboy – w każdej bestii więcej jest z człowieka niż zwierza.

Tym, co odróżnia człowieka od innych żywych stworzeń jest między innymi sztuka. A zatem używanie wyobraźni i zdolności technicznych do tworzenia rzeczy, bez których pewnie jakoś byśmy sobie poradzili. Krótko ujął to Oscar Wilde: Każda sztuka jest bezużyteczna. Niezależnie od tego, czy jest użyteczna, na pewno potrafi być pożyteczna. A Giordano Bruno stwierdził: Dobrem w dziedzinie sztuki jest to, co naśladuje przyrodę. I tu nam się wątek zapętla; człowiek kultury odżegnuje się od zwierzęcej natury, a jednak poprzez sztukę wraca do niej i to z uznaniem.

Ale to nie wszystko, za pomocą artystycznej ekspresji zdradza i uwyraźnia w sztuce swoje najgłębsze, prymitywne, atawistyczne jądro. Miał więc rację Alain Badiou mówiąc, że: Sztuka potwierdza to, co nieludzkie w człowieku. Trzeba jednak pamiętać o słowach, które wypowiedział Fryderyk Nietzsche, chcąc zapewne podkreślić, iż wartość sztuki polega na ubraniu tego, co wokół widzimy w znaczenia, których zmysły nie ogarniają: Sztuka nie jest tylko naśladowaniem naturalnej rzeczywistości, lecz stanowi metafizyczny jej suplement, postawiony obok niej dla jej przezwyciężenia. I tu znów mamy pętlę; człowiek w oparciu o naturę tworzy coś, co ma się jej przeciwstawiać.

Tym, co jeszcze odróżnia ludzi od zwierząt, jest rzekomo dusza – ta najwyższego stopnia, upodabniająca nas do Stwórcy. Czy to wystarczy, aby postawić znak równości między człowiekiem bezdusznym i bestią? Może jednak odczłowieczenie nie oznacza stania się zwierzęciem, bo zwierzę, jak sugerowałem, nie jest nieludzkie. Za to może dehumanizacja tworzy nowy rodzaj bytu – człowieka, który utracił duszę, lub się jej pozbył (zaprzedał diabłu). Wracając na moment do sfery sztuki, Marc Chagall wyznał: Sztuka jest dla mnie stanem duszy. A dusza jest święta! Czyli ktoś bezduszny nie jest w stanie obcować ze sztuką. Czyżby? Brzmi pięknie, zwłaszcza, jako probierz człowieczeństwa, lecz znalazłoby się przecież paru miłośników i mecenasów sztuki, ba! nawet twórców, którzy mieli krew na rękach.

Jaki płynie wniosek z powyższego wywodu? Że nie ma zachowań nieludzkich. Wszystkie bowiem, na jakie stać człowieka, te wspaniałe, wzniosłe, dobre i piękne, jak również te wstrętne, godne pogardy i potępienia, wszystkie są ludzkie. A już na pewno nie godzi się równać złego człowieka ze zwierzęciem. Powtórzę za Terencjuszem: Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce – dodając, że nic co nieludzkie również. Zatem tzw. nieludzkie postępowanie jest w zasadzie jak najbardziej ludzkie, bo typowe właśnie dla ludzkiego rodzaju.

Zapraszamy 7 stycznia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: człek po ludzku nieludzki. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być człowiekiem, gdyż Tylko człowiek potrafi być nieludzki jak zauważył Andrzej Majewski. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta o Boskim utylitaryzmie

            Pan rzekł: „Skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich mieszkańców są bardzo ciężkie.” (…)

            Zbliżywszy się do Niego, Abraham rzekł: „Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy (…) nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych (…) sprawiedliwych? O, nie dopuść do tego(…), aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! (…) Czyż Ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?”

            Pan odpowiedział: „Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miastu przez wzgląd na nich”.

Bóg i Abraham

Jeśli świat jest najlepszą wersją, jaka była możliwa, to być może da się wytłumaczyć wszelkie zło, jakie na nim obserwujemy. Dajmy na to śmierć kogoś, kto uchodził za dobrego, albo jakiejś niewinnej dzieciny. Powiedzmy taka miła, starsza pani, kochająca dzieci, wnuki i koty, pomocna dla sąsiadów, prowadząca zdrowy tryb życia, silna, sprawna, aktywna – nagle zapada na ciężką chorobę i umiera w wieku… pięćdziesięciu lat. Wydaje się to niepotrzebną traumą dla jej bliskich. Ale może gdyby żyła dzień dłużej, weszłaby pod nadjeżdżającą ciężarówkę, której kierowca wykonując gwałtownie manewr wymijający wpadłby na grupę dzieci… A dlaczego zmarło niemowlę, lub płód jeszcze? Bo inaczej, z powodu jego zdrowia, albo zdrowia jego mamy, przejęty sytuacją ojciec pędziłby autem na złamanie karku do szpitala i wpadł pod pociąg powodując katastrofę z wieloma ofiarami… Może z boskiej kalkulacji wynikało, że wezwanie do siebie tych osób i przyprawienie o ból i zgryzotę ich bliskich, oszczędzi lub uratuje życie większej liczbie innych ludzi, którzy niechybnie zmarli by, gdyby ta dobra lub niewinna osoba żyła choćby chwilę dłużej.

Jak widać wplątałem Boga w cały ten bałagan. Jednak dlaczego nie miałby być utylitarystą. Jemu wychodziłoby to najłatwiej. Jako wszechwiedzący potrafiłby zobaczyć każdy splot wydarzeń, ze wszelkimi możliwymi scenariuszami następstw. A jako najsprawiedliwszy, wiedziałby, co obłożyć dopustem bożym, kogo wezwać do siebie (naszym zdaniem przedwcześnie), a komu dać wiele czasu, by mógł przysłużyć się światu.

Wróćmy do Starego Testamentu i opowieści o targowaniu się Abrahama z Bogiem o ocalenie Sodomy i Gomory.

            Rzekł znowu Abraham: „Pozwól, o Panie, że jeszcze ośmielę się mówić do Ciebie, choć jestem pyłem i prochem. Gdyby wśród tych pięćdziesięciu sprawiedliwych zabrakło pięciu, czy z braku tych pięciu zniszczysz całe miasto?”

            Pan rzekł: „Nie zniszczę, jeśli znajdę tam czterdziestu pięciu”.

            Abraham znów odezwał się tymi słowami: „A może znalazłoby się tam czterdziestu?”

            Pan rzekł: „Nie dokonam zniszczenia przez wzgląd na tych czterdziestu”.

            Wtedy Abraham powiedział: „Niech się nie gniewa Pan, jeśli rzeknę: może znalazłoby się tam trzydziestu?”

            A na to Pan: „Nie dokonam zniszczenia, jeśli znajdę tam trzydziestu”.

Gdyby w którymś mieście znalazło się chociaż kilku sprawiedliwych, wszyscy mogliby uniknąć zagłady. Można by sądzić, że dla mniejszości Bóg gotów był zrezygnować z wymierzenia sprawiedliwości. Jezus w jednej z przypowieści mówił o pasterzu, który zostawia 99 owiec by odszukać jedną zagubioną – i z jej odzyskania cieszy się bardziej. Rzekomo Bóg również bardziej cieszy się z jednego nawróconego, niż 99 sprawiedliwych. A można by sądzić, iż pasterz naraził większość owiec, zostawiając je bez opieki. Oba te przykłady na pierwszy rzut oka przeczą utylitaryzmowi, bo większa sprawiedliwość i dobro większości (bezpieczeństwo) zostały odrzucone, lub zagrożone. Pamiętajmy jednak, że decyzję podejmuje wszechwiedzący byt, który zna konsekwencje takiego postępowania i wie, że ten – na pozór nonsensowny – pomysł może sprawić, iż w przyszłości zdarzy się mniej zła.

            Rzekł Abraham: „Pozwól, o Panie, że ośmielę się zapytać: gdyby znalazło się tam dwudziestu [sprawiedliwych]?”

            Pan odpowiedział: „Nie zniszczę przez wzgląd na tych dwudziestu”.

            Na to Abraham: „O, racz się nie gniewać, Panie, jeśli raz jeszcze zapytam: gdyby znalazło się tam dziesięciu?”

Odpowiedział Pan: „Nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu”. Wtedy Pan, skończywszy rozmowę z Abrahamem, odszedł, a Abraham wrócił do siebie.

John Martin, Sodoma i Gomora

Jasne, że oba miasta ostatecznie sczezły w popiele. Ale to dlatego, że oprócz rodziny Lota, wyprowadzonej przez anioły do innego miasta, żaden sprawiedliwy w Gomorze i Sodomie się nie znalazł. Naturalnie Bóg o tym wiedział. Co więcej, miał z góry powzięty zamiar wobec obu grzesznych miast – jeszcze zanim Abraham zaczął się z nim targować. Ba, nawet zastanawiał się: „Czyż miałbym zataić przed Abrahamem to, co zamierzam uczynić?” Pozwolił jednak sobie na negocjacje, gdyż chciał, by Abraham, Lot i ich potomkowie wiedzieli o gotowości Boga na taką łaskawość. Jezus, jeśli faktycznie jest istotowo zjednoczony z Ojcem i ma ten sam dostęp do wszechwiedzy, to na długo przed ukrzyżowaniem widział męczeńską śmierć niewinnych chrześcijan na rzymskich arenach, widział jak trzy wieki później chrześcijanie przejmują władzę i okrutnie tępią pogan, widział zachłanność, późniejsze krucjaty, widział stosy dla heretyków i czarownic, widział dalsze wojny religijne, widział nadużycia, molestowanie dzieci w zaciszu plebanii… a jednak zapoczątkował cały ten bałagan. Pewnie dzięki temu ustrzegł nas przed większym.

Czy Bóg mógłby zapobiec złu? Na pewno. Możliwe, że niejedno zło powstrzymał, a nawet, że większość możliwego zła co dzień powstrzymuje. Część jednak dopuszcza, gdyż w jego planach, których ludzki umysł nie jest w stanie przejrzeć i ogarnąć, chce by coś z tego złego na dobre wyszło – może nie od razu, nie dziś, nie za sto lat, albo nie w tej części świata, ale jednak na dobre.

Czy jednak Absolut, albo jakiś rozumny byt o profetycznych zdolnościach jest tu konieczny? Czy moja teoria nie nadaje się dla ateisty? Myślę, że obroni się bez Boga. Naszym światem rządzą pewne prawa, nie tylko z obszaru fizyki. Niektórym podlegamy bezwzględnie, innym próbujemy się wymknąć, nieraz z powodzeniem. Czemu nie przyjąć, iż istnieją też prawa określające dopuszczalną i konieczną liczbę tragedii. W przyrodzie istnieje prawo równowagi biocenotycznej, porządkujące między innymi ilość głodnych względem ilości pożywienia – gwarantem porządku jest właściwie zachowany balans. Gdy przybywa drapieżników, zjadają więcej ofiar. Wówczas, gdy maleje ilość dostępnej zdobyczy, wykruszają się łowcy, dla których jej brakuje. Kiedy spada liczba drapieżników, potencjalne ofiary mają bardziej sprzyjające warunki do zwiększenia swej liczebności. I tak w kółko – większe i mniejsze wahania, składające się na ogólną równowagę. Mechanizm tak prosty i oczywisty, że nie musimy za nim stawiać kontrolującego wszystko Absolutu. To (i inne prawa) samo działa. Czy nie mogłoby zatem istnieć jakieś prawo przyrody, regulujące naszą liczebność, tak by rodzaj ludzki, albo wszelkie życie, czy generalnie planeta miały zapewnione optymalne warunki? By świat był najlepszym z możliwych. Może pewna ilość zła jest niezbędna do tego, aby nie doszło do szkód na większą skalę.

Jak jednak tym sposobem myślenia obronić takie występki jak molestowanie dziecka przez pedofila, pobicie żony, znęcanie się nad słabszym kolegą, maltretowanie zwierząt, kradzież oszczędności kalekiej staruszce, zdewastowanie przystanku, podpalenie stodoły sąsiada itp. Nie wykluczone, że odpowiedź będzie podobna. Jeśli ktoś nie dopuściłby do tych aktów zła, gdyby im zapobiegł, najpewniej doszłoby do takiego splotu okoliczności, który doprowadziłby do jeszcze gorszych zdarzeń.

Taką teorię daje się objąć rozumem, gdyż chodzi o jednostkowe lub nieliczne przypadki. Jak jednak uzasadnić sensowność masowych ofiar wojen, ludobójstwa, holokaustu, epidemii, kataklizmów i katastrof dziesiątkujących ludzi, ale też inne żywe stworzenia? Jakiemu większemu złu miały zapobiec te przykłady? Owszem ludzka wyobraźnia pozwala nakreślić obraz zniszczeń i nieszczęść przewyższających te wcześniej wymienione. Może nawet rozwinąć wizję tego, jak przeżycie, czy uratowanie tych ludzi mogłoby doprowadzić do większego zła – za 10, 100 czy tysiąc lat, w skali np. całej planety. Jednak rozsądek cofa się przed tą wizją, bo jawi się ona jako nieprawdopodobna. Niesłusznie!

W dziejach świata nie raz pojawiały się jedne gatunki, a bezpowrotnie ginęły inne. Kataklizmy, zlodowacenia, plagi… niszczyły i zmieniały oblicze Ziemi. W historii ludzkości wyrzynano miasta, obracano w perzynę całe państwa, eksterminowano plemiona, albo narody. Dopuszczano się okrucieństw, nieprawości i niesprawiedliwości. Nie raz człowiek rzucał niebu w błękitną twarz pełne goryczy pytanie, dlaczego dobry i miłujący Bóg na to pozwala. Otóż możliwe, iż właśnie dlatego, że gdyby te narody przetrwały, urosły w siłę, uzyskały wpływ na dzieje świata, to doprowadziłyby do jeszcze większego nieszczęścia, niż je spotkało. W efekcie swoich poczynań w obrębie własnego kręgu jak i kontaktując się z sąsiadami, rozmyślnym lub przypadkowym działaniem sprowadzili zgubę na dużo większą liczbę ludzi, np. uczestnicząc w wojnie, bądź zatruwając i niszcząc środowisko. Zakłócając utrzymanie balansu.

Nie wiem, czy w powyższym mam rację. Niemniej przyjęcie takiego porządku świata niesie pewną pociechę, gdyż dotykające nas tragedie przestają być pozbawione sensu – nawet, jeśli nam, ani naszym prawnukom nie będzie dane go uchwycić.

Cały świat jest mniej lub bardziej niedoskonały (zaś w niedoskonałym z definicji są braki, czyli zło). Niemniej można szukać pocieszenia w teorii Leibniza, iż żyjemy w najdoskonalszym z możliwych światów, czyli w najlepszej wersji, jaka była możliwa do stworzenia. Zresztą innej Bóg nie mógłby uczynić, gdyż wszystkie jego dzieła muszą być najlepsze, na jakie Go stać, inaczej postąpiłby przeciw sobie, bo robiąc coś gorszego lub słabszego nie spełniałby wymogów wobec bytu doskonałego i optymalnego w działaniu.

Ludzie do pewnego stopnia zrozumieli otaczający ich świat. Lecz choć przyznają, że wielu rzeczy jeszcze pojąć nie zdołali, to tyle, ile wiedzą, pozwala im mieć pretensje do losu za niczym nie uzasadnione, niesprawiedliwe i niepotrzebne nieszczęścia. Jednak może te właśnie pretensje są bezzasadne, niesprawiedliwe i zbyteczne. Życzmy sobie zatem więcej pokory wobec tajemnic świata i boskich planów. Zwłaszcza, że nie wszystkim dana jest szansa negocjować z Absolutem.

Kłaniam, Martinus

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVIII – czyli nie módl się o pokój

Stare łacińskie porzekadło głosi: Si vis pacem, para bellum – innymi słowy Qui desiderat pacem, praeparet bellum. Czyli po Liwiuszu z Wegecjusza na nasze: Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Na pierwszy rzut oka brzmi to, jak sprzeczność zdań, jak jakiś oksymoron. Tymczasem, mógłbym rzecz ująć słowami: jeśli marzy ci się zachować pokój, to bądź stale przygotowany do wojny, by w każdej nieoczekiwanej chwili skutecznie go bronić. Na szczęście starożytni ujęli to zwięźlej, co pewnie zawdzięczamy ich manii utrwalania sentencji w kamieniu; komu bowiem chciałoby się ryć dłutem długie aforyzmy.

Wróćmy do cytatu. Co prawda przesłanie brzmi, że warunkiem pokoju jest przygotowanie militarne, lecz komunikuje też w pierwszym członie, że celem jest pokój. Z góry zakłada, że o niego tu chodzi i dla niego należy się sposobić do ewentualnej walki. Mimo użycia słowa „Si” (jeśli) a w drugim cytacie „Qui desiderat” (kto chce) – to owo zdanie warunkowe jest jakby retoryczne. Czyli ma wymowę: jeśli chcesz pokoju, a zakładam, że chcesz, to dam ci radę – uzbrój się. A w drugim cytacie: kto chce pokoju, a zakładam, że każdy – niech się zbroi. Dlaczego ludzie wzniecają wojny? Bo albo chcą coś pozyskać, albo odzyskać. I są to dobra bardzo konkretne, jak terytorium, bogactwa, władza, lub piękna Helena – albo bardziej abstrakcyjne, jak honor, wolność, religia, prawda i paradoksalnie pokój. U podstaw leży więc jakieś silne pragnienie (i często przeczucie sukcesu). A co leży u podstaw pragnień? Wydaje mi się, że niezadowolenie. Człowiek szczęśliwy, a przynajmniej zadowolony ze swojego stanu, nie chce niczego zmieniać, niczego nie pragnie, a już na pewno nie zamierza ryzykować życia w jakiejś wojnie. Problem w tym, że stan szczęścia, czy choćby zadowolenia nie jest trwały. Prędzej, czy później coś go zaburza, lub powoduje utratę – a wtedy człowiek czuje niezadowolenie, chce zmian, chce powrotu do szczęśliwości i jest gotów zaryzykować życie w walce o to. Podobnie człowiek, który nigdy szczęścia nie zaznał, niemniej ma jakieś jego wyobrażenie i ku niemu dąży. I wówczas… dochodzi do konfliktu.

Dopóki na świecie będzie istniał człowiek, będą też wojny.

Albert Einstein

Wojnę traktuje się jako plon zła, zło samo w sobie i źródło zła. Więcej ludzi cierpi z jej powodu, niż się cieszy. A jednak, mimo, iż o jej rozpoczęciu, przebiegu, jak też zakończeniu decydują ludzie, to prośby, aby nas ominęła kierujemy do Boga. Przykładem suplikacja: Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie! W dziejach ludzkości wielokrotnie zatem wznoszono modły o pokój. Z różnym skutkiem. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, że dostatecznie wielu ludzi, dostatecznie prawych i pobożnych, dostatecznie długo, gorliwie i ufnie nęka modlitwami Absolut i Ten w końcu postanawia ich wysłuchać. Co musiałby uczynić Bóg, aby nie dochodziło do wojen? W myśl powyższego wywodu, musiałby wygasić w ludziach pragnienia i potrzeby. Zarówno te płytkie, podstawowe jak i te natury wysokiej. Wszelkie! Gdyż chęć ich zaspokojenia bywa przyczyną wojen.

Konieczne byłoby wypatroszenie człowieka ze zdolności do agresji, z upodobania do rywalizacji, z chęci dominacji ale też z zazdrości, chciwości, pożądliwości, czy pragnienia zemsty, zakorzenionego w poczuciu sprawiedliwości. Nie pragnąc niczego, człek nie musiałby rozważać, czy sięganie po dany przedmiot pożądania jest dobre, czy złe. Gdybyśmy po nic nie sięgali, nie wpadalibyśmy w pułapki dylematów pt.: co wybrać, czy wolno, jakim sposobem. Czyż nie utracilibyśmy wówczas sporej części wolnej woli? Wszak nie miałoby szansy wykazać się ludzkie sumienie i poczucie moralności. Ergo, wolna wola nie uruchamiałaby się.

Ktoś mógłby zaproponować – skoro popuszczamy wodze fantazji – żeby Absolut pozostawił w nas pozytywne pragnienia, jak pragnienie dobra, miłości, piękna, tolerancji, prawdy, empatii, przyjaźni itp. Pytanie, czy to uchroniłoby ludzkość przed wybuchem wojen. Każde pragnienie jest odpowiedzią na jakiś brak, niedosyt albo zagrożenie stanu posiadania. Inaczej mówiąc, pragnienie przyjaźni budzi się, gdy nie mam przyjaciół, albo gdy mam ich za mało, tudzież, gdy pojawia się ryzyko ich utraty. Potrafię sobie wyobrazić ludzi, którzy pragnąc jakiejś pozytywnej rzeczy, posuną się do walki o jej zdobycie, albo zachowanie. A gdyby Bóg wytrzebił w nich zdolność do agresji, lub odwagę i bezwzględność – to podejrzewam, że z powodu poczucia bezsilności i niemożności zaspokojenia (pozytywnych) żądz, ludzie owi staliby się społecznością chorobliwie sfrustrowaną.

Zasadniczo, pozbawienie ludzi pragnień wydaje się niemożliwe, bo nie zaspokajając niektórych ważnych potrzeb byśmy wyginęli. Jednak dla celów spekulatywnych pomińmy to na moment. Uznajmy, że Bóg sam by nam zapewniał to, co niezbędne – taki dodatkowy cud. Tak oto, nie pragnąc czegokolwiek, nic nie skłaniałoby nas do poprawiania naszego życia, zmieniania świata na lepszy, odkrywania nowych rzeczy, poszukiwania rozwiązań, budowania, tworzenia. Czyż nie zatrzymalibyśmy się w rozwoju intelektualnym, technologicznym, kulturalnym, ogólnie cywilizacyjnym? A w końcu, czyż nie przestalibyśmy pragnąć bliskości z drugim człowiekiem, przyrodą, ba! z samym Absolutem? Dostrzegacie konsekwencje? Czy podobałaby się wam taka wizja ludzkości? Brr! Dobrze pomyślcie, zanim pomodlicie się o pokój dla całego świata.

Pozytywka kadrZapraszamy 3 grudnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: powściągliwe modły o pokój. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i pomodlić się umiarkowanie o pokój, gdyż i tak Bóg zawsze zadba, by wojna nieustannie powracała jako drastyczne lekarstwo dla gatunku ludzkiego – w co wierzył Heinrich von Treitschke. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

. 4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVII – czyli głupi to ma szczęście

Stali bywalcy, jak też część niestałych, kojarzą pierwszy poniedziałek miesiąca z Pogadalnią w konwencji filozoficznej kawiarenki. W najbliższy poniedziałek nie spotka ich zaskoczenie. Detale na końcu tegoż wpisu. Zaś wpis tym razem krótki, żeby nikt sobie nie pomyślał, iż o głupocie mam wiele do powiedzenia. Choć i o szczęściu zbyt wiele nie mam.

Wprawdzie Sokrates oficjalnie sugerował, że drogę ku szczęściu wskazać może sumienie…

Wielu ludzi przez całe życie poszukuje właściwej drogi do szczęścia i nie starcza im żywota, aby ją odnaleźć. Wszak lepiej by zrobili, gdyby od razu poszli i zapytali się własnego sumienia, dokąd dalej powinni podążać.

… jednak podejrzewam, że to tylko mydlenie oczu. Prawdziwą drogę – no, powiedzmy ścieżynę – dostrzegał gdzie indziej. I przy każdej okazji utrudniał innym podążanie po niej. Jak wiemy, Sokrates upierał się przy tym, że nic nie wie. Sądzę, iż zaklinał w ten sposób rzeczywistość, aby zbliżyć się do osiągnięcia szczęścia.

W piosence Wielka woda Agnieszka Osiecka napisała: nie daj mi Boże, broń Boże, skosztować tak zwanej życiowej mądrości. Święte słowa! Mądrość – zwłaszcza ta życiowa – wypływa z doświadczenia. A nikt nie lubi być doświadczonym przez życie, lub los. Kto więcej wie o świecie i życiu, najprawdopodobniej zna też więcej ciemnych stron tychże. Ta świadomość utrudnia beztroskie odczuwanie szczęścia. I tu pozytywną rolę może odegrać pewna forma głupoty.

          Alegoria głupoty. Quentin Massys

Pisarz i poeta, Anatole France najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, zauważywszy, iż: Człowiek nigdy nie jest szczęśliwy inaczej niż za cenę pewnej ignorancji. Ktoś, komu powiedzielibyśmy: jak ty nic nie wiesz o świecie / o życiu / o ludziach (niepotrzebne skreślić) – pewnie dzięki tej niewiedzy jest szczęśliwszy i ma mniej życiowych dylematów, rozterek i niektórych trosk. Zapewne mamy gdzieś w głowie wyobrażenie „wioskowego głupka”, który szwenda się po okolicy, skupia na trawce lub listku, godzinami gapi w kałużę, nie dba o wygląd i cudze docinki, za to z byle czego się ucieszy, niewiele rozumie, ale żyje w zadziwiającej harmonii ze światem, jest infantylny, prostolinijny i naiwny – a jednakowoż, jakoś w tym wszystkim szczęśliwy. Ponoć wiele osób, które urodziły się z zespołem Downa wykazuje radosną otwartość na otaczającą rzeczywistość; są ufne, pogodne, wrażliwe, nieświadome zagrożeń czyhających w świecie. Promieniują dziwną energią. Być może to właśnie szczęście. Osiągalne jedynie przy okazji pewnych niedostatków umysłowych.

Kto zaś dostrzega w świecie rozliczne niuanse, zauważa rozbieżności, widzi różne drogi i warianty, miota się w wyborach, rozważa alternatywne konsekwencje, temu o szczęście znacznie trudniej. Inny pisarz, Siegfried Lenz, podsumował to słowami: Szczęście to wolność od sprzeczności.

          Alegoria szczęścia wg Agnolo Bronzino

Trzeba jednak uczciwie wspomnieć, że głupota ma różne oblicza. Nie tylko jowialne, dobrotliwe i przyjazne. Czasem widać ją po kimś, kto ignorancję pokrywa pewnością siebie, a nawet bezczelnością. Nieraz jest świadom swej niewiedzy i tuszuje braki sarkazmem, częściej jednak ma przekonanie o swej nieomylności i wyższości. Przed tą głupotą kroczy pycha. Brakuje takiemu wrażliwości, bawi go cudza krzywda. Nie dba o innych, jest beztroski, aczkolwiek ów lekkoduch intuicyjnie zabiega o własną korzyść, a to szukając dla siebie uznania, potwierdzenia lepszej pozycji, a to czyniąc umizgi do osób wpływowych. To go czyni szczęśliwym. Do takiego indywiduum pasuje porada Gustava Flauberta (jeszcze jeden pisarz): Aby osiągnąć szczęście, trzeba spełnić trzy warunki: być imbecylem, być egoistą i cieszyć się dobrym zdrowiem. Jeśli jednak nie spełnicie pierwszego warunku, wszystko jest stracone.

W obliczu powyższych słów dziwnie zabrzmią następne. Ponieważ ludzie to istoty myślące (wiem, odważne uogólnienie), to przez sam fakt intensywnego używania rozumu, skazują się na oddalenie od szczęśliwości. Powiem więcej, nie są predestynowani do osiągnięcia szczęścia. Zafundowała nam to ewolucja i rozwój intelektualny; gdybyśmy pozostali prości (i prostoduszni), lub wręcz bardziej zwierzęcy, to pewnie czulibyśmy się szczęśliwsi. Sam Immanuel Kant powiedział, że Gdyby przyroda przeznaczyła człowieka do szczęścia, nie dałaby mu rozumu.

Rozum i myślenie stoją tu więc na przeszkodzie. Ale nie tylko to. Paradoksalnie, im częściej uwagę kierujemy na zagadnienie szczęścia, tym gorzej na tym wychodzimy. Nierzadko pewnym ratunkiem jest nawał zajęć, uniemożliwiających jakiekolwiek refleksyjne ekscesy. Poświęcanie czasu na rozważania o własnym szczęściu, wcale ku niemu nie przybliża. Potwierdzają to słowa filozofującego Bernarda Shawa: Wielu ludzi jest nieszczęśliwych jedynie dlatego, że mają czas, aby zastanowić się nad tym, czy są szczęśliwi, czy też nie. Czyli człowiek zabiegany, którego ci mniej zabiegani uważają za nieszczęśliwego, w zasadzie ma o tyle lepiej, iż nie zdąży uświadomić sobie, w jak niefortunnym jest położeniu.

Wypadałoby zatem, zamiast szczęścia życzyć sobie chóralnie głupoty. Żeby móc powiedzieć: wiemy, że nic nie wiemy. A i przywołany Sokrates nieco straci w naszych oczach, gdy przypomnimy sobie, jak obnażał głupotę i niewiedzę bliźnich. Przybliżał ich do mądrości, a przynajmniej do zrozumienia pewnych spraw. Tym samym wprowadzał zamęt w ich egzystencji i oddalał intelektualnych delikwentów od dotychczasowego poczucia szczęścia. Czyż to nie wygląda na zazdrość, lub nawet zawiść? Nic tylko cykutą takiego, cykutą!

Pozytywka kadrZapraszamy 5 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: szczęśliwa głupota. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i rozważyć, czy rację miał pisarz i filozof Horst Wolfram Geissler rzucając: Lepiej być szczęśliwym głupcem niż nieszczęśliwym mędrcem. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

  4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Emocje asekuracją rozumu

Od razu przyznaję się, bez bicia, że próbuję dotknąć tematu, o którym mam skąpe pojęcie. Liczę, iż odezwie się ktoś w nim obeznany – niechby i nawet z oburzeniem. Chodzi mianowicie o emocje.

Na początek dygresja z pogranicza oczywistości (wrogom dygresji wolno ten akapit pominąć). Zdrowy człowiek ma do dyspozycji pięć zmysłów. Uważa się, że wzrok i słuch są najważniejszymi, za pomocą których odbieramy świat. Czy też zwróciliście uwagę na to, że tylko pozostałymi coś czujemy? Czujemy zapach, czujemy smak, no i dotyk, a w obrębie tego zmysłu temperaturę, wilgoć, fakturę, twardość itd. Zdaję sobie sprawę, iż w kontekście zmysłów mówienie, że coś się czuje, może być jedynie utartym zwrotem frazeologicznym. Można go zastąpić innym, np. odbieram zapach, rozpoznaję smak, doświadczam dotyku. Jednak to, że używamy słowa: czuję, lub wyczuwam musiało się przecież skądś wziąć. Dlaczego więc najważniejszymi zmysłami nie czujemy?

Nie o takim czuciu jednak chciałbym tutaj napomknąć. Chodzi mi bowiem o uczucia, jakie przeżywamy, a w szczególności o emocje. Niemniej warto pamiętać, że wiele emocji bywa reakcją na bodźce przekazane właśnie przez nasze zmysły. Piękny krajobraz o zachodzie słońca, nieznośny hałas o świcie, woń zepsutej ryby, słodycz wykwintnego deseru, lub muśnięcie skóry jedwabnym szalem… to może obudzić różnorakie emocje. Zbliżmy się jednak do tego, czym chcę się zająć. Tytuł sugeruje pewne oddziaływanie sfery uczuciowej na sferę racjonalną. Zanim przejdę do moich refleksji, pozwolę sobie o czymś wspomnieć.

Z tego, co mi wiadomo – filozofowie (zwłaszcza najdawniejsi) byli raczej niezadowoleni z tego, iż ludzie (a więc oni też) posiadają emocje, afekty i namiętności. Najchętniej, dla niezakłóconej swobody myślenia, wyrugowaliby je doszczętnie. Zdawali sobie jednak sprawę, iż to niemożliwe. Zalecali zatem panowanie nad emocjami, a czasem podpowiadali, jak. Siłą rozumu, rzecz jasna. Taki, przykładowo, Demokryt sformułował taką oto paralelę: sztuka lekarska leczy choroby ciała, a mądrość uwalnia duszę od namiętności. Zasadniczo, nawet jeśli mędrcy zgadzali się, że uczucia to część naszej natury, to sytuowali emocje w kontrze do rozumu. Rozumowi zaś przypisywali rolę przewodnią i nadrzędną. No dobrze, nie wszyscy. Ciekawostka: znalazłem gdzieś informację, że David Hume wychwalał emocjonalną sferę człowieka i to jej przyznawał zwierzchność – stwierdził bowiem: Rozum jest i winien być tylko niewolnikiem uczuć i nie może mieć nigdy roszczenia do innej funkcji niż do tego, żeby uczuciom służyć posłusznie. Wymienił, jak widać, władcę na tronie, lecz nie zlikwidował opozycji obu sfer.

Tymczasem filozof i wybitny specjalista od emocji, Ronald de Sousa dowodził, iż biegunowe ustawianie emocji i rozumu, a szczególnie uważanie emocji za irracjonalne jest przesadnym uproszczeniem i nie broni się w świetle współczesnych badań.

Strefa uczuć

W potocznym i poetyckim języku, siedzibą uczuć jest serce. O takiej lokalizacji zdecydowało zapewne jego silniejsze bicie w chwilach emocjonalnego rozpalenia. A co na to prozaiczna wiedza medyczna? Dwa obszary mózgu odpowiadają za zdolność wyrażania uczuć, mianowicie pień mózgu i układ limbiczny, który oplata pierścieniem górną część wspomnianego pnia. Tam rodzą się uczucia, po czym wpływają na ludzkie zachowania, a także fizyczne (cielesne) reakcje towarzyszące, np. palpitacje serca, rumieniec, ucisk w żołądku, szum w uszach, sparaliżowanie, słabość, rozszerzenie źrenic, drżenie rąk itp.

Jest jeszcze jeden obszar mózgu związany z uczuciami: ciało migdałowate. W nim przechowywana jest pamięć emocjonalna człowieka i ma ono duży wpływ na inteligencję emocjonalną, czyli to, jak wygląda znajomość i rozpoznawanie własnych emocji, motywowanie i kierowanie się nimi, nawiązywanie związków uczuciowych z innymi ludźmi itd.

Okazuje się przy tym, iż ze względu na różnice w budowie mózgu u obu płci, odmiennie prezentuje się chociażby intensywność emocji. U kobiet lewa i prawa półkula mózgowa są lepiej połączone (skomunikowane), przez co pozytywne uczucia przeżywają silniej i szybciej, niż mężczyźni. U mężczyzn gorsze połączenie lewej, racjonalnej i logicznie myślącej półkuli z prawą, zajmującą się emocjami – skutkuje skłonnością do wybuchów emocji, których nie zdołano na czas ogarnąć racjonalną kontrolą. Coś w ten deseń zauważył swego czasu Fryderyk Nietzsche: Jednakie u mężczyzny i kobiety uczucia różnią się przecież w tempie: dlatego nieporozumienia między mężczyzną a kobietą nie ustają.

Co czuje człowiek

Kto myślał, że już wyłożę swoje, temu chwała, iż myślał, choć się mylił. Postanowiłem bowiem wcześniej skrótowo przedstawić, co targa człowiekiem. A miotają nim procesy emocjonalne o różnym charakterze. Względna zgoda panuje co do tego, iż emocje nadają jakość ludzkiemu poznaniu i działaniu, wartościują czyny, przedmioty, zjawiska, nas samych i innych ludzi. Określają przy tym znaczenie tego, co owe emocje wywołuje. Jedne są pierwotne i odnoszą się do niższych, podstawowych potrzeb biologicznych; drugie są wtórne, o charakterze społecznym i odnoszą się do wyższych wartości i wiedzy. Jednakowoż nazwy, które odnoszą się do sfery uczuć, a których w języku potocznym często używa się zamiennie, traktuje jak synonimy, w rzeczywistości psychologicznej bywają klasyfikowane jako odrębne pojęcia o innej zawartości. Na czym polegają różnice?

Uczucia. Wyrażają i odzwierciedlają stosunek człowieka do pewnych zdarzeń, ludzi, rzeczy w otaczającym świecie. Uczucia są interpretacją emocji, dokonywaną w oparciu o zakodowane w pamięci doświadczenia i wzorce kulturowe, które narzucają ocenę sytuacji. Tą samą emocję można różnie rozumieć. Skok adrenaliny, szybsze tętno oraz pobudzenie układu nerwowego będziemy interpretować jako panikę, lęk, strach lub obawę zależnie od nasilenia emocji i rozpoznania wywołujących ją bodźców. Rozpoznanie emocji, jako określonego uczucia wiąże się z nadaniem jej odpowiedniego znaczenia (połączeniem z konkretnym pojęciem), a to uruchamia skojarzenia o wydźwięku kulturowym i może motywować do stosownych działań. Dodajmy jeszcze słowo o uczuciach wyższych; zalicza się doń uczucia moralne (etyczne), intelektualne i estetyczne.

Afekty. Przeważnie są to uczucia nagłe, gwałtowne, wywołane silnymi bodźcami zewnętrznymi. Znajdziemy wśród nich radość, rozpacz, gniew, strach itp. Wyrażają się wespół z wyraźnymi reakcjami fizjologicznymi i ograniczają racjonalność czynów. To głównie wobec tych uczuć żywili niechęć starożytni mędrcy.

Emocje. Nazywane też stanami afektywnymi, są zazwyczaj skutkiem jakiegoś zdarzenia. Uczucia to mocne, ale stosunkowo nietrwałe; czasem nawet nieświadome. Posiadają silne zabarwienie i wyraźną wartość: pobudzenie pozytywne lub negatywne. Emocje pozytywne skłaniają do podtrzymania wywołujących je działań lub kontaktu z czymś, co je budzi – chyba, że wymagałoby to trudu, poświęcenia, albo ryzyka. Emocje negatywne zaś (co zrozumiałe) prowokują do ukrócenia kontaktu z ich źródłem. Wyjątkiem są sytuacje, gdy zagrożona jest samoocena człowieka, wówczas potrafi on ponawiać kontakt z czymś, co budzi nieprzyjemne uczucia, bo chce osiągnąć pewien ważniejszy od tego cel. Bywają także ambiwalentne uczucia, jednocześnie pozytywne i negatywne (jak u człowieka, którego zła teściowa roztrzaskała się w jego nowym aucie). Takiemu rozdarciu towarzyszą niejednoznaczne zachowania, powolne i niekonsekwentne działania i nierzadko zaburzenia funkcji narządów wewnętrznych. Ogólnie rzecz biorąc, emocje mają trzy składniki: wyraz mimiki, pobudzenie fizjologiczne i subiektywne doznanie.

Nastroje. Mają mniejsze nasilenie, spokojny przebieg i trwają dłużej niż emocje. Za przykłady można tu wymienić: smutek i wesołość, zadowolenie i irytację, niepokój i dobrostan wewnętrzny, tęsknotę oraz uczucie samotności.

Namiętności. Inaczej mówiąc stałe ciągoty do przeżywania pewnych nastrojów i afektów w związku z określonymi celami człowieka. Namiętności cechuje duża siła pobudzająca. Wytyczają kierunek myślom, pamięci i innym procesom psychicznym. Typowe dla młodego wieku, z biegiem czasu na ogół słabną.

Sentymenty. Takie postawy emocjonalne, które odnoszą się do trwałych sympatii, tudzież antypatii, kiedy cały czas czegoś nie lubimy, przez całe lata coś cieszy się naszym upodobaniem, lub zawsze coś nam smakuje.

Co to ja chciałem powiedzieć

Wszystko powyższe napisałem na końcu, w myśl zasady, że wstęp pisze się jako ostatni. I ucieszyło mnie, iż to, co znajdziecie poniżej, wydaje się z tym nie kolidować (aczkolwiek dopuszczam taką ewentualność). O czym to ja miałem… aha.

Wśród wielu działań, jakie podejmujemy, są i takie, w związku z którymi pojawiają się pewne uczucia. I tu pierwsze pytanie: czy emocje są skutkiem działań? Skoro nie towarzyszą każdej czynności, a nawet przy tych samych czynnościach raz występują, innym razem nie, to być może nie zachodzi zależność między czynem a uczuciem.

Czy jest może tak, że dopiero kiedy rozum oceni czyny, lub sytuacje np. jako dobre lub złe, zabawne, lub smutne to wówczas włączają się adekwatne emocje? W efekcie tego, iż pojęliśmy, co się stało i jaką to ma wartość, mózg dokonawszy tej analizy, uruchamia naszą chemiczną maszynerię emocji. Toby oznaczało, że odczucia są efektem tego, cośmy pomyśleli, lub co zdążył przeanalizować nasz rozum. Nawet wtedy, gdy odbyło się to tak błyskawicznie, że wręcz bez udziału naszego świadomego procesu myślowego. Czyż nie zdarza się nam, iż wskutek myślenia o czymś, budzimy określone emocje: smutek, radość, gniew, dumę itp.?

Jednakowoż bywa, iż coś dzieje się gwałtownie, lub sami działamy szybko, niejako automatycznie. I nie uruchamiając jeszcze rozumu, już coś czujemy. Po czym, dopiero w związku z tym uczuciem stwierdzamy, iż chyba zrobiliśmy coś złego, bądź stało się coś wesołego. W takim przypadku to uczucia stanowią swoisty probierz. Czyli rozsądek, umysłowa weryfikacja i klasyfikacja czynu okazują się następstwem silnych emocji, bez których być może o takie zastanowienie byśmy się nie pokusili. To musiałoby oznaczać, że uczucia są pierwotne, a rozum wtórny. Pod względem ewolucyjnym wydaje się to zasadne. Zwierzęta na pewno posiadają emocje, a niekoniecznie wykształciły zdolność do rozumowej oceny zajść i zachowań. Zatem należałoby przyjąć, że ocena np. naszego działania jest genetycznie zakodowana w sferze emocjonalnej, trochę jak mechanizm chemiczny, służący dobru gatunku, albo osobnika.

Czasami działamy w efekcie emocji, pod wpływem wzburzenia, zauroczenia, rozpaczy, tudzież euforii. Czy skoro emocja spowodowała późniejszy czyn, oznacza to, że nie zawsze  poprzedza on uczucie? Raczej nie. Gdyż uczucia, które nas pobudzają do działania, pojawiają się jako efekt, lub w związku z czymś, co się zdarzyło, nadal się dzieje, albo ma się stać. Jest więc jakaś sytuacja, na którą reagujemy emocjonalnie (i nie ważne, czy po analizie rozumowej, czy przed, czy bez). A w wyniku tych uczuć robimy coś, co znowu można poddać zdroworozsądkowej analizie i później jakoś przeżywać emocjonalnie.

A może jednak emocje są czymś funkcjonującym obok racjonalności, niezależnie, jakby dodatkowo. Przykładowo: rozsądek nie potrafi rozstrzygnąć czy zrobiliśmy, albo dzieje się coś złego. Jeśli brak nam pewności, lub przekonania, to wówczas emocje mogą wzmacniać i potwierdzać przypuszczenia rozumu. Co natomiast, gdy ani rozum, ani intuicja niczego nie podpowiadają? Wtedy przynajmniej uczucia nas asekurują przy ocenie sytuacji.

PS

Doczytałem, że wymieniony wyżej Ronald de Sousa uważał, iż emocje sprzyjają racjonalnemu myśleniu oraz działaniu, wspierając optymalne funkcjonowanie ludzi. Z kolei Jerzy Vetulani głosił, że: Emocje wyewoluowały po to, byśmy mogli szybko i bez zastanowienia podejmować decyzje w sytuacjach, w których nie ma czasu na namysł. Doszukałem się w tym potwierdzenia moich refleksji i było to dla mnie jak komplement, aż się wzruszyłem. Ale nie będę się nad tym rozwodził, bo – jako rzekł Voltaire: Im bardziej mnie coś wzrusza, tym trudniej mi to wyrazić.

Kłaniam, Martinus

4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2 8