Archiwum autora: Martinus

Coffeelosophy XLIX – czyli krzywe szczęście

Szczęście nie jedno ma imię

Różne szkoły filozoficzne w różnoraki sposób podchodziły do zagadnienia szczęścia. Upatrywały go w czym innym i dawały różnorakie wskazówki w dążeniu do niego. Demokryt żywił przekonanie, że źródłem szczęścia jest harmonia duszy, z której wypływa spokój wewnętrzny. Platon uważał, że szczęście przyjdzie wraz z poznaniem idei, szczególnie piękna i dobra. Powiązał z tym pojęcie eudajmonii, a więc posiadanie dóbr najwyższych. Na człowieka, zdaniem Platona – czeka pewien cel, który należy odkryć i wypełnić, a jeśli wykona się to dobrze, zyska się nagrodę.

Arystoteles zalecał rozwijanie i pielęgnowanie cnót. Racjonalna natura ludzka wyznacza człowiekowi pewne funkcje, a jeśli podąża on drogą złotego środka, osiągnie szczęście. Epikur przekonywał, iż szczęście jest tożsame z przyjemnością, a więc dobrem – w przeciwieństwie do cierpienia, które jest złem. Zastrzegał jednak, iż należy mądrze wybierać przyjemności i panować nad namiętnościami, kierując się powściągliwością, równowagą i życiem w zgodzie z naturą. Stoicy – przy całym wycofaniu z życia – nawiązywali do poprzedników i również zachęcali do rozwijania cnót, zwłaszcza uniezależniających od okoliczności zewnętrznych, do okiełznania namiętności (apatia), życia zgodnego z rozumem i naturą, do ograniczenia potrzeb i osiągnięcia wewnętrznej wolności – która da szczęście.

W średniowieczu – ze względu na to, iż wszystko, co ziemskie było marnością – szczęście upatrywano w Bogu. Według św. Augustyna każdy powinien dążyć do szczęścia wiecznego, gdyż dobra doczesne są nietrwałe i należy zwrócić się ku dobru najwyższemu, które jako jedyne niesie prawdziwe szczęście. W oświeceniu nastąpił przewrót, porzucono starożytną eudajmonię, szczęśliwość wieczną uznano za odległą i problematyczną. Hume naprowadził ludzi na myśl, że nie istnieje dobro obiektywne, ku któremu powinni zmierzać, lecz że każdy może sam ustalić, co jest pożądanym dobrem. Odtąd górę brały osobiste preferencje i mianem szczęścia można było określać to, co kogoś (przynajmniej w jego wyobrażeniu) miało uszczęśliwić. Na początek sięgnięto po to, co było pod ręką – czyli ziemskie przyjemności.

Rzecz jasna nie we wszystkich warstwach społecznych i krajach. Dajmy na to Kant jakoś wcale nie przeceniał szczęścia, szczególnie, jako życiowego celu, wywyższając możliwie najbardziej beznamiętne spełnianie swoich obowiązków. Inny Niemiec, Nietzsche też miał spory dystans do szczęścia, przede wszystkim nie wierząc w jego trwałość i traktując jako idealny stan lenistwa, gdy nie doświadcza się zmartwień i smutku. W zamian proponował szukanie zadowolenia z siły życiowej oraz walecznego animuszu, co pozwala pokonywać przeszkody i przeciwności losu.

Sam wątpię, iżby siłą dało się zyskać przychylność losu. Istnieje jednak przekonanie, że każdy jest kowalem swego losu. Jakkolwiek byśmy szczęścia nie definiowali, to jedno wydaje się cechą wspólną wszystkich koncepcji filozoficznych: są zgodne, że ludzie nieprzerwanie przejawiają dążenie do szczęścia, wykazują jego trudną do zaspokojenia potrzebę i starają się unikać jego przeciwieństwa. Krótko mówiąc pragną pomyślnego życia. Wszelako często okazuje się, iż zdobywszy to, co przedstawiało się początkowo jako szczęście, wciąż odczuwany jest niedosyt. I szczęście jawi się, jako wiecznie uciekająca linia horyzontu. A może, skoro przez wieki nie udało się jednoznacznie zdefiniować szczęścia, bo definicje się mnożą i różnią, a do tego pełnia szczęścia wydaje się niemożliwa do osiągnięcia – to wypada stwierdzić, że nie tylko nie ma jednego szczęścia – ale i żadnego.

Szczęście nie wygląda prosto

Przyjmijmy roboczo, iż każdy wyobraża sobie szczęście pod inną postacią. Pewnie w zależności od stopnia trudności w jego osiągnięciu, inaczej przedstawiają się sukcesy na tym polu. Na przestrzeni życia mogą się zmieniać źródła szczęśliwości i cele dalszych dążeń. Być może ocena, czy życie jest szczęśliwe, możliwa jest dopiero po dokonaniu bilansu całości. Wówczas przewaga dobra utwierdzałaby w przekonaniu o tym, że życie było udane, a może nawet szczęśliwe.

A jak ludziom się wiedzie w osiąganiu szczęścia? Czy zawsze czują się jednakowo daleko, tudzież równie blisko celu? Okazuje się, że nie. Potwierdziły to badania profesora Andrew Oswalda z University of Warwick. Przeprowadził je na grupie kilkuset tysięcy osób z 72 krajów. Chodziło o to, by każdy badany ocenił poziom zadowolenia z życia, czyli na ile szczęśliwy się czuje. Najwyższe noty dotyczyły okresu dzieciństwa i wczesnej młodości – a także starszego wieku, w okolicach 60-70 lat. Najmniej szczęścia odczuwają dorośli w średnim wieku. Kiedy wyrysowano krzywą szczęścia przypominała literę U. Początek i schyłek życia to najszczęśliwsze lata; tylko dołek w przedziale 37 do 50 lat trzeba jakoś przetrwać.

Krzywa szczęścia pokrywa się z wyjaśnieniami m.in. jakie bywają powody takiego, a nie innego postrzegania swego szczęścia w określonym wieku. Dzieciństwo to trochę nieuświadomione szczęście, beztroski czas, kiedy można się wyszumieć, odkrywa się świat i to, co oferuje. Nastolatkom i studentom udaje się już więcej z tej oferty zakosztować, ale też zetknąć się z problemami świata dorosłych. Zaczyna się myślenie o karierze i rodzinie, a potem wchodzi się w rolę pracownika, małżonka, rodzica… I choć wcześniej wydawało się, iż mając pracę, dom, samochód, kochającą rodzinę, przyjaciół, hobby wreszcie zdobędzie się wszystko, co gwarantuje szczęście – to rzeczywistość pokazuje, iż wtedy też pojawia się najwięcej stresu. Człowiek żyje w pędzie, praca wypala, własna rodzina działa na nerwy, rachunki i kredyt ciążą, wakacje nie dają pełnego odprężenia, niektóre marzenia i plany nie znalazły urzeczywistnienia. A do tego równocześnie rodzi się lęk o to, co udało się osiągnąć, bo mimo wszystko ma się najwięcej do stracenia.

Dopiero po pięćdziesiątce ludzie znowu zaczynają odczuwać większą radość z życia; odczucie to wzrasta aż do siedemdziesiątki, kiedy to widać jak dalece 70-latek jest szczęśliwszy od 40-latka. Ma znacznie więcej przestrzeni na zadowolenie i pozytywne nastawienie, a rzadziej poddaje się obawom. Zaczyna akceptować rzeczywistość i stracone szanse. Ma mniej zobowiązań, nie jest tak zabiegany, sam wybiera z kim spędzać czas, nie musząc znosić szefa, czy nieprzyjaznych współpracowników. Pojawia się pogoda ducha. I można zaśpiewać za Wiesławem Michnikowskim: Wesołe jest życie staruszka…

Oczywiście ta krzywa szczęścia jest, że tak powiem, statystyczna – zatem nie pokrywa się z każdym indywidualnym przypadkiem. Krzywe jest więc i samo szczęście, zważywszy, jak trudno je zdefiniować, jak trudno go doświadczyć i jak trudno mieć pewność, czy to co nazwiemy jego mianem, faktycznie nim będzie. Możliwe jest bowiem odkrycie, iż to wciąż jedynie namiastka. Wtedy trzeba krzywą szczęścia w kształcie litery U zastąpić podkową i powiesić nad drzwiami końcami w górę, by szczęście z niej nie wypadło.

Szczęście zatem nie jest proste. A co by było, gdyby uznać, że pogoń za szczęściem w ogóle nie jest nam potrzebna. Że osiągnięcie tak wyjątkowego stanu wcale nie jest naszym celem w życiu, nie nadaje mu sensu, ani wartości i z pewnością nie jest konieczne? Przecież wielu ludzi spędziło całe życie nie zaznawszy szczęścia. Kto wie, czy nie lepiej skierować tą energię i oczekiwania na inne tory. Chyba, że – ha! będę przekorny – rację mieli stoicy. O ile dobrze pamiętam, to oni podkreślali, jak ważne jest sumienne wykonywanie swoich obowiązków i sugerowali, że to daje poczucie spełnienia i szczęścia. Jeśli obowiązek równoważy na szali szczęście, to może szczęście jest dla nas obowiązkiem.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 2 czerwca o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: krzywe szczęście. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i podnieść słoniowi trąbę.

3.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLVIII – czyli retoryczne piękno języka

Przeczytawszy w sieci pewien wpis z okazji Dnia Języka Ojczystego, generalnie pełen ubolewania nad kondycją naszej mowy i jej poziomem w debacie publicznej, a szczególnie politycznej – pokusiłem się o przeczytanie komentarzy. Pośród nich znalazłem jeden, który sprowokował mnie do refleksji:

Język niczemu nie winien, że w każdym narodzie mamy do czynienia z ludźmi, których nazywamy oratorami i z ludźmi, którzy używają go w celach prymitywnych odwołując się do naszych najgorszych emocji… Ci ostatni aktualnie mocno zagłuszają tych pierwszych. To po części też wina słuchaczy, którzy odrzucają oratorów. Świat polityki zawsze miał bardzo mało wspólnego z urodą języka.

Przede wszystkim wydaje mi się, iż ktoś ma błędną definicję oratora, albo owszem – rozumie ją, a mimo to jest pod wrażeniem oratorskich zdolności. Osobiście nie przeceniałbym zalet oratorów. Faktycznie, charakteryzuje ich piękna mowa, ale trzeba pamiętać, iż orator doskonali swoje krasomówstwo w określonym celu. Nie po to, by pięknymi słowy coś nam zakomunikować, czyli przekazać pewną treść, ale żeby tymi słowami skłonić nas do czegoś, przekonać, wywołać w nas określoną, oczekiwaną przezeń reakcję. Sztuka retoryki, to jedna z form manipulacji. Tak się nią posługiwali pierwsi, starożytni oratorzy i tak czynią współcześni.

I to często właśnie oratorzy odwołują się do uczuć słuchaczy, grają na emocjach i prostych (w sensie: podstawowych, fundamentalnych) instynktach oraz intuicjach. Wykorzystują utarte schematy myślenia (niejednokrotnie błędne, ale silnie zakorzenione), stereotypy, uprzedzenia, lęki, elementarne potrzeby, jakie człowiek pragnie zaspokajać i dzięki znajomości pewnych mechanizmów psychicznych wpływają na odbiorcę. A przy tym miło się tego słucha…

Być może dzisiejszy obraz polityki skłania ku negatywnym ocenom języka, lecz trudno mi się zgodzić, że “świat polityki zawsze miał mało wspólnego z urodą języka”. Historia zna wielu mówców-polityków, których oracje należą do pięknej klasyki – często wyrafinowaną formą przewyższając nawet samą treść. I nie mam na myśli tylko starożytnych mistrzów. Nawet w nam bliskich czasach znajdziemy przykłady polityków, którzy używali języka parlamentarnego a nieparlamentarnym się nie skalali. Przypomnijmy sobie Gieremka, Bartoszewskiego, Mazowieckiego… Być może drzemie jakaś prawda w słowach, które wypowiedział Ali ibn Abi Talib, zięć Mahometa: Wartość człowieka poznasz po jego języku.

Co się zaś tyczy ogólnej wymowy wspomnianego wpisu, to muszę stwierdzić, iż mam mieszane uczucia w kwestii piękna języka, do którego autor nawiązywał i nawoływał. Nie jestem językoznawcą, ale domyślam się, iż są różne funkcje języka. Zasadniczo jednak służy przekazywaniu sobie jakichś informacji. Nasz gatunek w pewnym momencie zaczął komplikować sobie życie – czy, jak kto woli: wzbogacać je o kolejne elementy. Tworzył nowe narzędzia i przedmioty, dodawał do swych aktywności nowe formy działania, doskonalił też formy stare, zmieniał środowisko życia i stykał się z nieznanymi wcześniej elementami przyrody, klimatu, fauny i flory, przeszkód terenowych itp. Nagle jęki, piski, pomruki, pohukiwania, cmokanie, kląskanie, mimika i pantomima przestawały wystarczać w komunikacji. Trzeba było łączyć zgłoski i wydawane dźwięki w nowe formy artykulacji, aby precyzyjniej nazywać przedmioty i zjawiska w otaczającej rzeczywistości. Terrence Deacon – profesor na Uniwersytecie Berkeley w Kalifornii przypuszcza, że już przed dwoma milionami lat australopiteki rozwinęły pewien system porozumiewania się, z którego z czasem wykształcił się język. Coś pojawiało się w prymitywnym umyśle i człek szukał sposobu przekazania tej myśli pobratymcom. Dwa milionlecia później to samo najwyraźniej dręczyło Juliusza Słowackiego, gdyż stwierdził: Chodzi mi o to, aby język giętki, powiedział wszystko, co pomyśli głowa…

Przyznam, że bliżej mi do pochwały dla precyzji w komunikacji, niż piękna. Najważniejsze jest, byśmy się dobrze rozumieli. By odbiorca w naszych słowach odczytał możliwie najbliższą prawdzie wiadomość, na jakiej przekazaniu nam zależało. Ozdobniki, metafory, poetyzowanie i szereg innych środków stylistycznych potrafią zakłócić czystość przekazu. Im więcej zostawiamy w sferze domysłu i interpretacji, tym bardziej możemy się oddalić od sedna treści.

Słowo
(Marcin D. Podolan)

Słowo – początek i koniec
Sprawcza siła praformuły
Tai w sobie sekrety stworzenia

Niezręczne wszak jako goniec
Słowo jest wstępem wspaniałym
Do wzajemnego niezrozumienia

Niedawno połknąłem fragment pewnej książki suto okraszonej poetycką prozą. Właściwie zbudowana była z niemal samej okrasy. Traktowała o zmaganiach mężczyzny z nowotworem i oblepiona była licznymi egzystencjalnymi brudami. Połknąłem to i było mi ciężko. Zdaję sobie sprawę, że sporej części przesłania nie pojąłem, ale choć z jednej strony czuję z tego powodu wstyd, to z drugiej – jakąś ulgę. Bo gdybym był bardziej wprawny w hermeneutycznym demaskowaniu i przyswajaniu ukrytych znaczeń, to docisnęłoby mnie to kolanem do ziemi i nie pozwoliło na ruch.

Czułem się pobity. Miejscami zbieg słów autora był jak cios w podbródek; niby na chwilę unosi cię w górę, ale gdy ogarniesz swą sytuację, już leżysz znokautowany. I czułem się pobity dwojako; samą treścią, która kopie z kolana w żołądek, a także kolejnym pełnym zazdrości stwierdzeniem, że daleko mi do podobnej zdolności wyrażania egzystencjalizmu.  Wszystko w niej jest – nie, nie wiem, czy jest – wydaje mi się bardzo… esencjonalne. Taki dekokt pomyśleń. Tymczasem mi łatwiej przyjmować postać bardziej rozcieńczoną, bliższą mowie międzyludzkiej, niż międzydusznym intuicjom. W swoim czasie William Penn wygłosił pouczenie: Mów poprawnie, przy użyciu najmniejszej liczby słów, ale zawsze wyraźnie, ponieważ celem wypowiedzi nie jest ostentacja, a żeby ludzie cię rozumieli. I zasadniczo się z tym zgadzam, aczkolwiek mam jeszcze problem z tym używaniem najmniejszej liczby słów.

W związku z powyższym, co i rusz, budzi się we mnie jedna wątpliwość. Co lepsze: pisanie językiem koneserów, posiadających klucz do zrozumienia, ale pozostających hermetyczną elitą, której reszta ani nie rozumie, ani nawet nie zna, a tym samym nie podziwia i co za tym idzie nie naśladuje, nie bierze za wzór, nie czyni mentorem, przewodnikiem. Czy pisanie właśnie językiem prostszym, mniej wyrafinowanym, za to zrozumiałym dla szerszego grona i mogącym wyrwać z obojętności, wywrzeć reakcję, pchnąć ku działaniu, albo przynajmniej refleksji. A może nie warto tego roztrząsać, tylko poprzestać na konstatacji, że jest, jak jest. Taka tautologia bywa ratunkiem. Każdy znajduje coś dla siebie, jedni w niszy, drudzy w mainstreamie. Po co szukać uniwersalnych form, albo tworzyć eklektyczne kurioza. (Choć nawiasem mówiąc, eklektyzm w starych meblach bardzo mi się podoba).

Tak, znowu wyłazi ze mnie ignorant, bo pewnie bardziej rozgarnięty człowiek znałby odpowiedź. Chyba, że odpowiedzi jednak nie ma, lub jej poszukiwanie jest zbyteczne, bo to, co się liczy, tudzież wystarczy to stawianie pytań. Tak, aby człek pamiętał, że zawsze pozostanie w zawieszeniu, w niepewności, z palcem wetkniętym na chybił trafił między kartki słownika frazeologicznego. Jedni ludzie siedzą w literaturze, przejmują się nią, stanowi ona – przynajmniej w jakiejś mierze – treść ich życia. Dla mnie jest to coś, do czego czasami się wybieram, coś jak wypad za miasto na piknik, a niekiedy może i większa wyprawa – niemniej obszar, z którego potem wracam do siebie.

Mam świadomość, iż czytanie lub słuchanie cudzych słów, to wkraczanie na obce terytorium. Zaglądanie – że tak to ujmę – w czyjąś duszę rozumną i mniej, lub bardziej udolna próba jej zrozumienia. Próba, której nie da się zakończyć sukcesem, bo nawet korzystając z tego samego zestawu słów, możemy się różnić rozumieniem znaczeń. Nasze języki mają swoje ograniczenia, a to sprawia, że opis otaczającej nas rzeczywistości może być tylko taki, na jaki pozwalają nam nasze wewnętrzne słowniki. Nie stworzymy obiektywnego, prawdziwego opisu. A ile z tego, jaki nam wyjdzie, poprawnie zrozumie ktoś inny? Przecież on przebywa we własnym świecie pojęć. Jak to ujął Ludwig Wittgenstein: Granice mojego języka są granicami mojego świata. Literatura i żywy dialog pozwalają zatem poszerzać horyzonty, ale nie przekraczać, bo nie wejdziemy do umysłu drugiej osoby. Filozofia języka nie radzi sobie rozstrzygająco z podstawowymi zagadnieniami, ale wydaje się, iż chętnie powitałaby w świecie jakiś uniwersalny, powszechnie zrozumiały, niedwuznaczny język.

Tylko wyobraźmy sobie książkę, w której zawarty jest rzeczywisty świat. Myśli wyrażone byłyby precyzyjnie, ujęte w pełni, jednoznacznie, zgodnie z prawdą i intencją autora. Ba, byłby w tym dziele czytelny sam pisarz. Bez niedomówień, bez koniecznych domysłów i interpretacji. Póki co, literatura – przynajmniej dla mnie – jest czyjąś wizją świata i tylko dzięki temu, że w niektórych punktach pokrywa się z moją, wywołuje we mnie pewne poruszenia. W gruncie rzeczy jednak jest to sfera spoza mnie, ani nie jest moja, ani ja do niej nie należę. Wypożyczam ją sobie, albo lepiej powiedzieć: biorę w dzierżawę i czasem uprawiam. I te uprawy to taka trochę sztuczna hodowla. Wydaje mi się bowiem, że nikt na co dzień nie patrzy na świat przez poetyckie filtry, nie myśli językiem literackim, że dopiero na użytek tworzenia przełącza się w tryb poety, czy literata.

Sam – przyznaję – mam ciągoty refleksyjno-filozoficzne i daję im upust; jednak u mnie metafizyka i filozofia nie są gęste, zawiesiste, skondensowane. A dzięki temu chyba zyskują na większej przejrzystości. Po co komplikować hermeneutykę innym ludziom, skoro po sobie wiem, jak trudna to sztuka. Staram się nie pozostawiać nikomu zbyt dużego pola do interpretacji, do spekulowania nad moimi słowami w stylu: zjadłem, nawet smakowało, ale co to właściwie było. I nawet jeśli jakiś ciemny smak zatrzymuje się czasem goryczką na krawędzi przełyku, to nie przykleja się trwale do sklepienia podniebienia (tudzież czaszki). Ostatecznie trafia dalej i, jak mam nadzieję – nadaje się do strawienia. Czyż tak nie jest lepiej?

Nie przeczę, iż lubię obcować z ujmującym językiem, czytam literaturę piękną i poezję (sam nawet trochę tworzę), jednak w tym wypadku przestawiam się na tryb przyjemności. Robię to niejako dla rozrywki, urozmaicenia. I cieszy mnie taki bonus, gdy przy okazji mogę się ubogacić duchowo, albo poszerzyć wiedzę. Jasne, że nie ma nic złego w tym, aby zachwycającym, bogatym językiem wyrażać bardzo konkretne myśli; i prawdopodobnie można to pogodzić bez utraty sensu, bez zafałszowania przekazu. Na tym polega sztuka. I jest to sztuka niełatwa. Lecz poza pragnieniem przyjemności chyba niczym więcej nie da się jej wytłumaczyć. Ludzie sprawnie operujący słowem potrafią, korzystając z różnych chwytów stylistycznych i bogactwa środków artystycznego wyrazu, wywołać u odbiorcy określone skojarzenia, reakcje, emocje, refleksje. Trzeba jednak pamiętać, iż jest to de facto manipulacja, niewiele różniąca się od tej stosowanej w retoryce przez zdolnych oratorów.

Filozofowie też mają skłonność do upiększania swych wypowiedzi; sięgają po metafory, wyszukują paralele, poetyzują, ubarwiają, a do tego uprawiają słowotwórstwo – w zasadzie po to, by lepiej ująć swoje myśli, by obrazowo trafić do rozumu odbiorców. Jeśli mam być szczery, nie zawsze mi się to podoba, niemniej rozumiem, iż w niektórych sytuacjach bywa to najlepszym sposobem. Człowiek pierwotny mógł zrobić funkcjonalny nuż i już, i na tym poprzestać. Ale któregoś dnia ozdobił rękojeść rzemykiem i wyrył na niej wzorek. To niczemu praktycznemu nie służyło, ale i nie szkodziło – a przecież cieszyło myśliwego. Z językiem chyba jest podobnie. I tak samo można nim budować, jak i niszczyć, pomagać, jak i ranić, zbliżać ku prawdzie, albo od tejże oddalać. Można mówić prosto i klarownie na miarę swych zdolności, przy czym mało kogo takie słowa urzekną. Można też ubarwić tą samą wypowiedź, nasączyć metaforami, epitetami, symboliką, upstrzyć hiperbolami i peryfrazami, wzbogacić o neologizmy, ująć w barokowe ornamenty i półstronicowe zdania iskrzące się brylantami konceptu, wykończone frazeologiczną sztukaterią – i zyskać zachwyt, lecz zagłuszyć wątek. Trudno o równowagę między treścią a formą. Pytanie więc: czy wolno finezją i pięknem przesłaniać precyzję i… prawdę.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 5 maja o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: retoryczne piękno języka. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i postawić retoryczne pytania.

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta – tradycjonalnie

Nie jestem człowiekiem zbytnio uduchowionym. Mógłbym rzec, iż mam duchowość karalucha. A ponieważ trochę mnie to martwi i… zawstydza, pocieszam się mówiąc Bogu: Jakąż wspaniałość pozwalasz nam poznać w swych niezwykłych dziełach, stwarzając choćby te głęboko uduchowione karaluchy. A poważnie; mimo poczucia osobistej małości duchowej, miewam czasem refleksje na tym polu. Nie tak wzniosłe, jak ojcowie i doktorzy Kościoła, ale co najmniej jak karaluchy w szparach kościelnej podłogi. Coś tam dotarło do mnie z ambony, coś zostało, a potem konfrontacja z codzienną rzeczywistością, niczym zgrzyt krzesiwa o kamień – wywołuje iskrę.

Kiedy przychodzą święta religijne, mam wrażenie, że o ile w ogóle zastanawiamy się nad ich istotą, to traktujemy je głównie jako wspomnienie ważnych wydarzeń. I tak, jak przy świętach państwowych, czy znaczących rocznicach – bierzemy udział w obchodach. Celebrujemy pamięć o czymś, co kiedyś się wydarzyło, a co powtórnie się nie wydarzy. Oddajemy cześć przeszłości. Tymczasem święta powinny być żywym uczestnictwem w czymś, co autentycznie odbywa się w ich czasie. Co faktycznie ma miejsce, a nie jest jedynie odgrywaną powtórką jakiegoś starego spektaklu.

O co mi chodzi? Hm, mam trudność z uchwyceniem tego słowami, bo unosi się gdzieś w obszarze intuicji. Zastanawiam się, czy być może nie idzie o zazębienie dwóch pojęć: pamięć i tradycja. Gdy świętowanie polega tylko na wspominaniu, oddziela nas od bohaterów wydarzeń, sytuuje w pozycji odległego obserwatora, a nie uczestnika. To prawda, że nie ma już możliwości fizycznego towarzyszenia Jezusowi. Ale religia, w której centrum On się znajduje, jest jakby przedłużeniem Jego działalności na Ziemi. No, i stworzyliśmy tradycję, która obfituje w szereg obrzędów i atrybutów. Jest to bogactwo, które ma potencjał energetyczny, mogący wyzwolić rzeczywiste, głębokie emocje. I tego wszystkiego możemy rokrocznie aktywnie doświadczać. Żywo, z uczuciowym zaangażowaniem.

Przecież nie w tym rzecz, aby wspominać Jezusa, albo co gorsza wspominać i bezwiednie naśladować powstałe rytuały i uroczystości. Potrzebna jest świadomość i wyczucie priorytetów – a przecież wiadomo, co gra tu główną rolę, a co jest rekwizytem i scenografią. Mówi się o kultywowaniu tradycji – i pięknie by było. Ale czyż nie dostrzegamy jej spłycania. Zaczyna przypominać mechaniczną powtarzalność gestów i rutynowych ceremonii. W dodatku zawężanych i okrawanych, bo choćby w taki śmigus-dyngus angażuje się coraz mniej młodych osób.

Tymczasem mamy wspaniałą sposobność, by wziąć udział nie w obchodach świąt, lecz w świętowaniu. I – co ważne – prawdziwie cieszyć się Zmartwychwstaniem. Czy nie jest to tylko echem wydarzeń sprzed dwóch tysiącleci? To zależy od nas. Co towarzyszyło apostołom i uczniom Chrystusa, ma szansę zaistnieć w naszych czasach, w naszych sercach. Można czuć, przeżywać duchowo i nosić w sobie to samo, co oni. Powiem więcej, w przypadku części osób to zachodzi, po prostu dzieje się. Łączy ich z dawnym czasem, niczym jakiś mistyczny, energetyczny łańcuch, do którego dołączają kolejne, wcale nie słabsze, czy gorsze ogniwa. Trzeba się tylko podpiąć, aby poczuć prąd stawiający do pionu wszystkie włoski na skórze.

O ile religia jest dla mnie czymś w rodzaju protezy, która zastępuje fizyczną obecność Jezusa, podkreślając ważniejszość jego duchowej obecności – to tradycja przypomina laskę, na której dodatkowo można się wesprzeć. Nie chcę jej przeceniać i mam świadomość jej zmienności, nietrwałości, ułomności i innych …ości, które mogą nam stanąć w gardle. Lecz z drugiej strony wiem, że tradycja i związane z nią obyczaje, są zawsze odpowiedzią na wewnętrzne potrzeby. Jezus też to rozumiał. Mówiąc „… to czyńcie na moją pamiątkę” polecał powtarzać pewne rytuały, ale nie dla nich samych, lecz dla symbolicznego aktu repetycji i naśladownictwa Mistrza. Mistrza, który wiedział, że nie jest to istotą Jego nauk, ale ma swoją siłę i szczególną wymowę. A kto powtarza, nie zapomina. Zaś każdy rytuał stanowi odpowiedź na pragnienie silniejszego przeżycia duchowych uniesień, pragnienie bliskości w rodzinie i wspólnocie, pragnienie wzmocnienia i ubogacenia. 

Jeżeli więc jeszcze nie zagłuszyliśmy tych ważnych potrzeb komercyjnymi chwastami, to tradycja może być pięknym punktem wyjścia do prawdziwego świętowania. Do celebrowania świąt, które są, dzieją się. A nie stanowią zwykłego wspomnienia. Tak przynajmniej wydaje się jednemu karaluchowi.

Kłaniam Martinus

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLVII – czyli złudne piękno ptasich trelów

To dla mnie wciąż zadziwiające, z jaką lekkością wielu ludzi nadinterpretuje świat zwierząt i przykłada jego przejawy aktywności do swojej miary. Antropomorfizujemy przyrodę i to nie tylko w bajkach, przysłowiach, lub fraszkach. Weźmy dla przykładu ptasie chóry, których wiosną tyle koncertuje. Wysokie tony, gwizdy, świergoty i przeciągłe kwilenie kojarzymy z głosikami dzieci, delikatnością dziewczęcych chichotów, piskiem rozbawionych maluchów, czymś śpiewnym, melodyjnym i jakoś tak niegroźnym, niewinnym. Tymczasem, gdyby przetłumaczyć ptasie trele na ludzki język, okazałoby się, że wykrzykują mniej więcej takie słowa:

Pójdź, pójdź mała! Patrz, podziwiaj!
Piórrrka innych są okropne.
Ze mną będziesz wyżej fruwać.
Stwórzmy gniazdko, ćwierkam szczerze.

Spadaj, sąsiad! To mój teren!
Precz, precz! Zwiewaj, bo cię dziobnę!
Bój się, bój się. Czuj, czuj, czuwaj!
Kot, kot! Fruńmy, bo nas zeżre.

Krótko mówiąc, ptaki głosem (choć nie tylko nim) określają granice i bronią swego terytorium, wszczynają alarm przy zagrożeniu oraz przywołują partnerki. Czyli ludzi zachwycają groźby, zaczepki, histeryczne wrzaski i nachalne podrywy. Że też człek nie rozmiłował się w tym, jak psy ujadają broniąc swego podwórka, albo jak koty marcują, jazgocząc w rywalizacji o teren i samiczki. Ba! nawet nie wszystkie ptaki fascynują ludzi, gdy wyrażają dokładnie to samo, ale wykluły się gęsią, kurą, sroką, czy też sójką, mewą albo przykładowo kormoranem. Gdyby stworzyć nagranie ze „śpiewem” powyższych opierzonych nie byłaby to relaksacyjna ścieżka dźwiękowa.

Czyj dobrostan najważniejszy

Odkąd pojawiło się życie na naszej planecie, jego nosiciele toczą walkę o przetrwanie. W pierwszej kolejności chodziło o poradzenie sobie z przeciwnościami, jakie fundowała im przyroda nieożywiona. Potem dochodziły zagrożenia ze strony drapieżników. Każdy gatunek walczy o swój byt. Również człowiek, który mimo iż wyewoluował w najbardziej niezwykły sposób, nadal jest reprezentantem ogromnej rodziny żywych stworzeń. Lubimy myśleć, że się z niej wywodzimy i sugerować w ten sposób, iż to jedynie nasza ewolucyjna przeszłość. Tymczasem nadal doń przynależymy, jesteśmy jej częścią, współtworzymy ją. To każe postawić sobie pewne pytanie. Czy z tytułu większej świadomości swego wspólnego losu, z racji szczególnych możliwości intelektualnych i technicznych jesteśmy bardziej odpowiedzialni za przetrwanie nie tylko własnego gatunku? Czy jesteśmy zobowiązani dbać o inne formy życia?

A jeśli odpowiemy twierdząco, to jak mamy osiągnąć na tym polu jakiś sensowny skutek, skoro nie rozumiemy przyrody. Za sprawą wyobraźni dopowiadamy sobie własną narrację do tego, co obserwujemy w świecie zwierząt i roślin. Wymyślamy pewne scenariusze, przypisujemy role i nadajemy własne, ludzkie sensy. Dlatego ptaki nadal wyłącznie śpiewają, a te obdarzone brzydszym głosem – hałasują. Nieliczni potrafią spojrzeć z innej perspektywy, a przynajmniej próbują odrzucić stereotypy i zamierzchłe racjonalizacje. Wszak dopiero od niedawna śmielej przyznajemy, iż zwierzęta to nie rzeczy i mają swoje prawa.

Z drugiej strony, prawa owe sami ustalamy, zgodnie z własnym wyobrażeniem i uznaniem. Jak to więc jest: czy przyrodzie przysługują pewne prawa z tytułu na przykład jej wartości, złożoności życia pod względem odczuwania bodźców, wyrażania emocji, lub zdolności do różnego stopnia uspołecznienia? Czy też jedynie takie prawa, jakie człowiek jej łaskawie przyzna? Przecież wiele programów ochrony środowiska ma na celu nie tylko prawa zwierząt do egzystencji w dobrostanie, lecz przede wszystkim dobro człowieka w perspektywie przyszłych pokoleń. Zatem chronimy przyrodę, jako pewne zasoby, które chcemy zachować dla potomków.

Duszność i bezduszność

Co prawda zgadzamy się z tym, że Arystoteles, wtórujący mu Tomasz z Akwinu, czy choćby Kartezjusz błądzili, odmawiając zwierzętom posiadania duszy i możliwości odczuwania. A jednak w dusznych pomieszczeniach wciąż hoduje się zwierzęta w bezdusznie przemysłowy sposób. Przy tym wykorzystuje do eksperymentów i traktuje bez szacunku. Nierzadko współczesnym ludziom zbytnią trudność sprawia pójście przynajmniej za myślą Kanta, który – choć nie przeceniał wartości zwierząt – zalecał wyzbycie się okrucieństwa, bo każda jego forma degraduje moralnie człowieka.

Niby pojawiały się głosy zawierające więcej troski. Chociażby takich wegetarian, jak Pitagoras, który uważał, że zwierzęta mają nieśmiertelną duszę oraz Teofrast, twierdzący, że rozumują i odczuwają podobnie, jak ludzie. Również Platon, czy św. Franciszek nie traktowali zwierząt, jako przedmioty. Jednak po upływie setek lat od ich słów, wciąż daleko nam do uznania zwierząt za osoby. Najwyraźniej samo przyjęcie faktu, że istoty te potrafią cierpieć, to za mało. Przecież wiemy, iż ludzie mogą cierpieć, a nie powstrzymuje nas to od zadawania im cierpienia. Zapewne dlatego ani Jeremy Bentham, czy późniejszy Arthur Schopenhauer, ani nam współczesny Peter Singer oraz Tom Regan nie przebili się do powszechnej świadomości ludzi. Aczkolwiek w kwestii praw zwierząt zdziałali naprawdę całkiem sporo.

Rzecz w tym, iż nie wystarczy dotrzeć z przesłaniem do wszystkich ludzi – co może nawet jest już bliskie urzeczywistnieniu – tylko spowodować zmianę postaw i stosunku do naszych braci mniejszych. Z tego powodu ptasia brać wciąż tylko śpiewa, bo człowiek nie rozpoznaje w tym niczego więcej, nie rozumie głosu przyrody. Dawno temu przestał się weń wsłuchiwać a tym bardziej przejmować i trudno to zmienić. Stąd narzucamy sobie prawne ograniczenia w wykorzystywaniu zwierząt i eksploatacji środowiska, sami sobie wyznaczamy coraz surowsze kary za ich złe traktowanie… Tylko ile jest w tym rzeczywistego dobra, skoro de facto wymuszamy na sobie łagodność, dbałość, troskę, współczucie i etyczne postępowanie. Czy człowiek staje się dobry, gdy ze strachu przed karą nie czyni zła?

Sądzę, że należy to przedyskutować – przy kawce => Głos kawki zwyczajnej (Corvus monedula) – YouTube. Zapraszam 7 kwietnia o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: czemu ptaki nie śpiewają. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i poćwierkać filozoficznie.

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Święto Dziewczynek

Jako przedszkolak śpiewałem piosenkę, która szła jakoś tak:

Dzień Kobiet, Dzień Kobiet
Niech każdy się dowie,
że dzisiaj święto dziewczynek.
Uśmiechy są dla nich,
zabawa i taniec,
piosenka z radia popłynie.

I gdy próbuję przyłożyć te słowa do codziennej rzeczywistości, brzmią nie tyle infantylnie, co gorzko. Szczególnie w obliczu wojny, którą najczęściej wywołują i prowadzą mężczyźni, a najdotkliwiej przeżywają kobiety i dzieci. W sytuacji zagrożenia życia typowe życzenia, jakimi obdarowuje się Panie, zakrawają o trywialność. A pompatyczne na pozór życzenie pokoju dziwnie nabiera wymiernego sensu. Czy wyłącznie u mnie budzi się poczucie relatywności.

Właśnie ta dziecięca piosenka uświadamia, jak zmienna bywa ocena tego, co jest ważne. Kobiety uciekające przed wojenną pożogą mają inne priorytety. Może jeszcze te “uśmiechy dla nich” jakoś się bronią, ale “zabawa i taniec” – to raczej im nie w głowie. Zwłaszcza, że z radia, obok piosenek – często ukraińskich – płyną pełne grozy komunikaty. Jak tu więc życzyć szczęścia, zdrowia, pomyślności, spełnienia marzeń, sukcesów zawodowych… Jasne, to też ma znaczenie. I aby mogło się urzeczywistnić, potrzebny jest między innymi pokój. Ale aktualne spojrzenie się zmieniło. Bardziej odpowiednie zda się życzenie spokojnego snu i czystego nieba, z którego nie spadnie bomba. Żeby można było wrócić do domu i czuć się bezpiecznie. Aby było co zjeść i nie zabrakło nikogo z bliskich przy stole. By nie było powodu do strachu i łez.
Tego życzę z okazji Święta Dziewczynek.

Kłaniam Martinus

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLVI – czyli dawajcie, a będzie wam dane

Wydaje się, że wymiana coś za coś, jest czymś oczywistym i wręcz naturalnym. Otrzymać coś, dając coś w zamian wydaje się uczciwe, a co za tym idzie oczekiwane, pożądane, nawet konieczne. Czy będzie to handel wymienny, czy kupienie czegoś za pieniądze, czy odwdzięczenie się przysługą za przysługę – mechanizm jest podobny. A jednak są sytuacje, które budzą naszą dezaprobatę, jak wymiana dziewczęcia za kilka wielbłądów, opłacenie mordercy, zrewanżowanie się pomocą w kradzieży. Wiele zależy po prostu od kontekstu. A także od uznawanego kodeksu etycznego. Jezus nauczał: Dawajcie a będzie wam dane. Miał, rzecz jasna, na myśli wyświadczanie dobra. Obiecywał za to otrzymanie nagrody i to odmierzonej solidną miarą. Czy nie jest w tym ukryta pewna zachęta do interesowności – przecież nie mówił po prostu: Dawajcie.

Daj, byś otrzymał

Podobnie jest przykładowo z korupcją (łacińskie: corruptio to zepsucie i demoralizacja). Platon w „Prawach” stwierdził, że należy potępiać tych, którzy przyjmują łapówkę. O zjawisku tym pisał Arystoteles jak też Machiavelli, Monteskiusz i inni. Jak widać, odwieczny to problem. Ogólnie chodzi o to, że strony zaangażowane w korupcję zawiązują ze sobą porozumienie na zasadzie „do, ut des” (daję, abyś dał). Innymi słowy zawsze idzie o pewne korzyści, ale – uwaga! – osiągane przy nadużyciu, lub złamaniu prawa. Nie jest to więc wyłącznie kwestia moralna.

Alegoria korupcji

Platon w “Państwie” przytacza dialog, w którym Sokrates wyjaśnia Adejmantowi, jak należy młodych ludzi wychowywać i kształtować, aby byli dobrymi obywatelami. Z dialogu filozof wysnuwa wiele przestróg i osądów moralnych; pośród tego bogactwa jest i fragment, gdzie Sokrates radzi: Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta: Dialog o boskiej zabawce z obiadem i kotami w tle

Dzieci uwielbiają zabawki. To pewnie pierwszy powód ich radości ze świąt, bo kojarzą im się z prezentami. Wszystko to truizmy, wiem. Ale dorośli też uwielbiają zabawki. I prezenty, jakie sobie robią, stanowią niejaką ich namiastkę. I nie muszą to być żadne urządzenia z AGD, elektroniczne gadżety, narzędzia, sprzęt sportowy czy inne przedmioty, które łatwo określić mianem zabawki. W szerszym, egzystencjalnym i metaforycznym sensie, nawet szalik, bilet do opery, książka, perfumy, lub słodycze są to jeno zabawki, jak wszystkie rzeczy, w które obrastamy. Nie bez powodu wśród synonimów zabawki znajdujemy takie określenia, jak: bagatela, błahostka, fraszka, bzdet, drobnostka, głupstwo, igraszka. Można by rzec: wszystko to marność i zabawka. Zdarza się też niestety, iż nie tylko chodzi o przedmioty, ale również inni ludzie są traktowani, jak zabawki. I tu, jeśli wolno, chciałbym wrócić pamięcią do pewnego słonecznego, bodaj wiosennego dnia.

To była sobota. Pora obiadu. Akurat zasiedliśmy z żoną do stołu. Kwaskowy aromat zupy ogórkowej pobudzał ślinianki. Obok nas kręciły się koty, jak zwykle licząc na jakiś smaczny kąsek, mimo że zapach nie zapowiadał niczego, za czym by przepadały. W radio skończyła się melodia, będąca ścieżką dźwiękową jakiegoś filmu. Spikerka opowiadała o czymś ciepłym głosem. W pewnym momencie wspomniała o Boskiej Florence, ilustrując swą wypowiedź jej niemiłosiernie fałszującym śpiewem. Spojrzeliśmy z żoną na siebie i uśmiechy wypłynęły na nasze twarze.
Oboje mieliśmy bowiem okazję obejrzeć niegdyś film dokumentalny o tej kobiecie, a jakiś czas potem również kinową historię ze świetną kreacją Meryl Streep oraz Hugh Grantem w roli jej męża. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię tylko, iż Florence Foster Jenkins była amerykańską śpiewaczką operową – a przynajmniej za taką się uważała. Prawda wyglądała jednak inaczej. Nie tylko słoń nadepnął jej na ucho, ale jeszcze słonica i małe słoniątko – z kolegami. Mimo to Boska Florence nie zrażała się słowami krytyki, uznając je za przejaw zawiści, a dzięki odziedziczonemu majątkowi realizowała swoje sceniczne marzenia, a nawet nagrywała płyty. Na jej występy przychodziły tłumy, lecz głównie dla rozrywki, by mieć ubaw z jej skowytów i rozbuchanych, czasem groteskowych strojów, które sama projektowała. Możliwe, iż jej bezkrytyczna wiara w talent miała jakiś związek z prawdziwym imieniem: Narcissa. Ja część winy jednakowoż przypisałbym jej mężowi, który udzielał jej heroicznego wsparcia, chroniąc przed prawdą i ludzkimi szyderstwami. Darzył ją niezwykłą miłością i albo też nie miał słuchu, albo współzawodniczył z Karlem Schneiderem o miano męczennika XX stulecia. Czytaj dalej

5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLV – czyli wątpliwy koniec zła

W komentarzu pod jednym z internetowych artykułów przeczytałem opinię, z której przebijała pocieszająca wiara w trwałość i tryumf dobra: Każde zło ma swój koniec, natomiast dobro – nie. Na pierwszy rzut oka pierwsza konstatacja nie budziła moich wątpliwości, za to druga nie całkiem trafiała mi do przekonania. Co do zła: można założyć, że wszystko, co ułomne i niedoskonałe, wszystko co przygodne, co pojawiło się w pewnym momencie, a wcześniej nie istniało – wszystko to kiedyś spotka koniec. Taka jest natura rzeczy. Jeśli czegoś nie było, to jest do pomyślenia sytuacja, gdy tego równie dobrze znów nie będzie. Ale czyż dobro nie zaistniało, podobnie, dopiero w pewnym momencie.

Istnieje opinia, że wszystko, co istnieje, każdy byt, jest mniej lub bardziej, ale jednak dobry. Już przez sam fakt, że jest – że stanowi coś pozytywnego wobec ewentualności niebytu. Nawet Pismo Święte mówi, że gdy Bóg stwarzał kolejne elementy świata, to patrzył na nie i widział, że są dobre. Problem w tym, że nie dla wszystkich Biblia stanowi autorytet. Niemniej z filozoficznego punktu widzenia, wszystkie byty są dobre, a różnią się jedynie stopniem owego dobra. Odwrotnie na to patrząc, mówi się, iż zło to brak dobra. Nie całkowity, bo całkowity brak dobra sprowadza byt do nieistnienia. Natomiast częściowe braki są właśnie przejawem zła. I dotyczy to jednako zła fizycznego oraz moralnego. Jak wiadomo otaczające nas byty fizyczne, czyli cała materia nieożywiona i ożywiona, pojawiły się w pewnym momencie dziejów i siłą rzeczy spotka je koniec. Zatem można stwierdzić, że dobro pojawiło się i kiedyś zniknie – wraz z nimi. Patrząc jednak z szerszej perspektywy, każdy byt fizyczny ma swe źródło w materii, która nie przestaje istnieć, a jedynie zmienia formę. W związku z tym jej właściwość, jaką jest dobro, będzie trwać, choćby w kosmicznym rozproszeniu. Przynajmniej aż do momentu, gdy Wszechświat skurczy się, zapadnie w sobie i przestanie istnieć, jak przed wielkim wybuchem. Pod warunkiem wszakże, iż taki los faktycznie go czeka. Czytaj dalej

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Spotkanie Pogadalni. Nareszcie!

Minęły wakacje akademickie – a w sumie wszelkie inne również – i zbliża się pierwszy wtorek miesiąca. W lepszych (czyt. zdrowszych) czasach oznaczało to zwykle powrót do spotkań pogadalniowych. I miło mi zakomunikować, iż podejmujemy próbę takowej reaktywacji. Ponieważ jest to wydarzenie szczególne, temat wybrał sam Wielki Pogadalnik i niniejszym cytuję jego słowa:
Nasze pierwsze spotkanie. Pierwsze po wakacjach, pierwsze po trzeciej fali, pierwsze “na żywo” po długim czasie. Chcemy się znowu SPOTKAĆ. Co to znaczy? Czego chcemy kiedy mówimy, że chcemy się spotkać? Proponuję po sokratejsku “zagłębić” się w to coś.
Po pierwsze. Co różni spotkanie od innych pokrewnych zdarzeń takich jak , “zetknięcie się z kimś”, “natrafienie na kogoś”, “przebywanie z kimś”, co jest istotą spotkania? Czyli, innymi słowy, co czyni spotkanie spotkaniem? Czy jest coś takiego jak spotkanie prawdziwe i spotkanie pozorne?  Czy istnieją jakieś warunki konieczne “bycia spotkaniem”?
Jak wiadomo od początku XX wieku za sprawą Ebnera, Lewinasa, Bubera a u nas Tischnera te pytania są częścią kultury filozoficznej Zachodu. U nas w Pogadalni wracają co jakiś czas i domagają się odpowiedzi. Jak wiadomo Pogadalnia nie jest seminarium naukowym, nie chcemy spotykać się aby zgłębiać książki mimo szacunku do  znakomitych dzieł filozoficznych. Spotykając się  chcemy przede wszystkim odnosić się do własnego doświadczenia.
Jak wiecie mam syna autystycznego. Moje spotkania z nim, a raczej próby i porażki w przedzieraniu się do obszaru SPOTKANIA, ukształtowały moją filozofię spotkania. Myślę, że te moje doświadczenia, jak każde, mają swój wymiar uniwersalny. Chcę się z Wami spotkać, aby również o tym z Wami porozmawiać. Jakie doświadczenia ukształtowały nasze rozumienie spotkania? Z kim chcę, ale nie potrafię się spotkać? A może owszem potrzebujemy ludzi, ale nie SPOTKANIA z nimi? 
Piotr
Czy da się rozgryźć tego orzecha, przekonamy się w najbliższy wtorek, tj. 5 października o godz. 18:00 w Katedrze Filozofów – sala 327. Na co już się cieszę i zapraszam – tak we własnym jak i Wielkiego Pogadalnika imieniu.
Martinus
4.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLIV – czyli tęsknota za beztęsknotą

Pandemia odsłoniła przed wieloma osobami ich tęsknoty; zarówno te głęboko ukryte, jak i te tuż pod powierzchnią skóry, inne zaś, dobrze znane uwydatniła w intensywniejszej postaci. Również członkowie Pogadalni tęsknią za sobą, za żywym kontaktem… Wiele wskazuje na to, iż wytrwałość zostanie wkrótce nagrodzona. W najbliższy pierwszy wtorek miesiąca spotkamy się w formule filozoficznej kawiarenki. O nowym miejscu wspomnę poniżej.

***

Ludzie z tęsknotami mają problem. To zdanie można rozważać na dwa sposoby: po pierwsze ludzie mają problem ze swymi tęsknotami, po drugie ludzie przez tęsknoty mają problem. Skąd się bierze tęsknota? Z braku. Z niedostępności przedmiotu swych tęsknych westchnień. Tęsknota jest pouczająca: uświadamia na czym nam zależy, ćwiczy cnotę cierpliwości (jeśli jest szansa powrotu do obiektu westchnień), każe oswajać poczucie straty (jeśli ów obiekt jest trwale poza zasięgiem). Jednym odbiera siły i radość życia, innych uzbraja w nadzieję i popycha do działania. Bywa również inspirująca, czego przykładem są liczne dzieła sztuki, jakich świat by nie oglądał, gdyby ich autorzy za czymś nie tęsknili. No, i o ileż uboższe byłoby bajanie Homera, gdyby Odys nie tęsknił za domem. Generalnie jednak, jest to uczucie przykre, destrukcyjne i budzące frustrację.

Tęsknota często kreuje mylne wyobrażenia o wytęsknionym przedmiocie, idące w stronę idealizacji i upiększania. A potem, jeśli dane będzie komuś wrócić do tego, za czym tęsknił, często spotyka go rozczarowanie, pt. „inaczej to pamiętałem”. Wszystko dlatego, że tęsknota rozgrywa się w naszej wyobraźni. Towarzyszą jej obrazy upiększonych wspomnień oraz scen przedstawiających, jak wyglądałby powrót. Jedno i drugie jest do pewnego stopnia złudzeniem, lecz nawet gdy to sobie uświadomić, w niczym nie przynosi to psychicznej ulgi. Rozwiązaniem mogłaby być postawa stoicka, czyli studzenie emocji, opanowanie uczuć. Wiadomo, nie da się ich okiełznać siłą woli, czy mocą rozumu – są niezależne od nas, ale chodzi o to, by nie zawładnęły nami i naszymi decyzjami. Zatem z jednej strony wspomnienie czegoś niedostępnego, owiane miłymi skojarzeniami, z drugiej powściągliwość i dystans wobec nieracjonalnych podszeptów naszej uczuciowej sfery. Proste… a jakże trudne zarazem.

***

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, można dojść do wniosku, że winę za nasze cierpienia ponosi wcześniejsze przywiązanie do kogoś, lub czegoś, nie zaś tęsknota, która jest wtórna. Co z tym począć? Czytaj dalej

4/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2 11