1 2 8

Archiwum autora: Martinus

j-Elita filozofów

Czy mieliście tak, że wpadła wam do głowy ciekawa myśl, czekaliście z jej oznajmieniem na odpowiedni moment, aż tu nieoczekiwanie ktoś wygłosił przy was taką samą? Mnie to dotknęło kilka razy. Dlatego taki termin, jak konwergencja budzi we mnie zwykle nieprzyjemne skojarzenia. Aczkolwiek jeśli zetknę się z nią w sytuacjach mnie niedotyczących, wówczas potrafi wywołać zastanowienie, albo i zadziwienie…

Konwergencja to pojęcie posiadające kilka znaczeń, ale podstawowym jest: zbieżność lub powstawanie zbieżności, np. powstawanie podobnych wytworów kulturowych u różnych ludów. Inaczej mówiąc, kilka osób niezależnie od siebie, w różnych miejscach, a i w różnym czasie, wymyśla to samo. I co…? W moim przypadku, nagle pryska cała satysfakcja z poczucia wytworzenia oryginalnej własności intelektualnej. A niekiedy spada przy okazji wartość samej myśli, skoro była łatwo osiągalna dla innej osoby. No i boli, że ktoś mnie ubiegł.

Zaśliniona konwergencja

Tak właśnie było z pewną refleksją, jaka mnie naszła przed kilku laty. Gdy skaleczysz się w palec, bywa że odruchowo wkładasz zranione miejsce do ust. Czujesz słodkawą krew i nie masz oporów, by ją przełknąć. Podobnie bez oporów połykasz czystą ślinę. Ale gdybyś utoczył pół szklanki krwi, albo tyle samo napluł? Czy potrafiłbyś to wypić?

Długi czas nosiłem w głowie te pół szklanki śliny, czekając na stosowny moment, by pokazać relatywność naszego stosunku do własnych płynów. Aż pewnego dnia, na spotkanie Pogadalni wpadł pewien doktor filozofii i pochwalił się identycznym spostrzeżeniem. Bach! Konwergencja napluła mi w oko.

Jednakowoż, tak jakoś jest, że to, co opuszcza wnętrze naszego ciała, chyba podświadomie uważamy za niechciane, niepożądane. Traktujemy to jako coś usuniętego (czasem słusznie, gdy chodzi o wągry, zaskórniki, lub wysmarkaną wydzielinę). A tym samym, w jakiś oczywisty sposób zaczyna to budzić obrzydzenie. I jak widać, nie dotyczy to wyłącznie moczu, kału, potu, czy wymiocin.

U siebie zaobserwowałem jeszcze coś – może pokrewnego. Niby pralka dokładnie pierze i każde ubranie będzie czyste po wyjęciu, a jednak wzdragam się przed jednoczesnym włożeniem brudnych skarpetek i podkoszulków. I miałbym również opory, aby do zmywarki włożyć razem naczynia i nocnik. Wy też? A skoro zahaczyłem o nocnik… to pomówmy sobie dzisiaj o jego zawartości, również zanim ona tam trafi.

Garść ciekawostek językowych

Słyszeliście pewnie takie pojęcie, jak obstrukcja parlamentarna. Gładko przechodzi przez usta dziennikarzom i politykom, a tymczasem obstrukcja to inna nazwa określająca zaparcie i zatwardzenie. Istnieje także słowo obstruent, które poza ogólnym znaczeniem, nazywającym osobę z obstrukcją, ma jeszcze konkretne znaczenie fonetyczne: oznacza po prostu głoski zwarte, zwarto-szczelinowe lub szczelinowe. Hm, grube zatwardzenie przy głoskach zwarto-szczelinowych, to chyba musi brzmieć boleśniej, niż jęk.

Innym pomocnym terminem jest konstypacja – po łacinie constipatio znaczy: skupienie, nagromadzenie. To dawna, ładna a niezbyt powszechna nazwa zaparcia, czy zatwardzenia. Od niej też pochodzi konstypant, czyli człek cierpiący na wspomnianą przypadłość.

A co mamy na przeciwnym biegunie? Biegunkę! Potocznie zwaną rozwolnieniem – a po łacinie: diarrhoea. Ma też inne określenia, np. laksacja (pewnie jakoś powiązana z łac. relaxatio – rozluźnienie) oraz dyspersja (co wśród kilku różnych znaczeń, odnosi się też do stanu rozproszenia substancji w roztworze koloidalnym).

Półpłynnie przejdę do dawnych czasów. Przypominam sobie anegdotę z mojego liceum. Był u nas pewien nauczyciel niemieckiego, importowany z Niemiec. Dziś powiedzielibyśmy native speaker. Nie pamiętam jego nazwiska, nie uczył mnie, ale pamiętam, że jego cechą charakterystyczną była heterochromia; jedno oko miał niebieskie, a drugie zielone. Ponieważ prawie nie znał polskiego, budził powszechne zaciekawienie i częste rozbawienie. Któregoś dnia nie pojawił się w pracy. Zadzwonił z rana do sekretariatu i na tyle, na ile potrafił po polsku wytłumaczył, że ma problemy z żołądkiem i lekarz dał mu cztery dni wolnego. Jako, że był w szkole postacią egzotyczną, chyba jedynym podówczas obcokrajowcem, więc wszystkich zainteresowała jego nieobecność. Jakoś więc informacja z sekretariatu wyciekła do nauczycieli. „Wyciekła” – w tej historii to słowo klucz, a przeciek rozprzestrzeniał się też wśród uczniów. Kiedy jednak nauczyciel już po dwóch dniach pojawił się w szkole, wywołał pewne zaskoczenie i od razu spytano o szybszy powrót. Szeroko uśmiechnięty, głośno i z niejaką dumą, oznajmił na cały pokój nauczycielski: – A, bo już twardo robię.

Z jeszcze jednym terminem – tym razem literackim – chciałbym Was zaznajomić, chodzi o skatologię. W tym przypadku słówko pochodzi z greki (gr. skatós – “kał”) i określa żarty, sceny i aluzje dotyczące ludzkich wydalin. Tak. To co, może kilka próbek. Na początek dzieło naszego hrabiego:

Aleksander Fredro

Ballada o pierdzeniu

Od prawieków w całym świecie,
Kogo kolka w boku gniecie,
Każdy sobie pierdzi chętnie,
Cicho, smutno lub namiętnie.

Stary, młody, mały, duży,
Wszystkim dym się z dupy kurzy,
Każdy chętnie portki pruje,
Bliźnim pod nos popierduje.

Pierdzą panny, dobrodzieje,
Księża, szlachta i złodzieje,
Nawet papież chociaż miernie,
Też kadzidłem sobie pierdnie.

Pierdzą ludzie na siedząco,
Na stojąco i chodząco,
Pierdzą nawet przy kochaniu,
By dać taktu jak przy graniu.

Krasawice w wieku kwiecie,
Pierdzą cicho jak na flecie,
A poważne w wieku damy
Wypierdują całe gamy.

I w teatrze i w kościele,
W dnie powszednie i niedziele,
I filozof i matołek,
Każdy pierdzi ciągle w stołek.

Jeden przebrał w jadle miarkę
I ma w dupie oliwiarkę.
Gdy chciał pierdnąć na odmianę,
Obsrał okna, drzwi i ścianę.

Ten zaś smrodzi jak niecnota,
Jakby zjadł zdechłego kota.
A kiedy się czosnku naje,
To aż wiatrak w oknie staje.

A ten trzeci jest w humorze,
Kiedy pierdnąć sobie może,
Więc natęża siłę całą
By popierdzieć chwilę małą.

Tam jąkała w kącie stoi,
Dupę ściska bo się boi,
Chciałby sobie puścić bąka,
Lecz w pierdzeniu też się jąka.

Jednym słowem w całym świecie,
Kogo bzdzina w dupie gniecie,
Wszyscy niech se pierdzą chętnie,
Cicho, smutno lub namiętnie.

W czasie lekcji Jasio chodzi sobie po pustym korytarzu szkoły i powtarza: “Gdzie tu sens, gdzie logika?”. Dyrektor usłyszał przez uchylone drzwi gabinetu, co Jasio mamrocze pod nosem i spytał o powód. Jasio na to:
– Otóż spierdziałem się panie dyrektorze w klasie, a pani wyrzuciła mnie za drzwi. No i oni tam wszyscy zostali w tym smrodzie, a ja tu sobie na korytarzu oddycham świeżym powietrzem. Więc pytam – gdzie tu sens, gdzie logika?!

Student poszedł do nowego teatru. Podczas przydługiego spektaklu zachciało mu sikać. Wymknął się na korytarz i bezskutecznie szukał toalety. Wreszcie znalazł jakieś ciemne przejście, a w głębi duży wazon. Ośmielony półmrokiem załatwił się szybko i wrócił na widownię. Szturchnął sąsiada i szeptem spytał, czy przegapił coś istotnego w sztuce.
– Właściwie, to nie. Ale była taka głupia scenka: wchodzi człowiek na scenę, sika do wazonu i wychodzi.

I jeszcze anegdota ze zbioru szkiców “Szczęście małych rybek” Belga Simona Leysa. Ponoć ojciec C.S. Lewisa miał w zwyczaju wspominać zdarzenie z pociągu w Ulsterze. Pewien współpasażer, przyciśnięty nagłą potrzebą skorzystał z podłogi. Smród w przedziale był tak straszliwy, że Lewisowi zebrało się na wymioty. Chcąc ich uniknąć, sięgnął po fajkę. Wówczas człowiek siedzący naprzeciwko, który przez cały czas niewzruszenie milczał, pochylił się ku niemu i surowo wskazał naklejkę na oknie: PALENIE WZBRONIONE!

Zaczęliśmy tę listę śmiesznostek od uwalniania gazów. Warto w tym miejscu przytoczyć dziełko Pierre’a-Thomasa-Nicolasa Hurtauta, mianowicie: Sztuka pierdzenia. Esej teoriofizyczny i metodyczny na użytek konstypantów, smutasów, ponuraków, dam melancholijnych oraz wszelkich niewolników przesądu… (1751). Owa rozprawa wykładowcy w szkole (nomen omen) artylerii, została przetłumaczona przez prof. Rutkowskiego. Osobnego przekładu dokonał Jan Kortas, a tekst znalazł się, jako aneks w książce “Dziennik geniusza” Salvadora Dalego. Tam nosi tytuł: Sztuka pierdzenia, czyli podręcznik posępnego kanoniera napisany przez hr. de La Trompette, lekarza Konia z Brązu, na użytek osób cierpiących na zaparcia. Rzekomo Dali wykazywał spore zainteresowanie ową „ulotną” sztuką. Znalazłem też informację, iż zanieczyszczanie powietrza fascynowało Demokryta, Puszkina, Mozarta, czy Guillaume’a Apollinaire’a. Tenże zdaje się, opisał występ znanego wówczas pierdzisty Josepha Pujola, który dał popis na deskach Moulin Rouge, zwieńczony wykonaniem “Marsylianki”.

Ale, ale… Miałem przytoczyć dziełko, a dryfuję po niewłaściwym szambie. Niech o wydźwięku pierdów zaświadczą fragmenty z tłumaczenia Kortasa:

Święty Ebremundus, ów urokliwy filozof, wyobrażał sobie pierdnięcie całkiem inaczej niż gmin: według niego było to westchnienie.(…)

Jeśli poczujesz ciężar, mierząc wychodzące pierdnięcie, będzie to znak, iż należy je mierzyć na wadze; jeżeli twardością się charakteryzuje – na łokcie lub na stopy; jeśli zdaje się być płynem – na kwarty; jeżeli zaś grudkowatością się odznacza – na korce i temuż podobne; ale jeśli uznasz, że z racyi jego zbyt małych rozmiarów nie warto robić doświadczeń, czyń tak jak zacni panowie Verriers: dmuchaj w zadek tak długo, jak ci się spodoba, to znaczy, aż osiągnie ono odpowiednią wielkość.

Dołożę coś jeszcze – rodem z epoki wykwintnych angielskich dżentelmenów, drugiej połowy XIX stulecia. Wyimek pochodzi z pamiętnika W pogoni za pełnią życia, gdzie Frank Harris przedstawia wymowny opis bankietu. Urządził go sir Robert Fowler z okazji ponownego wyboru na lorda majora Londynu.

Właśnie nalewałem sobie porcję klarownej zupy, gdy w nozdrza me uderzył ostry, niewątpliwej proweniencji zapach. Zauważyłem, że mój korpulentny vis-a-vis pospiesznie zabiera się znów do jadła, oblizując wargi (…), połyka olbrzymie kawały mięsa; żyły na czole nabrzmiały mu jak supły sznura, a po wielkiej czerwonej twarzy spływał pot. Nagle usłyszałem niedwuznaczny trzask, a później rozszedł się po pokoju nieznośny odór. (…) Wszyscy goście żarli, (…) zapachy stawały się coraz trudniejsze do zniesienia, aż wreszcie, gdy zaczął się rozchodzić odór przypominający mlecz śledziowy, orgiastyka tego wszystkiego wyrodziła się już w jakieś szaleństwo.

Zwykle człowiek, szczególnie ten uważający się za kulturalnego, powstrzymuje się przed tym specyficznym westchnieniem. Zahamowania przed prykaniem nie muszą wynikać li tylko z zawstydzenia. Czasem nie chodzi o konwencjonalną kulturę osobistą. Bywa, iż blokuje nas poczucie empatii wobec świadków owej czynności, które nakazuje uszanować nie tyle ich zmysł słuchu, co zmysł powonienia. Wszak nie wypada sprawiać bliźniemu przykrości, zwłaszcza w zamkniętym pomieszczeniu. Z niejakim upodobaniem więc wspominam powiedzonko zasłyszane w czasach dziecięctwa, a które było ówczesną regułą savoir vivre: na dworze każdy może.

A skoro o bączkach na wietrze mowa, nie sposób pominąć kapitalnej sceny z francuskiej komedii „Kapuśniaczek”. W scenie owej mamy dwóch trochę stetryczałych staruszków, mieszkańców zapadłej wsi o wymownej nazwie Durnopałki. Na początku filmu, przyjaciele – Claude (grany przez Louisa de Funèsa) oraz Krzywus – siadają wieczorową porą przed domem i elegancko raczą się trunkiem. W pewnym momencie, bez skrępowania rozpoczynają swoisty pojedynek na gazy; kto popisze się bardziej gromkim pierdnięciem. I każdy wydźwięk kwitują pełnym uznania oklaskiem. Smrodliwe kanonady mącą wieczorną ciszę, ku jowialnej uciesze obu gazowników – i zagęszczają mrok, wyciskając im łzy z oczu.

Wydaje się, iż ta krótka symfoniczna rywalizacja jest dla sympatycznych skądinąd sąsiadów specyficznym, acz niewyszukanym rytuałem. Może nawet elementem cementującym ich przyjaźń, zapewniającym o braku barier rodem z salonowej ogłady, potwierdzającym porozumienie dusz (i dup). Następuje po niej przerywnik muzyczny na akordeonie, po czym kolejnymi salwami z trzewi obaj przywołują błyskawice. Rozpoczyna się rywalizacja gromkich bąków z gromami na niebie – rozpętująca w końcu burzę, która obu zuchwalców przegania do domów.

Jest jednak w tej scenie coś prawdziwego. Jest ukazany w prostym człowieku brak zbytecznego wstydu, czy (żeby być bliżej francuszczyzny) brak pruderii. Niegdysiejsza wieś (choć być może dziś też by się podobną znalazło) – wstydziła się nie tyle mniej, co po prostu innych rzeczy. Zawstydzenie dotyczyło bardziej sfer honoru i moralności - choć nieraz było w wypaczonej formie, przypominającej miejski odpowiednik: dulszczyznę. Zwykle wstyd powiązany był ze sferą sacrum. Czyli, owszem – ważne było: co ludzie powiedzą, ale przede wszystkim dlatego, że ci ludzie będą przykładać do tego miarkę grzechu. I ważne będzie rozliczenie się z tego przed Bogiem. Jasne, że nawet prosty człowiek się peszy, że są sytuacje, w których czuje zakłopotanie. Mam jednak wrażenie, że kiedyś akcenty położone były w innych miejscach. Nie wprawiało zatem ludzi w zażenowanie pierdnięcie, chyba, że rozniosło się echem po kościele (i nie tylko echem). A przez to, co naturalne (jednakowoż nie bezbożne) nikt się zbytnio nie rumienił.

Nabożne skupienie – czyli nocnik mistyka

Krąży pogłoska, iż Marcin Luter doznał teologicznego olśnienia podczas posiedzenia w wychodku na klasztornej wieży. Trudno orzec, czy towarzyszyło mu constipatio (przypomnę: skupienie, nagromadzenie) – ale mniejsza o to. Generalnie, mogłoby się wydawać, że o takich okolicznościach nie wypada wspominać, bo uwłaczają powadze samego oświecenia. Z drugiej strony podkreślają ogólną marność ludzkiej kondycji, wobec tego co boskie – kondycji marnej we wszelkich możliwych okolicznościach, nie tylko wychodkowych.

W związku z powyższym pozwolę sobie przywołać ciekawostkę z bardzo mądrej książeczki pt. Sen Alicji, czyli jak działa mózg. Autor, prof. Jerzy Vetulani pisze o pewnym ciekawym miejscu w ludzkiej głowie: Jest w mózgu jeszcze jeden bardzo tajemniczy obszar, nazwany korą wyspową. Jest on wciśnięty między półkule i odpowiada za wrażenia dochodzące z naszego ciała: dzięki korze wyspowej wiesz, że boli cię wątroba albo że zjadłaś coś dobrego, albo że jest ciepło i miło. Pobudzenie kory wyspowej może odpowiadać za przyjemność odczuwaną po zrobieniu kupy. I coś jeszcze: to kora wyspowa w dużym stopniu odpowiada za twoje życie duchowe, możliwe poczucie transcendencji lub mistycyzmu.

Czyli co? W tym samym ośrodku rodzi się frajda z wypróżnienia i przeżycia duchowe (że też Luter o tym nie wspomniał!). Skoro łączy je ta sama część mózgu, to być może mają ze sobą więcej wspólnego, niż sądziliśmy. Możliwe, że pierwsze doznania o charakterze mistycznym mieliśmy właśnie po udanej defekacji. Ot, mistyka nocnika.

Czasem ubikację żartobliwie określa się mianem świątyni dumania. Pytanie: jakim prawem żartobliwie? Otóż każda toaleta to świątynia, każda drewniana wygódka i TOI-TOI to kapliczka, ba! nawet po krzakach można się modlić, pardon! – zadumać.

Zrobiło się świątobliwie. To może odrobina skatologii dla rozluźnienia zwieraczy.

Frącek i Bącek idą polną drogą. Patrzą – leży gówno. Frącek podpuszcza kolegę:
– Jak to zjesz, dam ci stówkę.
– Dobra! – mówi Bącek i zjada.
Jakoś radość Frącka z udanej podpuchy okazała się mniejsza, niż żal po straconych pieniądzach. Kawałek dalej patrzą – leży drugie gówno. Frącek natychmiast proponuje:
– Stary, jak to zjem, oddasz mi stówę. Co ty na to?
– Dobra! – zgadza się Bącek i patrzy, jak kolega zjada śmierdzące znalezisko.
Bącek zwrócił mu stówę. Idą dalej, po czym jeden mówi do drugiego:
– Tak sobie myślę, każdy z nas tyle zarobił, ile stracił, a żeśmy się obaj gówna nażarli.

W samolocie lecą obok siebie, w jednym rzędzie: dwaj Arabowie i Żyd. Arabowie przy oknie, Żyd przy korytarzu. Żyd wyluzował się, rozpiął kołnierzyk, zdjął buty. Arabowie patrzą na niego nienawistnie. Po godzinie lotu jeden z nich wstaje i mówi:
– Idę po colę.
Żyd na to:
– Ależ nie, ja pójdę i przyniosę. Po co pan się ma przeciskać.
Gdy poszedł, jeden z Arabów napluł mu do buta. Po minucie Żyd wrócił, podał colę Arabowi, ten ją wypił. Po kolejnych godzinach lotu drugi Arab mówi:
– Idę po colę.
Żyd zareagował tak jak poprzednio.
Gdy poszedł, drugi Arab napluł mu do buta. Żyd wrócił, podał colę, ten ją wypił. Po kilku godzinach samolot ląduje. Żyd ubiera się, zapina kołnierzyk, wkłada buty i krzywi się:
– Ech, ta nienawiść między naszymi narodami… To plucie do butów, to sikanie do coli.

Dwóch filozofów przy obiedzie:
– Po co jeść? I tak gówno z tego!
– Z głodu jeszcze nikt się nie zesrał…

Starożytni Grecy starali się unikać publicznego używania układu pokarmowego. Czymś niewłaściwym było zarówno spożywanie posiłku w miejscu publicznym, jak i tym bardziej jego wydalanie, czy nawet zauważalne (czyt. słyszalne) puszczanie wiatrów. Aczkolwiek wyjątki się zdarzały, zwłaszcza wśród cyników – że wspomnę Diogenesa z Synopy. Inne podejście prezentowali starożytni Rzymianie. W pomieszczeniach przeznaczonych na publiczne toalety, znajdowało się długie siedzisko, w którym obok siebie wykonane były kolejne, gruszkowate otwory. Żadnych ścianek, parawanów, przepierzeń ani zasłonek. Użytkownicy siadali sobie po sąsiedzku i być może nawet gwarząc o tym, co nowego w senacie, załatwiali swoje potrzeby. Podcierali się wilgotną gąbką morską na patyku i wychodzili z poczuciem ulgi (a może pustki – w kiszkach). Przez wieki wiele się zmieniło. Podobną ławę z otworami widziałem w oświęcimskim obozie koncentracyjnym. Domyślam się, że zmuszanie do publicznego wypróżnienia, było kolejnym elementem upodlania więźniów. Skąd jednak tyle skrępowania w naszych kulturalnych realiach? Przecież jako dzieci nie mieliśmy z tymi sprawami problemów.

Coaching, sorry! KAŁczing dla najmłodszych

Nieco wyżej była mowa o ciekawych książkach, więc w nawiązaniu wspomnę o literaturze przeznaczonej dla dzieci (choć pouczającej również dla rodziców). Cieszyła się popularnością w Szwecji, więc wydano ją i u nas: Mała książka o kupie. Stalfeld Pernilla napisała ją prostym językiem, dowcipnie, ale na poziomie. Treść uzupełniają świetne, kolorowe obrazki. Książka mówi o kupach, ich zapachach, kształtach i rozmiarach, o zatwardzeniu, rozwolnieniu, wizytach w toalecie. O tym, że np. truskawki oraz kwiatki potrzebują kupy, aby rosnąć, a także o tym, iż sławni sportowcy, aktorzy, modelki i królowie – tak samo robią kupę. Zdaniem naocznych świadków, dzieci – inaczej niż zażenowani dorośli – podchodzą do tego zagadnienia z dużą swobodą, bez wstydu, a wręcz z pewną fascynacją. Któż nie widział parolatka, z dumą prezentującego zawartość nocniczka. Albo bez skrępowania wrzeszczącego: mamo, już!!!

Z kręgu szwedzkich wypróżnień jest również książeczka pt.: Kupa, kupa, kupa, napisana przed duet: Alex Schulman, Emma Adbage. Z tego, co wiem, u niektórych rodziców budzi opory przed pokazaniem jej dziecku. Między innymi dlatego, że ma „brzydkie, naturalistyczne obrazki” – inaczej mówiąc, kupa rozlana i rozsmarowana jest wszędzie. Niektórzy podobno konsultowali z psychologiem, czy można pokazać małym dzieciom coś takiego, bez słodkiego różu, pastelowych błękitów i cukierkowych postaci. Tymczasem dzieci nie są zniesmaczone, a przeciwnie – uwielbiają ilustracje wyglądające, jak rysunki robione ręką dziecka. Poza tym treść (ponoć) rozśmiesza do rozpuku. Sugerowałbym zatem zachować ostrożność, gdy ktoś akurat cierpi na laksację.

Inne pokrewne tematycznie pozycje to chociażby: Metryka nocnika czy O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę. Jest też nie mało wydawnictw, które w założeniu mają pomagać w tzw. odpieluchowaniu. Nasza Księgarnia wydała książeczkę Ale kupa! Co masz w pieluszce?, autorstwa Guido van Genechten. Bohaterką jest ciekawska myszka. Dzięki niej dziecko dowiaduje się, jak wyglądają kupy różnych zwierząt, bo mysz zaczepia kolejne zwierzątka i prosi o pokazanie zawartości pieluch. Na końcu zwierzęta chcą by myszka pokazała swoją. A tu siurpryza – w jej pieluszce jest pusto, bo ona kupę robi do nocnika. Spotkałem się z opinią, że książka ma dobry wpływ na te dzieci, które z różnych powodów boją się kupy – oswaja z jej widokiem i przekonuje, że robienie kupy to najzwyklejsza, najnormalniejsza czynność.

Komu mało, temu jeszcze dorzucę dwie propozycje: Basia, Franek i pielucha, Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak (o pewnym Franku, który ma dość chodzenia w pieluszce i chce sikać na stojąco, jak tata). A druga to Żegnaj pieluszko! Jak miś polubił nocniczek (Bellinda Rodick, Kerstin M. Schuld).

Jak widać dorośli dostrzegli wagę pieluchy i uświadamiają dzieci. A te, cóż, w naturalny sposób i z zainteresowaniem brną w ten śmierdzący temat. Rzecz wcale nie jest trywialna. W końcu idzie o poważne sprawy, którymi zajmował się m.in. Zygmunt Freud. Wyróżnił wśród faz rozwojowych człowieka także fazę analną. Psychologowie zgadzają się co do tego, iż w 2-3 roku życia dzieci żywiej interesują się wydalaniem i kupą. Zadają „trudne” pytania, przyglądają się kupie, a nawet nią bawią. Sam pamiętam, jak pewien mój krewny zrobił zawartością pieluchy freski na ścianie przy łóżeczku. Jest więc z jednej strony fizjologia, z drugiej ciekawość świata. A ileż radości mają dzieci z poznawanych słówek, które wbrew rodzicom wypowiadają w najmniej odpowiednich momentach. Niby „pupa”, „kupa” albo „siku” to zwyczajne wyrazy, lecz rodzice bywają zafrapowani, gdy ich pociecha popisuje się znajomością tego słownictwa w miejscach publicznych. Co tylko czyni owe słowa jeszcze fajniejszymi, gdyż wywołują konsternację dorosłych.

Byt określa świadomość – a odbyt określa tożsamość

Ktoś kiedyś stwierdził: jesteś tym, co jesz. Przekornie pozwolę sobie zauważyć, że kiedyś zeżrą nas robaki. Czy jest szansa na to, że będą miały coś z nas? Oprócz konstypacji? Do robaków jeszcze wrócę. Znam ludzi, którzy twierdzą: trawienie warunkuje myślenie. Ba! przypisują nawet trzewiom pewien rodzaj myślenia, rozumienia i czucia. Brzmi absurdalnie? Jedynie z pozoru. Ponoć myślimy nie tylko mózgiem, albo inaczej: mózg to nie cały nasz rozum, bo posiadamy rozumujące części ciała ulokowane również poza puszką mózgową. I nie mówię teraz o autonomicznym (wegetatywnym) układzie nerwowym, który (bez udziału świadomości) rozumnie zawiaduje działaniem naszych organów i czynnościami bezwiednymi.

Okazuje się mianowicie, że nasz układ pokarmowy to drugie co do wielkości skupisko neuronów w naszym ciele. Profesor Emeran Mayer określił je drugim mózgiem (podobnie neurobiolog prof. Michael Gershon) i doszukał się zależności mózg-jelita, wpływających na nasz nastrój, decyzje i stan zdrowia. Nasze bebechy kryją około 100 mln komórek nerwowych – czyli mogą równać się z całym rdzeniem kręgowym. Rdzeniem, z którego wychodzi układ współczulny (sympatyczny) i część układu przywspółczulnego (parasympatycznego). Pierwszy pobudza, drugi hamuje funkcjonowanie m.in. naszych wnętrzności.

Eksperyment sprzed ponad stu lat dowiódł, iż układ pokarmowy wykonuje swoje fizjologiczne zadanie nawet po odcięciu od wspomnianego rdzenia (przynajmniej u psów, na których doświadczenia robili William Bayliss i Ernest Henry Starling – hańba im!). Jest więc w szczególny sposób autonomiczny. Te 100 000 000 komórek nerwowych potrafi wytwarzać neuroprzekaźniki (serotoninę, dopaminę itp.), co upodabnia je do mózgu. I niezwykle ważne jest, co wrzucamy do układu trawiennego, gdyż np. silne antybiotyki potrafią tak zdziesiątkować florę jelit, że w układzie nerwowym pojawiają się stany lękowe. Zmiana składu i proporcji ilościowej poszczególnych bakterii (a mamy ich około kilograma) bywa odpowiedzialna za niektóre przypadki depresji.

Z kolei spożywane nasiona bobu zawierają lewodopę, z której powstaje dopamina – odpowiedzialna za doznania przyjemności. A jedząc czekoladę wchłaniamy anandamid (podobny do marihuany) i fenetylaminę (działa jak amfetamina). Takie na przykład solanina, czy alfachakonina z bakłażanów, pomidorów i ziemniaków, potęgują działanie acetylocholiny – neuroprzekaźnika związanego ze zdolnością zapamiętywania. Swoją drogą, nie zdołałbym zjeść tylu ziemniaków, żeby zapamiętać ich nazwy.

A pamięć jest istotna, gdyż trzeba pamiętać, że układ trawienny to wielce stara struktura. Jakieś 500 milionów lat temu, małe żyjątka – nazwijmy je robakami (obiecałem do nich wrócić) – posiadały prosty układ nerwowy, oplatający między innymi prymitywny układ pokarmowy. Prymitywny, ale będący jedną z najważniejszych części ich robaczego ciała. Wielce prawdopodobne jest, iż z tej właśnie sieci neuronów uformowało się skupisko, z którego później powstał mózg. Zaś działanie tego, co znajduje się w głowie i tego, co w brzuchu jest ściśle powiązane do dzisiaj.

Przykładowo, z jelit pochodzą tzw. limfocyty T regulatorowe, komórki układu odpornościowego, które hamują procesy zapalne w tkankach mózgu zniszczonych przez udar. A ich ilość zależy od prawidłowo działającej flory bakteryjnej. Zaburzenie jej dobrostanu może powodować chorobę Parkinsona i prawdopodobnie również Alzheimera. To nie wszystko; wiadomo np., że chorzy na autyzm często cierpią na zaburzenia pracy układu pokarmowego i mają inną mikroflorę bakteryjną w jelitach niż zdrowi ludzie. Naukowcy dowiedli, że nieprawidłowości pracy jelit oraz mózgu w ich przypadku są ściśle powiązane. Dr Paweł Grzesiowski potwierdza, iż transfer kału z bakteriami zdrowej osoby do jelit autystycznego dziecka zmniejsza zaburzenia zachowań, poprawia koncentrację i mowę.

Przez konkokcję do konkiety

Generalnie rzecz biorąc, rozbudowana sieć zakończeń nerwowych w ściankach jelit stale przesyła, za pomocą nerwu błędnego, sygnały do mózgu. Ma to przełożenie na nastrój oraz rozwój zdolności poznawczych. Wcale nie głupie wydaje się w kontekście powyższych akapitów opisywanie stanów emocjonalnych zwrotami „przez żołądek do serca” lub „coś mu leży na wątrobie”. Powtórzę zatem: jesteś tym, co jesz. Ale dodam: człowiek to przyszłe odchody robaków. Stąd mały apel: lepiej byśmy za życia byli zżyci, niż po śmierci tylko z rzyci (robaczej!).

To może zakończmy filozoficznie. Zdaniem ks. Józefa Tischnera: Góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: świenta prowda, tys prowda i gówno prowda. Kto wie, może wszystko powyższe jest właśnie tą trzecią, za to najważniejszą.

Kłaniam, Martinus

5/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXIV – czyli wyjątkowy = samotny

            Osoby wyjątkowe spotyka różny los: jedne trafiają na piedestały, stają się źródłem inspiracji, są bohaterami książek, pieśni, filmów, rzeźb albo malowideł – inne zmagają się z odrzuceniem, zawiścią, lub wręcz wrogością otoczenia. Albo im się zazdrości,  albo nimi pogardza, jako dziwolągami. Bywa też, że niektórzy próbują zdemaskować czyjąś oryginalność, obnażyć jej faktyczne źródło i wykazać, iż jest echem czegoś, co już było. Przekornie wyraził się o tym Tadeusz Boy-Żeleński, rzucając cierpko: Nic się tak nie powtarza jak ekscentryczność i oryginalność.

            Nie wiem, czy można by uznać za pocieszenie słowa Jima Jarmuscha – uważał on bowiem, że oryginalność nie istnieje i zalecał, aby brać (kraść) z cudzego dorobku, to co przemawia do naszej duszy i z tych elementów budować coś swojego (tudzież swoistego). Bo dzieła stworzone z takich kradzieży mają szanse być czymś autentycznym. Oczywiście jest to otuchą dla zdemaskowanych ekscentryków, gdyż pozostałych może martwić niemożność bycia w pełni wyjątkowym. Pod warunkiem, rzecz jasna, że w ogóle przejmą się słowami Jima J.

            Jak by nie było, kto jest inny od reszty, lub przynajmniej za takiego się uważa, może mieć poczucie osamotnienia w swej inności. Nawet ktoś, komu wcale nie zależy na niepowtarzalności, nawet gdy ją ukrywa, to sama jej świadomość może przygnębiać. Czuje, że nie pasuje do reszty, jak puzzle z innej układanki. A trzeba zauważyć, iż inną jakość ma samotność na bezludnej wyspie, a inną ta w przeludnionym mieście. Kontekst w jakim się człowiek znajduje zmienia postrzeganie i rozumienie tych samych pojęć. Karol Irzykowski powiedział kiedyś: Nawet człowiek samotny nie mógłby się czuć samotnym bez tła, które tworzą inni ludzie.

            Dodałbym, że również ludzie o wyjątkowych ambicjach, porywając się na coś niedostępnego ogółowi, z tego ogółu się wykluczają. Im wyższy postawisz sobie cel, tym bardziej będziesz samotny. – przestrzegał, albo po prostu konstatował Ryszard Kapuściński. Często specyficzny stan osamotnienia odczuwają geniusze. Patrzą na świat innym, szerszym spojrzeniem; dostrzegają niuanse pomijane przez resztę i potrafią zrobić z nich zaskakujący użytek. A jednak mimo swych szczególnych uzdolnień, albo właśnie z ich powodu, w głębi ducha pozostają jednostkowi. Jak stwierdził Arthur Schopenhauer: Samotność jest przeznaczeniem wszystkich wybitnych umysłów. Ha! a pomyślcie, jakże samotny musi czuć się Absolut, mimo próby stworzenia istot na swoje podobieństwo.

            Paradoksem się zdaje sytuacja, w której ktoś chce być niezwykły, bądź dosłownie sili się na oryginalność, szuka sposobów wyróżnienia się w tłumie, a równocześnie nie chce czuć się wyalienowanym, pragnie przynależności do jakiejś grupy. Nawet gdy idzie mu o elitę oryginałów, lub po prostu strefę VIP – jest gotów na kompromisy byle nie zostać samotnym. Smutne jest to, że de facto stara się dostać do grupy innych samotników. Być może to miał na myśli Albert Camus, mówiąc, iż Samotność łączy tych, których zbiorowisko rozdziela. Czy zatem opłaca się być wyjątkowym?

            Zapraszamy 3 czerwca o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: wyjątkowy = samotny. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i poczuć się wyjątkowo, gdyż Tak naprawdę samotni jesteśmy wtedy, kiedy sami od ludzi odchodzimy. – jak uznał ks. Jan Twardowski.

            A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

5/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXIII – czyli im gorszy, tym lepiej

Właściwie powinienem zatytułować ten krótki wpis odwrotnie: Im lepszy, tym gorzej, lecz jakoś mi to źle brzmiało. Zresztą nie ma większego znaczenia, od której strony do tego podejść, bo zasadniczo nie ma większego znaczenia sam pretekst (ale cóż w ogóle ma znaczenie? – że tak filozoficznie zapytam). Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak zapamiętujemy ludzi?

Jeszcze będąc sztubakiem pomniejszej nyskiej podstawówki (ładne kilkadziesiąt lat temu) usłyszałem od nauczycielki spostrzeżenie, które potem znajdywało potwierdzenie w mych własnych obserwacjach przez kolejne lata edukacji. Mianowicie, że nauczyciele najszybciej zapamiętują imiona, a po latach najdłużej pamiętają uczniów, którzy są krnąbrni, niesforni i słabo się uczą. Najwyraźniej pamięć wzmacniały nerwy zszargane podczas bezskutecznych prób okiełznania delikwentów, sprawiających problemy wychowawcze i dydaktyczne. Przy okazji zauważyłem, że odwdzięczamy się tym samym; najlepiej i najdłużej pamiętamy ostrych, wymagających pedagogów, przez których w swoim czasie sporo wycierpieliśmy.

Dorosłe życie nie przyniosło wyraźnych przesłanek, aby podważyć tamte spostrzeżenia. Mamy bohaterów i antybohaterów, mamy ludzi dobrych i złych. Jednak tych drugich łatwiej nam zapamiętać. Z przeróżnych faktów historycznych pamiętamy więcej tych mrocznych, dotyczących wojennego okrucieństwa, ludobójstwa, pustoszących kraj katastrof, dziesiątkujących miasta epidemii, skrytobójczych spisków, masowych egzekucji, krwawych rebelii… A w życiu codziennym? Przecież dłużej i żywiej pamiętamy kogoś, kto wyjątkowo nas skrzywdził, niż kogoś, kto wyświadczył nam jakąś (choćby i wielką) przysługę. Jasne, że na wspomnianych stronach historii wymieniamy zarówno negatywnie oceniane postaci, jak i te pozytywne – kryterium stanowi ważność i wpływ na bieg dziejowych wydarzeń. Tego wymaga uczciwość i rzetelność kronikarza. Czy jednak uczniowie lepiej zapamiętują biogramy świętych, czy czarnych charakterów? I których na kartach historii jest więcej?

Na koniec przyjrzyjmy się życiu i śmierci (au! czy ja naprawdę tak napisałem?). Niegodziwy, okrutny człowiek żyje dajmy na to kilkadziesiąt lat, krzywdząc innych ludzi. Gdy taki nikczemnik umiera przyjmujemy to z ulgą, a nawet z niejakim zadowoleniem. Jeśli jeszcze zdąży dosięgnąć go zasłużona kara, to kwitujemy jego żywot wręcz z radością. Czyż tak trudno o przykłady, kiedy po obaleniu (lub zwykłej śmierci) tyrana, bezwzględnego satrapy, albo krwawego dyktatora, wśród ludzi wybucha fala radości. Wylegają na ulice i świętują. A jeśli dopadną zwłok despoty, to i sponiewierać je potrafią – w poczuciu tryumfu, zemsty, czy swoistej sprawiedliwości. Potem satysfakcja potrafi towarzyszyć wielu kolejnym pokoleniom. Wszak ludzie chętnie rozpamiętują historie, w których triumfuje sprawiedliwość (choćby tylko dziejowa, której przejawem jest krytyczny osąd łotra przez wieki wieków).

Można zadać sobie pytanie, czy to moralne cieszyć się z czyjejś śmierci. Z chrześcijańskiego punktu widzenia, jeśli umiera człowiek, który nie pojednał się z Bogiem, jest to sytuacja smutna. Ponieważ chrześcijaninowi powinno zależeć na tym, aby wszystkie dusze miały udział w radości życia wiecznego. Wynika to z nakazu miłości bliźniego, a nawet nieprzyjaciół i prześladowców. I nie należy patrzeć na śmierć, jak na rodzaj zasłużonej kary (w dodatku boskiej) – bo wszystkich czeka śmierć, tych dobrych również; za co byłaby to kara dla nich. No dobrze, chrześcijanin zatem – zobligowany religijnymi normami – wie, że powinien powstrzymać radość z cudzej śmierci. Inna rzecz, czy się do tego stosuje (poza tym nie wszyscy są ochrzczeni). Wygląda bowiem, że rzadko kiedy ludzie mieli w tym względzie dylematy; wystarczy przypomnieć sobie rozradowaną gawiedź podczas publicznych egzekucji złoczyńców i opryszków. Brawa, okrzyki, gwizdy, wiwaty, a niekiedy później jeszcze pieśni (no, piosenki ludowych bardów) o tym, jak to przebiegało i ile radości było z powieszenia szubrawca. Nawet jeżeli przyjmiemy, że żadną śmiercią nie wypada się napawać, to czy można przynajmniej się cieszyć z wyczekiwanego końca czyichś podłości? Czy wolno odczuwać i okazywać radość z tego, że ktoś nie wyrządzi już więcej zła? Wydaje się, że tak.

Kiedy umiera ktoś dobry, porządny i zasłużony, tłumy żałobników wypełniają cmentarz. Ludzie przeżywają smutek, ból i rozpacz. Chociaż ten człowiek czynił dobro przez kilkadziesiąt lat, trudno w takiej chwili myśleć kategoriami wdzięczności i cieszyć się, że było nam dane z tego czerpać. Trudno też po chrześcijańsku cieszyć się, że przeszedł do wspanialszej rzeczywistości. A jeśli przy tym nie doczekał się on tu, na ziemi uznania, zasłużonej pochwały, podziękowania, lub godnej nagrody, żegnamy go z poczuciem, iż zaszła jakaś niesprawiedliwość. U wielu ludzi, przez kolejne pokolenia, jego los będzie wzbudzał żal.

W skali epok życie ludzkie to krótki epizod, ale jeśli dany człek dokonywał czegoś znaczącego, jego czyny wywierają wpływ i budzą emocje przez długi czas po odejściu z tego świata. Jak wspomniałem: śmierć kogoś złego przynosi radość, a po kimś dobrym jest płacz, zgryzota i cierpienie wielu ludzi. Czyż to nie paradoks, że im ktoś lepszy, tym gorzej. Może zatem na polu moralności wcale nie warto się starać?

Zapraszamy 6 maja o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: im gorszy, tym lepiej. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i podzielić wątpliwość wyrażoną przez Mikołaja Gogola w słowach: Skąd mamy wiedzieć, kto z nas jest większy, kto lepszy, skoro pierwsi będą ostatnimi, a ostatni pierwszymi?

A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coś na święta, czyli: sumienie głosem najwyższego… egoizmu

W różny sposób opisuje się fenomen sumienia. Niewątpliwie jednak jest to wewnętrzny głos, który zdaje się odzywać niezależnie od naszej woli. Pytanie: a co jeśli jest to głos naszego ego? Czy – posuwając się krok dalej – naszego egoizmu.

Przecież tzw. wyrzuty sumienia, jak i spokój sumienia są odpowiedzią na to, w jakim stopniu udaje się nam zachować dobre relacje z otoczeniem. Jeśli nasze zachowanie burzy, lub niszczy porządek w tych relacjach, czujemy dyskomfort. W naszej naturze bowiem zakodowana jest potrzeba akceptacji i lęk przed odrzuceniem. Wszystkie lepiej zorganizowane społeczności (również wśród zwierząt) jako jedną z dotkliwszych kar stosują wykluczenie z grupy. Z krańcową tego formą – czyli eksterminacją – włącznie. Dla własnego więc dobra – i dobrego samopoczucia – pragniemy dobrych relacji z otaczającym nas światem. Tym samym, kierujemy się egoizmem.

***

W tym kontekście frapujące, ale logicznie spójne wydaje się przywołanie przekonania, iż sumienie jest głosem Boga. Wynika bowiem z tego, iż Bóg jest egoistą, co zresztą nie kłóci z biblijnym Jego wyobrażeniem. Mamy przykłady tekstów objawionych, które do takiego poglądu uprawniają. Głównym exemplum będzie pierwsze (z dwóch) przykazanie miłości, które nakazuje człowiekowi kochać Boga. Bo jak nie, to… wiadomo. Teolodzy mówią nam, że Bóg stworzył nas z miłości; tylko zapominają dodać, iż z miłości własnej.

W innych miejscach znajdujemy nakazy posłuszeństwa Jemu i tylko Jemu oraz dawania Mu pierwszeństwa przed innymi: „Nie będziesz miał innych bogów przede Mną”. A u Ezechiela Bóg grzmi: „Wtedy wylałem na nich swe oburzenie z powodu krwi, którą w kraju przelali, i z powodu bożków, którymi go splugawili”. Sam się też Bóg przyznaje, że jest zazdrosny o nasze względy i pamiętliwy, gdy obdarzymy nimi inne bóstwa: „Nie będziesz oddawał im pokłonu ani służył. Bo Ja jestem Pan, Bóg twój, Bóg zazdrosny, karzący nieprawość ojców na synach w trzecim i w czwartym pokoleniu (…)”.

Wszechmogący domaga się szacunku od wszystkich, nie wykluczając kapłanów. W księdze Malachiasza jasno daje im do zrozumienia, kto tu jest najważniejszy: „Syn powinien czcić ojca, a sługa swego pana. Lecz skoro Ja jestem Ojcem, gdzież jest cześć moja, a skoro Ja jestem Panem, gdzież szacunek dla Mnie? [To] mówi Pan Zastępów do was, o kapłani”. Sporo tego: Ja, Ja i JA.

Bóg chce czci i chwały swego imienia, co dobrze rozumiał psalmista, pouczając wiernych: „Chwalcie, słudzy Pańscy, chwalcie imię Pana: Niech imię Pańskie będzie błogosławione odtąd i aż na wieki! Od wschodu słońca aż po zachód jego niech imię Pańskie będzie pochwalone”. Co więcej, nie wystarczy Panu cześć samych wyznawców, ale chętnie przyjmie ją od innowierców. Tak było, gdy Izraelici podpadli Bogu znieważając jego imię. Wygnał ich za to z kraju i rozpędził po innych narodach – wśród których zresztą nadal go obrażali. A co najciekawsze, obwieścił im, że nie zrobił tego dla ich dobra (kara i nauczka), ale dla siebie i swego dobrego imienia, którym chciał zrobić wrażenie na poganach: „(…)rozproszyłem ich [Izraelitów] pomiędzy pogańskie ludy (…) i dokąd przybyli, bezcześcili święte imię moje, podczas gdy mówiono o nich: “To jest lud Pana, musieli się oni wyprowadzić ze swego kraju”. Wtedy zatroszczyłem się o święte me imię, które oni, Izraelici, zbezcześcili (…). Dlatego (…) tak mówi Pan Bóg: Nie z waszego powodu to czynię, domu Izraela, ale dla świętego imienia mojego, które bezcześciliście (…). Chcę uświęcić wielkie imię moje, (…) i poznają ludy, że Ja jestem Pan (…) gdy okażę się Świętym względem was przed ich oczami”.

Generalnie, Absolut pragnie byśmy Go wychwalali, ba! do takiej roli wręcz nas stworzył: „W Chrystusie dostąpiliśmy udziału my również, z góry przeznaczeni zamiarem Boga po to, byśmy istnieli ku chwale Jego majestatu”. I nie tylko mamy Go chwalić tu na ziemi, ale według wizji św. Jana czeka nas to zadanie również w niebie – przez wieki wieków: „(…) ujrzałem: a oto wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć, z każdego narodu i wszystkich pokoleń, ludów i języków, stojący przed tronem i przed Barankiem. Odziani są w białe szaty, a w ręku ich palmy. (…) przed tronem Boga i w Jego świątyni cześć Mu oddają we dnie i w nocy.”. Wypada dodać, że aniołowie mają jeszcze gorzej – i to już teraz, aczkolwiek na końcu czasów, Bóg ponoć będzie oczekiwał podobnych gestów. W tym samym rozdziale Apokalipsy znajdujemy: „A wszyscy aniołowie stanęli wokół tronu (…) i na oblicza swe padli przed tronem, i pokłon oddali Bogu, mówiąc: «Amen. Błogosławieństwo i chwała, i mądrość, i dziękczynienie, i cześć, i moc, i potęga Bogu naszemu na wieki wieków! Amen».”

W natchnionych tekstach psalmów znajdujemy nauki, co czynić, aby podobać się Bogu. We wcześniejszych cytatach trochę zionie grozą, gdyż za sprzeciw wobec boskich oczekiwań, często wymieniana jest kara. Dlatego zakończę wyimkami, które – przyznam – zestawione razem mnie lekko rozbawiły:

Bóg chce chwały ale i chce uwielbienia: „Przyznajcie Panu chwałę Jego imienia, na świętym dziedzińcu uwielbiajcie Pana!”. Chce uwielbień ale i chce wywyższenia: „Uwielbiajcie ze mną Pana, imię Jego wspólnie wywyższajmy!”. Chce wywyższenia, ale i chwały: „Bądź wywyższony, Boże, ponad niebo, a Twoja chwała ponad całą ziemię!” I tak w kółko…

***

Bóg życzy sobie być w centrum zainteresowania człowieka, pragnie najwyższej uwagi, stawia się na pierwszym miejscu w ludzkim życiu. Oczekuje pokory i wysuwa szereg wymagań, których spełnianie jest Mu miłe. W takich wyznawcach ma upodobanie. Czyż to nie jest mieszanka egoizmu, egocentryzmu a do tego narcyzmu (bo trudno przyjąć, że Bóg mógłby nie kochać samego doskonałego siebie). W związku z tym głos sumienia, traktowany, jako głos Boga, to nic innego, jak głos najwyższego… egoizmu.

Mimo tego, jaka pojawiła się konkluzja – a u niektórych i konfuzja – warto żyć w zgodzie z głosem sumienia. Jeżeli bowiem gwarantuje to nam dobre relacje z otoczeniem, w dodatku na zasadzie wzajemności, a przy tym podoba się Bogu, co będzie każdemu z osobna policzone – to czego więcej można sobie życzyć. Chyba tylko radosnych świąt.

 

Kłaniam, Martinus

3.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Filozof – niewolnik. Jaką drogę wybrać?

Był sobie taki filozof, rodem z Synopy – który rozpowszechniał w starożytnej Grecji myśl cyników i to radykalnych – zwał się Diogenes. Gardził rozkoszami i bogactwem, przedkładając naturę nad kulturę. Odrzucał normy społeczne, wzmacniał ciało ascezą, mieszkał w beczce, jak w psiej budzie, hołdował modelowi życia zwierząt i barbarzyńców, a przy tym wszystkim uważał się za kosmopolitę. Porwany przez piratów i sprzedany jednemu z Koryntian, jako niewolnik uczył jego dzieci. Szukał człowieka w człowieku – ponoć manifestując to nawet spacerowaniem za dnia z latarnią w ręku. Za podstawową zasadę przyjął niezależność od otoczenia i samowystarczalność, jakby uwikłanie w układy społeczne było dlań zniewoleniem. Oto kilka z jego myśli:

Jedynym państwem dobrze urządzonym byłoby państwo obejmujące cały świat.

Jestem obywatelem świata.

Lepsza jest uboga mądrość, niż głupie bogactwo.

Bieda jest nauczycielką i podporą filozofii, bo do czego filozofia nakłania słowami, do tego bieda zmusza w praktyce.

Był sobie taki filozof, rodem z Hierapolis – grecki niewolnik, który rozpowszechniał w starożytnym Rzymie myśl stoicką – zwał się Epiktet. Tematyka, której podjęciem się wyróżniał, dotyczyła w dużej mierze wolności. Jego zdaniem, wolność może zapanować wówczas, gdy ludzkie życie podporządkuje się wartościom duchowym, gdy zadba się o rzetelny rozwój umysłowy, a człowiek okiełzna swe pragnienia, miast im ulegać. Oto kilka z jego myśli spisanych przez ucznia:

Czego szuka każdy człowiek? Aby być bezpiecznym, szczęśliwym i bez przymusu robić to, na co ma ochotę.

Prawdziwym panem i królem jest jedynie mędrzec, który uwolnił się od namiętności i niczego nie potrzebuje.

Nie powinniśmy dawać wiary zdaniu, głoszonemu przez wielu, że tylko wolni ludzie powinni być wykształceni, ale musimy raczej uwierzyć filozofowi, który twierdzi, że tylko ludzie wykształceni są wolni.

Tylko ludzie intelektualnie rozwinięci są wolni.

Dziś mija 15 lat od śmierci wyjątkowego barda – Jacka Kaczmarskiego. Nie wiem, czy znał on starożytnych filozofów. Niech jednak ta rocznica stanie się pretekstem do przywołania jego utworu z 1980 roku i zadania sobie pytania o aktualność zawartych w nim słów. (Dopóki wolno stawiać pewne pytania)

Niewolnik – filozof

 Niewolnik filozof prowadzi dysputy
Czasem dostanie coś z pańskiego stołu
Przy pracy nie jest łańcuchami skuty
Lecz mu nie zazdrośćcie łatwego mozołu

Niewolnik filozof uczy pańskie dzieci
Jest jedną z jednych atrakcji dla gości
Kiedy wśród śmiechów aksjomaty kleci
Więc mu nie zazdrośćcie zbyt łatwej mądrości

Niewolnik filozof robi to co umie
Na głód ma pokarm na upał napoje
Ma czas na rozrywki ma czas na zadumę
Więc mu nie zazdrośćcie lekkiego spokoju

Niewolnik filozof pana czasem zgniewa
I nie dostanie za karę kolacji
Lub przywiązany noc spędzi u drzewa
Lecz nie zazdrośćcie mu tej satysfakcji

Niewolnik filozof tak pragnie powagi
Chciałby samotnie zmierzyć się ze światem
Przy stole lub w łaźni spocony i nagi
Sam nie wie kiedy staje się swym katem

 Więc mu nie zazdrośćcie niczego, niczego
Choć was prawdziwy sznur na dłoniach boli
Wśród was wyrośnie i stanie za niego
Mądry i groźny filozof niewoli

4/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXII – czyli życie śmiechu warte

            Pierwszy poniedziałek miesiąca pokryje się z dniem trefnisiów. Wybryki z okazji prima aprilis wymagają od ofiar poczucia humoru. Pamiętam, jak za studenta poszedłem do przychodni ortopedycznej i poprosiłem pielęgniarkę o zdjętą z kogoś gipsową skorupę, którą mógłbym założyć sobie na rękę i udawać rannego. Kobieta przytomnie uświadomiła mi, że taki gips jest niezbyt świeży, niezbyt czysty, niezbyt higieniczny i generalnie niezbyt… Po czym założyła mi świeżą, czystą i higieniczną skorupę na zdrową rękę. Od razu pognałem do ukochanej. Szczerze się przejęła i zmartwiła, więc wywołałem stosowne wrażenie, ale to mi nie wystarczyło. Zamiast triumfalnie wykrzyknąć datę po łacinie, dobudowałem do fikcyjnego złamania, fikcyjną historyjkę. Jednak nie byle banalny wypadek niezdary, o! nie. Ja rzuciłem się przez ulicę do jakiegoś dzieciaka, żeby pchnąć go na chodnik, a sam nie zdążyłem bezpiecznie uskoczyć i samochód mnie zahaczył lusterkiem. Tak, istny bohater.

            A że ta rola mi się spodobała, to odwlekałem moment „A-kuku”. Niepotrzebnie. Oj, niepotrzebnie. Mój heroizm rozniósł się wśród ludzi z pracy ukochanej, liczba nabieranych rosła, jedni wchodzili, inni wychodzili. Nie sposób było teraz zaskoczyć prawdą wszystkich na raz, ani biegać za tymi, co wyszli i przed każdym zdejmować gips. Dopiero pod wieczór odkryłem przed ukochaną swój sekret i, jak łatwo zgadnąć, na początku nie było jej do śmiechu, a zaraz potem mi nie było… Miała żal, że zagrałem na jej uczuciach, przysporzyłem zmartwienia, a do tego wkręciłem jej znajomych. Wyszło na to, że z poważnych spraw – jak choćby stan zdrowia – nie wypada stroić żartów. Cóż, w pewnych okolicznościach z tezami ukochanej nie podejmuje się polemiki. Na pocieszenie mam to, że do dziś niektórzy ludzie, nie wyprowadzeni z błędu, uważają mnie za bohatera. Choć akurat w dniu kawału zależało mi, by ktoś docenił moje poczucie humoru.

            Wobec tego, proponuję kilka refleksji wokół tegoż poczucia.

        Ponoć nikt nie jest w stanie dać komuś czegoś, czego nie posiada. Stąd niektórzy wyciągają wniosek, że Bóg musi mieć poczucie humoru, skoro nas nim obdarzył. Świetnie zazębia się to z myślą, jaką sformułował Stanisław Jerzy Lec: Przez życie trzeba przejść z godnym przymrużeniem oka, dając tym samym świadectwo nieznanemu stwórcy, że poznaliśmy się na kapitalnym żarcie, jaki uczynił, powołując nas na ten świat. Dodałbym, że nie tylko potrzeba godnego przymrużenia oka, ale nawet aktywnego żartowania. To pomaga uporać się zarówno z ogólnym bólem egzystencji, jak i z konkretnym problemem przerastającym ludzkie możliwości uporania się z nim.

Poczucie humoru jest lekarstwem na prawie wszystkie nieszczęścia tego świata.

Jackson Brown Jr.

            Dobrym przykładem może być satyra polityczna w zniewolonym państwie. Podobnie komedia, która uczy dystansu i bywa detoksem. Karykatura wyolbrzymia niedoskonałości, a te zamiast przerażać, śmieszą. Ponadto często, niczym wytrych, niczym fortel, niczym zawoalowanie… Humor umożliwia powiedzenie prawdy ­– jak stwierdził pisarz i filozof Éric-Emmanuel Schmitt.

            Pamiętam kilka sytuacji w swoim życiu, kiedy było mi ciężko, bardzo ciężko i okropnie ciężko, a jednocześnie byłem mniej, lub bardziej bezsilny wobec przeciwności losu. Nie zamierzam tu wyliczać wszystkich, ale jedną przytoczę – akurat wcale nie najczarniejszą, za to dość wymowną. Prawie dwadzieścia lat temu odezwała się do mnie pustka. Pustka w portfelu. Postanowiłem uciszyć ją sezonową pracą przy zbiorze ogórków w Niemczech.

            Warunki bytowe spartańskie; zniszczone, nieogrzewane, wieloosobowe baraki, drewniane, piętrowe prycze jak z obozu, rząd otwartych pryszniców z za małym bojlerem ciepłej wody. Wynagrodzenie, jak w ogłoszeniu, ale minus koszty pobytu. Praca przez siedem dni w tygodniu, tylko w niedzielę krócej. Pobudka była jeszcze w nocy, żeby zaliczyć poranną – tfu! co ja piszę? przedranną toaletę, ogarnąć się i zjeść, bo wyjazd na pole był jeszcze przed świtaniem, aby zacząć pracę, gdy tylko wzrok zdoła wypatrzyć ogórki. Wozili nas „sindbadem”, jak to żartobliwie nazwano przyczepę osłoniętą plandeką. Na pokładzie – po bokach i na środku – były zaimprowizowane ławki z desek ułożonych na plastikowych skrzynkach. Kto mógł, to jeszcze drzemał w drodze, obijając się o burty, albo bezpretensjonalnie trącając bok sąsiada, tudzież sąsiadki. Punktualność była iście pruska; kto nie wskoczył na przyczepę, ten nie jechał i tracił dniówkę.

           Ogórki, co zabrzmi nieprawdopodobnie – zbieraliśmy z samolotu. Kto był lub to widział, ten potwierdzi. Były to wleczone przez ciągniki specjalne konstrukcje, które miały na obu bokach dowieszone długie platformy, osłonięte brezentowymi daszkami. Przypominało to skrzydła aeroplanów. Na każdym skrzydle po kilka osób leżało na brzuchach, ciasno i niewygodnie, mimo podłożonych gąbek, koców i starych szmat. Zwieszało się tylko ręce i głowy nad rzędami stęsknionych ogórków.

            Samolot poruszał się w taki sposób, że leżąc na brzuchu, jechało się nogami do przodu. Ogórki zatem jakby wyjeżdżały spod nas i należało jak najszybciej wychwycić je wzrokiem, bądź wymacać w krzakach ich szorstkie krągłości, a następnie błyskawicznie je wyzbierać i powrzucać do skrzynki przed sobą. Każdy z nas miał stałe miejsce na skrzydle, więc gdy nie zdążył dokładnie wyzbierać wszystkich ogórków, za parę dni jechał tym samym szlakiem i znajdywał przerośnięte giganty, nazywane „kabanami”. To zaś oznaczało (i myślę, że dotąd oznacza) porażkę zawodową i skazę na profesjonalizmie. Najcenniejsze bowiem były małe ogórki, które nadawały się na przetwory; właściciel dostawał za nie wyższą cenę. Te wielkie sztuki szły np. do przemysłu kosmetycznego i w skupie mniej za nie płacono. To z kolei – jak się okazało – wpływało na nasze zarobki. Dlatego, jeżeli coś się przegapiło, a „nadzorca” to wychwycił, sprawdzając przejechane – tfu! sorry – przeleciane pole, dostawało się ostrzeżenia. Tak samo, kiedy znajdował „kabany” w skrzynce przed delikwentem, co świadczyło o jego marnym przelocie kilka dni wcześniej.

            Mniej uczciwi spryciarze, natknąwszy się na „kabany” (zwłaszcza te większe niż butelka wina), ukradkiem przerzucali je pod skrzydłem kilka rzędów w bok, obdarzając inną osobę dorodnym okazem. Spryciarzowi się opłacało. Jeśli bowiem ktoś nie wykazywał poprawy efektywności karą była „pauza”, czyli dzień wolny. Niby wytchnienie, ale de facto dzień portfelowej pustki, a nawet zasysającej próżni – bo nie tylko bez zarobku, lecz jednocześnie z normalnym, codziennym potrąceniem kosztów za obiad, wodę, prąd, wstrząsające podróże „sindbadem” i wszystkie wygody.

            Phil Bosmans zapewniał, iż Poczucie humoru dobrze amortyzuje życiowe wstrząsy. Ciekawe, czy miał na myśli również te podczas kimania na skrzynce w „sindbadzie”.

            Gdy kogoś przycisnął pęcherz to zgłaszał „nadzorcy” i za pozwoleniem wstawał. O! boska ulgo. Wtedy albo sąsiedni pracownicy musieli ogarnąć ramionami szerszą część zbiorów, albo „nadzorca” kładł się chwilowo na puste miejsce. Jemu też zależało na wynikach, bo tak samo był rozliczany. Na ten czas pracownik z potrzebą, jeśli był mężczyzną, szedł na koniec skrzydła i olewał mijaną część pola, a jeśli była to kobieta, odchodziła gdzieś dalej w bok i kucała między drapiącymi liśćmi. Kto mógł wytrzymać, czekał, aż dojedziemy do końca pola i samolot będzie nawracał. Dla wszystkich była to zbawienna chwila na rozprostowanie kości, lub zwyczajne przewrócenie się na plecy.

            W połowie dnia pracy była przerwa i „sindbad” wiózł nas na obiad. Po drodze, w dusznej budzie znowu cięliśmy komara. Na miejscu szybkie umycie rąk ze zlepków talku i biegiem pod wiatę, gdzie w okienku dostawało się jedzenie i siadało na ławach przy długich stołach. Gotowały polskie kucharki i pamiętam, że było dużo i smacznie. Wbrew przesłankom wcale nie jedliśmy codziennie ogórkowej i mizerii. Inna rzecz, że byliśmy często tak zmęczeni, iż nie miało się ochoty ani machać sztućcami, ani obracać żarcia w gębie, ani nawet mrugać. Mimo wszystko każdy starał się zjeść jak najszybciej, żeby zyskać kilka minut na poobiednią drzemkę. Przy odrobinie szczęścia to mogło trwać nawet kwadrans. Nagle czas można było mierzyć w kilogramach. Aż trudno uwierzyć, jaką wagę miała każda minuta dla przepracowanego organizmu. A o ustalonej godzinie wracaliśmy na pole i zbieraliśmy Gurken do wieczora. W ciemnościach śmierdzieliśmy sobie w „sindbadzie” uwaleni na kuszetkach z nieheblowanych desek.

            Po powrocie do bazy następował wyścig do budynków z prysznicami; jeden był dla mężczyzn, drugi dla kobiet. Pierwsi szczęśliwcy mogli załapać się na ciepłą wodę. Kiszkowate wnętrze, długa wykafelkowana ściana ze sterczącymi z niej sitkami natrysków. I ze sterczącym rzędem facetów, pośpiesznie wcierających mydło w przepocone zakamarki corporis. Kąpaliśmy się nadzy, wstyd i dumę należało schować do kieszeni – co dawno uczyniliśmy. Tylko hindusi zostawali w slipkach i namydlali ciała w dość komiczny sposób, buszując dłońmi pod bielizną, jakby szukali rupii w trawie. Po kąpieli robiliśmy kolację i marzyli o jak najszybszym wskoczeniu do śpiwora. Kilkanaście godzin ze wzrokiem utkwionym w wyjeżdżające spod skrzydła ogórki skutkowało tym, że zasypiając widziało się pod zamkniętymi powiekami plamy pełzające w górę głowy, jakby powidoki, utrwalone w zmęczonym mózgu. Zasypiałem błyskawicznie, snem twardym, jak prycza. Po upalnym dniu w barakach nocą było ciepło. Ale gdy przez tydzień padało, noce bywały tak zimne, że dla ogrzania stóp ubierałem sweter… na dolną część śpiwora. Choć w normalnych okolicznościach często w nocy się obracam, tu przez pierwsze dni (no, przedranki) prawie zawsze budziłem się w tej samej pozycji, w której usnąłem. Taki fenomen wyczerpania.

            Do pracy ubieraliśmy gumowe rękawice, aby osłonić dłonie przed kolcami. Było takie zapotrzebowanie i taki przemiał ogumienia, że pobliski market SPAR co rusz miał braki magazynowe. Gdy niedobory trwały zbyt długo, a nasze zapasy się kończyły, zapobiegliwi spekulanci odsprzedawali deficytowy towar po zawyżonej cenie. Cóż było robić? Ano, następnym razem robiło się większe zapasy. Ogumienie do ogórków było nieodzowne. W zimne ranki, przy mokrych od rosy roślinach ręce marzły i grabiały, lecz gdy zrobiło się ciepło lub dzień był upalny, dłonie wewnątrz rękawic pociły się i po paru takich dniach skórę pokrywały krosty i strupy od potówek. Nawet podwójne porcje talku nie wiele pomagały. Wyglądałem jak honorowy dawca krwi w barze dla pijawek.

            W gorące dni gąbki i szmaty, na których się leżało śmierdziały potem i brudem poprzedników, a my dokładaliśmy własny. Twarze i ramiona były oblepione kłującym kurzem. Pot zalewał oczy i spływał kroplami z nosa. Podobnie było z katarem, gdy się ktoś przeziębił – nikt nie myślał o kulturalnym i ukradkowym wysmarkaniu noska. To wymagałoby przerwania pracy (czyt. dopuszczenia się zaniedbań i pominięcia części ogórków, skazanych tym samym na transformację w „kabany”), zdjęcia brudnych rękawic (a nie jest to łatwe, zwłaszcza z wilgotnych dłoni), sięgnięcia po chusteczki, a potem ponownego, niełatwego naciągnięcia ogumienia. Efekt wydmuchania, jak można się domyślić był krótkotrwały, a więc fatyga pozbawiona sensu. Łatwiej i wygodniej było zdać się na grawitację i po prostu pozwolić, aby krople wydzieliny zraszały poletko, ewentualnie by gile zdobiły listki powłóczystym kordonkiem. Z kolei w deszczowe dni zdarzało się, że plandeki nad głowami się obrywały, a jeżeli pechowcy pod nimi nie zdołali jakoś tego podwiązać, musieli pracować moknąc – bo należało wyrobić niemiecką normę.

            Nietypowa pozycja pracy sprawiała, że klatka piersiowa się uginała i rozpłaszczała. Po pewnym więc czasie dochodził nieznośny ból żeber. Aby sobie trochę ulżyć, wieczorem smarowaliśmy się nawzajem maściami i owijali tors bandażami elastycznymi. A propos, jak owinąć się równo bandażem bez czyjejś pomocy? Mój patent: przyczepić koniec bandaża do pryczy na wysokości piersi, rozwinąć cały bandaż, przyłożyć odwinięty koniec do ciała i obracając się wokół własnej osi, nawijać na siebie bandaż, podchodząc do pryczy. Koniec. Opisu i bandaża. Tylko z wcieraniem maści przeciwbólowych na plecach nie szło sobie poradzić samemu. Może należało nałożyć maść na coś gładkiego i ślizgać się po tym plecami. Tylko na co? Na futrynę, balonik, kafelki pod prysznicem… E, to już lepiej na dłonie towarzysza niedoli.

            Mogłoby się wydawać, że fatalne warunki, wyzysk, poniżające traktowanie, problemy ze zdrowiem, zmęczenie fizyczne i psychiczne, obcy świat wokół, oddalenie od domu, wszystko to doskonałe składniki na depresję. A tymczasem radziliśmy sobie nienajgorzej (zwłaszcza ci z nas, którzy nie szukali pocieszenia w piwie Faxe). Mimo, iż chyba żaden z nas nie znał wówczas maksymy Josefa Konrada Scheubera: Kto sam siebie traktuje z humorem, oszczędza sobie kosztów na psychiatrę. Jeśli trafił się dzień pauzy, to człek znajdywał radość w spacerach po okolicy, wycieczce do średniowiecznego miasteczka, dokupieniu rękawic w markecie, tudzież spokojnym zrobieniu prania i pierwszeństwie pod prysznicem, zanim przyjechali ludzie z pola. Poczucie humoru nas nie opuszczało, nawet gdy w przypływie szczerości koledzy wyznali, że z powodu przemęczenia nie podniecają się widokiem atrakcyjnych dziewczyn. Może i fizjologia trochę zawodziła, ale humor – nie!

Jeśli potrafisz śmiać się z siebie – to najlepszy dowód, że masz poczucie humoru.

Molier

            Dorośli ludzie chichrali się jak dzieciaki, co chwilę wpadali w głupawkę, dowcipkowali o „kabanach”, podkładali je na dno plecaka tym, którzy zjeżdżali już do domów. Gdy się już trochę zaaklimatyzowaliśmy, potrafiliśmy znaleźć siły i czas na wieczorną partyjkę kart (zwykle cięliśmy w remika i tysiąca), lub biliśmy rekordy grając w „ruskie jajka”. Spokojnie! To nie zboczona, czy kulinarna wersja rosyjskiej ruletki, tylko pożyczana od kolegi elektroniczna gierka, gdzie wilk łapał do koszyka spadający nabiał. Opcjonalnie była w niej nie mniej emocjonująca Tetris. Stać mnie było na żarty z własnej sytuacji, śpiewanie na samolocie przeboju Elektrycznych Gitar „I co ja robię tu? U-u! Co ty tutaj robisz?” czy traktowanie z przymrużeniem oka docinek gospodarza, jak ta, kiedy rozliczając kolegę mieszkającego na ul. Partyzantów, rzucił: „Aaa, Banditen Strasse”. Miał chyba rację Alberto Moravia, że Żart jest orężem bezbronnych.

            Oczywiście nie w każdym przypadku sięgaliśmy po żarty; gdy z niedowierzaniem oglądaliśmy w niemieckiej telewizji zdjęcia z zamachów na nowojorskie WTC a wieczorem, złapawszy polską stację, przyłączyliśmy się do apelu i w oknie zapaliliśmy świece na znak solidarności, to niejednemu łza zaświeciła się w oku. Czasem pewne sprawy trzeba przecierpieć. Przykładowo, wycieńczającą chorobę i śmierć bliskiej osoby należy po prostu przeboleć. Śmiem jednak twierdzić, iż ludzie obdarzeni dużym poczuciem humoru radzą sobie łatwiej. Warto zatem rozwijać w sobie zdolność dystansu i umiejętność uśmiechu przez łzy, bo Uśmiech i humor – to znak zwycięskiego górowania nad losem – jak powiedział niepoprawny romantyk, Stefan Garczyński.

            Ludzkie życie obfituje w trudne chwile, może nawet całe jest jedną, trudną chwilą. A skoro w takim przypadku pomocny i terapeutyczny bywa śmiech, to po prostu życie jest śmiechu warte.

I co ja robię tu? (u-u, co ty tutaj robisz?)
Dwanaście ciężkich zielonych „kabanów” moją głowę zdobi.
Jest tyle różnych dróg (u-u, co ty tutaj robisz?)
Kolejny piękny „sindbad” i samolot koło domu stoi.

Zapraszamy 1 kwietnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: życie śmiechu warte. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i pośmiać się, bo Humor polega na tym, że śmiejesz się mimo wszystko – jak orzekł Otto Juliusz Bierbaum.

A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXI – czyli duchy są, Boga nie ma

Wielkimi krokami zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem spotkamy się w uświęconej tradycją formule filozoficznej kawiarenki i pogadamy o… duchach, bóstwach i samym Bogu.

Niedawno w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu odbyła się filozoficzna dyskusja panelowa zatytułowana: Co z tym Bogiem. Nie wdając się w szczegóły, chciałbym tylko wspomnieć, że trzech filozofów: buddysta, chrześcijanin i sceptyk przedstawili swoje poglądy, a debaty (czy dyskursu z serią trudnych pytań i wymianą argumentów) było tyle, co kot napłakał. Zasadniczo, spotkaniu przyświecała powszechna zgoda co do tego, że jakiś wymiar transcendentny istnieje i albo ma postać pustki (rozumianej przez buddyzm, jako miejsce potencjalności, z której może wyłonić się wszystko), albo postać Absolutu (różnorako rozumianego, tudzież nie rozumianego i nie do ogarnięcia wcale). Dziwił brak zdecydowanej ekspresji w poglądzie sceptycyzmu (aczkolwiek przemknęła tędy freudowska koncepcja), lecz widać zwyciężył duch przyjaznego spotkania (o ile takie duchy istnieją). Po cichu liczyłem, że przywołani będą filozofowie różnych epok i proweniencji oraz ścierać się będą wskrzeszeni tytani umysłu, toteż byłem lekko zawiedziony, gdy większość wypowiedzi stanowiły osobiste wyznania o podejściu do wiary, czy religii. Z drugiej strony, czyjeś subiektywne przeżycia i wyobrażenia, wygłoszone publicznie, zyskują pewną obiektywną wartość; w końcu poznanie bliżej drugiego człowieka i jego sposobu postrzegania świata rozwija również świadków tej ekshibicji.

Swoistą kontynuacją rozważań w bibliotece była, kilka dni później, rozmowa podczas spotkania Pogadalni. Więcej było w niej dyskusji o Bogu, a temat wydał się na tyle nośny, że proponuję poświęcić mu jeszcze chwilę. Na zachętę podzielę się kilkoma refleksjami. Żeby była jasność – wierzę w Boga. Ale mimo to pozwolę sobie na nieco prowokacyjne zagajenie tematu. Od czego zacząć? Może tak…

Politeizm dawnych cywilizacji nie przetrwał próby czasu. Dzisiejszy (np. w pewnych odłamach hinduizmu), przez wyznawców monoteizmu jak i ateuszy też bywa traktowany, jako błędna koncepcja wiary. A przecież pierwotne doświadczenie transcendencji różnych ludów, na różnych kontynentach, w różnych kulturach uznawało właśnie istnienie większej, lub mniejszej liczby istot duchowych. Przypisywano tym bóstwom różne funkcje, cechy i atrybuty, szeregowano i porządkowano w określonej hierarchii, oddawano im cześć, kierowano doń supliki, składano ofiary dziękczynne i przebłagalne.

Robili to prości ludzie, którzy nie kombinowali intelektualnie z religią i nie spekulowali na gruncie sacrum. Byli bardziej naturalni w wierze, otwarci na kontakt z innym, tajemniczym wymiarem, nie nosili nakładek kulturowych, obcy był im sceptycyzm. Mieli takie przeczucie, takie wewnętrzne przekonanie, szczere, prostoduszne, poparte jakimś osobistym doświadczeniem duchowym i przeżyciami. Byli bardziej zanurzeni w świecie, bardziej chłonni w jego poznawaniu. A świat, jaki odkrywali, zawierał w sobie wielość bytów duchowych. Taki po prostu był, nie inny. Bez alternatywnych koncepcji. Tak, jak w lesie było wiele drzew, tak wokół ujawniało się wiele duchów. Wielobóstwo istniało nie z wyboru, lecz dlatego, że takie rozpoznano składniki świata. Nie ważne, jakich nazw używano, to mogły być duchy, demony, idole, bogowie, aniołowie… Ludzie doświadczali ich obecności i nawet jeśli w porządku hierarchicznym, któryś z tych bytów był najpotężniejszy, to chyba nie było żadnego tak doskonałego, jak monoteistyczny Absolut.

Kto wie, czy ludzie owi nie mieli jednak racji. Może faktycznie świat zamieszkują (lub nawiedzają) liczne duchy. Z tym, że nie ma pośród nich tej istoty idealnej, doskonałej, wszechmocnej, wszechwiedzącej. Może taki byt, jak Absolut jest po prostu niemożliwy. Może w szeregu coraz doskonalszych istot najdoskonalsza na samym końcu wcale nie jest konieczna. Bo doskonałość jest zwyczajnie nieosiągalna, pod żadną postacią. Może świat transcendentny kończy się na aniołach o różnym stopniu mocy, dawniej zwanych bożkami.

A co z monoteizmem? Czyż nie jest bardziej efektem pogłębionej refleksji, niż czysto duchowym przeżyciem spotkania jeden na Jednego. Nie chodzi o to, że Jedyny Bóg został wymyślony, ale też nie o to, że odkryty. Po prostu Absolut nasunął się, jak wniosek w rozumowaniu. Logiczna konsekwencja pewnych założeń. Pytanie, czy poprawnie przyjętych. Zresztą, nie istotne. Chodzi o to, że może wydawać się czymś bardziej wydedukowanym, wypracowanym rozumowo. Czyż nie jawi się jakimś wysublimowanym konstruktem.

A teraz coś z innej beczki.

Pewien australijski kardynał – George Pell (bliski współpracownik papieża, wysoko postawiony w Watykanie) w swoim czasie grzmiał z ambony na grzechy sprzeczne z nauką moralną Kościoła, potępiając szczególnie pedofilię i aborcję (tą drugą bardziej). W grudniu 2018 roku został uznany przez sąd za winnego czynów pedofilskich. Wykorzystywał seksualnie trzynastoletnich chórzystów.

Przyszła mi do głowy pewna myśl. Mając świadomość tego, jaką wiedzą o Kościele dysponował ten hipokryta, jak pogłębione wykształcenie teologiczne zdobył, do jakich tajemnic wiary miał dostęp, jak blisko był spraw dojrzale duchowych, zadałem sobie pytanie: co trzeba wiedzieć o Bogu, żeby się go nie bać? Czego trzeba być pewnym, by na takim stanowisku dopuszczać się niegodziwości i nie obawiać konsekwencji: doczesnych, a co ważniejsze – tych wiecznych. Nasunęły mi się dwie odpowiedzi: albo należy mieć bezczelną ufność w nieskończone miłosierdzie Boga, albo przekonanie, że Go nie ma.

Zapraszamy 4 marca o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: duchy są, Boga nie ma. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć, czy Bóg jest, nawet jeśli go nie ma – jak przewrotnie stwierdził Emil Cioran z Transylwanii.

A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.86/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXX – czyli bezsens sprawiedliwości

W pierwszy poniedziałek lutego Pogadalnia spotka się w formule filozoficznej kawiarenki i rozważy sensowność sprawiedliwości.

Maarten van Heemskerk, Sprawiedliwość (1556)

Wyobraźmy sobie dwa królestwa. W jednym za każde złamanie prawa winnego czekała nieuchronna kara. W drugim nie przykładano do tego dużej wagi i często poddanym przewinienia uchodziły płazem. W pierwszym królestwie, mimo, że kary były adekwatne i nieuniknione, to przestępstwa i tak się powtarzały. W drugim przestępstw było z grubsza tyle samo, ale rzadko kogoś za nie ścigano. Pytanie brzmi: czy nieefektywna, bezowocna sprawiedliwość ma sens. Jeśli nie zapobiega ponownym występkom, to może w ogóle nie ma znaczenia. Czy sam fakt, że zbrodnia zostaje zawsze ukarana, sprawia, iż społeczeństwo w pierwszym królestwie jest bardziej moralne, niż w drugim? Wszak w obu nadal dochodzi do kolejnych przestępstw.

Nie mogąc znaleźć sprawiedliwości znaleziono siłę.

Blaise Pascal

Powyższy przykład dwóch królestw jest tylko wymyśloną historyjką. Wesprę go zatem czymś z życia wziętym. Kiedy byłem dzieckiem – a pełnoletniość osiągnąłem prawie trzydzieści lat temu – za niemal każde przewinienie czekała mnie bardziej lub mniej surowa kara. Piszę „niemal” gdyż na szczęście nie wszystkie błędy dziecięctwa wyszły na jaw. A że karę cechowała cierpliwość, to dotąd mnie czekała, aż się w końcu doczekiwała. Co nierzadko przyjmowałem z ubolewaniem uszu, kończyn i części poślednich – ponieważ standardem była kara fizyczna, plus ewentualne bonusy, jak szlaban na coś, dodatkowe obowiązki, wnikliwszy dozór itp. Nie byłem jednak w tym odosobniony. Bito mnie, bito moich kolegów. Bili rodzice, bili nauczyciele (oj! dłoń smagnięta linijką piekła przez całą lekcję, ale człowiek i tak wolał to, niż pałę z zachowania, albo pisemną uwagę w zeszycie do podpisania przez rodzica). Dostawaliśmy karę, czy nawet lanie, a po pewnym czasie – no, cóż – znowu byliśmy nieposłuszni. I ponownie dostawaliśmy w skórę. A potem, niepomni uprzednich nauk, pakowaliśmy się w kolejne kłopoty.

Wychowanie to rzecz poważna. Musi się w nim mieszać przykrość z przyjemnością.

Arystoteles

Dzisiaj (takie przynajmniej mam wrażenie) dzieci są wychowywane w dużo łagodniejszy sposób. Pedagogika zdaje się skłaniać do systemu nagród za dobre zachowanie, a pomijać system kar. Tymczasem napiętnowanie kar cielesnych, czy choćby surowej dyscypliny, sprawia, że małolaty czują się bezkarne. Wychowanie bezstresowe buduje klosz ochronny nawet nad łobuzami. Moje pokolenie, jeżeli już nie szanowało jakiegoś nauczyciela, to przynajmniej czuło przed nim strach i dzięki temu nie pozwalało sobie na pewne zachowania. Obecnie można zachować się bezczelnie i nie ponieść za to żadnych konsekwencji. Nie żebym był zwolennikiem kar fizycznych. Absolutnie! Znam smak skórzanego pasa i wiem, że to zła droga wychowania. Jednak zbyt duży luz również nie prowadzi do niczego dobrego.

Nie o to mi jednak chodzi, by porównywać dawne i obecne metody wychowawcze. Wracam bowiem do tytułowego bezsensu sprawiedliwości. Jako dzieci broiliśmy, wymierzano nam karę a później znowu byliśmy niesforni. Dzisiaj dzieci są niegrzeczne, nie dostają odpowiedniej kary i dalej źle się zachowują. Nie wiem, czy w moich czasach było mniej łobuzów, niż teraz – coś mi się zdaje, że proporcje są podobne. Czy zatem czasy mojego dzieciństwa były przynajmniej sprawiedliwsze? Bo za przewinienie czekało nas wymierzenie sprawiedliwości. Czy jednak owa sprawiedliwość nie miała większego sensu? Bo i ówczesne i dzisiejsze zachowanie dzieci pozostawia wiele do życzenia.

Dlaczego przywołałem przykład dzieci? Bo wydaje mi się, że przypisujemy sprawiedliwości również rolę wychowawczą. Albert Einstein stwierdził: Jedynym rozsądnym sposobem wychowania jest oddziaływanie własnym dobrym przykładem, a jeśli nie można inaczej – odstraszającym przykładem. Widząc sprawiedliwość w działaniu, ludzie powinni przypuszczać, że za określone czyny spotka ich to samo – i odpowiednio modyfikować swoje działania. No właśnie, powinni. Jeśli sprawiedliwość się realizuje – a więc nieprawość i niegodziwość spotyka kara, zaś uczciwość i dobro są nagradzane, lecz pomimo tego nie przynosi to stałej zmiany rzeczywistości na lepsze – to czy sprawiedliwość ma sens, tak w ogóle?

Zapraszamy 4 lutego o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: bezsens sprawiedliwości. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i rozsądzić, czy mimo wszystko: Należy dążyć do sprawiedliwości słowem i czynem, jak stwierdził Pitagoras.

A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXIX – czyli człek po ludzku nieludzki

Z łaciny bestia to po prostu zwierzę. Natomiast bestialstwo rozumiemy, jako szczególne okrucieństwo. Dlaczego? Z jakiego powodu zezwierzęcenie jest synonimem ujmy, podłości i zła. Czy zwierzęta są okrutne, bezlitosne, perfidne, nienawistne, podstępne, fałszywe…? Chociaż można podać przykłady zachowań, które pasowałyby do tych pojęć, tak naprawdę będzie to nasza projekcja, rodzaj antropomorfizmu. Przykładamy do zwierzęcych poczynań ludzkie cechy, wydajemy sądy etyczne i oceniamy według naszych kryteriów. Tymczasem bezduszny, nikczemny, bezlitosny i kłamliwy jest… człowiek.

Bestia, Diabolina, Faun i Hellboy – w każdej bestii więcej jest z człowieka niż zwierza.

Tym, co odróżnia człowieka od innych żywych stworzeń jest między innymi sztuka. A zatem używanie wyobraźni i zdolności technicznych do tworzenia rzeczy, bez których pewnie jakoś byśmy sobie poradzili. Krótko ujął to Oscar Wilde: Każda sztuka jest bezużyteczna. Niezależnie od tego, czy jest użyteczna, na pewno potrafi być pożyteczna. A Giordano Bruno stwierdził: Dobrem w dziedzinie sztuki jest to, co naśladuje przyrodę. I tu nam się wątek zapętla; człowiek kultury odżegnuje się od zwierzęcej natury, a jednak poprzez sztukę wraca do niej i to z uznaniem.

Ale to nie wszystko, za pomocą artystycznej ekspresji zdradza i uwyraźnia w sztuce swoje najgłębsze, prymitywne, atawistyczne jądro. Miał więc rację Alain Badiou mówiąc, że: Sztuka potwierdza to, co nieludzkie w człowieku. Trzeba jednak pamiętać o słowach, które wypowiedział Fryderyk Nietzsche, chcąc zapewne podkreślić, iż wartość sztuki polega na ubraniu tego, co wokół widzimy w znaczenia, których zmysły nie ogarniają: Sztuka nie jest tylko naśladowaniem naturalnej rzeczywistości, lecz stanowi metafizyczny jej suplement, postawiony obok niej dla jej przezwyciężenia. I tu znów mamy pętlę; człowiek w oparciu o naturę tworzy coś, co ma się jej przeciwstawiać.

Tym, co jeszcze odróżnia ludzi od zwierząt, jest rzekomo dusza – ta najwyższego stopnia, upodabniająca nas do Stwórcy. Czy to wystarczy, aby postawić znak równości między człowiekiem bezdusznym i bestią? Może jednak odczłowieczenie nie oznacza stania się zwierzęciem, bo zwierzę, jak sugerowałem, nie jest nieludzkie. Za to może dehumanizacja tworzy nowy rodzaj bytu – człowieka, który utracił duszę, lub się jej pozbył (zaprzedał diabłu). Wracając na moment do sfery sztuki, Marc Chagall wyznał: Sztuka jest dla mnie stanem duszy. A dusza jest święta! Czyli ktoś bezduszny nie jest w stanie obcować ze sztuką. Czyżby? Brzmi pięknie, zwłaszcza, jako probierz człowieczeństwa, lecz znalazłoby się przecież paru miłośników i mecenasów sztuki, ba! nawet twórców, którzy mieli krew na rękach.

Jaki płynie wniosek z powyższego wywodu? Że nie ma zachowań nieludzkich. Wszystkie bowiem, na jakie stać człowieka, te wspaniałe, wzniosłe, dobre i piękne, jak również te wstrętne, godne pogardy i potępienia, wszystkie są ludzkie. A już na pewno nie godzi się równać złego człowieka ze zwierzęciem. Powtórzę za Terencjuszem: Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce – dodając, że nic co nieludzkie również. Zatem tzw. nieludzkie postępowanie jest w zasadzie jak najbardziej ludzkie, bo typowe właśnie dla ludzkiego rodzaju.

Zapraszamy 7 stycznia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: człek po ludzku nieludzki. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być człowiekiem, gdyż Tylko człowiek potrafi być nieludzki jak zauważył Andrzej Majewski. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta o Boskim utylitaryzmie

            Pan rzekł: „Skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich mieszkańców są bardzo ciężkie.” (…)

            Zbliżywszy się do Niego, Abraham rzekł: „Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy (…) nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych (…) sprawiedliwych? O, nie dopuść do tego(…), aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! (…) Czyż Ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?”

            Pan odpowiedział: „Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miastu przez wzgląd na nich”.

Bóg i Abraham

Jeśli świat jest najlepszą wersją, jaka była możliwa, to być może da się wytłumaczyć wszelkie zło, jakie na nim obserwujemy. Dajmy na to śmierć kogoś, kto uchodził za dobrego, albo jakiejś niewinnej dzieciny. Powiedzmy taka miła, starsza pani, kochająca dzieci, wnuki i koty, pomocna dla sąsiadów, prowadząca zdrowy tryb życia, silna, sprawna, aktywna – nagle zapada na ciężką chorobę i umiera w wieku… pięćdziesięciu lat. Wydaje się to niepotrzebną traumą dla jej bliskich. Ale może gdyby żyła dzień dłużej, weszłaby pod nadjeżdżającą ciężarówkę, której kierowca wykonując gwałtownie manewr wymijający wpadłby na grupę dzieci… A dlaczego zmarło niemowlę, lub płód jeszcze? Bo inaczej, z powodu jego zdrowia, albo zdrowia jego mamy, przejęty sytuacją ojciec pędziłby autem na złamanie karku do szpitala i wpadł pod pociąg powodując katastrofę z wieloma ofiarami… Może z boskiej kalkulacji wynikało, że wezwanie do siebie tych osób i przyprawienie o ból i zgryzotę ich bliskich, oszczędzi lub uratuje życie większej liczbie innych ludzi, którzy niechybnie zmarli by, gdyby ta dobra lub niewinna osoba żyła choćby chwilę dłużej.

Jak widać wplątałem Boga w cały ten bałagan. Jednak dlaczego nie miałby być utylitarystą. Jemu wychodziłoby to najłatwiej. Jako wszechwiedzący potrafiłby zobaczyć każdy splot wydarzeń, ze wszelkimi możliwymi scenariuszami następstw. A jako najsprawiedliwszy, wiedziałby, co obłożyć dopustem bożym, kogo wezwać do siebie (naszym zdaniem przedwcześnie), a komu dać wiele czasu, by mógł przysłużyć się światu.

Wróćmy do Starego Testamentu i opowieści o targowaniu się Abrahama z Bogiem o ocalenie Sodomy i Gomory.

            Rzekł znowu Abraham: „Pozwól, o Panie, że jeszcze ośmielę się mówić do Ciebie, choć jestem pyłem i prochem. Gdyby wśród tych pięćdziesięciu sprawiedliwych zabrakło pięciu, czy z braku tych pięciu zniszczysz całe miasto?”

            Pan rzekł: „Nie zniszczę, jeśli znajdę tam czterdziestu pięciu”.

            Abraham znów odezwał się tymi słowami: „A może znalazłoby się tam czterdziestu?”

            Pan rzekł: „Nie dokonam zniszczenia przez wzgląd na tych czterdziestu”.

            Wtedy Abraham powiedział: „Niech się nie gniewa Pan, jeśli rzeknę: może znalazłoby się tam trzydziestu?”

            A na to Pan: „Nie dokonam zniszczenia, jeśli znajdę tam trzydziestu”.

Gdyby w którymś mieście znalazło się chociaż kilku sprawiedliwych, wszyscy mogliby uniknąć zagłady. Można by sądzić, że dla mniejszości Bóg gotów był zrezygnować z wymierzenia sprawiedliwości. Jezus w jednej z przypowieści mówił o pasterzu, który zostawia 99 owiec by odszukać jedną zagubioną – i z jej odzyskania cieszy się bardziej. Rzekomo Bóg również bardziej cieszy się z jednego nawróconego, niż 99 sprawiedliwych. A można by sądzić, iż pasterz naraził większość owiec, zostawiając je bez opieki. Oba te przykłady na pierwszy rzut oka przeczą utylitaryzmowi, bo większa sprawiedliwość i dobro większości (bezpieczeństwo) zostały odrzucone, lub zagrożone. Pamiętajmy jednak, że decyzję podejmuje wszechwiedzący byt, który zna konsekwencje takiego postępowania i wie, że ten – na pozór nonsensowny – pomysł może sprawić, iż w przyszłości zdarzy się mniej zła.

            Rzekł Abraham: „Pozwól, o Panie, że ośmielę się zapytać: gdyby znalazło się tam dwudziestu [sprawiedliwych]?”

            Pan odpowiedział: „Nie zniszczę przez wzgląd na tych dwudziestu”.

            Na to Abraham: „O, racz się nie gniewać, Panie, jeśli raz jeszcze zapytam: gdyby znalazło się tam dziesięciu?”

Odpowiedział Pan: „Nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu”. Wtedy Pan, skończywszy rozmowę z Abrahamem, odszedł, a Abraham wrócił do siebie.

John Martin, Sodoma i Gomora

Jasne, że oba miasta ostatecznie sczezły w popiele. Ale to dlatego, że oprócz rodziny Lota, wyprowadzonej przez anioły do innego miasta, żaden sprawiedliwy w Gomorze i Sodomie się nie znalazł. Naturalnie Bóg o tym wiedział. Co więcej, miał z góry powzięty zamiar wobec obu grzesznych miast – jeszcze zanim Abraham zaczął się z nim targować. Ba, nawet zastanawiał się: „Czyż miałbym zataić przed Abrahamem to, co zamierzam uczynić?” Pozwolił jednak sobie na negocjacje, gdyż chciał, by Abraham, Lot i ich potomkowie wiedzieli o gotowości Boga na taką łaskawość. Jezus, jeśli faktycznie jest istotowo zjednoczony z Ojcem i ma ten sam dostęp do wszechwiedzy, to na długo przed ukrzyżowaniem widział męczeńską śmierć niewinnych chrześcijan na rzymskich arenach, widział jak trzy wieki później chrześcijanie przejmują władzę i okrutnie tępią pogan, widział zachłanność, późniejsze krucjaty, widział stosy dla heretyków i czarownic, widział dalsze wojny religijne, widział nadużycia, molestowanie dzieci w zaciszu plebanii… a jednak zapoczątkował cały ten bałagan. Pewnie dzięki temu ustrzegł nas przed większym.

Czy Bóg mógłby zapobiec złu? Na pewno. Możliwe, że niejedno zło powstrzymał, a nawet, że większość możliwego zła co dzień powstrzymuje. Część jednak dopuszcza, gdyż w jego planach, których ludzki umysł nie jest w stanie przejrzeć i ogarnąć, chce by coś z tego złego na dobre wyszło – może nie od razu, nie dziś, nie za sto lat, albo nie w tej części świata, ale jednak na dobre.

Czy jednak Absolut, albo jakiś rozumny byt o profetycznych zdolnościach jest tu konieczny? Czy moja teoria nie nadaje się dla ateisty? Myślę, że obroni się bez Boga. Naszym światem rządzą pewne prawa, nie tylko z obszaru fizyki. Niektórym podlegamy bezwzględnie, innym próbujemy się wymknąć, nieraz z powodzeniem. Czemu nie przyjąć, iż istnieją też prawa określające dopuszczalną i konieczną liczbę tragedii. W przyrodzie istnieje prawo równowagi biocenotycznej, porządkujące między innymi ilość głodnych względem ilości pożywienia – gwarantem porządku jest właściwie zachowany balans. Gdy przybywa drapieżników, zjadają więcej ofiar. Wówczas, gdy maleje ilość dostępnej zdobyczy, wykruszają się łowcy, dla których jej brakuje. Kiedy spada liczba drapieżników, potencjalne ofiary mają bardziej sprzyjające warunki do zwiększenia swej liczebności. I tak w kółko – większe i mniejsze wahania, składające się na ogólną równowagę. Mechanizm tak prosty i oczywisty, że nie musimy za nim stawiać kontrolującego wszystko Absolutu. To (i inne prawa) samo działa. Czy nie mogłoby zatem istnieć jakieś prawo przyrody, regulujące naszą liczebność, tak by rodzaj ludzki, albo wszelkie życie, czy generalnie planeta miały zapewnione optymalne warunki? By świat był najlepszym z możliwych. Może pewna ilość zła jest niezbędna do tego, aby nie doszło do szkód na większą skalę.

Jak jednak tym sposobem myślenia obronić takie występki jak molestowanie dziecka przez pedofila, pobicie żony, znęcanie się nad słabszym kolegą, maltretowanie zwierząt, kradzież oszczędności kalekiej staruszce, zdewastowanie przystanku, podpalenie stodoły sąsiada itp. Nie wykluczone, że odpowiedź będzie podobna. Jeśli ktoś nie dopuściłby do tych aktów zła, gdyby im zapobiegł, najpewniej doszłoby do takiego splotu okoliczności, który doprowadziłby do jeszcze gorszych zdarzeń.

Taką teorię daje się objąć rozumem, gdyż chodzi o jednostkowe lub nieliczne przypadki. Jak jednak uzasadnić sensowność masowych ofiar wojen, ludobójstwa, holokaustu, epidemii, kataklizmów i katastrof dziesiątkujących ludzi, ale też inne żywe stworzenia? Jakiemu większemu złu miały zapobiec te przykłady? Owszem ludzka wyobraźnia pozwala nakreślić obraz zniszczeń i nieszczęść przewyższających te wcześniej wymienione. Może nawet rozwinąć wizję tego, jak przeżycie, czy uratowanie tych ludzi mogłoby doprowadzić do większego zła – za 10, 100 czy tysiąc lat, w skali np. całej planety. Jednak rozsądek cofa się przed tą wizją, bo jawi się ona jako nieprawdopodobna. Niesłusznie!

W dziejach świata nie raz pojawiały się jedne gatunki, a bezpowrotnie ginęły inne. Kataklizmy, zlodowacenia, plagi… niszczyły i zmieniały oblicze Ziemi. W historii ludzkości wyrzynano miasta, obracano w perzynę całe państwa, eksterminowano plemiona, albo narody. Dopuszczano się okrucieństw, nieprawości i niesprawiedliwości. Nie raz człowiek rzucał niebu w błękitną twarz pełne goryczy pytanie, dlaczego dobry i miłujący Bóg na to pozwala. Otóż możliwe, iż właśnie dlatego, że gdyby te narody przetrwały, urosły w siłę, uzyskały wpływ na dzieje świata, to doprowadziłyby do jeszcze większego nieszczęścia, niż je spotkało. W efekcie swoich poczynań w obrębie własnego kręgu jak i kontaktując się z sąsiadami, rozmyślnym lub przypadkowym działaniem sprowadzili zgubę na dużo większą liczbę ludzi, np. uczestnicząc w wojnie, bądź zatruwając i niszcząc środowisko. Zakłócając utrzymanie balansu.

Nie wiem, czy w powyższym mam rację. Niemniej przyjęcie takiego porządku świata niesie pewną pociechę, gdyż dotykające nas tragedie przestają być pozbawione sensu – nawet, jeśli nam, ani naszym prawnukom nie będzie dane go uchwycić.

Cały świat jest mniej lub bardziej niedoskonały (zaś w niedoskonałym z definicji są braki, czyli zło). Niemniej można szukać pocieszenia w teorii Leibniza, iż żyjemy w najdoskonalszym z możliwych światów, czyli w najlepszej wersji, jaka była możliwa do stworzenia. Zresztą innej Bóg nie mógłby uczynić, gdyż wszystkie jego dzieła muszą być najlepsze, na jakie Go stać, inaczej postąpiłby przeciw sobie, bo robiąc coś gorszego lub słabszego nie spełniałby wymogów wobec bytu doskonałego i optymalnego w działaniu.

Ludzie do pewnego stopnia zrozumieli otaczający ich świat. Lecz choć przyznają, że wielu rzeczy jeszcze pojąć nie zdołali, to tyle, ile wiedzą, pozwala im mieć pretensje do losu za niczym nie uzasadnione, niesprawiedliwe i niepotrzebne nieszczęścia. Jednak może te właśnie pretensje są bezzasadne, niesprawiedliwe i zbyteczne. Życzmy sobie zatem więcej pokory wobec tajemnic świata i boskich planów. Zwłaszcza, że nie wszystkim dana jest szansa negocjować z Absolutem.

Kłaniam, Martinus

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2 8