Archiwum kategorii: Wpisy załogi

1 8 9 10 12

Filozof bez nadziei

 

Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie.

Mniej więcej takie słowa witają dusze, wkraczające do piekła – przynajmniej w Boskiej komedii. Najwyraźniej Dante uznał, iż co, jak co, ale nadzieja, chociaż jest cnotą Boską, to w tym miejscu już się na nic nie przyda. A czy gdziekolwiek indziej warta jest podsycania?

Czym ona jest? Żywienie nadziei, to liczenie na coś, co nie jest pewne. To wyobrażanie sobie przyszłości. W dodatku pomyślnej. I karmienie się tym obrazem. To nieuprawnione spodziewanie się rzeczy, które – nawet jeśli prawdopodobne – wcale nie muszą się wydarzyć.

Nadzieja zatem nie przystoi filozofom. Wszak oczekiwanie na ziszczenie się czegoś ledwie potencjalnego to hazard. Nie bez kozery pojęcie losu (także tego, który nas czeka) równie silnie związane jest z pojęciem loterii. Tymczasem filozof, kierując się racjonalnym myśleniem i logiką, powinien zmierzać ku pewności. Nie zaś pokładać ufność w czymś, co przynależy do niepoznawalnego jutra. Czy można liczyć, że coś spełni się w czasie, o którym nie mamy żadnej wiedzy? Wobec tego: porzućcie wszelką nadzieję, którzy filozofujecie.

(Pozostanie wam rozpacz. Pozostanie wątpienie. Albo pewność własnych racji i arogancka ufność w swe ludzkie siły.)

Kłaniam, Martinus

4/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Wczoraj gadaliśmy o Parmenidesie!

Wczoraj w Pogadalni Janusz rozpoczął od wspomnień o szalonym koledze. Zauważył że, pamiętamy najlepiej właśnie tych gwałtowników, nie miłych i spokojnych, co to gałązki nie złamią nadłamanej…

Ja na to, że pamiętamy te chwile, w których nasza świadomość nie była uśpiona, w których albo coś w naszym wnętrzu albo coś poza nami rozbudziło nas, wybiło z monotonii i ożywiło naszą percepcję. Martinus podał przykład osób z „fotograficzną” pamięcią. Zauważył, że w starożytności odtwarzanie słowo w słowo zapamiętanej przemowy było czymś naturalnym. Zauważyliśmy, że człowiek współczesny posiada tyle pomocników pamięci i takie małe zainteresowanie napływającymi do niego informacjami, że w zasadzie coraz słabiej zapamiętuje. I tu zaproponowałem przyjrzenie się Parmenidesowi, a w szczególności jego słynnej frazie:

„tym samym jest myśleć i być” (to gar auto noein estin, te kai einai).

Myślimy często, że postęp w filozofii jest podobny do postępu w nauce. Kolejne teorie coraz doskonalej opisują rzeczywistość. Heraklit i Parmenides to wedle tego sposobu myślenia tacy zwolennicy teorii flogistonu, a Kartezjusz i Kant, nie mówiąc o Wittgensteinie, już wiedzą, że spalanie to żadna tam ucieczka flogistonu, lecz gwałtowny proces utleniania i na tej bazie budują swe nowoczesne teorie. Nie do końca. Postęp w filozofii dotyczy być może sposobów wyrazu, form argumentacji ale to, co filozofię odróżnia od nauki i wg mnie stanowi jej istotę tj. osobiste rozumienie świata, związek tego co mówi z życiem samego filozofa jest u starożytnych na takim poziomie, że możemy śmiało mówić o degeneracji filozofii w dziejach, a nie jej postępie.

Czytaj dalej

4.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Vivat sceptycyzm?

Wydaje mi się, że w wielu sprawach lepiej jest powątpiewać i niedowierzać, aniżeli żywić całkowite przekonanie o tym, jak się owe mają. Czy jednak sam sceptycyzm wystarczy? Moim zdaniem, to dobry początek. Nie można jednak poprzestać na zwątpieniu w możliwość poznania. Taka postawa nie przybliża do odkrycia istoty nurtującej nas sprawy.

Tak rozumiany sceptycyzm wydaje się jednak niezwykle kuszący. Wielu z ochotą przyjmie założenie, iż niczego nie da się w pełni poznać ani z całą pewnością orzec – po czym zarzuci próby, zaniecha wysiłków i oszczędzi sobie udręki, jaką niosą pytania bez odpowiedzi. Tym samym będą szczęśliwsi; bez niepokojących dylematów, bez rozterek. Wycofają się z aktywności poznawczej do wygodnej obojętności i błogiego spokoju. Ale popadną też w umysłowy zastój. Czytaj dalej

4/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Energetyczny sceptycyzm

 Zdecydowanie bardziej podoba mi się energetyczny sceptycyzm od energetycznego entuzjazmu. Nie ufam osobom oferującym uzdrowienie za pomocą energii niewiadomego pochodzenia. Śmieszą mnie nadęci uzdrowiciele i szamani, ale tak jak wątpię w istnienie bioprądów, tak samo wątpię w ich nieistnienie… Jak wiele z tej energii, która płynie przez nasze ciała jesteśmy w stanie opisać, nazwać i skontrolować? Obawiam się, że niewielki procent…

Co zatem czynić? Sceptycznie zamilknąć?

Otóż możemy a nawet powinniśmy świadomie reagować na tzw. “efekty energetyczne”. Jeśli jakaś osoba powoduje u nas “spadek energii”, należy zastanowić się nad przyczynami i wyciągnąć wnioski. Jeśli czujemy, że las i świeże powietrze powoduje w nas przypływ energii, korzystajmy z tego jak najobficiej.

3.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Problem energetyczny

Płytka i miałka być musi moja duchowość, skoro taki sceptycyzm wzbudziły we mnie słowa jednego z uczestników Pogadalni. Pewnie przez to, że nie byłem dostatecznie otwarty na jego przekaz, będę miał teraz trudność, by rzetelnie go przytoczyć. Mówił między innymi o tym, że relacjom międzyludzkim zawsze towarzyszy wymiana energii. Że rozmowa, bez względu na jej temat, to tylko powierzchowna wymiana informacji, a najintensywniejsza interakcja zachodzi na płaszczyźnie energetycznej. Ma to miejsce szczególnie wtedy, gdy kierujemy swą uwagę na konkretnego człowieka. Są osoby, które w czasie kontaktów pasożytniczo wysysają energię z innych – padło określenie „energetyczne zombie” i „energetyczny wampir”. Są też tacy ludzie, którzy (np. poprzez obcowanie z przyrodą) potrafią sobie „naładować akumulatory” w takim stopniu, że potem mogą obdarzać nadmiarem mocy kogoś, komu jej brakuje. Kiedy zaś grupa ludzi, nawet o różnym poziomie energii, zasiądzie w kręgu, to pośród nich energia się kumuluje, jej ogólny poziom wzrasta, przyczyniając się do pomnożenia wspólnego dobra z niej płynącego. I ponoć, panując nad tą wymianą energii, można osiągnąć spokój, pełnię, samopoznanie, samorozwój… Ponoć.

Słuchałem tego z mieszanymi uczuciami. Niby wszystko było spójne, uporządkowane, brzmiało logicznie, niosło krzepiące przesłanie. Jednakowoż dla mnie to nie było przekonujące. Było zarazem intuicyjnie przyswajalne jak i rozumowo budzące obiekcje. Jakbym słuchał baśni, albo lepiej – mitów greckich. Niewielu ludzi je zna, a chyba nikt w nie już nie wierzy. Nie mówiąc o tym, by praktykować kult dawnych bogów. Podobnie z tym transferem energii. Nie da się tego dowieść, pozostaje przyjęcie na wiarę. I jak znalazł, pojawił się piewca tej idei, niczym wskrzeszony starożytny kapłan. A nam pozostało otworzyć się na przyjmowanie energii i nauczyć, jak ustrzec się jej straty.

No właśnie, czy da się energią świadomie zarządzać? Nie wyobrażam sobie (pewnie to wynik mych ograniczeń imaginacyjnych) jak przykładowo spotkać się z kimś i odebrać mu część energii. Albo dajmy na to, czy można stworzyć pole ochronne, aby „energetyczny wampir” nie wyssał naszych zasobów? Choćbym nawet pojął, jak zachodzi taki proces energetycznej cyrkulacji, to wątpię, by dało się kontrolować jego przebieg. Czy mógłbym sobie powiedzieć: Ewa wróciła z urlopu taka naładowana pozytywną energią; spotkam się z nią i uszczknę trochę z jej zapasów. Ale jeśli pojawi się też Adam, to będę musiał uważać, żeby mi części nie odebrał, bo potem zamierzam spotkać się z Gabrielem. Biedak, marnie wygląda, to prześlę mu 10% mocy z mojej baterii. Czyż to nie brzmi… fantazyjnie?   Czytaj dalej

4.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Apostrofa do Erosa

Urodziny Wielkiego Pogadalnika były okazją do spotkania, które na jego wniosek przybrało charakter platońskiej uczty i krążyło wokół tematu Erosa. Każdy wygłaszał pochwałę boga miłości, a jeden z biesiadników spontanicznie napisał nawet wiersz ku jego czci. Uznałem to za świetny pomysł, sam nawet poczułem inspirację, ale że pióro mam powolne, nie podjąłem się tego na miejscu. Jednak po paru dniach stwierdziłem, że szkoda by tamto natchnienie wygasło i pokusiłem się o napisanie małego co nieco. Taki temat, o antycznej proweniencji, wymagał by spróbować przynajmniej polskiego heksametru i wpleść kilka mitologicznych postaci z greckiego panteonu, aby nasz Eros poczuł się, jak w rodzinnej Helladzie. Ocenę efektów pozostawiam czytającym.

Apostrofa do Erosa

Erosie starożytny, skrzydlaty łuczniku,
ty wespół z Afrodytą, wiesz jak serca drgnienia,
zmienić w łomot szaleńczy, w huk gromów bez liku,
dla samego Zeusa do pozazdroszczenia.

Na ucztach filozofów zasiadasz z ochotą;
współodczuwasz dobra i piękna łaknienie.
Choć nie filozofujesz, mądrość twoją cnotą,
Miłowanie Mądrości zaś drugim imieniem.

Kiedy Muzy natchnieniem napełniają czarę,
chcąc uraczyć nim sługę jednej z sztuk dziewięciu,
nieraz dopełniasz puchar miłości nektarem,
by człek nie mógł odpocząć w Hypnosa objęciu.

Oręż twój sam Hefajstos podjął się sporządzić,
jednak w błędzie, kto sądzi, że łuku cięciwa,
by z grotu srebrzystego słodki jad uwolnić,
posyła strzały śmigłe i serce przeszywa…

Kogo ugodzisz strzałą, prawom nie podlega,
z ukochaną osobą wzlata w nieboskłony,
świata prócz niej nie widzi, wad jej nie dostrzega…
ponad wszelką wątpliwość był w oczy trafiony.

Komu “grochem o ścianę” rady towarzyszy,
komu “jak makiem zasiał” wszelkie napomnienia,
kto, poza głosem serca, niczego nie słyszy,
tego strzałą raziłeś w uszy – bez wątpienia.

Jeśli ktoś nie potrafi miłości wyrazić,
wyrzec jak czarujące spętały go więzy,
ani tego, co w duchu przeżywa wysłowić,
temu z całą pewnością przestrzeliłeś język.

Ni mędrzec nie wyczyta z ksiąg opasłych wielu,
ni filozof brodaty, ni Sfinks nie odgadnie,
czy celujesz z namysłem, ale chybiasz celu,
czy też wzrok odwróciwszy, szyjesz gdzie popadnie.

PS
Do prezentów, przy których wespół ucztowałeś, racz przyjąć jubilacie, ten dodatek skromny
i ostrza mej krytyki, którą usłyszałeś pod adresem poezji, nie bądź długo pomny.

Kłaniam, Martinus

3.57/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Dobrowolne ubezwłasnowolnienie

Czym jest oddanie się? Z grubsza rzecz biorąc, to dobrowolne zrzeczenie się całości lub części swej wolności. Oddanie się we władanie komuś lub… czemuś. Wszak można się oddać jakiejś pasji, rozrywce, nałogowi, lub idei. Można je też rozpatrywać z punktu widzenia fizycznego aktu. Gdy jedna osoba oddaje się innej, przyzwala tym samym na dotyk, pieszczoty, obcowanie cielesne. Chciałbym jednak skupić się na oddaniu w wymiarze duchowym.

Dziwne, ale choć nie jestem przesadnie religijny, to główne skojarzenia mam właśnie z duchowością sakralną. Na przykład oddanie się Bogu, bo o tym pomyślałem, to powierzenie mu siebie, to deklaracja podległości: rezygnuję z wolności, niech wszystko się dzieje zgodnie z Twoją wolą. I w takim sensie postrzegam też oddanie się drugiemu człowiekowi. Podarowanie siebie: całego, albo jakiejś istotnej części mego „ja”. Oddanie władzy nad sobą, to również okazanie głębokiego zaufania, często w poczuciu bezpieczeństwa, jakby błogostanu… może nawet szczęśliwości i uniesienia.

Trudno się pozbyć wrażenia, iż jest w tym jakieś sacrum. Nawet terminologia budzi takie skojarzenia: zawierzenie komuś, powierzenie siebie, poświęcenie się komuś, ofiarowanie siebie. Czyli zwroty związane z wiarą, świętością, ofiarą. Jeśli oddanie się ma ten głębszy, nie cielesny wymiar, to posiada w sobie coś mistycznego, lub jak kto woli metafizycznego. Mimo, że oznacza uległość wobec czyjejś woli i utratę jakiejś części wolności; takie dobrowolne ubezwłasnowolnienie. Swoją drogą – czy oddanie się z własnej woli w niewolę nie zakrawa na paradoks?

Kłaniam, Matinus

3/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Absolut niewolny, czy absolutnie wolny?

Żeby zastanawiać się nad wolnością Absolutu, trzeba w ogóle założyć, że on istnieje. Dla uproszczenia procedury, tak właśnie załóżmy. Ci, którzy przyjmują jego istnienie, generalnie są zgodni co do jego cech; Absolut jest zatem jedynym bytem doskonałym, nie mającym równego sobie, samoistnym duchem poza czasem, nieograniczonym, bez początku i końca, niezależnym od czegokolwiek, wszechobecnym, wszechmocnym, wszechwiedzącym… A mi przyszło do głowy, że jednocześnie jest pozbawionym wolności. Jak to możliwe, by stwórca świata, który obdarzył wolną wolą anioły i ludzi, sam nie miał wolności wyboru? Ktoś mógłby nawet w związku z powyższym zapytać: jak mógłby innym dać coś, czego sam nie posiada? Jednakże, to nie jest tak, iż nie posiada, ale że nie może z tego skorzystać. Czytaj dalej

4.6/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Filozoficzna teoria względności

Po niedawnym podwójnym wykładzie o względności w fizyce i filozofii czułem pewien niedosyt. Dwóch prelegentów odnosiło się do pojęcia względności z punktu widzenia własnej profesji. Ogólna i szczególna teoria względności Einsteina zdominowała spotkanie, przykuwając uwagę słuchaczy, a tymczasem w filozofii jakby nic się nie działo – podczas gdy mi jawi się ona tak bogatą w różnorakie podejścia do tych samych zagadnień, a nawet do zagadnienia samego relatywizmu.

Filozofia nie lubi generalizacji. Zatem funkcjonujące w potocznym języku stwierdzenie, że wszystko jest względne, pewnie razi poważnych filozofów. Ja mam ten przywilej, że nie jestem zawodowym filozofem i niektóre reguły mnie nie obligują. Mimo to przyznaję, drażni mnie gdy słyszę: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. To tak, jakby istnienie relatywizmu miało tłumaczyć a nawet legitymizować wszelką różnorodność, w tym poglądów i osądów. Muszę jednak wyjawić, iż drzemie we mnie pewien dysonans. Z jednej bowiem strony odpowiada mi myśl, że gdy coś jest prawdziwe, to jest takie zawsze. Prawda pozostaje nią bez względu na czas, miejsce, okoliczności, obserwatora, kontekst etc. A jeśli okazuje się inaczej, to oznacza, że nie mam do czynienia z prawdą, lecz z jej pozorem. Z drugiej strony, mój rozum potrafi pogodzić się z istnieniem różnych punktów widzenia na tą samą rzecz. Aczkolwiek częstokroć nie potrafi zaakceptować tego, jak przekłada się to na rzeczywistość (o czym wspomnę na końcu). Czy takie rozdarcie to niekonsekwencja, czy coś dopuszczalnego?

Nie przekonuje mnie przykładowo Protagoras, i to, że człowiek jest miarą wszystkiego. Że prawdziwe jest to, czego dana osoba faktycznie doświadcza, podobnie jak i to, czego doświadcza jej towarzysz, choć tą samą sytuację postrzega inaczej. Dla mnie to nie relatywizm, a subiektywizm. Bo prawda o rzeczywistości jest jedna, a tylko odbiór różny, zależnie od indywidualnych cech percepcji. Kiedy dwie osoby wejdą do jeziora, jedna może powiedzieć, że woda jest ciepła, druga, że jest chłodna i – co ważne – żadna z nich nie skłamie. A przecież prawda o wodzie jest tylko jedna – np. że ma 20 stopni Celsjusza. Reszta jest prawdą o poszczególnych odczuciach tych osób. Czyż nie byłoby lepiej, gdyby jedna z osób powiedziała, że w tej wodzie jest jej w miarę ciepło, a druga, że trochę zimno? Czytaj dalej

3.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 8 9 10 12