Archiwa tagu: Bóg

1 2

Na święta – czyli sami ze sobą

Pandemia koronawirusa uniemożliwi spotkanie Pogadalni w formule filozoficznej kawiarenki. Postanowiłem więc przygotować temat, który z jednej strony będzie refleksyjny (choć częściej psychologicznie niż filozoficznie), a z drugiej jednocześnie nawiąże do zbliżających się świąt. Tym sposobem nie będę dwukrotnie zakłócał spokoju.

            Niezwykłe to będą święta. Chyba pierwsze takie od ponad stu lat, czyli od epidemii grypy zwanej „hiszpanką” (aczkolwiek przywleczonej z USA). Najprawdopodobniej nie udamy się do kościołów, pewnie nie zjemy święconki, nie spotkamy się ze wszystkimi bliskimi. I tak, jak za zwyczaj w życzeniach padają zwroty: spokojnych i rodzinnych…, radosnych i spędzonych w rodzinnym gronie…, w zdrowiu i ciepłej rodzinnej atmosferze… tak obecnie, w przypadku wielu osób należałoby się wystrzegać tych familiarnych sformułowań. Już niejedna rodzina uzgodniła, że jej członkowie na święta nie zjadą się, by zasiąść do wspólnego stołu.

            Wielu z nas święta spędzi w pojedynkę; dla niektórych nie będzie to nowe doświadczenie, lecz pozostali zmierzą się z wyjątkową sytuacją. Więcej szczęścia będą miały te rodziny, zwłaszcza liczniejsze, które i tak nigdzie nie jeździły, ani nie podejmowały gości. O ile więcej będą miały wspomnianego szczęścia? – trudno oszacować. Szczególnie, że od dłuższego czasu zmuszone są do ciągłego przebywania w komplecie pod jednym dachem, co bywa sporym wyzwaniem. Czyż to nie zastanawiające, że ani nie łatwo znosić stałą obecność tych samych osób, ani długotrwałe przebywanie w pojedynkę. To pozwala częściowo zrozumieć, na czym polega dotkliwość kary więzienia.

            Bardzo często się zdarza, iż trudno jest wytrzymać z samym sobą. Nie wykluczam, że było to ongiś jednym z powodów rozwinięcia instynktu stadnego. Zagłuszamy siebie i własne myśli, zwłaszcza te o poczuciu osamotnienia – gwarem innych osób. Nawet nie musimy z nikim rozmawiać, wystarcza przebywanie wśród ludzi. Szereg codziennych obowiązków i nawyków, jak chodzenie do szkoły, pracy, do biblioteki, albo kościoła, na zakupy, siłownię, czy choćby na bezcelowy spacer – ratuje niejednego z nas przed konfrontacją z własnym „ja”.

            Absorbujemy w ten sposób zmysły, wzmacniamy – nierzadko nieuprawnione – poczucie przynależności do wspólnoty, podczas gdy faktycznie jesteśmy li tylko częścią społeczeństwa. Elementem grupy obcych osób, krzątających się po tym samym świecie, ale każdy wokół własnych spraw, rzadziej wokół wspólnych. To złudne przeświadczenie, iż łączą nas jakieś szczególne więzi, zwykle nas zadowala. Nie rozgryzamy go analitycznie, żeby w środku nie odnaleźć pestki rozczarowania.

            A gdy od czasu do czasu uda nam się spotkać w gronie rzeczywistych znajomych, lub przyjaciół, to wprawdzie czujemy się szczęśliwsi, ale jakże łatwo marnujemy okazję na pogłębienie relacji, jakże ochoczo zajmujemy się płytkimi tematami. Zupełnie, jakby pewna część naszej podświadomości unikała sytuacji, w których musiałoby ujawnić się więcej prawdy o nas. Bo często na odsłonięcie takiej tajemnicy człowiek nie jest gotów, nie zna odpowiedzi na niektóre pytania o sobie, nie przejrzał lub nie przepracował swojej zawartości. Ewentualnie tyle, ile o sobie wie, pozwala mu stwierdzić, że nie ma się czym chwalić; albo przeciwnie – wystarcza do poczucia dumy i zwalnia z dalszego odkrywania prawdy o sobie.

            A gdy nie ma możliwości by wyjść między ludzi? Dawno temu izolacja, spowodowana przykładowo obłożną chorobą, musiała być wielce przygnębiająca. Człowiek skazany był na kontakt z ograniczonym, najczęściej dość wąskim gronem ludzi. Zdarzało się też tak, że np. rodzina szlachecka, mieszkająca w dworku na odludziu, z dala od sąsiadów, miasta, tudzież uczęszczanego traktu, przez większość czasu skazana była wyłącznie na własne towarzystwo. Po wielokroć mieli dość wspólnego mieszkania, znali się niemal na wylot, niczego nowego nie byli sobie w stanie zaoferować, nudzili się i szukali sposobów, by nudę tą zamordować. Wówczas pociechą było udanie się do kościoła, a wszelkie dalsze wyjazdy były jak święto. Kupno książki było niczym kupno nowych, świeżych myśli. Odwiedziny u krewnych i znajomych, jak haust powietrza po wynurzeniu. A kiedy z kolei ktoś z daleka zawitał w progi takiego domostwa, wioząc ploteczki ze świata i dworków dopiero co odwiedzonych, wioząc swoją własną historię, własne myśli, doświadczenia, przeżycia – to bywało, że podstępem, albo wręcz siłą przedłużano jego gościnę, bo taką stanowił atrakcję, takie urozmaicenie monotonii i rutyny.

            Dziś dostępne są różne formy pozyskiwania informacji i komunikacji; za pośrednictwem techniki łączymy się z całym światem. Portale społecznościowe dają możliwość wymiany myśli, aktualizacji wiadomości o losach danej grupy, uzyskania pewnej formy wsparcia. Pytanie tylko, na ile mądrze, lub przynajmniej rozsądnie są wykorzystywane. No i, czy te relacje, w które akurat ktoś się wikła są wartościowe. Czy niosą pozytywny potencjał, czy niestety degradują osobowość. Jak wspomniałem, żyjemy w czasach, umożliwiających nam różnorodny kontakt z bliźnim. O ironio, zdarza się, że preferencje względem jakiejś formy, prowadzą do aberracji, kiedy dwie osoby w tym samym pokoju wysyłają sobie sms-y. Z jednej strony człowiek czuje potrzebę łączności, pragnie spotkania z innym człowiekiem, a z drugiej tak opacznie wykorzystuje nadarzające się po temu okazje.

            Bywa, że gdy człowiek ostatecznie zmuszony jest zostać w domu, doskwiera mu nie tylko brak żywego kontaktu z innymi ludźmi, ale w ogóle brak kontaktu z zewnętrzem. Mózg przyzwyczajony jest do pewnej dawki codziennych bodźców, w dodatku nie tylko w odpowiedniej ilości, ale też ze stosownych źródeł. Kto przywykł często odwiedzać kawiarnię, albo spacerować po parku, odwiedzać galerię handlową, lub pływać na basenie – temu będzie brakowało dość konkretnych wrażeń zmysłowych. Przebywanie wśród czterech tych samych ścian szybko zaczyna go męczyć. Rzadko jednak stawia sobie wtedy ambitniejsze zadania, aby przeczytać coś interesującego, doszkolić się, nadrobić zaległości w ważnych sprawach. Częściej sięga po to, co najprostsze. Internet, telewizja, smartfon, gry komputerowe niejednokrotnie stanowią świetny pochłaniacz nadmiaru czasu i wypełniacz poczucia wewnętrznej pustki.

            Niektórzy dobrowolnie, albo i bezwolnie zamykają się w tym świecie na co dzień. I tym znacznie łatwiej poprzestać na takiej aktywności. Reszta początkowo znajduje w tym ukojenie, ale jeśli ten substytut jej nie wciągnie, to zaspokojenie nie trwa długo. Szkoda, że jedni i drudzy zabijają czas, zamiast go sensownie wykorzystywać. Nie można, co oczywiste, odmawiać sobie wszelkiej rozrywki, pseudoaktywnego wypoczynku, relaksu, a nawet próżnowania. Chodzi tylko o zachowanie umiaru, o odpowiednie proporcje, o to, czy prócz pustej zabawy, zdolni jesteśmy do szukania czegoś budującego i rozwijającego nas samych.

***

            Psychologowie dają wskazówki, jak spożytkować czas, który nieoczekiwanie trafił się nam w prezencie, albo który dotąd marnowaliśmy. Można by sądzić, że gdy jest się samemu to skierowanie uwagi na siebie, poznanie swej wewnętrznej natury, rozszyfrowanie prawdziwych pragnień i zadbanie o własny rozwój, że to wszystko w pojedynkę najłatwiej osiągnąć. I faktycznie, obserwacje potwierdzają, że wśród singli jest coraz więcej osób bardziej świadomych siebie, swoich pragnień, emocji, możliwości, aspiracji; nawiązujących bogate relacje, rozwijających ciekawe pasje, pogłębiających duchowość, medytujących, uprawiających jogę, albo rzadkie sporty, częściej korzystających z ofert kulturalnych, mądrze zwiedzających świat. Żyjąc samotnie (albo, jak niektórzy wolą mówić: samodzielnie) mają ten luksus, iż nikt im w tych działaniach nie przeszkadza, ani nie próbuje pomagać zgodnie ze swoim, a nie ich wyobrażeniem.

            Można jednak, nawet w takiej sytuacji, jak rodzina z opisanego wcześniej szlacheckiego dworku, wypracować metody, dzięki którym wyizolujemy się od cudzych wpływów. Nie jest to proste, gdyż w zamkniętej przestrzeni, szczególnie jeśli nie ma osobnego pomieszczenia na swój azyl, szybko dochodzi do konfliktu interesów. A jeżeli familia jest zgodna, to z kolei wiele spraw próbuje wzajemnie konsultować, idąc na nie zawsze miłe kompromisy. Bo kiedy za każdym razem wszyscy uzgadniają, o której rano wstają i krzątają się po domu, co razem zjedzą, jaką temperaturę ustawią, jaka muzyka lub stacja radiowa będzie rozbrzmiewać w ciągu dnia, co obejrzą wieczorem w telewizji, itp. – stanie się to frustrujące. Kompromisy niestety oznaczają zgodę na jakąś stratę, ograniczenie swobody i… doskonalenie cnoty wyrozumiałości. Zbyt częste ustępstwa mogą jednak rodzić niechęć do pozostałych domowników.

            Jeśli jednak jest możliwe, aby znaleźć w trakcie dnia czas wyłącznie dla siebie, należy z tego skorzystać. Jedną z ważniejszych rzeczy jest uważność i doświadczanie swojego życia na własnej skórze. Bycie na bieżąco, tu i teraz, jakkolwiek niejasno to brzmi, tak po prawdzie polega na nie rozpraszaniu się. Pogoń za dobrami materialnymi, używki i nałogi, trywialna telewizja, zatopienie w social-mediach, czy zakotwiczenie myśli w pracy, oddala od przeżywania obecnej chwili. Dobrze jest znaleźć odrobinę ciszy, choćby kwadrans; niekiedy może się udać dopiero wieczorem, ale warto. W ciszy lepiej słychać siebie. Można pomyśleć o własnych myślach, oddać się autorefleksji. Na początku przedstawić się sobie, w kolejnych krokach poznawać bliżej.

            Gdy poznajemy nową osobę, chcemy się dowiedzieć, co lubi, czym się zajmuje, jakie ma wartości, talenty, hobby, upodobania i plany, co jest jej atutem, co słabością. To często decyduje, czy obdarzamy ją sympatią i chcemy z nią przebywać, czy wręcz przeciwnie. Jeśli więc mamy trudność by wytrzymać sam na sam ze swoim „ja” to chyba warto – w podobny sposób – poznać siebie i znaleźć odpowiedź: dlaczego. A następnie, wiedząc nad czym trzeba popracować, zająć się tym i w rezultacie pokochać siebie. Rzecz jasna nie o narcyzm tu idzie, lecz akceptację siebie, afirmację, życie w zgodzie z sobą.

            Podobno, kto wie kim jest, kto odkryje w sobie tą pierwszą prawdziwą cząstkę, już ma coś autentycznego do zaoferowania. Im lepiej rozumie siebie i zachodzące w nim procesy, tym łatwiej zrozumie innych – a to prawie empatia. Cisza i bezruch wydobywają to, co wartościowego ma się w głębi. Dają okazję wejrzenia i wsłuchania w siebie. No, czasem pozwalają wypełznąć demonom, ale dzięki temu można się z nimi zmierzyć, gdyż demaskuje się ukrytego wroga. A jeśli nawet zobaczymy coś niezbyt pięknego, usłyszymy w wewnętrznym głosie coś przykrego, to także ma wartość, bo jest prawdą o nas. Dostrzeżenie swoich słabości, popełnionych błędów, zaprzepaszczonych szans, czegoś uczy. O ile to możliwe, należy sobie wybaczyć i mądrzejszym zbliżać się ku szczęściu. Dopiero poznanie siebie czyni znośniejszym przebywanie z sobą. Czyż nie jest tak, że wobec obcych czujemy niepewność, ostrożność, potrzebę dystansu, a częstokroć strach? Dlatego nie sposób mieć do siebie zaufanie, rozluźnić się i poczuć dobrze z samym sobą, dopóki „ja” jest kimś obcym. Potrzeba jednak na te zabiegi chwili odosobnienia, mentalnego stanięcia obok pędzących wydarzeń.

            Pomaga to również uświadomić sobie, w jakim kierunku się zmierza. Ocenić, co jest najważniejsze, co się chce jeszcze osiągnąć, ile jesteśmy gotowi poświęcić temu czasu i wysiłku. Im zaś częściej dokonuje się wewnętrznego wglądu, tym większe szanse bycia na bieżąco z sobą i własnymi potrzebami. Aktualizacja priorytetów i korekta planów mogą ustrzec przed zapędzeniem się w ślepą uliczkę, marnowaniem energii i innych swoich zasobów. Wielu ludzi, w obliczu śmierci żałuje, że brakło im odwagi, aby prowadzić inne życie. Szkoda, że uświadomienie sobie tego, na jakim życiu im zależało, przyszło za późno.

            Niebagatelną moc posiada modlitwa. Można znaleźć opowieści ludzi wielce wiekowych, jak istotna była dlań sfera duchowa w życiu. Okazuje się, że jednym z patentów na długowieczność jest właśnie umiejętność zatrzymania się w codziennym biegu i skupienia na modlitwie. Kontakt z transcendencją, rozmowa z Bogiem, chwila wyciszenia – to pozwala zaprowadzić wewnętrzny ład, a nierzadko również uporządkować to, co zewnętrzne. Wiara daje siłę i inspirację. Umacnia w moralnych postanowieniach, kształtuje charakter. Bywa też źródłem szczęścia i usensownia życie. Coś mi mówi, że niezłym sposobem na osiągnięcie podobnych rezultatów będzie dla niektórych medytacja. Praktykujący jedno i drugie mówią zgodnie: warto!

            Człowiek to nie tylko psychika, intelekt, czy duchowość; to również ciało, które jest podstawowym elementem łączącym nas z zewnętrzem. Wyposażeni w zmysły odbieramy bodźce z otoczenia. Dzięki ciału namacalnie potwierdzamy swoją obecność w kontaktach. W dobie pandemii zatem nie sposób nie wspomnieć o doglądaniu zdrowia. Słaba forma fizyczna, niezdrowy tryb życia, ale i nonszalanckie narażanie się na choroby, niosą negatywne skutki. A kiedy ciało odmawia posłuszeństwa, to cierpienie zagłusza i utrudnia myślenie o sobie w innych kategoriach, niż fizyczne. Choroba odciąga uwagę od ciekawszych spraw, dehumanizuje, rodzi frustracje, czasem zwątpienie. Zaburza albo uniemożliwia relacje z otoczeniem. Miłość własna oraz dbanie o siebie nie jest w tym przypadku egoizmem, a rozsądną troską. Jak widać, należy szanować siebie pod różnymi względami. Zbudowanie udanej relacji z samym sobą to połowa sukcesu w budowaniu dobrych relacji z innymi.

***

            A na czym budować relacje z ludźmi? Niektórzy twierdzą, że na szczerości. To dość ryzykowna rada, zwłaszcza wobec obcych. Ale w gronie rodziny może się sprawdzić, bo najbliższym krewnym można zaufać. Przynajmniej dobrze by było tak móc. Obranie roli skrytego, lub tajemniczego wydaje się atrakcyjne i bezpieczne. Gdy nikt nie wie, jacy naprawdę jesteśmy, co myślimy i przeżywamy, ma mniej danych, aby skutecznie nas zranić lub wykorzystać. Trzeba jednak założyć, iż nie każdy ma wobec nas taki zamiar. Jasne, że o pewnych sprawach nikomu nie powiemy, lecz im więcej ukrywamy, tym częściej zmuszamy innych, żeby domyślali, jak jest. A nie każdy jest mistrzem dedukcji. Powstanie więc sporo błędnych wyobrażeń na nasz temat, dojdzie do nieporozumień i często przykrych konsekwencji.

            Autentyczna miłość i głęboka przyjaźń wydają się niemożliwe bez szczerych zwierzeń, dzielenia się sekretami, wyznawania uczuć. Kto się otwiera budzi zaufanie i ośmiela drugą stronę do otwartości. Kto wobec najbliższych przyjmuje postawę obronną traci okazję do poczucia więzi i jedności, pozbawia siebie radości płynącej z dzielenia się sobą. W zamian tworzy barierę i wiedzie samotną egzystencję pośród ludzi, którzy mogliby – lepiej go znając i rozumiejąc – odwdzięczyć się bliskością. Kiedy więc już ktoś pozna siebie, powinien, co najmniej częściowo, tą wiedzą się podzielić. Inaczej może roztrwonić swój wysiłek, gdyż alienując się od rodziny i przyjaciół, skrywając siebie przed nimi, ryzykuje, że sam dla siebie na powrót zostanie nieznajomym. A bliscy poczują się odepchnięci, odrzuceni, wykluczeni z pełnego udziału w jego życiu.

            Naturalnie – wszystko w rozsądnych granicach. Podobnie jak nadmierna skrytość jest zła, również przesadna wylewność potrafi zaszkodzić. A słuchacza zaskoczyć. Gdy nieoczekiwanie spotka się ze wielkim pakietem danych wrażliwych, szczegółowym biogramem, drobiazgowym opisem osobistych doświadczeń, emocji, intymnych detali, może poczuć skrępowanie, zrazić się i nie udźwignąć roli powiernika. Ważne jest opanowanie umiejętnego, wyważonego gospodarowania szczerością. Nie należy mówić wszystkim wszystkiego. Niemniej otwartość jest wskazana, bo buduje i pogłębia więzi międzyludzkie. Wobec najbliższych jesteśmy wręcz moralnie zobowiązani do uczciwości. Wiąże się to czasem z powiedzeniem też przykrej prawdy, wyrażeniem kontrowersyjnej (niemniej swojej własnej) opinii, przyznaniem się do uczuć i myśli, których nikt się nie spodziewał. Warto pamiętać, że skrywanie, bądź tłumienie spontanicznych uczuć, zamykanie się w emocjonalnej klatce nie jest też po prostu zdrowe.

***

            Niezwykłe to będą święta. Ale niezwykły jest już obecny czas. Może warto rozważyć takie jego wykorzystanie, które przyniesie osobisty pożytek, lub poprawi relacje w gronie epidemicznych więźniów. Po to właściwie zebrałem powyższe rady i informacje, po to dzielę się refleksjami. Zawsze dobrze jest podjąć próbę, aby poznać, wzbogacić i polubić siebie, a także otworzyć się na innych, prowokując ich do podobnego kroku. Znaleźliśmy się w świecie izolatek, ale mamy szansę przekuć to na spory zysk. Sytuacja wymusza zrezygnowanie ze spotkań i zgromadzeń, lecz uznajmy to za formę poświęcenia dla dobra bliźnich. Potraktujmy, jako test wytrwałości. Łamanie ogólnie przyjętych reguł to nie tylko przejaw egoizmu, nieodpowiedzialności, brawury i głupoty, lecz także realna groźba obciążenia swojego sumienia czyjąś śmiercią. Pomyślmy nie tylko o swoim komforcie. Zdajmy pozytywnie sprawdzian z człowieczeństwa.

Niegdyś trudne czasy kształtowały szlachetne charaktery; i dziś możemy swoją postawą zaświadczyć o sile ducha. A kto ma Boga w sercu, ten nie potrzebuje wszystkich około świątecznych elementów tradycji. Na pewno nie po to, by wartościowo i głęboko przeżyć wielkanocny czas. Może nawet w dużo bardziej szczególny sposób. Zdrowych Świąt!

Kłaniam, Martinus

           

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Odrobina grafomanii na święta

Swoim zwyczajem dzielę się drobną refleksją na świąteczny czas ;D

Szkoda czasu i atłasu

Zacznę od anegdoty z epoki stanisławowskiej. Tuż po koronacji Stanisław August Poniatowski przyjmował gratulacje od znamienitych gości, dostojników i dworzan. Wśród zgromadzonych nie brakowało artystów, gdyż jako oczytany i obyty koneser sztuki, otaczał swoim mecenatem różnych twórców. Wiedziano, że darzył ich szczególnymi względami a poniektórych to i w czwartki na obiadach dokarmiał.

https://i0.wp.com/upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/71/Marcello_Bacciarelli_-_Portret_Stanis%C5%82awa_Augusta_z_klepsydr%C4%85.jpg?resize=300%2C398&ssl=1

Marcello Bacciarelli: Portret Stanisława Augusta Poniatowskiego z klepsydrą

Ośmielił się zatem podejść do króla pewien poecina i wręczyć wiersz, wychwalający nowego władcę – utwór własnoręcznie spisany na drogocennym, białym atłasie, sprowadzonym z dalekiej Persji. Panegiryk, krótko mówiąc był słaby i choć Poniatowski wdzięcznie go przyjął, pozwolił sobie na sarkastyczną recenzję, mówiąc: „Szkoda czasu i atłasu, byś się wdzierał do Parnasu”. Tym sposobem wierszokleta i pochlebca przeszedł do historii… anonimowo. Jako jeden z twórców tak dalece wierzących w swój talent, że uwieczniających swe dzieła na kosztownym materiale, podczas gdy nie są warte nawet poświęconego im czasu i wysiłku. To niemal definicja grafomanii. Bo jak określić sytuację, w której ktoś przecenia własne prace i wielbi je, nawet w obliczu rzeczowej krytyki.

Niezdrowy sentyment do elukubracji

Tkwi jednak w wielu ludziach jakieś trudno wytłumaczalne przywiązanie do tego, co zrobili, co zbudowali, powołali do istnienia. Niekoniecznie musi to być dzieło sztuki, czy okupiony wysiłkiem wytwór rzemiosła. Czasem wystarczy jakieś drobne rękodzieło, lub hobbystyczna praca, coś zgoła niepozornego, co jednak potrafi obudzić tą szczególną świadomość autorstwa. I nierzadko pojawia się trudność nabrania chłodnego dystansu do tej własnej twórczości. Czytaj dalej

4/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXVI – czyli dwa światy

Najbliższe spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki poświęcimy w pewnym sensie zaświatom. Dopiero co przeżywaliśmy dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki, więc pozwólmy sobie na małą kontynuację klimatu zadumy. Owszem, mało to filozoficzne, ale przecież wolno czasem pokusić się o refleksję nieco innej natury.

W świetle znicza

Jedni idąc nad groby bliskich jedynie oddają cześć ich pamięci, tak jak czynimy to pod pomnikami i tablicami pamiątkowymi. Być może najdzie poniektórych refleksja nad własnym losem, zastanowią się jak to będzie, gdy ktoś ich szczątki złoży pod granitową płytą. Może zadadzą sobie pytanie, kto będzie zapalał znicze i przez ile pokoleń będą ważni dla potomnych. Inni idąc na cmentarz pielęgnują nie tylko pamięć o pochowanych, ale też wiarę w to, że ich dusze są nieśmiertelne i czekają na spotkanie po tamtej stronie.

Niektórzy twierdzą, że czują obecność duchów. Dopuszczam możliwość takiej wrażliwości zmysłów, która pozwala tego doświadczyć. Ja pod tym względem mam zmysły stępione, aczkolwiek pamiętam, że kiedyś śniła mi się zmarła osoba, która złapała mnie mocno za ramię i obudziłem się, wyraźnie czując ucisk na ciele. Być może to tylko ułuda, a może właśnie sen jest kanałem, poprzez który oba światy nawiązują łączność ze sobą. W końcu sen to brat śmierci, jak napisał Mickiewicz – zresztą powtarzając po Homerze, mówiącym o bliźniaczym pokrewieństwie obu stanów.

Wrota snów

Kto wie, może z duchami jest tak, że kiedy zasypiamy i śnimy, to odwiedzamy ich świat. Rządzą tam inne prawa fizyki, inne prawa logiki, inne pojęcie sensu. Jednakowoż znajdujemy w tym świecie odbicie naszego, nie stroniącego od uniesień, seksu, przemocy, bezsilności, zachwytu, radości i smutku. W sennych realiach wszystko jest do pomyślenia, żaden absurd nie budzi zdumienia, irracjonalne zdarzenia traktuje się jak coś naturalnego. A spotkania ze zmarłymi nie wywołują zdziwienia, czy zaskoczenia – choć mogą przestraszyć.

I kto wie, może kiedy z kolei duchy śpią, to poprzez swoje sny trafiają do naszego świata. Z obszaru bezcielesnej nieważkości, przez wrota marzeń sennych, opuszczają na chwilę ów świat pozbawiony sensu, logiki i praw. Tą drogą, nierzadko dają się dojrzeć żywym ludziom, albo przynajmniej pozwalają odczuć swoją wśród nas obecność. Stąd niezliczone świadectwa osób nawiedzonych. Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Chrześcijaństwo dla czterdziestolatków czyli mocna riposta na śmieszny tekst o brodzie

 

Koledze Houndowi udało się mnie poruszyć. Poruszył, trochę rozbawił ale też zasmucił mnie jego wpis pt. Brodaty Chryst. Poczułem niemal namacalnie smutek jaki kryje się gdzieś za żartobliwą formułą tekstu i zrobiło mi się żal (autora, samego siebie, Ukrzyżowanego?)  Ukrzyżowany nagi młody mężczyzna jest, jak gdzieś zauważył Jung, archetypem współczesnego Europejczyka. Nosimy w sobie Ukrzyżowanego, nolens volens. Każdy myślący człowiek jest świadom cierpienia jakie niesie życie i szanuje heroizm tych, którzy pomimo bólu zachowują wysokie standardy i poczucie odpowiedzialności za innych. Kiedy autor pisze „chłopak z Nazaretu” też, moim zdaniem, na swój sposób wyraża tę bliskość. Nazarejczyk jest mu bliski – Hound przyjmuje tu maskę cynika aby poruszy tych, którzy, jak powiada nie potrafią wymienić imion ewangelistów.  I udało mu się. Wytrącił mnie niedzielnego chrześcijanina z równowagi, pisząc o Jezusie „lekkomyślny przywódca”. Nie chodzi nawet o samo sformułowanie, ale o ton, w jakim pisze o najważniejszej historii tej konkretnej dwunogiej nieopierzonej istoty jaka chodziła po tej planecie. Przemawiając z pozycji współczesnego człowieka rozumu, znawcy ludzkiej historii i filozofa,  umieszcza Jezusa w gliniastej dziurze brodatych Nozarejczyków. Zanim wrócimy do wątku historycznego, warto wspomnieć coś o stylu Martina  Hounda, aby nie uznał, że nie zrozumiałem jego intencji. Wiem, że ze zmieniania pozycji retorycznych uczynił on  sztukę. Kiedy przechodzi na pozycje znawcy, świadomie wywołuje dreszcze u widowni. Celem tej operacji jest poruszenie słuchaczy, wyrwanie ich z intelektualnego marazmu, twórczy zamęt, wywołanie inspirującej dyskusji. Taki retoryczny cynizm. Marcin Hound, badając starożytne teksty odkrył to retoryczne narzędzie przez niektórych cyników stosowane i sam niekiedy ze swadą z niego korzysta. Pisząc o Jezusie, dotyka jednak obszaru, gdzie nie można już się zasłaniać retoryką. Dlatego pytam:  Czy przywdziewanie maski cynika to to samo, co bycie cynikiem? No i, co było przyczyną mojego smutku, gdzie autor schował swój krzyż, pisząc tak lekko o tym najsłynniejszym? Tak lekko, że aż ja poczułem ciężar swojego, czytając jego tekst.

Dwa dni temu wróciłem z Asyżu. Oglądałem freski Giotta w bazylice św. Franciszka. Na jednym z nich, Franciszek stoi nagi w obecności władz państwowych i kościelnych. Tu wychodzi cały jego cynizm antyczny. Miał w nosie, co sobie o nim pomyślą, bo czuł, że żyje. Czuł się wolny. Czytaj dalej

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Brodaty Chryst  –  Medytacje nad brodą wtóre

Jankowi Sarnie

Jakiś czas temu, łapiąc się brody filozoficznej (zob. pierwszą część wpisu) próbowałem pokazać, w jaki sposób szczeć (nie jest to bezokolicznik, to nie miałoby sensu) na brodzie filozofa pomaga odróżnić ludzi uczciwych od tych, którzy postanowili poświęcić się szerzeniu epistemologiczno-metafizycznej ściemy. Jeżeli jednak ktoś po wpływem tych rozważań postanowiłby ściąć brodziszcze, to byłby to czyn pochopny, bo, jak się okazuje, włochaty avatar może posłużyć do wielu pożytecznych celów, spośród których uwolnienie się od towarzystwa chrześcijan nie jest najpośledniejszym. Ale zanim o tym…

W tych trudnych pedagogicznie czasach, w których młodzież potrafi nazwać kilkaset rodzajów pokemonów, ale ma trudności z wymienieniem imion czterech ewangelistów, wszytko trzeba wyjaśniać. Do dzieła zatem.

Po pierwsze: Co to jest chrześcijaństwo? Chrześcijaństwo to taka religia, którą wyznaje twoja stara, a która w I i II wieku naszej ery zaczęła szerzyć się na Bliskim Wschodzie, aby roznieść się potem jak wysypka po całym Imperium Romanum. Wszystko zaczęło się od chłopaka z Nazaretu, który podjąwszy wątpliwość co do przyszłych losów swojej ojczyzny i całego świata, przypuścił, że w ciągu kilkunastu najbliższych lat wszystkie ludzkie sprawy znajdą swój pozytywny finał w wielkim kataklizmie, po którym jego ojczysty Bóg, którego imienia nie wolno mu było wymawiać, weźmie sprawy świata w swoje ręce. To przypuszczenie doprowadziło go na sam szczyt kariery przewidzianej dla apokaliptycznego proroka, którą w tamtych nie znających happy endów czasach była egzekucja w malowniczych okolicznościach przyrody na podjerozolimskim pagórku, noszącym uroczą nazwę Czaszka (aram. Gagûltâ).

Po śmierci lekkomyślnego przywódcy młodzi ludzie, który uwierzyli mu na słowo, nie mogąc się pogodzić z przedwczesnym końcem kariery ich guru, wbili sobie do głowy, że ich szef wcale nie umarł, ale że ciągle im towarzyszy i oczekuje od nich, że przejmą od niego misję przepowiadania końca czasów. W tym duchu zaczęli głosić w najbliższym otoczeniu tzw. ewangelię, tj. zbiór opowieści o życiu mistrza, które w ciągu najbliższych kilku stuleci spisane zostały w jakichś czterdziestu wersjach, z których cztery najstarsze uznane zostały później (300 lat później) za jedynie słuszne i godne czytania przed niedzielnym obiadkiem.

Nazorejczyk przy pracy

Co to wszystko ma wspólnego z brodą? Otóż ten lekkomyślny młody człowiek, który sam o tym nie wiedząc rozpoczął rewolucję kulturową, która miała doprowadzić do rozpowszechnienia ideału miłości powszechnej, a także przerwania na 1700 lat tradycji organizowania olimpiad, prawdopodobnie miał brodę i to brodę nie byle jaką: brodę rytualną. Pewnie słyszeliście, że “(…) kazał Piłat wypisać tytuł winy (…), a było napisane: ‘Jezus Nazarejczyk, król Żydów”. W oryginale greckim miało to brzmieć: “Iésús ho Nazóraios ho basileus tón Iúdaión”. Niektórzy przypuszczają, że ta właśnie tabliczka nasunęła postronnym obserwatorom egzekucji pomysł, że Jezus pochodził z Nazaretu, co miało być zasadniczym nieporozumieniem. Uważają oni, że zwrot “Nazóraios” nie oznaczał bowiem nazarejczyka, ale nazorejczyka, tzn. kogoś, kogo w dzieciństwie poświęcono Bogu Izraela (którego imienia nie wolno było wymawiać, ale o którym każdy wiedział, że nazywa się Jahwe). Poświęcenie to oznaczało przede wszystkim zakaz golenia włosów na całym ciele i, jeżeli przypuszczenie to jest poprawne, to musiał ów młody człowiek mieć zaiste brodę godną filozofa. Niektórzy przypuszczają nawet, że on sam był filozofem należącym do tej samej szkoły, z którą związany był ów szydzący z filozofów Lukian, tzn. do szkoły cynickiej. Skąd ten pomysł? Czytaj dalej

2.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Księża pedofile jako bogowie składani w ofierze. Druga medytacja nad Jungowskim seminarium “Zaratustra Nietzschego”

Motto: 
Pewność, że trzyma wreszcie w ręku Jana Valjean, wydoby­ła na jego twarz wszystko, co miał w duszy. Poruszone głębie wypłynęły na powierzchnię. […] Radość Javerta biła z jego władczej postawy. Na niskim czole malowała się brzydota takiego triumfu. Była w tym cała skala ohydy, jaką ma do dyspozycji twarz zadowolona.

Victor Hugo, Nędznicy

Pedofilia jest zbrodnią odrażającą, niewybaczalną i nieprzedawniającą się. Po takim wstępie czytelnik może spodziewać się już tylko jednego: niepokojącego “ale…”

Co stoi za dzisiejszym naszym, waszym i moim, świętym oburzeniem? Czym w ogóle jest owo “święte oburzenie”? Jakie są jego źródła?

Żeby to zrozumieć, trzeba zastanowić się nad sposobem, w jaki nasz umysł radzi sobie z winą. Już Epiktet wiedział, że nikt nie chce być zły. Ludzie robią różne rzeczy, ale żadnej z tych rzeczy nie byliby gotowi uznać za zło, a w szczególności za zło w czystej postaci. Bywają zła konieczne, na które człowiek rozsądny musi przystać. Bywają nawet takie, których sam musi dokonać, bo ratują one wspólnotę, do której należy. Wszystkie te postępki łamiące odwieczne przykazania moralne, takie jak nie zabijaj, albo nie kradnij, są jednak przy pewnym rozumieniu dobre. Uświęcają je dobre intencje, którymi nieodpowiedzialni moraliści chcieliby wybrukować piekło. Pedofilia jest inna. To grzech, który nie może być niczym usprawiedliwiony. Ani winami ofiar, ani żadnym wyższym dobrem. Majciarz krzywdzi niewinne ofiary dla własnej przyjemności. Zgroza jest tutaj zrozumiała. No i gdzie ja tutaj wcisnę to moje “ale”? Czytaj dalej

3.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coś na święta, czyli: sumienie głosem najwyższego… egoizmu

W różny sposób opisuje się fenomen sumienia. Niewątpliwie jednak jest to wewnętrzny głos, który zdaje się odzywać niezależnie od naszej woli. Pytanie: a co jeśli jest to głos naszego ego? Czy – posuwając się krok dalej – naszego egoizmu.

Przecież tzw. wyrzuty sumienia, jak i spokój sumienia są odpowiedzią na to, w jakim stopniu udaje się nam zachować dobre relacje z otoczeniem. Jeśli nasze zachowanie burzy, lub niszczy porządek w tych relacjach, czujemy dyskomfort. W naszej naturze bowiem zakodowana jest potrzeba akceptacji i lęk przed odrzuceniem. Wszystkie lepiej zorganizowane społeczności (również wśród zwierząt) jako jedną z dotkliwszych kar stosują wykluczenie z grupy. Z krańcową tego formą – czyli eksterminacją – włącznie. Dla własnego więc dobra – i dobrego samopoczucia – pragniemy dobrych relacji z otaczającym nas światem. Tym samym, kierujemy się egoizmem.

***

W tym kontekście frapujące, ale logicznie spójne wydaje się przywołanie przekonania, iż sumienie jest głosem Boga. Wynika bowiem z tego, iż Bóg jest egoistą, co zresztą nie kłóci z biblijnym Jego wyobrażeniem. Mamy przykłady tekstów objawionych, które do takiego poglądu uprawniają. Głównym exemplum będzie pierwsze (z dwóch) przykazanie miłości, które nakazuje człowiekowi kochać Boga. Bo jak nie, to… wiadomo. Teolodzy mówią nam, że Bóg stworzył nas z miłości; tylko zapominają dodać, iż z miłości własnej. Czytaj dalej

3.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXI – czyli duchy są, Boga nie ma

Wielkimi krokami zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem spotkamy się w uświęconej tradycją formule filozoficznej kawiarenki i pogadamy o… duchach, bóstwach i samym Bogu.

Niedawno w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu odbyła się filozoficzna dyskusja panelowa zatytułowana: Co z tym Bogiem. Nie wdając się w szczegóły, chciałbym tylko wspomnieć, że trzech filozofów: buddysta, chrześcijanin i sceptyk przedstawili swoje poglądy, a debaty (czy dyskursu z serią trudnych pytań i wymianą argumentów) było tyle, co kot napłakał. Zasadniczo, spotkaniu przyświecała powszechna zgoda co do tego, że jakiś wymiar transcendentny istnieje i albo ma postać pustki (rozumianej przez buddyzm, jako miejsce potencjalności, z której może wyłonić się wszystko), albo postać Absolutu (różnorako rozumianego, tudzież nie rozumianego i nie do ogarnięcia wcale). Dziwił brak zdecydowanej ekspresji w poglądzie sceptycyzmu (aczkolwiek przemknęła tędy freudowska koncepcja), lecz widać zwyciężył duch przyjaznego spotkania (o ile takie duchy istnieją). Po cichu liczyłem, że przywołani będą filozofowie różnych epok i proweniencji oraz ścierać się będą wskrzeszeni tytani umysłu, toteż byłem lekko zawiedziony, gdy większość wypowiedzi stanowiły osobiste wyznania o podejściu do wiary, czy religii. Z drugiej strony, czyjeś subiektywne przeżycia i wyobrażenia, wygłoszone publicznie, zyskują pewną obiektywną wartość; w końcu poznanie bliżej drugiego człowieka i jego sposobu postrzegania świata rozwija również świadków tej ekshibicji.

Swoistą kontynuacją rozważań w bibliotece była, kilka dni później, rozmowa podczas spotkania Pogadalni. Więcej było w niej dyskusji o Bogu, a temat wydał się na tyle nośny, że proponuję poświęcić mu jeszcze chwilę. Na zachętę podzielę się kilkoma refleksjami. Żeby była jasność – wierzę w Boga. Ale mimo to pozwolę sobie na nieco prowokacyjne zagajenie tematu. Od czego zacząć? Może tak…

Politeizm dawnych cywilizacji nie przetrwał próby czasu. Dzisiejszy (np. w pewnych odłamach hinduizmu), przez wyznawców monoteizmu jak i ateuszy też bywa traktowany, jako błędna koncepcja wiary. A przecież pierwotne doświadczenie transcendencji różnych ludów, na różnych kontynentach, w różnych kulturach uznawało właśnie istnienie większej, lub mniejszej liczby istot duchowych. Czytaj dalej

4.86/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta o Boskim utylitaryzmie

            Pan rzekł: „Skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich mieszkańców są bardzo ciężkie.” (…)

            Zbliżywszy się do Niego, Abraham rzekł: „Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy (…) nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych (…) sprawiedliwych? O, nie dopuść do tego(…), aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! (…) Czyż Ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?”

            Pan odpowiedział: „Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miastu przez wzgląd na nich”.

Bóg i Abraham

Jeśli świat jest najlepszą wersją, jaka była możliwa, to być może da się wytłumaczyć wszelkie zło, jakie na nim obserwujemy. Dajmy na to śmierć kogoś, kto uchodził za dobrego, albo jakiejś niewinnej dzieciny. Powiedzmy taka miła, starsza pani, kochająca dzieci, wnuki i koty, pomocna dla sąsiadów, prowadząca zdrowy tryb życia, silna, sprawna, aktywna – nagle zapada na ciężką chorobę i umiera w wieku… pięćdziesięciu lat. Wydaje się to niepotrzebną traumą dla jej bliskich. Ale może gdyby żyła dzień dłużej, weszłaby pod nadjeżdżającą ciężarówkę, której kierowca wykonując gwałtownie manewr wymijający wpadłby na grupę dzieci… A dlaczego zmarło niemowlę, lub płód jeszcze? Bo inaczej, z powodu jego zdrowia, albo zdrowia jego mamy, przejęty sytuacją ojciec pędziłby autem na złamanie karku do szpitala i wpadł pod pociąg powodując katastrofę z wieloma ofiarami… Może z boskiej kalkulacji wynikało, że wezwanie do siebie tych osób i przyprawienie o ból i zgryzotę ich bliskich, oszczędzi lub uratuje życie większej liczbie innych ludzi, którzy niechybnie zmarli by, gdyby ta dobra lub niewinna osoba żyła choćby chwilę dłużej. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVIII – czyli nie módl się o pokój

Stare łacińskie porzekadło głosi: Si vis pacem, para bellum – innymi słowy Qui desiderat pacem, praeparet bellum. Czyli po Liwiuszu z Wegecjusza na nasze: Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Na pierwszy rzut oka brzmi to, jak sprzeczność zdań, jak jakiś oksymoron. Tymczasem, mógłbym rzecz ująć słowami: jeśli marzy ci się zachować pokój, to bądź stale przygotowany do wojny, by w każdej nieoczekiwanej chwili skutecznie go bronić. Na szczęście starożytni ujęli to zwięźlej, co pewnie zawdzięczamy ich manii utrwalania sentencji w kamieniu; komu bowiem chciałoby się ryć dłutem długie aforyzmy.

Wróćmy do cytatu. Co prawda przesłanie brzmi, że warunkiem pokoju jest przygotowanie militarne, lecz komunikuje też w pierwszym członie, że celem jest pokój. Z góry zakłada, że o niego tu chodzi i dla niego należy się sposobić do ewentualnej walki. Mimo użycia słowa „Si” (jeśli) a w drugim cytacie „Qui desiderat” (kto chce) – to owo zdanie warunkowe jest jakby retoryczne. Czyli ma wymowę: jeśli chcesz pokoju, a zakładam, że chcesz, to dam ci radę – uzbrój się. A w drugim cytacie: kto chce pokoju, a zakładam, że każdy – niech się zbroi. Dlaczego ludzie wzniecają wojny? Bo albo chcą coś pozyskać, albo odzyskać. I są to dobra bardzo konkretne, jak terytorium, bogactwa, władza, lub piękna Helena – albo bardziej abstrakcyjne, jak honor, wolność, religia, prawda i paradoksalnie pokój. U podstaw leży więc jakieś silne pragnienie (i często przeczucie sukcesu). A co leży u podstaw pragnień? Czytaj dalej

4.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2