Archiwa tagu: Bóg

1 2

Chrześcijaństwo dla czterdziestolatków czyli mocna riposta na śmieszny tekst o brodzie

 

Koledze Houndowi udało się mnie poruszyć. Poruszył, trochę rozbawił ale też zasmucił mnie jego wpis pt. Brodaty Chryst. Poczułem niemal namacalnie smutek jaki kryje się gdzieś za żartobliwą formułą tekstu i zrobiło mi się żal (autora, samego siebie, Ukrzyżowanego?)  Ukrzyżowany nagi młody mężczyzna jest, jak gdzieś zauważył Jung, archetypem współczesnego Europejczyka. Nosimy w sobie Ukrzyżowanego, nolens volens. Każdy myślący człowiek jest świadom cierpienia jakie niesie życie i szanuje heroizm tych, którzy pomimo bólu zachowują wysokie standardy i poczucie odpowiedzialności za innych. Kiedy autor pisze „chłopak z Nazaretu” też, moim zdaniem, na swój sposób wyraża tę bliskość. Nazarejczyk jest mu bliski – Hound przyjmuje tu maskę cynika aby poruszy tych, którzy, jak powiada nie potrafią wymienić imion ewangelistów.  I udało mu się. Wytrącił mnie niedzielnego chrześcijanina z równowagi, pisząc o Jezusie „lekkomyślny przywódca”. Nie chodzi nawet o samo sformułowanie, ale o ton, w jakim pisze o najważniejszej historii tej konkretnej dwunogiej nieopierzonej istoty jaka chodziła po tej planecie. Przemawiając z pozycji współczesnego człowieka rozumu, znawcy ludzkiej historii i filozofa,  umieszcza Jezusa w gliniastej dziurze brodatych Nozarejczyków. Zanim wrócimy do wątku historycznego, warto wspomnieć coś o stylu Martina  Hounda, aby nie uznał, że nie zrozumiałem jego intencji. Wiem, że ze zmieniania pozycji retorycznych uczynił on  sztukę. Kiedy przechodzi na pozycje znawcy, świadomie wywołuje dreszcze u widowni. Celem tej operacji jest poruszenie słuchaczy, wyrwanie ich z intelektualnego marazmu, twórczy zamęt, wywołanie inspirującej dyskusji. Taki retoryczny cynizm. Marcin Hound, badając starożytne teksty odkrył to retoryczne narzędzie przez niektórych cyników stosowane i sam niekiedy ze swadą z niego korzysta. Pisząc o Jezusie, dotyka jednak obszaru, gdzie nie można już się zasłaniać retoryką. Dlatego pytam:  Czy przywdziewanie maski cynika to to samo, co bycie cynikiem? No i, co było przyczyną mojego smutku, gdzie autor schował swój krzyż, pisząc tak lekko o tym najsłynniejszym? Tak lekko, że aż ja poczułem ciężar swojego, czytając jego tekst.

Dwa dni temu wróciłem z Asyżu. Oglądałem freski Giotta w bazylice św. Franciszka. Na jednym z nich, Franciszek stoi nagi w obecności władz państwowych i kościelnych. Tu wychodzi cały jego cynizm antyczny. Miał w nosie, co sobie o nim pomyślą, bo czuł, że żyje. Czuł się wolny. Wiedział, że ma rację. Nic nie musiał nikomu udowadniać. Człowiek, który ma tak głębokie poczucie, że ma rację jest nie do pokonania. Musiało być widać tę moc w jego twarzy i mizernej posturze, skoro muzułmańscy słudzy kalifa bali się przejść próby ognia, którą zaproponował. Franciszek wygrał konfrontację islamu z religią chrześcijańską, zanim ta się rozpoczęła. Skąd ta siła? Czerpał z siły “chłopaka z Nazaretu”. Poczuł kim On jest i jaką ma moc. Doświadczył Mocy, która działa w ukryciu przez pociąganie ku Dobru i nieustanne splatanie wszystkich zdarzeń we wszechświecie, bez wyjątku (nie musiał znać mechaniki kwantowej by to wiedzieć). Moc, która może powiedzieć o sobie “szczęśliwa jestem, choć smutna, głodna, łaknąca świętości i miłosierna…”. Każde z tych słów nabrało dziś innego znaczenia niż miały wtedy, gdy przemawiał Jezus. To ostatnie słowo np. po aramejsku to rahme, w hebrajskim podobne rehem wywodzi się od słowa rahamim, które oznacza wnętrzności lub łono matczyne. W tym błogosławieństwie, zapisanym w aramejskiej ewangelii  Mateusza – Tubwayhun lamrahmane dalayhun nehwun rahme (Mt 5, 7, transkrypcja angielska) – “chłopak z Nazaretu” mówi, że współodczuwając z innymi jesteśmy zjednoczeni z Bogiem, bo to Bóg współodczuwa. I nie chodzi tu a jakieś panteistyczne rozważania filozoficzne, ale płynące z wnętrzności urodzonego przez Maryję w nędzy, żyjącego w nędznym miasteczku, nędznej prowincji człowieka do prac budowlanych (tak chyba lepiej tłumaczyć greckie Łukaszowe tekton, spopularozowane u nas jako “cieśla” )

Skąd u Hounda zabieg umieszczenia Jezusa w gliniastej dziurze i opisywanie go z pozycji obiektywnego naukowca? Podejrzewam, że pisząc  tak o Jezusie łatwiej ukryć się przed sobą samym. Łatwiej zapomnieć, że też jest się chłopakiem ze wsi jadącymi na źrębięciu do Jerozolimy, gdzie wkrótce nas wyśmieją i ukrzyżują (nawet jeśli póki co, machają nam przed nosem gałązkami palmowymi). To siebie najpierw musiałby Hound umieścić w gliniastej dziurze na kilka lat, by móc jak prawdziwy cynik przemówić z mocą podobną do Jezusowej! Jak wypadamy my współcześni intelektualiści, w zestawieniu z wyrazistym, pełnym życia, cieszącym się i płaczącym, pałającym świętym gniewem i pełnym czułości wobec chorych i odrzuconych Nazarejczykiem ?! Jezus opisany w ewangeliach (nawet jeśli tylko część z tych opowieści jest dla Hounda wiarygodna) jest tak przepełnionym życiem, że nawet w obliczu niewyobrażalnych cierpień fizycznych i psychicznych (ukrzyżowanie było w tamtych czasach zabiegiem rutynowym, ale już wynikająca z oportunizmu urzędniczego kara podwójna, biczowanie + krzyżowanie niekoniecznie!) wyszydzenia, opuszczenia, pewności nieuchronnej śmierci, zachowuje do końca spokój ducha, świadomość i wolność. Ecce homo vero.

Nie chcę prowadzić sporu o historyczną wiarygodność ewangelii. Są to teksty zachęcające do wiary, nie relacje historyczne ale zawierają one też sporo fragmentów potwierdzających ich wiarygodność, np. tych opisujących znane skądinąd miejsca i postacie historyczne czy te stawiające apostołów (Piotra, Jana, Jakuba) w złym świetle, które wskazują, że autorom zależało nie tylko na robieniu skutecznej propagandy.

Z tym, że Jezus był brodaty jestem w stanie się zgodzić bez zastrzeżeń, z „chłopakiem z Nazaretu” oczywiście też. Nawet „apokaliptyczny prorok” czy „guru grupki towarzyszy wierzących w Jego zmartwychwastanie” broni się przed krytyką ale „lekkomyślny przywódca”??!! O nie, to dla mnie za dużo! Wydawało mi się, że oświeceniowe myślenie o chrześcijaństwie w stylu Hume;a, Woltera, Renana czy Kosidowskiego nie jest już dziś zbyt popularne. Ale żeby pod moim nosem, kolega filozof obdarzony już całkiem pokaźną szczeciną na brodzie w taki sposób wypowiadał się o Tym, który Kierkegaarda przyprawiał o bojaźń i drżenie, rozbroił Pascalowski intelekt, Tilicha obezwładnił męstwem bycia, a nawet szalonego Fryderyka skłanił do uznania, że on jeden był prawdziwym chrześcijaninem. Skąd te przepiękne przypowieści w Ewangeliach i obezwładniająca potęga ducha w nauczaniu moralnym u tego rzekomo „lekkomyślnego przywódcy”? Skąd przedziwna łączność Starego i Nowego Testamentu choćby w pieśniach o cierpieniu Sługi Bożego u Izajasza? Co spowodowało, że Justyn Męczennik, a za nim cały szereg intelektualistów w rodzaju Klemensa czy Augustyna dostrzega w jego nauce i nim samym wypełnienie ideałów całej filozofii greckiej (nie tylko cynickiej), Kogoś kto ucieleśnia syntezę prawd rozproszonych w różnych szkołach? Jak mogła powstać katedra Notre Dome, Hagia trias Rublowa, freski Giotta i Idiota Dostojewskiego skoro Jezus to „lekkomyślny przywódca grupki towarzyszy”? Ale teraz to już pojechałem! A miało być filozoficznie, bardziej w stylu Petersona. Wszystko jednak w nadziei, że przynajmniej Hound się teraz zdrowo odszczeknie>

 

 

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Brodaty Chryst  –  Medytacje nad brodą wtóre

Jankowi Sarnie

Jakiś czas temu, łapiąc się brody filozoficznej (zob. pierwszą część wpisu) próbowałem pokazać, w jaki sposób szczeć (nie jest to bezokolicznik, to nie miałoby sensu) na brodzie filozofa pomaga odróżnić ludzi uczciwych od tych, którzy postanowili poświęcić się szerzeniu epistemologiczno-metafizycznej ściemy. Jeżeli jednak ktoś po wpływem tych rozważań postanowiłby ściąć brodziszcze, to byłby to czyn pochopny, bo, jak się okazuje, włochaty avatar może posłużyć do wielu pożytecznych celów, spośród których uwolnienie się od towarzystwa chrześcijan nie jest najpośledniejszym. Ale zanim o tym…

W tych trudnych pedagogicznie czasach, w których młodzież potrafi nazwać kilkaset rodzajów pokemonów, ale ma trudności z wymienieniem imion czterech ewangelistów, wszytko trzeba wyjaśniać. Do dzieła zatem.

Po pierwsze: Co to jest chrześcijaństwo? Chrześcijaństwo to taka religia, którą wyznaje twoja stara, a która w I i II wieku naszej ery zaczęła szerzyć się na Bliskim Wschodzie, aby roznieść się potem jak wysypka po całym Imperium Romanum. Wszystko zaczęło się od chłopaka z Nazaretu, który podjąwszy wątpliwość co do przyszłych losów swojej ojczyzny i całego świata, przypuścił, że w ciągu kilkunastu najbliższych lat wszystkie ludzkie sprawy znajdą swój pozytywny finał w wielkim kataklizmie, po którym jego ojczysty Bóg, którego imienia nie wolno mu było wymawiać, weźmie sprawy świata w swoje ręce. To przypuszczenie doprowadziło go na sam szczyt kariery przewidzianej dla apokaliptycznego proroka, którą w tamtych nie znających happy endów czasach była egzekucja w malowniczych okolicznościach przyrody na podjerozolimskim pagórku, noszącym uroczą nazwę Czaszka (aram. Gagûltâ).

Po śmierci lekkomyślnego przywódcy młodzi ludzie, który uwierzyli mu na słowo, nie mogąc się pogodzić z przedwczesnym końcem kariery ich guru, wbili sobie do głowy, że ich szef wcale nie umarł, ale że ciągle im towarzyszy i oczekuje od nich, że przejmą od niego misję przepowiadania końca czasów. W tym duchu zaczęli głosić w najbliższym otoczeniu tzw. ewangelię, tj. zbiór opowieści o życiu mistrza, które w ciągu najbliższych kilku stuleci spisane zostały w jakichś czterdziestu wersjach, z których cztery najstarsze uznane zostały później (300 lat później) za jedynie słuszne i godne czytania przed niedzielnym obiadkiem.

Nazorejczyk przy pracy

Co to wszystko ma wspólnego z brodą? Otóż ten lekkomyślny młody człowiek, który sam o tym nie wiedząc rozpoczął rewolucję kulturową, która miała doprowadzić do rozpowszechnienia ideału miłości powszechnej, a także przerwania na 1700 lat tradycji organizowania olimpiad, prawdopodobnie miał brodę i to brodę nie byle jaką: brodę rytualną. Pewnie słyszeliście, że “(…) kazał Piłat wypisać tytuł winy (…), a było napisane: ‘Jezus Nazarejczyk, król Żydów”. W oryginale greckim miało to brzmieć: “Iésús ho Nazóraios ho basileus tón Iúdaión”. Niektórzy przypuszczają, że ta właśnie tabliczka nasunęła postronnym obserwatorom egzekucji pomysł, że Jezus pochodził z Nazaretu, co miało być zasadniczym nieporozumieniem. Uważają oni, że zwrot “Nazóraios” nie oznaczał bowiem nazarejczyka, ale nazorejczyka, tzn. kogoś, kogo w dzieciństwie poświęcono Bogu Izraela (którego imienia nie wolno było wymawiać, ale o którym każdy wiedział, że nazywa się Jahwe). Poświęcenie to oznaczało przede wszystkim zakaz golenia włosów na całym ciele i, jeżeli przypuszczenie to jest poprawne, to musiał ów młody człowiek mieć zaiste brodę godną filozofa. Niektórzy przypuszczają nawet, że on sam był filozofem należącym do tej samej szkoły, z którą związany był ów szydzący z filozofów Lukian, tzn. do szkoły cynickiej. Skąd ten pomysł?

Już odpowiadam. Szkoła cynicka w filozofii, której pierwsi przedstawiciele prowadzili żywot żuli-intelektualistów i głosili światu naukę, zgodnie z którą każdy człowiek, który ceni sobie wolność powinien porzucić karierę w korporacji i zacząć publicznie trzepać kapucyna, stała się (czemu tu się dziwić) jedną z najbardziej popularnych subkultur młodzieżowych. Garnęli się do cyników wszyscy młodzi ludzie, których pociągało życie publicznego sex offendera i literata. Tak jest: cynizm był subkulturą literacką, a specjalnością cyników była literatura satyryczna i komiczna. Jednym z najważniejszych ośrodków działalności cyników była znana z Ewangelii Gedara (“Gdy przybył na drugi brzeg do kraju Gadareńczyków, wybiegli Mu naprzeciw dwaj opętani, itd…” Mt 8, 28). Z ruin Gedary rozciąga się dzisiaj malowniczy widok na Jezioro Galilejskie i obsadzone przez Wojsko Polskie wzgórza Golan.

W tej właśnie Gedarze w ciągu trzystu lat żyło trzech wybitnych przedstawicieli cynizmu filozoficznego: Menippos, Meleanger i Oemanus. Ten pierwszy miał być twórcą formy literackiej, którą później nazwano od jego imienia satyrą menippejską, a której największym twórcą był Lukian z Samosat. Pomyślcie: jeżeli żyło tam trzech wybitnych przedstawicieli cynizmu, to ilu musiało być tych mniej wybitnych? Niektórzy sądzą, że na takim właśnie cynicznym nawozie kulturowym wykarmił się kwiatek chrześcijaństwa. Dziesięć pokoleń cyników musiało się publicznie onanizować, żeby w końcu jeden z ich uczniów wpadł na pomysł założenia religii, która za jedną z naczelnych prawd wiary przyjmie zasadę, że od polerowania klamki wyrastają włosy na dłoniach.

Satyra cyniczna

Początkowe związki chrześcijaństwa z cynizmem nie musiały się ograniczać do etapu wstępnego, zakończonego śmiercią apokaliptycznego proroka. W pierwszych pokoleniach chrześcijan popularne było nie tylko cynicko-chrześcijańskie potępienie mamony (“Miłość do pieniądza jest ojczyzną wszelkiego występku” [Diogenes z Synopy], “Miłość do pieniądza jest korzeniem wszelkiego zła” [Tym 6, 10]), ale i przykazanie wolnej miłości (nie samą ręką żyje człowiek), z której wykorzeniać musiał później św. Paweł:

Słyszy się powszechnie o rozpuście między wami, i to o takiej rozpuście, jaka się nie zdarza nawet wśród pogan; mianowicie, że ktoś żyje z żoną swego ojca [I Kor 5, 1].

Tenże św. Paweł sam jednak lekkomyślnie zaangażował się w rozpowszechnianie ideałów cynickich, głosząc obmyślony przez Diogenesa z Synopy i jemu podobnych wykształciuchów przebrzydły lewacki kosmopolityzm:

Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie [Gal 3, 28–29].

Nie tylko zatem feminista, ale i filosemita! Już wiemy gdzie w zdrowy pień kultury Europejskiej wżarła się zaraza genderyzmu. Odpowiedź jest oczywista: Wszystkiemu są winni Żydzi tacy jak św. Paweł!

Tak to autoerotyzm Diogenesa z Synopy stał się, nolens walens volens, jednym ze źródeł ideału miłości chrześcijańskiej.

W kolejnych pokoleniach relacje pomiędzy cynikami a chrześcijanami zaczęły się komplikować i to do tego stopnia, że cynicy II wieku ery chrześcijańskiej stali się wrogami religii miłości i zaczęli z niej drzeć łacha, dając niechcący późniejszym historykom jedne z pierwszych dowodów na to, że ktoś taki jak Jezus z Nazaretu w ogóle istniał. Oto jakimi ciepłymi słowy znany już nam Lukian opisywał zyskującą podówczas popularność naukę chrześcijańską:

Ci opętańcy uroili sobie naprzód, że całkowicie będą nieśmiertelni i że żywot ich czeka po wieki, skutkiem czego gardzą śmiercią i dobrowolnie się na nią całymi masami wystawiają. A dalej pierwszy ich prawodawca wmówił w nich, że wszyscy będą sobie braćmi, skoro tylko, nawróciwszy się wyrzekną się bogów helleńskich, a przed owym ukrzyżowanym mędrcem czołem uderzą i wedle przykazań jego żyć będą. Gardzą też wszystkim w równej mierze i za wspólną własność wszystko uważają, przyjmując te nauki bez głębszego ich zbadania [Lukian, O zgonie Peregrinosa].

W miarę postępów akcji chrystianizacyjnej, wspólnota chrześcijańska z małej sekty liczącej około roku 40-tego kilkuset wyznawców zmieniła się w znaczącą, bo dziewięcio procentową i hałaśliwą mniejszość religijną. Potem zaś stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Po dziesięcioletnich prześladowaniach za panowania Dioklecjana, jego następca Konstantyn najpierw dał chrześcijanom wolność religijną, a potem sam się ochrzcił, co zapoczątkowało proces, który osiemdziesiąt lat później zakończył się Edyktem z Tesalonik, w którym Teodozjusz Wielki zdelegalizował religię pogańską skazując jej wyznawców na potępienie doczesne i wieczne.

W międzyczasie miały jednak miejsce wydarzenia, w toku których broda filozoficzna stała się agentem reakcji antychrześcijanskiej, za przyczółek obrawszy sobie szczękę cesarza Juliana, którego przyszłe pokolenia będą znali jako Apostatę. O tych wydarzeniach opowiem innym razem. Ciao!

Martin Hound

 

2/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Księża pedofile jako bogowie składani w ofierze. Druga medytacja nad Jungowskim seminarium “Zaratustra Nietzschego”

Motto: 
Pewność, że trzyma wreszcie w ręku Jana Valjean, wydoby­ła na jego twarz wszystko, co miał w duszy. Poruszone głębie wypłynęły na powierzchnię. […] Radość Javerta biła z jego władczej postawy. Na niskim czole malowała się brzydota takiego triumfu. Była w tym cała skala ohydy, jaką ma do dyspozycji twarz zadowolona.

Victor Hugo, Nędznicy

Pedofilia jest zbrodnią odrażającą, niewybaczalną i nieprzedawniającą się. Po takim wstępie czytelnik może spodziewać się już tylko jednego: niepokojącego “ale…”

Co stoi za dzisiejszym naszym, waszym i moim, świętym oburzeniem? Czym w ogóle jest owo “święte oburzenie”? Jakie są jego źródła?

Żeby to zrozumieć, trzeba zastanowić się nad sposobem, w jaki nasz umysł radzi sobie z winą. Już Epiktet wiedział, że nikt nie chce być zły. Ludzie robią różne rzeczy, ale żadnej z tych rzeczy nie byliby gotowi uznać za zło, a w szczególności za zło w czystej postaci. Bywają zła konieczne, na które człowiek rozsądny musi przystać. Bywają nawet takie, których sam musi dokonać, bo ratują one wspólnotę, do której należy. Wszystkie te postępki łamiące odwieczne przykazania moralne, takie jak nie zabijaj, albo nie kradnij, są jednak przy pewnym rozumieniu dobre. Uświęcają je dobre intencje, którymi nieodpowiedzialni moraliści chcieliby wybrukować piekło. Pedofilia jest inna. To grzech, który nie może być niczym usprawiedliwiony. Ani winami ofiar, ani żadnym wyższym dobrem. Majciarz krzywdzi niewinne ofiary dla własnej przyjemności. Zgroza jest tutaj zrozumiała. No i gdzie ja tutaj wcisnę to moje “ale”? Czytaj dalej

3.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coś na święta, czyli: sumienie głosem najwyższego… egoizmu

W różny sposób opisuje się fenomen sumienia. Niewątpliwie jednak jest to wewnętrzny głos, który zdaje się odzywać niezależnie od naszej woli. Pytanie: a co jeśli jest to głos naszego ego? Czy – posuwając się krok dalej – naszego egoizmu.

Przecież tzw. wyrzuty sumienia, jak i spokój sumienia są odpowiedzią na to, w jakim stopniu udaje się nam zachować dobre relacje z otoczeniem. Jeśli nasze zachowanie burzy, lub niszczy porządek w tych relacjach, czujemy dyskomfort. W naszej naturze bowiem zakodowana jest potrzeba akceptacji i lęk przed odrzuceniem. Wszystkie lepiej zorganizowane społeczności (również wśród zwierząt) jako jedną z dotkliwszych kar stosują wykluczenie z grupy. Z krańcową tego formą – czyli eksterminacją – włącznie. Dla własnego więc dobra – i dobrego samopoczucia – pragniemy dobrych relacji z otaczającym nas światem. Tym samym, kierujemy się egoizmem.

***

W tym kontekście frapujące, ale logicznie spójne wydaje się przywołanie przekonania, iż sumienie jest głosem Boga. Wynika bowiem z tego, iż Bóg jest egoistą, co zresztą nie kłóci z biblijnym Jego wyobrażeniem. Mamy przykłady tekstów objawionych, które do takiego poglądu uprawniają. Głównym exemplum będzie pierwsze (z dwóch) przykazanie miłości, które nakazuje człowiekowi kochać Boga. Bo jak nie, to… wiadomo. Teolodzy mówią nam, że Bóg stworzył nas z miłości; tylko zapominają dodać, iż z miłości własnej. Czytaj dalej

3.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXI – czyli duchy są, Boga nie ma

Wielkimi krokami zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem spotkamy się w uświęconej tradycją formule filozoficznej kawiarenki i pogadamy o… duchach, bóstwach i samym Bogu.

Niedawno w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu odbyła się filozoficzna dyskusja panelowa zatytułowana: Co z tym Bogiem. Nie wdając się w szczegóły, chciałbym tylko wspomnieć, że trzech filozofów: buddysta, chrześcijanin i sceptyk przedstawili swoje poglądy, a debaty (czy dyskursu z serią trudnych pytań i wymianą argumentów) było tyle, co kot napłakał. Zasadniczo, spotkaniu przyświecała powszechna zgoda co do tego, że jakiś wymiar transcendentny istnieje i albo ma postać pustki (rozumianej przez buddyzm, jako miejsce potencjalności, z której może wyłonić się wszystko), albo postać Absolutu (różnorako rozumianego, tudzież nie rozumianego i nie do ogarnięcia wcale). Dziwił brak zdecydowanej ekspresji w poglądzie sceptycyzmu (aczkolwiek przemknęła tędy freudowska koncepcja), lecz widać zwyciężył duch przyjaznego spotkania (o ile takie duchy istnieją). Po cichu liczyłem, że przywołani będą filozofowie różnych epok i proweniencji oraz ścierać się będą wskrzeszeni tytani umysłu, toteż byłem lekko zawiedziony, gdy większość wypowiedzi stanowiły osobiste wyznania o podejściu do wiary, czy religii. Z drugiej strony, czyjeś subiektywne przeżycia i wyobrażenia, wygłoszone publicznie, zyskują pewną obiektywną wartość; w końcu poznanie bliżej drugiego człowieka i jego sposobu postrzegania świata rozwija również świadków tej ekshibicji.

Swoistą kontynuacją rozważań w bibliotece była, kilka dni później, rozmowa podczas spotkania Pogadalni. Więcej było w niej dyskusji o Bogu, a temat wydał się na tyle nośny, że proponuję poświęcić mu jeszcze chwilę. Na zachętę podzielę się kilkoma refleksjami. Żeby była jasność – wierzę w Boga. Ale mimo to pozwolę sobie na nieco prowokacyjne zagajenie tematu. Od czego zacząć? Może tak…

Politeizm dawnych cywilizacji nie przetrwał próby czasu. Dzisiejszy (np. w pewnych odłamach hinduizmu), przez wyznawców monoteizmu jak i ateuszy też bywa traktowany, jako błędna koncepcja wiary. A przecież pierwotne doświadczenie transcendencji różnych ludów, na różnych kontynentach, w różnych kulturach uznawało właśnie istnienie większej, lub mniejszej liczby istot duchowych. Czytaj dalej

4.86/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta o Boskim utylitaryzmie

            Pan rzekł: „Skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich mieszkańców są bardzo ciężkie.” (…)

            Zbliżywszy się do Niego, Abraham rzekł: „Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy (…) nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych (…) sprawiedliwych? O, nie dopuść do tego(…), aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! (…) Czyż Ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?”

            Pan odpowiedział: „Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miastu przez wzgląd na nich”.

Bóg i Abraham

Jeśli świat jest najlepszą wersją, jaka była możliwa, to być może da się wytłumaczyć wszelkie zło, jakie na nim obserwujemy. Dajmy na to śmierć kogoś, kto uchodził za dobrego, albo jakiejś niewinnej dzieciny. Powiedzmy taka miła, starsza pani, kochająca dzieci, wnuki i koty, pomocna dla sąsiadów, prowadząca zdrowy tryb życia, silna, sprawna, aktywna – nagle zapada na ciężką chorobę i umiera w wieku… pięćdziesięciu lat. Wydaje się to niepotrzebną traumą dla jej bliskich. Ale może gdyby żyła dzień dłużej, weszłaby pod nadjeżdżającą ciężarówkę, której kierowca wykonując gwałtownie manewr wymijający wpadłby na grupę dzieci… A dlaczego zmarło niemowlę, lub płód jeszcze? Bo inaczej, z powodu jego zdrowia, albo zdrowia jego mamy, przejęty sytuacją ojciec pędziłby autem na złamanie karku do szpitala i wpadł pod pociąg powodując katastrofę z wieloma ofiarami… Może z boskiej kalkulacji wynikało, że wezwanie do siebie tych osób i przyprawienie o ból i zgryzotę ich bliskich, oszczędzi lub uratuje życie większej liczbie innych ludzi, którzy niechybnie zmarli by, gdyby ta dobra lub niewinna osoba żyła choćby chwilę dłużej. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVIII – czyli nie módl się o pokój

Stare łacińskie porzekadło głosi: Si vis pacem, para bellum – innymi słowy Qui desiderat pacem, praeparet bellum. Czyli po Liwiuszu z Wegecjusza na nasze: Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Na pierwszy rzut oka brzmi to, jak sprzeczność zdań, jak jakiś oksymoron. Tymczasem, mógłbym rzecz ująć słowami: jeśli marzy ci się zachować pokój, to bądź stale przygotowany do wojny, by w każdej nieoczekiwanej chwili skutecznie go bronić. Na szczęście starożytni ujęli to zwięźlej, co pewnie zawdzięczamy ich manii utrwalania sentencji w kamieniu; komu bowiem chciałoby się ryć dłutem długie aforyzmy.

Wróćmy do cytatu. Co prawda przesłanie brzmi, że warunkiem pokoju jest przygotowanie militarne, lecz komunikuje też w pierwszym członie, że celem jest pokój. Z góry zakłada, że o niego tu chodzi i dla niego należy się sposobić do ewentualnej walki. Mimo użycia słowa „Si” (jeśli) a w drugim cytacie „Qui desiderat” (kto chce) – to owo zdanie warunkowe jest jakby retoryczne. Czyli ma wymowę: jeśli chcesz pokoju, a zakładam, że chcesz, to dam ci radę – uzbrój się. A w drugim cytacie: kto chce pokoju, a zakładam, że każdy – niech się zbroi. Dlaczego ludzie wzniecają wojny? Bo albo chcą coś pozyskać, albo odzyskać. I są to dobra bardzo konkretne, jak terytorium, bogactwa, władza, lub piękna Helena – albo bardziej abstrakcyjne, jak honor, wolność, religia, prawda i paradoksalnie pokój. U podstaw leży więc jakieś silne pragnienie (i często przeczucie sukcesu). A co leży u podstaw pragnień? Czytaj dalej

4.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Dusza

Jak to dobrze, że Martinus wziął na warsztat ludzką duszę! Należało jej się to już od dawna. Choć pojawiała się gdzieś tam w tekstach o innych tytułach ale należny jej poziom uwagi nie został przez nas w Pogadalni osiągnięty. Bo, po pierwsze, jeśli dusza istnieje, to nic innego nie znamy oprócz niej. A ściślej po Arystotelesowsku: niczego nie możemy ująć poznawczo, czym ona nie mogłaby się stać. A po Kantowsku mówiąc, niczego nie poznajemy co nie byłoby formą jej zmysłowości lub kategorią jej intelektu. A po drugie jeśli istnieje, to jesteśmy duszą i jako dusza do duszy mówić do siebie powinniśmy i jako dusze nad ciałem opiekę sprawować i broń Boże siebie jako ciał nie traktować… Ale jeśli jej nie ma, to całe to nasze gadanie to choroba słabowitego ciała, szukającego mocy…

Ale po kolei.

1. “Jezus oddał za nas życie. Ale czy za nas w całości? Nie. Tak właściwie, w dziele zbawienia chodziło wyłącznie o nasze dusze.”

Zgadzam się. Jeśli jednak tak jest, to po co Zmartwychwstanie? Nie potrafię tego pojąć inaczej jak tylko uznając, że ciała nasze nie są tym czym wydają się nam być. Jezus nie zabiera przecież do nieba masy (materii jako bryły o określonej inercji) lecz energię. Pewną aktywność wewnętrzną, która na zewnątrz może (ale nie musi) przejawiać się jako ciało. Jezus zatem istotnie nie zbawia ciała ale zbawia „energię naszego ciała”. Ale „energię” w sensie bliższym greckiemu energeia niż naszym współczesnym fizycznym pojęciom. Ta energeia jako energia ciała fizycznego to Arystotelesowska dusza wegetatywna, odpowiadająca za prawidłowe funkcjonowanie m.in. trawienia i rozmnażania. Po co zatem Jezus ją zbawia? To naprawdę baaardzo ciekawe pytanie. I wrócę do niego za chwilę.

2. „nie uważam, że dusza zaistniała sama, na drodze ewolucji, jak pióra na jaszczurach. Chętnie przyjmuję stworzenie jej przez Boga.”

Ja też. Ale jak pogodzić fakt stworzenia duszy z twardymi danymi nauki, które ukazują ewolucję człowieka jako proces naturalny oraz z szacunkiem dla Bożej Inteligencji, z którą nijak nie potrafię pogodzić każdorazowego wkładania dusz do naturalnie powstających ciał?

3. „A może należałoby, idąc za tą myślą, stworzyć pojęcie duszy mniejszej – czyli takiej, która zamieszkuje niektóre, co inteligentniejsze gatunki. To w pewnym stopniu pozwalałoby wybrnąć z kłopotów nastręczanych przez ewolucję”

Świetny pomysł. Koncepcja ta ma już pewnie jakieś 3 tysiące lat ale to nie znaczy, że przestała być atrakcyjna. Dusze są częścią porządku natury. (wszystko ma swój aspekt wewnętrzny-psychiczny i zewnętrzny-fizyczny ) Na poziomie wegetatywnym i zmysłowym jesteśmy duszami, które bardzo przypominają dusze zwierzęce. Mamy odczucia, wyobrażenia, doznania, wrażenia prawdopodobnie bardzo przypominające psie, kocie czy szympansie. Czytaj dalej 4.4/5 (10)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta: o ewolucji duszy

Swoim zwyczajem, na czas świąt przesyłam garść przemyśleń z pogranicza filozofii, teologii i nienaukowego mędrkowania.

https://i0.wp.com/cyfrowe.mnw.art.pl/Content/3671/grobnid4307.jpg?resize=310%2C449Jezus oddał za nas życie. Ale czy za nas w całości? Nie. Tak właściwie, w dziele zbawienia chodziło wyłącznie o nasze dusze. I refleksją na temat ludzkiej duszy chciałem się właśnie podzielić. Nie chcę sięgać po jej rozliczne definicje – łatwo znaleźć jej rozmaite koncepcje, od starożytnych filozofów, przez teologów, po dzisiejszych psychologów. Ponieważ jednak – ze względu na kontekst świąt – będę nawiązywał do religii, to wypada wtrącić, iż poszczególne wyznania, różnie duszę pojmują, a nawet wśród odłamów samego chrześcijaństwa nie ma zgody co do jej definicji, funkcji, wartości i nieśmiertelności. Według Kościoła Katolickiego dzięki duszy ludzie mogą racjonalnie myśleć, rozumieją pojęcia abstrakcyjne, potrafią wierzyć w życie po śmierci oraz w Boga, czują empatię, mają wolną wolę i poczucie godności.

Zainspirował mnie temat rozmowy ze znajomym filozofem. Usłyszał on, jak pewnemu księdzu profesorowi zadano ciekawe pytanie dotyczące duszy. Jego sens był mniej więcej taki: czy Neandertalczyk miał duszę? Odpowiedź, jaka padła, zdaje się była wymijająca, ale czyż nie jest to frapujące zagadnienie. Tylko pomyślmy.

Jeśli przyjąć wykładnię biblijną, to spośród wszystkich rajskich stworzeń, duszę otrzymał tylko człowiek. Ale biorąc pod uwagę stan wiedzy o ewolucji, pojawia się pytanie, jakie stworzenie boskie można już uważać za człowieka. Czy dopiero obecnego Homo Sapiens Sapiens? Czy może już wcześniejszego Homo Erectus? A może jeszcze wcześniejszą postać, na poły małpowatą, jaką był Homo Habilis? No właśnie, ile musiało być człowieka w małpie, żeby Bóg obdarzył go nieśmiertelną duszą? Czy wystarczyło 51% cech ludzkich, czy jednak 90%.

Kościół unika odpowiedzi, niemniej nie neguje samej ewolucji człowieka. Papież Pius XII stwierdził, że uczeni i teolodzy – badając sprawę pochodzenia ciała ludzkiego z istniejącej wcześniej materii organicznej – mogą uwzględniać teorię ewolucji, czyli dopuszczał tezę wyewoluowania ludzkiego ciała ze świata zwierząt. Kazał jednak pamiętać, iż duszę stworzył bezpośrednio Bóg. Również papież Jan Paweł II przyznał, że ewolucja jest czymś więcej niż hipotezą.

Jak wiemy, ewolucja nie przebiega skokowo, nie jest tak, że jednego lata rodzą się przedstawiciele Homo Habilis, po czym występuje mutacja i następnego lata wszystkie nowe dzieci są już z gatunku Homo Ergaster. Rodzice byli bardziej zwierzętami, toteż obywali się bez duszy, zaś ich potomstwo przypominało bardziej człowieka, wobec czego Stwórca obdarzył je duszą. Nic z tych rzeczy! Ewolucja to powolne zmiany i jednoczesne funkcjonowanie starych oraz nowszych form, obok siebie. Gdyby Bóg zdecydował się na swój szczodry gest w pewnym konkretnym, określonym momencie, to mogłoby być tak, że pierwsze dziecko danej matki było jeszcze bezduszne, ale kolejne już uduchowione. Ba! mogłoby się trafić, że jedno z bliźniąt było bez duszy, a drugie już załapało się do szczęśliwszej puli i otrzymało szansę na trafienie do raju (tudzież piekła). Czytaj dalej 4.88/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Podążanie za pożądaniem

Podczas rozmowy o ludzkich żądzach, ciekawym wątkiem okazała się ocena pożądania.

Pierwsze głosy wyraziły pejoratywne postrzeganie tego pojęcia. U sporej części rozmówców słowo to kojarzyło się negatywnie a dla podkreślenia tego, zestawiane było na przykład z pojęciami pragnienia, lub potrzeby, które miały dla nich już pozytywniejszy (a przynajmniej neutralny) charakter. Padały przykłady typu: jeżeli czegoś pożądam, to gotów jestem to ukraść, a jeśli czegoś pragnę, to postaram się to zdobyć jakąś uczciwą drogą.

Dla mnie istotniejszą różnicą jest siła odczuć, towarzyszących porównywanym terminom. Pożądaniu zwykle towarzyszą silne emocje, nierzadko trudne do zrozumienia i jeszcze trudniejsze do kontrolowania. Potrzeby, czy pragnienia wydają się łatwiejsze do opanowania, do racjonalnego ogarnięcia; natomiast pożądanie potrafi być nieokiełznane, może zawładnąć człowiekiem, wypaczyć jego postrzeganie rzeczywistości, zagłuszyć rozsądek a nawet sumienie, doprowadzić do frustracji, obsesji, czy obłędu. Zapewne więc na ocenę pożądania ma wpływ ten destrukcyjny potencjał. Czytaj dalej

4/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2