Archiwa tagu: Heraklit

Coffeelosophy XXIV, czyli prawo do nieprawomyślności

Najbliższy poniedziałek, jako że pierwszy w miesiącu, będzie okazją do spotkania w formule filozoficznej kawiarenki. Szczegóły poniżej. A co będzie tematem dysputy? Poniekąd prawo i nieprawomyślność. Ponieważ termin „nieprawomyślność” obejmuje szeroki zakres znaczeń, od razu napomknę, iż w tytule chodziło mi o myślenie i postawę niezgodne z obowiązującym prawem. Przyznaję, porywam się z motyką na Słońce, ba! ledwie z małą i złamaną motyczką, gdyż nie mam wykształcenia prawniczego. A to byłoby pomocne w formułowaniu wywodu. Tym chętniej dowiem się od kogoś biegłego w tej materii, jak to właściwie jest…

Przyjęło się, iż przekraczając granicę jakiegoś kraju, zgadzamy się respektować panujące w nim prawo, jakie by nie było. W zasadzie automatycznie mu podlegamy. Jeśli jest to na przykład państwo totalitarne, albo rządzone przez despotę, to mimo powszechnej dezaprobaty (w tym opinii międzynarodowej) i tak musimy przestrzegać tego reżimowego, czy niesprawiedliwego prawa. Jeżeli nie chcemy tego robić, to w zasadzie mamy trzy wyjścia: albo tam nie jechać i uniknąć owego przymusu, albo jechać, złe prawo złamać i ponieść przewidzianą tamtym prawem karę, albo znaleźć skuteczny sposób, by to prawo zmienić. Pierwsze rozwiązanie nas nie interesuje, bo rozważamy problem szanowania złego prawa. Drugie rozwiązanie jest o tyle ciekawe, że za cenę np. własnej wolności, zwrócimy uwagę świata na niesprawiedliwość tego prawa i być może przyczynimy się do zrobienia kroku w kierunku trzeciego rozwiązania, czyli reformy prawa. Najczęściej jednak znajdujemy się w sytuacji, gdy jadąc do takiego kraju, kornie podporządkowujemy się jego złym prawom. No niby chluby to nam raczej nie przynosi, ale co można zrobić; jesteśmy zwykle bezsilni.

A co, gdy sami żyjemy w takim kraju, którego prawo jest złe, lub za sprawą rządzących złym się staje? Gdy również tzw. opinia międzynarodowa zwraca na to uwagę. Czy też bezwzględnie takiego prawa przestrzegać? Spójrzmy wstecz. W starożytnych Atenach, jakieś sześć wieków przed naszą erą, wybrany na archonta Drakon, spisał kodeks bardzo surowych praw. Do dziś mówi się o drakońskim prawie i drakońskich karach, aby podkreślić wyjątkowo srogie prawodawstwo. Ludność raczej nie była tym zachwycona, ale chyba przyjęła z uznaniem sam fakt, że powstał pierwszy spisany kodeks praw. Kodeks surowy, lecz porządkujący rzeczywistość, pozwalający na czymś się oprzeć, klarujący położenie obywatela. Ponad dwa wieki później Platon stwierdził: Bezprawie panuje wtedy, gdy prawa są złe albo gdy się ich nie słucha, albo gdy ich w ogóle nie ma. No właśnie, w końcu lepsze srogie prawo niż jego brak. Z kolei starożytni rzymianie ukuli stwierdzenie: Dura lex, sed lex, czyli: Twarde prawo, ale prawo. Oznaczało to prymat zasad prawnych, bez względu na uciążliwość ich konsekwencji. Innymi słowy: będzie bolało, ale mówi się trudno, bo takie jest prawo… i już.

Sprawiedliwość w karaniu a nie surowość uświęca siłę prawa.

Monteskiusz

Inna rzecz, że wspomniani wcześniej ateńczycy doprowadzili (za archonta Solona) do częściowego złagodzenia przepisów. Zatem wola ludu, uskarżającego się na okrutne kary, wpłynęła na literę prawa. Demokracja ma to do siebie, że głos większości bywa decydujący i jeśli obywatelom dzieje się krzywda: Lud powinien bronić swoich praw, niczym murów swego miasta, jak zauważył Efezjanin Heraklit. Najważniejsze jest, aby w powszechnym odczuciu i odbiorze prawo było sprawiedliwe i sprawiedliwym służyło. Żyjący tuż po Platonie Epikur stwierdził, że Prawa ustanowione są dla sprawiedliwych nie dlatego, by nie popełniali nieprawości, lecz by jej nie doznawali. Wynika z jego słów również to, iż z jednej strony mamy nieprawość, a z drugiej środek zaradczy: prawo. Jest więc ono antytezą nieprawości, a jeżeli tak, to nie powinno nigdy dopuszczać niesprawiedliwości, bo przestanie stanowić przeciwwagę bezprawia i zła. Prawo jest po to, by chronić dobro i samo być dobrem.

Czyż nie jest tak, że umawiamy się na pewne zasady współżycia społecznego oraz  konsekwencje ich łamania? A potem powierzamy sprawowanie nad tym kontroli i egzekwowanie prawa odpowiednio wybranym przedstawicielom i władzom? No, tak jest. A co w sytuacji, gdy rządzący wprowadzają zmiany prawne, których nie akceptują pozostali obywatele? Czy można (albo należy) się sprzeciwić. I to nawet wówczas, kiedy sam sprzeciw jest w owym prawie uznany za nielegalny. Czy mamy prawo do postawy na przekór prawu, do innego myślenia o sprawiedliwości niż kodeks przewiduje, do otwartej nieprawomyślności? Bo może jednak należy szanować prawo, skoro stanowi tak, a nie inaczej.

Przywołam pewien przykład. W amerykańskiej Deklaracji Niepodległości już na początku czytamy: Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi, że Stwórca obdarzył ich pewnymi nienaruszalnymi prawami, że w skład tych praw wchodzi prawo do życia, wolność i dążenie do szczęścia. Że celem zabezpieczenia tych praw wyłonione zostały wśród ludzi rządy, których sprawiedliwa władza wywodzi się ze zgody rządzonych.

I teraz najlepsze!

Że jeżeli kiedykolwiek jakakolwiek forma rządu uniemożliwiałaby osiągnięcie tych celów, to naród ma prawo taki rząd zmienić lub obalić i powołać nowy, którego podwalinami będą takie zasady i taka organizacja władzy, jakie wydadzą się narodowi najbardziej sprzyjające dla ich szczęścia i bezpieczeństwa.

Nie w tym rzecz, żebym uważał USA za jakiś autorytet w kwestiach prawnych, lecz ostatnie cytowane zdanie, niezależnie od autorstwa, brzmi sensownie. W zgodzie z nim postąpił Amerykanin Henry David Thoreau. Mógł, jak jego ojciec, produkować ołówki, ale wolał ich używać i został nauczycielem, pisarzem, poetą a przy tym filozofem. Uważa się go także za ojca nieposłuszeństwa obywatelskiego. Nie akceptował poczynań rządu Stanów Zjednoczonych, zwłaszcza podtrzymywania niewolnictwa, szykanowania i wykorzystywania Indian oraz agresji na Meksyk. Jako formę sprzeciwu przyjął odmowę płacenia podatku. Nie chciał by jego pieniądze szły na taką politykę. Jednakowoż złamał w ten sposób obowiązujące prawo, wiedząc rzecz jasna, jaką poniesie karę. W swym eseju pt. Obywatelskie nieposłuszeństwo skonstatował, iż Za panowania rządu, który niesprawiedliwie kogoś więzi, miejscem właściwym dla praworządnego człowieka jest więzienie. Tam też odbył karę.

Wtóruje mu Mahatma Gandhi, który wprawdzie propagował przede wszystkim bierny opór, ale dopuszczał też inne formy nieposłuszeństwa. Jego celem było uwolnienie Indii spod brytyjskiej władzy. Kiedy Brytyjczycy zabronili Hindusom produkować sól, ci nadal pozyskiwali ją z wody morskiej, mimo aresztowań. Odbywały się wielotysięczne manifestacje, prowadzono strajki, bojkotowano import brytyjski, opuszczano brytyjskie instytucje np. uczelnie rządowe i zakładano własne, zastępowano sądownictwo rządowe społecznymi komisjami rozjemczymi, rezygnowano z zatrudnienia w aparacie państwowym, odmawiano pełnienia służby wojskowej, zwracano otrzymane godności i tytuły, nie oddawano honorów symbolom i tytułom brytyjskim… itp. Gandhi rzekł wyraźnie: Każdy, kto podporządkowuje się niesprawiedliwemu prawu, ponosi odpowiedzialność za to wszystko, co jest tego konsekwencją. Toteż, jeżeli prawo i sprawiedliwość są w konflikcie, musimy wybrać sprawiedliwość i nieposłuszeństwo wobec prawa.

Obecnie wielu naszych rodaków wyraża niezadowolenie z poczynań legislacyjno-jurystycznych ekipy rządzącej. Uważają, że została pogwałcona konstytucja, że zniszczono niezależność trybunału i sądów, że podporządkowano politycznie prokuraturę… Powiem tak: nie znam się na prawie w dostatecznym stopniu, by opiniować w tych kwestiach, ale intuicja podpowiada mi, iż mają rację i podzielam ich niezadowolenie. Można by uznać, że skoro prokuratura i sądy nie działają niezawiśle, a prawo jest zmieniane na użytek rządzących, to należy uznać ten cały układ za niezgodny z wolą obywateli, niesprawiedliwy i wręcz nielegalny, gdyż legitymizuje się sfabrykowanym prawem. W związku z tym nie ma powodu, a nawet nie godzi się, szanować tak władzy jak i stanowionego przez nią prawa.

Jeżeli rządowa machina wymaga od ciebie, abyś był pośrednikiem niesprawiedliwości wobec innych, wtedy, powiadam ci, złam prawo.

Henry David Thoreau

No dobrze, dobrze, tylko taka nieprawomyślność pachnie anarchią. Poza tym, istnieje ryzyko, że trudno będzie pogodzić dwie sprawy. Z jednej strony człowiek może lekceważyć nakazy prawa, nie honorować działań prokuratury i nie akceptować wyroków sądu. I to ponosząc wszelkie tego konsekwencje jurystyczne. Z drugiej strony, gdy ów człowiek zostanie napadnięty, oszukany, pobity, lub obrabowany będzie zmuszony wezwać na pomoc taką policję, jaka jest i szukać sprawiedliwości u takiego prokuratora, czy sędziego, jaki jest, chociaż ich prawowitość sam podważa. Po prostu innych do wyboru nie ma. Mógłby ewentualnie pozostać milczącą ofiarą przestępstw, która niczego nie zgłasza, tylko cierpi. Atoli odmawianie tym organom prawa do zajęcia się sprawą nie zawsze się uda, gdyż policja lub prokurator zajmie się zbrodnią z urzędu. Wymiar sprawiedliwości zatem może się skupić na ściganiu przestępcy nie dlatego, że pokrzywdzona osoba domaga się sprawiedliwości, ale dlatego, że zostało przez niego złamane prawo. A że sprawiedliwość jest ważniejsza? I co z tego.

Przywarą jak również przymiotem Polaków jest motto: Jakoś to będzie. Wyraża ono równocześnie bierność oraz pewną nadzieję, że to „jakoś” okaże się pomyślne, lub przynajmniej do zniesienia. Z upływem czasu owo „jakoś” przychodzi, Polak się z nim oswaja, po czym faktycznie znajduje sposób, aby to „jakoś” przetrzymać. Przyzwyczaja się w końcu i zapomina, jaką dostrzegał niegdyś różnicę między tym co było, a tym, co nastało. A ponieważ nie czyta książek historycznych, bo w ogóle mało czyta, to nic mu tej pamięci nie odświeża. Tymczasem Przyzwyczajenie powoduje, że bezprawie uważa się za prawo, a fałsz za prawdę, o czym przestrzegał niemiecki fizyk i myśliciel Georg Christoph Lichtenberg. I rzeczywiście nagle sami przyznamy, iż (cytując Jarosława Kaczyńskiego) Żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe a czarne jest czarne.

Pozytywka kadrZapraszamy 7 maja o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: prawo do nieprawomyślności. Przyjdź porozmawiać o odmowie, posłuchać o nieposłuszeństwie i pomyśleć o nieprawomyślności. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

 

3/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Rubikon czterdziestaka, albo pokrętna pochwała Ojczyzny

Dla Zdzicha, Heńka i innych bezimiennych ofiar własnych domów.

W okolicach czterdziestaka każdy facet chce wrócić do domu. Miało być fajniej, wygodniej — miało być bardziej. A jest słabo: ciało odmawia posłuszeństwa, wady charakteru nie zanikają, ale wręcz przeciwnie, stają się coraz bardziej widoczne. Żona ciśnie, dziecko ciśnie, robota ciśnie, bank ciśnie. A miało być tak fajnie… No i co teraz? Przez zaciśnięte z przyzwyczajenia zęby dobywa się z głębi nieświadomości pisk: “Chcę do mamy…” Nie chodzi o matkę konkretną. Raczej symbol, albo raczej wyobrażenie ciepła, bezpieczeństwa, spokoju.

https://i2.wp.com/cdn-images-1.medium.com/max/1000/1*SkQZxK7VW5hmuNGe4hSMlg.png?w=625&ssl=1  W ramionach ojczyzny 

No i zaczynają się mnożyć błędy życiowe. Jedni szukają młodszej kobity po to, żeby móc odbyć idiotyczny powrót do przeszłości, kiedy to wszyscy byliśmy piękni i młodzi. Inni wracają w rodzinne strony tylko po to, żeby doświadczyć na własnej skórze tego, że racje miał stary Heraklit, kiedy mówił nie można wejść dwukrotnie do tej samej rzeki. To już nie ta rzeka, nie ta dolina, nie ten las, nie ci ludzie, nie to miejsce.

https://i0.wp.com/cdn-images-1.medium.com/max/600/1*PR1NWg7IOtfM7p2Ex2wC4w.png?resize=300%2C234&ssl=1Jeszcze inni zaczynają się kręcić wokół budowy albo zakupu własnego domu. Nie po to, żeby mieć dom, bo po co komu stacjonarna niszczarka do pieniędzy, ale po to, żeby zrealizować archetyp, wypowiedzieć symbol/zaklęcie. Dom mężczyzny w okolicach czterdziestki to symbol tego, co minęło i nie powróci, to próba przerzucenia kładki ponad przepaścią czasu. Wielu przypłaca tę próbę utratą zdrowia, albo i życia, bo jak wiadomo od wieków: “Dom do dachu, mąż do piachu”.

18-nastka sprzed 22 lat 

Ale po co to wszystko? Ano jest powód, dla którego ta żałosna próba odszukania straconego czasu stwarza pozory sensowności. Otóż nas czterdziestolatków łączy z tamtym brzegiem coś więcej niż tylko wspomnienia. Na tamtym brzegu wszystko było pierwsze i, jako takie właśnie, niepowtarzalne. Pierwszy pocałunek z języczkiem, pierwszy papieros, pierwsza muzyka, pierwsze przyjaźnie. PIERWSZE I OSTATNIE przyjaźnie, bo nie zawiera się już żadnych przyjaźni po dwudziestym roku życia i nawet jeżeli przyjaciół z tamtego brzegu brak, to nie sposób ich w żaden sposób zastąpić. Nie dlatego, żeby byli oni tymi “wspaniałymi ludźmi” o których śpiewał Riedel (ci, o których śpiewał byli przecież grupą, być może przesympatycznych, ale jednak narkomanów), ale dlatego, że łączy nas z nimi kotwica pierwszego razu. Z nimi z nimi po raz pierwszy oglądaliśmy światło ostrego słońca i syciliśmy się życiem.

Nawet stary cynik Lukian w okolicach czterdziestki wrócił do rodzinnej Syrii i napisał zupełnie anty-cyniczną Pochwałę miasta ojczystego. I nie ma w niej nawet najmniejszych śladów ironii, którą ten prototyp wszystkich neurotyków dodawał nawet codziennego “Dzień dobry”. Sami się przekonajcie: Czytaj dalej

3.88/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XV – czyli dobrodziejstwa wojny

Uwaga, pogadalnicy!

W pierwszy poniedziałek maja nie było spotkania. Aby jednak nie przepadło nam spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki, to odbędzie się ono wyjątkowo w drugi poniedziałek miesiąca, czyli 8 maja.

Bitwa pod Solferino

Pod tą datą obchodzona jest rocznica zakończenia II wojny światowej jak też Światowy Dzień Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca. Jest to także dzień urodzin Henryka Dunanta – szwajcarskiego filantropa, finansisty i pacyfisty. Czemu o nim wspominam? Pod koniec czerwca 1859 roku, pod Solferino doszło do wielkiej bitwy między armią cesarstwa Austrii a połączonymi siłami armii włoskiej i francuskiej. Po całodziennej walce, na skrwawionym pobojowisku zostało niemal 30 000 ofiar, w tym ponad 20 000 rannych. Widok cierpiących, często dogorywających żołnierzy, pozostawionych praktycznie bez opieki, tak wstrząsnął Dunantem, że w humanitarnym odruchu postanowił im pomóc. Zwoławszy okoliczną ludność, zorganizował transport i opiekę, a po powrocie do Genewy opisał te przeżycia w książce. Zaproponował utworzenie dodatkowej służby medycznej do pomocy rannym oraz powołanie narodowych stowarzyszeń z wolontariuszami, którzy na polu walki posiadaliby status neutralności, wraz z rannymi. Tak powstał Międzynarodowy Komitet Pomocy Rannym, przekształcony w 1863 r. w Czerwony Krzyż (od symbolu, będącego odwrotnością szwajcarskiej flagi).

W dzisiejszym statucie znajdujemy m.in. taki zapis: posłannictwem jest zapobieganie ludzkim cierpieniom i łagodzenie ich wszędzie, gdzie one występują, ochrona życia i zdrowia oraz działanie na rzecz poszanowania istoty ludzkiej, zwłaszcza w czasie konfliktu zbrojnego i w innych sytuacjach zagrożenia, praca na rzecz zapobiegania chorobom oraz podnoszenia zdrowotności i opieki społecznej, popieranie dobrowolnego niesienia pomocy oraz stałej gotowości członków Ruchu do niesienia pomocy, jak również powszechnego poczucia solidarności z tymi, którzy potrzebują pomocy i ochrony ze strony Ruchu.

Zaryzykuję tezę, iż okrucieństwa i całe zło dotyczące wojen, przyczyniły się do powstania czegoś dobrego, służącego także w czasie pokoju. Z pewnością znajdziemy wokół siebie więcej przykładów na to, jak odpowiedzią na zło stało się coś dobrego. Czyżby znajdowało w tym potwierdzenie stare porzekadło: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. A skoro temat wojny tak się nam narzucił, to nie unikajmy go.

Wojna najczęściej przynosi korzyści – na ogół zwycięzcy. Lecz nie tylko. Nie raz spotykałem się ze stwierdzeniem, że wojny napędzały postęp, zwłaszcza technologiczny. Również w naszych czasach wiele nowinek, pierwotnie zapewniających przewagę na polu walki i zarezerwowanych dla armii, upowszechnia się i staje pożytkiem cywilów. Tak było np. z żywnością w konserwach, słodkim batonikiem wysokoenergetycznym, podpaskami higienicznymi, okularami przeciwsłonecznymi, zamkiem błyskawicznym, krótkofalówką, Internetem, GPS, fotografią cyfrową, dronami, taśmą samoprzylepną, klejem Kropelką (cyjanoakryl), woreczkami foliowymi, duraluminium, powłoką teflonową,  a przypadkiem też z kuchenką mikrofalową. Nie chodzi więc już tylko o łupy wojenne, nowe terytoria, więcej poddanych, status mocarstwa. Wojna to także rozwój niektórych gałęzi przemysłu, nauki, medycyny, transportu – rozwój być może mniej zaawansowany w czasie pokoju. Może należałoby powtórzyć za Heraklitem: Wojna jest ojcem wszystkich rzeczy.

Paradoksalnie nierzadko wojny, podobnie jak epidemie, bywały wybawieniem z problemu przeludnienia. Rozrost miast nie nadążał za przyrostem naturalnym. Na wsiach coraz trudniej było dzielić poletka na licznych spadkobierców. Powiększało się grono ludzi bez pracy, co rodziło występki. A gdy wojna lub choroba zdziesiątkowały społeczeństwo, wracała równowaga. Dodajmy coś jeszcze; wojna oraz poczucie zagrożenia uwalnia, wydobywa i często uwypukla nie tylko mroczne, występne i podłe cechy, lecz także te szlachetne, bohaterskie, patriotyczne – których ktoś mógł sobie nawet nie uświadamiać. Wojna konsoliduje społeczeństwo, wzmacnia poczucie solidarności, jednoczy wokół idei, albo przeciw wrogowi. To nie wszystko. Wojna rozbudza wyobraźnię twórców, staje się tematem wielkich dzieł malarstwa, rzeźbiarstwa, literatury, muzyki, filmu. Jasne, że moglibyśmy się doskonale obejść bez tych wytworów, za którymi stoją tragiczne losy milionów ludzi. I najchętniej żylibyśmy w świecie, który nie daje asumptów do takiej twórczości. Jednak konflikt jest wpisany w życie naszej planety, zatem jeśli z jego powodu mogą powstać rzeczy dobre lub piękne, to zawsze jakaś pociecha.

Właśnie; konflikt wpisany w naturę. Prawo silniejszego do władania terytorium, przewodzenia stadem, pierwszeństwa w ucztowaniu, rozsiewania genów itp. Wszystko, co żyje rywalizuje o przestrzeń i pokarm z innymi formami życia, często ich kosztem, ba! nawet kosztem ich istnienia. Ktoś powiedział, że wojna jest koniecznością biologiczną. Jedna z teorii socjologicznych, dotycząca konfliktów społecznych, bez osłonek mówi, iż tzw. ład społeczny jest chwiejną równowagą, a na dłuższą metę, to utopia. W społeczeństwie bowiem dominują sprzeczności i ścieranie się rozbieżnych interesów poszczególnych grup i jednostek. I stwierdza to z taką oczywistością, jakby konflikty i antagonizmy były naturalną własnością ludzi. W takim razie, jeśli skazani jesteśmy na konflikty, w tym zbrojne, to powinniśmy nauczyć się, jak wyciągać z nich ewentualne korzyści. Pytanie tylko: jakie? Od tysiącleci obserwujemy konflikty w otaczającej nas przyrodzie i nie dziwimy się temu. A z drugiej strony, sami będąc częścią tej przyrody, bywamy zaskoczeni, że stać nas nawet na większe bestialstwo. Mamy też o wiele szerszy wachlarz powodów, motywacji i argumentów by wszcząć konflikt, czy to na polu polityki, czy na ubitym polu, wszak Wojna jest tylko kontynuacją polityki innymi środkami – jak powiedział Carl von Clausewitz.

A co z małymi wojnami, takimi bez oręża, bitewnego zgiełku i przelewu krwi? Psychologia, zajmując się zagadnieniem konfliktów, analizuje przyczyny, scenariusze przebiegu, mówi o skutkach. Ponoć o charakterze konfliktu decyduje siła więzi społecznych. W grupach o silnych więziach wewnętrznych, negatywne emocje członków uznaje się za zagrożenie dla tych więzi i tłumi, przez co – gdy już dojdzie do konfliktu, przebiega on z niezwykłą gwałtownością, mogącą zniszczyć samą grupę. Z kolei w grupach o luźniejszych więziach konflikty pojawiają się dość często i pozwalają na rozładowanie wszystkich napięć na bieżąco. Taki skutek wydaje się korzystnym. Dzięki temu zamiast wyładowania nawarstwionych emocji, pozostaje przestrzeń by zająć się przyczynami konfliktów, podyskutować, poszukać rozwiązań. Wniosek na marginesie: lepiej żyć w grupie o luźnych relacjach, w której dochodzi do drobnych konfliktów.

Pozytywka kadrZapraszamy zatem 8 maja o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będą: dobrodziejstwa wojny.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być może zająć stanowisko, jakie prezentował myśliciel i moralista Andrzej Frycz Modrzewski, głosząc: Żadne korzyści z wojny nie są tak wielkie, aby mogły jej szkodom dorównać (…). A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.43/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Wczoraj gadaliśmy o Parmenidesie!

Wczoraj w Pogadalni Janusz rozpoczął od wspomnień o szalonym koledze. Zauważył że, pamiętamy najlepiej właśnie tych gwałtowników, nie miłych i spokojnych, co to gałązki nie złamią nadłamanej…

Ja na to, że pamiętamy te chwile, w których nasza świadomość nie była uśpiona, w których albo coś w naszym wnętrzu albo coś poza nami rozbudziło nas, wybiło z monotonii i ożywiło naszą percepcję. Martinus podał przykład osób z „fotograficzną” pamięcią. Zauważył, że w starożytności odtwarzanie słowo w słowo zapamiętanej przemowy było czymś naturalnym. Zauważyliśmy, że człowiek współczesny posiada tyle pomocników pamięci i takie małe zainteresowanie napływającymi do niego informacjami, że w zasadzie coraz słabiej zapamiętuje. I tu zaproponowałem przyjrzenie się Parmenidesowi, a w szczególności jego słynnej frazie:

„tym samym jest myśleć i być” (to gar auto noein estin, te kai einai).

Myślimy często, że postęp w filozofii jest podobny do postępu w nauce. Kolejne teorie coraz doskonalej opisują rzeczywistość. Heraklit i Parmenides to wedle tego sposobu myślenia tacy zwolennicy teorii flogistonu, a Kartezjusz i Kant, nie mówiąc o Wittgensteinie, już wiedzą, że spalanie to żadna tam ucieczka flogistonu, lecz gwałtowny proces utleniania i na tej bazie budują swe nowoczesne teorie. Nie do końca. Postęp w filozofii dotyczy być może sposobów wyrazu, form argumentacji ale to, co filozofię odróżnia od nauki i wg mnie stanowi jej istotę tj. osobiste rozumienie świata, związek tego co mówi z życiem samego filozofa jest u starożytnych na takim poziomie, że możemy śmiało mówić o degeneracji filozofii w dziejach, a nie jej postępie.

Czytaj dalej

4.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)