Archiwa tagu: Jerzy Vetulani

j-Elita filozofów

Czy mieliście tak, że wpadła wam do głowy ciekawa myśl, czekaliście z jej oznajmieniem na odpowiedni moment, aż tu nieoczekiwanie ktoś wygłosił przy was taką samą? Mnie to dotknęło kilka razy. Dlatego taki termin, jak konwergencja budzi we mnie zwykle nieprzyjemne skojarzenia. Aczkolwiek jeśli zetknę się z nią w sytuacjach mnie niedotyczących, wówczas potrafi wywołać zastanowienie, albo i zadziwienie…

Konwergencja to pojęcie posiadające kilka znaczeń, ale podstawowym jest: zbieżność lub powstawanie zbieżności, np. powstawanie podobnych wytworów kulturowych u różnych ludów. Inaczej mówiąc, kilka osób niezależnie od siebie, w różnych miejscach, a i w różnym czasie, wymyśla to samo. I co…? W moim przypadku, nagle pryska cała satysfakcja z poczucia wytworzenia oryginalnej własności intelektualnej. A niekiedy spada przy okazji wartość samej myśli, skoro była łatwo osiągalna dla innej osoby. No i boli, że ktoś mnie ubiegł.

Zaśliniona konwergencja

Tak właśnie było z pewną refleksją, jaka mnie naszła przed kilku laty. Gdy skaleczysz się w palec, bywa że odruchowo wkładasz zranione miejsce do ust. Czujesz słodkawą krew i nie masz oporów, by ją przełknąć. Podobnie bez oporów połykasz czystą ślinę. Ale gdybyś utoczył pół szklanki krwi, albo tyle samo napluł? Czy potrafiłbyś to wypić?

Długi czas nosiłem w głowie te pół szklanki śliny, czekając na stosowny moment, by pokazać relatywność naszego stosunku do własnych płynów. Aż pewnego dnia, na spotkanie Pogadalni wpadł pewien doktor filozofii i pochwalił się identycznym spostrzeżeniem. Bach! Konwergencja napluła mi w oko.

Jednakowoż, tak jakoś jest, że to, co opuszcza wnętrze naszego ciała, chyba podświadomie uważamy za niechciane, niepożądane. Traktujemy to jako coś usuniętego (czasem słusznie, gdy chodzi o wągry, zaskórniki, lub wysmarkaną wydzielinę). A tym samym, w jakiś oczywisty sposób zaczyna to budzić obrzydzenie. I jak widać, nie dotyczy to wyłącznie moczu, kału, potu, czy wymiocin.

U siebie zaobserwowałem jeszcze coś – może pokrewnego. Niby pralka dokładnie pierze i każde ubranie będzie czyste po wyjęciu, a jednak wzdragam się przed jednoczesnym włożeniem brudnych skarpetek i podkoszulków. I miałbym również opory, aby do zmywarki włożyć razem naczynia i nocnik. Wy też? A skoro zahaczyłem o nocnik… to pomówmy sobie dzisiaj o jego zawartości, również zanim ona tam trafi.

Garść ciekawostek językowych

Słyszeliście pewnie takie pojęcie, jak obstrukcja parlamentarna. Gładko przechodzi przez usta dziennikarzom i politykom, a tymczasem obstrukcja to inna nazwa określająca zaparcie i zatwardzenie. Istnieje także słowo obstruent, które poza ogólnym znaczeniem, nazywającym osobę z obstrukcją, ma jeszcze konkretne znaczenie fonetyczne: oznacza po prostu głoski zwarte, zwarto-szczelinowe lub szczelinowe. Hm, grube zatwardzenie przy głoskach zwarto-szczelinowych, to chyba musi brzmieć boleśniej, niż jęk.

Innym pomocnym terminem jest konstypacja – po łacinie constipatio znaczy: skupienie, nagromadzenie. To dawna, ładna a niezbyt powszechna nazwa zaparcia, czy zatwardzenia. Od niej też pochodzi konstypant, czyli człek cierpiący na wspomnianą przypadłość.

A co mamy na przeciwnym biegunie? Biegunkę! Potocznie zwaną rozwolnieniem – a po łacinie: diarrhoea. Ma też inne określenia, np. laksacja (pewnie jakoś powiązana z łac. relaxatio – rozluźnienie) oraz dyspersja (co wśród kilku różnych znaczeń, odnosi się też do stanu rozproszenia substancji w roztworze koloidalnym).

Półpłynnie przejdę do dawnych czasów. Przypominam sobie anegdotę z mojego liceum. Był u nas pewien nauczyciel niemieckiego, importowany z Niemiec. Dziś powiedzielibyśmy native speaker. Nie pamiętam jego nazwiska, nie uczył mnie, ale pamiętam, że jego cechą charakterystyczną była heterochromia; jedno oko miał niebieskie, a drugie zielone. Ponieważ prawie nie znał polskiego, budził powszechne zaciekawienie i częste rozbawienie. Któregoś dnia nie pojawił się w pracy. Zadzwonił z rana do sekretariatu i na tyle, na ile potrafił po polsku wytłumaczył, że ma problemy z żołądkiem i lekarz dał mu cztery dni wolnego. Jako, że był w szkole postacią egzotyczną, chyba jedynym podówczas obcokrajowcem, więc wszystkich zainteresowała jego nieobecność. Jakoś więc informacja z sekretariatu wyciekła do nauczycieli. „Wyciekła” – w tej historii to słowo klucz, a przeciek rozprzestrzeniał się też wśród uczniów. Kiedy jednak nauczyciel już po dwóch dniach pojawił się w szkole, wywołał pewne zaskoczenie i od razu spytano o szybszy powrót. Szeroko uśmiechnięty, głośno i z niejaką dumą, oznajmił na cały pokój nauczycielski: – A, bo już twardo robię.

Z jeszcze jednym terminem – tym razem literackim – chciałbym Was zaznajomić, chodzi o skatologię. W tym przypadku słówko pochodzi z greki (gr. skatós – “kał”) i określa żarty, sceny i aluzje dotyczące ludzkich wydalin. Tak. To co, może kilka próbek. Na początek dzieło naszego hrabiego:

Aleksander Fredro

Ballada o pierdzeniu

Od prawieków w całym świecie,
Kogo kolka w boku gniecie,
Każdy sobie pierdzi chętnie,
Cicho, smutno lub namiętnie.

Stary, młody, mały, duży,
Wszystkim dym się z dupy kurzy,
Każdy chętnie portki pruje,
Bliźnim pod nos popierduje.

Pierdzą panny, dobrodzieje,
Księża, szlachta i złodzieje,
Nawet papież chociaż miernie,
Też kadzidłem sobie pierdnie.

Pierdzą ludzie na siedząco,
Na stojąco i chodząco,
Pierdzą nawet przy kochaniu,
By dać taktu jak przy graniu.

Krasawice w wieku kwiecie,
Pierdzą cicho jak na flecie,
A poważne w wieku damy
Wypierdują całe gamy.

I w teatrze i w kościele,
W dnie powszednie i niedziele,
I filozof i matołek,
Każdy pierdzi ciągle w stołek.

Jeden przebrał w jadle miarkę
I ma w dupie oliwiarkę.
Gdy chciał pierdnąć na odmianę,
Obsrał okna, drzwi i ścianę.

Ten zaś smrodzi jak niecnota,
Jakby zjadł zdechłego kota.
A kiedy się czosnku naje,
To aż wiatrak w oknie staje.

A ten trzeci jest w humorze,
Kiedy pierdnąć sobie może,
Więc natęża siłę całą
By popierdzieć chwilę małą.

Tam jąkała w kącie stoi,
Dupę ściska bo się boi,
Chciałby sobie puścić bąka,
Lecz w pierdzeniu też się jąka.

Jednym słowem w całym świecie,
Kogo bzdzina w dupie gniecie,
Wszyscy niech se pierdzą chętnie,
Cicho, smutno lub namiętnie.

W czasie lekcji Jasio chodzi sobie po pustym korytarzu szkoły i powtarza: “Gdzie tu sens, gdzie logika?”. Dyrektor usłyszał przez uchylone drzwi gabinetu, co Jasio mamrocze pod nosem i spytał o powód. Jasio na to:
– Otóż spierdziałem się panie dyrektorze w klasie, a pani wyrzuciła mnie za drzwi. No i oni tam wszyscy zostali w tym smrodzie, a ja tu sobie na korytarzu oddycham świeżym powietrzem. Więc pytam – gdzie tu sens, gdzie logika?!

Student poszedł do nowego teatru. Podczas przydługiego spektaklu zachciało mu sikać. Wymknął się na korytarz i bezskutecznie szukał toalety. Wreszcie znalazł jakieś ciemne przejście, a w głębi duży wazon. Ośmielony półmrokiem załatwił się szybko i wrócił na widownię. Szturchnął sąsiada i szeptem spytał, czy przegapił coś istotnego w sztuce.
– Właściwie, to nie. Ale była taka głupia scenka: wchodzi człowiek na scenę, sika do wazonu i wychodzi.

I jeszcze anegdota ze zbioru szkiców “Szczęście małych rybek” Belga Simona Leysa. Ponoć ojciec C.S. Lewisa miał w zwyczaju wspominać zdarzenie z pociągu w Ulsterze. Pewien współpasażer, przyciśnięty nagłą potrzebą skorzystał z podłogi. Smród w przedziale był tak straszliwy, że Lewisowi zebrało się na wymioty. Chcąc ich uniknąć, sięgnął po fajkę. Wówczas człowiek siedzący naprzeciwko, który przez cały czas niewzruszenie milczał, pochylił się ku niemu i surowo wskazał naklejkę na oknie: PALENIE WZBRONIONE!

Zaczęliśmy tę listę śmiesznostek od uwalniania gazów. Warto w tym miejscu przytoczyć dziełko Pierre’a-Thomasa-Nicolasa Hurtauta, mianowicie: Sztuka pierdzenia. Esej teoriofizyczny i metodyczny na użytek konstypantów, smutasów, ponuraków, dam melancholijnych oraz wszelkich niewolników przesądu… (1751). Owa rozprawa wykładowcy w szkole (nomen omen) artylerii, została przetłumaczona przez prof. Rutkowskiego. Osobnego przekładu dokonał Jan Kortas, a tekst znalazł się, jako aneks w książce “Dziennik geniusza” Salvadora Dalego. Tam nosi tytuł: Sztuka pierdzenia, czyli podręcznik posępnego kanoniera napisany przez hr. de La Trompette, lekarza Konia z Brązu, na użytek osób cierpiących na zaparcia. Rzekomo Dali wykazywał spore zainteresowanie ową „ulotną” sztuką. Znalazłem też informację, iż zanieczyszczanie powietrza fascynowało Demokryta, Puszkina, Mozarta, czy Guillaume’a Apollinaire’a. Tenże zdaje się, opisał występ znanego wówczas pierdzisty Josepha Pujola, który dał popis na deskach Moulin Rouge, zwieńczony wykonaniem “Marsylianki”.

Ale, ale… Miałem przytoczyć dziełko, a dryfuję po niewłaściwym szambie. Niech o wydźwięku pierdów zaświadczą fragmenty z tłumaczenia Kortasa:

Święty Ebremundus, ów urokliwy filozof, wyobrażał sobie pierdnięcie całkiem inaczej niż gmin: według niego było to westchnienie.(…)

Jeśli poczujesz ciężar, mierząc wychodzące pierdnięcie, będzie to znak, iż należy je mierzyć na wadze; jeżeli twardością się charakteryzuje – na łokcie lub na stopy; jeśli zdaje się być płynem – na kwarty; jeżeli zaś grudkowatością się odznacza – na korce i temuż podobne; ale jeśli uznasz, że z racyi jego zbyt małych rozmiarów nie warto robić doświadczeń, czyń tak jak zacni panowie Verriers: dmuchaj w zadek tak długo, jak ci się spodoba, to znaczy, aż osiągnie ono odpowiednią wielkość.

Dołożę coś jeszcze – rodem z epoki wykwintnych angielskich dżentelmenów, drugiej połowy XIX stulecia. Wyimek pochodzi z pamiętnika W pogoni za pełnią życia, gdzie Frank Harris przedstawia wymowny opis bankietu. Urządził go sir Robert Fowler z okazji ponownego wyboru na lorda majora Londynu.

Właśnie nalewałem sobie porcję klarownej zupy, gdy w nozdrza me uderzył ostry, niewątpliwej proweniencji zapach. Zauważyłem, że mój korpulentny vis-a-vis pospiesznie zabiera się znów do jadła, oblizując wargi (…), połyka olbrzymie kawały mięsa; żyły na czole nabrzmiały mu jak supły sznura, a po wielkiej czerwonej twarzy spływał pot. Nagle usłyszałem niedwuznaczny trzask, a później rozszedł się po pokoju nieznośny odór. (…) Wszyscy goście żarli, (…) zapachy stawały się coraz trudniejsze do zniesienia, aż wreszcie, gdy zaczął się rozchodzić odór przypominający mlecz śledziowy, orgiastyka tego wszystkiego wyrodziła się już w jakieś szaleństwo.

Zwykle człowiek, szczególnie ten uważający się za kulturalnego, powstrzymuje się przed tym specyficznym westchnieniem. Zahamowania przed prykaniem nie muszą wynikać li tylko z zawstydzenia. Czasem nie chodzi o konwencjonalną kulturę osobistą. Bywa, iż blokuje nas poczucie empatii wobec świadków owej czynności, które nakazuje uszanować nie tyle ich zmysł słuchu, co zmysł powonienia. Wszak nie wypada sprawiać bliźniemu przykrości, zwłaszcza w zamkniętym pomieszczeniu. Z niejakim upodobaniem więc wspominam powiedzonko zasłyszane w czasach dziecięctwa, a które było ówczesną regułą savoir vivre: na dworze każdy może.

A skoro o bączkach na wietrze mowa, nie sposób pominąć kapitalnej sceny z francuskiej komedii „Kapuśniaczek”. W scenie owej mamy dwóch trochę stetryczałych staruszków, mieszkańców zapadłej wsi o wymownej nazwie Durnopałki. Na początku filmu, przyjaciele – Claude (grany przez Louisa de Funèsa) oraz Krzywus – siadają wieczorową porą przed domem i elegancko raczą się trunkiem. W pewnym momencie, bez skrępowania rozpoczynają swoisty pojedynek na gazy; kto popisze się bardziej gromkim pierdnięciem. I każdy wydźwięk kwitują pełnym uznania oklaskiem. Smrodliwe kanonady mącą wieczorną ciszę, ku jowialnej uciesze obu gazowników – i zagęszczają mrok, wyciskając im łzy z oczu.

Wydaje się, iż ta krótka symfoniczna rywalizacja jest dla sympatycznych skądinąd sąsiadów specyficznym, acz niewyszukanym rytuałem. Może nawet elementem cementującym ich przyjaźń, zapewniającym o braku barier rodem z salonowej ogłady, potwierdzającym porozumienie dusz (i dup). Następuje po niej przerywnik muzyczny na akordeonie, po czym kolejnymi salwami z trzewi obaj przywołują błyskawice. Rozpoczyna się rywalizacja gromkich bąków z gromami na niebie – rozpętująca w końcu burzę, która obu zuchwalców przegania do domów.

Jest jednak w tej scenie coś prawdziwego. Jest ukazany w prostym człowieku brak zbytecznego wstydu, czy (żeby być bliżej francuszczyzny) brak pruderii. Niegdysiejsza wieś (choć być może dziś też by się podobną znalazło) – wstydziła się nie tyle mniej, co po prostu innych rzeczy. Zawstydzenie dotyczyło bardziej sfer honoru i moralności - choć nieraz było w wypaczonej formie, przypominającej miejski odpowiednik: dulszczyznę. Zwykle wstyd powiązany był ze sferą sacrum. Czyli, owszem – ważne było: co ludzie powiedzą, ale przede wszystkim dlatego, że ci ludzie będą przykładać do tego miarkę grzechu. I ważne będzie rozliczenie się z tego przed Bogiem. Jasne, że nawet prosty człowiek się peszy, że są sytuacje, w których czuje zakłopotanie. Mam jednak wrażenie, że kiedyś akcenty położone były w innych miejscach. Nie wprawiało zatem ludzi w zażenowanie pierdnięcie, chyba, że rozniosło się echem po kościele (i nie tylko echem). A przez to, co naturalne (jednakowoż nie bezbożne) nikt się zbytnio nie rumienił.

Nabożne skupienie – czyli nocnik mistyka

Krąży pogłoska, iż Marcin Luter doznał teologicznego olśnienia podczas posiedzenia w wychodku na klasztornej wieży. Trudno orzec, czy towarzyszyło mu constipatio (przypomnę: skupienie, nagromadzenie) – ale mniejsza o to. Generalnie, mogłoby się wydawać, że o takich okolicznościach nie wypada wspominać, bo uwłaczają powadze samego oświecenia. Z drugiej strony podkreślają ogólną marność ludzkiej kondycji, wobec tego co boskie – kondycji marnej we wszelkich możliwych okolicznościach, nie tylko wychodkowych.

W związku z powyższym pozwolę sobie przywołać ciekawostkę z bardzo mądrej książeczki pt. Sen Alicji, czyli jak działa mózg. Autor, prof. Jerzy Vetulani pisze o pewnym ciekawym miejscu w ludzkiej głowie: Jest w mózgu jeszcze jeden bardzo tajemniczy obszar, nazwany korą wyspową. Jest on wciśnięty między półkule i odpowiada za wrażenia dochodzące z naszego ciała: dzięki korze wyspowej wiesz, że boli cię wątroba albo że zjadłaś coś dobrego, albo że jest ciepło i miło. Pobudzenie kory wyspowej może odpowiadać za przyjemność odczuwaną po zrobieniu kupy. I coś jeszcze: to kora wyspowa w dużym stopniu odpowiada za twoje życie duchowe, możliwe poczucie transcendencji lub mistycyzmu.

Czyli co? W tym samym ośrodku rodzi się frajda z wypróżnienia i przeżycia duchowe (że też Luter o tym nie wspomniał!). Skoro łączy je ta sama część mózgu, to być może mają ze sobą więcej wspólnego, niż sądziliśmy. Możliwe, że pierwsze doznania o charakterze mistycznym mieliśmy właśnie po udanej defekacji. Ot, mistyka nocnika.

Czasem ubikację żartobliwie określa się mianem świątyni dumania. Pytanie: jakim prawem żartobliwie? Otóż każda toaleta to świątynia, każda drewniana wygódka i TOI-TOI to kapliczka, ba! nawet po krzakach można się modlić, pardon! – zadumać.

Zrobiło się świątobliwie. To może odrobina skatologii dla rozluźnienia zwieraczy.

Frącek i Bącek idą polną drogą. Patrzą – leży gówno. Frącek podpuszcza kolegę:
– Jak to zjesz, dam ci stówkę.
– Dobra! – mówi Bącek i zjada.
Jakoś radość Frącka z udanej podpuchy okazała się mniejsza, niż żal po straconych pieniądzach. Kawałek dalej patrzą – leży drugie gówno. Frącek natychmiast proponuje:
– Stary, jak to zjem, oddasz mi stówę. Co ty na to?
– Dobra! – zgadza się Bącek i patrzy, jak kolega zjada śmierdzące znalezisko.
Bącek zwrócił mu stówę. Idą dalej, po czym jeden mówi do drugiego:
– Tak sobie myślę, każdy z nas tyle zarobił, ile stracił, a żeśmy się obaj gówna nażarli.

W samolocie lecą obok siebie, w jednym rzędzie: dwaj Arabowie i Żyd. Arabowie przy oknie, Żyd przy korytarzu. Żyd wyluzował się, rozpiął kołnierzyk, zdjął buty. Arabowie patrzą na niego nienawistnie. Po godzinie lotu jeden z nich wstaje i mówi:
– Idę po colę.
Żyd na to:
– Ależ nie, ja pójdę i przyniosę. Po co pan się ma przeciskać.
Gdy poszedł, jeden z Arabów napluł mu do buta. Po minucie Żyd wrócił, podał colę Arabowi, ten ją wypił. Po kolejnych godzinach lotu drugi Arab mówi:
– Idę po colę.
Żyd zareagował tak jak poprzednio.
Gdy poszedł, drugi Arab napluł mu do buta. Żyd wrócił, podał colę, ten ją wypił. Po kilku godzinach samolot ląduje. Żyd ubiera się, zapina kołnierzyk, wkłada buty i krzywi się:
– Ech, ta nienawiść między naszymi narodami… To plucie do butów, to sikanie do coli.

Dwóch filozofów przy obiedzie:
– Po co jeść? I tak gówno z tego!
– Z głodu jeszcze nikt się nie zesrał…

Starożytni Grecy starali się unikać publicznego używania układu pokarmowego. Czymś niewłaściwym było zarówno spożywanie posiłku w miejscu publicznym, jak i tym bardziej jego wydalanie, czy nawet zauważalne (czyt. słyszalne) puszczanie wiatrów. Aczkolwiek wyjątki się zdarzały, zwłaszcza wśród cyników – że wspomnę Diogenesa z Synopy. Inne podejście prezentowali starożytni Rzymianie. W pomieszczeniach przeznaczonych na publiczne toalety, znajdowało się długie siedzisko, w którym obok siebie wykonane były kolejne, gruszkowate otwory. Żadnych ścianek, parawanów, przepierzeń ani zasłonek. Użytkownicy siadali sobie po sąsiedzku i być może nawet gwarząc o tym, co nowego w senacie, załatwiali swoje potrzeby. Podcierali się wilgotną gąbką morską na patyku i wychodzili z poczuciem ulgi (a może pustki – w kiszkach). Przez wieki wiele się zmieniło. Podobną ławę z otworami widziałem w oświęcimskim obozie koncentracyjnym. Domyślam się, że zmuszanie do publicznego wypróżnienia, było kolejnym elementem upodlania więźniów. Skąd jednak tyle skrępowania w naszych kulturalnych realiach? Przecież jako dzieci nie mieliśmy z tymi sprawami problemów.

Coaching, sorry! KAŁczing dla najmłodszych

Nieco wyżej była mowa o ciekawych książkach, więc w nawiązaniu wspomnę o literaturze przeznaczonej dla dzieci (choć pouczającej również dla rodziców). Cieszyła się popularnością w Szwecji, więc wydano ją i u nas: Mała książka o kupie. Stalfeld Pernilla napisała ją prostym językiem, dowcipnie, ale na poziomie. Treść uzupełniają świetne, kolorowe obrazki. Książka mówi o kupach, ich zapachach, kształtach i rozmiarach, o zatwardzeniu, rozwolnieniu, wizytach w toalecie. O tym, że np. truskawki oraz kwiatki potrzebują kupy, aby rosnąć, a także o tym, iż sławni sportowcy, aktorzy, modelki i królowie – tak samo robią kupę. Zdaniem naocznych świadków, dzieci – inaczej niż zażenowani dorośli – podchodzą do tego zagadnienia z dużą swobodą, bez wstydu, a wręcz z pewną fascynacją. Któż nie widział parolatka, z dumą prezentującego zawartość nocniczka. Albo bez skrępowania wrzeszczącego: mamo, już!!!

Z kręgu szwedzkich wypróżnień jest również książeczka pt.: Kupa, kupa, kupa, napisana przed duet: Alex Schulman, Emma Adbage. Z tego, co wiem, u niektórych rodziców budzi opory przed pokazaniem jej dziecku. Między innymi dlatego, że ma „brzydkie, naturalistyczne obrazki” – inaczej mówiąc, kupa rozlana i rozsmarowana jest wszędzie. Niektórzy podobno konsultowali z psychologiem, czy można pokazać małym dzieciom coś takiego, bez słodkiego różu, pastelowych błękitów i cukierkowych postaci. Tymczasem dzieci nie są zniesmaczone, a przeciwnie – uwielbiają ilustracje wyglądające, jak rysunki robione ręką dziecka. Poza tym treść (ponoć) rozśmiesza do rozpuku. Sugerowałbym zatem zachować ostrożność, gdy ktoś akurat cierpi na laksację.

Inne pokrewne tematycznie pozycje to chociażby: Metryka nocnika czy O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę. Jest też nie mało wydawnictw, które w założeniu mają pomagać w tzw. odpieluchowaniu. Nasza Księgarnia wydała książeczkę Ale kupa! Co masz w pieluszce?, autorstwa Guido van Genechten. Bohaterką jest ciekawska myszka. Dzięki niej dziecko dowiaduje się, jak wyglądają kupy różnych zwierząt, bo mysz zaczepia kolejne zwierzątka i prosi o pokazanie zawartości pieluch. Na końcu zwierzęta chcą by myszka pokazała swoją. A tu siurpryza – w jej pieluszce jest pusto, bo ona kupę robi do nocnika. Spotkałem się z opinią, że książka ma dobry wpływ na te dzieci, które z różnych powodów boją się kupy – oswaja z jej widokiem i przekonuje, że robienie kupy to najzwyklejsza, najnormalniejsza czynność.

Komu mało, temu jeszcze dorzucę dwie propozycje: Basia, Franek i pielucha, Zofii Staneckiej i Marianny Oklejak (o pewnym Franku, który ma dość chodzenia w pieluszce i chce sikać na stojąco, jak tata). A druga to Żegnaj pieluszko! Jak miś polubił nocniczek (Bellinda Rodick, Kerstin M. Schuld).

Jak widać dorośli dostrzegli wagę pieluchy i uświadamiają dzieci. A te, cóż, w naturalny sposób i z zainteresowaniem brną w ten śmierdzący temat. Rzecz wcale nie jest trywialna. W końcu idzie o poważne sprawy, którymi zajmował się m.in. Zygmunt Freud. Wyróżnił wśród faz rozwojowych człowieka także fazę analną. Psychologowie zgadzają się co do tego, iż w 2-3 roku życia dzieci żywiej interesują się wydalaniem i kupą. Zadają „trudne” pytania, przyglądają się kupie, a nawet nią bawią. Sam pamiętam, jak pewien mój krewny zrobił zawartością pieluchy freski na ścianie przy łóżeczku. Jest więc z jednej strony fizjologia, z drugiej ciekawość świata. A ileż radości mają dzieci z poznawanych słówek, które wbrew rodzicom wypowiadają w najmniej odpowiednich momentach. Niby „pupa”, „kupa” albo „siku” to zwyczajne wyrazy, lecz rodzice bywają zafrapowani, gdy ich pociecha popisuje się znajomością tego słownictwa w miejscach publicznych. Co tylko czyni owe słowa jeszcze fajniejszymi, gdyż wywołują konsternację dorosłych.

Byt określa świadomość – a odbyt określa tożsamość

Ktoś kiedyś stwierdził: jesteś tym, co jesz. Przekornie pozwolę sobie zauważyć, że kiedyś zeżrą nas robaki. Czy jest szansa na to, że będą miały coś z nas? Oprócz konstypacji? Do robaków jeszcze wrócę. Znam ludzi, którzy twierdzą: trawienie warunkuje myślenie. Ba! przypisują nawet trzewiom pewien rodzaj myślenia, rozumienia i czucia. Brzmi absurdalnie? Jedynie z pozoru. Ponoć myślimy nie tylko mózgiem, albo inaczej: mózg to nie cały nasz rozum, bo posiadamy rozumujące części ciała ulokowane również poza puszką mózgową. I nie mówię teraz o autonomicznym (wegetatywnym) układzie nerwowym, który (bez udziału świadomości) rozumnie zawiaduje działaniem naszych organów i czynnościami bezwiednymi.

Okazuje się mianowicie, że nasz układ pokarmowy to drugie co do wielkości skupisko neuronów w naszym ciele. Profesor Emeran Mayer określił je drugim mózgiem (podobnie neurobiolog prof. Michael Gershon) i doszukał się zależności mózg-jelita, wpływających na nasz nastrój, decyzje i stan zdrowia. Nasze bebechy kryją około 100 mln komórek nerwowych – czyli mogą równać się z całym rdzeniem kręgowym. Rdzeniem, z którego wychodzi układ współczulny (sympatyczny) i część układu przywspółczulnego (parasympatycznego). Pierwszy pobudza, drugi hamuje funkcjonowanie m.in. naszych wnętrzności.

Eksperyment sprzed ponad stu lat dowiódł, iż układ pokarmowy wykonuje swoje fizjologiczne zadanie nawet po odcięciu od wspomnianego rdzenia (przynajmniej u psów, na których doświadczenia robili William Bayliss i Ernest Henry Starling – hańba im!). Jest więc w szczególny sposób autonomiczny. Te 100 000 000 komórek nerwowych potrafi wytwarzać neuroprzekaźniki (serotoninę, dopaminę itp.), co upodabnia je do mózgu. I niezwykle ważne jest, co wrzucamy do układu trawiennego, gdyż np. silne antybiotyki potrafią tak zdziesiątkować florę jelit, że w układzie nerwowym pojawiają się stany lękowe. Zmiana składu i proporcji ilościowej poszczególnych bakterii (a mamy ich około kilograma) bywa odpowiedzialna za niektóre przypadki depresji.

Z kolei spożywane nasiona bobu zawierają lewodopę, z której powstaje dopamina – odpowiedzialna za doznania przyjemności. A jedząc czekoladę wchłaniamy anandamid (podobny do marihuany) i fenetylaminę (działa jak amfetamina). Takie na przykład solanina, czy alfachakonina z bakłażanów, pomidorów i ziemniaków, potęgują działanie acetylocholiny – neuroprzekaźnika związanego ze zdolnością zapamiętywania. Swoją drogą, nie zdołałbym zjeść tylu ziemniaków, żeby zapamiętać ich nazwy.

A pamięć jest istotna, gdyż trzeba pamiętać, że układ trawienny to wielce stara struktura. Jakieś 500 milionów lat temu, małe żyjątka – nazwijmy je robakami (obiecałem do nich wrócić) – posiadały prosty układ nerwowy, oplatający między innymi prymitywny układ pokarmowy. Prymitywny, ale będący jedną z najważniejszych części ich robaczego ciała. Wielce prawdopodobne jest, iż z tej właśnie sieci neuronów uformowało się skupisko, z którego później powstał mózg. Zaś działanie tego, co znajduje się w głowie i tego, co w brzuchu jest ściśle powiązane do dzisiaj.

Przykładowo, z jelit pochodzą tzw. limfocyty T regulatorowe, komórki układu odpornościowego, które hamują procesy zapalne w tkankach mózgu zniszczonych przez udar. A ich ilość zależy od prawidłowo działającej flory bakteryjnej. Zaburzenie jej dobrostanu może powodować chorobę Parkinsona i prawdopodobnie również Alzheimera. To nie wszystko; wiadomo np., że chorzy na autyzm często cierpią na zaburzenia pracy układu pokarmowego i mają inną mikroflorę bakteryjną w jelitach niż zdrowi ludzie. Naukowcy dowiedli, że nieprawidłowości pracy jelit oraz mózgu w ich przypadku są ściśle powiązane. Dr Paweł Grzesiowski potwierdza, iż transfer kału z bakteriami zdrowej osoby do jelit autystycznego dziecka zmniejsza zaburzenia zachowań, poprawia koncentrację i mowę.

Przez konkokcję do konkiety

Generalnie rzecz biorąc, rozbudowana sieć zakończeń nerwowych w ściankach jelit stale przesyła, za pomocą nerwu błędnego, sygnały do mózgu. Ma to przełożenie na nastrój oraz rozwój zdolności poznawczych. Wcale nie głupie wydaje się w kontekście powyższych akapitów opisywanie stanów emocjonalnych zwrotami „przez żołądek do serca” lub „coś mu leży na wątrobie”. Powtórzę zatem: jesteś tym, co jesz. Ale dodam: człowiek to przyszłe odchody robaków. Stąd mały apel: lepiej byśmy za życia byli zżyci, niż po śmierci tylko z rzyci (robaczej!).

To może zakończmy filozoficznie. Zdaniem ks. Józefa Tischnera: Góralska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: świenta prowda, tys prowda i gówno prowda. Kto wie, może wszystko powyższe jest właśnie tą trzecią, za to najważniejszą.

Kłaniam, Martinus

5/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Emocje asekuracją rozumu

Od razu przyznaję się, bez bicia, że próbuję dotknąć tematu, o którym mam skąpe pojęcie. Liczę, iż odezwie się ktoś w nim obeznany – niechby i nawet z oburzeniem. Chodzi mianowicie o emocje.

Na początek dygresja z pogranicza oczywistości (wrogom dygresji wolno ten akapit pominąć). Zdrowy człowiek ma do dyspozycji pięć zmysłów. Uważa się, że wzrok i słuch są najważniejszymi, za pomocą których odbieramy świat. Czy też zwróciliście uwagę na to, że tylko pozostałymi coś czujemy? Czujemy zapach, czujemy smak, no i dotyk, a w obrębie tego zmysłu temperaturę, wilgoć, fakturę, twardość itd. Zdaję sobie sprawę, iż w kontekście zmysłów mówienie, że coś się czuje, może być jedynie utartym zwrotem frazeologicznym. Można go zastąpić innym, np. odbieram zapach, rozpoznaję smak, doświadczam dotyku. Jednak to, że używamy słowa: czuję, lub wyczuwam musiało się przecież skądś wziąć. Dlaczego więc najważniejszymi zmysłami nie czujemy?

Nie o takim czuciu jednak chciałbym tutaj napomknąć. Chodzi mi bowiem o uczucia, jakie przeżywamy, a w szczególności o emocje. Niemniej warto pamiętać, że wiele emocji bywa reakcją na bodźce przekazane właśnie przez nasze zmysły. Piękny krajobraz o zachodzie słońca, nieznośny hałas o świcie, woń zepsutej ryby, słodycz wykwintnego deseru, lub muśnięcie skóry jedwabnym szalem… to może obudzić różnorakie emocje. Zbliżmy się jednak do tego, czym chcę się zająć. Tytuł sugeruje pewne oddziaływanie sfery uczuciowej na sferę racjonalną. Zanim przejdę do moich refleksji, pozwolę sobie o czymś wspomnieć.

Z tego, co mi wiadomo – filozofowie (zwłaszcza najdawniejsi) byli raczej niezadowoleni z tego, iż ludzie (a więc oni też) posiadają emocje, afekty i namiętności. Najchętniej, dla niezakłóconej swobody myślenia, wyrugowaliby je doszczętnie. Zdawali sobie jednak sprawę, iż to niemożliwe. Zalecali zatem panowanie nad emocjami, a czasem podpowiadali, jak. Siłą rozumu, rzecz jasna. Taki, przykładowo, Demokryt sformułował taką oto paralelę: sztuka lekarska leczy choroby ciała, a mądrość uwalnia duszę od namiętności. Zasadniczo, nawet jeśli mędrcy zgadzali się, że uczucia to część naszej natury, to sytuowali emocje w kontrze do rozumu. Rozumowi zaś przypisywali rolę przewodnią i nadrzędną. No dobrze, nie wszyscy. Ciekawostka: znalazłem gdzieś informację, że David Hume wychwalał emocjonalną sferę człowieka i to jej przyznawał zwierzchność – stwierdził bowiem: Rozum jest i winien być tylko niewolnikiem uczuć i nie może mieć nigdy roszczenia do innej funkcji niż do tego, żeby uczuciom służyć posłusznie. Wymienił, jak widać, władcę na tronie, lecz nie zlikwidował opozycji obu sfer.

Tymczasem filozof i wybitny specjalista od emocji, Ronald de Sousa dowodził, iż biegunowe ustawianie emocji i rozumu, a szczególnie uważanie emocji za irracjonalne jest przesadnym uproszczeniem i nie broni się w świetle współczesnych badań.

Strefa uczuć

W potocznym i poetyckim języku, siedzibą uczuć jest serce. O takiej lokalizacji zdecydowało zapewne jego silniejsze bicie w chwilach emocjonalnego rozpalenia. A co na to prozaiczna wiedza medyczna? Dwa obszary mózgu odpowiadają za zdolność wyrażania uczuć, mianowicie pień mózgu i układ limbiczny, który oplata pierścieniem górną część wspomnianego pnia. Tam rodzą się uczucia, po czym wpływają na ludzkie zachowania, a także fizyczne (cielesne) reakcje towarzyszące, np. palpitacje serca, rumieniec, ucisk w żołądku, szum w uszach, sparaliżowanie, słabość, rozszerzenie źrenic, drżenie rąk itp.

Jest jeszcze jeden obszar mózgu związany z uczuciami: ciało migdałowate. W nim przechowywana jest pamięć emocjonalna człowieka i ma ono duży wpływ na inteligencję emocjonalną, czyli to, jak wygląda znajomość i rozpoznawanie własnych emocji, motywowanie i kierowanie się nimi, nawiązywanie związków uczuciowych z innymi ludźmi itd.

Okazuje się przy tym, iż ze względu na różnice w budowie mózgu u obu płci, odmiennie prezentuje się chociażby intensywność emocji. U kobiet lewa i prawa półkula mózgowa są lepiej połączone (skomunikowane), przez co pozytywne uczucia przeżywają silniej i szybciej, niż mężczyźni. U mężczyzn gorsze połączenie lewej, racjonalnej i logicznie myślącej półkuli z prawą, zajmującą się emocjami – skutkuje skłonnością do wybuchów emocji, których nie zdołano na czas ogarnąć racjonalną kontrolą. Coś w ten deseń zauważył swego czasu Fryderyk Nietzsche: Jednakie u mężczyzny i kobiety uczucia różnią się przecież w tempie: dlatego nieporozumienia między mężczyzną a kobietą nie ustają.

Co czuje człowiek

Kto myślał, że już wyłożę swoje, temu chwała, iż myślał, choć się mylił. Postanowiłem bowiem wcześniej skrótowo przedstawić, co targa człowiekiem. A miotają nim procesy emocjonalne o różnym charakterze. Względna zgoda panuje co do tego, iż emocje nadają jakość ludzkiemu poznaniu i działaniu, wartościują czyny, przedmioty, zjawiska, nas samych i innych ludzi. Określają przy tym znaczenie tego, co owe emocje wywołuje. Jedne są pierwotne i odnoszą się do niższych, podstawowych potrzeb biologicznych; drugie są wtórne, o charakterze społecznym i odnoszą się do wyższych wartości i wiedzy. Jednakowoż nazwy, które odnoszą się do sfery uczuć, a których w języku potocznym często używa się zamiennie, traktuje jak synonimy, w rzeczywistości psychologicznej bywają klasyfikowane jako odrębne pojęcia o innej zawartości. Na czym polegają różnice?

Uczucia. Wyrażają i odzwierciedlają stosunek człowieka do pewnych zdarzeń, ludzi, rzeczy w otaczającym świecie. Uczucia są interpretacją emocji, dokonywaną w oparciu o zakodowane w pamięci doświadczenia i wzorce kulturowe, które narzucają ocenę sytuacji. Tą samą emocję można różnie rozumieć. Skok adrenaliny, szybsze tętno oraz pobudzenie układu nerwowego będziemy interpretować jako panikę, lęk, strach lub obawę zależnie od nasilenia emocji i rozpoznania wywołujących ją bodźców. Rozpoznanie emocji, jako określonego uczucia wiąże się z nadaniem jej odpowiedniego znaczenia (połączeniem z konkretnym pojęciem), a to uruchamia skojarzenia o wydźwięku kulturowym i może motywować do stosownych działań. Dodajmy jeszcze słowo o uczuciach wyższych; zalicza się doń uczucia moralne (etyczne), intelektualne i estetyczne.

Afekty. Przeważnie są to uczucia nagłe, gwałtowne, wywołane silnymi bodźcami zewnętrznymi. Znajdziemy wśród nich radość, rozpacz, gniew, strach itp. Wyrażają się wespół z wyraźnymi reakcjami fizjologicznymi i ograniczają racjonalność czynów. To głównie wobec tych uczuć żywili niechęć starożytni mędrcy.

Emocje. Nazywane też stanami afektywnymi, są zazwyczaj skutkiem jakiegoś zdarzenia. Uczucia to mocne, ale stosunkowo nietrwałe; czasem nawet nieświadome. Posiadają silne zabarwienie i wyraźną wartość: pobudzenie pozytywne lub negatywne. Emocje pozytywne skłaniają do podtrzymania wywołujących je działań lub kontaktu z czymś, co je budzi – chyba, że wymagałoby to trudu, poświęcenia, albo ryzyka. Emocje negatywne zaś (co zrozumiałe) prowokują do ukrócenia kontaktu z ich źródłem. Wyjątkiem są sytuacje, gdy zagrożona jest samoocena człowieka, wówczas potrafi on ponawiać kontakt z czymś, co budzi nieprzyjemne uczucia, bo chce osiągnąć pewien ważniejszy od tego cel. Bywają także ambiwalentne uczucia, jednocześnie pozytywne i negatywne (jak u człowieka, którego zła teściowa roztrzaskała się w jego nowym aucie). Takiemu rozdarciu towarzyszą niejednoznaczne zachowania, powolne i niekonsekwentne działania i nierzadko zaburzenia funkcji narządów wewnętrznych. Ogólnie rzecz biorąc, emocje mają trzy składniki: wyraz mimiki, pobudzenie fizjologiczne i subiektywne doznanie.

Nastroje. Mają mniejsze nasilenie, spokojny przebieg i trwają dłużej niż emocje. Za przykłady można tu wymienić: smutek i wesołość, zadowolenie i irytację, niepokój i dobrostan wewnętrzny, tęsknotę oraz uczucie samotności.

Namiętności. Inaczej mówiąc stałe ciągoty do przeżywania pewnych nastrojów i afektów w związku z określonymi celami człowieka. Namiętności cechuje duża siła pobudzająca. Wytyczają kierunek myślom, pamięci i innym procesom psychicznym. Typowe dla młodego wieku, z biegiem czasu na ogół słabną.

Sentymenty. Takie postawy emocjonalne, które odnoszą się do trwałych sympatii, tudzież antypatii, kiedy cały czas czegoś nie lubimy, przez całe lata coś cieszy się naszym upodobaniem, lub zawsze coś nam smakuje.

Co to ja chciałem powiedzieć

Wszystko powyższe napisałem na końcu, w myśl zasady, że wstęp pisze się jako ostatni. I ucieszyło mnie, iż to, co znajdziecie poniżej, wydaje się z tym nie kolidować (aczkolwiek dopuszczam taką ewentualność). O czym to ja miałem… aha.

Wśród wielu działań, jakie podejmujemy, są i takie, w związku z którymi pojawiają się pewne uczucia. I tu pierwsze pytanie: czy emocje są skutkiem działań? Skoro nie towarzyszą każdej czynności, a nawet przy tych samych czynnościach raz występują, innym razem nie, to być może nie zachodzi zależność między czynem a uczuciem.

Czy jest może tak, że dopiero kiedy rozum oceni czyny, lub sytuacje np. jako dobre lub złe, zabawne, lub smutne to wówczas włączają się adekwatne emocje? W efekcie tego, iż pojęliśmy, co się stało i jaką to ma wartość, mózg dokonawszy tej analizy, uruchamia naszą chemiczną maszynerię emocji. Toby oznaczało, że odczucia są efektem tego, cośmy pomyśleli, lub co zdążył przeanalizować nasz rozum. Nawet wtedy, gdy odbyło się to tak błyskawicznie, że wręcz bez udziału naszego świadomego procesu myślowego. Czyż nie zdarza się nam, iż wskutek myślenia o czymś, budzimy określone emocje: smutek, radość, gniew, dumę itp.?

Jednakowoż bywa, iż coś dzieje się gwałtownie, lub sami działamy szybko, niejako automatycznie. I nie uruchamiając jeszcze rozumu, już coś czujemy. Po czym, dopiero w związku z tym uczuciem stwierdzamy, iż chyba zrobiliśmy coś złego, bądź stało się coś wesołego. W takim przypadku to uczucia stanowią swoisty probierz. Czyli rozsądek, umysłowa weryfikacja i klasyfikacja czynu okazują się następstwem silnych emocji, bez których być może o takie zastanowienie byśmy się nie pokusili. To musiałoby oznaczać, że uczucia są pierwotne, a rozum wtórny. Pod względem ewolucyjnym wydaje się to zasadne. Zwierzęta na pewno posiadają emocje, a niekoniecznie wykształciły zdolność do rozumowej oceny zajść i zachowań. Zatem należałoby przyjąć, że ocena np. naszego działania jest genetycznie zakodowana w sferze emocjonalnej, trochę jak mechanizm chemiczny, służący dobru gatunku, albo osobnika.

Czasami działamy w efekcie emocji, pod wpływem wzburzenia, zauroczenia, rozpaczy, tudzież euforii. Czy skoro emocja spowodowała późniejszy czyn, oznacza to, że nie zawsze  poprzedza on uczucie? Raczej nie. Gdyż uczucia, które nas pobudzają do działania, pojawiają się jako efekt, lub w związku z czymś, co się zdarzyło, nadal się dzieje, albo ma się stać. Jest więc jakaś sytuacja, na którą reagujemy emocjonalnie (i nie ważne, czy po analizie rozumowej, czy przed, czy bez). A w wyniku tych uczuć robimy coś, co znowu można poddać zdroworozsądkowej analizie i później jakoś przeżywać emocjonalnie.

A może jednak emocje są czymś funkcjonującym obok racjonalności, niezależnie, jakby dodatkowo. Przykładowo: rozsądek nie potrafi rozstrzygnąć czy zrobiliśmy, albo dzieje się coś złego. Jeśli brak nam pewności, lub przekonania, to wówczas emocje mogą wzmacniać i potwierdzać przypuszczenia rozumu. Co natomiast, gdy ani rozum, ani intuicja niczego nie podpowiadają? Wtedy przynajmniej uczucia nas asekurują przy ocenie sytuacji.

PS

Doczytałem, że wymieniony wyżej Ronald de Sousa uważał, iż emocje sprzyjają racjonalnemu myśleniu oraz działaniu, wspierając optymalne funkcjonowanie ludzi. Z kolei Jerzy Vetulani głosił, że: Emocje wyewoluowały po to, byśmy mogli szybko i bez zastanowienia podejmować decyzje w sytuacjach, w których nie ma czasu na namysł. Doszukałem się w tym potwierdzenia moich refleksji i było to dla mnie jak komplement, aż się wzruszyłem. Ale nie będę się nad tym rozwodził, bo – jako rzekł Voltaire: Im bardziej mnie coś wzrusza, tym trudniej mi to wyrazić.

Kłaniam, Martinus

4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)