Archiwa tagu: natura

Coffeelosophy XXXVII – czyli życie w nieznanym świecie

Znów pierwszy poniedziałek miesiąca zgromadzi nas na spotkaniu w formule filozoficznej kawiarenki.

Czego oko nie widzi, tego sercu nie żal. Innymi słowy, jeżeli nie mamy świadomości swojej straty (lub czyjegoś zysku) łatwiej nam to znieść. Ale to poczucie nie musi dotyczyć prywatnej własności. Bywa, że chodzi o pewne dobra wspólne, jakiejś społeczności, narodu, a nawet ogólnoludzkie. Gdy na przykład bezcennemu dziełu sztuki grozi zniszczenie czujemy żal. Nierzadko, aby podkreślić, jak coś jest wartościowe, mówimy, że bez tego świat by zubożał. A przecież…

W obecnej chwili na pewno też jest uboższy o coś, co uległo zniszczeniu, bądź przekształceniu zanim się narodziliśmy. Uboższy o rzeczy, jakie mogłyby istnieć, gdybyśmy byli nieco inni. Gdybyśmy w toku dziejów wybrali inną drogę i dzięki temu stworzyli dzieła o wiele wspanialsze, niż te, które znamy. Rzecz w tym, że po prostu o tym nie wiemy, a dzięki temu nam nie żal. Warto nadmienić jeszcze o jednym: wiedząc o czymś wyjątkowym, co już przepadło, zupełnie nieźle sobie z tą świadomością radzimy.

Cudów nie ma

Weźmy taki zestaw 7 cudów świata – akurat antycznego, ale co to szkodzi (wykaz sporządził grecki poeta Antypater z Sydonu). Świątynię Artemidy w Efezie i posąg Zeusa w Olimpii unicestwiły pożary; mauzoleum w Halikarnasie, wiszące ogrody Semiramidy, kolosa Rodyjskiego i latarnię morską na Faros zniszczyły trzęsienia ziemi. Do dziś przetrwała tylko piramida Cheopsa w Gizie; o pozostałych mamy jedynie wzmianki, przekazy, rysunki.

Niby świat jest przez to uboższy, a przecież doskonale układamy sobie życie bez nich. Wielu ludzi nawet nie wie, że kiedyś te wspaniałości istniały, więc w ogóle nie znajduje powodów by żałować, iż nie można ich zobaczyć. Cieszą się tym, co zastali, jako dostępne. I Egipcjanie też się cieszą – tak na marginesie paradoksu: bo najdłużej trzyma się budowla postawiona na piasku, wbrew biblijnej nauce, by budować na skale.

Więc chodź, pomaluj mój świat na żółto i na niebiesko

Jest jeszcze druga strona medalu, lecz za nim o tym, to kilka słów o naszych braciach mniejszych. Inaczej niż człowiek, który ma ich trzy, pies ma w gałce ocznej tylko dwa rodzaje czopków odpowiedzialnych za widzenie barw. Widzi więc wszystko na żółto i na niebiesko. Za to ma dużo szersze pole widzenia i lepiej widzi w ciemności. Jeszcze lepiej w mroku sprawuje się kocie oko – też wyposażone w tzw. makatę (błonę odblaskową). Koty nocą widzą 8 razy lepiej niż ludzie. Jednak widzą nieostro i podobnie jak psy, nie widzą czerwieni, a zieleń znacznie słabiej od nas.

Pszczoły również nie widzą czerwieni; mają receptory dla barw niebieskiej i zielonej, niemniej odbierają do pewnego stopnia żółty i pomarańczowy. Natura wynagrodziła im to dodając receptor ultrafioletu. Z kolei ośmiornice i kalmary mają w oku jeden rodzaj fotoreceptora, pozwalający głowonogom widzieć podwodny świat w odcieniach szarości, ale trafił im się bonus od ewolucji – umiejętność widzenia polaryzacji światła, zależnej od orientacji fal świetlnych.

Czy mamy prawo do szczególnego zadowolenia? Zależy z kim się porównujemy. Ptaki bowiem mają dalece większą zdolność widzenia barw, niż ludzie. Większość z nich posiada cztery rodzaje fotoreceptorów. Ten dodatkowy umożliwia widzenie w ultrafiolecie. Węże potrafią rozróżniać trochę kolorów, a dodatkowo widzą w podczerwieni. Nietoperze uzupełniają spostrzeganie echolokacją, zaś niektóre wykorzystują polaryzacje światła. Rozproszone spolaryzowane promienie zachodzącego słońca służą im do skalibrowania wewnętrznego kompasu, by latać we właściwym kierunku.

Jednak wszystko to mało w zestawieniu ze skorupiakami, które mają nawet do 16 rodzajów fotoreceptorów. Taka dajmy na to krewetka, zanim trafi na nasz talerz, cieszy się najbardziej złożonym systemem widzenia wśród żywych stworzeń. Używa czegoś w rodzaju zestawu filtrów, które pozwalają np. światło ultrafioletowe rozdzielić na bardziej subtelne kolory. Oprócz promieni UV może rozszerzyć paletę barw światła widzialnego oraz wykryć światło spolaryzowane. Potrafi widzieć głębię wykorzystując tylko jedno oko, a przy tym poruszać każdym okiem niezależnie. Pytanie jednak, czy krewetki widzą świat inaczej, czy lepiej? A może bardziej prawdziwie. Czy widzą inny świat, czy może świat po prostu jest inny, lecz człowiek nie jest w stanie tego dostrzec (a dla pocieszenia przyjmijmy, że krewetki także nie)?

Większość a norma

Niewątpliwie świat jest bogatszy, niż potrafimy się o tym na co dzień przekonać. Czyli żyjemy w uboższej jego wersji, gdyż tylko do takiej mamy dostęp. Ba, nawet w obrębie naszego własnego gatunku nie postrzegamy świata jednakowo. Prawie jedna trzecia ludzi widzi świat trochę innym – i taki jego obraz uważa za normalny, naturalny oraz… powszechny. Czyli ma przekonanie, że wszyscy pozostali ludzie też tak widzą. Chodzi o osoby mające astygmatyzm. Dolegliwość ta często towarzyszy krótkowzroczności, lub nadwzroczności. Bywa, że lekkie zakrzywienie rogówki deformuje obraz rzeczywistości, powodując rozmywanie poziome, pionowe albo ukośne.

astygmatyzm

Po lewej: widzenie z astygmatyzmem; po prawej – normalne

Wielu ludzi z astygmatyzmem nie podejrzewa, że ich wzrok działa niepoprawnie. Żyją w przeświadczeniu, że takie widzenie jest naturalne. Oglądając zdjęcia pokazujące różnicę widzenia, doznają szoku, jakby do tej pory żyli w zafałszowanej rzeczywistości. Zastanawia mnie, co by było, gdyby odwrócić proporcje, gdyby to ludzi z astygmatyzmem rodziło się 70 procent. Czy wówczas taki odbiór obrazu stanowiłby ludzką normę? A mniejszość znalazłaby się po stronie anomalii?

No i pamiętajmy, iż rozważałem tu przede wszystkim zmysł wzroku. Tymczasem rzeczywistość bombarduje bodźcami także pozostałe zmysły. A ich możliwości, czułość i wrażliwość również odbiegają od tego, co jest dostępne zwierzętom. Przykładowo, ultradźwięki – zbyt wysokie dla możliwości ludzkiego ucha – dobrze słyszą m.in. gryzonie (chomiki, szczury), psy, nietoperze, walenie i delfiny. Niektóre zwierzęta potrafią je również emitować. Człowiek wykorzystuje te dźwięki w postaci przetworzonej, np. w sonarach do badania głębin, albo w medycynie do obrazowania ultrasonograficznego narządów wewnętrznych. Z kolei infradźwięki, tak niskie, że również niesłyszalne przez ludzi, wykorzystywane są przez słonie, hipopotamy, żyrafy, aligatory i wieloryby. Te niskie tony wytwarzane są m.in. przez zorze polarne, lawiny, fale morskie, silny wiatr, pioruny, aktywne wulkany, fale sejsmiczne towarzyszące trzęsieniom ziemi. Czyż nasze doznania nie byłyby bogatsze, gdybyśmy mogli usłyszeć dodatkowe odgłosy zwierząt, pogwar powietrza, ziemi i wody – albo posłuchać jak na firmamencie mruczy wielobarwna zorza.

Nieznany świat

I podobnie w obrębie pozostałych zmysłów umyka nam spora część aktywności otoczenia. A tyle dzieje się wokół, tyle rzeczy przynależy do natury świata, zaś my jesteśmy wykluczeni z udziału w tym bogactwie. Nie wszystko wychwycimy węchem, nie wszystko poczujemy smakiem, nie wszystko odczuje nasze ciało. Co gorsza, w zakresie dostępnym dla ludzkiego gatunku przydarzają się wady ograniczające zmysły. Wówczas wypaczają one odbiór rzeczywistości. Wówczas odbiór świata jest jeszcze dalszy od pełnej prawdy.

Nie jesteśmy w stanie tak naprawdę określić, jaki jest otaczający świat. Postrzegamy go inaczej, niż reszta stworzeń, a nawet inaczej, niż spora część z nas. Tak dalece ufamy swoim zmysłom, że wszystkie doznania, jakich nam dostarczają traktujemy, jako prawdziwe. A nawet, gdy zmysły w poważnym stopniu nas zawodzą (i zwodzą) trudno nam odrzucić ich przekaz. I tak, jak Protagoras uważał, że każdy człowiek jest miarą wszechrzeczy, tak i każda inna żywa istota mierzy świat podług siebie i tworzy swoją prawdę o nim.

Kiedy Leibniz stwierdził, że żyjemy w świecie najlepszym z możliwych, pewnie nie zdawał sobie sprawy, że również w bogatszym, niżeli nam się do niedawna wydawało, ciekawszym, cenniejszym, a może wręcz piękniejszym. Nawet jeśli uboższym o szereg minionych cudów kultury i natury. Jednakowoż, czy faktycznie, czego oko nie widzi, tego sercu nie żal?

Zapraszamy 2 grudnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: życie w nieznanym świecie. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być może inaczej popatrzeć na świat. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

PS – spiskowa teoria dziejów (z przymrużeniem oka)

Powyższe wywody mogą zrodzić pewien dylemat u osób religijnych, liczących się ze słowem biblijnym. Pismo Święte podaje, że Bóg ofiarował człowiekowi Ziemię, nakazał czynić ją sobie poddaną. Jeśli faktycznie tak nas wyróżnił, to dlaczego człowiek-władca Ziemi jest niedowidzący i niedosłyszący. Czemu Stwórca nie wyposażył go lepiej? Czyż władca nie powinien wiedzieć w pełni, czym włada. Tymczasem, człowiek nawet nie widzi i nie słyszy wszystkiego wokół siebie.

Następne pytanie: po co np. skorupiakom tak zaawansowany narząd wzroku. Dlaczego chociażby ta wspomniana krewetka posiada tak wyjątkową aparaturę? Czy rzeczywiście w pełni z niej korzysta? Czy bez takiego zestawu fotoreceptorów nie poradziłaby sobie w oceanie? Wszak inne stworzenia, znacznie skromniej wyposażone, dają sobie radę.

Oto moja teoria: w pierwotnym zamyśle Boga, to skorupiakom przeznaczone było władanie Ziemią. Miały ewolucyjnie rozwinąć jeszcze intelekt, udoskonalić się fizycznie, nauczyć wytwarzania narzędzi, rozwinąć formy komunikacji i… rządzić. Jednak kiedy krewetka na dobry początek dostała oczy, pozwalające jej zobaczyć, jak naprawdę wygląda świat, rozejrzała się i z konsternacją stwierdziła: “A wypchajcie się! Chrzanię zawiadywanie takim cyrkiem”. I wtedy Bóg zdecydował, że wrobi w to świeżo upieczonego (ulepionego) człowieka – tyle tylko, że na wszelki wypadek da mu gorszy wzrok i słuch. Amen.

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXIX – czyli człek po ludzku nieludzki

Z łaciny bestia to po prostu zwierzę. Natomiast bestialstwo rozumiemy, jako szczególne okrucieństwo. Dlaczego? Z jakiego powodu zezwierzęcenie jest synonimem ujmy, podłości i zła. Czy zwierzęta są okrutne, bezlitosne, perfidne, nienawistne, podstępne, fałszywe…? Chociaż można podać przykłady zachowań, które pasowałyby do tych pojęć, tak naprawdę będzie to nasza projekcja, rodzaj antropomorfizmu. Przykładamy do zwierzęcych poczynań ludzkie cechy, wydajemy sądy etyczne i oceniamy według naszych kryteriów. Tymczasem bezduszny, nikczemny, bezlitosny i kłamliwy jest… człowiek.

Bestia, Diabolina, Faun i Hellboy – w każdej bestii więcej jest z człowieka niż zwierza.

Tym, co odróżnia człowieka od innych żywych stworzeń jest między innymi sztuka. A zatem używanie wyobraźni i zdolności technicznych do tworzenia rzeczy, bez których pewnie jakoś byśmy sobie poradzili. Krótko ujął to Oscar Wilde: Każda sztuka jest bezużyteczna. Niezależnie od tego, czy jest użyteczna, na pewno potrafi być pożyteczna. A Giordano Bruno stwierdził: Dobrem w dziedzinie sztuki jest to, co naśladuje przyrodę. I tu nam się wątek zapętla; człowiek kultury odżegnuje się od zwierzęcej natury, a jednak poprzez sztukę wraca do niej i to z uznaniem. Czytaj dalej

4.83/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta: Ekscytująca osobliwość obojętności

Czy bez emocji bylibyśmy jak maszyny? I jeśli w jakimś sensie tak, to czy bylibyśmy dobrzy. A przynajmniej statystycznie rzecz biorąc, to stalibyśmy się przez to gorsi, czy lepsi? Przecież – co prawda kosztem pięknych i pozytywnych uczuć – pozbawilibyśmy się emocji złych, destrukcyjnych i toksycznych. Stąd obojętność wydaje się nęcąca.

Spodziewam się głosów oburzenia. Dowodów na to, że emocje były przyczynkiem rozwoju cywilizacji i kultury. Zgoda. Wiele pięknych dzieł, u podstaw których leżało głębokie, bądź silne uczucie, pewnie by nie powstało. Ale jeśli stracilibyśmy zdolność emocjonalnego odbioru, to byłoby nam obojętne, czy coś takiego istnieje. Że co? Że świat byłby uboższy? I co z tego?! Nie byłoby efektów pozytywnych uczuć, ale nie byłoby też skutków tych negatywnych.

Ogólnie panujące apatia i niewrażliwość wydają się posępną wizją. Ale to dlatego, że patrzymy nań z naszej dzisiejszej, emocjonalnej perspektywy. Gdyby zobojętnienie było stanem powszechnym, gdyby rodząc się, człowiek zastawał taki właśnie świat, to traktowałby go jako naturalny. Nie wyobrażałby sobie innego ani za innym by nie tęsknił.

Kiedy człowiek coś posiada, czymś dysponuje, to do pewnego stopnia potrafi wyobrazić sobie sytuację, w której to traci. Zamknie oczy, lub zatka uszy i wchodzi w stan osoby niewidomej bądź głuchej. Odwrotne użycie wyobraźni bywa trudne lub niemożliwe; kiedy ktoś rodzi się bez wzroku lub słuchu zna inny świat, porusza się w innej rzeczywistości i chyba nie potrafi sobie wyobrazić, jak to jest widzieć, czy słyszeć.

Gdyby wszyscy ludzie z natury rodzili się jako istoty niesłyszące i pozbawione wzroku, to z pewnością rozwój cywilizacji przebiegałby inaczej. Nie byłoby zachwytów nad pięknem krajobrazu, nie byłoby malowideł ani innych dzieł o charakterze wizualnym, nie porozumiewano by się mową, nie ostrzegano sygnałami dźwiękowymi, nie komponowano by muzyki. Nie wiedzielibyśmy o istnieniu chmur i gwiazd, nie wiedzielibyśmy, że ptaki śpiewają, a morze szumi. Nasz zasób słów i pojęć byłby dużo mniejszy, bo nie wiedząc o pewnych sprawach, nie wymyślalibyśmy dla nich nazw. Tworzylibyśmy kulturę w oparciu o smak, węch i dotyk. Czy świat byłby uboższy? Z naszego obecnego punktu widzenia tak się może zdawać, lecz dla gatunku ludzkiego bez tych dwóch zmysłów raczej nie.

Obecnie większość ludzi ma do dyspozycji pięć zmysłów. A co jeśli są możliwe jeszcze jakieś dwa, albo trzy inne? Tylko że dla nas są niedostępne. Czy wobec tego świat, w jakim żyjemy powinniśmy uważać za uboższy? Bo pozbawiony wielu spraw, tematów, dzieł i możliwości, jakie by znalazły swój przejaw, gdyby te dodatkowe zmysły były naszym udziałem. Podobnie, moim zdaniem, byłoby z emocjami. Czytaj dalej

4/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Marnotrawstwo naturalne

Są ludzie uważający, że natura jest mądra. W jej różnorodności, złożoności i jednoczesnym sprawnym funkcjonowaniu, w prawach, którymi się rządzi i które da się logicznie opisać, doszukują się ukrytej inteligencji. Niektórzy są przekonani o istnieniu wszechobecnej rozumnej siły, albo wręcz o drzemiącym w naturze geniuszu…

Miałem dwa koty; kiedy szedłem do pracy zostawały same w domu na kilka godzin. Nie miały nic do roboty, większość czasu przesypiały. A przecież natura mogłaby obdarzyć zwierzęta zdolniejszymi mózgami. koty zamysloneW toku ewolucji miała dość czasu na to, by również inne gatunki bardziej twórczo wykorzystywały zwoje nerwowe. Dzięki temu, moje koty, mając tyle wolnego czasu, spędzałyby go na rozmyślaniach i dysputach, prowadzących do doskonalenia siebie oraz ulepszania świata. Tymczasem nudę wypełniały snem. Czyż to nie jest marnotrawstwem? Gdyby natura faktycznie starała się wykorzystywać swój potencjał w sposób rozumny, to czy pozwalałaby sobie na taką niegospodarność.

Kłaniam, Martinus 3.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Człowieka jeszcze nie ma

Byłem wówczas dzieciakiem (mowa o latach osiemdziesiątych); chodziłem do podstawówki, a w niektóre popołudnia do przykościelnej salki katechetycznej na religię. Choć czasy były socjalistyczne, to w mojej małej szkole indoktrynacja nie była jakoś szczególnie nasilona. Może dlatego, że szkoła znajdowała się między kościołem a cmentarzem. I nauczyciele bez oporów pozwalali urwać się z lekcji, gdy pasowało nam załatwić coś na gruncie religijnym, a końcem października w trakcie lekcji chodziliśmy porządkować opuszczone groby przed Zaduszkami. W takiej atmosferze koegzystencji nauki i wiary uzupełniałem wiedzę o świecie.

Ile Boga stoi za ewolucją

Pytania o powstanie tegoż świata i genezę człowieka kwitowałem odpowiedzią z katechizmu, że Bóg wszystko stworzył. Pamiętam też, jak musiałem to skonfrontować z broszurką, czy ulotką, którą przyniósł do szkoły kolega. Przedstawiała ona rycinę z sylwetkami idących za sobą stworzeń: od zwykłej małpy, poprzez człekokształtne, po człowieka pierwotnego i obecnego. Miało to obrazować ewolucję naszego gatunku. Ten rozdźwięk między religią a nauką nie wywoływał we mnie jakiegoś silnego dysonansu poznawczego – wielu rzeczy wtedy nie wiedziałem, lub nie rozumiałem i dość łatwo przychodziło mi się z tym pogodzić. Czułem, że po prostu kiedyś i to ktoś mi wyjaśni. Temat więc pozostając w zawieszeniu, nieco nabrzmiały, dojrzewał.

I jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to właśnie jakoś w tych czasach dane mi było obejrzeć amerykański film pt. „Kto sieje wiatr”. Niedawno sprawdziłem, że nakręcono go w 1960 r. W skrócie, opowiada on o procesie sądowym z 1925 r. wytoczonym nauczycielowi, który w purytańskim miasteczku uczył o Darwinie i jego teorii. Generalnie: kreacjonizm kontra ewolucjonizm. Z całego filmu zapadł mi w pamięć fragment mowy obrońcy (grał go Spencer Tracy). Słońce Bóg stworzył dnia czwartego. Zatem te wcześniejsze dni, pozbawione słońca (choć istniała światłość i ciemność), były dość umowne. Podobnie czas ich trwania. Jeden taki „dzień” mógł więc trwać np. 25 godzin, lub dłużej, np. 10 tysięcy lat. I spodobał mi się ten tok rozumowania. Czytaj dalej 4.6/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Odpowiedź na apel

    Znów się wzruszyłem. Ach ten Martinus! Logiczna spójność, klarowność wywodu i sceptyczny dystans wobec pozornych oczywistości to tylko niektóre wśród rozbrajająch zalet wpisów Martinusa. A przecież on jako jedyny wśród redagujących stronę Pogadalni nie jest zawodowym filozofem! Z logicznego punktu widzenia redukcyjne wnioskowanie „filozofa, a przy tym zapalonego sportowca” o przyczynie na podstawie skutku jest prawie tak naiwne jak uczonego z głupiego dowcipu, który po wyrwaniu szóstej nogi pszczole stwierdza, że straciła słuch, bo nie reaguje na polecenia… Jednak będę bronił sportowca filozofa, bo chciał wypowiedzieć ważną myśl na temat ludzkiej natury.

    Spokój jaki daje odpowiednia motywacja w czasie gry nie jest oczywiście jedynym warunkiem wygrywania, jednak jest to ten właśnie składnik gry, który jak żaden inny, zasługuje na poetycki rozmach przy próbach jego opisu. Przyzwyczailiśmy się traktować sport jako dziedzinę sprawności fizycznej i zalety ciała rzucają nam się najbardziej w oczy, gdy oglądamy zmagania współczesnych gladiatorów. Jednak to siła mentalna decyduje o prawdziwym mistrzostwie. Ile to już razy obserwowaliśmy polskich piłkarzy sparaliżowanych wizją porażki ze słabszym przeciwnikiem, gdy poważne grona eksperckie zgodnie orzekły, że zwycięstwo jest ich „obowiązkiem”. Silne pragnienie zwycięstwa i „dawanie z siebie wszystkiego” nie są warunkami wystarczającymi dobrej gry. Wręcz przeciwnie, pełną koncentrację, wewnętrzny spokój i elastyczność niezbędne do wykorzystania pełni naszego twórczego potencjału uzyskujemy na ogół wtedy, gdy świetnie się bawimy, kiedy czujemy, że to, co robimy jest niezakłóconym, radosnym doświadczaniem chwili obecnej. O perfidnych sposobach na jakie nasze zawsze pragnące wygrywać ego przeszkadza nam osiągnąć ten stan (nie tylko w sporcie) warto napisać osobny tekst…

    Nie zgadzam się na demitologizowanie najważniejszej zasady mojej filozofii, jaką jest zachowanie zdrowego dystansu do siebie, do swoich rzekomych wielkich sukcesów i dramatycznych porażek. Potrzebny jest nam dobry mit, który pomoże nam pamiętać na co dzień, że wszystko co nam się przydarza przychodzi spoza nas, że zamiast zaspokajać ambicje zawsze pragnącego wygrywać ego warto zwyczajnie cieszyć się tym, co do nas przychodzi i być wdzięcznym! Stworzenie takiego mitu to zadanie godne miłujących mądrość!

4/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Tekst pierwszej pomocy nr 1

W tej serii będę zamieszczał fragmenty tekstów pomocnych w sytuacji, gdyby np. nikt nie dyżurował w Pogadalni. Na początek Marek Aureliusz (zapraszam do komentowania): Czytaj dalej TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)