Archiwa tagu: Pitagoras

Coffeelosophy XXX – czyli bezsens sprawiedliwości

W pierwszy poniedziałek lutego Pogadalnia spotka się w formule filozoficznej kawiarenki i rozważy sensowność sprawiedliwości.

Maarten van Heemskerk, Sprawiedliwość (1556)

Wyobraźmy sobie dwa królestwa. W jednym za każde złamanie prawa winnego czekała nieuchronna kara. W drugim nie przykładano do tego dużej wagi i często poddanym przewinienia uchodziły płazem. W pierwszym królestwie, mimo, że kary były adekwatne i nieuniknione, to przestępstwa i tak się powtarzały. W drugim przestępstw było z grubsza tyle samo, ale rzadko kogoś za nie ścigano. Pytanie brzmi: czy nieefektywna, bezowocna sprawiedliwość ma sens. Jeśli nie zapobiega ponownym występkom, to może w ogóle nie ma znaczenia. Czy sam fakt, że zbrodnia zostaje zawsze ukarana, sprawia, iż społeczeństwo w pierwszym królestwie jest bardziej moralne, niż w drugim? Wszak w obu nadal dochodzi do kolejnych przestępstw.

Nie mogąc znaleźć sprawiedliwości znaleziono siłę.

Blaise Pascal

Powyższy przykład dwóch królestw jest tylko wymyśloną historyjką. Wesprę go zatem czymś z życia wziętym. Kiedy byłem dzieckiem – a pełnoletniość osiągnąłem prawie trzydzieści lat temu – za niemal każde przewinienie czekała mnie bardziej lub mniej surowa kara. Piszę „niemal” gdyż na szczęście nie wszystkie błędy dziecięctwa wyszły na jaw. A że karę cechowała cierpliwość, to dotąd mnie czekała, aż się w końcu doczekiwała. Co nierzadko przyjmowałem z ubolewaniem uszu, kończyn i części poślednich – ponieważ standardem była kara fizyczna, plus ewentualne bonusy, jak szlaban na coś, dodatkowe obowiązki, wnikliwszy dozór itp. Nie byłem jednak w tym odosobniony. Bito mnie, bito moich kolegów. Bili rodzice, bili nauczyciele (oj! dłoń smagnięta linijką piekła przez całą lekcję, ale człowiek i tak wolał to, niż pałę z zachowania, albo pisemną uwagę w zeszycie do podpisania przez rodzica). Dostawaliśmy karę, czy nawet lanie, a po pewnym czasie – no, cóż – znowu byliśmy nieposłuszni. I ponownie dostawaliśmy w skórę. A potem, niepomni uprzednich nauk, pakowaliśmy się w kolejne kłopoty.

Wychowanie to rzecz poważna. Musi się w nim mieszać przykrość z przyjemnością.

Arystoteles

Dzisiaj (takie przynajmniej mam wrażenie) dzieci są wychowywane w dużo łagodniejszy sposób. Pedagogika zdaje się skłaniać do systemu nagród za dobre zachowanie, a pomijać system kar. Tymczasem napiętnowanie kar cielesnych, czy choćby surowej dyscypliny, sprawia, że małolaty czują się bezkarne. Wychowanie bezstresowe buduje klosz ochronny nawet nad łobuzami. Moje pokolenie, jeżeli już nie szanowało jakiegoś nauczyciela, to przynajmniej czuło przed nim strach i dzięki temu nie pozwalało sobie na pewne zachowania. Obecnie można zachować się bezczelnie i nie ponieść za to żadnych konsekwencji. Nie żebym był zwolennikiem kar fizycznych. Absolutnie! Znam smak skórzanego pasa i wiem, że to zła droga wychowania. Jednak zbyt duży luz również nie prowadzi do niczego dobrego.

Nie o to mi jednak chodzi, by porównywać dawne i obecne metody wychowawcze. Wracam bowiem do tytułowego bezsensu sprawiedliwości. Jako dzieci broiliśmy, wymierzano nam karę a później znowu byliśmy niesforni. Dzisiaj dzieci są niegrzeczne, nie dostają odpowiedniej kary i dalej źle się zachowują. Nie wiem, czy w moich czasach było mniej łobuzów, niż teraz – coś mi się zdaje, że proporcje są podobne. Czy zatem czasy mojego dzieciństwa były przynajmniej sprawiedliwsze? Bo za przewinienie czekało nas wymierzenie sprawiedliwości. Czy jednak owa sprawiedliwość nie miała większego sensu? Bo i ówczesne i dzisiejsze zachowanie dzieci pozostawia wiele do życzenia.

Dlaczego przywołałem przykład dzieci? Bo wydaje mi się, że przypisujemy sprawiedliwości również rolę wychowawczą. Albert Einstein stwierdził: Jedynym rozsądnym sposobem wychowania jest oddziaływanie własnym dobrym przykładem, a jeśli nie można inaczej – odstraszającym przykładem. Widząc sprawiedliwość w działaniu, ludzie powinni przypuszczać, że za określone czyny spotka ich to samo – i odpowiednio modyfikować swoje działania. No właśnie, powinni. Jeśli sprawiedliwość się realizuje – a więc nieprawość i niegodziwość spotyka kara, zaś uczciwość i dobro są nagradzane, lecz pomimo tego nie przynosi to stałej zmiany rzeczywistości na lepsze – to czy sprawiedliwość ma sens, tak w ogóle?

Zapraszamy 4 lutego o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: bezsens sprawiedliwości. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i rozsądzić, czy mimo wszystko: Należy dążyć do sprawiedliwości słowem i czynem, jak stwierdził Pitagoras.

A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Czy mężczyzna powinien uskarżać się na ciężki kobiecy los?

Ostatnio mam okazję się przekonać, jak to jest być kobietą. Spokojnie, spokojnie! Żadne narzędzia chirurgiczne nie poszły w ruch i mam nadal do dyspozycji taką samą, nieparzystą liczbę kończyn. Sprawdzam po prostu jak to jest zostawać w domu z dzieckiem. Oto wstępne wnioski.

Na nic usprawiedliwienia w postaci braku instynktów macierzyńskich. Żarty w kąt! Bycie babą to cholernie ciężka robota! Dziecko nie jest czymś, czego się po prostu pilnuje. Pilnować to można auta na parkingu, albo kluczy w torebce (ale zbabiałem, skoro takie przykłady przychodzą mi do głowy. A propos używam torby na ramię po żonie, ale nie zapina się jej na lewą stronę, więc fakt ten nie razi zanadto. Taki to bezmiar upadku). Wracam do rzeczy. Dziecka się nie pilnuje. To jest wojna! Wojna hybrydowa, przeplatana okresami zawieszenia broni, ale w każdym razie wojna. Zasady są proste: daj palec, a zażąda reszty twojego ciała, ustąp pola raz, a już nigdy w tym miejscu się nie okopiesz. Do tej wojny trzeba mieć końskie zdrowie i żelazne nerwy. W tej wojnie jedno jest tylko jasne: rodzic nie ma w niej szans. Obowiązek prowadzenia tej wojny spoczywał przy tym do niedawna niemal wyłącznie na kobietach, co każe mi się zastanowić nad odwiecznym zagadnieniem: Kto ma lepiej, chłop czy baba?

Świadomość twardości kobiecego losu przebijała się tu i ówdzie w tradycji filozoficznej przed XX wiekiem, ale nieśmiało. Wszystko chyba przez to, że kultura Grecji VI, V i IV wieku, czyli ta, która wydała z siebie filozofię, była kulturą wrogą rodzajowi niewieściemu.  Czytaj dalej

4.78/5 (9)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)