Archiwa tagu: Platon

Coffeelosophy XXVI – czyli złudna prolongacja młodości

            Akademickie wakacje pokrywa cień przeszłości, a to niechybny znak, iż powracają spotkania Pogadalni. Najbliższe wypadnie w pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem przyjmie formułę filozoficznej kawiarenki. Proponuję pogadać o walce ze skutkami upływu czasu.

            Nie będzie chyba zbyt ryzykownym oszacowanie, iż wizja dostąpienia wieczności lub przynajmniej długowieczności pociąga większość ludzi. Rozsądniejsza część z nich dostrzega również wagę tego, by nie tylko żyć jak najdłużej, lecz aby odpowiednia była jakość życia. Z filozoficznego punktu widzenia (choć z moralnego, etycznego, religijnego, społecznego, psychologicznego także) życie zyskuje na jakości, gdy zbliżamy się do dobra. Idąc tym tropem, sam Platon ze zrozumieniem traktował pożądanie nieśmiertelności, wnioskując, iż: […] musi człowiek i nieśmiertelności pragnąć, jeżeli przedmiotem miłości jest wieczne posiadanie dobra.

            Warto w tym miejscu poczynić drobne rozróżnienia. Czym innym jest bycie wiecznym (tą zdolność posiada Absolut i anioły oraz ponoć ludzka dusza), czym innym jest nieśmiertelność (której doświadczył szkocki góral Connor MacLeod i niektóre wampiry, zresztą pod pewnymi warunkami), a czym innym jest długowieczność (osiągana np. przez żółwie) związana z wolniejszym starzeniem się ciała.

Trzy grosze od nauki i pseudonauki

            Mało interesująca wydaje się perspektywa dożycia starości i pozostania w takim stanie na wieki. Dlatego marzeniem wielu ludzi jest, by wiecznie zachować młodość. Póki co, człowiek czyni starania, aby młodość przedłużyć. Naukowcy wiedzą, że za starzenie się odpowiadają telomery (część chromosomu na jego końcu), które po każdym podziale komórki skracają się. Badacze szukają więc sposobów, aby je odbudować. W częściowej odbudowie pomaga enzym o nazwie telomeraza. Zrobiono doświadczenie na myszach; wstrzyknięto im zmodyfikowany wirus, który wbudował się w komórki gryzoni, dzięki czemu zaczęły produkować telomerazę i tym samym przedłużać życie. Inni zaś naukowcy potwierdzili, że pewien roślinny czynnik z korzenia traganka (od kilkuset lat w medycynie chińskiej) również działa pobudzająco na telomerazę; i ich myszy też żyły dłużej. To nie jedyne pomysły. Na zdrowie i przedłużenie życia wpływa tlenek azotu. Jest jeszcze witamina młodości, czyli witamina E. Podobnie wymienia się koenzym Q10 i selen. Istnieje w końcu (rzekomo skuteczny) tybetański eliksir młodości. Tymczasem pewien lekarz, psycholog i chemik (Alexander Mitscherlich) zauważył z nutą przestrogi: Wielu chce żyć i nie starzeć się, a w rzeczywistości starzeją się i nie żyją.

            Rzecz jasna nie tylko chemia ma być pomocna. Znane i stosowane są tzw. Rytuały Tybetańskie, czyli zestaw specjalnych pięciu ćwiczeń, których codzienne wykonywanie odmładza wygląd i przedłuża sprawność fizyczną. Najpierw jednak trzeba przyjąć, że w ciele ludzkim znajduje się siedem ośrodków energii, zwanych czakrami. Owe pięć ćwiczeń wspomaga bowiem prawidłowe funkcjonowanie czakr, co przekłada się na odpowiedni poziom energii organizmu i jego witalność. Wypada wspomnieć o innych praktykach azjatów: wytwarzanie kosmetyków z takich naturalnych składników, jak bambus, perły, miłorząb, jad węży, śluz ślimaków. Picie zielonej herbaty, a unikanie zimnych, gazowanych napojów. Poza tym zdrowa dieta z naciskiem na potrawy gotowane miast smażonych i pieczonych oraz rzadkie zaglądanie do kieliszka. Do tego zażywanie masaży i wystrzeganie się nadmiernej ekspozycji na słońce.

W świecie wyobraźni

            Wszystko to po to, aby przedłużyć młodość. Aczkolwiek docelowo ludzie pragną cieszyć się młodością wieczną. Pisarz José Carlos Somoza powiedział: Wiecznie młodzi pozostają tylko ci, którzy umierają młodo. Jednak ludzka wyobraźnia znalazła dla jego słów alternatywę. W filmie „Wyścig z czasem” pokazano społeczeństwo, w którym każdy rozwija się fizycznie do 25 lat, a potem, jeśli go stać, może żyć tysiące lat w ciele dwudziestopięciolatka. Równie młodo zatem wygląda mama, babcia, prababcia, czy syn, wnuk albo dorosły prawnuk. Ludzie nie są nieśmiertelni, mogą zginąć w wyniku wypadku lub przestępstwa. Jednak ostrożność i majętność zmniejszają ryzyko. Walutą w tym świecie jest czas. Kto go nie ma zostaje uśmiercony, mimo iż fizycznie jest w pełni sprawnym, ale nie odbiegajmy od tematu.

            Czy spełnienie takiego marzenia o wiecznej młodości byłoby korzystne? To chyba zależy właśnie od tego, czy wieczna młodość byłaby przypadłością jednostki lub jakiejś części ludzi, czy ogarnęłaby wszystkich. Forever young? W pierwszym odruchu myślowym wydaje się to więcej niż zadowalające; życie w dobrej kondycji fizycznej, z zachowaniem atrakcyjnej powierzchowności, bez zmarszczek i dolegliwości podeszłego wieku… Intuicja podpowiada, ba! krzyczy: TAK!

Dla wybrańców czy powszechnie

            Jeśli jednak dotyczyłoby to tylko części ludzi, ktoś mógłby ocenić ich egzystencję za uboższą. Nigdy bowiem nie doświadczyliby tego, co niesie ze sobą podeszły wiek. Nie rozumieliby starszych ludzi, ich problemów, ich postrzegania rzeczywistości, nie poznaliby sensu niektórych refleksji dostępnych tylko w pewnym wieku, nie doceniliby szeregu wartości, innych radości niż te z okresu młodzieńczego, nie pojęliby swoistego dystansu do życia, przy jednoczesnym wyjątkowym szanowaniu go i celebracji każdego nowego dnia, myśleliby innymi kategoriami tak, jak dzisiejsi dwudziesto-, czy trzydziestolatkowie. Co więcej, nawet nie mieliby szansy na poznanie kiedyś tego wszystkiego. Gdyby więc tak komuś się udało, byłby skazany na życie, które nie osiągnie takiej pełni, jak w przypadku osób normalnie się starzejących. Pytanie: ilu z nas byłoby zainteresowanych doświadczeniem tej pełni? Wiele wskazuje na to, że chętniej wybraliśmy uboższą za to dłuższą młodość.

            Autorzy książek i filmów, których bohater jest długowieczny lub nieśmiertelny, zwykle odmalowują jego los, jako uciążliwy i nie do pozazdroszczenia. Głównie dlatego, że wikła się w zażyłe relacje ze zwykłymi śmiertelnikami, którzy umierają w swoim tempie, pozostawiając po sobie smutek, ból, poczucie straty… Jest w tym pewnie trochę prawdy, ale też chyba kryje się za tym próba pocieszenia nas i przekonania, że nie mamy czego zazdrościć. Tymczasem Mircea Eliade zdaje się mieć receptę na wytrzymanie wieczności:   Długowieczność staje się znośna, a nawet interesująca, tylko wtedy, gdy wpierw opanujemy umiejętność cieszenia się najprostszymi rzeczami. Do takiej umiejętności trzeba jednak dorosnąć, dojrzeć, a wcześniej swoje przeżyć.

            Trudno mi orzec, czy podobną maksymą kierowali się legendarni poszukiwacze źródła wiecznej młodości, albo studni z wodą życia. Przeważnie znajdowała się ona w trudno dostępnych krainach, pilnie strzeżonych przez potwory albo jakowe bóstwa, niemniej warto było ją zdobyć, gdyż ożywia, leczy i czyni nieśmiertelnym. Według niektórych kielich z ostatniej wieczerzy Jezusa i apostołów miał moc uzdrawiania i przedłużania życia. Choć sam Chrystus miał co innego na myśli, mówiąc o życiu wiecznym. W pamiętnej scenie przy studni Jakuba powiedział przybyłej tam Samarytance: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Nie można tego traktować dosłownie, lecz jako przenośnię. Ale jakkolwiek by było, jego pojęcie życia wiecznego niestety obejmuje czas po śmierci.

            Zapewne inaczej oceniano by ewentualność wiecznej młodości, wiedząc, że dotknie całą populację. Każdy miałby tak samo krótki okres poznawania zmian cielesności. Pojęcie starości nie odnosiłoby się do nikogo, lub oznaczałoby stan dajmy na to 25 lat, w którym zmiany fizyczne zatrzymują się na zawsze. Sytuacja taka pozwalałaby jeszcze bardziej redukować przyrost naturalny, bo straty demograficzne byłyby skutkiem tylko wypadków, chorób, samobójstw i zbrodni. A po jakimś czasie głównie nieszczęśliwych wypadków.

Co z duchem?

            Jak na razie osiągnięcie wiecznej młodości ciała – choć bardzo się do tego zbliżamy – jest niemożliwe. Za to wiele osób twierdzi, że mimo dobrych kilku krzyżyków na karku, wciąż są młodzi duchem. Tylko, czy to w ogóle możliwe? Moim zdaniem tylko w młodym ciele, młody duch. Duchowość dziecka jest inna, niż młodzieńcza, a ta inna niż osoby dojrzałej oraz starej. Zmiany ciała nie postępują sobie niezależnie, w oderwaniu od sfery ducha. To, jak zmieniamy się fizycznie, jak zmniejszają się nasze walory estetyczne i możliwości motoryczne, wpływa na ducha. Bo duch odbiera świat i komunikuje się z nim za pośrednictwem naszych zmysłów, osadzonych w fizyczności.

            Poza tym, nie starzejemy się w izolowanym, niezmiennym środowisku. Aby się zestarzeć potrzeba czasu, a w tymże czasie zbieramy coraz to nowe życiowe doświadczenia, dojrzewamy, pogłębiamy mądrość życiową, wchodzimy w nowe role, wzbogacamy się lub ubożejemy duchowo, modyfikujemy postrzeganie wielu rzeczy, rozwijamy lub zaniedbujemy intelekt, rewidujemy poglądy na niektóre sprawy, zmieniamy upodobania i ubrania. Duch nie może zostać niezmiennie młody. Jeśli ktoś wierzy w anioły, to wie, iż są to duchy stworzone przy początku świata. Nie potrafię myśleć o nich inaczej, jak o strasznie starych duchach, które naoglądały się mnóstwa historii, poznały całą masę rzeczy i wciąż uczą się nowych, które wymyśla człowiek. Już samo to, że zmienia się ich stan wiedzy, sprawia, że i one się zmieniają w czasie. Innymi słowy starzeją się, mimo iż pozostają nieśmiertelne. Czemuż by duch człowieczy nie miał się zmieniać i starzeć? Starość zwykle kojarzymy z ograniczeniami fizycznymi; duch im nie podlega. Stary duch nie jest niedołężny. Przez to ulegamy złudzeniu, iż on się nie starzeje. A w nim po prostu nie doszło do zmęczenia materiału, do zużycia materii – bo nie jest z niej zbudowany, a tylko w niej osadzony. Dlatego stare anioły wciąż zachowują pełną sprawność.

Konstatacja…

            … musi być smutna – wieczna młodość jest dla nas nieosiągalna (jeszcze). A jeżeli uda się powstrzymywać procesy starzenia fizycznego, to duch będzie się starzał, bo przybywać nam będzie życiowego bagażu, psychicznych ciężarów, nauki i nauczek. Nie powstrzymamy upływu czasu (choć właściwie chcemy zapobiec tegoż skutkom) i choć się staramy to się starzejemy – ciałem i duchem. Chcemy oszukać czas, niekiedy oszukać wzrok innych ludzi, ale być może jedynie oszukujemy siebie.  Nie zaszkodzi pamiętać o słowach Leonardo da Vinci: Jeśli pojmiesz, że starość ma mądrość za pokarm, pracuj w ten sposób w młodości, by starości twej nie brakło pożywienia. Czy jest to jednak wystarczające motto, by poradzić sobie z dostrzeganymi i odczuwanymi śladami czasu (zwykle w postaci głębokich odcisków bieżnika na ciele)? Jak to jest Waszym zdaniem?

          Pozytywka kadr  Zapraszamy 1 października o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: złudne przedłużanie młodości. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i rozważyć, czy oszukiwanie czasu nie jest tak naprawdę oszukiwaniem siebie. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXIV, czyli prawo do nieprawomyślności

Najbliższy poniedziałek, jako że pierwszy w miesiącu, będzie okazją do spotkania w formule filozoficznej kawiarenki. Szczegóły poniżej. A co będzie tematem dysputy? Poniekąd prawo i nieprawomyślność. Ponieważ termin „nieprawomyślność” obejmuje szeroki zakres znaczeń, od razu napomknę, iż w tytule chodziło mi o myślenie i postawę niezgodne z obowiązującym prawem. Przyznaję, porywam się z motyką na Słońce, ba! ledwie z małą i złamaną motyczką, gdyż nie mam wykształcenia prawniczego. A to byłoby pomocne w formułowaniu wywodu. Tym chętniej dowiem się od kogoś biegłego w tej materii, jak to właściwie jest…

Przyjęło się, iż przekraczając granicę jakiegoś kraju, zgadzamy się respektować panujące w nim prawo, jakie by nie było. W zasadzie automatycznie mu podlegamy. Jeśli jest to na przykład państwo totalitarne, albo rządzone przez despotę, to mimo powszechnej dezaprobaty (w tym opinii międzynarodowej) i tak musimy przestrzegać tego reżimowego, czy niesprawiedliwego prawa. Jeżeli nie chcemy tego robić, to w zasadzie mamy trzy wyjścia: albo tam nie jechać i uniknąć owego przymusu, albo jechać, złe prawo złamać i ponieść przewidzianą tamtym prawem karę, albo znaleźć skuteczny sposób, by to prawo zmienić. Pierwsze rozwiązanie nas nie interesuje, bo rozważamy problem szanowania złego prawa. Drugie rozwiązanie jest o tyle ciekawe, że za cenę np. własnej wolności, zwrócimy uwagę świata na niesprawiedliwość tego prawa i być może przyczynimy się do zrobienia kroku w kierunku trzeciego rozwiązania, czyli reformy prawa. Najczęściej jednak znajdujemy się w sytuacji, gdy jadąc do takiego kraju, kornie podporządkowujemy się jego złym prawom. No niby chluby to nam raczej nie przynosi, ale co można zrobić; jesteśmy zwykle bezsilni. Czytaj dalej

3.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Dusza

Jak to dobrze, że Martinus wziął na warsztat ludzką duszę! Należało jej się to już od dawna. Choć pojawiała się gdzieś tam w tekstach o innych tytułach ale należny jej poziom uwagi nie został przez nas w Pogadalni osiągnięty. Bo, po pierwsze, jeśli dusza istnieje, to nic innego nie znamy oprócz niej. A ściślej po Arystotelesowsku: niczego nie możemy ująć poznawczo, czym ona nie mogłaby się stać. A po Kantowsku mówiąc, niczego nie poznajemy co nie byłoby formą jej zmysłowości lub kategorią jej intelektu. A po drugie jeśli istnieje, to jesteśmy duszą i jako dusza do duszy mówić do siebie powinniśmy i jako dusze nad ciałem opiekę sprawować i broń Boże siebie jako ciał nie traktować… Ale jeśli jej nie ma, to całe to nasze gadanie to choroba słabowitego ciała, szukającego mocy…

Ale po kolei.

1. “Jezus oddał za nas życie. Ale czy za nas w całości? Nie. Tak właściwie, w dziele zbawienia chodziło wyłącznie o nasze dusze.”

Zgadzam się. Jeśli jednak tak jest, to po co Zmartwychwstanie? Nie potrafię tego pojąć inaczej jak tylko uznając, że ciała nasze nie są tym czym wydają się nam być. Jezus nie zabiera przecież do nieba masy (materii jako bryły o określonej inercji) lecz energię. Pewną aktywność wewnętrzną, która na zewnątrz może (ale nie musi) przejawiać się jako ciało. Jezus zatem istotnie nie zbawia ciała ale zbawia „energię naszego ciała”. Ale „energię” w sensie bliższym greckiemu energeia niż naszym współczesnym fizycznym pojęciom. Ta energeia jako energia ciała fizycznego to Arystotelesowska dusza wegetatywna, odpowiadająca za prawidłowe funkcjonowanie m.in. trawienia i rozmnażania. Po co zatem Jezus ją zbawia? To naprawdę baaardzo ciekawe pytanie. I wrócę do niego za chwilę.

2. „nie uważam, że dusza zaistniała sama, na drodze ewolucji, jak pióra na jaszczurach. Chętnie przyjmuję stworzenie jej przez Boga.”

Ja też. Ale jak pogodzić fakt stworzenia duszy z twardymi danymi nauki, które ukazują ewolucję człowieka jako proces naturalny oraz z szacunkiem dla Bożej Inteligencji, z którą nijak nie potrafię pogodzić każdorazowego wkładania dusz do naturalnie powstających ciał?

3. „A może należałoby, idąc za tą myślą, stworzyć pojęcie duszy mniejszej – czyli takiej, która zamieszkuje niektóre, co inteligentniejsze gatunki. To w pewnym stopniu pozwalałoby wybrnąć z kłopotów nastręczanych przez ewolucję”

Świetny pomysł. Koncepcja ta ma już pewnie jakieś 3 tysiące lat ale to nie znaczy, że przestała być atrakcyjna. Dusze są częścią porządku natury. (wszystko ma swój aspekt wewnętrzny-psychiczny i zewnętrzny-fizyczny ) Na poziomie wegetatywnym i zmysłowym jesteśmy duszami, które bardzo przypominają dusze zwierzęce. Mamy odczucia, wyobrażenia, doznania, wrażenia prawdopodobnie bardzo przypominające psie, kocie czy szympansie. Czytaj dalej

4.4/5 (10)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Jak Platon stał się starym dziadem…

“Czego ta młodzież dzisiaj słucha?!”, “Za naszych czasów, panie Stefanie, to były przeboje: Alibabki, Zdzisława Sośnicka, panie…, a dzisiaj! Jakieś szarpidruty, panie. Tego słuchać nie idzie. Koty, panie, marcowe. Cholera jasna, gówniarzeria”. Te i inne jeszcze wrzutki mogą stać się waszym udziałem, jeżeli posiadacie w swoim ekwipunku familijnym wynalazek pt. dziadek. Pewnie, że nie każdy dziadek musi być od razu starym dziadem, ale niestety jest to w przyrodzie przypadek najczęstszy.

Można zadać pytanie: Czy intensywna praca intelektualna przez całe życie oraz wrodzona inteligencja mogą uchronić nas przed zdziadzieniem na obraz i podobieństwo naszych dziadków. Nie liczyłbym na to. Trudno sobie przecież wyobrażać kogoś inteligentniejszego i prowadzącego bardziej ożywione życie intelektualne niż Platon. A jednak nawet on nie ustrzegł się na starość przywary, którą można by najtrafniej nazwać starczą pierdzielowatością.

Na dowód przedstawiam fragment ostatniego dzieła, jakie wyszło spod pióra (rylca? czcinki? przecinaka? — czym oni tam pisali?) założyciela Akademii. Platońskie Prawa, bo o nie chodzi, to rozmowa trzech filozoficznych pierdzieli, z których jeden pochodzi z Aten, drugi z Krety, a trzeci ze Sparty (Wrocław?). W pewnym momencie chłopaki zaczynają się zastanawiać nad tym, kto powinien decydować o zwycięstwie w turniejach chóralnych (Voice of Greece). No i jadą bez trzymanki jednym wielkim starczym pierdzielnięciem. Sami przeczytajcie:

Ateńczyk: Jeżeliby miały o tym rozstrzygać zupełnie małe dzieci, to rozstrzygnęłyby, że zwycięstwo należy się temu, kto sztuczki pokazuje. Nieprawdaż?
Kleinias: Z pewnością.
Ateńczyk: Starsze już dzieci przydzieliłyby je temu, kto wystawia komedie, a temu, kto tragedie, wykształcone niewiasty i podrastający młodzieńcy, być może także większość obecnych.
Kleinias: Być może.
Ateńczyk: Rapsoda zaś, który by Iliadę i Odyseję lub któryś z Hezjodowych poematów pięknie wygłaszał, może my, starzy ludzie, słuchalibyśmy z największą przyjemnością i twierdzili, że nieporównanie góruje nad wszystkimi. Komu więc słusznie przyznane by było zwycięstwo? Bo na to teraz z kolei trzeba odpowiedzieć. Czyż nie?
Kleinias: I owszem.
Ateńczyk: Jasne jest, że ja i wy będziemy bezwzględnie tego zdania, że słusznie uzyskaliby zwycięstwo ci, którym pierwszeństwo przyznaliby nasi rówieśnicy. Wyrobieniem bowiem, które posiadamy, przewyższamy ogromnie, jak się zdaje, wszystkich we wszystkich państwach i w ogóle wszędzie.
Kleinias: Oczywiście.

Oczywiście 🙂

3.4/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Kogo boi się Diabeł?

Są takie fragmenty u Platona, które poruszają we mnie jakieś struny emocjonalne gdzieś głęboko w środku. Myślę sobie wtedy, że Platon po to właśnie pisał dialogi, żeby tymi sznurkami metafizycznymi nas szarpać. W dialogu Menon, gdzie dowodzi, że dzielności nie można nauczyć, pod koniec, pojawia się Anytos. Wiemy, że to gość całkowicie odporny na urok osobisty i retoryczne talenty Sokratesa, ktoś kto prawdopodobnie już wtedy zdecydował, że swoją metodą “rozwiąże problem Sokratejski”. Anytos nie chce rozmowy z Sokratesem. On już osądził, jednak to Sokratesowi zarzuca, że zbyt pochopnie ocenia ludzi… Anytos pozostaje w świecie cieni, tzn. we władzy silnego afektu, który napędza jego projekcje. Ostatni fragment nie pozostawia złudzeń, co do „psychologicznej” interpretacji tego fragmentu przez Platona:

… nie ma pośród wybitnych polityków żadnego, który by i kogoś drugiego potrafił zrobić dobrym politykiem. Gdyby taki był, to po prostu tak by się o nim mówiło pośród żywych, jak Homer o Terezjaszu mówi pośród umarłych, kiedy powiada o nim, że sam jeden tylko jest przytomny, a cienie skaczą tu i tam. Tak samo by on ze swą dzielnością odbijał jak rzeczywisty przedmiot w porównaniu do cieni.

Terezjasz jest wróżbitą, który uzyskał moc wieszczenia niedostępną dla zwykłych śmiertelników, gdyż został przez bogów na siedem lat zamieniony w kobietę, co pozwoliło mu zrozumieć zarówno męskie jak i kobiece pierwiastki swojej natury. Anytos jest jego przeciwieństwem, owładnięty dziką namiętnością, choć wydaje mu się, że działa racjonalnie, nie dostrzega emocjonalnych źródeł swojego działania i projektuje własny „cień” na wrogów. Brak mu kontaktu z własnym centrum, z duszą, którą Jung nazywał Animą. Samopoznanie do którego zachęca wyrocznia Delficka, polega między innymi na konfrontowaniu się z nieświadomym pierwiastkiem kobiecym, który pozostając w cieniu może być źródłem destrukcyjnych namiętności, a uświadomiony ożywia i otwiera umysł na prawdziwą rozmowę. To z tego powodu Sokrates, który (dzięki Diotymie? A może Ksantypie?) uzyskał wgląd w naturę własnej duszy, podobnie jak mityczny Terezjasz, jest jedynym przytomnym pośród „skaczących cieni”.

Ale co to w ogóle jest kobiecość? Alice von Hildebrand, współczesna filozofka, podobnie jak Platon, dostrzega w kobiecości splot uczuciowości i mocy mistycznych:

Kiedy czyta się żywoty św. Teresy z Avilla czy św. Tereski z Lisieux, zaskoczeniem może być fakt, że one ciągle odnoszą się do swojej „słabości”. Historie tych heroicznych kobiet — a jest ich wiele — uczą nas, że świadomość i akceptacja własnej słabości, w połączeniu z bezgraniczną ufnością w miłość i moc Bożą, udziela tym uprzywilejowanym duszom siły, która jest tak wielka, ponieważ jest nadprzyrodzona. Naturalna siła nie może konkurować z siłą nadprzyrodzoną. Dlatego Najświętsza Maryja jest „silna jak wojsko gotowe do bitwy”. I nazywana jest „clemens, pia, dulcis Virgo Maria”. Ta nadprzyrodzona siła wyjaśnia — jak wspomniano w Roku liturgicznym Dom Prospera Gueranger’a — że Diabeł boi się tej skromnej dziewicy bardziej niż Boga, ponieważ jej nadprzyrodzona siła która miażdży jego głowę jest dla niego bardziej upokarzająca niż siła Boża.

3.88/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XI – czyli udręka bogactwa

Aby w tym miesiącu nie przepadło spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki, to odbędzie się ono wyjątkowo w drugi poniedziałek miesiąca, czyli 9 stycznia o 18:00. Poza tym spotkamy się w tym samym co zwykle miejscu – mianowicie w kawiarni Pozytywka. A zajmiemy się tematem o tyle trudnym, że dotyczy niewielu ludzi na tej planecie; temat bowiem brzmi: udręka bogactwa.

Pewien teolog (czyli taki religijny filozof) Patrick Kerans dowodził, że wzrost materialistycznego poziomu życia „zawdzięczamy” epoce Oświecenia, kiedy to liczni myśliciele podkreślali i wywyższali wartość nauki. Wszystko, co dało się policzyć, zmierzyć i zważyć przedkładano ponad rzeczy niepoliczalne, niematerialne i abstrakcyjne. Piękno stworzonego świata, przyjaźń, zaufanie, czy wspólnota były wartościami niewymiernymi. Ciężko było zmierzyć wartość sprawiedliwości społecznej, albo nieskażonej przyrody. Znacznie prościej za to policzyć dochód i inne dobra materialne. Zwrócenie większej uwagi na te elementy poskutkowało przeniesieniem akcentów na konkurencyjność, wzrost gospodarczy i sukces ekonomiczny – generalnie, najistotniejsze dla wielu ludzi stały się rzeczy materialne.

udreka-bogactwaNiektórzy wieszczą, że społeczeństwo oparte na ideach mówiących, iż wyłącznie metody naukowe wiodą ku prawdzie, a rzeczy materialne są najważniejsze – takie społeczeństwo czeka zagłada. Czas pokaże. Niemniej faktem jest, że z jednej strony deklarujemy wyższość potrzeb duchowych, podnosimy wartość miłości, dobra, piękna, radości – a z drugiej strony dajemy upust żądzom i upatrujemy szczęścia w pomnażaniu majątku, nabywaniu kolejnych gadżetów i oddawaniu się płytkim rozrywkom. Owszem, pragniemy prawdziwej miłości i spełnienia, ale mylnie uważamy, że drogą do nich będzie obfitość posiadanych dóbr. Paradoks, prawda? Już Platon podkreślał: Nie próbuj pomnożyć mienia, próbuj raczej umniejszyć swe żądze. Wiemy, że pieniądze szczęścia nie dają, nie gwarantują miłości, akceptacji, rozumiemy, że radość wypływa z silnej więzi z ludźmi, przyrodą, Bogiem… Lecz daliśmy sobie wmówić, iż dopiero za sprawą posiadanych rzeczy możemy zaspokoić swoje potrzeby. I co się dzieje, gdy niektórzy wreszcie zdobywają bogactwo? Niech częściowo za odpowiedź posłuży cytat:

Bezsenność z powodu bogactwa wyczerpuje ciało,
a troska o nie oddala sen. (…)
Bogacz się trudzi, aby zbierać pieniądze (…)
Ten, kto złoto miłuje, nie ustrzeże się winy,
a ten, kto goni za zyskami, przez nie zostanie oszukany.
Wielu złoto doprowadziło do upadku,
a zguba ich stała się jawna.
Jest ono zasiekami z drzewa na drodze tych, co za nim szaleją,
a kto jest głupi, w nich uwięźnie.

Mądrość Syracha, rozdział 31.

Często bogaci zaniedbują biednych, zapominają o dzieleniu się, nie dbają o środowisko, odwracają się od Boga. Chrystus przestrzega, a właściwie informuje, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego. Czy to oznacza, że pełny trzos zamyka bramy raju? Niekoniecznie. Stan posiadania nie jest tu decydujący; tłumaczy to św. Ambroży mówiąc: Bóg nie potępia tych, którzy mają bogactwa, ale tych którzy ich nie umieją używać. W związku z powyższym, bogactwo nierzadko rodzi dziwną udrękę, brak zadowolenia z jakości życia, niespokojność serca, wyrzuty sumienia. Potrafi też wywołać przesadną ostrożność, nieufność, paranoję, podejrzliwość o fałszywą przyjaźń i przeróżne lęki. Ale czy u każdego? Wielu dzięki majątkowi ma poczucie bezpieczeństwa, może zdobyć znajomości, wpływy polityczne, władzę, sławę, a czasem też przeświadczenie o bezkarności, samowystarczalności, większej wartości własnej… Nie przejmuje się kwestiami wiary, bo wszystko, co jest w zasięgu człowieka na tym świecie, może sobie kupić. Widać zatem, iż istotny jest stosunek człowieka do bogactwa i to, czy nie przysłania mu ono ważnych spraw.

Na koniec inny problem: czy bogactwo wewnętrzne również obarczone jest pewnymi zagrożeniami? Też może stać się udręką? A jeśli tak, to jakiego rodzaju.

Pozytywka kadrPrzyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i ewentualnie podzielić się powodem udręki, sponsorując ciasteczka  🙂

W pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

3.67/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Co to jest coaching filozoficzny?

Dwa sposoby uprawiania filozofii.

W epoce starożytnej zarysowują się dwa typy uprawiania filozofii, naukowo-teoretyczny i „coachingowy”. Arystoteles jest prototypem dzisiejszego profesora uniwersyteckiego, pracownika naukowego, który współtworzy system wiedzy „nadającej się do nauczania” (czytaj: „wykładania”). Sokrates z kolei, jest modelowym przykładem starożytnego „coacha” i przewodnika duchowego, którego celem nie jest gromadzenie i przekazywanie wiedzy, lecz uaktywnianie wewnętrznych zasobów rozmówcy. Sokrates jest lekarzem duszy, a nie wykładowcą, mistrzem duchowym bardziej niż naukowcem. Wszyscy niemal twórcy szkół filozoficznych starożytności są w mniejszym lub większym stopniu zainspirowani postacią Sokratesa, jego osobistą charyzmą i mistrzowskim posługiwaniem się metodą „rozmowy coachingowej”. Jej celem nie jest nauczanie, lecz przemiana myślenia (metanoia), prowadząca do lepszego życia. Taki jest cel filozofii od Antystenesa, Arystypa, Zenona, Epikura, Epikteta ale też Pirrona, Justyna, Klemensa Aleksandryjskiego czy Augustyna.

Coachingowy typ filozofowania, po swoim rozkwicie w okresie hellenistycznym stopniowo zanikał w filozofii Zachodu, ustępując miejsca modelowi naukowo-teoretycznemu. W średniowieczu po okresie dominacji Platońskiego stylu filozofowania, bliskiego ascetycznej duchowości chrześcijańskiej ukształtował się, nawiązujący do Arystotelesa, szkolny model uprawiania filozofii. Zarysował się też coraz wyraźniejszy podział kompetencji pomiędzy filozofię (obejmującą w średniowieczu również nauki szczegółowe – artes liberales) oraz teologię. Działalność duchowo-psychologiczna była prowadzona w ramach chrześcijańskich praktyk religijnych. Filozofia jako narzędzie pracy coachingowej zniknęła w zasadzie z kultury europejskiej. Jednocześnie, zyskujące coraz silniejszą pozycję dyscypliny szczegółowe marginalizowały filozofię, która stopniowo zawężała swój zakres. Jej niekwestionowanym bastionem był obszar zagadnień należących do Arystotelesowskiej filozofii pierwszej. Jednak pod koniec osiemnastego stulecia stało się jasne, że pojęcie naukowości ukształtowane w wyniku postępu nauk szczegółowych nie daje się zastosować wobec tak rozumianej filozofii. O tym, że stała się ona przedmiotem „problematycznym”, świadczy fakt, że wielu filozofów poczuwa się do obowiązku uzasadniania swojej obecności w systemie szkolnictwa wyższego. Filozofia przestała być „niewolnicą teologii” ale jej obecny związek z naukami szczegółowymi też nie jest relacją zdrowego partnerstwa…I to nie filozofia jest w tym związku „dominatorem”. Kiedy na początku ubiegłego stulecia od filozofii oddzieliła się psychologia, przypieczętowało to los filozofii jako dyscypliny bezsilnej, zagubionej i oderwanej od jakichkolwiek realnych zastosowań. Niektórzy filozofowie zostają gwiazdami tygodnia, ale „scholastyczny” model filozofii pozostał dominującym sposobem jej uprawiania na zachodnich uniwersytetach. Coaching filozoficzny to próba odwrócenia tej tendencji.

 

4.4/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Gra w tenisa a filozofia

Od 30 lat mniej więcej grywam w tenisa regularnie. Podobnie długo zajmuję się filozofią. I dopiero teraz po przeczytaniu książki Tima Gallweya Inner Game of Tennis zrozumiałem, co te dwa rodzaje aktywności mają ze sobą wspólnego. Nie świadczy to za dobrze, ani o samodzielności ani, tym bardziej,  o szybkości mojego myślenia…Ale cóż lepiej późno niż wcale. Otóż Gallwey sugeruje, że biegając po korcie toczymy bój z przeciwnikiem po drugiej stronie siatki, ale najważniejsza gra toczy się w naszym umyśle. Jest to gra naszych dwu jaźni, które zlewają się nam na ogół w jedno, gdyż nie zwracamy  uwagi na ich odrębność.   W czasie tenisowej rozgrywki, gdy jesteśmy rozgrzani, zmęczeni i skoncentrowani na prostych zadaniach fizycznych, rozluźniamy nieco więzy samokontroli, wychodzi na jaw prawdziwa natura naszego świadomego “ja”. Nazwijmy dla odróżnienia to “ja” : ja1.  To ono jest odpowiedzialne za nasze artystyczne monologi na korcie.( Nie znam gracza, który by ich nie wygłaszał) Od złośliwych pytań retorycznych typu “po co w aut?”, “dlaczego tak nisko?” przez “nogi niżej!”, “ręka swobodna!” po bezpośrednie sformułowania trafiające w samo sedno: “gram dzisiaj jak ostatni palant”

Te monologi, które na korcie wypowiadamy głośno, zwykle toczymy w ciszy naszego umysłu. Gallwey twierdzi, że w istocie nie są to monologi, lecz dialogi, w których zwracamy się do swojego drugiego “ja”, Nazwijmy je dla odróżnienia ja2,  które jest niemym słuchaczem nieustannej gadaniny ja1. Te dialogi, które na co dzień toczą się w ciszy naszego umysłu to właśnie wewnętrzna gra, w której zwycięstwo powinno być naszym właściwym celem. Poprawa komunikacji między ja1 oraz ja2 to wspólny cel wewnętrznej gry w tenisa oraz praktycznej filozofii.

Koncentracja, świadomość, zaufanie, spokój to cechy umysłu, który zwyciężył w wewnętrznej walce. Jak osiągnąć ten cel? To zadanie na całe życie. Platon uważał, że droga do tego celu prowadzi przez matematykę. A ja wolę przez tenis!

3.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)