Archiwa tagu: śmierć

Coffeelosophy LI – czyli śmierć punktem wyjścia do dobra

Nie chciałbym, żeby ten tekst wybrzmiał materialistycznie; po prostu od tej strony zacznę. Sprawy materialne są istotną sferą ludzkiego życia. Co więcej, mimo powszechnie wyznawanego poglądu, iż sprawy te nie są najważniejsze, to zajmowały umysły wielu filozofów, myślicieli i przywódców religijnych. Zwłaszcza w kontekście śmierci. Nie jeden z nich podkreślał, podobnie jak francuski duchowny i mistyk Jan Maria Vianney: Kiedy przychodzi śmierć, dobra tego świata tylko przeszkadzają. Nie zabierzemy ich ze sobą. I oczywiście pełna zgoda, jednakowoż możemy pomyśleć – w kontekście eschatologicznym – co z tymi ziemskimi dobrami ma się stać, gdy się od nich uwolnimy.

Można nie myśleć o sprawach ostatecznych, owszem. Potrafimy odsuwać od siebie ten temat, nie dbając o to, co po nas. Może nas nie obchodzić los tego, co zostawiamy po sobie. Najłatwiej o taką obojętność, gdy się nie posiada ani dóbr, ani bliskich osób wokół siebie. Nic się wówczas nie zmarnuje i żaden ewentualny spadkobierca nie poczuje się ukrzywdzony. Ale obojętność to nie jedyna możliwa postawa.

Bywa, iż niejeden człowiek odchodził z tego świata z wrogim doń nastawieniem. Nie jeden miał podejście: po mnie choćby potop – i takiego finału najbardziej by sobie życzył. Zawiść, gniew, zgorzkniałość potrafią się trzymać ludzkiego serca aż do jego ostatniego uderzenia. Jednak warto pamiętać, że nie żyjemy w próżni. Nawet gdy mamy niewiele, nawet gdy na pogrzebie zjawi się tylko grabarz, nawet gdy nie wierzymy w życie pozagrobowe, mamy szansę uczynić naszą śmierć punktem wyjścia do jakiegoś dobra.

Konstrukcja człowieka, pozwalająca mu funkcjonować w świecie, jest zasadniczo fizyczna. Nie wiem, czy w ogóle da się potwierdzić, że możliwe jest bezcielesne zakotwiczenie w znanej nam rzeczywistości. I naszym ciałem, jak dobrem materialnym też mamy prawo dysponować; możemy podzielić się już za życia, oddając krew lub narządy do przeszczepu, ale możemy zadecydować o jego losie po śmierci, podobnie przekazując zdatne do użycia części, albo ofiarować je nauce.

Ktoś z cynickim podejściem stwierdzi, że mu na tym nie zależy – i mogę to zrozumieć. Ale czy nie lepiej zadbać o to, co się zostawia, napisać jednoznaczny testament, określić komu – jeśli komukolwiek – ma się przysłużyć nasza spuścizna. Taki gest, dla nas być może i bez znaczenia, mógłby nadać inną wartość naszemu życiu, może nawet je usensownić. Nie staniemy się przez to dobrymi, czy lepszymi ludźmi, bo ten czyn już nas nie odmieni – umierając zamykamy swój rozdział. Nie musimy też tym sposobem zapisać się jakoś pozytywniej w pamięci, czy historii (choć nie wykluczam) – jednak wszelkie dobro do jakiego się przyczyniamy jest cenne. I w tym sensie warto poświęcić trochę czasu eschatologii.

A co z ludźmi, którzy wiedli zły żywot, wyrządzali zło i znaczyli nim swoją drogę aż po krawędź grobu? A do tego wszystko, co odebrali innym, zniszczyli, by nie było czego rozdać? Co z takimi, którzy zadbali, aby żadne dobro nie wynikło z ich obecności na tym świecie? Trudna sprawa. Faktycznie, istnieją ludzie podli, okrutni, z cudzym cierpieniem na sumieniu, a nawet i krwią na rękach. Nikt po nich nie płacze, a wręcz przeciwnie – ich śmierć potrafi wywołać radość. Obserwowaliśmy takie świętowanie nieraz, choćby w przypadku tyranów, dyktatorów i przestępców. A zadajmy sobie pytanie: czy ten moment radości, powiązany z ulgą, nie jest jakimś dobrem. Wszak niesie nadzieję, że każde zło też ma swój koniec.

Jeśli taki koniec, koniec życia kogoś złego, jest pewnym dobrem, to rodzi swoisty paradoks (w zasadzie chyba wszystkie paradoksy są swoiste, ale nie o tym teraz). Znamy szekspirowskie powiedzenie: wszystko dobre, co się dobrze kończy. To by znaczyło, iż jakimś rodzajem dobra był pobyt na świecie tego złego człeka. W sukurs idzie inne powiedzenie: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I chociaż na pierwszy rzut oka mamy tu przykład dwóch znoszących się sentencji, to w sumie wynika z nich ciekawa konkluzja. Zło okazuje się dobrem. No, powiem, trzeba tęgiego filozofa aby to intelektualnie przetrawić. Ja się nie podejmuję.

Zakończę w tym miejscu wątki materialne, żeby wywód miał ciut więcej z refleksji filozoficznej. Śmierć bywa punktem wyjścia do jeszcze innego dobra. I to zanim sama nastąpi. Wisząc bowiem nad naszą głową ma szansę zmotywować niektórych do lepszego życia. Zwłaszcza tych, którym świadomość, iż mogą zostawić po sobie jakiś ślad, każe zadbać, by był on nie tylko wyraźny, ale przy tym pozytywny. Podejrzewam, że większość z nas wolałaby być dobrze wspominana. Ponadto, pewność śmierci skłania ambitnych do pośpiechu, by nie odkładać planów na później, by żyć aktywnie, dopóki życie tli się w komórkach ciała. Czyż to nie dowodzi, iż widmo śmierci zapobiega ludzkiej gnuśności, lenistwu, a może i powszechnej prokrastynacji. Posiadłszy nieśmiertelność i tym samym poczucie, że na wszystko ma się czas, prawdopodobnie jego większość ludzie by marnowali.

Świadomość śmiertelności zmienia perspektywę. Jak stwierdził Pandelis Prevelakis: Póki czujemy ją nad sobą, pojmujemy, co w życiu ma wartość, a co jest do odrzucenia. Dzierży pochodnię i nas oświeca. Przyznam, iż to niecodzienne postrzeganie śmierci i jej roli. A i tak szedłbym krok dalej – śmierć staje się poniekąd strażnikiem moralności, a przynajmniej świadkiem sumienia. Koresponduje to z myślą świętego Ambrożego, według którego: Dla dobrych śmierć jest zaproszeniem do odpoczynku. Dla złych katastrofą. Każdy chciałby zasłużyć na wieczny odpoczynek, musi więc być dobrym. To w obliczu śmierci najżywiej przyjmujemy taką optykę. Bliskość śmierci sprzyja rozrachunkom serca, podsumowaniom życia, a jeśli czas pozwala, to i próbom naprawienia niektórych błędów.

Są takie stwierdzenia, które budzą moją irytację. Jednym z nich jest skwitowanie, że gdy ktoś czuje ból, to bardzo dobrze, bo przynajmniej wie, że żyje. Tym razem odnalazłem w nim związek z czymś głębszym. Od narodzin nasze komórki zmierzają do śmierci. Śmierć to finał dłuższego procesu, a proces ten czasem przybiera postać choroby, bólu i cierpienia. Biorąc to pod uwagę, można uznać, iż umieranie i śmierć kieruje myślenie człowieka ku życiu, a więc wielkiemu, często niedocenianemu dobru. I ku duszy, która jest motorem wszelkiego życia. Warto w tym miejscu przytoczyć słowa Tołstoja: I w ciężkiej chorobie tkwi dobro. Kiedy ciało słabnie, silniej czuje się duszę.

Kiedy natknąłem się na kategoryczne stwierdzenie Stefana Żeromskiego, iż: Jedno jest złe na świecie – to śmierć. Wszystko, co jest życiem – jest dobrem. – miałem ochotę wziąć śmierć w obronę. I tu pomocne okazały się słowa Lwa Tołstoja: Jeśli życie jest Dobrem, to Dobrem jest i śmierć, bez której nie ma życia. Spodobały mi się. Długo bowiem traktowałem życie i śmierć jako dwa przeciwstawne sobie obozy. Śmierć była wrogiem życia, jego niszczycielem. I stanowiła dla mnie coś spoza kręgu życia, coś z zewnątrz, co utrudnia życiu krzewienie się w dobrej kondycji. Tymczasem zapominałem, że życie jest właśnie procesem. I jak każdy inny proces, ma jakiś początek, przebieg i finał. Śmierć jest po prostu finałem tego procesu, jego – co prawda ostatnią, ale jednak – częścią. Skoro zaś życie jest dobrem, jego części również.

I tu doskonale wplata się wątek, na który zwrócił uwagę mój znajomy filozof. Cykl życia i śmierci, łańcuch pokoleń, to warunek ewolucji. I to prawda. Wyjście jednokomórkowców z bagien, powstanie nowych gatunków oraz ich rozwój, dostosowywanie się do zmiennych warunków środowiska jest możliwe dzięki umieraniu. To rodzące się nowe pokolenia, mogą zostać obarczone mutacjami, które mają szansę się utrwalać, jako przydatna cecha. Niektórym ludziom zdarza się myśleć o ewolucji, jak o czymś, co się działo i dzieje w przyrodzie, gdzieś wokół. Tymczasem należy pamiętać, iż w przypadku człowieka też ma to miejsce – choć jest trudniejsze do zaobserwowania. Stajemy się coraz lepiej przystosowani dzięki ewolucji, czyli tysiącom pokoleń, które zmarły.

W tradycji chrześcijańskiej (choć pewnie nie tylko) istnieje coś takiego, jak modlitwa o dobrą (a nawet szczęśliwą) śmierć. To świadczy o przekonaniu, iż takowa jest możliwa. Nie trudno znaleźć kilka, czy nawet kilkanaście takich modlitw, aczkolwiek ich podstawę stanowią prośby o miłosierdzie, przebaczenie win i wpuszczenie do Nieba. Ja rozumiem dobrą śmierć jako godną, nie upokarzającą człowieka i pozbawioną cierpienia. Póki śmierć jest nieodzowna może warto też rozważyć, czy by jej odpowiednio nie wykorzystać. Przecież, zgodnie z powyższymi wywodami, da się wywieść z niej pożytek. Wiem, brzmi to podejrzanie i u niektórych wzbudzi etyczne wątpliwości. Jeśli jednak śmierć i tak będzie nam towarzyszyć, to czemu nie szukać ukrytego w niej dobra.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 3 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: dobro ze śmierci. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i pochylić się nad grobem.

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Nawalony jak stodoła Sylen wyjawia Midasowi tajemnicę ludzkiego szczęścia

Czy trzeba dużo chlać, żeby zrozumieć starożytnych Greków? Po kolei.

Kiedy filolog/prawiczek Fryderyk Nietzsche pisał w 1872 roku swoje Narodziny tragedii niewielu zgodziłoby się z nim, że fundamentem, na którym spoczywa kultura starożytnej Grecji jest przekonanie, że lepiej jest nie żyć, niż żyć. Nietzsche powołuje się, bez podania źródła (już samo w sobie musiało doprowadzić do szewskiej pasji jego kolegów filologów — klęli zapewne po grecku skubańcy: “A niech to Zeus trzaśnie” albo “Do jasnej Hery”) na opowieść o Sylenie, którego na polowaniu spotkał król Midas, a który miał mu wyjawić tajemnicę największego daru, jaki bogowie mogą dać człowiekowi. Źródłem, z którego nasz wąsaty ubermąż korzystał, był z pewnością Plutarch, który w Pocieszeniu dla Appoloniosa przytacza fragment zaginionego dzieła Arystotelesa pt. Eudemos, w którym opiekun Aleksandra Wielkiego opisuje historię złapanego przez Midasa Sylena. Zanim jednak zrelacjonuję pogawędkę jaką sobie ucięły na kartach zaginionego dzieła Arystotelesa dwie postacie mityczne, trzeba fikcyjnych koleżków przedstawić.

Midas, wiadomo, król Frygi i znany tuman. Dzieje jego życia, to opowieść o głupku, który zalicza kolejne wpadki w obliczu majestatu różnych bogów. A to poprosi Dionizosa o to, żeby wszystko czego dotknie zamieniało się w złoto, co doprowadza go na skraj śmierci głodowej. A to startuje w niebiańskim Only the Music i w finale rozstrzyga na korzyść satyra Marsjasza pojedynek muzyczny, jaki ten ostatni toczył z Apollonem, za co ten ostatni ukarał go oślimi uszami, które nasz głupol musiał do końca życia ukrywać pod fryzurą. Zresztą i tak nie wyszedł na tym najgorzej, jeśli weźmiemy pod uwagę los samego Marsjasza, którego boski konkurent kazał obedrzeć ze skóry. Tak, życie Midasa to pasmo idiotycznych wpadek, których przyczyną było to, że Midas był ni mniej ni więcej tylko pijokiem. Źródła nie podają nam wprost tego faktu, ale zaszyfrowują go w szeregu aluzji. Dzieje jego życia wskazują mianowicie na to, że miał on wybitną słabość do stworów z orszaku Greckiego boga wina (i wódy) Dionizosa. Jednym z nich był wspomniany satyr Marsjasz, drugim Sylen, który wyjawił mu tajemnice ludzkiego (nie)szczęścia. Czytaj dalej

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Zmarszczona inspiracja

Przemijanie jest rzeczą przykrą, ale zapładniającą intelektualnie. Kontempluję układające się w planszę do gry w kółko i krzyżyk zmarszczki na swoim czole. Czole niegdyś okolonym spadającym na ramiona i plecy wszarzem, z którego pozostały nędzne zsiwiałe i przerzedzone resztki. I zastanawiam się czy jest coś bardziej literacko inspirującego niż te chwile, w których uświadamiamy sobie, że poruszamy się lotem mającym na kursie (i na ścieżce) zderzenie z kalendarzem.

Michel de Montaigne

A który z płodów literackich zrodzonych z refleksji nad ułomnością własnych planów życiowych i daremnością codziennej szarpaniny uznałbym za najbardziej udany? Spośród wielu gorzkich słów jakie pod adresem daremności naszej egzystencji wypowiedzieli filozofowie wybieram dwa cytaty. Pierwszy z południa Francji, ze stajni Montaigne:

Trzeba pogodnie cierpieć prawa naszej natury: jesteśmy po to, aby się starzeć, wątleć, chorować, na przekór całej medycynie. [Montaigne, Próby, ks. III]

I drugi. Hicior Marka Aurelisza z jego nieprzewidzianego do publikacji, czy raczej przewidzianego do niepublikacji bestsellera:

Pomyśl, dla własnej nauki, o czasach Wespazjana, a zobaczysz, że ludzie żenili się, wychowywali dzieci, chorowali, umierali, walczyli z sobą, urządzali uroczystości, handlowali, uprawiali rolę, schlebiali, byli zarozumiali, podejrzliwi, knuli spiski, niektórzy błagali o śmierć, narzekali z powodu losu, kochali się, zbierali skarby, pożądali konsulatów i tronu. To ich życie już nigdzie nic istnieje [Marek Aureliusz, Rozmyślania].

Ciao!

 

3.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXVI – czyli dwa światy

Najbliższe spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki poświęcimy w pewnym sensie zaświatom. Dopiero co przeżywaliśmy dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki, więc pozwólmy sobie na małą kontynuację klimatu zadumy. Owszem, mało to filozoficzne, ale przecież wolno czasem pokusić się o refleksję nieco innej natury.

W świetle znicza

Jedni idąc nad groby bliskich jedynie oddają cześć ich pamięci, tak jak czynimy to pod pomnikami i tablicami pamiątkowymi. Być może najdzie poniektórych refleksja nad własnym losem, zastanowią się jak to będzie, gdy ktoś ich szczątki złoży pod granitową płytą. Może zadadzą sobie pytanie, kto będzie zapalał znicze i przez ile pokoleń będą ważni dla potomnych. Inni idąc na cmentarz pielęgnują nie tylko pamięć o pochowanych, ale też wiarę w to, że ich dusze są nieśmiertelne i czekają na spotkanie po tamtej stronie.

Niektórzy twierdzą, że czują obecność duchów. Dopuszczam możliwość takiej wrażliwości zmysłów, która pozwala tego doświadczyć. Ja pod tym względem mam zmysły stępione, aczkolwiek pamiętam, że kiedyś śniła mi się zmarła osoba, która złapała mnie mocno za ramię i obudziłem się, wyraźnie czując ucisk na ciele. Być może to tylko ułuda, a może właśnie sen jest kanałem, poprzez który oba światy nawiązują łączność ze sobą. W końcu sen to brat śmierci, jak napisał Mickiewicz – zresztą powtarzając po Homerze, mówiącym o bliźniaczym pokrewieństwie obu stanów.

Wrota snów

Kto wie, może z duchami jest tak, że kiedy zasypiamy i śnimy, to odwiedzamy ich świat. Rządzą tam inne prawa fizyki, inne prawa logiki, inne pojęcie sensu. Jednakowoż znajdujemy w tym świecie odbicie naszego, nie stroniącego od uniesień, seksu, przemocy, bezsilności, zachwytu, radości i smutku. W sennych realiach wszystko jest do pomyślenia, żaden absurd nie budzi zdumienia, irracjonalne zdarzenia traktuje się jak coś naturalnego. A spotkania ze zmarłymi nie wywołują zdziwienia, czy zaskoczenia – choć mogą przestraszyć.

I kto wie, może kiedy z kolei duchy śpią, to poprzez swoje sny trafiają do naszego świata. Z obszaru bezcielesnej nieważkości, przez wrota marzeń sennych, opuszczają na chwilę ów świat pozbawiony sensu, logiki i praw. Tą drogą, nierzadko dają się dojrzeć żywym ludziom, albo przynajmniej pozwalają odczuć swoją wśród nas obecność. Stąd niezliczone świadectwa osób nawiedzonych. Czytaj dalej

4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXIII – czyli im gorszy, tym lepiej

Właściwie powinienem zatytułować ten krótki wpis odwrotnie: Im lepszy, tym gorzej, lecz jakoś mi to źle brzmiało. Zresztą nie ma większego znaczenia, od której strony do tego podejść, bo zasadniczo nie ma większego znaczenia sam pretekst (ale cóż w ogóle ma znaczenie? – że tak filozoficznie zapytam). Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak zapamiętujemy ludzi?

Jeszcze będąc sztubakiem pomniejszej nyskiej podstawówki (ładne kilkadziesiąt lat temu) usłyszałem od nauczycielki spostrzeżenie, które potem znajdywało potwierdzenie w mych własnych obserwacjach przez kolejne lata edukacji. Mianowicie, że nauczyciele najszybciej zapamiętują imiona, a po latach najdłużej pamiętają uczniów, którzy są krnąbrni, niesforni i słabo się uczą. Najwyraźniej pamięć wzmacniały nerwy zszargane podczas bezskutecznych prób okiełznania delikwentów, sprawiających problemy wychowawcze i dydaktyczne. Przy okazji zauważyłem, że odwdzięczamy się tym samym; najlepiej i najdłużej pamiętamy ostrych, wymagających pedagogów, przez których w swoim czasie sporo wycierpieliśmy. Czytaj dalej

4.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Zbawienny czas smutku

Jesień w naszej szerokości geograficznej przybiera postać skłaniającą ku melancholii, przygnębieniu, a nawet depresji. Łatwiej przychodzi się zadumać nad sprawami ostatecznymi, częściej dopada nas splin i pomniejsze smuteczki. Każdy zna uczucie smutku. Zwykle nie przepadamy za nim. Ale śmiem twierdzić, że jest ono częstokroć wielce pożyteczne. I nie chodzi tylko o jesienną chandrę sprzyjającą płodności poetyckiej. Mam na myśli raczej stare dobre katharsis.

Czasem trzeba coś odpowiednio przeboleć, stosownie długo i z właściwą intensywnością. Szczególnym rodzajem smutku jest ten po śmierci kogoś bliskiego. Jak wymierzyć ten czas i siłę smutku? Cóż, kwestia mocno indywidualna. Zwłaszcza wobec tak wielkiej straty. Niemniej z pomocą przychodzi tradycja. Otóż, wieki ludzkich doświadczeń pozwoliły określić przynajmniej czas, w jakim wypada okazywać, ba! wręcz obnosić się ze smutkiem. Po odejściu bliskiej osoby wciąż jeszcze praktykuje się noszenie żałoby. Odpowiedni strój w czarnym kolorze jest manifestacją bólu. Żałoba po śmierci dziadków, rodziców, czy rodzeństwa powinna trwać pół roku, po współmałżonku rok i sześć tygodni, po dalszych krewnych np. kuzynach, wujostwie, lub stryjostwie – trzy miesiące. Nie wiem, jak ktoś to obliczył, ale zakładam, że wynikło to z obserwacji, z osobistych doświadczeń, zasłyszanych rozmów o przeżywanym cierpieniu, jego długości i gasnącej siły. Spotkałem się też z ogólniejszą cezurą – jednego roku, nieodzownego aby przeżyć bez danej osoby wszystkie święta, każdą porę roku, cyklicznie powtarzane okoliczności, te wydarzenia i formy aktywności, które niegdyś dzieliło się wspólnie.

Rzecz jasna, niewielu stosuje się do tak długotrwałego chodzenia w czerni, unikania zabaw, czy przestrzegania innych form wstrzemięźliwości. Jednak te stare praktyki zachowują aktualność pod względem jednego, że na smucenie się niezbędny jest pewien czas. Odmiennego zdania był Epikur. Stwierdził on: „bezmyślnych wyzwala ze smutku czas, mądrych – logika”. Czyżby więc wzięcie smutku na przeczekanie było oznaką ograniczenia intelektualnego? Czy chłodna logika potrafi ostudzić emocje, czy rzeczywiście taki zimny kompres jest oznaką mądrości? Zważywszy, że dla Epikura dobro i zło wynikały odpowiednio z odczuwania przyjemności, lub bólu – to z pewnością smutek uważał za coś złego. Możliwe więc, że poświęcanie temu złu cennego czasu wydawało mu się głupotą. Czy miał rację? Czytaj dalej

4.63/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Samodzielnie o radości umierania

Jako Wielki Pogadalnik rozpocznę od wyrażenia uznania dla Martinusa i Alka. Piszecie jasno i mądrze a mądrość niczego tak nie ceni jak otwartej krytyki. Dlatego mądrość waszą chwalę, ale tylko po to by ją przenicować.

Otóż, niepokoi mnie, że nie chcecie definiować ŚMIERCI. A ja dotąd, o ile mi wiadomo, nie rozmawiałem z nikim kto jej doświadczył. O czym my w ogóle rozmawiamy? Czy można tak sobie beztrosko rozmawiać o czymś,  czego nikt nigdy nie widział? Czy któryś z was wie, o czym pisze? A może widok martwego ciała uznajecie za dowód śmierci? Obaj piszecie tak, jakbyście coś wiedzieli, czego ja nie wiem. Alek, trochę w stylu naszego Martina Hounda każe mi całe życie zasuwać w pocie czoła, aby odebrać nagrodę w postaci spokojnej śmierci. Może i bym go posłuchał, w odruchu filozoficznego entuzjazmu, ale ciało me do sprośności i lenistwa skore warczy na samą myśl o takim poświęceniu. Nie nie, tu gdzieś się zagadka dużego kalibru czai i filozoficzny entuzjazm trzeba poskromić. Czy nie warto pochylić się nad czymś, co znamy z doświadczenia, taką “śmiercią” z małej litery i w cudzysłowie? Czy nie  doświadczamy śmierci , kiedy nas strach tak przydusi, że oddechu brak i żyjemy tylko “siłą rozpędu”? Czy nie jest śmiercią życie mdłe i ponure, życie, które musi sobie coraz to nowe rozrywki fundować by nie umrzeć z nudów? Jeśli jakąś śmierć znam, to tylko taką…i tylko takie “bycie trupem”. 4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Umierajmy radośnie!

Spotkanie w formule pozauniwersyteckiej odbyło się w kawiarni Pozytywka i zgodnie z planem dotyczyło radości umierania. Ponieważ tego dnia wypadały akurat Zaduszki, to temat pasował, jak ulał. Spotkanie przyniosło szereg wypowiedzi, które Wielki Pogadalnik starał się ukierunkować na jak najbardziej osobiste tory. Chętnie ujrzałbym na tej stronie jego resume, albo jakąś syntetyczną refleksję.

Generalnie, zebranym trudno było powiązać umieranie z radością, zwłaszcza w ujęciu filozoficznym. Prowokacyjna zbitka słów nie dała się obronić; dominowało kojarzenie śmierci ze stratą, odejściem, końcem, ewentualnie przejściem w inną rzeczywistość. I tu wkraczamy w obszar wiary. Dało się zauważyć, iż nieco łatwiej było poruszać się na polu teologii, czy szczególniej eschatologii. Pozwoliłem sobie wspomnieć, że historia zna przykłady osób, które umierały z radością, krzepione myślą o czekającym je lepszym życiu w wieczności, zadowolone z tego, jaki ślad po sobie zostawiają, jakie dają świadectwo…

Myśląc o sprawach ostatecznych podzielam raczej uczucia tych, którzy obawiają się umierania, zwłaszcza w cierpieniu. Przede wszystkim jednak nie chciałbym umrzeć, nie zrealizowawszy niektórych planów. I daje mi swoiste ukojenie świadomość, że na większość z nich (teoretycznie, lub statystycznie rzecz biorąc) jeszcze trochę czasu mi zostało. Dopiero poczucie, iż na coś jest za późno, niemiłosiernie doskwiera.

Gdyby życie potraktować jako podróż (wyświechtana metafora, wiem) – to wówczas można by doszukać się radości w umieraniu. Niektórym ludziom bowiem przynosi radość podróż w nieznane. Mniej poetyckie, ale chyba trafniejsze będzie inne podejście. Życie człowieka od samego początku zmierza ku śmierci. Nie chodzi o to, że celem życia jest śmierć, lecz o to, iż ciało starzeje się a w każdą komórkę wpisany jest jej koniec. Podczas każdego podziału komórki, telomery w jej chromosomach skracają się, aż w końcu… no cóż. W tym sensie umieramy właściwie od momentu pojawienia się na świecie. Skoro zatem całe nasze życie jest procesem umierania, to radość życia jest właściwie radością umierania. Umierajmy więc radośnie!

Kłaniam, Martinus 4.75/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy I – czyli radość umierania

Pogadalnia Filozoficzna rozszerza formułę swego działania. Dotąd spotykaliśmy się w każdy poniedziałek o 17:30 w Instytucie Filozofii UO. A tematyka najczęściej wyłaniała się dość spontanicznie. Teraz nadchodzi nowe!

kawa kotPonieważ filozofię tworzą ludzie, to powinna wypuścić się ku nim. Dlatego w pierwszy poniedziałek każdego miesiąca spotkania będą przenoszone do kawiarni „Pozytywka” (ul. Czaplaka). Zaś o wiodącym wątku rozmów będziemy uprzedzać – licząc, że zaintrygujemy, zaciekawimy i skusimy do przyjścia. A filiżanka kawy to nie tylko pretekst do spotkania. To kropla rozkoszy, która pobudza rozum i łaskocze zmysły, niczym czarny kot, ocierający się dyskretnie o łydki.

Najbliższe spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki już w pierwszy poniedziałek listopada o godz. 18:00. Temat: radość umierania. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć.

W pozostałe poniedziałki zapraszamy na tradycyjne spotkania w murach uniwersyteckich. Pozwól się intelektualnie połaskotać! TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Co to jest terapia filozoficzna?

8 maja w ramach naszych cyklicznych spotkań w Muzeum Śląska Opolskiego głosiłem wykład pt. „Co to jest terapia filozoficzna?”. Prowadziła Magda Żołud. Sala wypełniona. Po syntetycznym wprowadzeniu Magdy Ireneusz trafnie wydobył paradoks obecny w samym założeniu terapii filozoficznej. Jeśli ma się ona odróżniać od psychoterapii tym, że jest skierowana w stronę osób zdrowych, dlaczego nazywa się ją terapią? Był to dla mnie dobry punkt wyjścia do sformułowania kilku ważnych zasad.

1. Terapia filozoficzna nie ma leczyć zaburzeń psychicznych w klasycznym sensie tego słowa, tj. jako dysfunkcji, których usunięcie oznacza Czytaj dalej

4.13/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)