Archiwa tagu: sprawiedliwość

Coffeelosophy XLVI – czyli dawajcie, a będzie wam dane

Wydaje się, że wymiana coś za coś, jest czymś oczywistym i wręcz naturalnym. Otrzymać coś, dając coś w zamian wydaje się uczciwe, a co za tym idzie oczekiwane, pożądane, nawet konieczne. Czy będzie to handel wymienny, czy kupienie czegoś za pieniądze, czy odwdzięczenie się przysługą za przysługę – mechanizm jest podobny. A jednak są sytuacje, które budzą naszą dezaprobatę, jak wymiana dziewczęcia za kilka wielbłądów, opłacenie mordercy, zrewanżowanie się pomocą w kradzieży. Wiele zależy po prostu od kontekstu. A także od uznawanego kodeksu etycznego. Jezus nauczał: Dawajcie a będzie wam dane. Miał, rzecz jasna, na myśli wyświadczanie dobra. Obiecywał za to otrzymanie nagrody i to odmierzonej solidną miarą. Czy nie jest w tym ukryta pewna zachęta do interesowności – przecież nie mówił po prostu: Dawajcie.

Daj, byś otrzymał

Podobnie jest przykładowo z korupcją (łacińskie: corruptio to zepsucie i demoralizacja). Platon w „Prawach” stwierdził, że należy potępiać tych, którzy przyjmują łapówkę. O zjawisku tym pisał Arystoteles jak też Machiavelli, Monteskiusz i inni. Jak widać, odwieczny to problem. Ogólnie chodzi o to, że strony zaangażowane w korupcję zawiązują ze sobą porozumienie na zasadzie „do, ut des” (daję, abyś dał). Innymi słowy zawsze idzie o pewne korzyści, ale – uwaga! – osiągane przy nadużyciu, lub złamaniu prawa. Nie jest to więc wyłącznie kwestia moralna.

Alegoria korupcji

Platon w “Państwie” przytacza dialog, w którym Sokrates wyjaśnia Adejmantowi, jak należy młodych ludzi wychowywać i kształtować, aby byli dobrymi obywatelami. Z dialogu filozof wysnuwa wiele przestróg i osądów moralnych; pośród tego bogactwa jest i fragment, gdzie Sokrates radzi:

“— A także nie pozwolić naszym ludziom, żeby chętnie dawali łapówki ani żeby sami lecieli na pieniądze.
— Nigdy – [potwierdził Adejmant].
— Więc im nie śpiewać, że:
>>Dary na bogów działają, działają na królów czcigodnych. <<
I nie chwalić nauczyciela Achillesowego, Fojniksa, że w sam raz mówił, radząc mu, aby naprzód wziął dary od Achajów, a potem im dopiero pomagał, a pokąd darów nie przyniosą, żeby się gniewał dalej. I samego Achillesa o to nie posądzimy i nie uwierzymy, że był taki chciwy i od Agamemnona dary wziął, i znowu za trupa przyjął okup, i dopiero wydał zwłoki, a inaczej nie chciał.
— Przecież nie godzi się — powiada — chwalić takich rzeczy.

Skoro przy wychowaniu latorośli jesteśmy, to jakim terminem opisać sytuację, gdy dorosły zwraca się do dziecka w te słowa: odrób lekcje, to dostaniesz cukierka; jak posprzątasz zabawki, będziesz mógł dłużej pograć na konsoli; zjedz warzywa, to pójdziemy do kina; masz tu parę złotych i popilnuj braciszka. Trafiamy na dość grząski grunt, gdyż część dorosłych uważa, że to zwyczajny, wychowawczy system nagród, a niektórzy wpiszą to w naukę podstaw ekonomii, dzięki czemu dziecko widzi, iż za pracę jest zapłata i niczego nie ma za darmo. Czy jednak nie ślizgamy się po granicy przekupstwa?

Nelson D. Schwartz zamieścił w New York Times artykuł pt. „Bribes and fraud. Capital punishment” co można chyba tłumaczyć: „Łapówki i oszustwa. Kara śmierci”. Wspomina w nim, że starożytni Ateńczycy pozbawiali skorumpowanych urzędników obywatelstwa i tym samym prawa do uczestnictwa w instytucjach politycznych państwa-miasta. Przytacza też przykład Demostenesa, któremu przytrafiła się tzw. „chrypka po połknięciu srebra i złota”. W 324 r. p.n.e. ten wyborny retor i przywódca polityczny, chcąc uniknąć wypowiedzenia się przeciw Harpalusowi, symulował utratę głosu. Gdy wyszło na jaw, iż za milczenie przyjął łapówkę, skazano go na zapłacenie 50 talentów – co przeliczono na równowartość dzisiejszych 20 milionów dolarów. I do tego spotkało go jeszcze wygnanie.

W Republice Rzymskiej pierwszy uporządkowany kodeks był surowszy; Prawo XII Tablic przewidywało dla sędziów, którzy skalali się łapówką, karę śmierci. Z biegiem czasu prawo łagodniało, zwłaszcza z rozwojem Cesarstwa Rzymskiego i trudnością w jednoznacznym rozstrzygnięciu, co jest już łapówką, a co jeszcze kwalifikowało się jako podarunek. Ze swojej strony wspomnę, iż w naszym prawodawstwie też istnieje takie rozróżnienie. Cesarz Tyberiusz przymykał oko na korupcję, byle urzędnicy nie przesadzili w swej zachłanności. Optował za tym, by „jego owce strzyc, ale nie pozbawiać skóry”. Obywatele nadal więc płacili urzędnikom „pod stołem” mimo, iż w oficjalnym dyskursie było to naganne.

Mniej pobłażliwie traktowano taki występek w XI-wiecznym Bizancjum. Kto brał w łapę złoto, nie mógł potem brać w nią klejnotów. W Cesarstwie bowiem – jak pisze prof. Walter Kaegi, historyk z chicagowskiego uniwersytetu – za łapówkarstwo urzędnika oślepiano i kastrowano. Przy czym, co ciekawe – pozbawienie klejnotów nie było karą przewidzianą przez prawo. Był to swego rodzaju zwyczajowy przejaw wzburzenia opinii publicznej. Powiada się: co kraj to obyczaj. A przecież to, co obyczajne i nieobyczajne potrafiło się zmieniać także w obrębie tego samego kraju.

Zbliżmy się do naszego podwórka. Ustawa z dnia 18 marca 1921 r. O zwalczaniu przestępstw z chęci zysku, popełnionych przez urzędników mówiła w Artykule 2, że „Urzędnik, winny: przyjęcia podarunku lub innej korzyści majątkowej, bądź obietnicy takiego podarunku lub innej korzyści majątkowej, danych w zamiarze skłonienia go do pogwałcenia obowiązków urzędowych lub służbowych (…); [a także urzędnik winny] innego przestępstwa służbowego, popełnionego z chęci zysku i z pogwałceniem obowiązków urzędowych lub służbowych (…) z chęci zysku – będzie karany śmiercią przez rozstrzelanie.”

Znacznie łagodniej traktowano osobę wręczającą łapówkę. Czekało ją ciężkie więzienie od 4 do 15 lat. No, chyba że popełniła takie przestępstwo “zawodowo” – wówczas podobnie jak urzędnik trafiała przed pluton egzekucyjny. Czas mijał a prawo łagodniało. Dziś podobne wyroki byłyby nie do pomyślenia.

Zastanawiałem się nad taką sytuacją: jest sobie urząd, w którym urzędnicy pracują opieszale. Coś, co powinni załatwić w ciągu 14 dni, przeciąga się do kilku miesięcy. Może nawet nie z ich winy, a z nadmiaru zadań, lub niedoboru kadry. I przychodzi petent z kopertą, prosząc, aby jego sprawę rozpatrzono w normalnym trybie, w przewidzianym ustawowo terminie. Urzędnik się zgadza. Czy doszło do korupcji? W końcu rozpatrzył wniosek nie łamiąc przepisów, w ramach uprawnień służbowych, w prawidłowym czasie, nikogo – jak się zdaje – nie krzywdząc.

W ocenie powyższej sytuacji pomocne będzie przedstawienie definicji korupcji, co pozwoli przeanalizować, czy do niej doszło. Artykuł 2 cywilnoprawnej konwencji o korupcji sporządzonej w Strasburgu dnia 4 listopada 1999 r. stwierdza następująco:

Korupcją jest żądanie, proponowanie, wręczanie lub przyjmowanie, bezpośrednio lub pośrednio, łapówki lub jakiejkolwiek innej nienależnej korzyści lub jej obietnicy, które wypacza prawidłowe wykonywanie jakiegokolwiek obowiązku (…).

Wtrącę tylko, że w 2002 r. Polska też ratyfikowała tą konwencję. Sądzę, iż kluczowym jest nie tylko fakt, że urzędnik wziął ową kopertę, ale główne znaczenie ma to, co definicja określa nienależną korzyścią. Mimo bowiem, że urzędnik nie wypaczył swych obowiązków po względem prawnym, nie złamał przepisów, trzymał się terminów – to przyjął zapłatę, która mu się nie należała. A winien był załatwić sprawę w ramach swego comiesięcznego wynagrodzenia. Czy przynajmniej nikogo tym nie skrzywdził? Wpuszczając owego interesanta poza chronologiczną kolejnością wniosków zadziałał poniekąd na szkodę innych, czekających petentów, których sprawy odsunęły się w czasie jeszcze bardziej. Do tego przyniósł ujmę urzędowi, zawiódł szereg osób swoją postawą, nadwątlił ich zaufanie i dał zły przykład moralny. Hańba mu! I kara do 8 lat więzienia. A gdyby doszło do naruszenia prawa, to do 10 lat, zaś przy kopercie znacznej wartości – do lat 12. Ale przynajmniej nie dostanie kulki i zachowa kulki.

Jak pokazały wcześniejsze przykłady, korupcja – choć zawsze nieetyczna – plasowała się na różnym poziomie społecznej nagany i pociągała za sobą kary o różnej dotkliwości. W Polsce w ostatnich latach rokrocznie sądy skazywały za łapownictwo stu kilkudziesięciu urzędników (bywały lata, że blisko 200) – na ogół zapadały wyroki w „zawiasach”. Skoro kara może być zarówno bardzo surowa jak i łagodna, tudzież w zawieszeniu, czyli praktycznie żadna, to niechby kodeksy w ogóle jej nie przewidywały. Oznajmijmy wyraźnie, że przekupstwo jest czynem nieetycznym i pozostawmy sprawę indywidualnemu głosowi sumienia. Ostatecznie, jak przypuszczam, nawet dziś istnieją okoliczności łagodzące w przypadku korupcji; da się zatem czyn taki choć częściowo usprawiedliwić – czy jakąś wyższą koniecznością, czy brakiem lepszego wyjścia bądź innego wyboru. Może, jako kara wystarczy poczucie winy i wstydu, publiczne napiętnowanie, rodzaj infamii…

Na pewno odezwą się głosy, iż tak się nie godzi. Bo to podważa wiarę w uczciwość aparatu administracyjnego, w rzetelność urzędników, a w konsekwencji w sprawiedliwość samego państwa, które ma strzec porządku oraz dobra i równych praw obywateli. Pewnie jest w tym słuszność. Z drugiej strony mogłoby z korupcją być podobnie, jak np. ze zdradą małżeńską. Nikt takiego występku nie pochwala, aczkolwiek w niektórych przypadkach można go zrozumieć, wytłumaczyć. W innych z kolei pociąga on za sobą pewne konsekwencje prawne. W świadomości zaś osób wierzących jest dodatkowo grzechem, czyli wiąże się z pewną karą. Tymczasem korupcji nie ma ani wśród 10 Przykazań, ani na liście 7 grzechów głównych. Kto wie, może nie jest aż taka zła, może dopuszczalne jest przymknięcie nań drugiego oka.

Fakt, że korupcja nie dostąpiła miejsca w Dekalogu mógłby świadczyć o tym, że albo nie występowała wśród Izraelitów, albo nie była traktowana jako coś złego. Takie wnioskowanie okazuje się jednak mylne. Na kartach Biblii znajdują się liczne miejsca poświęcone tej przywarze. Tak, jak Sokrates odradzał myślenie, iż dary na bogów działają, tak i nawrócony król Jozafat pouczał sędziów: “Uważajcie więc, co czynicie, nie ma bowiem u Pana, Boga naszego, niesprawiedliwości, stronniczości i przekupstw.” W Mądrości Syracha także napisano: “Nie staraj się przekupić Go darem, bo nie będzie przyjęty”. Można tylko zadać sobie przy tej okazji pytanie, po co – jeśli bóstwa są nieprzekupne – w dalszym ciągu składano im ofiary. Syrach stara się to wyjaśniać (Syr 35), ale nie o tym teraz.

Wróćmy do spraw czysto ludzkich. W Psalmie 26 człek w poczuciu doznanej niesprawiedliwości zwraca się do Boga:

Nie dołączaj mej duszy do grzeszników
i życia mego do ludzi pragnących krwi,
w ich ręku zbrodnia,
a ich prawica pełna jest przekupstwa.
Ja zaś postępuję nienagannie (…)

W Księdze Koheleta czytamy: “Bo rzecz przywłaszczona może ogłupić mędrca, a przekupstwo czyni serce przewrotnym”. Z kolei pośród Mądrości Syracha (Syr 40,12) znajdujemy zapowiedź: “Każde przekupstwo i niesprawiedliwość zostaną starte, a uczciwość na wieki trwać będzie.” O przekupywaniu i jego próbach w różnych okolicznościach, łatwo znaleźć jeszcze kilkadziesiąt wzmianek, zawsze w negatywnym tonie. Świadczyć to może, iż łapownictwo uważano za grzeszne. I spodziewano się, iż w ten, czy inny sposób zostanie wyrugowane (za sprawą ludzkich starań, bądź boskiej interwencji). 

A może lepszym rozwiązaniem byłoby zalegalizowanie korupcji. Trochę niefortunnie to ująłem, toteż spieszę z wyjaśnieniem. Moglibyśmy w urzędzie – zależnie od własnej woli i majętności – załatwić konieczne sprawy w normalnym trybie, albo odpłatnie. Tak, jak w tej samej przychodni zdrowia, u tego samego lekarza możemy leczyć się prywatnie, lub z państwowego funduszu zdrowia. Kogo stać, leczy się szybciej i w lepszych warunkach. Czy obecnie ktoś to nad wyraz potępia? Niechby zatem urzędnicy też otwierali prywatne praktyki. Jasne, że prywatne gabinety lekarskie, czy kliniki nie zlikwidowały korupcji w służbie zdrowia, ale myślę, że ją zmniejszyły, dając wybór bogatszym. W urzędach wyboru za bardzo nie ma.

Czy wobec tego, na tym polu również nie sposób doprowadzić do triumfu sprawiedliwości. Czy owieczki muszą dać się strzyc? Może niestety jest jakaś racja w słowach Trazymacha z Chalcedonu, który widział zakorzenioną w człowieku chciwość i płynącą zeń skłonność do niesprawiedliwości. Ów sofista – o czym pisze Platon w „Państwie” – naskoczył na Sokratesa tymi słowy:

„Bo tobie się zdaje, że pasterze owiec i krów mają na oku dobro owiec i krów i tuczą je, i chodzą koło nich, mając na oku coś innego niż dobro swoich panów i własne, i tak samo ci, co rządzą w państwach, którzy naprawdę rządzą, myślisz, że jakoś inaczej się odnoszą do rządzonych niż jak do owiec i o czymś innym myślą nocą i dniem, jak nie o tym, skąd by wyciągnąć jak największą korzyść dla siebie. (…) ty nie wiesz, że sprawiedliwość i to, co sprawiedliwe, to jest w istocie swojej dobro cudze: dla mocniejszego i rządzącego — interes, a dla rządzonego i poddanego — szkoda. Niesprawiedliwość (…) panuje nad naiwnymi naprawdę „poczciwcami” i nad sprawiedliwymi. Rządzeni robią to, co leży w interesie rządzącego, bo on jest mocniejszy; słuchając go, przyczyniają się do jego szczęścia, a do własnego ani odrobiny. Trzeba przecież zobaczyć, arcynaiwny Sokratesie, że człowiek sprawiedliwy wszędzie ma mniej niż niesprawiedliwy. Najpierw w interesach, w spółkach. Gdziekolwiek się taki jeden z drugim zwiąże, to przy rozwiązaniu spółki nigdy nie znajdziesz, żeby sprawiedliwy miał z niej więcej niż niesprawiedliwy.
A następnie w stosunku do państwa, kiedy chodzi o podatki, to z jednakich dochodów sprawiedliwy wpłaca więcej, a niesprawiedliwy mniej. A jak można coś dostać, to ten nie dostaje nic, a tamten zyskuje grubo. A znowu jak jakiś publiczny urząd spełnia jeden i drugi, to dla sprawiedliwego jest kara — jeżeli już nie inna, to ta, że jego własne gospodarstwo schodzi przy tym na psy, bo on nie ma czasu dbać o nie, a z publicznego grosza takiemu nic nie przyjdzie, bo on jest sprawiedliwy, a oprócz tego jeszcze zaczynają go nienawidzić krewni i znajomi, kiedy im nie chce oddawać żadnych przysług wbrew sprawiedliwości. A u niesprawiedliwego wprost przeciwnie
.”

Kumie! Bratanku!

Krewni i znajomi czasem nie ułatwiają życia. O ile korupcję udaje się z mniejszym, lub większym powodzeniem wykazać i dzięki temu ukarać, o tyle w przypadku kumoterstwa i nepotyzmu sprawa nie jest tak prosta. Wszystko dlatego, że stanowiska i godności przyznawane są członkom rodziny (łac. nepos to bratanek, siostrzeniec), lub przyjaciołom i osobom przynależnym do tej samej grupy, z którymi „dawca” posady sympatyzuje. Przy tym najczęściej nie idzie to w parze z żadną korzyścią w rewanżu. No, „dawca” miewa poczucie satysfakcji, że wsparł kogoś bliskiego, albo umocnił pozycję swojej grupy. Jednakowoż konkretnych, a zwłaszcza wymiernych korzyści może wcale nie być.

Ani kumoterstwo, ani nepotyzm, (ani kupczenie urzędami, w kościele zwane symonią) nie są nowymi pojęciami. Opisują zjawiska tak stare, jak stare są wszelkie stanowiska, godności i urzędy. Nie jest to oczywiście żadne usprawiedliwienie; to że od dawna dzieją się rzeczy złe, nie oznacza, iż należy zaniechać ich zwalczania. Nadmieniłem o tym, bo taka jest ludzka natura i jej skłonności. To, co obserwujemy w naszych czasach może mieć inną skalę i inny stopień bezczelnej jawności, ale na gruncie zasad działania stanowi podobieństwo do poczynań poprzedników. I możemy się cofać w historii dowolnie daleko, a nawet założyć, iż w czasach przedhistorycznych też miało to miejsce.

Nadużycia i niesprawiedliwość mają mocną pozycję w świecie. Nawet Sokrates zauważył, iż więcej wokół nas dostrzegamy przejawów zła, niżeli dobra. Zdawał się jednak mieć sporo nadziei, iż możliwe jest przeciwstawienie się temu. Inaczej sądził wspomniany Trazymach, który w swej diagnozie społeczeństwa upierał się, iż to niesprawiedliwość bierze górę, przynosi proporcjonalny do siebie zysk i gwarantuje szczęście. Tak prawił do Sokratesa:

„A najłatwiej się o tym przekonasz, jeżeli weźmiesz pod rozwagę niesprawiedliwość najdoskonalszą; ta czyni najszczęśliwszym człowieka, który się dopuścił niesprawiedliwości, a skrzywdzonych i tych, którzy się krzywd dopuszczać nie chcą, skazuje na nędzę ostatnią. To jest dyktatura. Ona po niemałym kawałku cudze dobro zagrabia, i po cichu, i gwałtem, i święcone, i niepoświęcone, prywatne czy publiczne — wszystko razem.”

Z jednej strony to wstyd, że po wiekach doświadczeń i nabierania rozumu, człowiekowi wciąż daleko do doskonałości. Z drugiej strony, niektóre mechanizmy zachowań wydają się zrozumiałe. Gdy z grupy dzieci mających grać w piłkę wyłoni się dwóch kapitanów, każdy z pozostałej gromady wybiera sobie zawodników do swojej drużyny. Nikogo nie dziwi, z jakiego klucza odbywa się ów wybór. Kapitan chce wygrać, więc bierze najlepszych, ale też przyjaciół i bliższych kolegów. Wybór podyktowany jest pragnieniem zwycięstwa, czyli jakimś zyskiem, ale taka motywacja nie wpisuje się w definicję korupcji. Inaczej byłoby, gdyby zawodnik, bądź ktoś w jego imieniu, obiecał lub dał coś kapitanowi za wybór do składu drużyny (istnieją takie pojęcia, jak korupcja sportowa, sprzedajność i przekupstwo sportowe oraz płatna protekcja sportowa).

Przyjmijmy jednak, że do niczego takiego na podwórku nie doszło. Potrafię w związku z tym zrozumieć, że szef jakiegoś resortu, zwierzchnik w urzędzie, lub ktoś piastujący kierownicze stanowisko w jakiejś spółce, woli otaczać się osobami, które zna, którym ufa, z którymi podziela poglądy i wizję na lepszą przyszłość. Bo wie, że z takimi ludźmi będzie mu łatwiej współpracować, niż z oponentami, czy kimś wrogim. Sam też wolałbym pracować z osobami, które lubię, cenię, które są mi życzliwe, które nie będą utrudniać poczynań, lub torpedować moich zamiarów. Ale nie potrafię usprawiedliwić sytuacji, gdy przyznanie stanowiska wiąże się z łapówką, bo w takim wypadku zyskuje zwierzchnik, ale niekoniecznie firma, załoga, czy drużyna.

Uważam, że problem nie do końca leży w samym zjawisku nomenklatury i przydzielania stanowisk poplecznikom. Problem głównie leży w ich kompetencjach. Gdyby ci ludzie świetnie sprawowali swe funkcje, bez nadużyć, korupcji, zaniedbań… po prostu bez zarzutu – to pewnie nie mielibyśmy takich obiekcji wobec sposobu ich wyboru. Pewnie dla wielu brzmi to dość kontrowersyjnie, gdyż razi nas, kiedy podczas rekrutacji ktoś odpadnie, bo nie jest dzieckiem starych znajomych szefa. Ale przecież na co dzień dokonujemy podobnych wyborów, w których faworyzujemy osoby nam bliższe.

Jasne, że na stanowiskach publicznych oczekujemy w tym względzie bezstronności, sprawiedliwości i nominacji według klucza kompetencji, uczciwości i pracowitości. Bądźmy jednak realistami – za tym zawsze stoją ludzie, ze swymi ułomnościami, stereotypami, uprzedzeniami i preferencjami. Trzeba się z tym pogodzić (a może jednak nie?). Jak długo człowiek nie zmieni się, nie poprawi, jako istota – tak długo urzędnik, dyrektor, czy kapitan podwórkowej drużyny będą kierować się upodobaniami.

 Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 13 stycznia o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: daj, byś otrzymał. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i przekupić nas do swego stanowiska.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Starożytni Ateńczycy też mieli swój Smoleńsk

Wszystko już było i to, co się dzieje to tylko jąkanie historii. Dwa i pół tysiąca lat temu Grecy, tak jak my, mieli potężnego sąsiada i też mieli demokrację. Co śmieszniejsze mieli też swój Smoleńsk. Rolę napromieniowanej Czarnobylem metropolii czerwonoruskiej odgrywał w tamtych odległych, ale równie głupkowatych czasach Archipelag Arginuzyjski. Ateńscy wodzowie pokonali tam Spartan uwalniając z oblężenia jedną z własnych armii, którą Spartanie zamknęli w potrzasku. Było tych wodzów ośmiu. Ich pech polegał na tym, że pod koniec bitwy rozpętała się burza morska, przez co nie mogli uratować rozbitków ze zniszczonych okrętów Ateńskich. Po powrocie do Aten kazano strategom tłumaczyć się z tego, że nie ratowali rozbitków, a uznano, że to musi być ich, tzn. wodzów wina, ponieważ oni sami nikogo innego nie obwiniali, a całą winę zwalali na brzozę, oj pardon, burzę. Oto fragment w którym Ksenofont opisuje początek śledztwa arginuzyjskiego:

Bitwa pod Arginuzami — zdjęcie z epoki (LOW RES)

[…] w radzie opowiadali strategowie o bitwie i o gwałtowności burzy. Kiedy jednak Timokrates oświadczył, że i pozostałych strategów należy uwięzić i pod sąd oddać, rada i ich uwięziła. Następnie odbyło się zgromadzenie ludowe, na którym inni poczęli oskarżać strategów, a zwłaszcza Teramenes, że powinni się wytłumaczyć przed sądem z tego, że nie uratowali rozbitków, a na dowód, że oni nikogo innego o to nie winili, pokazywał list, przysłany przez nich do rady i narodu ateńskiego, nie szukający winy w niczym innym poza burzą. Potem jednak każdy ze strategów wygłosił krótką obronę, gdyż nie dano im zgodnie z prawem czasu na dłuższe przemówienie, a wszyscy przedstawili przebieg wypadków: że oni sami płynęli na wroga, ratować zaś rozbitków nakazali dowódcom okrętów, ludziom do tego odpowiednim, byłym strategom, Teramenesowi i Trasybulowi, oraz innym podobnym — i jeżeli koniecznie trzeba kogoś obwiniać w sprawie ratowania rozbitków, to nikogo innego poza tymi, komu to było nakazane; „Z tego powodu, że oni nas obwiniają — mówili oni — nie będziemy kłamliwie twierdzić, że to oni sami są sprawcami nieszczęścia, lecz że gwałtowność burzy przeszkodziła ratowaniu” — i na potwierdzenie tego jako świadków stawiali sterników i wielu innych uczestników wyprawy [Ksenofont, Historie greckie, ks. I, VI, 5–7]. Czytaj dalej

3.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Szklany sufit szklanych domów, czyli Dzień Kobiet

Od ponad stu lat kobiety świętują swój dzień. U jego podstaw leżała chęć zwrócenia uwagi na kobiecą niedolę, brak poszanowania i równouprawnienia. Skoro Dzień Kobiet nadal jest obchodzony, to najdobitniej dowodzi, iż jego przesłanki nie ustały.
Trudno jest być kobietą. Skąd to wiem? Bo mi się nie udało. I, broń Boże, nie pozwalam sobie żartować. Nie chodzi mi bowiem o fizyczną zmianę płci. Przy dostatecznym samozaparciu, z pomocą współczesnej medycyny, można tego dokonać. Będzie to jednak zmiana w obrębie cielesności. Tymczasem mam na myśli raczej tą wewnętrzną kobiecość. Wszystkie aspekty człowieczeństwa, którymi różni się od męskich. I tu mogą oburzać się te sufrażystki, feministki i emencypantki, które z uporem twierdzą, że różnice mentalne między płciami to mit. Ja uważam, że są czymś realnym. A co więcej – odnoszę wrażenie, graniczące z przekonaniem, że tzw. kobiece cechy charakteru i przymioty ducha w większej mierze przynoszą chlubę ludzkiemu rodzajowi, niżeli męski zestaw cnót i zalet.

Czytaj dalej

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Niewolnictwo przyszłości

Od pewnego czasu sztuczna inteligencja zajmuje umysły wielu ludzi. Ha! – jak to zabrzmiało: sztuczna inteligencja w umysłach ludzi. Ale ja nie o tym. Generalnie ci, którzy się nią głębiej interesują, zazwyczaj współdzielą obawy o przyszłość ludzkości. Dostrzegają bowiem szereg możliwych zagrożeń, jakie najprawdopodobniej ściągniemy na siebie rozwijając tą dziedzinę technologii. Stała się też ona obiektem zainteresowań etyków i filozofów. Rozważa się bowiem zakres odpowiedzialności moralnej za działania podjęte przez urządzenia korzystające z AI (ang. Artificial Intelligence). Również Komisja Europejska żywo interesuje się kierunkami rozwoju sztucznej inteligencji; nie tak dawno opublikowała tzw. białą księgę, traktującą o możliwych formach regulacji AI w Unii Europejskiej. To nie książka fantastyczna, ale przyczynek do regulacji prawnych. Przede wszystkim idzie o to, że

Europejskie podejście do sztucznej inteligencji ma na celu promowanie zdolności innowacyjnych Europy w obszarze sztucznej inteligencji, jednocześnie wspierając rozwój i wykorzystanie etycznej i godnej zaufania AI w całej gospodarce UE. AI powinna pracować dla ludzi i być siłą, która działa na rzecz dobra społeczeństwa…”

Obecnie wielkie koncerny i rządy wielu państw walczą o prymat w zarządzaniu sztuczną inteligencją. A ta coraz silniej dotyka każdego z nas. Nie jest to już tematyka futurystów i fantastów.

Jakiś czas temu Microsoft zerwał współpracę z kontraktowymi dziennikarzami, by zastąpić ich sztuczną inteligencją. To ona ma dobierać i publikować w serwisie giganta odpowiednie materiały. Proces uczenia maszynowego pozwala SI  (polski skrót Sztucznej Inteligencji) tworzyć coraz obszerniejsze artykuły w oparciu o choćby nieskładne gramatycznie zdanie, lub ledwie kilka słów kluczowych. Mamy też przykład z innego podwórka. Po śmierci Marvina Minsky’ego jednego z prekursorów badań nad SI, ukazał się w magazynie “Wired” tekst poświęcony zmarłemu – w całości napisany przez algorytm, któremu przekazano suche dane biograficzne.

W branży marketingowej też sięga się po SI, zwłaszcza, że hasła reklamowe tworzone przez roboty bywają bardziej chwytliwe i oryginalne od tych wymyślonych przez człowieka. Nie upowszechnia się to jeszcze tylko dlatego, że wdrożenie technologii sztucznej inteligencji pociąga wysokie koszty inwestycyjne. Są jednak firmy, które mogą sobie na to pozwolić. Żywo interesuje się tym Uber – gigant branży transportowej – gdyż wykorzystując SI można usprawnić procesy logistyczne: obsługiwać klientów – przy tym wielu równocześnie, oszacować czas i koszty dostawy, przyspieszyć proces dostarczenia przesyłki. Niedługo upowszechnią się samojezdne taksówki i ciężarówki, rozwija się też segment dronów powietrznych. Tymczasem automaty już piszą raporty giełdowe, komunikaty o trzęsieniach ziemi, tabele wyników sportowych, bo komputery są szybsze i dokładniejsze, szczególnie gdy chodzi o powtarzalne, żmudne i czasochłonne czynności. Czytaj dalej

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLI – czyli niesprawiedliwość piękna

W tym miesiącu filozoficzna kawiarenka podporządkuje się rygorom pandemii. Toteż będzie wyglądała tak, że zainteresowani zaparzą sobie kawę w domu. Postanowiłem jednak coś do tej kawy dodać.

***

Jest niewątpliwie kwestią indywidualną to, na jakie elementy wyglądu w pierwszej kolejności zwraca się uwagę, choćby patrząc na mijanych lub spotykanych ludzi. Ktoś najpierw taksuje wzrokiem całość sylwetki, a potem przygląda się twarzy; ktoś inny najpierw skupia się na ładnych rysach, a potem przygląda reszcie; jeszcze ktoś zwróci uwagę na którąś część ciała, np. zgrabność pośladków, albo szerokość barków, a dopiero potem ich proporcje względem całości. Tak, czy inaczej, dopiero znalezienie u kogoś tego, co nas ujmuje, co niejako opromienia i w połączeniu z resztą olśniewa – jest decydujące w ocenie. Zauważył to w swoim czasie św. Tomasz, stwierdzając: Piękno polega na właściwej proporcji i blasku.

Zasadniczo jednak w kwestii powierzchowności, kiedy mówimy o kimś, że jest piękny, lub szpetny, to odnoszę wrażenie, iż mamy na względzie przede wszystkim twarz. Ona jest niejako wizytówką, podstawowym elementem identyfikacyjnym, a jednocześnie nośnikiem cech, które wpisują się, bądź nie w przyjęte kanony urody. I nawet kiedy znamy kogoś tylko ze słyszenia – dlatego, że poznaliśmy go telefonicznie, albo słuchamy jego głosu w radiu, ewentualnie na nagraniach – to często wyobrażamy sobie jego wygląd; jakby kojarząc z głosem pewien typ człowieka. I raczej słuchając tubalnego, tudzież szorstkiego głosu, nie mamy przed oczami drobniutkiej sylwetki o dziecięcych rysach twarzy. A wysoki, piskliwy głosik nie pasuje nam do grubo ciosanego draba. I nasze postrzeganie osób, w tym dopisywanie im pewnych cech charakteru, jest jakoś powiązane z wyrazem twarzy, jej mimiką, a nawet stopniem zadbania.

Narodziny_Venus_Sandro_BotticelliNiestety, oceniamy ludzi po wyglądzie. Co więcej, wydaje mi się, iż czasami, kiedy ktoś ma piękną twarz, to ludzie są w stanie przymknąć oko na pewne mankamenty reszty jego ciała. Rzadziej chyba gotowi są uznać osobę za atrakcyjną, gdy ma wyjątkowo zgrabne ciało, ale przy tym brzydkie rysy twarzy. Czemu o tym wspominam? Otóż, okoliczności epidemii sprawiły, iż niemal wszyscy noszą maseczki. Zatem na mieście można spotkać więcej potencjalnie pięknych ludzi. I tym samym potencjalnie lepszych. Gdyż komuś o miłej dla oka aparycji, na ogół przypisujemy dobre cechy charakteru. Nierzadko bezpodstawnie. Czytaj dalej

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XL – czyli jak Platon został kobietą

Zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, toteż spotkanie Pogadalni odbędzie się w formule kawiarenki filozoficznej. Jako że kalendarz sytuuje w pobliżu Dzień Kobiet, postanowiłem na swój sposób refleksyjnie to uwzględnić.

***

Wszystkich – bez wyjątku – którzy zetknęli się z dziełami Platona, wielce raduje to, że powstały i zachowały się do naszych czasów. Jednych dlatego, że podziwiają, bądź podzielają ów tok myślenia – innych dlatego, że mają twarde dowody przeciwko autorowi. A przynależy on do tych szczęśliwców (lub pechowców – w zależności kto ocenia), których dorobek zachował się właściwie w komplecie. Ba, zostało po nim nawet więcej tekstów, niż sam napisał. Pomyślmy jednak, co by było, gdyby całą spuściznę po tym filozofie stanowiło tylko jedno zdanie. Coś jak: Carpe diem Horacego – albo Heraklitowe: Panta rhei. Gdyby ostał się wyłącznie jeden wers i może trochę ogólnych relacji o Platonie w zapiskach innych postaci historycznych, które znały tego myśliciela i słyszały o jego wydumanych ideach.

Trafiłem na jedno takie zdanie, że gdyby to właśnie ono było wszystkim, co przetrwało po Platonie, malowałby się dość ciekawy obraz jego filozofii. Z wypowiedzi tej, jakkolwiek krótkiej można wyciągnąć szereg zaskakujących wniosków. I żeby było ciekawiej, od nich zacznę, nie zdradzając cytatu, jaki mnie ku nim sprowokował.

Mam powody przypuszczać, iż Platon uważał, że zło i ludzkie słabości są w pewnym stopniu koniecznością. Warunkiem wręcz, jeżeli ludzki ród ma uniknąć wyginięcia. A skoro to zapewnia nam przetrwanie, to w jakimś sensie jest dla nas dobre. Dochodzimy zatem do paradoksu: oto zło, które w nas tkwi i czasem dochodzi do głosu, to samo, które powoduje upadek człowieka, jednocześnie pozwala ludzkości wciąż istnieć. Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXIII – czyli im gorszy, tym lepiej

Właściwie powinienem zatytułować ten krótki wpis odwrotnie: Im lepszy, tym gorzej, lecz jakoś mi to źle brzmiało. Zresztą nie ma większego znaczenia, od której strony do tego podejść, bo zasadniczo nie ma większego znaczenia sam pretekst (ale cóż w ogóle ma znaczenie? – że tak filozoficznie zapytam). Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak zapamiętujemy ludzi?

Jeszcze będąc sztubakiem pomniejszej nyskiej podstawówki (ładne kilkadziesiąt lat temu) usłyszałem od nauczycielki spostrzeżenie, które potem znajdywało potwierdzenie w mych własnych obserwacjach przez kolejne lata edukacji. Mianowicie, że nauczyciele najszybciej zapamiętują imiona, a po latach najdłużej pamiętają uczniów, którzy są krnąbrni, niesforni i słabo się uczą. Najwyraźniej pamięć wzmacniały nerwy zszargane podczas bezskutecznych prób okiełznania delikwentów, sprawiających problemy wychowawcze i dydaktyczne. Przy okazji zauważyłem, że odwdzięczamy się tym samym; najlepiej i najdłużej pamiętamy ostrych, wymagających pedagogów, przez których w swoim czasie sporo wycierpieliśmy. Czytaj dalej

4.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXX – czyli bezsens sprawiedliwości

W pierwszy poniedziałek lutego Pogadalnia spotka się w formule filozoficznej kawiarenki i rozważy sensowność sprawiedliwości.

Maarten van Heemskerk, Sprawiedliwość (1556)

Wyobraźmy sobie dwa królestwa. W jednym za każde złamanie prawa winnego czekała nieuchronna kara. W drugim nie przykładano do tego dużej wagi i często poddanym przewinienia uchodziły płazem. W pierwszym królestwie, mimo, że kary były adekwatne i nieuniknione, to przestępstwa i tak się powtarzały. W drugim przestępstw było z grubsza tyle samo, ale rzadko kogoś za nie ścigano. Pytanie brzmi: czy nieefektywna, bezowocna sprawiedliwość ma sens. Jeśli nie zapobiega ponownym występkom, to może w ogóle nie ma znaczenia. Czy sam fakt, że zbrodnia zostaje zawsze ukarana, sprawia, iż społeczeństwo w pierwszym królestwie jest bardziej moralne, niż w drugim? Wszak w obu nadal dochodzi do kolejnych przestępstw.

Nie mogąc znaleźć sprawiedliwości znaleziono siłę.

Blaise Pascal

Powyższy przykład dwóch królestw jest tylko wymyśloną historyjką. Wesprę go zatem czymś z życia wziętym. Kiedy byłem dzieckiem – a pełnoletniość osiągnąłem prawie trzydzieści lat temu – za niemal każde przewinienie czekała mnie bardziej lub mniej surowa kara. Piszę „niemal” gdyż na szczęście nie wszystkie błędy dziecięctwa wyszły na jaw. A że karę cechowała cierpliwość, to dotąd mnie czekała, aż się w końcu doczekiwała. Co nierzadko przyjmowałem z ubolewaniem uszu, kończyn i części poślednich – ponieważ standardem była kara fizyczna, plus ewentualne bonusy, jak szlaban na coś, dodatkowe obowiązki, wnikliwszy dozór itp. Nie byłem jednak w tym odosobniony. Bito mnie, bito moich kolegów. Bili rodzice, bili nauczyciele (oj! dłoń smagnięta linijką piekła przez całą lekcję, ale człowiek i tak wolał to, niż pałę z zachowania, albo pisemną uwagę w zeszycie do podpisania przez rodzica). Dostawaliśmy karę, czy nawet lanie, a po pewnym czasie – no, cóż – znowu byliśmy nieposłuszni. I ponownie dostawaliśmy w skórę. A potem, niepomni uprzednich nauk, pakowaliśmy się w kolejne kłopoty. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Dlaczego cynizm jeży nam włosy na głowie?

Ciągle gdzieś tam o TYM wspominam, robię wtręty i zaznaczam, że COŚ tam jeszcze mam. Czas rzucić myśl otwarcie. Chodzi o pewną moją poboczną hipotezę dotyczącą źródeł naszej fascynacji psychopatami, takimi jak dr House MD, Dexter, Machiavelli, Robespierre czy dr Hannibal Lecter. Oto moja ryzykowna odpowiedź na pytanie: Co nas pociąga w psychopatach?

Dopiero co wyszła z druku moja książka o cynizmie. Na pomysł zajmowania się cynizmem wpadłem, prowadząc zajęcia z filozofii na Pedagogice. Był to rok 2013. Miałem dziwny start semestru zimowego. Na każdych zajęciach zaczynałem on monologu pt. Ja was tu tylko omamiam jakąś bezsensowną paplaniną o filozofii. Wszystko to ściema i pierdzielenie od rzeczy dla naiwniaków. Potem kiedy zaczynała się dyskusja i jakaś studentka wspomniała o szczęściu albo sensie życia, odparowywałem uwagami w rodzaju: „Szczęście jest dla ludzi słabych, którzy nie czują się na siłach stawić czoła prawdziwym wyzwaniom!” albo: „Sensu życia szukają tylko rozmemłani mazgaje, którzy sami nie potrafią robić nic sensownego”. Ku mojemu zaskoczeniu wywoływało to bardzo zażarte dyskusje, a zajęcia prowadziły się same. Przestałem mieć myśli samobójcze po 30 minutach i przestałem gasić światło, żeby uwolnić się od widoku żaczych facjat. Coś zadziałało. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXIV, czyli prawo do nieprawomyślności

Najbliższy poniedziałek, jako że pierwszy w miesiącu, będzie okazją do spotkania w formule filozoficznej kawiarenki. Szczegóły poniżej. A co będzie tematem dysputy? Poniekąd prawo i nieprawomyślność. Ponieważ termin „nieprawomyślność” obejmuje szeroki zakres znaczeń, od razu napomknę, iż w tytule chodziło mi o myślenie i postawę niezgodne z obowiązującym prawem. Przyznaję, porywam się z motyką na Słońce, ba! ledwie z małą i złamaną motyczką, gdyż nie mam wykształcenia prawniczego. A to byłoby pomocne w formułowaniu wywodu. Tym chętniej dowiem się od kogoś biegłego w tej materii, jak to właściwie jest…

Przyjęło się, iż przekraczając granicę jakiegoś kraju, zgadzamy się respektować panujące w nim prawo, jakie by nie było. W zasadzie automatycznie mu podlegamy. Jeśli jest to na przykład państwo totalitarne, albo rządzone przez despotę, to mimo powszechnej dezaprobaty (w tym opinii międzynarodowej) i tak musimy przestrzegać tego reżimowego, czy niesprawiedliwego prawa. Jeżeli nie chcemy tego robić, to w zasadzie mamy trzy wyjścia: albo tam nie jechać i uniknąć owego przymusu, albo jechać, złe prawo złamać i ponieść przewidzianą tamtym prawem karę, albo znaleźć skuteczny sposób, by to prawo zmienić. Pierwsze rozwiązanie nas nie interesuje, bo rozważamy problem szanowania złego prawa. Drugie rozwiązanie jest o tyle ciekawe, że za cenę np. własnej wolności, zwrócimy uwagę świata na niesprawiedliwość tego prawa i być może przyczynimy się do zrobienia kroku w kierunku trzeciego rozwiązania, czyli reformy prawa. Najczęściej jednak znajdujemy się w sytuacji, gdy jadąc do takiego kraju, kornie podporządkowujemy się jego złym prawom. No niby chluby to nam raczej nie przynosi, ale co można zrobić; jesteśmy zwykle bezsilni. Czytaj dalej

3.6/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2