Archiwa tagu: św. Franciszek

Chrześcijaństwo dla czterdziestolatków czyli mocna riposta na śmieszny tekst o brodzie

 

Koledze Houndowi udało się mnie poruszyć. Poruszył, trochę rozbawił ale też zasmucił mnie jego wpis pt. Brodaty Chryst. Poczułem niemal namacalnie smutek jaki kryje się gdzieś za żartobliwą formułą tekstu i zrobiło mi się żal (autora, samego siebie, Ukrzyżowanego?)  Ukrzyżowany nagi młody mężczyzna jest, jak gdzieś zauważył Jung, archetypem współczesnego Europejczyka. Nosimy w sobie Ukrzyżowanego, nolens volens. Każdy myślący człowiek jest świadom cierpienia jakie niesie życie i szanuje heroizm tych, którzy pomimo bólu zachowują wysokie standardy i poczucie odpowiedzialności za innych. Kiedy autor pisze „chłopak z Nazaretu” też, moim zdaniem, na swój sposób wyraża tę bliskość. Nazarejczyk jest mu bliski – Hound przyjmuje tu maskę cynika aby poruszy tych, którzy, jak powiada nie potrafią wymienić imion ewangelistów.  I udało mu się. Wytrącił mnie niedzielnego chrześcijanina z równowagi, pisząc o Jezusie „lekkomyślny przywódca”. Nie chodzi nawet o samo sformułowanie, ale o ton, w jakim pisze o najważniejszej historii tej konkretnej dwunogiej nieopierzonej istoty jaka chodziła po tej planecie. Przemawiając z pozycji współczesnego człowieka rozumu, znawcy ludzkiej historii i filozofa,  umieszcza Jezusa w gliniastej dziurze brodatych Nozarejczyków. Zanim wrócimy do wątku historycznego, warto wspomnieć coś o stylu Martina  Hounda, aby nie uznał, że nie zrozumiałem jego intencji. Wiem, że ze zmieniania pozycji retorycznych uczynił on  sztukę. Kiedy przechodzi na pozycje znawcy, świadomie wywołuje dreszcze u widowni. Celem tej operacji jest poruszenie słuchaczy, wyrwanie ich z intelektualnego marazmu, twórczy zamęt, wywołanie inspirującej dyskusji. Taki retoryczny cynizm. Marcin Hound, badając starożytne teksty odkrył to retoryczne narzędzie przez niektórych cyników stosowane i sam niekiedy ze swadą z niego korzysta. Pisząc o Jezusie, dotyka jednak obszaru, gdzie nie można już się zasłaniać retoryką. Dlatego pytam:  Czy przywdziewanie maski cynika to to samo, co bycie cynikiem? No i, co było przyczyną mojego smutku, gdzie autor schował swój krzyż, pisząc tak lekko o tym najsłynniejszym? Tak lekko, że aż ja poczułem ciężar swojego, czytając jego tekst.

Dwa dni temu wróciłem z Asyżu. Oglądałem freski Giotta w bazylice św. Franciszka. Na jednym z nich, Franciszek stoi nagi w obecności władz państwowych i kościelnych. Tu wychodzi cały jego cynizm antyczny. Miał w nosie, co sobie o nim pomyślą, bo czuł, że żyje. Czuł się wolny. Czytaj dalej

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta: o ewolucji duszy

Swoim zwyczajem, na czas świąt przesyłam garść przemyśleń z pogranicza filozofii, teologii i nienaukowego mędrkowania.

https://i0.wp.com/cyfrowe.mnw.art.pl/Content/3671/grobnid4307.jpg?resize=310%2C449Jezus oddał za nas życie. Ale czy za nas w całości? Nie. Tak właściwie, w dziele zbawienia chodziło wyłącznie o nasze dusze. I refleksją na temat ludzkiej duszy chciałem się właśnie podzielić. Nie chcę sięgać po jej rozliczne definicje – łatwo znaleźć jej rozmaite koncepcje, od starożytnych filozofów, przez teologów, po dzisiejszych psychologów. Ponieważ jednak – ze względu na kontekst świąt – będę nawiązywał do religii, to wypada wtrącić, iż poszczególne wyznania, różnie duszę pojmują, a nawet wśród odłamów samego chrześcijaństwa nie ma zgody co do jej definicji, funkcji, wartości i nieśmiertelności. Według Kościoła Katolickiego dzięki duszy ludzie mogą racjonalnie myśleć, rozumieją pojęcia abstrakcyjne, potrafią wierzyć w życie po śmierci oraz w Boga, czują empatię, mają wolną wolę i poczucie godności.

Zainspirował mnie temat rozmowy ze znajomym filozofem. Usłyszał on, jak pewnemu księdzu profesorowi zadano ciekawe pytanie dotyczące duszy. Jego sens był mniej więcej taki: czy Neandertalczyk miał duszę? Odpowiedź, jaka padła, zdaje się była wymijająca, ale czyż nie jest to frapujące zagadnienie. Tylko pomyślmy.

Jeśli przyjąć wykładnię biblijną, to spośród wszystkich rajskich stworzeń, duszę otrzymał tylko człowiek. Ale biorąc pod uwagę stan wiedzy o ewolucji, pojawia się pytanie, jakie stworzenie boskie można już uważać za człowieka. Czy dopiero obecnego Homo Sapiens Sapiens? Czy może już wcześniejszego Homo Erectus? A może jeszcze wcześniejszą postać, na poły małpowatą, jaką był Homo Habilis? No właśnie, ile musiało być człowieka w małpie, żeby Bóg obdarzył go nieśmiertelną duszą? Czy wystarczyło 51% cech ludzkich, czy jednak 90%.

Kościół unika odpowiedzi, niemniej nie neguje samej ewolucji człowieka. Papież Pius XII stwierdził, że uczeni i teolodzy – badając sprawę pochodzenia ciała ludzkiego z istniejącej wcześniej materii organicznej – mogą uwzględniać teorię ewolucji, czyli dopuszczał tezę wyewoluowania ludzkiego ciała ze świata zwierząt. Kazał jednak pamiętać, iż duszę stworzył bezpośrednio Bóg. Również papież Jan Paweł II przyznał, że ewolucja jest czymś więcej niż hipotezą.

Jak wiemy, ewolucja nie przebiega skokowo, nie jest tak, że jednego lata rodzą się przedstawiciele Homo Habilis, po czym występuje mutacja i następnego lata wszystkie nowe dzieci są już z gatunku Homo Ergaster. Rodzice byli bardziej zwierzętami, toteż obywali się bez duszy, zaś ich potomstwo przypominało bardziej człowieka, wobec czego Stwórca obdarzył je duszą. Nic z tych rzeczy! Ewolucja to powolne zmiany i jednoczesne funkcjonowanie starych oraz nowszych form, obok siebie. Gdyby Bóg zdecydował się na swój szczodry gest w pewnym konkretnym, określonym momencie, to mogłoby być tak, że pierwsze dziecko danej matki było jeszcze bezduszne, ale kolejne już uduchowione. Ba! mogłoby się trafić, że jedno z bliźniąt było bez duszy, a drugie już załapało się do szczęśliwszej puli i otrzymało szansę na trafienie do raju (tudzież piekła). Czytaj dalej 4.88/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)