Archiwa tagu: szczęście

Dlaczego cynizm jeży nam włosy na głowie?

Ciągle gdzieś tam o TYM wspominam, robię wtręty i zaznaczam, że COŚ tam jeszcze mam. Czas rzucić myśl otwarcie. Chodzi o pewną moją poboczną hipotezę dotyczącą źródeł naszej fascynacji psychopatami, takimi jak dr House MD, Dexter, Machiavelli, Robespierre czy dr Hannibal Lecter. Oto moja ryzykowna odpowiedź na pytanie: Co nas pociąga w psychopatach?

Dopiero co wyszła z druku moja książka o cynizmie. Na pomysł zajmowania się cynizmem wpadłem, prowadząc zajęcia z filozofii na Pedagogice. Był to rok 2013. Miałem dziwny start semestru zimowego. Na każdych zajęciach zaczynałem on monologu pt. Ja was tu tylko omamiam jakąś bezsensowną paplaniną o filozofii. Wszystko to ściema i pierdzielenie od rzeczy dla naiwniaków. Potem kiedy zaczynała się dyskusja i jakaś studentka wspomniała o szczęściu albo sensie życia, odparowywałem uwagami w rodzaju: „Szczęście jest dla ludzi słabych, którzy nie czują się na siłach stawić czoła prawdziwym wyzwaniom!” albo: „Sensu życia szukają tylko rozmemłani mazgaje, którzy sami nie potrafią robić nic sensownego”. Ku mojemu zaskoczeniu wywoływało to bardzo zażarte dyskusje, a zajęcia prowadziły się same. Przestałem mieć myśli samobójcze po 30 minutach i przestałem gasić światło, żeby uwolnić się od widoku żaczych facjat. Coś zadziałało.

Ktoś inny mógłby się po prostu ucieszyć, że zajęcia przyjęły przyjemniejszy obrót. Nie ja. Ja z wrodzonym sobie fatalizmem zacząłem zachodzić w głowę, jak to się stało, że moja dydaktyczna niedola się skończyła. Skoro świat jest piekłem, myślałem z właściwym sobie optymizmem, to dlaczego zamiast dalej cierpieć konwersatoryjne katusze, mogę sobie spokojnie pogadać ze studentami. Dlaczego do jasnej ciasnej przestałem się męczyć na zajęciach? Nie dawało mi to spokoju. Każdą kroplę spokoju ducha darowaną mi przez udane zajęcia marnowałem na rozdzierające płaty mózgowe rozmyślania. Co poszło tak!

Jestem człowiekiem dziwnym. Są ludzie, którzy wzruszają się na filmach o miłości. Albo np. na widok wiosennych kwiatów. Mnie wzruszają teksty filozoficzne. Ale nie wszystkie. Pamiętam jak którejś wigilii, pewnie z 15 lat temu, zabrałem się za czytanie Platońskiego Państwa. Czytam, czytam, a tu nagle jak mnie nie pierdziolnie w łeb taki fragment:

Ja twierdzę, że to, co sprawiedliwe, to nic innego, jak tylko to, co leży w interesie mocniejszego […] człowiek sprawiedliwy wszędzie ma mniej niż niesprawiedliwy. Najpierw w interesach, w spółkach. Gdziekolwiek się taki jeden z drugim zwiąże, to przy rozwiązaniu spółki nigdy nie znajdziesz, żeby sprawiedliwy miał z niej więcej niż niesprawiedliwy. A następnie w stosunku do państwa, kiedy chodzi o podatki, to z jednakich dochodów sprawiedliwy wpłaca więcej, a niesprawiedliwy mniej. A jak można coś dostać, to ten nie dostaje nic, a tamten zyskuje grubo. A znowu jak jakiś publiczny urząd spełnia jeden i drugi, to dla sprawiedliwego jest kara — jeżeli już nie inna, to ta, że jego własne gospodarstwo schodzi przy tym na psy, bo on nie ma czasu dbać o nie, a z publicznego grosza takiemu nic nie przyjdzie, bo on jest sprawiedliwy, a oprócz tego jeszcze zaczynają go nienawidzić krewni i znajomi, kiedy im nie chce oddawać żadnych przysług wbrew sprawiedliwości. A u niesprawiedliwego wprost przeciwnie. Ja mówię o tym, o którym przed chwilą mówiłem, o takim, co grubo potrafi pamiętać o sobie. Ty na takiego patrz, jeżeli chcesz ocenić, o ile lepiej człowiek wychodzi w swoich prywatnych sprawach na niesprawiedliwości niż na sprawiedliwości.

Mówi to Trazymach. Sofista, który postanowił przeszkodzić podlizującym się sobie nawzajem kolejnymi świętoszkowatymi definicjami sprawiedliwości rozmówcom Sekratesa. Za słodko mu było od tych wszystkich: „Masz rację Sokratesie!”, „Jakże by nie Polemarchu?!” i „Mądrześ powiedział Kefalosie”. Za słodko do porzygania. Tego, co wyżej mu nie wystarczyło. Kiedy Sokrates zaczął mu biadolić, że politycy dbają o swoich poddanych jak pasterze o swoje owce, albo jak lekarze o swoich pacjentów wygarnął mu taką refleksję:

Bo tobie się zdaje, że pasterze owiec i krów mają na oku dobro owiec i krów i tuczą je, i chodzą koło nich, mając na oku coś innego niż dobro swoich panów i własne, i tak samo ci, co rządzą w państwach, którzy naprawdę rządzą, myślisz, że jakoś inaczej się odnoszą do rządzonych niż jak do owiec i o czymś innym myślą nocą i dniem, jak nie o tym, skąd by wyciągnąć jak największą korzyść dla siebie

Tutaj dosłownie przeszły mnie ciarki. Pamiętam ten wieczór jak dzisiaj. 
Zbierałem swój mózg z podłogi. Ale dlaczego? Co dało taki mind blowing effect?

Po jakimś czasie zrozumiałem. Ale zanim o tym…

Słyszeliście kiedyś o psychopatach? Podobno bardzo zabawnie się z nimi rozmawia. Człowiek po półgodzinnej pogawędce ma ochotę się wykąpać i wypić pół litra. „Ale Niezbity Psie — powiecie — ja zawsze piję po półgodzinnej pogawędce. Skąd mam wiedzieć, że gadałem z psychopatą?” Są na to sposoby. Można niby to przypadkiem, w ramach gier towarzyskich podsunąć takiej osobie test do rozwiązania. Że niby ciekawy z Gali wycięty, czy co tam. Test nazywa się PCL (Psychopaty Check List). Opracował go niejaki Richard Hare i służy on dzisiaj powszechnie do wykrywania osób w spektrum psychopatii. Angielską wersję znajdziecie tutaj. Wyniki są w skali od 1 do 40. Jeżeli ktoś ma powyżej 30, jest w spektrum psychopatii. Ja mam 28, czyli jestem psychopaciątkiem. Jak już zbadacie swojego rozmówcę tym testem, to dowiecie się nie tylko, że jest psychopatą i że lepiej w tych wyborach, w których startuje na niego nie głosować, ale będziecie też znali inne jego cechy. Dowiecie się, że dobrze wykrywa słabe jednostki w grupach; że w ich mózgach podczas czuwania pojawiają się fale teta, które u normalsów obecne są tylko podczas snu albo transu (innymi słowy: psychopata cały czas jest w transie) i takie tam.

Jedną z cech, o których mowa jest specjalny sposób, w jaki psychopaci podejmują decyzje leksykalne polegające na składaniu w całość słów z rozsypanych liter. Normalny człowiek, szybciej składa z rozsypanych literek słowa, które robią na nim wrażenie emocjonalne takie jak „gwałt”, niż słowa neutralne uczuciowo takie jak „stół”. A psychopaci? Wszystkie słowa wyłapują i układają z podobną szybkością. Ładunek emocjonalny nie robi na nich wrażenia.

To dało mi do myślenia. Myślałem, myślałem i zamiast zostać od tego myśliwym, wpadłem ten rodzaj pomysłu, który ludzie z przedrostkami przed imionami nazywają hipotezą. Hipotezy służą do wyjaśniania. Żeby wyjaśnić czemu odjaniepawla się to czy owo wysuwa się na się co? Hipotezę, z której wynika, że tak, a nie inaczej musi się odjaniepawlać. Taki zabieg zaznaczamy mówiąc: Dzieje się tak, a nie inaczej, BO… i tu następuje hipoteza. Moja hipoteza, na razie robocza, wyjaśniła mi dlaczego stawały mi włosy na głowie, kiedy czytałem mowę Trazymacha i dlaczego tak dobrze szło mi na zajęciach tamtej zimy.

Popatrzcie na definicję sprawiedliwości, którą przysunął Sokratesowi Trazymach: „Sprawiedliwe jest to, co służy silniejszemu”. To zdanie brzmi frapująco. Gramatycznie i stylistycznie jest normalne jak kolejki w szpitalach i ustawione w gminie przetargi. Jest z nim coś nie tak na zupełnie innym poziomie. Trzeba zwrócić uwagę na słowo „sprawiedliwość”. Normalnie wywołuje ono pozytywne doznania emocjonalne: ciepło nam się kojarzy. Być sprawiedliwym to dobrze. Dobre są sprawiedliwe prawa. Liczymy na sprawiedliwe wyroki w sądach itd. A tutaj… Tutaj sprawiedliwość brzydko wygląda. Sprawiedliwość, która służy silniejszemu nie może się dobrze kojarzyć. Jeżeli definicja byłaby poprawna, to sprawiedliwe wyroki wydawane byłyby zawsze na korzyść tych, co mają pieniądze i wpływy. Trzymając się litery sprawiedliwego prawa, maluczcy działaliby zawsze na korzyść tych, co nimi rządzą. Bycie sprawiedliwym oznaczałoby prostoduszną naiwność — szkodzenie sobie. Kto, do jasnej anielki, chciałby być w takich okolicznościach sprawiedliwy? Taką definicję mógł wymyślić tylko ktoś, kto nie rozumie, co mówi, albo… nie czuje emocjonalnego sensu słowa „sprawiedliwość”.

Otóż to! Ot cała zagadka! Włosy nam stają dęba na głowie, kiedy słuchamy podobnych do Trazymachowych wywodów, bo coś w nas informuje nas, że oto stoimy oko w oko z psychopatą. Macie moją hipotezę. Wyjaśnia ona, dlaczego studentki pedagogiki tamtej zimy tak ostro reagowały na zdania w rodzaju: „Szczęście jest dla słabych”, albo: „O sens życia pytają tylko ciamajdy”. Niepokoiłem je, bo gadałem jak psychol. Moje 28 punktów w skali psychopatii przysłużyły się dydaktyce na tym naszym opolskim UJocie.

Czegoś tu jednak brakuje. Nie wszystko jeszcze się klei. Dlaczego właściwie spotkanie z psychopatą miałoby przyprawiać ludzi o gęsią skórkę i wprawiać ich w niezdrowe podniecenie? I na to pytanie znalazłem hipotetyczną odpowiedź. Mamy oto w naszym mózgu taką część, która nazywa się ciało migdałowate. Ma ono bardzo wiele funkcji, ale zasadniczo pozwala nam się odpowiednio skupić w sytuacjach, gdy pojawia się niebezpieczeństwo. Przez miliony lat najpoważniejszym niebezpieczeństwem, jakie czaiło się na naszych ssaczych przodków były węże — bezszelestni, bezgłośni, czający się w ciemnościach mordercy. Ewoluowaliśmy w obliczu ciągłej grozy rodzącej się w nas na ich widok. Kiedy nasi przodkowie dostrzegali pełzającego w ich stronę węża, zaczynali krzyczeć, tak jak to do dzisiaj robią nasi kuzynowie szympansy. Kiedy szympans zobaczy węża, zaczyna w charakterystyczny sposób krzyczeć, zwołując całe stado. Od węża nie wolno uciekać! Węża trzeba obserwować. Szympansy, które zobaczyły węża, nie mogą oderwać od niego wzroku. Krzyczą i wpatrują się w pełznące niebezpieczeństwo. Potrafią się tak wpatrywać w gadzinę godzinami.

Co to ma wspólnego z psychopatią? Wydaje mi się, że można przyjąć, iż obecność psychopaty wywołuje w naszych mózgach ten sam rodzaj reakcji. Studentka słuchająca moich cynicznych uwag, i ja czytając słowa Trazymacha z I księgi Państwa podzielaliśmy to samo uczucie: To coś jest tak niebezpieczne, że nie mogę przestać na to patrzeć.

To tylko spekulacje, powiecie, Tak, ale jako filozof muszę spekulować — nie znam się na niczym innym. Dowodów nie mam. Nie szkodzi: dowody są tylko w matematyce. Mam poszlaki. Podzielę się na koniec z wami jedną.

Najbardziej znanym filmowym psychopatą jest antybohater w filmie Milczenie owiec — dr Hannibal Lecter. Przebiegły morderca, który zastawiał sidła na swoje ofiary, a potem zjadał je, popijając chianti. Jim Carrey zapytał kiedyś Anthonego Hopkinsa, jak przygotowywał się do odegrania roli Lectera. Jaką sztuczką aktorską posłużył się dla wywołania takiego piorunującego wrażenia, jakie postać psychiatry psychopaty zrobiła na widzach. Hopkins powiedział, że starał się zachowywać jak wąż. Nie mrugać, odwracać się całym ciałem, wpatrywać się w ofiarę. Zadziałało na tej samej zasadzie, którą wam tu jak krowie na rowie wykładam. Widz nie mógł od niego oderwać wzroku.

Dzisiaj to na tyle. Czekam na wasze komentarze.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVII – czyli głupi to ma szczęście

Stali bywalcy, jak też część niestałych, kojarzą pierwszy poniedziałek miesiąca z Pogadalnią w konwencji filozoficznej kawiarenki. W najbliższy poniedziałek nie spotka ich zaskoczenie. Detale na końcu tegoż wpisu. Zaś wpis tym razem krótki, żeby nikt sobie nie pomyślał, iż o głupocie mam wiele do powiedzenia. Choć i o szczęściu zbyt wiele nie mam.

Wprawdzie Sokrates oficjalnie sugerował, że drogę ku szczęściu wskazać może sumienie…

Wielu ludzi przez całe życie poszukuje właściwej drogi do szczęścia i nie starcza im żywota, aby ją odnaleźć. Wszak lepiej by zrobili, gdyby od razu poszli i zapytali się własnego sumienia, dokąd dalej powinni podążać.

… jednak podejrzewam, że to tylko mydlenie oczu. Prawdziwą drogę – no, powiedzmy ścieżynę – dostrzegał gdzie indziej. I przy każdej okazji utrudniał innym podążanie po niej. Jak wiemy, Sokrates upierał się przy tym, że nic nie wie. Sądzę, iż zaklinał w ten sposób rzeczywistość, aby zbliżyć się do osiągnięcia szczęścia.

W piosence Wielka woda Agnieszka Osiecka napisała: nie daj mi Boże, broń Boże, skosztować tak zwanej życiowej mądrości. Święte słowa! Mądrość – zwłaszcza ta życiowa – wypływa z doświadczenia. A nikt nie lubi być doświadczonym przez życie, lub los. Kto więcej wie o świecie i życiu, najprawdopodobniej zna też więcej ciemnych stron tychże. Ta świadomość utrudnia beztroskie odczuwanie szczęścia. I tu pozytywną rolę może odegrać pewna forma głupoty.

          Alegoria głupoty. Quentin Massys

Pisarz i poeta, Anatole France najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, zauważywszy, iż: Człowiek nigdy nie jest szczęśliwy inaczej niż za cenę pewnej ignorancji. Ktoś, komu powiedzielibyśmy: jak ty nic nie wiesz o świecie / o życiu / o ludziach (niepotrzebne skreślić) – pewnie dzięki tej niewiedzy jest szczęśliwszy i ma mniej życiowych dylematów, rozterek i niektórych trosk. Zapewne mamy gdzieś w głowie wyobrażenie „wioskowego głupka”, który szwenda się po okolicy, skupia na trawce lub listku, godzinami gapi w kałużę, nie dba o wygląd i cudze docinki, za to z byle czego się ucieszy, niewiele rozumie, ale żyje w zadziwiającej harmonii ze światem, jest infantylny, prostolinijny i naiwny – a jednakowoż, jakoś w tym wszystkim szczęśliwy. Ponoć wiele osób, które urodziły się z zespołem Downa wykazuje radosną otwartość na otaczającą rzeczywistość; są ufne, pogodne, wrażliwe, nieświadome zagrożeń czyhających w świecie. Promieniują dziwną energią. Być może to właśnie szczęście. Osiągalne jedynie przy okazji pewnych niedostatków umysłowych.

Kto zaś dostrzega w świecie rozliczne niuanse, zauważa rozbieżności, widzi różne drogi i warianty, miota się w wyborach, rozważa alternatywne konsekwencje, temu o szczęście znacznie trudniej. Inny pisarz, Siegfried Lenz, podsumował to słowami: Szczęście to wolność od sprzeczności.

          Alegoria szczęścia wg Agnolo Bronzino

Trzeba jednak uczciwie wspomnieć, że głupota ma różne oblicza. Nie tylko jowialne, dobrotliwe i przyjazne. Czasem widać ją po kimś, kto ignorancję pokrywa pewnością siebie, a nawet bezczelnością. Nieraz jest świadom swej niewiedzy i tuszuje braki sarkazmem, częściej jednak ma przekonanie o swej nieomylności i wyższości. Przed tą głupotą kroczy pycha. Brakuje takiemu wrażliwości, bawi go cudza krzywda. Nie dba o innych, jest beztroski, aczkolwiek ów lekkoduch intuicyjnie zabiega o własną korzyść, a to szukając dla siebie uznania, potwierdzenia lepszej pozycji, a to czyniąc umizgi do osób wpływowych. To go czyni szczęśliwym. Do takiego indywiduum pasuje porada Gustava Flauberta (jeszcze jeden pisarz): Aby osiągnąć szczęście, trzeba spełnić trzy warunki: być imbecylem, być egoistą i cieszyć się dobrym zdrowiem. Jeśli jednak nie spełnicie pierwszego warunku, wszystko jest stracone.

W obliczu powyższych słów dziwnie zabrzmią następne. Ponieważ ludzie to istoty myślące (wiem, odważne uogólnienie), to przez sam fakt intensywnego używania rozumu, skazują się na oddalenie od szczęśliwości. Powiem więcej, nie są predestynowani do osiągnięcia szczęścia. Zafundowała nam to ewolucja i rozwój intelektualny; gdybyśmy pozostali prości (i prostoduszni), lub wręcz bardziej zwierzęcy, to pewnie czulibyśmy się szczęśliwsi. Sam Immanuel Kant powiedział, że Gdyby przyroda przeznaczyła człowieka do szczęścia, nie dałaby mu rozumu.

Rozum i myślenie stoją tu więc na przeszkodzie. Ale nie tylko to. Paradoksalnie, im częściej uwagę kierujemy na zagadnienie szczęścia, tym gorzej na tym wychodzimy. Nierzadko pewnym ratunkiem jest nawał zajęć, uniemożliwiających jakiekolwiek refleksyjne ekscesy. Poświęcanie czasu na rozważania o własnym szczęściu, wcale ku niemu nie przybliża. Potwierdzają to słowa filozofującego Bernarda Shawa: Wielu ludzi jest nieszczęśliwych jedynie dlatego, że mają czas, aby zastanowić się nad tym, czy są szczęśliwi, czy też nie. Czyli człowiek zabiegany, którego ci mniej zabiegani uważają za nieszczęśliwego, w zasadzie ma o tyle lepiej, iż nie zdąży uświadomić sobie, w jak niefortunnym jest położeniu.

Wypadałoby zatem, zamiast szczęścia życzyć sobie chóralnie głupoty. Żeby móc powiedzieć: wiemy, że nic nie wiemy. A i przywołany Sokrates nieco straci w naszych oczach, gdy przypomnimy sobie, jak obnażał głupotę i niewiedzę bliźnich. Przybliżał ich do mądrości, a przynajmniej do zrozumienia pewnych spraw. Tym samym wprowadzał zamęt w ich egzystencji i oddalał intelektualnych delikwentów od dotychczasowego poczucia szczęścia. Czyż to nie wygląda na zazdrość, lub nawet zawiść? Nic tylko cykutą takiego, cykutą!

Pozytywka kadrZapraszamy 5 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: szczęśliwa głupota. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i rozważyć, czy rację miał pisarz i filozof Horst Wolfram Geissler rzucając: Lepiej być szczęśliwym głupcem niż nieszczęśliwym mędrcem. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

  4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta: Ekscytująca osobliwość obojętności

Czy bez emocji bylibyśmy jak maszyny? I jeśli w jakimś sensie tak, to czy bylibyśmy dobrzy. A przynajmniej statystycznie rzecz biorąc, to stalibyśmy się przez to gorsi, czy lepsi? Przecież – co prawda kosztem pięknych i pozytywnych uczuć – pozbawilibyśmy się emocji złych, destrukcyjnych i toksycznych. Stąd obojętność wydaje się nęcąca.

Spodziewam się głosów oburzenia. Dowodów na to, że emocje były przyczynkiem rozwoju cywilizacji i kultury. Zgoda. Wiele pięknych dzieł, u podstaw których leżało głębokie, bądź silne uczucie, pewnie by nie powstało. Ale jeśli stracilibyśmy zdolność emocjonalnego odbioru, to byłoby nam obojętne, czy coś takiego istnieje. Że co? Że świat byłby uboższy? I co z tego?! Nie byłoby efektów pozytywnych uczuć, ale nie byłoby też skutków tych negatywnych.

Ogólnie panujące apatia i niewrażliwość wydają się posępną wizją. Ale to dlatego, że patrzymy nań z naszej dzisiejszej, emocjonalnej perspektywy. Gdyby zobojętnienie było stanem powszechnym, gdyby rodząc się, człowiek zastawał taki właśnie świat, to traktowałby go jako naturalny. Nie wyobrażałby sobie innego ani za innym by nie tęsknił.

Kiedy człowiek coś posiada, czymś dysponuje, to do pewnego stopnia potrafi wyobrazić sobie sytuację, w której to traci. Zamknie oczy, lub zatka uszy i wchodzi w stan osoby niewidomej bądź głuchej. Odwrotne użycie wyobraźni bywa trudne lub niemożliwe; kiedy ktoś rodzi się bez wzroku lub słuchu zna inny świat, porusza się w innej rzeczywistości i chyba nie potrafi sobie wyobrazić, jak to jest widzieć, czy słyszeć.

Gdyby wszyscy ludzie z natury rodzili się jako istoty niesłyszące i pozbawione wzroku, to z pewnością rozwój cywilizacji przebiegałby inaczej. Nie byłoby zachwytów nad pięknem krajobrazu, nie byłoby malowideł ani innych dzieł o charakterze wizualnym, nie porozumiewano by się mową, nie ostrzegano sygnałami dźwiękowymi, nie komponowano by muzyki. Nie wiedzielibyśmy o istnieniu chmur i gwiazd, nie wiedzielibyśmy, że ptaki śpiewają, a morze szumi. Nasz zasób słów i pojęć byłby dużo mniejszy, bo nie wiedząc o pewnych sprawach, nie wymyślalibyśmy dla nich nazw. Tworzylibyśmy kulturę w oparciu o smak, węch i dotyk. Czy świat byłby uboższy? Z naszego obecnego punktu widzenia tak się może zdawać, lecz dla gatunku ludzkiego bez tych dwóch zmysłów raczej nie.

Obecnie większość ludzi ma do dyspozycji pięć zmysłów. A co jeśli są możliwe jeszcze jakieś dwa, albo trzy inne? Tylko że dla nas są niedostępne. Czy wobec tego świat, w jakim żyjemy powinniśmy uważać za uboższy? Bo pozbawiony wielu spraw, tematów, dzieł i możliwości, jakie by znalazły swój przejaw, gdyby te dodatkowe zmysły były naszym udziałem. Podobnie, moim zdaniem, byłoby z emocjami. Czytaj dalej

3.86/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Zbawienny czas smutku

Jesień w naszej szerokości geograficznej przybiera postać skłaniającą ku melancholii, przygnębieniu, a nawet depresji. Łatwiej przychodzi się zadumać nad sprawami ostatecznymi, częściej dopada nas splin i pomniejsze smuteczki. Każdy zna uczucie smutku. Zwykle nie przepadamy za nim. Ale śmiem twierdzić, że jest ono częstokroć wielce pożyteczne. I nie chodzi tylko o jesienną chandrę sprzyjającą płodności poetyckiej. Mam na myśli raczej stare dobre katharsis.

Czasem trzeba coś odpowiednio przeboleć, stosownie długo i z właściwą intensywnością. Szczególnym rodzajem smutku jest ten po śmierci kogoś bliskiego. Jak wymierzyć ten czas i siłę smutku? Cóż, kwestia mocno indywidualna. Zwłaszcza wobec tak wielkiej straty. Niemniej z pomocą przychodzi tradycja. Otóż, wieki ludzkich doświadczeń pozwoliły określić przynajmniej czas, w jakim wypada okazywać, ba! wręcz obnosić się ze smutkiem. Po odejściu bliskiej osoby wciąż jeszcze praktykuje się noszenie żałoby. Odpowiedni strój w czarnym kolorze jest manifestacją bólu. Żałoba po śmierci dziadków, rodziców, czy rodzeństwa powinna trwać pół roku, po współmałżonku rok i sześć tygodni, po dalszych krewnych np. kuzynach, wujostwie, lub stryjostwie – trzy miesiące. Nie wiem, jak ktoś to obliczył, ale zakładam, że wynikło to z obserwacji, z osobistych doświadczeń, zasłyszanych rozmów o przeżywanym cierpieniu, jego długości i gasnącej siły. Spotkałem się też z ogólniejszą cezurą – jednego roku, nieodzownego aby przeżyć bez danej osoby wszystkie święta, każdą porę roku, cyklicznie powtarzane okoliczności, te wydarzenia i formy aktywności, które niegdyś dzieliło się wspólnie.

Rzecz jasna, niewielu stosuje się do tak długotrwałego chodzenia w czerni, unikania zabaw, czy przestrzegania innych form wstrzemięźliwości. Jednak te stare praktyki zachowują aktualność pod względem jednego, że na smucenie się niezbędny jest pewien czas. Odmiennego zdania był Epikur. Stwierdził on: „bezmyślnych wyzwala ze smutku czas, mądrych – logika”. Czyżby więc wzięcie smutku na przeczekanie było oznaką ograniczenia intelektualnego? Czy chłodna logika potrafi ostudzić emocje, czy rzeczywiście taki zimny kompres jest oznaką mądrości? Zważywszy, że dla Epikura dobro i zło wynikały odpowiednio z odczuwania przyjemności, lub bólu – to z pewnością smutek uważał za coś złego. Możliwe więc, że poświęcanie temu złu cennego czasu wydawało mu się głupotą. Czy miał rację? Czytaj dalej

4.63/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)