Archiwa tagu: szczęście

Coffeelosophy XXVII – czyli głupi to ma szczęście

Stali bywalcy, jak też część niestałych, kojarzą pierwszy poniedziałek miesiąca z Pogadalnią w konwencji filozoficznej kawiarenki. W najbliższy poniedziałek nie spotka ich zaskoczenie. Detale na końcu tegoż wpisu. Zaś wpis tym razem krótki, żeby nikt sobie nie pomyślał, iż o głupocie mam wiele do powiedzenia. Choć i o szczęściu zbyt wiele nie mam.

Wprawdzie Sokrates oficjalnie sugerował, że drogę ku szczęściu wskazać może sumienie…

Wielu ludzi przez całe życie poszukuje właściwej drogi do szczęścia i nie starcza im żywota, aby ją odnaleźć. Wszak lepiej by zrobili, gdyby od razu poszli i zapytali się własnego sumienia, dokąd dalej powinni podążać.

… jednak podejrzewam, że to tylko mydlenie oczu. Prawdziwą drogę – no, powiedzmy ścieżynę – dostrzegał gdzie indziej. I przy każdej okazji utrudniał innym podążanie po niej. Jak wiemy, Sokrates upierał się przy tym, że nic nie wie. Sądzę, iż zaklinał w ten sposób rzeczywistość, aby zbliżyć się do osiągnięcia szczęścia.

W piosence Wielka woda Agnieszka Osiecka napisała: nie daj mi Boże, broń Boże, skosztować tak zwanej życiowej mądrości. Święte słowa! Mądrość – zwłaszcza ta życiowa – wypływa z doświadczenia. A nikt nie lubi być doświadczonym przez życie, lub los. Kto więcej wie o świecie i życiu, najprawdopodobniej zna też więcej ciemnych stron tychże. Ta świadomość utrudnia beztroskie odczuwanie szczęścia. I tu pozytywną rolę może odegrać pewna forma głupoty.

          Alegoria głupoty. Quentin Massys

Pisarz i poeta, Anatole France najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, zauważywszy, iż: Człowiek nigdy nie jest szczęśliwy inaczej niż za cenę pewnej ignorancji. Ktoś, komu powiedzielibyśmy: jak ty nic nie wiesz o świecie / o życiu / o ludziach (niepotrzebne skreślić) – pewnie dzięki tej niewiedzy jest szczęśliwszy i ma mniej życiowych dylematów, rozterek i niektórych trosk. Zapewne mamy gdzieś w głowie wyobrażenie „wioskowego głupka”, który szwenda się po okolicy, skupia na trawce lub listku, godzinami gapi w kałużę, nie dba o wygląd i cudze docinki, za to z byle czego się ucieszy, niewiele rozumie, ale żyje w zadziwiającej harmonii ze światem, jest infantylny, prostolinijny i naiwny – a jednakowoż, jakoś w tym wszystkim szczęśliwy. Ponoć wiele osób, które urodziły się z zespołem Downa wykazuje radosną otwartość na otaczającą rzeczywistość; są ufne, pogodne, wrażliwe, nieświadome zagrożeń czyhających w świecie. Promieniują dziwną energią. Być może to właśnie szczęście. Osiągalne jedynie przy okazji pewnych niedostatków umysłowych.

Kto zaś dostrzega w świecie rozliczne niuanse, zauważa rozbieżności, widzi różne drogi i warianty, miota się w wyborach, rozważa alternatywne konsekwencje, temu o szczęście znacznie trudniej. Inny pisarz, Siegfried Lenz, podsumował to słowami: Szczęście to wolność od sprzeczności.

          Alegoria szczęścia wg Agnolo Bronzino

Trzeba jednak uczciwie wspomnieć, że głupota ma różne oblicza. Nie tylko jowialne, dobrotliwe i przyjazne. Czasem widać ją po kimś, kto ignorancję pokrywa pewnością siebie, a nawet bezczelnością. Nieraz jest świadom swej niewiedzy i tuszuje braki sarkazmem, częściej jednak ma przekonanie o swej nieomylności i wyższości. Przed tą głupotą kroczy pycha. Brakuje takiemu wrażliwości, bawi go cudza krzywda. Nie dba o innych, jest beztroski, aczkolwiek ów lekkoduch intuicyjnie zabiega o własną korzyść, a to szukając dla siebie uznania, potwierdzenia lepszej pozycji, a to czyniąc umizgi do osób wpływowych. To go czyni szczęśliwym. Do takiego indywiduum pasuje porada Gustava Flauberta (jeszcze jeden pisarz): Aby osiągnąć szczęście, trzeba spełnić trzy warunki: być imbecylem, być egoistą i cieszyć się dobrym zdrowiem. Jeśli jednak nie spełnicie pierwszego warunku, wszystko jest stracone.

W obliczu powyższych słów dziwnie zabrzmią następne. Ponieważ ludzie to istoty myślące (wiem, odważne uogólnienie), to przez sam fakt intensywnego używania rozumu, skazują się na oddalenie od szczęśliwości. Powiem więcej, nie są predestynowani do osiągnięcia szczęścia. Zafundowała nam to ewolucja i rozwój intelektualny; gdybyśmy pozostali prości (i prostoduszni), lub wręcz bardziej zwierzęcy, to pewnie czulibyśmy się szczęśliwsi. Sam Immanuel Kant powiedział, że Gdyby przyroda przeznaczyła człowieka do szczęścia, nie dałaby mu rozumu.

Rozum i myślenie stoją tu więc na przeszkodzie. Ale nie tylko to. Paradoksalnie, im częściej uwagę kierujemy na zagadnienie szczęścia, tym gorzej na tym wychodzimy. Nierzadko pewnym ratunkiem jest nawał zajęć, uniemożliwiających jakiekolwiek refleksyjne ekscesy. Poświęcanie czasu na rozważania o własnym szczęściu, wcale ku niemu nie przybliża. Potwierdzają to słowa filozofującego Bernarda Shawa: Wielu ludzi jest nieszczęśliwych jedynie dlatego, że mają czas, aby zastanowić się nad tym, czy są szczęśliwi, czy też nie. Czyli człowiek zabiegany, którego ci mniej zabiegani uważają za nieszczęśliwego, w zasadzie ma o tyle lepiej, iż nie zdąży uświadomić sobie, w jak niefortunnym jest położeniu.

Wypadałoby zatem, zamiast szczęścia życzyć sobie chóralnie głupoty. Żeby móc powiedzieć: wiemy, że nic nie wiemy. A i przywołany Sokrates nieco straci w naszych oczach, gdy przypomnimy sobie, jak obnażał głupotę i niewiedzę bliźnich. Przybliżał ich do mądrości, a przynajmniej do zrozumienia pewnych spraw. Tym samym wprowadzał zamęt w ich egzystencji i oddalał intelektualnych delikwentów od dotychczasowego poczucia szczęścia. Czyż to nie wygląda na zazdrość, lub nawet zawiść? Nic tylko cykutą takiego, cykutą!

Pozytywka kadrZapraszamy 5 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: szczęśliwa głupota. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i rozważyć, czy rację miał pisarz i filozof Horst Wolfram Geissler rzucając: Lepiej być szczęśliwym głupcem niż nieszczęśliwym mędrcem. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

 

4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta: Ekscytująca osobliwość obojętności

Czy bez emocji bylibyśmy jak maszyny? I jeśli w jakimś sensie tak, to czy bylibyśmy dobrzy. A przynajmniej statystycznie rzecz biorąc, to stalibyśmy się przez to gorsi, czy lepsi? Przecież – co prawda kosztem pięknych i pozytywnych uczuć – pozbawilibyśmy się emocji złych, destrukcyjnych i toksycznych. Stąd obojętność wydaje się nęcąca.

Spodziewam się głosów oburzenia. Dowodów na to, że emocje były przyczynkiem rozwoju cywilizacji i kultury. Zgoda. Wiele pięknych dzieł, u podstaw których leżało głębokie, bądź silne uczucie, pewnie by nie powstało. Ale jeśli stracilibyśmy zdolność emocjonalnego odbioru, to byłoby nam obojętne, czy coś takiego istnieje. Że co? Że świat byłby uboższy? I co z tego?! Nie byłoby efektów pozytywnych uczuć, ale nie byłoby też skutków tych negatywnych.

Ogólnie panujące apatia i niewrażliwość wydają się posępną wizją. Ale to dlatego, że patrzymy nań z naszej dzisiejszej, emocjonalnej perspektywy. Gdyby zobojętnienie było stanem powszechnym, gdyby rodząc się, człowiek zastawał taki właśnie świat, to traktowałby go jako naturalny. Nie wyobrażałby sobie innego ani za innym by nie tęsknił.

Kiedy człowiek coś posiada, czymś dysponuje, to do pewnego stopnia potrafi wyobrazić sobie sytuację, w której to traci. Zamknie oczy, lub zatka uszy i wchodzi w stan osoby niewidomej bądź głuchej. Odwrotne użycie wyobraźni bywa trudne lub niemożliwe; kiedy ktoś rodzi się bez wzroku lub słuchu zna inny świat, porusza się w innej rzeczywistości i chyba nie potrafi sobie wyobrazić, jak to jest widzieć, czy słyszeć.

Gdyby wszyscy ludzie z natury rodzili się jako istoty niesłyszące i pozbawione wzroku, to z pewnością rozwój cywilizacji przebiegałby inaczej. Nie byłoby zachwytów nad pięknem krajobrazu, nie byłoby malowideł ani innych dzieł o charakterze wizualnym, nie porozumiewano by się mową, nie ostrzegano sygnałami dźwiękowymi, nie komponowano by muzyki. Nie wiedzielibyśmy o istnieniu chmur i gwiazd, nie wiedzielibyśmy, że ptaki śpiewają, a morze szumi. Nasz zasób słów i pojęć byłby dużo mniejszy, bo nie wiedząc o pewnych sprawach, nie wymyślalibyśmy dla nich nazw. Tworzylibyśmy kulturę w oparciu o smak, węch i dotyk. Czy świat byłby uboższy? Z naszego obecnego punktu widzenia tak się może zdawać, lecz dla gatunku ludzkiego bez tych dwóch zmysłów raczej nie.

Obecnie większość ludzi ma do dyspozycji pięć zmysłów. A co jeśli są możliwe jeszcze jakieś dwa, albo trzy inne? Tylko że dla nas są niedostępne. Czy wobec tego świat, w jakim żyjemy powinniśmy uważać za uboższy? Bo pozbawiony wielu spraw, tematów, dzieł i możliwości, jakie by znalazły swój przejaw, gdyby te dodatkowe zmysły były naszym udziałem. Podobnie, moim zdaniem, byłoby z emocjami. Czytaj dalej

3.86/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Zbawienny czas smutku

Jesień w naszej szerokości geograficznej przybiera postać skłaniającą ku melancholii, przygnębieniu, a nawet depresji. Łatwiej przychodzi się zadumać nad sprawami ostatecznymi, częściej dopada nas splin i pomniejsze smuteczki. Każdy zna uczucie smutku. Zwykle nie przepadamy za nim. Ale śmiem twierdzić, że jest ono częstokroć wielce pożyteczne. I nie chodzi tylko o jesienną chandrę sprzyjającą płodności poetyckiej. Mam na myśli raczej stare dobre katharsis.

Czasem trzeba coś odpowiednio przeboleć, stosownie długo i z właściwą intensywnością. Szczególnym rodzajem smutku jest ten po śmierci kogoś bliskiego. Jak wymierzyć ten czas i siłę smutku? Cóż, kwestia mocno indywidualna. Zwłaszcza wobec tak wielkiej straty. Niemniej z pomocą przychodzi tradycja. Otóż, wieki ludzkich doświadczeń pozwoliły określić przynajmniej czas, w jakim wypada okazywać, ba! wręcz obnosić się ze smutkiem. Po odejściu bliskiej osoby wciąż jeszcze praktykuje się noszenie żałoby. Odpowiedni strój w czarnym kolorze jest manifestacją bólu. Żałoba po śmierci dziadków, rodziców, czy rodzeństwa powinna trwać pół roku, po współmałżonku rok i sześć tygodni, po dalszych krewnych np. kuzynach, wujostwie, lub stryjostwie – trzy miesiące. Nie wiem, jak ktoś to obliczył, ale zakładam, że wynikło to z obserwacji, z osobistych doświadczeń, zasłyszanych rozmów o przeżywanym cierpieniu, jego długości i gasnącej siły. Spotkałem się też z ogólniejszą cezurą – jednego roku, nieodzownego aby przeżyć bez danej osoby wszystkie święta, każdą porę roku, cyklicznie powtarzane okoliczności, te wydarzenia i formy aktywności, które niegdyś dzieliło się wspólnie.

Rzecz jasna, niewielu stosuje się do tak długotrwałego chodzenia w czerni, unikania zabaw, czy przestrzegania innych form wstrzemięźliwości. Jednak te stare praktyki zachowują aktualność pod względem jednego, że na smucenie się niezbędny jest pewien czas. Odmiennego zdania był Epikur. Stwierdził on: „bezmyślnych wyzwala ze smutku czas, mądrych – logika”. Czyżby więc wzięcie smutku na przeczekanie było oznaką ograniczenia intelektualnego? Czy chłodna logika potrafi ostudzić emocje, czy rzeczywiście taki zimny kompres jest oznaką mądrości? Zważywszy, że dla Epikura dobro i zło wynikały odpowiednio z odczuwania przyjemności, lub bólu – to z pewnością smutek uważał za coś złego. Możliwe więc, że poświęcanie temu złu cennego czasu wydawało mu się głupotą. Czy miał rację? Czytaj dalej

4.63/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)