Archiwa tagu: sztuka

Odrobina grafomanii na święta

Swoim zwyczajem dzielę się drobną refleksją na świąteczny czas ;D

Szkoda czasu i atłasu

Zacznę od anegdoty z epoki stanisławowskiej. Tuż po koronacji Stanisław August Poniatowski przyjmował gratulacje od znamienitych gości, dostojników i dworzan. Wśród zgromadzonych nie brakowało artystów, gdyż jako oczytany i obyty koneser sztuki, otaczał swoim mecenatem różnych twórców. Wiedziano, że darzył ich szczególnymi względami a poniektórych to i w czwartki na obiadach dokarmiał.

https://i0.wp.com/upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/71/Marcello_Bacciarelli_-_Portret_Stanis%C5%82awa_Augusta_z_klepsydr%C4%85.jpg?resize=300%2C398&ssl=1

Marcello Bacciarelli: Portret Stanisława Augusta Poniatowskiego z klepsydrą

Ośmielił się zatem podejść do króla pewien poecina i wręczyć wiersz, wychwalający nowego władcę – utwór własnoręcznie spisany na drogocennym, białym atłasie, sprowadzonym z dalekiej Persji. Panegiryk, krótko mówiąc był słaby i choć Poniatowski wdzięcznie go przyjął, pozwolił sobie na sarkastyczną recenzję, mówiąc: „Szkoda czasu i atłasu, byś się wdzierał do Parnasu”. Tym sposobem wierszokleta i pochlebca przeszedł do historii… anonimowo. Jako jeden z twórców tak dalece wierzących w swój talent, że uwieczniających swe dzieła na kosztownym materiale, podczas gdy nie są warte nawet poświęconego im czasu i wysiłku. To niemal definicja grafomanii. Bo jak określić sytuację, w której ktoś przecenia własne prace i wielbi je, nawet w obliczu rzeczowej krytyki.

Niezdrowy sentyment do elukubracji

Tkwi jednak w wielu ludziach jakieś trudno wytłumaczalne przywiązanie do tego, co zrobili, co zbudowali, powołali do istnienia. Niekoniecznie musi to być dzieło sztuki, czy okupiony wysiłkiem wytwór rzemiosła. Czasem wystarczy jakieś drobne rękodzieło, lub hobbystyczna praca, coś zgoła niepozornego, co jednak potrafi obudzić tą szczególną świadomość autorstwa. I nierzadko pojawia się trudność nabrania chłodnego dystansu do tej własnej twórczości.

Wiem po sobie. Łatwo i dość silnie bowiem przywiązuję się do tego, co tworzę. Szkoda mi to wyrzucić, nawet kiedy mam pewność, iż jest to słabe, nie odkrywcze, marnej jakości. Zwycięża myśl, że to MOJE. Niejako wyszło ze mnie i stanowi część mnie, i mówi coś na mój temat (nawet, gdy mówi niepochlebnie). Leżakują więc sobie różne takie elukubracje, a to w notatnikach, a to po szufladach, albo na dysku komputera; niektóre mają kilkadziesiąt lat, niektóre kilkanaście, inne liczą sobie raptem parę miesięcy, lub tygodni. Zaglądam czasem do nich, szukając inspiracji i patrzę z niejakim zażenowaniem, lecz mimo to – nie pozbywam się ich. A powinienem, wierzcie mi – zważywszy, jak niskich lotów jest to, co odważyłem się kiedykolwiek upublicznić, możecie się domyślić, jak drze podwoziem o bruk ta skrywana reszta. Mam jednak do niej sentyment. I silny jest to afekt, mimo jednocześnie krytycznego stosunku.

Atłas Absolutu

I tu naszła mnie myśl, na swój sposób krzepiąca, gdy przyjąć, żeśmy stworzeni na podobieństwo Boga. Ulepił on sobie z gliny człowieka, tak, jak umiał najlepiej. Ale przyznajmy: doskonałe to Mu owo dzieło nie wyszło. Ma człek wady, ograniczenia i słabe strony. Przynosi ujmę Stwórcy i jest powodem do wstydu nawet we własnych oczach. A mimo to Absolut czuje doń słabość i przywiązanie. Nie zniszczył swego dzieła, co więcej – zdaniem teologów – kocha je. Tak, Bóg kocha swoje stworzenia. Nie ważne, jak ograniczone są w swej naturze, nie ważne, jak marne, jak nieudane. Cokolwiek wyszło spod Jego ręki, przepraszam! – spod Jego Słowa – jest Mu miłe i nie myśli tego niszczyć, lub poprawiać. W tym względzie Absolut to po prostu grafoman.

Jesteśmy zatem słabym poematem na atłasie wszechświata; słabym, ale kochanym. Dlatego módlmy się o wieczną trwałość tej miłości i starajmy nie przypominać o istnieniu kryteriów poetyckości, by Bogu nie przyszło na myśl napisanie czegoś lepszego. Dawniej nie udawało nam się pięknie zrymować, ale wciąż mamy szansę zostać udanym białym wierszem; zanim Absolut spostrzeże, iż szkoda czasu i atłasu. Tego wszystkim (a i sobie) życzę.

Kłaniam, Martinus

4/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXIX – czyli człek po ludzku nieludzki

Z łaciny bestia to po prostu zwierzę. Natomiast bestialstwo rozumiemy, jako szczególne okrucieństwo. Dlaczego? Z jakiego powodu zezwierzęcenie jest synonimem ujmy, podłości i zła. Czy zwierzęta są okrutne, bezlitosne, perfidne, nienawistne, podstępne, fałszywe…? Chociaż można podać przykłady zachowań, które pasowałyby do tych pojęć, tak naprawdę będzie to nasza projekcja, rodzaj antropomorfizmu. Przykładamy do zwierzęcych poczynań ludzkie cechy, wydajemy sądy etyczne i oceniamy według naszych kryteriów. Tymczasem bezduszny, nikczemny, bezlitosny i kłamliwy jest… człowiek.

Bestia, Diabolina, Faun i Hellboy – w każdej bestii więcej jest z człowieka niż zwierza.

Tym, co odróżnia człowieka od innych żywych stworzeń jest między innymi sztuka. A zatem używanie wyobraźni i zdolności technicznych do tworzenia rzeczy, bez których pewnie jakoś byśmy sobie poradzili. Krótko ujął to Oscar Wilde: Każda sztuka jest bezużyteczna. Niezależnie od tego, czy jest użyteczna, na pewno potrafi być pożyteczna. A Giordano Bruno stwierdził: Dobrem w dziedzinie sztuki jest to, co naśladuje przyrodę. I tu nam się wątek zapętla; człowiek kultury odżegnuje się od zwierzęcej natury, a jednak poprzez sztukę wraca do niej i to z uznaniem. Czytaj dalej

4.83/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XVIII – czyli przekleństwo erotyzmu

Pierwszy poniedziałek miesiąca to w naszej tradycji spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Nie inaczej będzie i tym razem.

Temat erotyzmu jest nie tyle kontrowersyjny, co – dla niektórych – krępujący. Czy jednak powinniśmy się wstydzić czegoś, dzięki czemu znaleźliśmy się na świecie? Czy jest powód, by do sfery tabu wpychać zagadnienia, które w tak przemożny sposób nas otaczają?

Na pewnym etapie rozwoju, a więc prawdopodobnie w związku z rozkwitem kultury, człowiek nabawił się czegoś takiego, jak wstydliwość cielesności (oraz jej gorszej odmiany tj. pruderii). Żydzi odmalowali ten moment w scenie z raju, kiedy to prarodzice zgrzeszywszy, ukrywają się w zaroślach, gdyż spostrzegli, iż są nadzy. Zdawać by się mogło, że nagość jest czymś złym – mimo, iż jest czymś najbardziej naturalnym; jest naszym najpierwotniejszym stanem. Zarówno w wymiarze historycznym (a właściwie prehistorycznym), jak i współczesnym. Przed tysiącami lat człek biegał, jak go Pan Bóg stworzył, czyli jak małpa i inne stworzenia boskie – a zaczął się odziewać nie ze wstydu, lub dla strojności, lecz przez chłód panujący na nowo zasiedlanych terenach. A w wymiarze współczesnym… no, cóż – przecież wszyscy rodzimy się nadzy i nikogo to nie peszy. Będąc dziećmi bez zmieszania biegaliśmy na golasa. Dopiero napomnienia dorosłych zaszczepiły w nas zakłopotanie golizną (własną i cudzą). Czytaj dalej

4.57/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)