Archiwa tagu: William Szekspir

Coffeelosophy LI – czyli śmierć punktem wyjścia do dobra

Nie chciałbym, żeby ten tekst wybrzmiał materialistycznie; po prostu od tej strony zacznę. Sprawy materialne są istotną sferą ludzkiego życia. Co więcej, mimo powszechnie wyznawanego poglądu, iż sprawy te nie są najważniejsze, to zajmowały umysły wielu filozofów, myślicieli i przywódców religijnych. Zwłaszcza w kontekście śmierci. Nie jeden z nich podkreślał, podobnie jak francuski duchowny i mistyk Jan Maria Vianney: Kiedy przychodzi śmierć, dobra tego świata tylko przeszkadzają. Nie zabierzemy ich ze sobą. I oczywiście pełna zgoda, jednakowoż możemy pomyśleć – w kontekście eschatologicznym – co z tymi ziemskimi dobrami ma się stać, gdy się od nich uwolnimy.

Można nie myśleć o sprawach ostatecznych, owszem. Potrafimy odsuwać od siebie ten temat, nie dbając o to, co po nas. Może nas nie obchodzić los tego, co zostawiamy po sobie. Najłatwiej o taką obojętność, gdy się nie posiada ani dóbr, ani bliskich osób wokół siebie. Nic się wówczas nie zmarnuje i żaden ewentualny spadkobierca nie poczuje się ukrzywdzony. Ale obojętność to nie jedyna możliwa postawa.

Bywa, iż niejeden człowiek odchodził z tego świata z wrogim doń nastawieniem. Nie jeden miał podejście: po mnie choćby potop – i takiego finału najbardziej by sobie życzył. Zawiść, gniew, zgorzkniałość potrafią się trzymać ludzkiego serca aż do jego ostatniego uderzenia. Jednak warto pamiętać, że nie żyjemy w próżni. Nawet gdy mamy niewiele, nawet gdy na pogrzebie zjawi się tylko grabarz, nawet gdy nie wierzymy w życie pozagrobowe, mamy szansę uczynić naszą śmierć punktem wyjścia do jakiegoś dobra.

Konstrukcja człowieka, pozwalająca mu funkcjonować w świecie, jest zasadniczo fizyczna. Nie wiem, czy w ogóle da się potwierdzić, że możliwe jest bezcielesne zakotwiczenie w znanej nam rzeczywistości. I naszym ciałem, jak dobrem materialnym też mamy prawo dysponować; możemy podzielić się już za życia, oddając krew lub narządy do przeszczepu, ale możemy zadecydować o jego losie po śmierci, podobnie przekazując zdatne do użycia części, albo ofiarować je nauce.

Ktoś z cynickim podejściem stwierdzi, że mu na tym nie zależy – i mogę to zrozumieć. Ale czy nie lepiej zadbać o to, co się zostawia, napisać jednoznaczny testament, określić komu – jeśli komukolwiek – ma się przysłużyć nasza spuścizna. Taki gest, dla nas być może i bez znaczenia, mógłby nadać inną wartość naszemu życiu, może nawet je usensownić. Nie staniemy się przez to dobrymi, czy lepszymi ludźmi, bo ten czyn już nas nie odmieni – umierając zamykamy swój rozdział. Nie musimy też tym sposobem zapisać się jakoś pozytywniej w pamięci, czy historii (choć nie wykluczam) – jednak wszelkie dobro do jakiego się przyczyniamy jest cenne. I w tym sensie warto poświęcić trochę czasu eschatologii.

A co z ludźmi, którzy wiedli zły żywot, wyrządzali zło i znaczyli nim swoją drogę aż po krawędź grobu? A do tego wszystko, co odebrali innym, zniszczyli, by nie było czego rozdać? Co z takimi, którzy zadbali, aby żadne dobro nie wynikło z ich obecności na tym świecie? Trudna sprawa. Faktycznie, istnieją ludzie podli, okrutni, z cudzym cierpieniem na sumieniu, a nawet i krwią na rękach. Nikt po nich nie płacze, a wręcz przeciwnie – ich śmierć potrafi wywołać radość. Obserwowaliśmy takie świętowanie nieraz, choćby w przypadku tyranów, dyktatorów i przestępców. A zadajmy sobie pytanie: czy ten moment radości, powiązany z ulgą, nie jest jakimś dobrem. Wszak niesie nadzieję, że każde zło też ma swój koniec.

Jeśli taki koniec, koniec życia kogoś złego, jest pewnym dobrem, to rodzi swoisty paradoks (w zasadzie chyba wszystkie paradoksy są swoiste, ale nie o tym teraz). Znamy szekspirowskie powiedzenie: wszystko dobre, co się dobrze kończy. To by znaczyło, iż jakimś rodzajem dobra był pobyt na świecie tego złego człeka. W sukurs idzie inne powiedzenie: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I chociaż na pierwszy rzut oka mamy tu przykład dwóch znoszących się sentencji, to w sumie wynika z nich ciekawa konkluzja. Zło okazuje się dobrem. No, powiem, trzeba tęgiego filozofa aby to intelektualnie przetrawić. Ja się nie podejmuję.

Zakończę w tym miejscu wątki materialne, żeby wywód miał ciut więcej z refleksji filozoficznej. Śmierć bywa punktem wyjścia do jeszcze innego dobra. I to zanim sama nastąpi. Wisząc bowiem nad naszą głową ma szansę zmotywować niektórych do lepszego życia. Zwłaszcza tych, którym świadomość, iż mogą zostawić po sobie jakiś ślad, każe zadbać, by był on nie tylko wyraźny, ale przy tym pozytywny. Podejrzewam, że większość z nas wolałaby być dobrze wspominana. Ponadto, pewność śmierci skłania ambitnych do pośpiechu, by nie odkładać planów na później, by żyć aktywnie, dopóki życie tli się w komórkach ciała. Czyż to nie dowodzi, iż widmo śmierci zapobiega ludzkiej gnuśności, lenistwu, a może i powszechnej prokrastynacji. Posiadłszy nieśmiertelność i tym samym poczucie, że na wszystko ma się czas, prawdopodobnie jego większość ludzie by marnowali.

Świadomość śmiertelności zmienia perspektywę. Jak stwierdził Pandelis Prevelakis: Póki czujemy ją nad sobą, pojmujemy, co w życiu ma wartość, a co jest do odrzucenia. Dzierży pochodnię i nas oświeca. Przyznam, iż to niecodzienne postrzeganie śmierci i jej roli. A i tak szedłbym krok dalej – śmierć staje się poniekąd strażnikiem moralności, a przynajmniej świadkiem sumienia. Koresponduje to z myślą świętego Ambrożego, według którego: Dla dobrych śmierć jest zaproszeniem do odpoczynku. Dla złych katastrofą. Każdy chciałby zasłużyć na wieczny odpoczynek, musi więc być dobrym. To w obliczu śmierci najżywiej przyjmujemy taką optykę. Bliskość śmierci sprzyja rozrachunkom serca, podsumowaniom życia, a jeśli czas pozwala, to i próbom naprawienia niektórych błędów.

Są takie stwierdzenia, które budzą moją irytację. Jednym z nich jest skwitowanie, że gdy ktoś czuje ból, to bardzo dobrze, bo przynajmniej wie, że żyje. Tym razem odnalazłem w nim związek z czymś głębszym. Od narodzin nasze komórki zmierzają do śmierci. Śmierć to finał dłuższego procesu, a proces ten czasem przybiera postać choroby, bólu i cierpienia. Biorąc to pod uwagę, można uznać, iż umieranie i śmierć kieruje myślenie człowieka ku życiu, a więc wielkiemu, często niedocenianemu dobru. I ku duszy, która jest motorem wszelkiego życia. Warto w tym miejscu przytoczyć słowa Tołstoja: I w ciężkiej chorobie tkwi dobro. Kiedy ciało słabnie, silniej czuje się duszę.

Kiedy natknąłem się na kategoryczne stwierdzenie Stefana Żeromskiego, iż: Jedno jest złe na świecie – to śmierć. Wszystko, co jest życiem – jest dobrem. – miałem ochotę wziąć śmierć w obronę. I tu pomocne okazały się słowa Lwa Tołstoja: Jeśli życie jest Dobrem, to Dobrem jest i śmierć, bez której nie ma życia. Spodobały mi się. Długo bowiem traktowałem życie i śmierć jako dwa przeciwstawne sobie obozy. Śmierć była wrogiem życia, jego niszczycielem. I stanowiła dla mnie coś spoza kręgu życia, coś z zewnątrz, co utrudnia życiu krzewienie się w dobrej kondycji. Tymczasem zapominałem, że życie jest właśnie procesem. I jak każdy inny proces, ma jakiś początek, przebieg i finał. Śmierć jest po prostu finałem tego procesu, jego – co prawda ostatnią, ale jednak – częścią. Skoro zaś życie jest dobrem, jego części również.

I tu doskonale wplata się wątek, na który zwrócił uwagę mój znajomy filozof. Cykl życia i śmierci, łańcuch pokoleń, to warunek ewolucji. I to prawda. Wyjście jednokomórkowców z bagien, powstanie nowych gatunków oraz ich rozwój, dostosowywanie się do zmiennych warunków środowiska jest możliwe dzięki umieraniu. To rodzące się nowe pokolenia, mogą zostać obarczone mutacjami, które mają szansę się utrwalać, jako przydatna cecha. Niektórym ludziom zdarza się myśleć o ewolucji, jak o czymś, co się działo i dzieje w przyrodzie, gdzieś wokół. Tymczasem należy pamiętać, iż w przypadku człowieka też ma to miejsce – choć jest trudniejsze do zaobserwowania. Stajemy się coraz lepiej przystosowani dzięki ewolucji, czyli tysiącom pokoleń, które zmarły.

W tradycji chrześcijańskiej (choć pewnie nie tylko) istnieje coś takiego, jak modlitwa o dobrą (a nawet szczęśliwą) śmierć. To świadczy o przekonaniu, iż takowa jest możliwa. Nie trudno znaleźć kilka, czy nawet kilkanaście takich modlitw, aczkolwiek ich podstawę stanowią prośby o miłosierdzie, przebaczenie win i wpuszczenie do Nieba. Ja rozumiem dobrą śmierć jako godną, nie upokarzającą człowieka i pozbawioną cierpienia. Póki śmierć jest nieodzowna może warto też rozważyć, czy by jej odpowiednio nie wykorzystać. Przecież, zgodnie z powyższymi wywodami, da się wywieść z niej pożytek. Wiem, brzmi to podejrzanie i u niektórych wzbudzi etyczne wątpliwości. Jeśli jednak śmierć i tak będzie nam towarzyszyć, to czemu nie szukać ukrytego w niej dobra.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 3 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: dobro ze śmierci. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i pochylić się nad grobem.

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Po co nam koszmary

Po co człowiekowi koszmary? Człowiek źle reaguje na niewłaściwie przespaną noc. Złe sny zaburzają spokój, odbijają się na psychice, mają negatywny wpływ na funkcjonowanie organizmu za dnia. Dlaczego więc mózg generuje straszne obrazy, skoro w ten sposób szkodzi swemu właścicielowi, a w sumie i samemu sobie?

| Goya. Gdy rozum śpi budzą się demony.

Kto sypia regularnie, ten codziennie umiera. Skąd ta konstatacja? Stare przysłowie Pigmejów mówi: Spać czy umrzeć – to jedno i to samo. A jednak, mimo, że ludzie boją się śmierci, to zasypiania już nie tak bardzo. No, są sytuacje wyjątkowe, kiedy podejrzewają, iż podczas snu, gdy są bezbronni, spotka ich coś złego – ze strony pozostawionej poza świadomością rzeczywistości, bądź… w samym śnie, mrocznym, koszmarnym, gęstym, obezwładniającym. Wszak: Człowiek śpiący to człowiek zniewolony – co zauważył Dannie Abse. Nie mamy władzy nad sobą we śnie, ani wpływu na wydarzenia, które śnimy; zostajemy uwikłani w przeżywaną historię, skazani na bezwolny udział w sennych fantazjach. I trudno wyjaśnić, kto pisze ich scenariusz.

A propos scenariuszy, zwłaszcza dramatycznych; pod koniec pierwszego aktu Hamlet przymusza Marcellusa i Horacego do przysięgi. Mają zachować w tajemnicy, że nocą ukazywała im się zjawa zmarłego króla. Do przysięgi nawołuje ich również sam duch głosem spod ziemi. Horacy stwierdza, iż to są rzeczy niepojęte. Shakespeare zaś młodemu Hamletowi wkłada w usta słowa, które (w nieznacznie zmienionym brzmieniu) trafiły do powszechnego obiegu i co rusz pojawiają się w roli komentarza do czyjegoś zadziwienia:

Więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie,
Niż się ich śniło waszym filozofom.

Jak widzimy, orzekł, jakoby filozofowie nie tylko w obszarze świadomych dociekań, ale nawet w onirycznej sferze nie byli zdolni ogarnąć wszystkiego, co ludzi otacza. Jednakowoż, mimo przytyku do myślicieli, w gruncie rzeczy ich komplementował. Uznał za ostatnią instancję, na którą można jeszcze liczyć w rozstrzygnięciu trudnych zagadnień. I najwidoczniej zakładał, że treść ich marzeń sennych jest bogatsza, niż przeciętnego śpiocha. A jeśli filozofy nawet we śnie czemuś nie podołają, to już nikt nie da rady. Swoją drogą ciekawe, o czym śnili niegdysiejsi a o czym śnią obecni filozofowie. Czy mają zarozumiałe koszmary np. o podawanej im cykucie? Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XIV – czyli błogosławieństwo porażki.

Pogadalnia Filozoficzna – w zgodzie z ideą wychodzenia ku ludziom – zaprasza na kolejne spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Jak w (prawie) każdy pierwszy poniedziałek miesiąca.

Ponoć nie ma porażek tylko lekcje, lub – jak kto woli – zdobywanie doświadczeń. Czy faktycznie każda porażka niesie jakąś naukę? Coś każe mi wątpić, a wyobraźnia ochoczo pracuje, by znaleźć przykład takiego niepowodzenia, z którego żadnej korzyści nie ma. Pracuje, pracuje i… nic. Praca wyobraźni skończyła się porażką – ale jaka z tego nauka? Może taka, by się nie poddawać, lecz dalej wysilać imaginację.

Na temat porażki można znaleźć wiele złotych myśli i maksym. Że jest krokiem naprzód, kolejnym stopniem zbliżającym do zwycięstwa, a przy tym wcale nie oznacza przegranej – chyba, że się człek podda, nie chce wstać po upadku, rezygnuje z kolejnych prób. Jednakowoż, jeśli tresura szprotek za każdym razem kończy się niepowodzeniem, to ile razy należy próbować. I czy można z tego wyciągnąć inne wnioski, niż zasadność zamiany szprotek na szczury, albo tresury na wędzenie (ewentualnie jedno i drugie, tfu!).

Winston Churchil powiedział: Sukces to przechodzenie od porażki do porażki, bez utraty entuzjazmu. Przy całym szacunku dla niego, trudno uwierzyć, że np. generał z entuzjazmem przyjmuje kolejne przegrane bitwy i z zachwytem zamienia brzeziny w krzyże na żołnierskich mogiłach. A przecież i dla tych poległych była to porażka, zatem pojawia się pytanie: jak mają się podnieść i spróbować jeszcze raz. W dodatku z entuzjazmem. Jasne, że dobre rady są dla żywych i pewnie sam Ikar by się z tym zgodził – gdyby oczywiście zdążył przed gruchnięciem w morską toń. Są jednak porażki, po których nie da się po prostu wstać, otrzepać z kurzu, wytrzeć rozkwaszony nos i zacząć od nowa.

Do zestawu mądrości w tym temacie, dorzucił swoje trzy centy Henry Ford, mówiąc: Porażka to jedynie możliwość, żeby zacząć od początku, tylko mądrzej. Niech to usłyszy pechowy skoczek do wody, który złamał kręgosłup. Na pewno kolejnym razem postąpi rozsądniej. Dlatego właśnie jednym z moich najbardziej znienawidzonych powiedzonek jest: Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Na Atenę! Powiedzcie to komuś, kto przeżył wypadek, krach na giełdzie i tragedię w rodzinie. Czy jako przykuty do wózka, bezdomny w żałobie powie sobie: tak, to mnie wzmocniło. Zaraz ktoś mnie skoryguje, że nie chodzi o wzmocnienie fizyczne, ale siłę ducha. Jakoś, gdy umierał mi ktoś bliski, albo gdy doświadczałem innej straty, to mój duch wcale się nie wznosił. Przeciwnie, załamywał się i frunął lotem koszącym w jakieś ciemne otchłanie, a przy kolejnych drwinach losu wcale nie radził sobie lepiej, czy łatwiej.

Podobno bez porażki nie sposób przekonać się, jak naprawdę smakuje sukces. Jednak skoro potrafimy wyobrazić sobie sukces, mimo iż nie był jeszcze naszym udziałem – to chyba jesteśmy w stanie wyobrazić sobie też klęskę i, bez faktycznego jej doznania, omijać ją szerokim łukiem oraz prawdziwie cieszyć się zwycięstwem. Michel Jordan miał ponoć stwierdzić: Ponosiłem porażkę, za porażką, to dlatego odniosłem sukces. Jeżeli sukces budowany jest na wcześniejszych porażkach, to muszę skonstatować, iż jest to nieciekawy fundament.

Trafiłem gdzieś na sentencję: Każda porażka niesie ze sobą ziarno równej, lub nawet większej korzyści. Powiedział to Napoleon Hill – autor książek o filozofii sukcesu, w których tłumaczył, z grubsza rzecz biorąc, jak zwyczajny człowiek (Amerykanin) może dojść do niezwykłych osiągnięć, głównie przez odpowiednie nastawienie umysłu. Jeśli faktycznie porażka zawiera w sobie zalążek sukcesu, to by oznaczało, że w każdej sytuacji (i z każdej sytuacji) powinniśmy być zadowoleni. Powinna nas cieszyć zarówno wygrana jak i porażka, niosąca owo ziarno korzyści. Mało powiedziane; im bowiem większa porażka, tym lepiej, gdyż z niesionego ziarnka powstać ma równie wielka korzyść (a może i większa) – no nic, tylko tryskać radością i zakwitać optymizmem, po każdym potknięciu, kopniaku w twarz, albo bankructwie firmy.

W którymś miejscu zostało napisane przesłanie, iż: Nie zwycięstwa, lecz porażki kształtują charakter. Ciekawe, co na takie dictum odparliby starożytni nauczyciele. Miłośnicy oręża wskazywali przecież na służbę wojskową i podkreślali znaczenie wojny w kształtowaniu ducha (przykładem niech będzie Sparta). W Atenach panowało przekonanie, że to nie wykształcenie, czy wychowanie czyni mądrym lub dobrym, ale że z predyspozycją do cnoty trzeba się urodzić – niemniej prowadzono wszechstronne kształcenie i wychowanie. Generalnie, według pasjonatów aktywności fizycznej to wojna, lub sport kształtuje charakter, a filozofowie proponują ćwiczenie się w cnotach. Z religijnego zaś punktu widzenia to cierpienie kształtuje charakter. Bez wnikania w szczegóły, przypomnę tylko o Hiobie. I to ostatnie spostrzeżenie wydaje się o tyle zasadne, że porażka i cierpienie często idą w parze. Jeżeli kogoś to przekonuje, to proszę bardzo. Ja dość daleki jestem od twierdzeń, że cierpienie kształtuje charakter, hartuje ducha, uszlachetnia itp. Cierpienie przede wszystkim dehumanizuje, odbiera godność, poniża i zniewala. I gdyby porażka miała być bliską krewną cierpienia, to przypisałbym jej równie bliskie właściwości.

Dlatego pewnie są i tacy, którzy nie traktują porażki z respektem, ani jej nie gloryfikują. Przeciwnie, umniejszają jej znaczenie, twierdzą, że to nic takiego, że nie ma się czym przejmować. Sugerują ewentualnie, że w zasadzie to wręcz dobrze się stało, bo doświadczenie – wszelkie, a więc i przykre – zawsze czegoś uczy. Można by rzec, iż w ten sposób zatoczyliśmy koło i wrócili do pierwszej myśli – że porażki są naszymi lekcjami. Nawet Szekspir, słynący z trafnych obserwacji, był podobnego zdania pisząc, iż: Najlepszych ludzi uformowało naprawianie własnych błędów. A mi się wydaje, że jednak lepiej, bezpieczniej i rozsądniej jest uczyć się na cudzych błędach. To pozwala uniknąć zbytecznych złamań otwartych i poparzeń trzeciego stopnia.

Ktoś mógłby pomyśleć, że ze wszystkim co powiedziano na temat porażek wyłącznie polemizuję. A tu siurpryza – są sentencje, z którymi akurat się zgadzam. Choćby ta, którą wyraził pisarz Gore Vidal: Nie wystarczy odnieść sukces. Pozostali muszą ponieść porażkę. Czyż to nie jest myślenie bliższe ludziom, ba! ludzkiej naturze. Czyż nie jest prawdziwsze niż te górnolotne, poetyzujące, pseudo-motywacyjne aforyzmy. Przecież zwykle ludzi bardziej od własnego sukcesu cieszy porażka bliźniego. Można się na to oburzać i protestować. A pewnie. Można, do woli. A jednak takie są fakty.

Pozytywka kadrZapraszamy zatem 3 kwietnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: błogosławieństwo porażki.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być może przyjąć postawę, jaką prezentuje Tom Cruise, mówiąc: Nie zgodzę się z tymi, którzy uważają, że więcej nauczę się ze swoich porażek niż ze zwycięstw. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich. 4.4/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)