Archiwa tagu: Winston Churchil

Coffeelosophy XXXVIII – czyli szkodliwa prawda

Na najbliższym spotkaniu w formule filozoficznej kawiarenki tematem będzie nie tyle prawda, co rzeczywistość.

***

Nie tak dawno (bo inaczej bym nie pamiętał), w jakimś filmie padła mniej więcej taka kwestia: Powiedz prawdę. Prawda wszystko zmieni. Ponieważ film wydawał mi się jednym z tych mądrych, to jakoś uderzyły mnie te słowa. I wzbudziły wewnętrzny sprzeciw.

Prawda niczego nie zmienia. Co najwyżej odsłania. A sama, jako taka nie zmienia rzeczywistości, bo prawda jest rzeczywistością. Jest faktycznym stanem rzeczy. Dopiero poznanie prawdy przez człowieka, czyli zdobycie wiedzy na temat faktów, może coś zmienić. Pod warunkiem, wszelako, iż człowiek jakoś na to odkrycie zareaguje. Dopiero reakcje mogą mieć wpływ na bieg spraw, ba, na rzeczywistość. I wówczas inna rzeczywistość, będzie inną prawdą o świecie.

Nie przeceniałbym jednak na tym polu roli prawdy. Przyjęcie nieprawdy, fałszywych informacji, zmanipulowanej wiedzy, również może coś zmienić. Gdyż tak samo wywołuje określone reakcje. I chyba dzieje się tak o wiele częściej, niżeli w przypadku czystej prawdy. Kuriozalne jest to, że kłamstwo potrafi zmienić obraz rzeczywistości – zatem i prawda na temat świata ulega modyfikacji. A dostęp do kłamstw jest dużo łatwiejszy. Zwłaszcza jeśli przyjąć, że prawda jest tylko jedna, a kłamstw można nawymyślać wiele. Sądzę, że miał rację Georges Braque, stwierdzając: Prawda istnieje. Wymyśla się tylko kłamstwo. Należy jednak pamiętać, iż to wymyślanie kłamstw zawsze wypływa z jakiejś potrzeby. Raczej nie kłamie się bez powodu, zwykle kłamstwo jest pewną tarczą, zasłoną dymną, odwróceniem uwagi lub skupieniem jej na sobie; generalnie służy czyjemuś zyskowi.

***

Od początku, czego ludzie nie wiedzieli, to sobie dopowiadali i uzupełniali domysłami. A w razie konieczności świadomie wtykali w luki różne banialuki. Ich pobratymcy zaś, z czystego wygodnictwa przyjmowali te informacje i zadowalali się nimi. Bo Czasami ludzie potkną się o prawdę. Ale prostują się i idą dalej, jakby nic się nie stało – co wytykał Winston Churchill. Tylko nieliczni poszukiwali prawdy, a ewentualne porażki nie wielu martwiły. Nieznajomość prawdy, lub pełnej prawdy, nie przeszkadzała ludzkości rozwijać się, doskonalić, tworzyć obok szpetnych także piękne rzeczy. Półprawdy, fałsze, wypaczenia i oszustwa nawarstwiały się latami, oblepiły nasz świat tłustym kożuchem, a my cieszymy się, że nam ciepło. I co w tym złego?

Skoro człowiek, nie znając prawdy, tak dobrze sobie radzi, to czy w ogóle jej potrzebuje. Jeżeli nasz świat jako tako funkcjonuje w obecnej formie, być może oczyszczenie go z nieprawdy, odsłonięcie rzeczywistej postaci, wcale by się ludziom nie spodobało, ani nie przysłużyło. Kto wie, pewnie wszystko by nam popsuło i skomplikowało. Warto znać prawdę, ale niekoniecznie jej używać. Prawdopodobnie już pierwsi ludzie zauważyli, że na absolutnej szczerości nie da się budować sprawnie działającej wspólnoty. Umówiliśmy się więc na pewną dopuszczalną ilość nieprawdy i dopiero gdy ktoś przekroczy tę normę naraża się na potępienie. Otoczyliśmy się panierką kłamstw, chronimy się w tej skorupie, a na wierzch zakładamy gładkie maski. Budujemy relacje społeczne na kłamstwach i kłamstewkach; oszukujemy w szkole, łżemy na rozmowach kwalifikacyjnych, dezinformujemy sąsiadów, jesteśmy nieszczerzy wobec przyjaciół, serwujemy białe kłamstwa rodzinie, usprawniamy sztukę dwulicowości. Inaczej byśmy sobie nie poradzili. Owszem, Seneka pouczał, że: Kłamać nigdy nie wolno, ale nie zawsze trzeba całą prawdę mówić. Mylił się jednak w tym kategorycznym „nigdy”.

***

W filmie pt.: „Było sobie kłamstwo” autor przedstawił wizję alternatywnej rzeczywistości, w której wszystko mówi się otwarcie, szczerze i bez nieprawdziwych uzupełnień. Od samego początku widzowie doznają konsternacji. Taki świat wydaje się nie do pomyślenia. I taki świat przepada z powodu pierwszego kłamczucha. A co najciekawsze, dzięki jego kłamstwom rzeczywistość staje się znośniejsza, przyjaźniejsza i ciekawsza, perspektywiczna i w gruncie rzeczy lepsza – bardziej ludzka! Prawdomówność zdaje się szkodzić. Prawdomówność brzęczy cynizmem. Mimo, że starożytni cynicy umacniali swoją postawę życiową właśnie w imię prawdy. I gdy Diogenes z Synopy chadzał za dnia z latarnią, szukając człowieka, to chodziło mu o człowieka prawdziwego, osadzonego w prawdzie, świadomego swej prawdziwej natury. Za to, co miało ludziom przeszkadzać w byciu prawdziwymi, uważano otoczkę kultury i sztucznych, społecznych konwenansów. Dlatego skierowano się w stronę natury. Czy jednak słusznie? Ostatecznie przecież cynizm się nie upowszechnił.

Dzisiejszy cynizm bywa urzekający, podobnie jak ośmieszanie wad w kabaretach. W takich okolicznościach wytykanie prawdy bawi, a nawet uczy, ale jednak chcemy by nie wychodziło poza scenę, poza sferę pewnej gry. A propos gier: chyba wszyscy znają tą „Prawda, czy wyzwanie” – każda osoba musi wybrać: albo szczerze odpowie na pytanie, albo zgodzi się wykonać jakąś wymyśloną czynność. Ta zabawa to jeszcze nic, bo odpowiedź można jakoś kontrolować, a nawet podać nieprawdziwą, jeśli akurat nikt z obecnych nie wie, jaka jest prawda. We francuskiej komedii pt. „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie” pokazano o wiele groźniejszą grę. Mamy takie powiedzenia, jak: wyłożyć karty na stół, a także grać w otwarte karty. W tym filmie bohaterowie wyłożyli swoje telefony na biesiadny stół i każdy musiał ujawnić wszelkie przychodzące wiadomości oraz rozmawiać na ustawieniu „głośnomówiącym”. Tyle prawdy, ile wypłynęło między kilkorgiem osób przez jeden wieczór, wystarczyło do zrujnowania im reszty życia.

***

Codzienność wymaga obłudy; w takim środowisku czujemy się dobrze, bezpiecznie i jakoś tak… naturalnie. Bo zwrot starożytnych cyników ku naturze pewnie dlatego nie przyniósł oczekiwanych skutków, że bliższe ludzkiej naturze są kłamstwo, kamuflaż, pozory i koloryzowanie. Aż prosi się przytoczyć słowa Jezusa: I poznacie prawdę, a prawda da wam wolność. Tylko niby od czego miałaby nas wyzwolić? Od tego, co najbardziej ludzkie, najbliższe naszej naturze? Nawet biologicznie zostaliśmy tak ukształtowani, że kiedy pojawiają się jakieś luki w pamięci, albo dziury w szeregu informacji, to nasz mózg samoczynnie, bez udziału świadomości, wymyśla plomby, naszywa łatki i zasypuje dziury czymkolwiek, co nie zaburzy pozoru logiczności. Po prostu mózg nie cierpi braków, dlatego dla własnego komfortu, uzupełnia je w miarę sensownymi fantazjami. Mamy konstrukcję sprzyjającą oszukiwaniu otoczenia. Co więcej, lubimy żyć złudzeniami, bawi nas iluzja i triki, chętnie dajemy się nabierać (przynajmniej dopóki są to żarty) i równie ochoczo nabieramy innych (w nadziei, że też się uśmieją). Ganimy kłamców, a tymczasem wszyscy nimi jesteśmy i inaczej egzystować nie potrafimy.

Na początku zdefiniowałem sobie prawdę, jako rzeczywistość. Jako faktyczny stan rzeczy. Paradoks polega na tym, że otaczająca nas rzeczywistość, tak naprawdę jest pełna różnorakich kłamstw. Tych malutkich, niewinnych oraz takich grubego kalibru. Prawda o świecie, to obraz pełen cieni i mroku. Po omacku szukamy prawdy, ale na co trafiamy opuszkami, to już inna sprawa.

***

Zapraszamy 13 stycznia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: szkodliwa prawda. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i powtórzyć za Piłatem: Cóż to jest prawda? A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XIV – czyli błogosławieństwo porażki.

Pogadalnia Filozoficzna – w zgodzie z ideą wychodzenia ku ludziom – zaprasza na kolejne spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Jak w (prawie) każdy pierwszy poniedziałek miesiąca.

Ponoć nie ma porażek tylko lekcje, lub – jak kto woli – zdobywanie doświadczeń. Czy faktycznie każda porażka niesie jakąś naukę? Coś każe mi wątpić, a wyobraźnia ochoczo pracuje, by znaleźć przykład takiego niepowodzenia, z którego żadnej korzyści nie ma. Pracuje, pracuje i… nic. Praca wyobraźni skończyła się porażką – ale jaka z tego nauka? Może taka, by się nie poddawać, lecz dalej wysilać imaginację.

Na temat porażki można znaleźć wiele złotych myśli i maksym. Że jest krokiem naprzód, kolejnym stopniem zbliżającym do zwycięstwa, a przy tym wcale nie oznacza przegranej – chyba, że się człek podda, nie chce wstać po upadku, rezygnuje z kolejnych prób. Jednakowoż, jeśli tresura szprotek za każdym razem kończy się niepowodzeniem, to ile razy należy próbować. I czy można z tego wyciągnąć inne wnioski, niż zasadność zamiany szprotek na szczury, albo tresury na wędzenie (ewentualnie jedno i drugie, tfu!).

Winston Churchil powiedział: Sukces to przechodzenie od porażki do porażki, bez utraty entuzjazmu. Przy całym szacunku dla niego, trudno uwierzyć, że np. generał z entuzjazmem przyjmuje kolejne przegrane bitwy i z zachwytem zamienia brzeziny w krzyże na żołnierskich mogiłach. A przecież i dla tych poległych była to porażka, zatem pojawia się pytanie: jak mają się podnieść i spróbować jeszcze raz. W dodatku z entuzjazmem. Jasne, że dobre rady są dla żywych i pewnie sam Ikar by się z tym zgodził – gdyby oczywiście zdążył przed gruchnięciem w morską toń. Są jednak porażki, po których nie da się po prostu wstać, otrzepać z kurzu, wytrzeć rozkwaszony nos i zacząć od nowa.

Do zestawu mądrości w tym temacie, dorzucił swoje trzy centy Henry Ford, mówiąc: Porażka to jedynie możliwość, żeby zacząć od początku, tylko mądrzej. Niech to usłyszy pechowy skoczek do wody, który złamał kręgosłup. Na pewno kolejnym razem postąpi rozsądniej. Dlatego właśnie jednym z moich najbardziej znienawidzonych powiedzonek jest: Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Na Atenę! Powiedzcie to komuś, kto przeżył wypadek, krach na giełdzie i tragedię w rodzinie. Czy jako przykuty do wózka, bezdomny w żałobie powie sobie: tak, to mnie wzmocniło. Zaraz ktoś mnie skoryguje, że nie chodzi o wzmocnienie fizyczne, ale siłę ducha. Jakoś, gdy umierał mi ktoś bliski, albo gdy doświadczałem innej straty, to mój duch wcale się nie wznosił. Przeciwnie, załamywał się i frunął lotem koszącym w jakieś ciemne otchłanie, a przy kolejnych drwinach losu wcale nie radził sobie lepiej, czy łatwiej.

Podobno bez porażki nie sposób przekonać się, jak naprawdę smakuje sukces. Jednak skoro potrafimy wyobrazić sobie sukces, mimo iż nie był jeszcze naszym udziałem – to chyba jesteśmy w stanie wyobrazić sobie też klęskę i, bez faktycznego jej doznania, omijać ją szerokim łukiem oraz prawdziwie cieszyć się zwycięstwem. Michel Jordan miał ponoć stwierdzić: Ponosiłem porażkę, za porażką, to dlatego odniosłem sukces. Jeżeli sukces budowany jest na wcześniejszych porażkach, to muszę skonstatować, iż jest to nieciekawy fundament.

Trafiłem gdzieś na sentencję: Każda porażka niesie ze sobą ziarno równej, lub nawet większej korzyści. Powiedział to Napoleon Hill – autor książek o filozofii sukcesu, w których tłumaczył, z grubsza rzecz biorąc, jak zwyczajny człowiek (Amerykanin) może dojść do niezwykłych osiągnięć, głównie przez odpowiednie nastawienie umysłu. Jeśli faktycznie porażka zawiera w sobie zalążek sukcesu, to by oznaczało, że w każdej sytuacji (i z każdej sytuacji) powinniśmy być zadowoleni. Powinna nas cieszyć zarówno wygrana jak i porażka, niosąca owo ziarno korzyści. Mało powiedziane; im bowiem większa porażka, tym lepiej, gdyż z niesionego ziarnka powstać ma równie wielka korzyść (a może i większa) – no nic, tylko tryskać radością i zakwitać optymizmem, po każdym potknięciu, kopniaku w twarz, albo bankructwie firmy.

W którymś miejscu zostało napisane przesłanie, iż: Nie zwycięstwa, lecz porażki kształtują charakter. Ciekawe, co na takie dictum odparliby starożytni nauczyciele. Miłośnicy oręża wskazywali przecież na służbę wojskową i podkreślali znaczenie wojny w kształtowaniu ducha (przykładem niech będzie Sparta). W Atenach panowało przekonanie, że to nie wykształcenie, czy wychowanie czyni mądrym lub dobrym, ale że z predyspozycją do cnoty trzeba się urodzić – niemniej prowadzono wszechstronne kształcenie i wychowanie. Generalnie, według pasjonatów aktywności fizycznej to wojna, lub sport kształtuje charakter, a filozofowie proponują ćwiczenie się w cnotach. Z religijnego zaś punktu widzenia to cierpienie kształtuje charakter. Bez wnikania w szczegóły, przypomnę tylko o Hiobie. I to ostatnie spostrzeżenie wydaje się o tyle zasadne, że porażka i cierpienie często idą w parze. Jeżeli kogoś to przekonuje, to proszę bardzo. Ja dość daleki jestem od twierdzeń, że cierpienie kształtuje charakter, hartuje ducha, uszlachetnia itp. Cierpienie przede wszystkim dehumanizuje, odbiera godność, poniża i zniewala. I gdyby porażka miała być bliską krewną cierpienia, to przypisałbym jej równie bliskie właściwości.

Dlatego pewnie są i tacy, którzy nie traktują porażki z respektem, ani jej nie gloryfikują. Przeciwnie, umniejszają jej znaczenie, twierdzą, że to nic takiego, że nie ma się czym przejmować. Sugerują ewentualnie, że w zasadzie to wręcz dobrze się stało, bo doświadczenie – wszelkie, a więc i przykre – zawsze czegoś uczy. Można by rzec, iż w ten sposób zatoczyliśmy koło i wrócili do pierwszej myśli – że porażki są naszymi lekcjami. Nawet Szekspir, słynący z trafnych obserwacji, był podobnego zdania pisząc, iż: Najlepszych ludzi uformowało naprawianie własnych błędów. A mi się wydaje, że jednak lepiej, bezpieczniej i rozsądniej jest uczyć się na cudzych błędach. To pozwala uniknąć zbytecznych złamań otwartych i poparzeń trzeciego stopnia.

Ktoś mógłby pomyśleć, że ze wszystkim co powiedziano na temat porażek wyłącznie polemizuję. A tu siurpryza – są sentencje, z którymi akurat się zgadzam. Choćby ta, którą wyraził pisarz Gore Vidal: Nie wystarczy odnieść sukces. Pozostali muszą ponieść porażkę. Czyż to nie jest myślenie bliższe ludziom, ba! ludzkiej naturze. Czyż nie jest prawdziwsze niż te górnolotne, poetyzujące, pseudo-motywacyjne aforyzmy. Przecież zwykle ludzi bardziej od własnego sukcesu cieszy porażka bliźniego. Można się na to oburzać i protestować. A pewnie. Można, do woli. A jednak takie są fakty.

Pozytywka kadrZapraszamy zatem 3 kwietnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: błogosławieństwo porażki.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być może przyjąć postawę, jaką prezentuje Tom Cruise, mówiąc: Nie zgodzę się z tymi, którzy uważają, że więcej nauczę się ze swoich porażek niż ze zwycięstw. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich. 4.4/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)