Archiwa tagu: wojna

Coffeelosophy XXVIII – czyli nie módl się o pokój

Stare łacińskie porzekadło głosi: Si vis pacem, para bellum – innymi słowy Qui desiderat pacem, praeparet bellum. Czyli po Liwiuszu z Wegecjusza na nasze: Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Na pierwszy rzut oka brzmi to, jak sprzeczność zdań, jak jakiś oksymoron. Tymczasem, mógłbym rzecz ująć słowami: jeśli marzy ci się zachować pokój, to bądź stale przygotowany do wojny, by w każdej nieoczekiwanej chwili skutecznie go bronić. Na szczęście starożytni ujęli to zwięźlej, co pewnie zawdzięczamy ich manii utrwalania sentencji w kamieniu; komu bowiem chciałoby się ryć dłutem długie aforyzmy.

Wróćmy do cytatu. Co prawda przesłanie brzmi, że warunkiem pokoju jest przygotowanie militarne, lecz komunikuje też w pierwszym członie, że celem jest pokój. Z góry zakłada, że o niego tu chodzi i dla niego należy się sposobić do ewentualnej walki. Mimo użycia słowa „Si” (jeśli) a w drugim cytacie „Qui desiderat” (kto chce) – to owo zdanie warunkowe jest jakby retoryczne. Czyli ma wymowę: jeśli chcesz pokoju, a zakładam, że chcesz, to dam ci radę – uzbrój się. A w drugim cytacie: kto chce pokoju, a zakładam, że każdy – niech się zbroi. Dlaczego ludzie wzniecają wojny? Bo albo chcą coś pozyskać, albo odzyskać. I są to dobra bardzo konkretne, jak terytorium, bogactwa, władza, lub piękna Helena – albo bardziej abstrakcyjne, jak honor, wolność, religia, prawda i paradoksalnie pokój. U podstaw leży więc jakieś silne pragnienie (i często przeczucie sukcesu). A co leży u podstaw pragnień? Wydaje mi się, że niezadowolenie. Człowiek szczęśliwy, a przynajmniej zadowolony ze swojego stanu, nie chce niczego zmieniać, niczego nie pragnie, a już na pewno nie zamierza ryzykować życia w jakiejś wojnie. Problem w tym, że stan szczęścia, czy choćby zadowolenia nie jest trwały. Prędzej, czy później coś go zaburza, lub powoduje utratę – a wtedy człowiek czuje niezadowolenie, chce zmian, chce powrotu do szczęśliwości i jest gotów zaryzykować życie w walce o to. Podobnie człowiek, który nigdy szczęścia nie zaznał, niemniej ma jakieś jego wyobrażenie i ku niemu dąży. I wówczas… dochodzi do konfliktu.

Dopóki na świecie będzie istniał człowiek, będą też wojny.

Albert Einstein

Wojnę traktuje się jako plon zła, zło samo w sobie i źródło zła. Więcej ludzi cierpi z jej powodu, niż się cieszy. A jednak, mimo, iż o jej rozpoczęciu, przebiegu, jak też zakończeniu decydują ludzie, to prośby, aby nas ominęła kierujemy do Boga. Przykładem suplikacja: Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie! W dziejach ludzkości wielokrotnie zatem wznoszono modły o pokój. Z różnym skutkiem. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, że dostatecznie wielu ludzi, dostatecznie prawych i pobożnych, dostatecznie długo, gorliwie i ufnie nęka modlitwami Absolut i Ten w końcu postanawia ich wysłuchać. Co musiałby uczynić Bóg, aby nie dochodziło do wojen? W myśl powyższego wywodu, musiałby wygasić w ludziach pragnienia i potrzeby. Zarówno te płytkie, podstawowe jak i te natury wysokiej. Wszelkie! Gdyż chęć ich zaspokojenia bywa przyczyną wojen.

Konieczne byłoby wypatroszenie człowieka ze zdolności do agresji, z upodobania do rywalizacji, z chęci dominacji ale też z zazdrości, chciwości, pożądliwości, czy pragnienia zemsty, zakorzenionego w poczuciu sprawiedliwości. Nie pragnąc niczego, człek nie musiałby rozważać, czy sięganie po dany przedmiot pożądania jest dobre, czy złe. Gdybyśmy po nic nie sięgali, nie wpadalibyśmy w pułapki dylematów pt.: co wybrać, czy wolno, jakim sposobem. Czyż nie utracilibyśmy wówczas sporej części wolnej woli? Wszak nie miałoby szansy wykazać się ludzkie sumienie i poczucie moralności. Ergo, wolna wola nie uruchamiałaby się.

Ktoś mógłby zaproponować – skoro popuszczamy wodze fantazji – żeby Absolut pozostawił w nas pozytywne pragnienia, jak pragnienie dobra, miłości, piękna, tolerancji, prawdy, empatii, przyjaźni itp. Pytanie, czy to uchroniłoby ludzkość przed wybuchem wojen. Każde pragnienie jest odpowiedzią na jakiś brak, niedosyt albo zagrożenie stanu posiadania. Inaczej mówiąc, pragnienie przyjaźni budzi się, gdy nie mam przyjaciół, albo gdy mam ich za mało, tudzież, gdy pojawia się ryzyko ich utraty. Potrafię sobie wyobrazić ludzi, którzy pragnąc jakiejś pozytywnej rzeczy, posuną się do walki o jej zdobycie, albo zachowanie. A gdyby Bóg wytrzebił w nich zdolność do agresji, lub odwagę i bezwzględność – to podejrzewam, że z powodu poczucia bezsilności i niemożności zaspokojenia (pozytywnych) żądz, ludzie owi staliby się społecznością chorobliwie sfrustrowaną.

Zasadniczo, pozbawienie ludzi pragnień wydaje się niemożliwe, bo nie zaspokajając niektórych ważnych potrzeb byśmy wyginęli. Jednak dla celów spekulatywnych pomińmy to na moment. Uznajmy, że Bóg sam by nam zapewniał to, co niezbędne – taki dodatkowy cud. Tak oto, nie pragnąc czegokolwiek, nic nie skłaniałoby nas do poprawiania naszego życia, zmieniania świata na lepszy, odkrywania nowych rzeczy, poszukiwania rozwiązań, budowania, tworzenia. Czyż nie zatrzymalibyśmy się w rozwoju intelektualnym, technologicznym, kulturalnym, ogólnie cywilizacyjnym? A w końcu, czyż nie przestalibyśmy pragnąć bliskości z drugim człowiekiem, przyrodą, ba! z samym Absolutem? Dostrzegacie konsekwencje? Czy podobałaby się wam taka wizja ludzkości? Brr! Dobrze pomyślcie, zanim pomodlicie się o pokój dla całego świata.

Pozytywka kadrZapraszamy 3 grudnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: powściągliwe modły o pokój. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i pomodlić się umiarkowanie o pokój, gdyż i tak Bóg zawsze zadba, by wojna nieustannie powracała jako drastyczne lekarstwo dla gatunku ludzkiego – w co wierzył Heinrich von Treitschke. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

.

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XV – czyli dobrodziejstwa wojny

Uwaga, pogadalnicy!

W pierwszy poniedziałek maja nie było spotkania. Aby jednak nie przepadło nam spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki, to odbędzie się ono wyjątkowo w drugi poniedziałek miesiąca, czyli 8 maja.

Bitwa pod Solferino

Pod tą datą obchodzona jest rocznica zakończenia II wojny światowej jak też Światowy Dzień Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca. Jest to także dzień urodzin Henryka Dunanta – szwajcarskiego filantropa, finansisty i pacyfisty. Czemu o nim wspominam? Pod koniec czerwca 1859 roku, pod Solferino doszło do wielkiej bitwy między armią cesarstwa Austrii a połączonymi siłami armii włoskiej i francuskiej. Po całodziennej walce, na skrwawionym pobojowisku zostało niemal 30 000 ofiar, w tym ponad 20 000 rannych. Widok cierpiących, często dogorywających żołnierzy, pozostawionych praktycznie bez opieki, tak wstrząsnął Dunantem, że w humanitarnym odruchu postanowił im pomóc. Zwoławszy okoliczną ludność, zorganizował transport i opiekę, a po powrocie do Genewy opisał te przeżycia w książce. Zaproponował utworzenie dodatkowej służby medycznej do pomocy rannym oraz powołanie narodowych stowarzyszeń z wolontariuszami, którzy na polu walki posiadaliby status neutralności, wraz z rannymi. Tak powstał Międzynarodowy Komitet Pomocy Rannym, przekształcony w 1863 r. w Czerwony Krzyż (od symbolu, będącego odwrotnością szwajcarskiej flagi).

W dzisiejszym statucie znajdujemy m.in. taki zapis: posłannictwem jest zapobieganie ludzkim cierpieniom i łagodzenie ich wszędzie, gdzie one występują, ochrona życia i zdrowia oraz działanie na rzecz poszanowania istoty ludzkiej, zwłaszcza w czasie konfliktu zbrojnego i w innych sytuacjach zagrożenia, praca na rzecz zapobiegania chorobom oraz podnoszenia zdrowotności i opieki społecznej, popieranie dobrowolnego niesienia pomocy oraz stałej gotowości członków Ruchu do niesienia pomocy, jak również powszechnego poczucia solidarności z tymi, którzy potrzebują pomocy i ochrony ze strony Ruchu.

Zaryzykuję tezę, iż okrucieństwa i całe zło dotyczące wojen, przyczyniły się do powstania czegoś dobrego, służącego także w czasie pokoju. Z pewnością znajdziemy wokół siebie więcej przykładów na to, jak odpowiedzią na zło stało się coś dobrego. Czyżby znajdowało w tym potwierdzenie stare porzekadło: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. A skoro temat wojny tak się nam narzucił, to nie unikajmy go.

Wojna najczęściej przynosi korzyści – na ogół zwycięzcy. Lecz nie tylko. Nie raz spotykałem się ze stwierdzeniem, że wojny napędzały postęp, zwłaszcza technologiczny. Również w naszych czasach wiele nowinek, pierwotnie zapewniających przewagę na polu walki i zarezerwowanych dla armii, upowszechnia się i staje pożytkiem cywilów. Tak było np. z żywnością w konserwach, słodkim batonikiem wysokoenergetycznym, podpaskami higienicznymi, okularami przeciwsłonecznymi, zamkiem błyskawicznym, krótkofalówką, Internetem, GPS, fotografią cyfrową, dronami, taśmą samoprzylepną, klejem Kropelką (cyjanoakryl), woreczkami foliowymi, duraluminium, powłoką teflonową,  a przypadkiem też z kuchenką mikrofalową. Nie chodzi więc już tylko o łupy wojenne, nowe terytoria, więcej poddanych, status mocarstwa. Wojna to także rozwój niektórych gałęzi przemysłu, nauki, medycyny, transportu – rozwój być może mniej zaawansowany w czasie pokoju. Może należałoby powtórzyć za Heraklitem: Wojna jest ojcem wszystkich rzeczy.

Paradoksalnie nierzadko wojny, podobnie jak epidemie, bywały wybawieniem z problemu przeludnienia. Rozrost miast nie nadążał za przyrostem naturalnym. Na wsiach coraz trudniej było dzielić poletka na licznych spadkobierców. Powiększało się grono ludzi bez pracy, co rodziło występki. A gdy wojna lub choroba zdziesiątkowały społeczeństwo, wracała równowaga. Dodajmy coś jeszcze; wojna oraz poczucie zagrożenia uwalnia, wydobywa i często uwypukla nie tylko mroczne, występne i podłe cechy, lecz także te szlachetne, bohaterskie, patriotyczne – których ktoś mógł sobie nawet nie uświadamiać. Wojna konsoliduje społeczeństwo, wzmacnia poczucie solidarności, jednoczy wokół idei, albo przeciw wrogowi. To nie wszystko. Wojna rozbudza wyobraźnię twórców, staje się tematem wielkich dzieł malarstwa, rzeźbiarstwa, literatury, muzyki, filmu. Jasne, że moglibyśmy się doskonale obejść bez tych wytworów, za którymi stoją tragiczne losy milionów ludzi. I najchętniej żylibyśmy w świecie, który nie daje asumptów do takiej twórczości. Jednak konflikt jest wpisany w życie naszej planety, zatem jeśli z jego powodu mogą powstać rzeczy dobre lub piękne, to zawsze jakaś pociecha.

Właśnie; konflikt wpisany w naturę. Prawo silniejszego do władania terytorium, przewodzenia stadem, pierwszeństwa w ucztowaniu, rozsiewania genów itp. Wszystko, co żyje rywalizuje o przestrzeń i pokarm z innymi formami życia, często ich kosztem, ba! nawet kosztem ich istnienia. Ktoś powiedział, że wojna jest koniecznością biologiczną. Jedna z teorii socjologicznych, dotycząca konfliktów społecznych, bez osłonek mówi, iż tzw. ład społeczny jest chwiejną równowagą, a na dłuższą metę, to utopia. W społeczeństwie bowiem dominują sprzeczności i ścieranie się rozbieżnych interesów poszczególnych grup i jednostek. I stwierdza to z taką oczywistością, jakby konflikty i antagonizmy były naturalną własnością ludzi. W takim razie, jeśli skazani jesteśmy na konflikty, w tym zbrojne, to powinniśmy nauczyć się, jak wyciągać z nich ewentualne korzyści. Pytanie tylko: jakie? Od tysiącleci obserwujemy konflikty w otaczającej nas przyrodzie i nie dziwimy się temu. A z drugiej strony, sami będąc częścią tej przyrody, bywamy zaskoczeni, że stać nas nawet na większe bestialstwo. Mamy też o wiele szerszy wachlarz powodów, motywacji i argumentów by wszcząć konflikt, czy to na polu polityki, czy na ubitym polu, wszak Wojna jest tylko kontynuacją polityki innymi środkami – jak powiedział Carl von Clausewitz.

A co z małymi wojnami, takimi bez oręża, bitewnego zgiełku i przelewu krwi? Psychologia, zajmując się zagadnieniem konfliktów, analizuje przyczyny, scenariusze przebiegu, mówi o skutkach. Ponoć o charakterze konfliktu decyduje siła więzi społecznych. W grupach o silnych więziach wewnętrznych, negatywne emocje członków uznaje się za zagrożenie dla tych więzi i tłumi, przez co – gdy już dojdzie do konfliktu, przebiega on z niezwykłą gwałtownością, mogącą zniszczyć samą grupę. Z kolei w grupach o luźniejszych więziach konflikty pojawiają się dość często i pozwalają na rozładowanie wszystkich napięć na bieżąco. Taki skutek wydaje się korzystnym. Dzięki temu zamiast wyładowania nawarstwionych emocji, pozostaje przestrzeń by zająć się przyczynami konfliktów, podyskutować, poszukać rozwiązań. Wniosek na marginesie: lepiej żyć w grupie o luźnych relacjach, w której dochodzi do drobnych konfliktów.

Pozytywka kadrZapraszamy zatem 8 maja o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będą: dobrodziejstwa wojny.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być może zająć stanowisko, jakie prezentował myśliciel i moralista Andrzej Frycz Modrzewski, głosząc: Żadne korzyści z wojny nie są tak wielkie, aby mogły jej szkodom dorównać (…). A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.43/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)