Archiwa tagu: życie

Na święta – czyli sami ze sobą

Pandemia koronawirusa uniemożliwi spotkanie Pogadalni w formule filozoficznej kawiarenki. Postanowiłem więc przygotować temat, który z jednej strony będzie refleksyjny (choć częściej psychologicznie niż filozoficznie), a z drugiej jednocześnie nawiąże do zbliżających się świąt. Tym sposobem nie będę dwukrotnie zakłócał spokoju.

            Niezwykłe to będą święta. Chyba pierwsze takie od ponad stu lat, czyli od epidemii grypy zwanej „hiszpanką” (aczkolwiek przywleczonej z USA). Najprawdopodobniej nie udamy się do kościołów, pewnie nie zjemy święconki, nie spotkamy się ze wszystkimi bliskimi. I tak, jak za zwyczaj w życzeniach padają zwroty: spokojnych i rodzinnych…, radosnych i spędzonych w rodzinnym gronie…, w zdrowiu i ciepłej rodzinnej atmosferze… tak obecnie, w przypadku wielu osób należałoby się wystrzegać tych familiarnych sformułowań. Już niejedna rodzina uzgodniła, że jej członkowie na święta nie zjadą się, by zasiąść do wspólnego stołu.

            Wielu z nas święta spędzi w pojedynkę; dla niektórych nie będzie to nowe doświadczenie, lecz pozostali zmierzą się z wyjątkową sytuacją. Więcej szczęścia będą miały te rodziny, zwłaszcza liczniejsze, które i tak nigdzie nie jeździły, ani nie podejmowały gości. O ile więcej będą miały wspomnianego szczęścia? – trudno oszacować. Szczególnie, że od dłuższego czasu zmuszone są do ciągłego przebywania w komplecie pod jednym dachem, co bywa sporym wyzwaniem. Czyż to nie zastanawiające, że ani nie łatwo znosić stałą obecność tych samych osób, ani długotrwałe przebywanie w pojedynkę. To pozwala częściowo zrozumieć, na czym polega dotkliwość kary więzienia.

            Bardzo często się zdarza, iż trudno jest wytrzymać z samym sobą. Nie wykluczam, że było to ongiś jednym z powodów rozwinięcia instynktu stadnego. Zagłuszamy siebie i własne myśli, zwłaszcza te o poczuciu osamotnienia – gwarem innych osób. Nawet nie musimy z nikim rozmawiać, wystarcza przebywanie wśród ludzi. Szereg codziennych obowiązków i nawyków, jak chodzenie do szkoły, pracy, do biblioteki, albo kościoła, na zakupy, siłownię, czy choćby na bezcelowy spacer – ratuje niejednego z nas przed konfrontacją z własnym „ja”.

            Absorbujemy w ten sposób zmysły, wzmacniamy – nierzadko nieuprawnione – poczucie przynależności do wspólnoty, podczas gdy faktycznie jesteśmy li tylko częścią społeczeństwa. Elementem grupy obcych osób, krzątających się po tym samym świecie, ale każdy wokół własnych spraw, rzadziej wokół wspólnych. To złudne przeświadczenie, iż łączą nas jakieś szczególne więzi, zwykle nas zadowala. Nie rozgryzamy go analitycznie, żeby w środku nie odnaleźć pestki rozczarowania.

            A gdy od czasu do czasu uda nam się spotkać w gronie rzeczywistych znajomych, lub przyjaciół, to wprawdzie czujemy się szczęśliwsi, ale jakże łatwo marnujemy okazję na pogłębienie relacji, jakże ochoczo zajmujemy się płytkimi tematami. Zupełnie, jakby pewna część naszej podświadomości unikała sytuacji, w których musiałoby ujawnić się więcej prawdy o nas. Bo często na odsłonięcie takiej tajemnicy człowiek nie jest gotów, nie zna odpowiedzi na niektóre pytania o sobie, nie przejrzał lub nie przepracował swojej zawartości. Ewentualnie tyle, ile o sobie wie, pozwala mu stwierdzić, że nie ma się czym chwalić; albo przeciwnie – wystarcza do poczucia dumy i zwalnia z dalszego odkrywania prawdy o sobie.

            A gdy nie ma możliwości by wyjść między ludzi? Dawno temu izolacja, spowodowana przykładowo obłożną chorobą, musiała być wielce przygnębiająca. Człowiek skazany był na kontakt z ograniczonym, najczęściej dość wąskim gronem ludzi. Zdarzało się też tak, że np. rodzina szlachecka, mieszkająca w dworku na odludziu, z dala od sąsiadów, miasta, tudzież uczęszczanego traktu, przez większość czasu skazana była wyłącznie na własne towarzystwo. Po wielokroć mieli dość wspólnego mieszkania, znali się niemal na wylot, niczego nowego nie byli sobie w stanie zaoferować, nudzili się i szukali sposobów, by nudę tą zamordować. Wówczas pociechą było udanie się do kościoła, a wszelkie dalsze wyjazdy były jak święto. Kupno książki było niczym kupno nowych, świeżych myśli. Odwiedziny u krewnych i znajomych, jak haust powietrza po wynurzeniu. A kiedy z kolei ktoś z daleka zawitał w progi takiego domostwa, wioząc ploteczki ze świata i dworków dopiero co odwiedzonych, wioząc swoją własną historię, własne myśli, doświadczenia, przeżycia – to bywało, że podstępem, albo wręcz siłą przedłużano jego gościnę, bo taką stanowił atrakcję, takie urozmaicenie monotonii i rutyny.

            Dziś dostępne są różne formy pozyskiwania informacji i komunikacji; za pośrednictwem techniki łączymy się z całym światem. Portale społecznościowe dają możliwość wymiany myśli, aktualizacji wiadomości o losach danej grupy, uzyskania pewnej formy wsparcia. Pytanie tylko, na ile mądrze, lub przynajmniej rozsądnie są wykorzystywane. No i, czy te relacje, w które akurat ktoś się wikła są wartościowe. Czy niosą pozytywny potencjał, czy niestety degradują osobowość. Jak wspomniałem, żyjemy w czasach, umożliwiających nam różnorodny kontakt z bliźnim. O ironio, zdarza się, że preferencje względem jakiejś formy, prowadzą do aberracji, kiedy dwie osoby w tym samym pokoju wysyłają sobie sms-y. Z jednej strony człowiek czuje potrzebę łączności, pragnie spotkania z innym człowiekiem, a z drugiej tak opacznie wykorzystuje nadarzające się po temu okazje.

            Bywa, że gdy człowiek ostatecznie zmuszony jest zostać w domu, doskwiera mu nie tylko brak żywego kontaktu z innymi ludźmi, ale w ogóle brak kontaktu z zewnętrzem. Mózg przyzwyczajony jest do pewnej dawki codziennych bodźców, w dodatku nie tylko w odpowiedniej ilości, ale też ze stosownych źródeł. Kto przywykł często odwiedzać kawiarnię, albo spacerować po parku, odwiedzać galerię handlową, lub pływać na basenie – temu będzie brakowało dość konkretnych wrażeń zmysłowych. Przebywanie wśród czterech tych samych ścian szybko zaczyna go męczyć. Rzadko jednak stawia sobie wtedy ambitniejsze zadania, aby przeczytać coś interesującego, doszkolić się, nadrobić zaległości w ważnych sprawach. Częściej sięga po to, co najprostsze. Internet, telewizja, smartfon, gry komputerowe niejednokrotnie stanowią świetny pochłaniacz nadmiaru czasu i wypełniacz poczucia wewnętrznej pustki.

            Niektórzy dobrowolnie, albo i bezwolnie zamykają się w tym świecie na co dzień. I tym znacznie łatwiej poprzestać na takiej aktywności. Reszta początkowo znajduje w tym ukojenie, ale jeśli ten substytut jej nie wciągnie, to zaspokojenie nie trwa długo. Szkoda, że jedni i drudzy zabijają czas, zamiast go sensownie wykorzystywać. Nie można, co oczywiste, odmawiać sobie wszelkiej rozrywki, pseudoaktywnego wypoczynku, relaksu, a nawet próżnowania. Chodzi tylko o zachowanie umiaru, o odpowiednie proporcje, o to, czy prócz pustej zabawy, zdolni jesteśmy do szukania czegoś budującego i rozwijającego nas samych.

***

            Psychologowie dają wskazówki, jak spożytkować czas, który nieoczekiwanie trafił się nam w prezencie, albo który dotąd marnowaliśmy. Można by sądzić, że gdy jest się samemu to skierowanie uwagi na siebie, poznanie swej wewnętrznej natury, rozszyfrowanie prawdziwych pragnień i zadbanie o własny rozwój, że to wszystko w pojedynkę najłatwiej osiągnąć. I faktycznie, obserwacje potwierdzają, że wśród singli jest coraz więcej osób bardziej świadomych siebie, swoich pragnień, emocji, możliwości, aspiracji; nawiązujących bogate relacje, rozwijających ciekawe pasje, pogłębiających duchowość, medytujących, uprawiających jogę, albo rzadkie sporty, częściej korzystających z ofert kulturalnych, mądrze zwiedzających świat. Żyjąc samotnie (albo, jak niektórzy wolą mówić: samodzielnie) mają ten luksus, iż nikt im w tych działaniach nie przeszkadza, ani nie próbuje pomagać zgodnie ze swoim, a nie ich wyobrażeniem.

            Można jednak, nawet w takiej sytuacji, jak rodzina z opisanego wcześniej szlacheckiego dworku, wypracować metody, dzięki którym wyizolujemy się od cudzych wpływów. Nie jest to proste, gdyż w zamkniętej przestrzeni, szczególnie jeśli nie ma osobnego pomieszczenia na swój azyl, szybko dochodzi do konfliktu interesów. A jeżeli familia jest zgodna, to z kolei wiele spraw próbuje wzajemnie konsultować, idąc na nie zawsze miłe kompromisy. Bo kiedy za każdym razem wszyscy uzgadniają, o której rano wstają i krzątają się po domu, co razem zjedzą, jaką temperaturę ustawią, jaka muzyka lub stacja radiowa będzie rozbrzmiewać w ciągu dnia, co obejrzą wieczorem w telewizji, itp. – stanie się to frustrujące. Kompromisy niestety oznaczają zgodę na jakąś stratę, ograniczenie swobody i… doskonalenie cnoty wyrozumiałości. Zbyt częste ustępstwa mogą jednak rodzić niechęć do pozostałych domowników.

            Jeśli jednak jest możliwe, aby znaleźć w trakcie dnia czas wyłącznie dla siebie, należy z tego skorzystać. Jedną z ważniejszych rzeczy jest uważność i doświadczanie swojego życia na własnej skórze. Bycie na bieżąco, tu i teraz, jakkolwiek niejasno to brzmi, tak po prawdzie polega na nie rozpraszaniu się. Pogoń za dobrami materialnymi, używki i nałogi, trywialna telewizja, zatopienie w social-mediach, czy zakotwiczenie myśli w pracy, oddala od przeżywania obecnej chwili. Dobrze jest znaleźć odrobinę ciszy, choćby kwadrans; niekiedy może się udać dopiero wieczorem, ale warto. W ciszy lepiej słychać siebie. Można pomyśleć o własnych myślach, oddać się autorefleksji. Na początku przedstawić się sobie, w kolejnych krokach poznawać bliżej.

            Gdy poznajemy nową osobę, chcemy się dowiedzieć, co lubi, czym się zajmuje, jakie ma wartości, talenty, hobby, upodobania i plany, co jest jej atutem, co słabością. To często decyduje, czy obdarzamy ją sympatią i chcemy z nią przebywać, czy wręcz przeciwnie. Jeśli więc mamy trudność by wytrzymać sam na sam ze swoim „ja” to chyba warto – w podobny sposób – poznać siebie i znaleźć odpowiedź: dlaczego. A następnie, wiedząc nad czym trzeba popracować, zająć się tym i w rezultacie pokochać siebie. Rzecz jasna nie o narcyzm tu idzie, lecz akceptację siebie, afirmację, życie w zgodzie z sobą.

            Podobno, kto wie kim jest, kto odkryje w sobie tą pierwszą prawdziwą cząstkę, już ma coś autentycznego do zaoferowania. Im lepiej rozumie siebie i zachodzące w nim procesy, tym łatwiej zrozumie innych – a to prawie empatia. Cisza i bezruch wydobywają to, co wartościowego ma się w głębi. Dają okazję wejrzenia i wsłuchania w siebie. No, czasem pozwalają wypełznąć demonom, ale dzięki temu można się z nimi zmierzyć, gdyż demaskuje się ukrytego wroga. A jeśli nawet zobaczymy coś niezbyt pięknego, usłyszymy w wewnętrznym głosie coś przykrego, to także ma wartość, bo jest prawdą o nas. Dostrzeżenie swoich słabości, popełnionych błędów, zaprzepaszczonych szans, czegoś uczy. O ile to możliwe, należy sobie wybaczyć i mądrzejszym zbliżać się ku szczęściu. Dopiero poznanie siebie czyni znośniejszym przebywanie z sobą. Czyż nie jest tak, że wobec obcych czujemy niepewność, ostrożność, potrzebę dystansu, a częstokroć strach? Dlatego nie sposób mieć do siebie zaufanie, rozluźnić się i poczuć dobrze z samym sobą, dopóki „ja” jest kimś obcym. Potrzeba jednak na te zabiegi chwili odosobnienia, mentalnego stanięcia obok pędzących wydarzeń.

            Pomaga to również uświadomić sobie, w jakim kierunku się zmierza. Ocenić, co jest najważniejsze, co się chce jeszcze osiągnąć, ile jesteśmy gotowi poświęcić temu czasu i wysiłku. Im zaś częściej dokonuje się wewnętrznego wglądu, tym większe szanse bycia na bieżąco z sobą i własnymi potrzebami. Aktualizacja priorytetów i korekta planów mogą ustrzec przed zapędzeniem się w ślepą uliczkę, marnowaniem energii i innych swoich zasobów. Wielu ludzi, w obliczu śmierci żałuje, że brakło im odwagi, aby prowadzić inne życie. Szkoda, że uświadomienie sobie tego, na jakim życiu im zależało, przyszło za późno.

            Niebagatelną moc posiada modlitwa. Można znaleźć opowieści ludzi wielce wiekowych, jak istotna była dlań sfera duchowa w życiu. Okazuje się, że jednym z patentów na długowieczność jest właśnie umiejętność zatrzymania się w codziennym biegu i skupienia na modlitwie. Kontakt z transcendencją, rozmowa z Bogiem, chwila wyciszenia – to pozwala zaprowadzić wewnętrzny ład, a nierzadko również uporządkować to, co zewnętrzne. Wiara daje siłę i inspirację. Umacnia w moralnych postanowieniach, kształtuje charakter. Bywa też źródłem szczęścia i usensownia życie. Coś mi mówi, że niezłym sposobem na osiągnięcie podobnych rezultatów będzie dla niektórych medytacja. Praktykujący jedno i drugie mówią zgodnie: warto!

            Człowiek to nie tylko psychika, intelekt, czy duchowość; to również ciało, które jest podstawowym elementem łączącym nas z zewnętrzem. Wyposażeni w zmysły odbieramy bodźce z otoczenia. Dzięki ciału namacalnie potwierdzamy swoją obecność w kontaktach. W dobie pandemii zatem nie sposób nie wspomnieć o doglądaniu zdrowia. Słaba forma fizyczna, niezdrowy tryb życia, ale i nonszalanckie narażanie się na choroby, niosą negatywne skutki. A kiedy ciało odmawia posłuszeństwa, to cierpienie zagłusza i utrudnia myślenie o sobie w innych kategoriach, niż fizyczne. Choroba odciąga uwagę od ciekawszych spraw, dehumanizuje, rodzi frustracje, czasem zwątpienie. Zaburza albo uniemożliwia relacje z otoczeniem. Miłość własna oraz dbanie o siebie nie jest w tym przypadku egoizmem, a rozsądną troską. Jak widać, należy szanować siebie pod różnymi względami. Zbudowanie udanej relacji z samym sobą to połowa sukcesu w budowaniu dobrych relacji z innymi.

***

            A na czym budować relacje z ludźmi? Niektórzy twierdzą, że na szczerości. To dość ryzykowna rada, zwłaszcza wobec obcych. Ale w gronie rodziny może się sprawdzić, bo najbliższym krewnym można zaufać. Przynajmniej dobrze by było tak móc. Obranie roli skrytego, lub tajemniczego wydaje się atrakcyjne i bezpieczne. Gdy nikt nie wie, jacy naprawdę jesteśmy, co myślimy i przeżywamy, ma mniej danych, aby skutecznie nas zranić lub wykorzystać. Trzeba jednak założyć, iż nie każdy ma wobec nas taki zamiar. Jasne, że o pewnych sprawach nikomu nie powiemy, lecz im więcej ukrywamy, tym częściej zmuszamy innych, żeby domyślali, jak jest. A nie każdy jest mistrzem dedukcji. Powstanie więc sporo błędnych wyobrażeń na nasz temat, dojdzie do nieporozumień i często przykrych konsekwencji.

            Autentyczna miłość i głęboka przyjaźń wydają się niemożliwe bez szczerych zwierzeń, dzielenia się sekretami, wyznawania uczuć. Kto się otwiera budzi zaufanie i ośmiela drugą stronę do otwartości. Kto wobec najbliższych przyjmuje postawę obronną traci okazję do poczucia więzi i jedności, pozbawia siebie radości płynącej z dzielenia się sobą. W zamian tworzy barierę i wiedzie samotną egzystencję pośród ludzi, którzy mogliby – lepiej go znając i rozumiejąc – odwdzięczyć się bliskością. Kiedy więc już ktoś pozna siebie, powinien, co najmniej częściowo, tą wiedzą się podzielić. Inaczej może roztrwonić swój wysiłek, gdyż alienując się od rodziny i przyjaciół, skrywając siebie przed nimi, ryzykuje, że sam dla siebie na powrót zostanie nieznajomym. A bliscy poczują się odepchnięci, odrzuceni, wykluczeni z pełnego udziału w jego życiu.

            Naturalnie – wszystko w rozsądnych granicach. Podobnie jak nadmierna skrytość jest zła, również przesadna wylewność potrafi zaszkodzić. A słuchacza zaskoczyć. Gdy nieoczekiwanie spotka się ze wielkim pakietem danych wrażliwych, szczegółowym biogramem, drobiazgowym opisem osobistych doświadczeń, emocji, intymnych detali, może poczuć skrępowanie, zrazić się i nie udźwignąć roli powiernika. Ważne jest opanowanie umiejętnego, wyważonego gospodarowania szczerością. Nie należy mówić wszystkim wszystkiego. Niemniej otwartość jest wskazana, bo buduje i pogłębia więzi międzyludzkie. Wobec najbliższych jesteśmy wręcz moralnie zobowiązani do uczciwości. Wiąże się to czasem z powiedzeniem też przykrej prawdy, wyrażeniem kontrowersyjnej (niemniej swojej własnej) opinii, przyznaniem się do uczuć i myśli, których nikt się nie spodziewał. Warto pamiętać, że skrywanie, bądź tłumienie spontanicznych uczuć, zamykanie się w emocjonalnej klatce nie jest też po prostu zdrowe.

***

            Niezwykłe to będą święta. Ale niezwykły jest już obecny czas. Może warto rozważyć takie jego wykorzystanie, które przyniesie osobisty pożytek, lub poprawi relacje w gronie epidemicznych więźniów. Po to właściwie zebrałem powyższe rady i informacje, po to dzielę się refleksjami. Zawsze dobrze jest podjąć próbę, aby poznać, wzbogacić i polubić siebie, a także otworzyć się na innych, prowokując ich do podobnego kroku. Znaleźliśmy się w świecie izolatek, ale mamy szansę przekuć to na spory zysk. Sytuacja wymusza zrezygnowanie ze spotkań i zgromadzeń, lecz uznajmy to za formę poświęcenia dla dobra bliźnich. Potraktujmy, jako test wytrwałości. Łamanie ogólnie przyjętych reguł to nie tylko przejaw egoizmu, nieodpowiedzialności, brawury i głupoty, lecz także realna groźba obciążenia swojego sumienia czyjąś śmiercią. Pomyślmy nie tylko o swoim komforcie. Zdajmy pozytywnie sprawdzian z człowieczeństwa.

Niegdyś trudne czasy kształtowały szlachetne charaktery; i dziś możemy swoją postawą zaświadczyć o sile ducha. A kto ma Boga w sercu, ten nie potrzebuje wszystkich około świątecznych elementów tradycji. Na pewno nie po to, by wartościowo i głęboko przeżyć wielkanocny czas. Może nawet w dużo bardziej szczególny sposób. Zdrowych Świąt!

Kłaniam, Martinus

           

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXII – czyli życie śmiechu warte

            Pierwszy poniedziałek miesiąca pokryje się z dniem trefnisiów. Wybryki z okazji prima aprilis wymagają od ofiar poczucia humoru. Pamiętam, jak za studenta poszedłem do przychodni ortopedycznej i poprosiłem pielęgniarkę o zdjętą z kogoś gipsową skorupę, którą mógłbym założyć sobie na rękę i udawać rannego. Kobieta przytomnie uświadomiła mi, że taki gips jest niezbyt świeży, niezbyt czysty, niezbyt higieniczny i generalnie niezbyt… Po czym założyła mi świeżą, czystą i higieniczną skorupę na zdrową rękę. Od razu pognałem do ukochanej. Szczerze się przejęła i zmartwiła, więc wywołałem stosowne wrażenie, ale to mi nie wystarczyło. Zamiast triumfalnie wykrzyknąć datę po łacinie, dobudowałem do fikcyjnego złamania, fikcyjną historyjkę. Jednak nie byle banalny wypadek niezdary, o! nie. Ja rzuciłem się przez ulicę do jakiegoś dzieciaka, żeby pchnąć go na chodnik, a sam nie zdążyłem bezpiecznie uskoczyć i samochód mnie zahaczył lusterkiem. Tak, istny bohater.

            A że ta rola mi się spodobała, to odwlekałem moment „A-kuku”. Niepotrzebnie. Oj, niepotrzebnie. Mój heroizm rozniósł się wśród ludzi z pracy ukochanej, liczba nabieranych rosła, jedni wchodzili, inni wychodzili. Nie sposób było teraz zaskoczyć prawdą wszystkich na raz, ani biegać za tymi, co wyszli i przed każdym zdejmować gips. Dopiero pod wieczór odkryłem przed ukochaną swój sekret i, jak łatwo zgadnąć, na początku nie było jej do śmiechu, a zaraz potem mi nie było… Miała żal, że zagrałem na jej uczuciach, przysporzyłem zmartwienia, a do tego wkręciłem jej znajomych. Wyszło na to, że z poważnych spraw – jak choćby stan zdrowia – nie wypada stroić żartów. Cóż, w pewnych okolicznościach z tezami ukochanej nie podejmuje się polemiki. Na pocieszenie mam to, że do dziś niektórzy ludzie, nie wyprowadzeni z błędu, uważają mnie za bohatera. Choć akurat w dniu kawału zależało mi, by ktoś docenił moje poczucie humoru.

            Wobec tego, proponuję kilka refleksji wokół tegoż poczucia.

        Ponoć nikt nie jest w stanie dać komuś czegoś, czego nie posiada. Stąd niektórzy wyciągają wniosek, że Bóg musi mieć poczucie humoru, skoro nas nim obdarzył. Świetnie zazębia się to z myślą, jaką sformułował Stanisław Jerzy Lec: Przez życie trzeba przejść z godnym przymrużeniem oka, dając tym samym świadectwo nieznanemu stwórcy, że poznaliśmy się na kapitalnym żarcie, jaki uczynił, powołując nas na ten świat. Dodałbym, że nie tylko potrzeba godnego przymrużenia oka, ale nawet aktywnego żartowania. To pomaga uporać się zarówno z ogólnym bólem egzystencji, jak i z konkretnym problemem przerastającym ludzkie możliwości uporania się z nim. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXI – czyli życie bezwartościowe

W pierwszy poniedziałek miesiąca tradycyjnie spotykamy się w formule filozoficznej kawiarenki. Tako będzie i tym razem.

Jedni powiedzą, iż życie posiada wartość (i nawet jakoś to dookreślą, że wielką, nadrzędną, najwyższą, lub… nieokreśloną). Drudzy stwierdzą, że życie samo w sobie jest wartością (wielką, nadrzędną, najwyższą, lub… nieokreśloną). Na początek przyjmijmy z tych dwóch, owo pierwsze stanowisko.

I zapytajmy o wartość życia.

Czy jest ono bezcenne? Nieczęsto się o tym mówi, ale większość państw w swoich kalkulacjach wycenia ludzkie życie, z powodów czysto ekonomicznych, dla racjonalnego planowania polityki, m.in. zdrowotnej. Życie Amerykanina ekonomiści wycenili na ok. 7 mln dolarów. Z kolei życie Polaka według ZUS warte jest ok. 70 tys. zł. Inna jest wartość dla osób w wieku przedprodukcyjnym, inna dla tych w wieku produkcyjnym (i reprodukcyjnym), a jeszcze inna dla tych w wieku poprodukcyjnym. Inna dla żołnierza, inna dla więźnia, inna dla ludzi zdrowych, inna dla inwalidów. Koszt leczenia, opieki nad nieuleczalnymi, czy opłacalność ratowania życia znajduje odzwierciedlenie w budżecie NFZ. Poza tym towarzystwa ubezpieczeniowe również mają swoje tabelki i każdy uszczerbek na zdrowiu, każdy narząd i kosteczkę potrafią procentowo przeliczyć na złotówki. Na świecie większość ubezpieczalni szacuje, iż jeden rok dobrej jakości życia jest wart 50 tys. dolarów. Czytaj dalej

4.83/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XII – czyli męka istnienia

Zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, tak więc Pogadalnia Filozoficzna – zgodnie z ideą wychodzenia ku ludziom – zaprasza na kolejne spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki.

Ksiądz Twardowski zaczął jeden z wierszy słowami: Życie to ciągła męka istnienia. Reszta utworu nie warta jest przeczytania, ale ten wers skłonił mnie do zastanowienia. Czy faktycznie można postawić znak równości między życiem, a męką istnienia? Czy może życie bywa też czymś innym, zasługuje na inne podsumowanie? Dlaczego nie: pogodność egzystencji, ekstaza wegetacji, przyjemność trwania, rozkosz bytowania?

Zasadniczo w cytowanym tekście jest tak niewiele słów, a tyle wątpliwości się z nich rodzi. Bo jaką funkcję spełnia słowo „ciągła”? Czy gdyby je odrzucić, to reszta by się nie obroniła? Czy konieczne jest podkreślenie, że męka istnienia jest nieprzerwana. Czemu zamiast „ciągła” nie napisał: zwykle, czasem, głównie, często? I dlaczego pojawia się owa „męka”? Wszak istnienie wcale nie musi się z nią łączyć. Wydaje się zupełnie możliwe istnienie niemęczące, a przynajmniej okresowo mąk pozbawione. Tymczasem, autor wyjaśniając, czym jest życie, nie poprzestał na tym, że to po prostu: istnienie. Ale, że męczarnia, w dodatku bezustanna. Co jest powodem tych katuszy? Czyżby świadomość marności naszych bytów, kruchości konstrukcji, które owo życie w sobie dźwigają, niepewności jutra, czyhających niebezpieczeństw, mogących nas życia pozbawić, lub jego jakość popsuć… A może chodzi o to, że nie zawdzięczamy istnienia sobie, że nie wiemy, kto wykuł pierwsze ogniwo w całym łańcuchu przodków.

I kolejne pytanie: czy można to zdanie odwrócić, zamienić strony miejscami i również uzyskać jakąś prawdę (lub prawdopodobieństwo racji). Zatem, czy można by rzec, iż: Ciągła męka istnienia to… życie.Pozytywka kadr

Zapraszamy 6 lutego o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: męka istnienia.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i sprawdzić, czy jesteś odosobniony w postrzeganiu walorów egzystencji i czy Sofokles miał rację twierdząc, że Bez bólu i cierpień nie istniejemy. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

3.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Samodzielnie o radości umierania

Jako wielki Pogadalnik rozpocznę od wyrażenia uznania dla Martinusa i Alka. Piszecie jasno i mądrze a mądrość niczego tak nie ceni jak otwartej krytyki. Dlatego mądrość waszą chwalę, ale tylko po to by ją przenicować.

Otóż, niepokoi mnie, że nie chcecie definiować ŚMIERCI. A ja dotąd, o ile mi wiadomo, nie rozmawiałem z nikim kto jej doświadczył. O czym my w ogóle rozmawiamy? Czy można tak sobie beztrosko rozmawiać o czymś,  czego nikt nigdy nie widział? Czy któryś z was wie, o czym pisze? A może widok martwego ciała uznajecie za dowód śmierci? Obaj piszecie tak, jakbyście coś wiedzieli, czego ja nie wiem. Alek, trochę w stylu naszego Martina Hounda każe mi całe życie zasuwać w pocie czoła, aby odebrać nagrodę w postaci spokojnej śmierci. Może i bym go posłuchał, w odruchu filozoficznego entuzjazmu, ale ciało me do sprośności i lenistwa skore warczy na samą myśl o takim poświęceniu. Nie nie, tu gdzieś się zagadka dużego kalibru czai i filozoficzny entuzjazm trzeba poskromić. Czy nie warto pochylić się nad czymś, co znamy z doświadczenia, taką “śmiercią” z małej litery i w cudzysłowie? Czy nie  doświadczamy śmierci , kiedy nas strach tak przydusi, że oddechu brak i żyjemy tylko “siłą rozpędu”? Czy nie jest śmiercią życie mdłe i ponure, życie, które musi sobie coraz to nowe rozrywki fundować by nie umrzeć z nudów? Jeśli jakąś śmierć znam, to tylko taką…i tylko takie “bycie trupem”.

 

  4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Umierajmy radośnie!

Spotkanie w formule pozauniwersyteckiej odbyło się w kawiarni Pozytywka i zgodnie z planem dotyczyło radości umierania. Ponieważ tego dnia wypadały akurat Zaduszki, to temat pasował, jak ulał. Spotkanie przyniosło szereg wypowiedzi, które Wielki Pogadalnik starał się ukierunkować na jak najbardziej osobiste tory. Chętnie ujrzałbym na tej stronie jego resume, albo jakąś syntetyczną refleksję.

Generalnie, zebranym trudno było powiązać umieranie z radością, zwłaszcza w ujęciu filozoficznym. Prowokacyjna zbitka słów nie dała się obronić; dominowało kojarzenie śmierci ze stratą, odejściem, końcem, ewentualnie przejściem w inną rzeczywistość. I tu wkraczamy w obszar wiary. Dało się zauważyć, iż nieco łatwiej było poruszać się na polu teologii, czy szczególniej eschatologii. Pozwoliłem sobie wspomnieć, że historia zna przykłady osób, które umierały z radością, krzepione myślą o czekającym je lepszym życiu w wieczności, zadowolone z tego, jaki ślad po sobie zostawiają, jakie dają świadectwo…

Myśląc o sprawach ostatecznych podzielam raczej uczucia tych, którzy obawiają się umierania, zwłaszcza w cierpieniu. Przede wszystkim jednak nie chciałbym umrzeć, nie zrealizowawszy niektórych planów. I daje mi swoiste ukojenie świadomość, że na większość z nich (teoretycznie, lub statystycznie rzecz biorąc) jeszcze trochę czasu mi zostało. Dopiero poczucie, iż na coś jest za późno, niemiłosiernie doskwiera.

Gdyby życie potraktować jako podróż (wyświechtana metafora, wiem) – to wówczas można by doszukać się radości w umieraniu. Niektórym ludziom bowiem przynosi radość podróż w nieznane. Mniej poetyckie, ale chyba trafniejsze będzie inne podejście. Życie człowieka od samego początku zmierza ku śmierci. Nie chodzi o to, że celem życia jest śmierć, lecz o to, iż ciało starzeje się a w każdą komórkę wpisany jest jej koniec. Podczas każdego podziału komórki, telomery w jej chromosomach skracają się, aż w końcu… no cóż. W tym sensie umieramy właściwie od momentu pojawienia się na świecie. Skoro zatem całe nasze życie jest procesem umierania, to radość życia jest właściwie radością umierania. Umierajmy więc radośnie!

Kłaniam, Martinus 4.75/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)