Nie ma zgody na święta

Starożytny pisarz i historyk, Salustiusz, uważał, iż: Dzięki zgodzie małe rzeczy rosną, przez niezgodę – wielkie upadają. Podkreślał tym samym wartość jedności, współpracy i harmonii, jako sił napędzających rozwój. Z kolei podziały, spory i walki miały, jego zdaniem, destrukcyjne skutki. Intuicja każe przyznać mu rację, od dziecka wpajano nam, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Po kłótni lub bójce słyszeliśmy: no, pogódźcie się. Podajcie sobie ręce na zgodę. Do tego religia chrześcijańska (choć nie tylko) nawołuje do wybaczania, pojednania a nawet miłowania nieprzyjaciół. Czy zaufać tym mądrościom? Jako byty ludzkie nie zgadzamy się ze sobą w wielu kwestiach. I nie będziemy się zgadzać. Co więcej: nie musimy. W sensie: nie stoi za tym żaden obowiązek ani konieczność. Wcale! Zresztą, jednomyślność i powszechna zgoda – pomijając, że ta wizja jest utopią – byłyby dla ludzkości szkodliwe.

Wyobraźmy sobie, że w każdej sprawie, która dzisiaj nas różni, mielibyśmy jeden wspólny model myślenia i postępowania – uznany za wystarczający, zadowalający albo słuszny. Nie sprawdzalibyśmy, więc czy da się coś robić inaczej, czy inne rozwiązania mogą być równie dobre – w sztuce, w codziennych wyborach, w sposobach życia. Nie rozważalibyśmy, czy może być inna hierarchia… inne priorytety… inna duchowość… Nikt nie pomyślałby nawet, że inny system wartości również może tworzyć pełnię i prowadzić szczęśliwie przez życie. Byłaby uniwersalna jednorodność. Coś, co chyba występuje jeszcze wśród niektórych zwierząt – aczkolwiek w stadach o wyższym stopniu zorganizowania, też tworzą się frakcje i poplecznictwa. Jednak gatunek ludzki – w naszej wizji – byłby absolutnie jednomyślny.

Ktoś mógłby spytać: i co w tym złego. Zwłaszcza zwolennik totalizmu, monopartyjności, ortodoksji lub państwa wyznaniowego. Takim charakterom podoba się wizja społeczeństwa mówiącego jednym głosem, idącego pod wspólnym sztandarem jednej ideologii, jednej religii, jednej filozofii – a właściwie: jedynej słusznej! Ma to jednak swoją cenę. Nie tylko w postaci utraty indywidualności i stłumienia tożsamości. Byłoby to też w dużym stopniu wyrzeczeniem się wolnej woli, pozbawieniem dylematów moralnych i uchyleniem od odpowiedzialności. Poza tym brak sporów to także brak konieczności argumentowania, jednomyślność to brak szukania alternatyw. Zgodność poglądów oznacza zatem stagnację – nie rozwijalibyśmy się intelektualnie, a w konsekwencji również cywilizacyjnie. Zatracilibyśmy specyficznie ludzką zdolność do sporu i krytycznej refleksji. I w tym upodobnilibyśmy się do zwierząt.

O ile unitaryzm budzi sprzeciw wśród ludzi o poglądach demokratycznych i liberalnych, o tyle uniformizm już niekoniecznie. Choć nie popierają narzucania jednolitości w ubiorach, architekturze czy kulturze – bo cenią różnorodność, bogactwo wielokulturowości i osobisty indywidualizm, a unikają nudy, monotonii i braku oryginalności. To z drugiej strony potrafią docenić ujednolicanie na innych polach, np. upodobnianie planów urbanistycznych, globalizację, spójność przepisów prawnych, metod medycznych, zasad ekonomicznych, porządku publicznego, standardów obyczajowych… – bo to pozwala im wszędzie się odnaleźć i czuć bezpiecznie. Są zatem takie obszary, gdzie jednomyślność i jednorodność są pożądane. Rzecz w tym, iż ten ujednolicony porządek nie jest efektem powszechnej zgody, lecz wyboru dokonanego przez jakąś część ludzi i narzuconego pozostałej części.

Człowiek, bowiem, zwłaszcza o ugruntowanych poglądach, ma w sobie silną tendencję nie tylko do propagowania ich, lecz wręcz do narzucania. Niezależnie, z jakiej pozycji występuje, czy jako polityk, nauczyciel, kaznodzieja, szef, czy rodzic – chce by inni podzielali to samo zdanie, o którego słuszności sam jest przekonany. Rzecz jasna nie zawsze wypływa to z natury autorytarnej, ale czasami… hmm, ze szczerej troski o kogoś, kto błądzi.

Przejawy takiej troski stają się częstym powodem waśni rodzinnych przy świątecznym stole. Zbierają się osoby o nierzadko różnych światopoglądach, odmiennych pomysłach na życie, innych preferencjach, innej wrażliwości. I zaczyna się: wymiana zdań. I swoisty barter emocji. Dlatego coraz częściej (a potwierdzają to dane statystyczne), wiedząc, iż nie będzie zgody w święta, niektórzy wolą w tym okresie gdzieś wyjechać. Oszczędzić sobie niewygodnych pytań, nieprzyjemnych uwag oraz nieproszonych rad. Bo jak wiadomo […] niezgoda na wątrobę szkodzi. Co zauważył Shakespeare w „Poskromieniu złośnicy”. I pewnie takie wycofanie może być zdrowsze, jest jakimś ratunkiem na daną chwilę – ale po prawdzie, utrwala owe różnice zdań, pogłębia żale i pretensje, uwydatnia pragnienie separacji. Niby dzięki temu sytuacja jest przynajmniej klarowna, gdyż nie serwujemy sobie sztucznych uśmiechów, nieszczerych życzeń, fałszywych uprzejmości, lecz nie dajemy też sobie okazji ani szansy, by coś raz na zawsze wyjaśnić, być może naprawić…

Czy w związku z tym należy, dajmy na to w imię tradycji i religijnego przesłania pojednania, spędzać święta z osobami, które na pewno sprowokują konflikt? Nawet w dobrych sercach często nie ma zgody na takie święta. Może więc lepiej świętować osobno, aby swarów nie odgrzewać w corocznych powtórkach – wszak to niweczy wartość świętowania. Fredro w „Zemście” pisał: Tak jest – zgoda, a Bóg wtedy rękę poda. Uważał zatem, iż najpierw zgoda, potem Boża łaska. Jeśli się nie mylił, to o ile wpierw nie będzie pojednania między bliźnimi, to święta będą bez Boga. A to, w przypadku uroczystości religijnych właściwie odbiera im rangę świąt i cały sens.

Trudno jednak wyciągać rękę do kogoś zatwardziałego. Czy miał rację ksiądz Jan Twardowski, pisząc: Aby żyć w zgodzie z innymi, człowiek musi najpierw pogodzić się z samym sobą. Można od tego zacząć; uzyskać wewnętrzną harmonię, ale czy będzie ona harmonizować z czyjąś inną. Sądzę, że ta recepta nie zawsze się przyda; pogodzenie się z sobą u dwóch różnych osób może dać niekompatybilne efekty. Należałoby raczej w pierwszej kolejności pogodzić się z odmiennością bliźnich. Justyna Dąbrowska stwierdziła: Elementem bliskości jest zgoda na to, że ktoś jest inny niż ja. Kłopot w tym, że akceptacja czyjejś inności, zwykle łatwiej przychodzi ofiarom nietolerancji. Kto działa z pozycji siły lub mając jakiś rodzaj przewagi, nie musi zadawać sobie tego trudu.

Wydaje się, że zgoda sama w sobie nie jest wartością absolutną. Nie jest traktowana jak miłość, dobro, sprawiedliwość czy piękno. Jak to możliwe, że z jednej strony cenimy sobie pluralizm, wolność stowarzyszeń pod różnymi hasłami, chwalimy i urządzamy dyskusje, mówimy o tym, jak można się pięknie różnić. A z drugiej strony, chętnie zacieramy różnice, wolelibyśmy nie mieć oponentów i słyszeć przyjacielskie potakiwania. Na pewno zgoda nie polega na zniknięciu różnic ani na kapitulacji jednej ze stron, lecz na gotowości do dialogu i znoszenia różnic bez przemocy – czy to jawnej, czy ukrytej za życzliwym pouczeniem, wypaczoną troską lub poczuciem moralnej wyższości.

Nie wiem, jak rozstrzygnąć dylemat zgody. Nie mam jednej myśli, za którą z czystym sumieniem radziłbym podążać. O niektórych ludziach mówi się, że są niereformowalni, po czym odpuszcza się próby dotarcia do nich. A może warto próbować. Może po prostu trzeba zacisnąć zęby, bardziej niż pięści i zaufać słowom Pittakosa z Mityleny, który zapewniał: Nie ma nic lepszego od zgody. Niewykluczone, że doceniał ją, bo jest tak trudna. Wymaga czasu, wysiłku, dobrej woli i (nomen omen) zgody na to, że nie wszystko się naprawi od razu — a niekiedy wcale.

Tyle tylko, że lepiej zabrać się za osiągnięcie zgody z wyprzedzeniem – nie w samym środku świątecznego napięcia. Święta nie są od tego, by ją wymuszać – mogą co najwyżej ujawnić, czy w ogóle miała szansę się narodzić.

Napisz komentarz. Poczekaj na zatwierdzenie

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.