Archiwa tagu: Aleksander Fredro

Nie ma zgody na święta

Starożytny pisarz i historyk, Salustiusz, uważał, iż: Dzięki zgodzie małe rzeczy rosną, przez niezgodę – wielkie upadają. Podkreślał tym samym wartość jedności, współpracy i harmonii, jako sił napędzających rozwój. Z kolei podziały, spory i walki miały, jego zdaniem, destrukcyjne skutki. Intuicja każe przyznać mu rację, od dziecka wpajano nam, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Po kłótni lub bójce słyszeliśmy: no, pogódźcie się. Podajcie sobie ręce na zgodę. Do tego religia chrześcijańska (choć nie tylko) nawołuje do wybaczania, pojednania a nawet miłowania nieprzyjaciół. Czy zaufać tym mądrościom? Jako byty ludzkie nie zgadzamy się ze sobą w wielu kwestiach. I nie będziemy się zgadzać. Co więcej: nie musimy. W sensie: nie stoi za tym żaden obowiązek ani konieczność. Wcale! Zresztą, jednomyślność i powszechna zgoda – pomijając, że ta wizja jest utopią – byłyby dla ludzkości szkodliwe.

Wyobraźmy sobie, że w każdej sprawie, która dzisiaj nas różni, mielibyśmy jeden wspólny model myślenia i postępowania – uznany za wystarczający, zadowalający albo słuszny. Nie sprawdzalibyśmy, więc czy da się coś robić inaczej, czy inne rozwiązania mogą być równie dobre – w sztuce, w codziennych wyborach, w sposobach życia. Nie rozważalibyśmy, czy może być inna hierarchia… inne priorytety… inna duchowość… Nikt nie pomyślałby nawet, że inny system wartości również może tworzyć pełnię i prowadzić szczęśliwie przez życie. Byłaby uniwersalna jednorodność. Coś, co chyba występuje jeszcze wśród niektórych zwierząt – aczkolwiek w stadach o wyższym stopniu zorganizowania, też tworzą się frakcje i poplecznictwa. Jednak gatunek ludzki – w naszej wizji – byłby absolutnie jednomyślny.

Ktoś mógłby spytać: i co w tym złego. Zwłaszcza zwolennik totalizmu, monopartyjności, ortodoksji lub państwa wyznaniowego. Takim charakterom podoba się wizja społeczeństwa mówiącego jednym głosem, idącego pod wspólnym sztandarem jednej ideologii, jednej religii, jednej filozofii – a właściwie: jedynej słusznej! Ma to jednak swoją cenę. Nie tylko w postaci utraty indywidualności i stłumienia tożsamości. Byłoby to też w dużym stopniu wyrzeczeniem się wolnej woli, pozbawieniem dylematów moralnych i uchyleniem od odpowiedzialności. Poza tym brak sporów to także brak konieczności argumentowania, jednomyślność to brak szukania alternatyw. Zgodność poglądów oznacza zatem stagnację – nie rozwijalibyśmy się intelektualnie, a w konsekwencji również cywilizacyjnie. Zatracilibyśmy specyficznie ludzką zdolność do sporu i krytycznej refleksji. I w tym upodobnilibyśmy się do zwierząt.

O ile unitaryzm budzi sprzeciw wśród ludzi o poglądach demokratycznych i liberalnych, o tyle uniformizm już niekoniecznie. Choć nie popierają narzucania jednolitości w ubiorach, architekturze czy kulturze – bo cenią różnorodność, bogactwo wielokulturowości i osobisty indywidualizm, a unikają nudy, monotonii i braku oryginalności. To z drugiej strony potrafią docenić ujednolicanie na innych polach, np. upodobnianie planów urbanistycznych, globalizację, spójność przepisów prawnych, metod medycznych, zasad ekonomicznych, porządku publicznego, standardów obyczajowych… – bo to pozwala im wszędzie się odnaleźć i czuć bezpiecznie. Są zatem takie obszary, gdzie jednomyślność i jednorodność są pożądane. Rzecz w tym, iż ten ujednolicony porządek nie jest efektem powszechnej zgody, lecz wyboru dokonanego przez jakąś część ludzi i narzuconego pozostałej części.

Człowiek, bowiem, zwłaszcza o ugruntowanych poglądach, ma w sobie silną tendencję nie tylko do propagowania ich, lecz wręcz do narzucania. Niezależnie, z jakiej pozycji występuje, czy jako polityk, nauczyciel, kaznodzieja, szef, czy rodzic – chce by inni podzielali to samo zdanie, o którego słuszności sam jest przekonany. Rzecz jasna nie zawsze wypływa to z natury autorytarnej, ale czasami… hmm, ze szczerej troski o kogoś, kto błądzi.

Przejawy takiej troski stają się częstym powodem waśni rodzinnych przy świątecznym stole. Zbierają się osoby o nierzadko różnych światopoglądach, odmiennych pomysłach na życie, innych preferencjach, innej wrażliwości. I zaczyna się: wymiana zdań. I swoisty barter emocji. Dlatego coraz częściej (a potwierdzają to dane statystyczne), wiedząc, iż nie będzie zgody w święta, niektórzy wolą w tym okresie gdzieś wyjechać. Oszczędzić sobie niewygodnych pytań, nieprzyjemnych uwag oraz nieproszonych rad. Bo jak wiadomo […] niezgoda na wątrobę szkodzi. Co zauważył Shakespeare w „Poskromieniu złośnicy”. I pewnie takie wycofanie może być zdrowsze, jest jakimś ratunkiem na daną chwilę – ale po prawdzie, utrwala owe różnice zdań, pogłębia żale i pretensje, uwydatnia pragnienie separacji. Niby dzięki temu sytuacja jest przynajmniej klarowna, gdyż nie serwujemy sobie sztucznych uśmiechów, nieszczerych życzeń, fałszywych uprzejmości, lecz nie dajemy też sobie okazji ani szansy, by coś raz na zawsze wyjaśnić, być może naprawić…

Czy w związku z tym należy, dajmy na to w imię tradycji i religijnego przesłania pojednania, spędzać święta z osobami, które na pewno sprowokują konflikt? Nawet w dobrych sercach często nie ma zgody na takie święta. Może więc lepiej świętować osobno, aby swarów nie odgrzewać w corocznych powtórkach – wszak to niweczy wartość świętowania. Fredro w „Zemście” pisał: Tak jest – zgoda, a Bóg wtedy rękę poda. Uważał zatem, iż najpierw zgoda, potem Boża łaska. Jeśli się nie mylił, to o ile wpierw nie będzie pojednania między bliźnimi, to święta będą bez Boga. A to, w przypadku uroczystości religijnych właściwie odbiera im rangę świąt i cały sens.

Trudno jednak wyciągać rękę do kogoś zatwardziałego. Czy miał rację ksiądz Jan Twardowski, pisząc: Aby żyć w zgodzie z innymi, człowiek musi najpierw pogodzić się z samym sobą. Można od tego zacząć; uzyskać wewnętrzną harmonię, ale czy będzie ona harmonizować z czyjąś inną. Sądzę, że ta recepta nie zawsze się przyda; pogodzenie się z sobą u dwóch różnych osób może dać niekompatybilne efekty. Należałoby raczej w pierwszej kolejności pogodzić się z odmiennością bliźnich. Justyna Dąbrowska stwierdziła: Elementem bliskości jest zgoda na to, że ktoś jest inny niż ja. Kłopot w tym, że akceptacja czyjejś inności, zwykle łatwiej przychodzi ofiarom nietolerancji. Kto działa z pozycji siły lub mając jakiś rodzaj przewagi, nie musi zadawać sobie tego trudu.

Wydaje się, że zgoda sama w sobie nie jest wartością absolutną. Nie jest traktowana jak miłość, dobro, sprawiedliwość czy piękno. Jak to możliwe, że z jednej strony cenimy sobie pluralizm, wolność stowarzyszeń pod różnymi hasłami, chwalimy i urządzamy dyskusje, mówimy o tym, jak można się pięknie różnić. A z drugiej strony, chętnie zacieramy różnice, wolelibyśmy nie mieć oponentów i słyszeć przyjacielskie potakiwania. Na pewno zgoda nie polega na zniknięciu różnic ani na kapitulacji jednej ze stron, lecz na gotowości do dialogu i znoszenia różnic bez przemocy – czy to jawnej, czy ukrytej za życzliwym pouczeniem, wypaczoną troską lub poczuciem moralnej wyższości.

Nie wiem, jak rozstrzygnąć dylemat zgody. Nie mam jednej myśli, za którą z czystym sumieniem radziłbym podążać. O niektórych ludziach mówi się, że są niereformowalni, po czym odpuszcza się próby dotarcia do nich. A może warto próbować. Może po prostu trzeba zacisnąć zęby, bardziej niż pięści i zaufać słowom Pittakosa z Mityleny, który zapewniał: Nie ma nic lepszego od zgody. Niewykluczone, że doceniał ją, bo jest tak trudna. Wymaga czasu, wysiłku, dobrej woli i (nomen omen) zgody na to, że nie wszystko się naprawi od razu — a niekiedy wcale.

Tyle tylko, że lepiej zabrać się za osiągnięcie zgody z wyprzedzeniem – nie w samym środku świątecznego napięcia. Święta nie są od tego, by ją wymuszać – mogą co najwyżej ujawnić, czy w ogóle miała szansę się narodzić.

Coffeelosophy LXIII – czyli potęga osłów

Jest takie święto, o którym wiedzą przede wszystkim Meksykanie. Obchodzone 8 maja, z wolna rozprzestrzenia się po świecie, a jego głównym bohaterem jest poczciwy kłapouchy. Chodzi bowiem o Światowy Dzień Osła. Z przyjemnością odkryłem to w kalendarzu świąt nietypowych, bo miła to rzecz mieć swoje święto.

W liceum naszym nauczycielem matematyki był człowiek zasadniczy, wymagający i surowy. To, co znajdowało się w programie nauczania, jemu jawiło się, jako banalnie proste. Dla nas była to nie tyle matma, co magia – dla zaawansowanych. Profesor, przekonany, iż mówi o rzeczach oczywistych, nie starał się ich szeroko i zrozumiale tłumaczyć, my zaś nie mieliśmy śmiałości przyznać, że czegoś nie rozumiemy i ukrywaliśmy się za milczeniem. Ta notorycznie powtarzana taktyka uników nie sprawdzała się, gdyż nasza wątpliwa pojętność i tak w końcu wychodziła na jaw. Nic więc dziwnego, że większość z nas miała podłe stopnie, a spora część kończyła semestr z oceną niedostateczną. Któregoś dnia, jako wprowadzenie do nowego tematu przygotował nam zagadkę. Najpierw napisał na tablicy:

osioł + osioł =

i zapytał, ile to będzie. Prosta odpowiedź, dwa osły. Wtedy, pytając: A jaki będzie wynik takiego odejmowania, napisał:

osioł – osioł =

Też proste, bo zero. Wtedy spytał: To ile wyniesie podzielenie osła przez 2. Odpowiedzieliśmy, że pół osła. Wtedy napisał kolejne działanie i zapytał: To ile wyniesie dzielenie:

osioł : osioł =

Po chwili padła odpowiedź: No, 1. Profesor potwierdził i kontynuował: A gdyby wykonać mnożenie: osioł x 3. Odpowiedzieliśmy, że wynikiem będą trzy osły. Na koniec znów napisał kredą działanie i spytał o wynik:

osioł x osioł =

No i tu nas trochę zablokowało, bo – jak wspomniałem – z matematyki byliśmy orłami, gdzie r = s. Wtedy profesor odpowiedział: osioł x osioł równa się… osioł do kwadratu – i napisał: osioł2. Tak zaczął lekcję o potęgowaniu. A nas nieco rozbawił, skądinąd znanym sformułowaniem. Sam już dużo wcześniej słyszałem, w tym pod własnym adresem, zwrot: ty ośle do kwadratu. Ale nie kojarzyłem sobie tego z matematycznym wyliczeniem ilorazu inteligencji.

Nasze lekcje matematyki najczęściej odbywały się w małej, mocno wydłużonej sali; na jednym końcu tej kiszki były drzwi, a na drugim okno. Wzdłuż tego wagonu biegły dwa równoległe rzędy krzeseł a przed nimi dwie długie ławy ze zsuniętych stołów. I w przypadku naszej klasy, można powiedzieć, że były to dwie ośle ławki. Gdyby rzecz działa się ledwie kilka lat później, to chcąc przestrzec kogoś przed wchodzeniem na matmę, można by zażartować, cytując Osła z filmu Shrek: A jak zobaczysz długi tunel, to nie idź w stronę światła. Tymczasem, ja szedłem najdalej, jak się da, bo siedziałem pod samym oknem.

Bywało, że raczono mnie nie tylko mianem osła do kwadratu, ale jeszcze bardziej zagadkowym określeniem: ty ośle dardanelski. Aż do teraz nie znałem pochodzenia tego pieszczotliwego zwrotu. Okazuje się, że ma ono najprawdopodobniej starożytne korzenie. Każdy słyszał o bitwie trojańskiej. Częścią Troady była Dardania, toteż przymiotniki: trojański i dardański znaczyły to samo. Każdy słyszał też pewnie o koniu trojańskim. Ponoć skryło się w nim aż 300 greckich wojowników. Zatem koń dardański (trojański) musiał być wielki, wręcz ogromny… Kiedy ktoś nazywał głupca osłem, a chciał to wzmocnić, mówił: ty ośle dardański, co miało podkreślić, jak ogromnego osła ma na myśli. A ponieważ od Dardanii swoją nazwę wzięła cieśnina Dardanelska, która częściej pojawiała się w różnych wypowiedziach, z czasem określenie uległo przekształceniu i tak oto powstał osioł dardanelski – równy koniowi trojańskiemu… wzrostem.

Skoro jesteśmy myślami w starożytności, to wypada wspomnieć, że już wtedy osioł nie cieszył się szczególnym poważaniem. Mimo iż w rzeczywistości to całkiem bystre zwierzę. Niestety, był symbolem głupoty i egzemplifikacją wierzchowca znacznie gorszego od konia. Tak na przykład (i za przykład) wykorzystał go Platon w jednym z dialogów. Sokrates rozmawia z tytułowym Fajdrosem m.in. o sztuce retorskiej. Tłumaczy, jak ważne jest by zarówno retor, jak i lud, do którego przemawia – wiedzieli, co jest dobre a co złe. I wyjaśnia mu, dlaczego nie wolno przekonywać tłumu do swoich racji, posługując się takim rozumieniem pojęć, jakie ma tłum, lecz należy takim, jakie jest zgodne z prawdą. Jak to Sokrates, używa metafory.

Sokrates: Ano — gdybym cię tak nakłaniał, żebyś sobie konia kupił, bo masz iść na wojnę, a obaj byśmy nie wiedzieli, co to koń; ja bym tyle tylko wiedział o tobie, że Fajdros uważa za konia to zwierzę domowe, które ma największe uszy…
Fajdros: To by śmieszne było, Sokratesie.
Sokrates: Ale gdzie tam. I gdybym cię tak z zapałem przekonywał i namawiał, ułożywszy mowę pochwalną na osła, a nazywałbym go koniem, i wywodził, że to najcenniejszy dobytek i koło domu, i na wojnę, że się znakomicie z niego walczy i on zbroję ci potrafi przynieść, i jego inne rozmaite pożytki wychwalał…
Fajdros: A to by już było najśmieszniejsze.

Pasuje tu również skądinąd znane powiedzenie: Choćbyś nie wiem jak mocno chłostał osła, nigdy nie stanie się wyścigowym wierzchowcem. Aczkolwiek inne porzekadło mówi: Kiedy osioł poczuje ból, prześcignie konia. Temat, jak się zdaje, zamyka klamrą jeszcze jedna sentencja: Osioł pozostanie osłem, choćbyś nań włożył złotą uzdę i siodło. A wracając do Sokratesa; w jednej z anegdot przytaczanych przez Diogenesa Laertiosa, czytamy, że podczas dyskusji ktoś kopnął Sokratesa, lecz filozof nie zareagował. Spytany o to, odparł: Czy gdyby mnie osioł kopnął, wytaczałbym mu sprawę w sądzie? Osła, zatem nie warto było traktować poważnie. Jednakowoż wziął go – żartobliwie – w obronę Julian Ejsmond, pokazując w „Antologii bajki polskiej” taką scenkę:

Raz osioł zaciekawiony
ile wiedzy filozof mieści w swym rozumie
zapytał go: „Co Pan umie?”
„Wiem, że nic nie wiem” odparł mu skromnie uczony.
Osioł rzekł: „W takim razie w wiedzy cię przerosłem,
bo ja przynajmniej jedno wiem: że jestem osłem”.

No właśnie, Sokrates – uważany za uosobienie mądrości – deklarował swoją niewiedzę jako punkt wyjścia do wszelkiego poznania: Wiem, że nic nie wiem. Czy nie jest to paradoksalnie postawa człowieka przyznającego się do głupoty?

Sięgnijmy ponownie do dorobku Platona. W dialogu „Państwo” metaforycznie porównuje on wybory demokratyczne do sytuacji, w której ludzie mogą wybrać na przywódcę kogokolwiek – nawet osła. Tak krytykuje zależność polityki od woli ludu, który może doprowadzić do absurdalnych wyborów, gdy nie kieruje się rozumem i wiedzą.

Kilka wieków później Cyceron, w swoim dziele „De Amicitia” – chcąc skrytykować pochlebstwa, użył obrazowego powiedzenia: Asinus asinum fricat – czyli osioł osła liże. A gdy Petroniusz w „Satyrikonie” napisał: Asinus in tegulis – czyli osioł na dachu, posłużył się tym biednym zwierzęciem, by opisać niedorzeczną sytuację, która może mieć fatalny finał. W powszechnym użyciu były też inne łacińskie sentencje z oślim bohaterem. Asinus ad lyram ­– czyli osioł przy lutni – oznaczało mniej więcej tyle, co nasz wół u karety lub kwiatek do kożucha. Zaś rymujące się Asinus asinorum in saecula saeculorum – tłumaczone jako Osioł nad osłami na wieki wieków – w sumie… nie wymaga dalszego tłumaczenia.

Motyw osła stanowi osnowę dzieła Apulejusza pt. „Metamorfozy lub złoty osioł”. Pośród mnogości wątków, bohaterów, przygód, czarów, zbrodni i romansów, mamy na pierwszym planie historię niejakiego Lucjusza. Pozazdrościł on czarownicy, która za sprawą magicznej maści zamieniała się w ptaka. Poprosił swą ukochaną, która u czarownicy służyła, by zdobyła tą maść. Niestety, dziewczyna przez pomyłkę wzięła inny specyfik, który zmienił Lucjusza w osła. Dziewczę obiecało zdobyć róże, mogące odwrócić czar, ale w międzyczasie zbójcy napadli na dom a zrabowany majątek wywieźli na grzbietach zwierząt, w tym Lucjusza. Tak zaczyna się seria perypetii mężczyzny uwięzionego w ciele zwierzęcia.

Oto, ukarany za ciekawość oślą postacią, musiał odpokutować chęć poznania czarów. Jego los tak się plecie, że często przechodzi z rąk do rąk: zbóje, skąpa gospodyni, okrutny parobek, zdradzany młynarz, ubogi ogrodnik, samowolny żołnierz, kucharz z cukiernikiem, czy wreszcie arystokrata. Na jego drodze pojawiają się czarownice, wyznawcy obcych syryjskich kultów, bogowie… Jako osioł doznaje szeregu krzywd i cierpień, a mimo to niejednokrotnie zachowuje się po ludzku – w tym szlachetnym rozumieniu – i albo ratuje kogoś, albo ujawnia bolesną prawdę. A ponieważ ludzie nie czują wstydu przed zwierzętami, toteż Lucjusz mógł poznać ich sekrety i prawdziwe oblicze. Bywał świadkiem zbrodni, okrucieństw, zdrad i oszustw, ale też miłości i ofiarności, szczęścia i rozczarowań.

Cała jego wędrówka – przez kolejne domy i krainy – jest przede wszystkim wędrówką mentalną, duchową. To w obcej skórze poznaje naturę człowieka i odkrywa sam siebie, a w końcu otwiera się na wymiar religijny. Choć traktowany, jak osioł, nie poprzestaje na biernej obserwacji świata, lecz wyciąga z tego naukę. Dojrzewa, mądrzeje. Jak wyznaje w pewnym momencie, zbliżając się do końca swej opowieści: Tak i ja sam z wdzięcznością wspominam moją oślą skórę, ile że pod jej okryciem – choć różną dolą doświadczony – przecież stałem się jeśli nie mądry, to w każdym razie wielu się różnych rzeczy dowiedziałem. A pod koniec Księgi dziesiątej Lucjusz-osioł wspomniał też o Sokratesie, z oburzeniem wytykając Ateńczykom niesprawiedliwy wyrok śmierci dla „starca, co boską posiadał mądrość, którego bóg delficki za najmędrszego uznał z wszystkich śmiertelnych […].

Ze swoim ostatnim panem, arystokratą, wędruje po Grecji, uczestniczy w ucztach, ogląda świat bogaczy. Podczas urządzanych igrzysk, których miał wystąpić, ucieka i trafia nad brzeg morza. Tam modli się o uwolnienie z zaklęcia, a bogini Izyda obiecuje mu pomoc w odzyskaniu ludzkiej postaci. Następnego dnia, podczas procesji ku jej czci, kapłan daje osłu wieniec z róż do zjedzenia i… czar pryska. Odmienionego Lucjusza wtajemniczono później w misteria Izydy. A gdy udał się do Rzymu, poznał misteria Ozyrysa. Po kolejnym wtajemniczeniu został kapłanem obu bóstw i wziętym adwokatem. Widzimy więc, że nawet człowiek, który zbłądzi i zdegraduje się do poziomu osła, może uczynić swoje położenie punktem wyjścia do metamorfozy. Może zdobyć wiedzę o świecie, mądrość duchową i tajemnice misteriów.

Wyżej wspomniałem, jak Lucjusz poznał ciężką pracę, będąc osłem. To poczciwe zwierzę, wykorzystywane często ponad siły, pojawia się także w powiedzonku harować jak osioł. Zwykle rozumiane jest ono wprost – że chodzi o porównanie do ciężko pracującego stworzenia. Ale odczytuje się je również, jako sytuację, gdy ktoś ponosi trud, a niewiele z tego ma – czyli pracuje, jak głupi, daje się wykorzystywać, nie zabiegając o sprawiedliwe potraktowanie. Oprócz głupoty osłu dość powszechnie przypisuje się upartą naturę. Mówiąc: uparty, jak osioł, mam przed oczami człowieka, który próbuje ciągnąć albo pchać osła, ewidentnie stawiającego opór. Michel de Montaigne w swoich „Próbach” ujmuje to szerzej, posługując się takimi słowami: Upór i zacietrzewienie są najpewniejszą oznaką głupoty: czy jest coś bardziej pewnego, stanowczego, wzgardliwego, zatopionego w sobie, ważnego i poważnego niż osioł?

Nie cieszył się osioł – jak widać – pochlebną opinią. Również chrześcijaństwo przyczyniało się do utrwalania pewnych skojarzeń. Osioł był np. symbolem rozpusty. Lecz z drugiej strony, również skromności i pokory – więc… nie było jednomyślności. Na pewno osioł został wyróżniony tym, że na jego grzbiecie Jezus wjechał do Jerozolimy. Aczkolwiek miało to pokazać skromność Jezusa, gdyż osioł występował w roli wierzchowca drugiej kategorii. Będąc przy Biblii warto wspomnieć, jak w Księdze Liczb anioł wybrał sobie oślicę, aby przemówiła w jego imieniu do Balaama, gdy wbrew Bogu chciał pomóc wrogom Izraela. Nim oślica przekazała to, co anioł miał do powiedzenia, zdążyła się jeszcze poskarżyć na niesprawiedliwe potraktowanie kijem. Balaam bił ją, bo nie wiozła go tak, jak chciał, podczas gdy to właśnie ona potrafiła ujrzeć anioła zagradzającego im drogę. Kiedy zatem osioł upiera się przy swoim, być może nie wynika to z głupoty ani ze złej woli, lecz z tego, że drogę zastawia mu niewidoczny duch.

Stał się też osioł symbolem niezdecydowania. Znalazło to wyraz w wierszu Aleksandra Fredry, który napisał tak:

Osiołkowi w żłoby dano 
W jeden owies, w drugi siano. 
Uchem strzyże, głową kręci, 
I to pachnie, i to nęci; 
Od któregoż teraz zacznie, 
Aby sobie podjeść smacznie? 
Trudny wybór, trudna zgoda — 
Chwyci siano, owsa szkoda, 
Chwyci owies, żal mu siana. 
I tak stoi aż do rana. 
A od rana do wieczora; 
Aż nareszcie przyszła pora, 
Że oślina pośród jadła — 
Z głodu padła.

Nie był jednak hrabia Fredro w swym przesłaniu oryginalny. Istniało, bowiem powiedzenie: osioł medytuje, koń je. Co opisywało sytuację, w której ktoś niepotrzebnie się nad czymś długo zastanawia, podczas gdy należy do prostej rzeczy brać się od razu, aby coś nie umknęło.

Z powyższych przykładów wyłania się nam obraz osła, jako stworzenia prostego, niskiej rangi, nierozgarniętego, schlebiającego podobnym sobie, upartego, ale i zagubionego. Obraz to niesprawiedliwy, zwłaszcza, iż za wszystkimi cechami zwierzęcia miała stać głupota. Niemniej jednak można wyciągnąć z tej przykrej oceny paradoksalny wniosek: dzięki temu, że osioł był uważany za stworzenie głupie, przyczynił się do rozpowszechniania mądrości. Był negatywnym przykładem na to, czego w życiu nie naśladować. Karaimi mawiają: Z lwem bądź jak lew, z jagnięciem – jak jagnię, ale z osłem – nie udawaj osła. W bajkach Ezopa także pojawia się figura osła, czasem właśnie jako symbol głupoty, czasem pychy. Również Ignacy Krasiński, wzorem Ezopa, w swoich bajkach wykorzystał taką symbolikę. Wszystko to miało na celu nieść pewną naukę – czasem filozoficzną, czasem moralną lub po prostu dydaktyczną.

To nie jedyne historie z osłem w fabule. Mamy przecież Kłapouchego – pogodzonego z losem pesymistę – a może po prostu stoika, z którym przyjaźnił się Kubuś Puchatek. No i w serii filmów o Shreku oglądamy Osła, który nie zawsze chwyta w lot pewne aluzje, bywa tchórzliwy, pyszałkowaty, gadatliwy i natrętny, ale zwykle kieruje się szczerym sercem i lojalnością, a i nieraz powie coś do rzeczy. Przypomina mi on trochę Sancho Pansę – który nie wszystko rozumiał, ale swój rozum miał. I wiernie towarzyszył Don Kichotowi, dosiadając – a jakże – swojego osiołka, Rucio.

Osioł jest pożyteczny, jako kontrapunkt dla bohatera bystrego i rozsądnego. W podobnym tonie wyraził się François de la Rochefoucauld, stwierdzając: Nieraz rozumny człowiek byłby w kłopocie bez towarzystwa głupców. Osły są potrzebne, gdyż głupota bywa punktem wyjścia do mądrości.

Wspomniany wyżej Sokrates często wykorzystywał czyjąś niewiedzę albo wręcz głupotę, by przedstawić błędny sposób rozumowania, obalić go serią argumentów i poprowadzić myślenie ku prawdzie i mądrości. Również Arystoteles zaczynał swoje wywody od przedstawienia cudzych poglądów i wykazania ich słabych stron – a dopiero potem przedstawiał stanowisko, które uważał za słuszne – czyli swoje. Podobną metodę stosował Tomasz z Akwinu, który najpierw przypominał, co czasem uważają inni, po czym odpowiadał na to swoim stanowiskiem, obalając wcześniej przytoczone punkty. Także Kant najpierw przedstawiał pewne teorie, których nie podzielał, przeprowadzał dowód na to, że takie myślenie się nie sprawdza, a następnie wskazywał potrzebę nowego podejścia i formułował własne koncepcje.

Wygląda na to, iż ludzie często potrzebują wad osła, by opisać zalety konia. Tak się jakoś składa, że głupotę stawiamy w opozycji do mądrości. Przy czym głupota jest dostępna bez wysiłku – właściwie jest pakietem standardowym dla każdego, kto się rodzi. Mądrość natomiast jest z tych rzeczy, które trzeba zdobywać i rozwijać. Choć wszyscy przychodzimy na świat głupi, to niektórzy rodzą się z potencjałem, by na drodze wiedzy i mądrości osiągnąć więcej. Jeśli to w sobie odkryją i wykorzystają, przysłużą się dobru ludzkości. A jeżeli pozostaną osłami, będą świętować 8 maja.

Sądzę, że powyższe należy przedyskutować. Zapraszam we czwartek, 8 maja o godzinie 18:00 do Restauracji Radiowa, ul. Strzelców Bytomskich 8. Temat brzmi: potęga osłów. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i sprawdzić, jak długie mamy uszy. I pamiętaj: Jeżeli osioł na ciebie ryczy, nie rycz na niego.

j-Elita filozofów

Czy mieliście tak, że wpadła wam do głowy ciekawa myśl, czekaliście z jej oznajmieniem na odpowiedni moment, aż tu nieoczekiwanie ktoś wygłosił przy was taką samą? Mnie to dotknęło kilka razy. Dlatego taki termin, jak konwergencja budzi we mnie zwykle nieprzyjemne skojarzenia. Aczkolwiek jeśli zetknę się z nią w sytuacjach mnie niedotyczących, wówczas potrafi wywołać zastanowienie, albo i zadziwienie…

Konwergencja to pojęcie posiadające kilka znaczeń, ale podstawowym jest: zbieżność lub powstawanie zbieżności, np. powstawanie podobnych wytworów kulturowych u różnych ludów. Inaczej mówiąc, kilka osób niezależnie od siebie, w różnych miejscach, a i w różnym czasie, wymyśla to samo. I co…? W moim przypadku, nagle pryska cała satysfakcja z poczucia wytworzenia oryginalnej własności intelektualnej. A niekiedy spada przy okazji wartość samej myśli, skoro była łatwo osiągalna dla innej osoby. No i boli, że ktoś mnie ubiegł.

Zaśliniona konwergencja

Tak właśnie było z pewną refleksją, jaka mnie naszła przed kilku laty. Gdy skaleczysz się w palec, bywa że odruchowo wkładasz zranione miejsce do ust. Czujesz słodkawą krew i nie masz oporów, by ją przełknąć. Podobnie bez oporów połykasz czystą ślinę. Ale gdybyś utoczył pół szklanki krwi, albo tyle samo napluł? Czy potrafiłbyś to wypić?

Długi czas nosiłem w głowie te pół szklanki śliny, czekając na stosowny moment, by pokazać relatywność naszego stosunku do własnych płynów. Aż pewnego dnia, na spotkanie Pogadalni wpadł pewien doktor filozofii i pochwalił się identycznym spostrzeżeniem. Bach! Konwergencja napluła mi w oko.

Jednakowoż, tak jakoś jest, że to, co opuszcza wnętrze naszego ciała, chyba podświadomie uważamy za niechciane, niepożądane. Traktujemy to jako coś usuniętego (czasem słusznie, gdy chodzi o wągry, zaskórniki, lub wysmarkaną wydzielinę). A tym samym, w jakiś oczywisty sposób zaczyna to budzić obrzydzenie. I jak widać, nie dotyczy to wyłącznie moczu, kału, potu, czy wymiocin. Czytaj dalej