Archiwa tagu: Jezus Chrystus

Coffeelosophy XLVI – czyli dawajcie, a będzie wam dane

Wydaje się, że wymiana coś za coś, jest czymś oczywistym i wręcz naturalnym. Otrzymać coś, dając coś w zamian wydaje się uczciwe, a co za tym idzie oczekiwane, pożądane, nawet konieczne. Czy będzie to handel wymienny, czy kupienie czegoś za pieniądze, czy odwdzięczenie się przysługą za przysługę – mechanizm jest podobny. A jednak są sytuacje, które budzą naszą dezaprobatę, jak wymiana dziewczęcia za kilka wielbłądów, opłacenie mordercy, zrewanżowanie się pomocą w kradzieży. Wiele zależy po prostu od kontekstu. A także od uznawanego kodeksu etycznego. Jezus nauczał: Dawajcie a będzie wam dane. Miał, rzecz jasna, na myśli wyświadczanie dobra. Obiecywał za to otrzymanie nagrody i to odmierzonej solidną miarą. Czy nie jest w tym ukryta pewna zachęta do interesowności – przecież nie mówił po prostu: Dawajcie.

Daj, byś otrzymał

Podobnie jest przykładowo z korupcją (łacińskie: corruptio to zepsucie i demoralizacja). Platon w „Prawach” stwierdził, że należy potępiać tych, którzy przyjmują łapówkę. O zjawisku tym pisał Arystoteles jak też Machiavelli, Monteskiusz i inni. Jak widać, odwieczny to problem. Ogólnie chodzi o to, że strony zaangażowane w korupcję zawiązują ze sobą porozumienie na zasadzie „do, ut des” (daję, abyś dał). Innymi słowy zawsze idzie o pewne korzyści, ale – uwaga! – osiągane przy nadużyciu, lub złamaniu prawa. Nie jest to więc wyłącznie kwestia moralna.

Alegoria korupcji

Platon w “Państwie” przytacza dialog, w którym Sokrates wyjaśnia Adejmantowi, jak należy młodych ludzi wychowywać i kształtować, aby byli dobrymi obywatelami. Z dialogu filozof wysnuwa wiele przestróg i osądów moralnych; pośród tego bogactwa jest i fragment, gdzie Sokrates radzi:

“— A także nie pozwolić naszym ludziom, żeby chętnie dawali łapówki ani żeby sami lecieli na pieniądze.
— Nigdy – [potwierdził Adejmant].
— Więc im nie śpiewać, że:
>>Dary na bogów działają, działają na królów czcigodnych. <<
I nie chwalić nauczyciela Achillesowego, Fojniksa, że w sam raz mówił, radząc mu, aby naprzód wziął dary od Achajów, a potem im dopiero pomagał, a pokąd darów nie przyniosą, żeby się gniewał dalej. I samego Achillesa o to nie posądzimy i nie uwierzymy, że był taki chciwy i od Agamemnona dary wziął, i znowu za trupa przyjął okup, i dopiero wydał zwłoki, a inaczej nie chciał.
— Przecież nie godzi się — powiada — chwalić takich rzeczy.

Skoro przy wychowaniu latorośli jesteśmy, to jakim terminem opisać sytuację, gdy dorosły zwraca się do dziecka w te słowa: odrób lekcje, to dostaniesz cukierka; jak posprzątasz zabawki, będziesz mógł dłużej pograć na konsoli; zjedz warzywa, to pójdziemy do kina; masz tu parę złotych i popilnuj braciszka. Trafiamy na dość grząski grunt, gdyż część dorosłych uważa, że to zwyczajny, wychowawczy system nagród, a niektórzy wpiszą to w naukę podstaw ekonomii, dzięki czemu dziecko widzi, iż za pracę jest zapłata i niczego nie ma za darmo. Czy jednak nie ślizgamy się po granicy przekupstwa?

Nelson D. Schwartz zamieścił w New York Times artykuł pt. „Bribes and fraud. Capital punishment” co można chyba tłumaczyć: „Łapówki i oszustwa. Kara śmierci”. Wspomina w nim, że starożytni Ateńczycy pozbawiali skorumpowanych urzędników obywatelstwa i tym samym prawa do uczestnictwa w instytucjach politycznych państwa-miasta. Przytacza też przykład Demostenesa, któremu przytrafiła się tzw. „chrypka po połknięciu srebra i złota”. W 324 r. p.n.e. ten wyborny retor i przywódca polityczny, chcąc uniknąć wypowiedzenia się przeciw Harpalusowi, symulował utratę głosu. Gdy wyszło na jaw, iż za milczenie przyjął łapówkę, skazano go na zapłacenie 50 talentów – co przeliczono na równowartość dzisiejszych 20 milionów dolarów. I do tego spotkało go jeszcze wygnanie.

W Republice Rzymskiej pierwszy uporządkowany kodeks był surowszy; Prawo XII Tablic przewidywało dla sędziów, którzy skalali się łapówką, karę śmierci. Z biegiem czasu prawo łagodniało, zwłaszcza z rozwojem Cesarstwa Rzymskiego i trudnością w jednoznacznym rozstrzygnięciu, co jest już łapówką, a co jeszcze kwalifikowało się jako podarunek. Ze swojej strony wspomnę, iż w naszym prawodawstwie też istnieje takie rozróżnienie. Cesarz Tyberiusz przymykał oko na korupcję, byle urzędnicy nie przesadzili w swej zachłanności. Optował za tym, by „jego owce strzyc, ale nie pozbawiać skóry”. Obywatele nadal więc płacili urzędnikom „pod stołem” mimo, iż w oficjalnym dyskursie było to naganne.

Mniej pobłażliwie traktowano taki występek w XI-wiecznym Bizancjum. Kto brał w łapę złoto, nie mógł potem brać w nią klejnotów. W Cesarstwie bowiem – jak pisze prof. Walter Kaegi, historyk z chicagowskiego uniwersytetu – za łapówkarstwo urzędnika oślepiano i kastrowano. Przy czym, co ciekawe – pozbawienie klejnotów nie było karą przewidzianą przez prawo. Był to swego rodzaju zwyczajowy przejaw wzburzenia opinii publicznej. Powiada się: co kraj to obyczaj. A przecież to, co obyczajne i nieobyczajne potrafiło się zmieniać także w obrębie tego samego kraju.

Zbliżmy się do naszego podwórka. Ustawa z dnia 18 marca 1921 r. O zwalczaniu przestępstw z chęci zysku, popełnionych przez urzędników mówiła w Artykule 2, że „Urzędnik, winny: przyjęcia podarunku lub innej korzyści majątkowej, bądź obietnicy takiego podarunku lub innej korzyści majątkowej, danych w zamiarze skłonienia go do pogwałcenia obowiązków urzędowych lub służbowych (…); [a także urzędnik winny] innego przestępstwa służbowego, popełnionego z chęci zysku i z pogwałceniem obowiązków urzędowych lub służbowych (…) z chęci zysku – będzie karany śmiercią przez rozstrzelanie.”

Znacznie łagodniej traktowano osobę wręczającą łapówkę. Czekało ją ciężkie więzienie od 4 do 15 lat. No, chyba że popełniła takie przestępstwo “zawodowo” – wówczas podobnie jak urzędnik trafiała przed pluton egzekucyjny. Czas mijał a prawo łagodniało. Dziś podobne wyroki byłyby nie do pomyślenia.

Zastanawiałem się nad taką sytuacją: jest sobie urząd, w którym urzędnicy pracują opieszale. Coś, co powinni załatwić w ciągu 14 dni, przeciąga się do kilku miesięcy. Może nawet nie z ich winy, a z nadmiaru zadań, lub niedoboru kadry. I przychodzi petent z kopertą, prosząc, aby jego sprawę rozpatrzono w normalnym trybie, w przewidzianym ustawowo terminie. Urzędnik się zgadza. Czy doszło do korupcji? W końcu rozpatrzył wniosek nie łamiąc przepisów, w ramach uprawnień służbowych, w prawidłowym czasie, nikogo – jak się zdaje – nie krzywdząc.

W ocenie powyższej sytuacji pomocne będzie przedstawienie definicji korupcji, co pozwoli przeanalizować, czy do niej doszło. Artykuł 2 cywilnoprawnej konwencji o korupcji sporządzonej w Strasburgu dnia 4 listopada 1999 r. stwierdza następująco:

Korupcją jest żądanie, proponowanie, wręczanie lub przyjmowanie, bezpośrednio lub pośrednio, łapówki lub jakiejkolwiek innej nienależnej korzyści lub jej obietnicy, które wypacza prawidłowe wykonywanie jakiegokolwiek obowiązku (…).

Wtrącę tylko, że w 2002 r. Polska też ratyfikowała tą konwencję. Sądzę, iż kluczowym jest nie tylko fakt, że urzędnik wziął ową kopertę, ale główne znaczenie ma to, co definicja określa nienależną korzyścią. Mimo bowiem, że urzędnik nie wypaczył swych obowiązków po względem prawnym, nie złamał przepisów, trzymał się terminów – to przyjął zapłatę, która mu się nie należała. A winien był załatwić sprawę w ramach swego comiesięcznego wynagrodzenia. Czy przynajmniej nikogo tym nie skrzywdził? Wpuszczając owego interesanta poza chronologiczną kolejnością wniosków zadziałał poniekąd na szkodę innych, czekających petentów, których sprawy odsunęły się w czasie jeszcze bardziej. Do tego przyniósł ujmę urzędowi, zawiódł szereg osób swoją postawą, nadwątlił ich zaufanie i dał zły przykład moralny. Hańba mu! I kara do 8 lat więzienia. A gdyby doszło do naruszenia prawa, to do 10 lat, zaś przy kopercie znacznej wartości – do lat 12. Ale przynajmniej nie dostanie kulki i zachowa kulki.

Jak pokazały wcześniejsze przykłady, korupcja – choć zawsze nieetyczna – plasowała się na różnym poziomie społecznej nagany i pociągała za sobą kary o różnej dotkliwości. W Polsce w ostatnich latach rokrocznie sądy skazywały za łapownictwo stu kilkudziesięciu urzędników (bywały lata, że blisko 200) – na ogół zapadały wyroki w „zawiasach”. Skoro kara może być zarówno bardzo surowa jak i łagodna, tudzież w zawieszeniu, czyli praktycznie żadna, to niechby kodeksy w ogóle jej nie przewidywały. Oznajmijmy wyraźnie, że przekupstwo jest czynem nieetycznym i pozostawmy sprawę indywidualnemu głosowi sumienia. Ostatecznie, jak przypuszczam, nawet dziś istnieją okoliczności łagodzące w przypadku korupcji; da się zatem czyn taki choć częściowo usprawiedliwić – czy jakąś wyższą koniecznością, czy brakiem lepszego wyjścia bądź innego wyboru. Może, jako kara wystarczy poczucie winy i wstydu, publiczne napiętnowanie, rodzaj infamii…

Na pewno odezwą się głosy, iż tak się nie godzi. Bo to podważa wiarę w uczciwość aparatu administracyjnego, w rzetelność urzędników, a w konsekwencji w sprawiedliwość samego państwa, które ma strzec porządku oraz dobra i równych praw obywateli. Pewnie jest w tym słuszność. Z drugiej strony mogłoby z korupcją być podobnie, jak np. ze zdradą małżeńską. Nikt takiego występku nie pochwala, aczkolwiek w niektórych przypadkach można go zrozumieć, wytłumaczyć. W innych z kolei pociąga on za sobą pewne konsekwencje prawne. W świadomości zaś osób wierzących jest dodatkowo grzechem, czyli wiąże się z pewną karą. Tymczasem korupcji nie ma ani wśród 10 Przykazań, ani na liście 7 grzechów głównych. Kto wie, może nie jest aż taka zła, może dopuszczalne jest przymknięcie nań drugiego oka.

Fakt, że korupcja nie dostąpiła miejsca w Dekalogu mógłby świadczyć o tym, że albo nie występowała wśród Izraelitów, albo nie była traktowana jako coś złego. Takie wnioskowanie okazuje się jednak mylne. Na kartach Biblii znajdują się liczne miejsca poświęcone tej przywarze. Tak, jak Sokrates odradzał myślenie, iż dary na bogów działają, tak i nawrócony król Jozafat pouczał sędziów: “Uważajcie więc, co czynicie, nie ma bowiem u Pana, Boga naszego, niesprawiedliwości, stronniczości i przekupstw.” W Mądrości Syracha także napisano: “Nie staraj się przekupić Go darem, bo nie będzie przyjęty”. Można tylko zadać sobie przy tej okazji pytanie, po co – jeśli bóstwa są nieprzekupne – w dalszym ciągu składano im ofiary. Syrach stara się to wyjaśniać (Syr 35), ale nie o tym teraz.

Wróćmy do spraw czysto ludzkich. W Psalmie 26 człek w poczuciu doznanej niesprawiedliwości zwraca się do Boga:

Nie dołączaj mej duszy do grzeszników
i życia mego do ludzi pragnących krwi,
w ich ręku zbrodnia,
a ich prawica pełna jest przekupstwa.
Ja zaś postępuję nienagannie (…)

W Księdze Koheleta czytamy: “Bo rzecz przywłaszczona może ogłupić mędrca, a przekupstwo czyni serce przewrotnym”. Z kolei pośród Mądrości Syracha (Syr 40,12) znajdujemy zapowiedź: “Każde przekupstwo i niesprawiedliwość zostaną starte, a uczciwość na wieki trwać będzie.” O przekupywaniu i jego próbach w różnych okolicznościach, łatwo znaleźć jeszcze kilkadziesiąt wzmianek, zawsze w negatywnym tonie. Świadczyć to może, iż łapownictwo uważano za grzeszne. I spodziewano się, iż w ten, czy inny sposób zostanie wyrugowane (za sprawą ludzkich starań, bądź boskiej interwencji). 

A może lepszym rozwiązaniem byłoby zalegalizowanie korupcji. Trochę niefortunnie to ująłem, toteż spieszę z wyjaśnieniem. Moglibyśmy w urzędzie – zależnie od własnej woli i majętności – załatwić konieczne sprawy w normalnym trybie, albo odpłatnie. Tak, jak w tej samej przychodni zdrowia, u tego samego lekarza możemy leczyć się prywatnie, lub z państwowego funduszu zdrowia. Kogo stać, leczy się szybciej i w lepszych warunkach. Czy obecnie ktoś to nad wyraz potępia? Niechby zatem urzędnicy też otwierali prywatne praktyki. Jasne, że prywatne gabinety lekarskie, czy kliniki nie zlikwidowały korupcji w służbie zdrowia, ale myślę, że ją zmniejszyły, dając wybór bogatszym. W urzędach wyboru za bardzo nie ma.

Czy wobec tego, na tym polu również nie sposób doprowadzić do triumfu sprawiedliwości. Czy owieczki muszą dać się strzyc? Może niestety jest jakaś racja w słowach Trazymacha z Chalcedonu, który widział zakorzenioną w człowieku chciwość i płynącą zeń skłonność do niesprawiedliwości. Ów sofista – o czym pisze Platon w „Państwie” – naskoczył na Sokratesa tymi słowy:

„Bo tobie się zdaje, że pasterze owiec i krów mają na oku dobro owiec i krów i tuczą je, i chodzą koło nich, mając na oku coś innego niż dobro swoich panów i własne, i tak samo ci, co rządzą w państwach, którzy naprawdę rządzą, myślisz, że jakoś inaczej się odnoszą do rządzonych niż jak do owiec i o czymś innym myślą nocą i dniem, jak nie o tym, skąd by wyciągnąć jak największą korzyść dla siebie. (…) ty nie wiesz, że sprawiedliwość i to, co sprawiedliwe, to jest w istocie swojej dobro cudze: dla mocniejszego i rządzącego — interes, a dla rządzonego i poddanego — szkoda. Niesprawiedliwość (…) panuje nad naiwnymi naprawdę „poczciwcami” i nad sprawiedliwymi. Rządzeni robią to, co leży w interesie rządzącego, bo on jest mocniejszy; słuchając go, przyczyniają się do jego szczęścia, a do własnego ani odrobiny. Trzeba przecież zobaczyć, arcynaiwny Sokratesie, że człowiek sprawiedliwy wszędzie ma mniej niż niesprawiedliwy. Najpierw w interesach, w spółkach. Gdziekolwiek się taki jeden z drugim zwiąże, to przy rozwiązaniu spółki nigdy nie znajdziesz, żeby sprawiedliwy miał z niej więcej niż niesprawiedliwy.
A następnie w stosunku do państwa, kiedy chodzi o podatki, to z jednakich dochodów sprawiedliwy wpłaca więcej, a niesprawiedliwy mniej. A jak można coś dostać, to ten nie dostaje nic, a tamten zyskuje grubo. A znowu jak jakiś publiczny urząd spełnia jeden i drugi, to dla sprawiedliwego jest kara — jeżeli już nie inna, to ta, że jego własne gospodarstwo schodzi przy tym na psy, bo on nie ma czasu dbać o nie, a z publicznego grosza takiemu nic nie przyjdzie, bo on jest sprawiedliwy, a oprócz tego jeszcze zaczynają go nienawidzić krewni i znajomi, kiedy im nie chce oddawać żadnych przysług wbrew sprawiedliwości. A u niesprawiedliwego wprost przeciwnie
.”

Kumie! Bratanku!

Krewni i znajomi czasem nie ułatwiają życia. O ile korupcję udaje się z mniejszym, lub większym powodzeniem wykazać i dzięki temu ukarać, o tyle w przypadku kumoterstwa i nepotyzmu sprawa nie jest tak prosta. Wszystko dlatego, że stanowiska i godności przyznawane są członkom rodziny (łac. nepos to bratanek, siostrzeniec), lub przyjaciołom i osobom przynależnym do tej samej grupy, z którymi „dawca” posady sympatyzuje. Przy tym najczęściej nie idzie to w parze z żadną korzyścią w rewanżu. No, „dawca” miewa poczucie satysfakcji, że wsparł kogoś bliskiego, albo umocnił pozycję swojej grupy. Jednakowoż konkretnych, a zwłaszcza wymiernych korzyści może wcale nie być.

Ani kumoterstwo, ani nepotyzm, (ani kupczenie urzędami, w kościele zwane symonią) nie są nowymi pojęciami. Opisują zjawiska tak stare, jak stare są wszelkie stanowiska, godności i urzędy. Nie jest to oczywiście żadne usprawiedliwienie; to że od dawna dzieją się rzeczy złe, nie oznacza, iż należy zaniechać ich zwalczania. Nadmieniłem o tym, bo taka jest ludzka natura i jej skłonności. To, co obserwujemy w naszych czasach może mieć inną skalę i inny stopień bezczelnej jawności, ale na gruncie zasad działania stanowi podobieństwo do poczynań poprzedników. I możemy się cofać w historii dowolnie daleko, a nawet założyć, iż w czasach przedhistorycznych też miało to miejsce.

Nadużycia i niesprawiedliwość mają mocną pozycję w świecie. Nawet Sokrates zauważył, iż więcej wokół nas dostrzegamy przejawów zła, niżeli dobra. Zdawał się jednak mieć sporo nadziei, iż możliwe jest przeciwstawienie się temu. Inaczej sądził wspomniany Trazymach, który w swej diagnozie społeczeństwa upierał się, iż to niesprawiedliwość bierze górę, przynosi proporcjonalny do siebie zysk i gwarantuje szczęście. Tak prawił do Sokratesa:

„A najłatwiej się o tym przekonasz, jeżeli weźmiesz pod rozwagę niesprawiedliwość najdoskonalszą; ta czyni najszczęśliwszym człowieka, który się dopuścił niesprawiedliwości, a skrzywdzonych i tych, którzy się krzywd dopuszczać nie chcą, skazuje na nędzę ostatnią. To jest dyktatura. Ona po niemałym kawałku cudze dobro zagrabia, i po cichu, i gwałtem, i święcone, i niepoświęcone, prywatne czy publiczne — wszystko razem.”

Z jednej strony to wstyd, że po wiekach doświadczeń i nabierania rozumu, człowiekowi wciąż daleko do doskonałości. Z drugiej strony, niektóre mechanizmy zachowań wydają się zrozumiałe. Gdy z grupy dzieci mających grać w piłkę wyłoni się dwóch kapitanów, każdy z pozostałej gromady wybiera sobie zawodników do swojej drużyny. Nikogo nie dziwi, z jakiego klucza odbywa się ów wybór. Kapitan chce wygrać, więc bierze najlepszych, ale też przyjaciół i bliższych kolegów. Wybór podyktowany jest pragnieniem zwycięstwa, czyli jakimś zyskiem, ale taka motywacja nie wpisuje się w definicję korupcji. Inaczej byłoby, gdyby zawodnik, bądź ktoś w jego imieniu, obiecał lub dał coś kapitanowi za wybór do składu drużyny (istnieją takie pojęcia, jak korupcja sportowa, sprzedajność i przekupstwo sportowe oraz płatna protekcja sportowa).

Przyjmijmy jednak, że do niczego takiego na podwórku nie doszło. Potrafię w związku z tym zrozumieć, że szef jakiegoś resortu, zwierzchnik w urzędzie, lub ktoś piastujący kierownicze stanowisko w jakiejś spółce, woli otaczać się osobami, które zna, którym ufa, z którymi podziela poglądy i wizję na lepszą przyszłość. Bo wie, że z takimi ludźmi będzie mu łatwiej współpracować, niż z oponentami, czy kimś wrogim. Sam też wolałbym pracować z osobami, które lubię, cenię, które są mi życzliwe, które nie będą utrudniać poczynań, lub torpedować moich zamiarów. Ale nie potrafię usprawiedliwić sytuacji, gdy przyznanie stanowiska wiąże się z łapówką, bo w takim wypadku zyskuje zwierzchnik, ale niekoniecznie firma, załoga, czy drużyna.

Uważam, że problem nie do końca leży w samym zjawisku nomenklatury i przydzielania stanowisk poplecznikom. Problem głównie leży w ich kompetencjach. Gdyby ci ludzie świetnie sprawowali swe funkcje, bez nadużyć, korupcji, zaniedbań… po prostu bez zarzutu – to pewnie nie mielibyśmy takich obiekcji wobec sposobu ich wyboru. Pewnie dla wielu brzmi to dość kontrowersyjnie, gdyż razi nas, kiedy podczas rekrutacji ktoś odpadnie, bo nie jest dzieckiem starych znajomych szefa. Ale przecież na co dzień dokonujemy podobnych wyborów, w których faworyzujemy osoby nam bliższe.

Jasne, że na stanowiskach publicznych oczekujemy w tym względzie bezstronności, sprawiedliwości i nominacji według klucza kompetencji, uczciwości i pracowitości. Bądźmy jednak realistami – za tym zawsze stoją ludzie, ze swymi ułomnościami, stereotypami, uprzedzeniami i preferencjami. Trzeba się z tym pogodzić (a może jednak nie?). Jak długo człowiek nie zmieni się, nie poprawi, jako istota – tak długo urzędnik, dyrektor, czy kapitan podwórkowej drużyny będą kierować się upodobaniami.

 Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 13 stycznia o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: daj, byś otrzymał. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i przekupić nas do swego stanowiska.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Christus resurrexit, alleluia!

Ojciec dr Michał Tadeusz Handzel przesłał naszemu Stowarzyszeniu piękne życzenia Wielkanocne. Z opóźnieniem, niemniej jednak, chciałbym je wszystkim przekazać.

„Autentyczni filozofowie zajmują się śmiercią i najmniej ze wszystkich ludzi przerażeni są umieraniem.”
(Platon, Fedon 67 E, tłum. R. Legutko)


“[Filozof] będzie głęboko o tym przekonany, że nigdzie indziej nie dostąpi mądrości w stanie czystym, jak tylko i wyłącznie tam [po śmierci]. Jeśli zobaczysz, że się któryś wzdraga i niepokoi, kiedy ma umrzeć; zaraz widać, że to z pewnością nie filozof (który mądrość kocha), tylko ktoś, kto kocha ciało; ten sam człowiek z pewnością kocha i pieniądze, i sławę; albo jedno z tych dwojga, albo i jedno, i drugie.”
(Platon, Fedon 68 B-C, tłum. W. Witwicki)

Niedawno – 4-tego kwietnia – chrześcijanie Tradycji Zachodniej przeżywali uroczystość Wielkiejnocy. Jedną z osób, żywiących przeświadczenie o zmartwychwstaniu (ἀνάστασις) Jezusa z Nazaretu zwanego Chrystusem, jestem ja. Najstarsze teksty jakie przetrwały do naszych czasów ukazują doświadczenie apostołów, którzy przeżyli pewne doświadczenie opisywane jako spotkanie z osobą zmartwychwstałego Mistrza. Uważam, że z doświadczeniem się nie dyskutuje – apostołowie oraz uczniowie mieli pewne doświadczenie, opisano je w takiej formie, jaka była najbardziej dostępna czytelnikom tamtych czasów.

Dla nas dziś aktualne są jednak słowa św. Pawła: „Tak więc i my odtąd już nikogo nie znamy według ciała; a jeśli nawet według ciała poznaliśmy Chrystusa, to już więcej nie znamy Go w ten sposób” (2 Kor 5,16). Nie znam więc Jezusa Chrystusa według ciała, nie spotkałem się ze Zmartwychwstałym twarzą w twarz. Dostępna jest mi jednak kontemplacja naturalna (filozofia rozumiana w ten sposób jak ją rozumiał Stefan Swierzawski) w świetle której poznaję tę mądrość, jaka jest Logosem – Synem Bożym, który stał się człowiekiem, umarł na krzyżu i zmartwychwstał. Czytaj dalej

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLII – czyli dziecko dziecku dorosłym

Pierwszy poniedziałek miesiąca mieliśmy w zwyczaju spędzać na rozmowach w formule filozoficznej kawiarenki. Co prawda obostrzenia epidemiczne zelżały, ale mimo to nie spotkamy się jeszcze twarzą w twarz. Aby jednak mózgi nie rdzewiały, postanowiłem je trochę naoliwić. Nie insynuuję bynajmniej, że komuś brak oleju w głowie, a jedynie wykazuję nieco zuchwałą zapobiegliwość. I polecam domową filiżankę kawy, jako dodatek do niniejszej lektury.

Tak się złożyło, iż czeka nas Dzień Dziecka; pokusiłem się zatem napisać coś a propos. Tylko cóż ja mogę powiedzieć o dzieciach. Zwłaszcza, że nie mam własnych (aczkolwiek z innego powodu, niż np. Tales, który spytany, dlaczego się nie postarał o potomstwo, odparł że: Z miłości do dzieci). Z braku refleksji po własnych doświadczeniach, postanowiłem posiłkować się mądrością zapisaną przez poprzednie pokolenia. Pominę jednak zdobycze myśli pedagogicznej i historię wychowania, a zaprezentuję wyrwane z kontekstu cytaty – te znane ale i te znane dużo mniej. Wszystko po to, aby pokazać, jak wyglądało podejście do dzieci i wychowania w różnych epokach i na różnych kontynentach.

 

Kiełkowanie, ząbkowanie

Mamy takie polskie przysłowie: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. I prawda owa niezmiennie znajduje swoje potwierdzenie. Ciekawe, czy jej autor wpadł na nią samodzielnie, czy może sparafrazował starożytną myśl asyryjską z VIII wieku przed Chrystusem: Jeśli kiełek nie jest zdrowy, nie będzie łodygi ani nasienia. Zakładam, iż stać było naszego słowiańskiego przodka na samodzielność – choć założenie swoje opieram nie tyle na wierze w zdolność obserwacji i twórczego jej opisu, ile na powątpiewaniu w dostęp do mądrości starożytnej Asyrii.

Tak, czy inaczej, Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał – z tym, że za uczenie się Jasia odpowiadają też dorośli. Afrykański lud posługujący się językiem Twi mawia: Dziecko przykuca obok starszych. Przykuca, obserwuje i naśladuje. Jak zauważył Johann Wolfgang von Goethe: Mielibyśmy doskonale wychowane dzieci, gdyby ich rodzice byli dobrze wychowani. I jest sporo racji w opinii, że nie tyle przez dorosłych są wychowywani, ile na przykładzie dorosłych wychowują się dzieci. Jakie matki, takie dziatki. Obrazowo nakreślił to Peter Ustinov stwierdzając, że: Rodzice są kośćmi, na których dzieci ostrzą sobie zęby. A może jednak miał coś innego na myśli. Czytaj dalej

4.4/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXVIII – czyli szkodliwa prawda

Na najbliższym spotkaniu w formule filozoficznej kawiarenki tematem będzie nie tyle prawda, co rzeczywistość.

***

Nie tak dawno (bo inaczej bym nie pamiętał), w jakimś filmie padła mniej więcej taka kwestia: Powiedz prawdę. Prawda wszystko zmieni. Ponieważ film wydawał mi się jednym z tych mądrych, to jakoś uderzyły mnie te słowa. I wzbudziły wewnętrzny sprzeciw.

Prawda niczego nie zmienia. Co najwyżej odsłania. A sama, jako taka nie zmienia rzeczywistości, bo prawda jest rzeczywistością. Jest faktycznym stanem rzeczy. Dopiero poznanie prawdy przez człowieka, czyli zdobycie wiedzy na temat faktów, może coś zmienić. Pod warunkiem, wszelako, iż człowiek jakoś na to odkrycie zareaguje. Dopiero reakcje mogą mieć wpływ na bieg spraw, ba, na rzeczywistość. I wówczas inna rzeczywistość, będzie inną prawdą o świecie.

Nie przeceniałbym jednak na tym polu roli prawdy. Przyjęcie nieprawdy, fałszywych informacji, zmanipulowanej wiedzy, również może coś zmienić. Gdyż tak samo wywołuje określone reakcje. I chyba dzieje się tak o wiele częściej, niżeli w przypadku czystej prawdy. Kuriozalne jest to, że kłamstwo potrafi zmienić obraz rzeczywistości – zatem i prawda na temat świata ulega modyfikacji. A dostęp do kłamstw jest dużo łatwiejszy. Zwłaszcza jeśli przyjąć, że prawda jest tylko jedna, a kłamstw można nawymyślać wiele. Sądzę, że miał rację Georges Braque, stwierdzając: Prawda istnieje. Wymyśla się tylko kłamstwo. Należy jednak pamiętać, iż to wymyślanie kłamstw zawsze wypływa z jakiejś potrzeby. Raczej nie kłamie się bez powodu, zwykle kłamstwo jest pewną tarczą, zasłoną dymną, odwróceniem uwagi lub skupieniem jej na sobie; generalnie służy czyjemuś zyskowi.

***

Od początku, czego ludzie nie wiedzieli, to sobie dopowiadali i uzupełniali domysłami. A w razie konieczności świadomie wtykali w luki różne banialuki. Ich pobratymcy zaś, z czystego wygodnictwa przyjmowali te informacje i zadowalali się nimi. Bo Czasami ludzie potkną się o prawdę. Ale prostują się i idą dalej, jakby nic się nie stało – co wytykał Winston Churchill. Tylko nieliczni poszukiwali prawdy, a ewentualne porażki nie wielu martwiły. Nieznajomość prawdy, lub pełnej prawdy, nie przeszkadzała ludzkości rozwijać się, doskonalić, tworzyć obok szpetnych także piękne rzeczy. Półprawdy, fałsze, wypaczenia i oszustwa nawarstwiały się latami, oblepiły nasz świat tłustym kożuchem, a my cieszymy się, że nam ciepło. I co w tym złego? Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Chrześcijaństwo dla czterdziestolatków czyli mocna riposta na śmieszny tekst o brodzie

 

Koledze Houndowi udało się mnie poruszyć. Poruszył, trochę rozbawił ale też zasmucił mnie jego wpis pt. Brodaty Chryst. Poczułem niemal namacalnie smutek jaki kryje się gdzieś za żartobliwą formułą tekstu i zrobiło mi się żal (autora, samego siebie, Ukrzyżowanego?)  Ukrzyżowany nagi młody mężczyzna jest, jak gdzieś zauważył Jung, archetypem współczesnego Europejczyka. Nosimy w sobie Ukrzyżowanego, nolens volens. Każdy myślący człowiek jest świadom cierpienia jakie niesie życie i szanuje heroizm tych, którzy pomimo bólu zachowują wysokie standardy i poczucie odpowiedzialności za innych. Kiedy autor pisze „chłopak z Nazaretu” też, moim zdaniem, na swój sposób wyraża tę bliskość. Nazarejczyk jest mu bliski – Hound przyjmuje tu maskę cynika aby poruszy tych, którzy, jak powiada nie potrafią wymienić imion ewangelistów.  I udało mu się. Wytrącił mnie niedzielnego chrześcijanina z równowagi, pisząc o Jezusie „lekkomyślny przywódca”. Nie chodzi nawet o samo sformułowanie, ale o ton, w jakim pisze o najważniejszej historii tej konkretnej dwunogiej nieopierzonej istoty jaka chodziła po tej planecie. Przemawiając z pozycji współczesnego człowieka rozumu, znawcy ludzkiej historii i filozofa,  umieszcza Jezusa w gliniastej dziurze brodatych Nozarejczyków. Zanim wrócimy do wątku historycznego, warto wspomnieć coś o stylu Martina  Hounda, aby nie uznał, że nie zrozumiałem jego intencji. Wiem, że ze zmieniania pozycji retorycznych uczynił on  sztukę. Kiedy przechodzi na pozycje znawcy, świadomie wywołuje dreszcze u widowni. Celem tej operacji jest poruszenie słuchaczy, wyrwanie ich z intelektualnego marazmu, twórczy zamęt, wywołanie inspirującej dyskusji. Taki retoryczny cynizm. Marcin Hound, badając starożytne teksty odkrył to retoryczne narzędzie przez niektórych cyników stosowane i sam niekiedy ze swadą z niego korzysta. Pisząc o Jezusie, dotyka jednak obszaru, gdzie nie można już się zasłaniać retoryką. Dlatego pytam:  Czy przywdziewanie maski cynika to to samo, co bycie cynikiem? No i, co było przyczyną mojego smutku, gdzie autor schował swój krzyż, pisząc tak lekko o tym najsłynniejszym? Tak lekko, że aż ja poczułem ciężar swojego, czytając jego tekst.

Dwa dni temu wróciłem z Asyżu. Oglądałem freski Giotta w bazylice św. Franciszka. Na jednym z nich, Franciszek stoi nagi w obecności władz państwowych i kościelnych. Tu wychodzi cały jego cynizm antyczny. Miał w nosie, co sobie o nim pomyślą, bo czuł, że żyje. Czuł się wolny. Czytaj dalej

4.6/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Brodaty Chryst  –  Medytacje nad brodą wtóre

Jankowi Sarnie

Jakiś czas temu, łapiąc się brody filozoficznej (zob. pierwszą część wpisu) próbowałem pokazać, w jaki sposób szczeć (nie jest to bezokolicznik, to nie miałoby sensu) na brodzie filozofa pomaga odróżnić ludzi uczciwych od tych, którzy postanowili poświęcić się szerzeniu epistemologiczno-metafizycznej ściemy. Jeżeli jednak ktoś po wpływem tych rozważań postanowiłby ściąć brodziszcze, to byłby to czyn pochopny, bo, jak się okazuje, włochaty avatar może posłużyć do wielu pożytecznych celów, spośród których uwolnienie się od towarzystwa chrześcijan nie jest najpośledniejszym. Ale zanim o tym…

W tych trudnych pedagogicznie czasach, w których młodzież potrafi nazwać kilkaset rodzajów pokemonów, ale ma trudności z wymienieniem imion czterech ewangelistów, wszytko trzeba wyjaśniać. Do dzieła zatem.

Po pierwsze: Co to jest chrześcijaństwo? Chrześcijaństwo to taka religia, którą wyznaje twoja stara, a która w I i II wieku naszej ery zaczęła szerzyć się na Bliskim Wschodzie, aby roznieść się potem jak wysypka po całym Imperium Romanum. Wszystko zaczęło się od chłopaka z Nazaretu, który podjąwszy wątpliwość co do przyszłych losów swojej ojczyzny i całego świata, przypuścił, że w ciągu kilkunastu najbliższych lat wszystkie ludzkie sprawy znajdą swój pozytywny finał w wielkim kataklizmie, po którym jego ojczysty Bóg, którego imienia nie wolno mu było wymawiać, weźmie sprawy świata w swoje ręce. To przypuszczenie doprowadziło go na sam szczyt kariery przewidzianej dla apokaliptycznego proroka, którą w tamtych nie znających happy endów czasach była egzekucja w malowniczych okolicznościach przyrody na podjerozolimskim pagórku, noszącym uroczą nazwę Czaszka (aram. Gagûltâ).

Po śmierci lekkomyślnego przywódcy młodzi ludzie, który uwierzyli mu na słowo, nie mogąc się pogodzić z przedwczesnym końcem kariery ich guru, wbili sobie do głowy, że ich szef wcale nie umarł, ale że ciągle im towarzyszy i oczekuje od nich, że przejmą od niego misję przepowiadania końca czasów. W tym duchu zaczęli głosić w najbliższym otoczeniu tzw. ewangelię, tj. zbiór opowieści o życiu mistrza, które w ciągu najbliższych kilku stuleci spisane zostały w jakichś czterdziestu wersjach, z których cztery najstarsze uznane zostały później (300 lat później) za jedynie słuszne i godne czytania przed niedzielnym obiadkiem.

Nazorejczyk przy pracy

Co to wszystko ma wspólnego z brodą? Otóż ten lekkomyślny młody człowiek, który sam o tym nie wiedząc rozpoczął rewolucję kulturową, która miała doprowadzić do rozpowszechnienia ideału miłości powszechnej, a także przerwania na 1700 lat tradycji organizowania olimpiad, prawdopodobnie miał brodę i to brodę nie byle jaką: brodę rytualną. Pewnie słyszeliście, że “(…) kazał Piłat wypisać tytuł winy (…), a było napisane: ‘Jezus Nazarejczyk, król Żydów”. W oryginale greckim miało to brzmieć: “Iésús ho Nazóraios ho basileus tón Iúdaión”. Niektórzy przypuszczają, że ta właśnie tabliczka nasunęła postronnym obserwatorom egzekucji pomysł, że Jezus pochodził z Nazaretu, co miało być zasadniczym nieporozumieniem. Uważają oni, że zwrot “Nazóraios” nie oznaczał bowiem nazarejczyka, ale nazorejczyka, tzn. kogoś, kogo w dzieciństwie poświęcono Bogu Izraela (którego imienia nie wolno było wymawiać, ale o którym każdy wiedział, że nazywa się Jahwe). Poświęcenie to oznaczało przede wszystkim zakaz golenia włosów na całym ciele i, jeżeli przypuszczenie to jest poprawne, to musiał ów młody człowiek mieć zaiste brodę godną filozofa. Niektórzy przypuszczają nawet, że on sam był filozofem należącym do tej samej szkoły, z którą związany był ów szydzący z filozofów Lukian, tzn. do szkoły cynickiej. Skąd ten pomysł? Czytaj dalej

2.33/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta o Boskim utylitaryzmie

            Pan rzekł: „Skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich mieszkańców są bardzo ciężkie.” (…)

            Zbliżywszy się do Niego, Abraham rzekł: „Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy (…) nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych (…) sprawiedliwych? O, nie dopuść do tego(…), aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! (…) Czyż Ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?”

            Pan odpowiedział: „Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miastu przez wzgląd na nich”.

Bóg i Abraham

Jeśli świat jest najlepszą wersją, jaka była możliwa, to być może da się wytłumaczyć wszelkie zło, jakie na nim obserwujemy. Dajmy na to śmierć kogoś, kto uchodził za dobrego, albo jakiejś niewinnej dzieciny. Powiedzmy taka miła, starsza pani, kochająca dzieci, wnuki i koty, pomocna dla sąsiadów, prowadząca zdrowy tryb życia, silna, sprawna, aktywna – nagle zapada na ciężką chorobę i umiera w wieku… pięćdziesięciu lat. Wydaje się to niepotrzebną traumą dla jej bliskich. Ale może gdyby żyła dzień dłużej, weszłaby pod nadjeżdżającą ciężarówkę, której kierowca wykonując gwałtownie manewr wymijający wpadłby na grupę dzieci… A dlaczego zmarło niemowlę, lub płód jeszcze? Bo inaczej, z powodu jego zdrowia, albo zdrowia jego mamy, przejęty sytuacją ojciec pędziłby autem na złamanie karku do szpitala i wpadł pod pociąg powodując katastrofę z wieloma ofiarami… Może z boskiej kalkulacji wynikało, że wezwanie do siebie tych osób i przyprawienie o ból i zgryzotę ich bliskich, oszczędzi lub uratuje życie większej liczbie innych ludzi, którzy niechybnie zmarli by, gdyby ta dobra lub niewinna osoba żyła choćby chwilę dłużej. Czytaj dalej

4.6/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVI – czyli złudna prolongacja młodości

            Akademickie wakacje pokrywa cień przeszłości, a to niechybny znak, iż powracają spotkania Pogadalni. Najbliższe wypadnie w pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem przyjmie formułę filozoficznej kawiarenki. Proponuję pogadać o walce ze skutkami upływu czasu.

            Nie będzie chyba zbyt ryzykownym oszacowanie, iż wizja dostąpienia wieczności lub przynajmniej długowieczności pociąga większość ludzi. Rozsądniejsza część z nich dostrzega również wagę tego, by nie tylko żyć jak najdłużej, lecz aby odpowiednia była jakość życia. Z filozoficznego punktu widzenia (choć z moralnego, etycznego, religijnego, społecznego, psychologicznego także) życie zyskuje na jakości, gdy zbliżamy się do dobra. Idąc tym tropem, sam Platon ze zrozumieniem traktował pożądanie nieśmiertelności, wnioskując, iż: […] musi człowiek i nieśmiertelności pragnąć, jeżeli przedmiotem miłości jest wieczne posiadanie dobra.

            Warto w tym miejscu poczynić drobne rozróżnienia. Czym innym jest bycie wiecznym (tą zdolność posiada Absolut i anioły oraz ponoć ludzka dusza), czym innym jest nieśmiertelność (której doświadczył szkocki góral Connor MacLeod i niektóre wampiry, zresztą pod pewnymi warunkami), a czym innym jest długowieczność (osiągana np. przez żółwie) związana z wolniejszym starzeniem się ciała. Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta dość umiarkowanie

[show_avatar email=10 align=left avatar_size=40]

Dante, wędrując przez czeluście piekieł, w pewnym momencie trafił na taki obraz:

Widziałem inne męki i męczonych.
Był to krąg trzeci, krąg deszczów ulewnych,
Deszcz jak z upustów spadał otworzonych
Ciężki i chłodny; śnieg zmieszany z gradem

W ciemnym powietrzu szumiał wodospadem,
Ziemia deszcz chłonąc, oddychała czadem.
Cerber tam szczekał swą paszczą troistą
Na duchy, które w ziemię ugrzęzły bagnistą,

A oczy jego świeciły czerwono;
Wełna nań czarna, sam szerokobrzuchy,
Łapy niejedną uzbrojone szponą,
Nimi darł w pasy potępione duchy.

Jak psy pod deszczem potępieńcy wyją,
Zmokłą za siebie obracając szyją,
Kręcą się ciągle w tę i ową stronę,
Tworząc nawzajem z swych boków zasłonę.

Alfonso d’Aragona tak przedstawił trzeci krąg piekielny

             Wszystko to miało miejsce w trzecim kręgu piekła. Spotkany tam niejaki Ciacco (po naszemu Wieprzek) tak tłumaczył Dantemu powód swojej w tym miejscu obecności:

Za chuć obżarstwa niską i nikczemną,
Jak widzisz, leje wieczny deszcz nade mną.
Tu ja niejeden, wszystkie cierpią dusze
Za grzech ten samy też same katusze.

Czytaj dalej 4.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXII, czyli ile znaczy zwycięstwo moralne

Znowu zbliża się spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki; jak to zwykle w pierwszy poniedziałek miesiąca. Pozwolę sobie zdradzić, czym zajmiemy szare komórki.

Jeśli ktoś poświęci się dla szczytnego celu, w imię wielkich wartości, ale jednakowoż w niczym nie pomoże, niczego nie wskóra, nie zmieni… Czy to ma sens? A z drugiej strony, czy brak spodziewanych, bądź oczekiwanych efektów tego sensu pozbawia? Czy sam akt, samo działanie posiada sens i wartość, zanim jeszcze przyniesie efekty?

“Oblężenie Sparty” prowadzone przez króla Pyrrusa. Odmalował, jak umiał: Baptiste Topino-Lebrun

Motyw a czyn

Nie jest specyfiką dzisiejszych czasów, że ludzi zwykło się oceniać przez pryzmat wartości ich czynów. Jeśli czyn jest chwalebny, to i człowiek zyskuje uznanie. I na odwrót. Jednak nieraz odnoszę wrażenie, iż mówiąc o ocenie czynu, częściej myśli się o skutkach. Nie ładnie jest kraść, bez względu na to, czy kradzież się uda. Ale nie tyle sama czynność jest karygodna, choć też, ile to, do czego prowadzi – czyli pozbawienie kogoś jego własności. Ładnie jest działać charytatywnie, ale przy ocenie istotniejszy jest fakt udzielenia konkretnej pomocy, niż to, jakie wiodły ku temu wysiłki (chociaż te również się docenia). Jeśli ktoś pojedzie kopać studnie do Afryki i wykona sto odwiertów, ale w żadnym nie będzie wody, to nie dostanie nagrody za sam trud. Nagrodzone za to będą wysiłki kogoś, kto wykopie pięć studni, ale z powodzeniem. Co ciekawe, nierzadko na drugi plan schodzą intencje dobroczyńcy, jego prawdziwe myśli i faktyczne podejście do tego, czego dokonał. Czy zrobił to z altruizmu, czy też dla poklasku, ma tu mniejsze znaczenie wobec rzeczywistego wparcia potrzebujących. Czytaj dalej

4.6/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2