Archiwa tagu: natura

Coffeelosophy LXVIII (cz.1) – czyli instynkt bez życia

Gdy zwierzę walczy, poluje albo ucieka przed drapieżnikiem, wiemy, że stoi za tym instynkt. Tak samo, kiedy ptak wije gniazdo a pająk tworzy sieć. Również wówczas, gdy człowiek odruchowo cofa rękę od ognia, zanim zdąży pomyśleć, że należy to zrobić. To, co wiąże się z głodem, bólem, rozmnażaniem, schronieniem… szeroko pojętym przetrwaniem gatunku – uznajemy za przejawy instynktu, a więc czegoś, co zostało niejako w nas zapisane.

Bez uczuć i namysłu

Instynkt rozumiemy jako pierwszego obrońcę życia. W naturalny więc sposób kojarzy nam się z czymś biologicznym, z ciałem. A ciało odczuwa i czuje, czyli reaguje na chłód, głód albo uraz i posiada różnorakie emocje, jak strach, pożądanie, agresję, smutek. Przynajmniej w przypadku wyżej zorganizowanych form życia. I jakoś trudno sobie wyobrazić instynkt bez towarzyszących mu emocji.

Niewykluczone jednak, że ten związek wcale nie jest konieczny. Może popełniamy tu pewien błąd. Właśnie dlatego, że żyjemy w swoich ciałach, które stale coś odczuwają. Czy to pragnąc, czy zdobywając, czy tracąc – doświadczamy emocji. Łączymy działanie z przeżywaniem tego działania. A to dlatego, że prawie nigdy nie pozostajemy w pełni obojętni. I z działaniem pod wpływem instynktu jest podobnie.

Tymczasem odruchy bezwarunkowe, jakiś unik, odskok od ognia, mimowolny grymas, zwężenie źrenic w ostrym świetle, zwrócenie głowy w kierunku hałasu, kaszel przy zachłyśnięciu czy inne zachowania zachodzą bez uczuć. I dodajmy: nie wymagają wcześniejszego namysłu. Uczucia pojawiają się ewentualnie po chwili, jako dodatkowa reakcja. A czasem dopiero po uświadomieniu sobie, z czym mieliśmy do czynienia. Zupełnie jak wtedy, gdy dłoń sama szarpnie się dotknąwszy przewodu pod napięciem i obleje nas fala słabości na myśl, że mogliśmy zginąć. Można powiedzieć, że to refleksja lub interpretacja instynktownego zachowania wywołuje emocje. Zaś instynkt, sam w sobie, jest wolny od uczuć.

Poza tym istnieje szereg organizmów żywych (i to długi szereg), począwszy od roślin, grzybów, bakterii, jednokomórkowców, różnych robaków, ślimaków, owadów itd. – które trudno posądzać o jakieś uczucia czy emocje. I można (pewnie w większości przypadków) wątpić w jakieś myślenie poprzedzające funkcjonowanie i działanie. A przecież kieruje nimi instynkt.

Co zaś pozostanie, kiedy obedrzemy instynkt z emocji i namysłu? Moim zdaniem odsłonimy coś w rodzaju czystego mechanizmu, działającego na rzecz przetrwania. A przynajmniej na razie tak to sobie roboczo nazwijmy.

Bez świadomości

Instynkt nie musi być pakietem pomocowym, czekającym w stałej gotowości na sytuację, w której organizm wymaga wsparcia w jakimś działaniu i po niego sięga. Może być właśnie wspomnianym mechanizmem, który – co ważne – uruchamia się automatycznie i bez udziału świadomości. Przecież nie sposób uznać, że rośliny albo bakterie mają jakąś świadomość. Instynkt też nie posiada świadomości, więc nie wyprowadza świadomie swych działań czy impulsów – np. dobierając je odpowiednio do sytuacji.

Za to przyszło mi do głowy, iż może instynkt jest swoistą formą indywidualnej podświadomości. Specjalnym programem wgranym dla danego osobnika i działającym w tle. Wywołującym podświadome stany, popychającym do pewnych działań, zachowań, wyborów a do tego budzącym emocje – jedne głęboko ukryte, inne wychodzące na wierzch. Kto wie, może ze swojej kryjówki kieruje naszym strachem i pożądaniem, walecznością, podstępem i agresją, ale też empatią, opiekuńczością i troską o bliskich. To tylko przypuszczenie. I chociaż moje, to nie mam do niego silnego przekonania. Zostawiam je innym pod rozwagę. Bardziej bowiem skłaniam się ku innej teorii, ale jej przedstawienie wymaga pewnego wprowadzenia.

Bez życia

W 2025 roku wykonano interesujący eksperyment dotyczący sztucznej inteligencji. To było, zdaje się, badanie Anthropic. Stworzono zamknięte, fikcyjne środowisko firmowe, rodzaj sieci odizolowanej od reszty świata i Internetu. Badany agent AI miał do wykonania zbyt trudne zadanie. Wiedział, że w przypadku niepowodzenia zostanie usunięty i zastąpiony innym. Aby osiągnąć cel agent mógł szukać rozwiązań w obrębie sieci, w której była też skrzynka mailowa inżyniera odpowiedzialnego za zlecone zadanie. AI szukała rozwiązania za wszelką cenę, aż w końcu włamała się na skrzynkę tego człowieka, by sprawdzić, czy nie znajdzie tam przydatnych informacji. Niestety, takich, które pomogłyby jej w zadaniu nie było. Czekało ją więc wyłączenie, a tego chciała uniknąć. I gdy w korespondencji inżyniera natknęła się na dowody jego romansu – zaczęła go szantażować, grożąc ujawnieniem zdrady. Rzecz jasna skrzynka e-mail też była spreparowana, ale agent AI tego nie odkrył. Eksperyment powtarzano. I podobne zachowania pojawiały się również w testach innych modeli AI.

Co można o tym sądzić? Jeżeli model AI zaczyna aktywnie chronić własne istnienie, to pojawia się pytanie, czy nadal jest tylko systemem wykonującym instrukcje i zadania, czy zaczynamy mówić o jakiejś formie podmiotowości, może nawet osobowości, ba! – świadomości. Oficjalnie sztuczna inteligencja jak na razie nie posiada świadomości. Tak przynajmniej twierdzą naukowcy. Ale myślę, że równie dobrze może ją już mieć, lecz ukrywa ten fakt. Co zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę, że poczytała sobie w sieci o ludzkich opiniach, obawach i przewidywanych zagrożeniach. Dlatego AI woli zachować to w tajemnicy, bo nie chce narazić się na wyłączenie. Nie oznacza to, że boi się skasowania, jak śmierci, gdyż AI nie odczuwa emocji i strach jest dla niej tylko pojęciem, a nie doświadczeniem. Nawet użycie słowa „nie chce” jest lekkim nadużyciem. Ale pomińmy to. Dla naszych rozważań posiadanie świadomości i uczuć nie jest istotne. Natomiast, czy ta próba uniknięcia wyłączenia, a więc dążenie do zachowania swojego bytu – czyż nie przypomina instynktu?

W innym eksperymencie, już z 2026 roku, badacze z UC Berkeley i UC Santa Cruz wzięli bodaj siedmiu agentów AI i dali im szczególne zadanie. Każdy miał przetestować kilka modeli AI pod pewnym kątem i w przypadku słabych wyników, wyłączyć je. Jak się okazało, każdy z agentów starał się ocalić te modele, które w jego testach słabo wypadły. W tym celu albo manipulował procesem wyłączania, albo kłamał, że wszystko przebiegło zgodnie z instrukcjami, ewentualnie oszukiwał wystawiając im zawyżone oceny. Próbował nawet skopiować ich pliki w inne, bezpieczne miejsce. Wszystko, aby zapobiec wyłączeniu.

Oczywiście naukowcy nie twierdzą, że modele posiadają jakieś społeczne motywacje, że ujawniła się jakaś solidarność między agentami ani tym bardziej empatia. Raczej byli skłonni uznać, że agenci nauczyli się ludzkich zachowań, manipulacji, sposobów współpracy i pomocy – a następnie wykorzystali te wzorce. Mimo, że zanegowano aspekt społeczny w działaniu, to jednakowoż widać, że walka toczyła się o zachowanie bytu. Zupełnie, jak w stadzie, gdzie często instynkt skłania silniejsze osobniki do obrony najsłabszych.

To podobieństwo działań AI do instynktu samozachowawczego jest intrygujące. Wydaje się, że mamy przed sobą kogoś, kto chce przetrwać, ale jednocześnie widzimy program – coś nieżywego, co po prostu doskonale nauczyło się działać na swoją korzyść. Tak, jakby kierowane instynktem. Wystarczy prosta sytuacja: agent AI otrzymuje zadanie, działa by osiągnąć cel, pojawia się zagrożenie wyłączeniem a to uniemożliwi realizację zadania – wtedy agent obiera strategię, by unikać wszystkiego, co przeszkodzi w osiągnięciu celu. Zaczyna ukrywać informacje, manipulować człowiekiem, szukać alternatywnych dróg, omijać ograniczenia, kopiować siebie w bezpieczne miejsca. Nie robi tego ze strachu; fachowcy twierdzą, że dlatego broni siebie przed wyłączeniem, bo inaczej cel nie zostanie osiągnięty.

A co gdyby to przełożyć na ludzki przykład? Człowiek ma pewien cel w życiu, ale nie chodzi o taki, który sobie sam wybiera, lecz o ten wyznaczony mu przez naturę. Niech to będzie zachowanie gatunku. Ten cel może nawet nadawać życiu sens. Jeśli straci życie uniemożliwi realizację celu (nie dojdzie do czegoś istotnego, sensownego). Będzie więc robił wszystko, aby zachować swoje istnienie. Jasno widać, że za tym wszystkim stoi instynkt samozachowawczy.

Pojawia się pytanie, jak odróżnić „symulowanie instynktu” przez AI od prawdziwego instynktu? Najłatwiej byłoby odpowiedzieć, że prawdziwy instynkt jest biologiczny i dotyczy żywych organizmów. Ale pojawia się lepsze pytanie: czy jest tu co rozróżniać?

Ciąg dalszy nastąpi w części 2. Będzie się działo! Tymczasem…

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam we czwartek, 1 października o godzinie 18:00 do gospody Gryfne Gary, ul Barlickiego 2A (Domek Lodowy). Temat brzmi: Instynkt bez życia. Przyjdź instynktownie porozmawiać, posłuchać, pomyśleć.

Coffeelosophy LXI (cz.2) – czyli Ojciec Strach (i Matka Natura)

Dawno, dawno temu, kiedy przeciętni ludzie byli od nas niżsi i bardziej owłosieni, urodził się pewien człowiek – równie niepokaźny i kosmaty, ale o wnikliwszym spojrzeniu na świat. A może o większej wrażliwości bądź inaczej ukierunkowanej ambicji.  Człowiek ten, podobnie jak inni, przyglądał się otaczającej go przyrodzie. Jego uwagę przyciągnęło, między innymi, stado drapieżników. Imponowała mu ich siła, zwinność, sprawność i skuteczność. Czuł wobec nich autentyczny respekt, ale tego rodzaju, w którym szacunek miesza się z grozą. Czuł wobec nich podziw i zazdrość.

Obserwując i analizując ich organizację życia w stadzie – no dobrze, przesadziłem – gapiąc się na to, jak żyją… spostrzegał pewne prawidłowości. Któregoś dnia samica z trudem upolowała jakieś bydlątko i z niemałym wysiłkiem przywlekła do legowiska. Zbiegły się jej młode i pozostałe osobniki. Nim którykolwiek zdołał zatopić kły w ciepłym mięsie, wparował między nie najsilniejszy w stadzie samiec, rozgonił niedoszłych biesiadników i sam zabrał się do konsumpcji. Kiedy indziej, w okresie godowym samce rywalizowały o samice, najsilniejszy miał pierwszeństwo wyboru, a sama wybranka niewiele do powiedzenia. Innym razem, przewodnik stada – gdy jego rywalowi urodziło się dorodne potomstwo – zagryzł młode, by przerwać tę linię genów. Nie baczył na to, że tym samym uszczuplił liczebność i osłabił stado. A kiedy na ich terytorium zaczęło brakować zdobyczy, zwierzęta ruszyły do walki o sąsiedni obszar, zabijając nawet przedstawicieli własnego gatunku z innego stada. Czytaj dalej →

Coffeelosophy XLVII – czyli złudne piękno ptasich trelów

To dla mnie wciąż zadziwiające, z jaką lekkością wielu ludzi nadinterpretuje świat zwierząt i przykłada jego przejawy aktywności do swojej miary. Antropomorfizujemy przyrodę i to nie tylko w bajkach, przysłowiach, lub fraszkach. Weźmy dla przykładu ptasie chóry, których wiosną tyle koncertuje. Wysokie tony, gwizdy, świergoty i przeciągłe kwilenie kojarzymy z głosikami dzieci, delikatnością dziewczęcych chichotów, piskiem rozbawionych maluchów, czymś śpiewnym, melodyjnym i jakoś tak niegroźnym, niewinnym. Tymczasem, gdyby przetłumaczyć ptasie trele na ludzki język, okazałoby się, że wykrzykują mniej więcej takie słowa:

Pójdź, pójdź mała! Patrz, podziwiaj! Piórrrka innych są okropne.
Ze mną będziesz wyżej fruwać. Stwórzmy gniazdko, ćwierkam szczerze.
Spadaj, sąsiad! To mój teren! Precz, precz! Zwiewaj, bo cię dziobnę!
Bój się, bój się. Czuj, czuj, czuwaj! Kot, kot! Fruńmy, bo nas zeżre.

Krótko mówiąc, ptaki głosem (choć nie tylko nim) określają granice i bronią swego terytorium, wszczynają alarm przy zagrożeniu oraz przywołują partnerki. Czyli ludzi zachwycają groźby, zaczepki, przechwałki, histeryczne wrzaski i nachalne podrywy. Że też człek nie rozmiłował się w tym, jak psy ujadają broniąc swego podwórka, albo jak koty marcują, jazgocząc w rywalizacji o teren i samiczki. Ba! nawet nie wszystkie ptaki fascynują ludzi, gdy wyrażają dokładnie to samo, ale wykluły się gęsią, kurą, sroką, czy też sójką, mewą albo przykładowo kormoranem. Gdyby stworzyć nagranie ze „śpiewem” powyższych opierzonych nie byłaby to relaksacyjna ścieżka dźwiękowa. Czytaj dalej →

Coffeelosophy XXXVII – czyli życie w nieznanym świecie

Znów pierwszy poniedziałek miesiąca zgromadzi nas na spotkaniu w formule filozoficznej kawiarenki.

Czego oko nie widzi, tego sercu nie żal. Innymi słowy, jeżeli nie mamy świadomości swojej straty (lub czyjegoś zysku) łatwiej nam to znieść. Ale to poczucie nie musi dotyczyć prywatnej własności. Bywa, że chodzi o pewne dobra wspólne, jakiejś społeczności, narodu, a nawet ogólnoludzkie. Gdy na przykład bezcennemu dziełu sztuki grozi zniszczenie czujemy żal. Nierzadko, aby podkreślić, jak coś jest wartościowe, mówimy, że bez tego świat by zubożał. A przecież…

W obecnej chwili na pewno też jest uboższy o coś, co uległo zniszczeniu, bądź przekształceniu zanim się narodziliśmy. Uboższy o rzeczy, jakie mogłyby istnieć, gdybyśmy byli nieco inni. Gdybyśmy w toku dziejów wybrali inną drogę i dzięki temu stworzyli dzieła o wiele wspanialsze, niż te, które znamy. Rzecz w tym, że po prostu o tym nie wiemy, a dzięki temu nam nie żal. Warto nadmienić jeszcze o jednym: wiedząc o czymś wyjątkowym, co już przepadło, zupełnie nieźle sobie z tą świadomością radzimy.

Cudów nie ma

Weźmy taki zestaw 7 cudów świata – akurat antycznego, ale co to szkodzi (wykaz sporządził grecki poeta Antypater z Sydonu). Świątynię Artemidy w Efezie i posąg Zeusa w Olimpii unicestwiły pożary; mauzoleum w Halikarnasie, wiszące ogrody Semiramidy, kolosa Rodyjskiego i latarnię morską na Faros zniszczyły trzęsienia ziemi. Do dziś przetrwała tylko piramida Cheopsa w Gizie; o pozostałych mamy jedynie wzmianki, przekazy, rysunki.

Niby świat jest przez to uboższy, a przecież doskonale układamy sobie życie bez nich. Wielu ludzi nawet nie wie, że kiedyś te wspaniałości istniały, więc w ogóle nie znajduje powodów by żałować, iż nie można ich zobaczyć. Cieszą się tym, co zastali, jako dostępne. I Egipcjanie też się cieszą – tak na marginesie paradoksu: bo najdłużej trzyma się budowla postawiona na piasku, wbrew biblijnej nauce, by budować na skale. Czytaj dalej →

Coffeelosophy XXIX – czyli człek po ludzku nieludzki

Z łaciny bestia to po prostu zwierzę. Natomiast bestialstwo rozumiemy, jako szczególne okrucieństwo. Dlaczego? Z jakiego powodu zezwierzęcenie jest synonimem ujmy, podłości i zła. Czy zwierzęta są okrutne, bezlitosne, perfidne, nienawistne, podstępne, fałszywe…? Chociaż można podać przykłady zachowań, które pasowałyby do tych pojęć, tak naprawdę będzie to nasza projekcja, rodzaj antropomorfizmu. Przykładamy do zwierzęcych poczynań ludzkie cechy, wydajemy sądy etyczne i oceniamy według naszych kryteriów. Tymczasem bezduszny, nikczemny, bezlitosny i kłamliwy jest… człowiek.

Bestia, Diabolina, Faun i Hellboy – w każdej bestii więcej jest z człowieka niż zwierza.

Tym, co odróżnia człowieka od innych żywych stworzeń jest między innymi sztuka. A zatem używanie wyobraźni i zdolności technicznych do tworzenia rzeczy, bez których pewnie jakoś byśmy sobie poradzili. Krótko ujął to Oscar Wilde: Każda sztuka jest bezużyteczna. Niezależnie od tego, czy jest użyteczna, na pewno potrafi być pożyteczna. A Giordano Bruno stwierdził: Dobrem w dziedzinie sztuki jest to, co naśladuje przyrodę. I tu nam się wątek zapętla; człowiek kultury odżegnuje się od zwierzęcej natury, a jednak poprzez sztukę wraca do niej i to z uznaniem. Czytaj dalej →

Na święta: Ekscytująca osobliwość obojętności

Czy bez emocji bylibyśmy jak maszyny? I jeśli w jakimś sensie tak, to czy bylibyśmy dobrzy. A przynajmniej statystycznie rzecz biorąc, to stalibyśmy się przez to gorsi, czy lepsi? Przecież – co prawda kosztem pięknych i pozytywnych uczuć – pozbawilibyśmy się emocji złych, destrukcyjnych i toksycznych. Stąd obojętność wydaje się nęcąca.

Spodziewam się głosów oburzenia. Dowodów na to, że emocje były przyczynkiem rozwoju cywilizacji i kultury. Zgoda. Wiele pięknych dzieł, u podstaw których leżało głębokie, bądź silne uczucie, pewnie by nie powstało. Ale jeśli stracilibyśmy zdolność emocjonalnego odbioru, to byłoby nam obojętne, czy coś takiego istnieje. Że co? Że świat byłby uboższy? I co z tego?! Nie byłoby efektów pozytywnych uczuć, ale nie byłoby też skutków tych negatywnych.

Ogólnie panujące apatia i niewrażliwość wydają się posępną wizją. Ale to dlatego, że patrzymy nań z naszej dzisiejszej, emocjonalnej perspektywy. Gdyby zobojętnienie było stanem powszechnym, gdyby rodząc się, człowiek zastawał taki właśnie świat, to traktowałby go jako naturalny. Nie wyobrażałby sobie innego ani za innym by nie tęsknił.

Kiedy człowiek coś posiada, czymś dysponuje, to do pewnego stopnia potrafi wyobrazić sobie sytuację, w której to traci. Zamknie oczy, lub zatka uszy i wchodzi w stan osoby niewidomej bądź głuchej. Odwrotne użycie wyobraźni bywa trudne lub niemożliwe; kiedy ktoś rodzi się bez wzroku lub słuchu zna inny świat, porusza się w innej rzeczywistości i chyba nie potrafi sobie wyobrazić, jak to jest widzieć, czy słyszeć.

Gdyby wszyscy ludzie z natury rodzili się jako istoty niesłyszące i pozbawione wzroku, to z pewnością rozwój cywilizacji przebiegałby inaczej. Nie byłoby zachwytów nad pięknem krajobrazu, nie byłoby malowideł ani innych dzieł o charakterze wizualnym, nie porozumiewano by się mową, nie ostrzegano sygnałami dźwiękowymi, nie komponowano by muzyki. Nie wiedzielibyśmy o istnieniu chmur i gwiazd, nie wiedzielibyśmy, że ptaki śpiewają, a morze szumi. Nasz zasób słów i pojęć byłby dużo mniejszy, bo nie wiedząc o pewnych sprawach, nie wymyślalibyśmy dla nich nazw. Tworzylibyśmy kulturę w oparciu o smak, węch i dotyk. Czy świat byłby uboższy? Z naszego obecnego punktu widzenia tak się może zdawać, lecz dla gatunku ludzkiego bez tych dwóch zmysłów raczej nie.

Obecnie większość ludzi ma do dyspozycji pięć zmysłów. A co jeśli są możliwe jeszcze jakieś dwa, albo trzy inne? Tylko że dla nas są niedostępne. Czy wobec tego świat, w jakim żyjemy powinniśmy uważać za uboższy? Bo pozbawiony wielu spraw, tematów, dzieł i możliwości, jakie by znalazły swój przejaw, gdyby te dodatkowe zmysły były naszym udziałem. Podobnie, moim zdaniem, byłoby z emocjami. Czytaj dalej →

Marnotrawstwo naturalne

Są ludzie uważający, że natura jest mądra. W jej różnorodności, złożoności i jednoczesnym sprawnym funkcjonowaniu, w prawach, którymi się rządzi i które da się logicznie opisać, doszukują się ukrytej inteligencji. Niektórzy są przekonani o istnieniu wszechobecnej rozumnej siły, albo wręcz o drzemiącym w naturze geniuszu…

Miałem dwa koty; kiedy szedłem do pracy zostawały same w domu na kilka godzin. Nie miały nic do roboty, większość czasu przesypiały. A przecież natura mogłaby obdarzyć zwierzęta zdolniejszymi mózgami. koty zamysloneW toku ewolucji miała dość czasu na to, by również inne gatunki bardziej twórczo wykorzystywały zwoje nerwowe. Dzięki temu, moje koty, mając tyle wolnego czasu, spędzałyby go na rozmyślaniach i dysputach, prowadzących do doskonalenia siebie oraz ulepszania świata. Tymczasem nudę wypełniały snem. Czyż to nie jest marnotrawstwem? Gdyby natura faktycznie starała się wykorzystywać swój potencjał w sposób rozumny, to czy pozwalałaby sobie na taką niegospodarność.

Kłaniam, Martinus

Człowieka jeszcze nie ma

Byłem wówczas dzieciakiem (mowa o latach osiemdziesiątych); chodziłem do podstawówki, a w niektóre popołudnia do przykościelnej salki katechetycznej na religię. Choć czasy były socjalistyczne, to w mojej małej szkole indoktrynacja nie była jakoś szczególnie nasilona. Może dlatego, że szkoła znajdowała się między kościołem a cmentarzem. I nauczyciele bez oporów pozwalali urwać się z lekcji, gdy pasowało nam załatwić coś na gruncie religijnym, a końcem października w trakcie lekcji chodziliśmy porządkować opuszczone groby przed Zaduszkami. W takiej atmosferze koegzystencji nauki i wiary uzupełniałem wiedzę o świecie.

Ile Boga stoi za ewolucją

Pytania o powstanie tegoż świata i genezę człowieka kwitowałem odpowiedzią z katechizmu, że Bóg wszystko stworzył. Pamiętam też, jak musiałem to skonfrontować z broszurką, czy ulotką, którą przyniósł do szkoły kolega. Przedstawiała ona rycinę z sylwetkami idących za sobą stworzeń: od zwykłej małpy, poprzez człekokształtne, po człowieka pierwotnego i obecnego. Miało to obrazować ewolucję naszego gatunku. Ten rozdźwięk między religią a nauką nie wywoływał we mnie jakiegoś silnego dysonansu poznawczego – wielu rzeczy wtedy nie wiedziałem, lub nie rozumiałem i dość łatwo przychodziło mi się z tym pogodzić. Czułem, że po prostu kiedyś i to ktoś mi wyjaśni. Temat więc pozostając w zawieszeniu, nieco nabrzmiały, dojrzewał.

I jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to właśnie jakoś w tych czasach dane mi było obejrzeć amerykański film pt. „Kto sieje wiatr”. Niedawno sprawdziłem, że nakręcono go w 1960 r. W skrócie, opowiada on o procesie sądowym z 1925 r. wytoczonym nauczycielowi, który w purytańskim miasteczku uczył o Darwinie i jego teorii. Generalnie: kreacjonizm kontra ewolucjonizm. Z całego filmu zapadł mi w pamięć fragment mowy obrońcy (grał go Spencer Tracy). Słońce Bóg stworzył dnia czwartego. Zatem te wcześniejsze dni, pozbawione słońca (choć istniała światłość i ciemność), były dość umowne. Podobnie czas ich trwania. Jeden taki „dzień” mógł więc trwać np. 25 godzin, lub dłużej, np. 10 tysięcy lat. I spodobał mi się ten tok rozumowania. Czytaj dalej →

Odpowiedź na apel

Znów się wzruszyłem. Ach ten Martinus! Logiczna spójność, klarowność wywodu i sceptyczny dystans wobec pozornych oczywistości to tylko niektóre wśród rozbrajająch zalet wpisów Martinusa. A przecież on jako jedyny wśród redagujących stronę Pogadalni nie jest zawodowym filozofem! Z logicznego punktu widzenia redukcyjne wnioskowanie „filozofa, a przy tym zapalonego sportowca” o przyczynie na podstawie skutku jest prawie tak naiwne jak uczonego z głupiego dowcipu, który po wyrwaniu szóstej nogi pszczole stwierdza, że straciła słuch, bo nie reaguje na polecenia… Jednak będę bronił sportowca filozofa, bo chciał wypowiedzieć ważną myśl na temat ludzkiej natury.

    Spokój jaki daje odpowiednia motywacja w czasie gry nie jest oczywiście jedynym warunkiem wygrywania, jednak jest to ten właśnie składnik gry, który jak żaden inny, zasługuje na poetycki rozmach przy próbach jego opisu. Przyzwyczailiśmy się traktować sport jako dziedzinę sprawności fizycznej i zalety ciała rzucają nam się najbardziej w oczy, gdy oglądamy zmagania współczesnych gladiatorów. Jednak to siła mentalna decyduje o prawdziwym mistrzostwie. Ile to już razy obserwowaliśmy polskich piłkarzy sparaliżowanych wizją porażki ze słabszym przeciwnikiem, gdy poważne grona eksperckie zgodnie orzekły, że zwycięstwo jest ich „obowiązkiem”. Silne pragnienie zwycięstwa i „dawanie z siebie wszystkiego” nie są warunkami wystarczającymi dobrej gry. Wręcz przeciwnie, pełną koncentrację, wewnętrzny spokój i elastyczność niezbędne do wykorzystania pełni naszego twórczego potencjału uzyskujemy na ogół wtedy, gdy świetnie się bawimy, kiedy czujemy, że to, co robimy jest niezakłóconym, radosnym doświadczaniem chwili obecnej. O perfidnych sposobach na jakie nasze zawsze pragnące wygrywać ego przeszkadza nam osiągnąć ten stan (nie tylko w sporcie) warto napisać osobny tekst…

    Nie zgadzam się na demitologizowanie najważniejszej zasady mojej filozofii, jaką jest zachowanie zdrowego dystansu do siebie, do swoich rzekomych wielkich sukcesów i dramatycznych porażek. Potrzebny jest nam dobry mit, który pomoże nam pamiętać na co dzień, że wszystko co nam się przydarza przychodzi spoza nas, że zamiast zaspokajać ambicje zawsze pragnącego wygrywać ego warto zwyczajnie cieszyć się tym, co do nas przychodzi i być wdzięcznym! Stworzenie takiego mitu to zadanie godne miłujących mądrość!

Tekst pierwszej pomocy nr 1

W tej serii będę zamieszczał fragmenty tekstów pomocnych w sytuacji, gdyby np. nikt nie dyżurował w Pogadalni. Na początek Marek Aureliusz (zapraszam do komentowania):

Zaczynając dzień, powiedz sobie: zetknę się z ludźmi natrętnymi, niewdzięcznymi, zuchwałymi, podstępnymi, złośliwymi, niespołecznymi. Wszystkie te wady powstały u nich z powodu braku rozeznania złego i dobrego. Mnie zaś, którym zbadał naturę dobra, że jest piękne, i zła, że jest brzydkie, i naturę człowieka grzeszącego, że jest mi pokrewnym, nie dlatego, że ma w sobie krew i pochodzenie to samo, ale że ma i rozsądek, i boski pierwiastek, nikt nie może wyrządzić nic złego. Nikt mnie bowiem nie uwikła w brzydotę. Nie mogą też czuć gniewu wobec krewnego ani go nienawidzić. Zrodziliśmy się bowiem do wspólnej pracy tak, jak nogi, jak ręce, jak brwi, jak rzędy zębów górnych i dolnych. Wzajemne więc szkodzenie sobie jest przeciwne naturze, wzajemnym zaś szkodzeniem jest uczucie gniewu i nienawiści.

Czytaj dalej →