Archiwa tagu: Sokrates

Coffeelosophy XLVI – czyli dawajcie, a będzie wam dane

Wydaje się, że wymiana coś za coś, jest czymś oczywistym i wręcz naturalnym. Otrzymać coś, dając coś w zamian wydaje się uczciwe, a co za tym idzie oczekiwane, pożądane, nawet konieczne. Czy będzie to handel wymienny, czy kupienie czegoś za pieniądze, czy odwdzięczenie się przysługą za przysługę – mechanizm jest podobny. A jednak są sytuacje, które budzą naszą dezaprobatę, jak wymiana dziewczęcia za kilka wielbłądów, opłacenie mordercy, zrewanżowanie się pomocą w kradzieży. Wiele zależy po prostu od kontekstu. A także od uznawanego kodeksu etycznego. Jezus nauczał: Dawajcie a będzie wam dane. Miał, rzecz jasna, na myśli wyświadczanie dobra. Obiecywał za to otrzymanie nagrody i to odmierzonej solidną miarą. Czy nie jest w tym ukryta pewna zachęta do interesowności – przecież nie mówił po prostu: Dawajcie.

Daj, byś otrzymał

Podobnie jest przykładowo z korupcją (łacińskie: corruptio to zepsucie i demoralizacja). Platon w „Prawach” stwierdził, że należy potępiać tych, którzy przyjmują łapówkę. O zjawisku tym pisał Arystoteles jak też Machiavelli, Monteskiusz i inni. Jak widać, odwieczny to problem. Ogólnie chodzi o to, że strony zaangażowane w korupcję zawiązują ze sobą porozumienie na zasadzie „do, ut des” (daję, abyś dał). Innymi słowy zawsze idzie o pewne korzyści, ale – uwaga! – osiągane przy nadużyciu, lub złamaniu prawa. Nie jest to więc wyłącznie kwestia moralna.

Alegoria korupcji

Platon w “Państwie” przytacza dialog, w którym Sokrates wyjaśnia Adejmantowi, jak należy młodych ludzi wychowywać i kształtować, aby byli dobrymi obywatelami. Z dialogu filozof wysnuwa wiele przestróg i osądów moralnych; pośród tego bogactwa jest i fragment, gdzie Sokrates radzi:

“— A także nie pozwolić naszym ludziom, żeby chętnie dawali łapówki ani żeby sami lecieli na pieniądze.
— Nigdy – [potwierdził Adejmant].
— Więc im nie śpiewać, że:
>>Dary na bogów działają, działają na królów czcigodnych. <<
I nie chwalić nauczyciela Achillesowego, Fojniksa, że w sam raz mówił, radząc mu, aby naprzód wziął dary od Achajów, a potem im dopiero pomagał, a pokąd darów nie przyniosą, żeby się gniewał dalej. I samego Achillesa o to nie posądzimy i nie uwierzymy, że był taki chciwy i od Agamemnona dary wziął, i znowu za trupa przyjął okup, i dopiero wydał zwłoki, a inaczej nie chciał.
— Przecież nie godzi się — powiada — chwalić takich rzeczy.

Skoro przy wychowaniu latorośli jesteśmy, to jakim terminem opisać sytuację, gdy dorosły zwraca się do dziecka w te słowa: odrób lekcje, to dostaniesz cukierka; jak posprzątasz zabawki, będziesz mógł dłużej pograć na konsoli; zjedz warzywa, to pójdziemy do kina; masz tu parę złotych i popilnuj braciszka. Trafiamy na dość grząski grunt, gdyż część dorosłych uważa, że to zwyczajny, wychowawczy system nagród, a niektórzy wpiszą to w naukę podstaw ekonomii, dzięki czemu dziecko widzi, iż za pracę jest zapłata i niczego nie ma za darmo. Czy jednak nie ślizgamy się po granicy przekupstwa?

Nelson D. Schwartz zamieścił w New York Times artykuł pt. „Bribes and fraud. Capital punishment” co można chyba tłumaczyć: „Łapówki i oszustwa. Kara śmierci”. Wspomina w nim, że starożytni Ateńczycy pozbawiali skorumpowanych urzędników obywatelstwa i tym samym prawa do uczestnictwa w instytucjach politycznych państwa-miasta. Przytacza też przykład Demostenesa, któremu przytrafiła się tzw. „chrypka po połknięciu srebra i złota”. W 324 r. p.n.e. ten wyborny retor i przywódca polityczny, chcąc uniknąć wypowiedzenia się przeciw Harpalusowi, symulował utratę głosu. Gdy wyszło na jaw, iż za milczenie przyjął łapówkę, skazano go na zapłacenie 50 talentów – co przeliczono na równowartość dzisiejszych 20 milionów dolarów. I do tego spotkało go jeszcze wygnanie.

W Republice Rzymskiej pierwszy uporządkowany kodeks był surowszy; Prawo XII Tablic przewidywało dla sędziów, którzy skalali się łapówką, karę śmierci. Z biegiem czasu prawo łagodniało, zwłaszcza z rozwojem Cesarstwa Rzymskiego i trudnością w jednoznacznym rozstrzygnięciu, co jest już łapówką, a co jeszcze kwalifikowało się jako podarunek. Ze swojej strony wspomnę, iż w naszym prawodawstwie też istnieje takie rozróżnienie. Cesarz Tyberiusz przymykał oko na korupcję, byle urzędnicy nie przesadzili w swej zachłanności. Optował za tym, by „jego owce strzyc, ale nie pozbawiać skóry”. Obywatele nadal więc płacili urzędnikom „pod stołem” mimo, iż w oficjalnym dyskursie było to naganne.

Mniej pobłażliwie traktowano taki występek w XI-wiecznym Bizancjum. Kto brał w łapę złoto, nie mógł potem brać w nią klejnotów. W Cesarstwie bowiem – jak pisze prof. Walter Kaegi, historyk z chicagowskiego uniwersytetu – za łapówkarstwo urzędnika oślepiano i kastrowano. Przy czym, co ciekawe – pozbawienie klejnotów nie było karą przewidzianą przez prawo. Był to swego rodzaju zwyczajowy przejaw wzburzenia opinii publicznej. Powiada się: co kraj to obyczaj. A przecież to, co obyczajne i nieobyczajne potrafiło się zmieniać także w obrębie tego samego kraju.

Zbliżmy się do naszego podwórka. Ustawa z dnia 18 marca 1921 r. O zwalczaniu przestępstw z chęci zysku, popełnionych przez urzędników mówiła w Artykule 2, że „Urzędnik, winny: przyjęcia podarunku lub innej korzyści majątkowej, bądź obietnicy takiego podarunku lub innej korzyści majątkowej, danych w zamiarze skłonienia go do pogwałcenia obowiązków urzędowych lub służbowych (…); [a także urzędnik winny] innego przestępstwa służbowego, popełnionego z chęci zysku i z pogwałceniem obowiązków urzędowych lub służbowych (…) z chęci zysku – będzie karany śmiercią przez rozstrzelanie.”

Znacznie łagodniej traktowano osobę wręczającą łapówkę. Czekało ją ciężkie więzienie od 4 do 15 lat. No, chyba że popełniła takie przestępstwo “zawodowo” – wówczas podobnie jak urzędnik trafiała przed pluton egzekucyjny. Czas mijał a prawo łagodniało. Dziś podobne wyroki byłyby nie do pomyślenia.

Zastanawiałem się nad taką sytuacją: jest sobie urząd, w którym urzędnicy pracują opieszale. Coś, co powinni załatwić w ciągu 14 dni, przeciąga się do kilku miesięcy. Może nawet nie z ich winy, a z nadmiaru zadań, lub niedoboru kadry. I przychodzi petent z kopertą, prosząc, aby jego sprawę rozpatrzono w normalnym trybie, w przewidzianym ustawowo terminie. Urzędnik się zgadza. Czy doszło do korupcji? W końcu rozpatrzył wniosek nie łamiąc przepisów, w ramach uprawnień służbowych, w prawidłowym czasie, nikogo – jak się zdaje – nie krzywdząc.

W ocenie powyższej sytuacji pomocne będzie przedstawienie definicji korupcji, co pozwoli przeanalizować, czy do niej doszło. Artykuł 2 cywilnoprawnej konwencji o korupcji sporządzonej w Strasburgu dnia 4 listopada 1999 r. stwierdza następująco:

Korupcją jest żądanie, proponowanie, wręczanie lub przyjmowanie, bezpośrednio lub pośrednio, łapówki lub jakiejkolwiek innej nienależnej korzyści lub jej obietnicy, które wypacza prawidłowe wykonywanie jakiegokolwiek obowiązku (…).

Wtrącę tylko, że w 2002 r. Polska też ratyfikowała tą konwencję. Sądzę, iż kluczowym jest nie tylko fakt, że urzędnik wziął ową kopertę, ale główne znaczenie ma to, co definicja określa nienależną korzyścią. Mimo bowiem, że urzędnik nie wypaczył swych obowiązków po względem prawnym, nie złamał przepisów, trzymał się terminów – to przyjął zapłatę, która mu się nie należała. A winien był załatwić sprawę w ramach swego comiesięcznego wynagrodzenia. Czy przynajmniej nikogo tym nie skrzywdził? Wpuszczając owego interesanta poza chronologiczną kolejnością wniosków zadziałał poniekąd na szkodę innych, czekających petentów, których sprawy odsunęły się w czasie jeszcze bardziej. Do tego przyniósł ujmę urzędowi, zawiódł szereg osób swoją postawą, nadwątlił ich zaufanie i dał zły przykład moralny. Hańba mu! I kara do 8 lat więzienia. A gdyby doszło do naruszenia prawa, to do 10 lat, zaś przy kopercie znacznej wartości – do lat 12. Ale przynajmniej nie dostanie kulki i zachowa kulki.

Jak pokazały wcześniejsze przykłady, korupcja – choć zawsze nieetyczna – plasowała się na różnym poziomie społecznej nagany i pociągała za sobą kary o różnej dotkliwości. W Polsce w ostatnich latach rokrocznie sądy skazywały za łapownictwo stu kilkudziesięciu urzędników (bywały lata, że blisko 200) – na ogół zapadały wyroki w „zawiasach”. Skoro kara może być zarówno bardzo surowa jak i łagodna, tudzież w zawieszeniu, czyli praktycznie żadna, to niechby kodeksy w ogóle jej nie przewidywały. Oznajmijmy wyraźnie, że przekupstwo jest czynem nieetycznym i pozostawmy sprawę indywidualnemu głosowi sumienia. Ostatecznie, jak przypuszczam, nawet dziś istnieją okoliczności łagodzące w przypadku korupcji; da się zatem czyn taki choć częściowo usprawiedliwić – czy jakąś wyższą koniecznością, czy brakiem lepszego wyjścia bądź innego wyboru. Może, jako kara wystarczy poczucie winy i wstydu, publiczne napiętnowanie, rodzaj infamii…

Na pewno odezwą się głosy, iż tak się nie godzi. Bo to podważa wiarę w uczciwość aparatu administracyjnego, w rzetelność urzędników, a w konsekwencji w sprawiedliwość samego państwa, które ma strzec porządku oraz dobra i równych praw obywateli. Pewnie jest w tym słuszność. Z drugiej strony mogłoby z korupcją być podobnie, jak np. ze zdradą małżeńską. Nikt takiego występku nie pochwala, aczkolwiek w niektórych przypadkach można go zrozumieć, wytłumaczyć. W innych z kolei pociąga on za sobą pewne konsekwencje prawne. W świadomości zaś osób wierzących jest dodatkowo grzechem, czyli wiąże się z pewną karą. Tymczasem korupcji nie ma ani wśród 10 Przykazań, ani na liście 7 grzechów głównych. Kto wie, może nie jest aż taka zła, może dopuszczalne jest przymknięcie nań drugiego oka.

Fakt, że korupcja nie dostąpiła miejsca w Dekalogu mógłby świadczyć o tym, że albo nie występowała wśród Izraelitów, albo nie była traktowana jako coś złego. Takie wnioskowanie okazuje się jednak mylne. Na kartach Biblii znajdują się liczne miejsca poświęcone tej przywarze. Tak, jak Sokrates odradzał myślenie, iż dary na bogów działają, tak i nawrócony król Jozafat pouczał sędziów: “Uważajcie więc, co czynicie, nie ma bowiem u Pana, Boga naszego, niesprawiedliwości, stronniczości i przekupstw.” W Mądrości Syracha także napisano: “Nie staraj się przekupić Go darem, bo nie będzie przyjęty”. Można tylko zadać sobie przy tej okazji pytanie, po co – jeśli bóstwa są nieprzekupne – w dalszym ciągu składano im ofiary. Syrach stara się to wyjaśniać (Syr 35), ale nie o tym teraz.

Wróćmy do spraw czysto ludzkich. W Psalmie 26 człek w poczuciu doznanej niesprawiedliwości zwraca się do Boga:

Nie dołączaj mej duszy do grzeszników
i życia mego do ludzi pragnących krwi,
w ich ręku zbrodnia,
a ich prawica pełna jest przekupstwa.
Ja zaś postępuję nienagannie (…)

W Księdze Koheleta czytamy: “Bo rzecz przywłaszczona może ogłupić mędrca, a przekupstwo czyni serce przewrotnym”. Z kolei pośród Mądrości Syracha (Syr 40,12) znajdujemy zapowiedź: “Każde przekupstwo i niesprawiedliwość zostaną starte, a uczciwość na wieki trwać będzie.” O przekupywaniu i jego próbach w różnych okolicznościach, łatwo znaleźć jeszcze kilkadziesiąt wzmianek, zawsze w negatywnym tonie. Świadczyć to może, iż łapownictwo uważano za grzeszne. I spodziewano się, iż w ten, czy inny sposób zostanie wyrugowane (za sprawą ludzkich starań, bądź boskiej interwencji). 

A może lepszym rozwiązaniem byłoby zalegalizowanie korupcji. Trochę niefortunnie to ująłem, toteż spieszę z wyjaśnieniem. Moglibyśmy w urzędzie – zależnie od własnej woli i majętności – załatwić konieczne sprawy w normalnym trybie, albo odpłatnie. Tak, jak w tej samej przychodni zdrowia, u tego samego lekarza możemy leczyć się prywatnie, lub z państwowego funduszu zdrowia. Kogo stać, leczy się szybciej i w lepszych warunkach. Czy obecnie ktoś to nad wyraz potępia? Niechby zatem urzędnicy też otwierali prywatne praktyki. Jasne, że prywatne gabinety lekarskie, czy kliniki nie zlikwidowały korupcji w służbie zdrowia, ale myślę, że ją zmniejszyły, dając wybór bogatszym. W urzędach wyboru za bardzo nie ma.

Czy wobec tego, na tym polu również nie sposób doprowadzić do triumfu sprawiedliwości. Czy owieczki muszą dać się strzyc? Może niestety jest jakaś racja w słowach Trazymacha z Chalcedonu, który widział zakorzenioną w człowieku chciwość i płynącą zeń skłonność do niesprawiedliwości. Ów sofista – o czym pisze Platon w „Państwie” – naskoczył na Sokratesa tymi słowy:

„Bo tobie się zdaje, że pasterze owiec i krów mają na oku dobro owiec i krów i tuczą je, i chodzą koło nich, mając na oku coś innego niż dobro swoich panów i własne, i tak samo ci, co rządzą w państwach, którzy naprawdę rządzą, myślisz, że jakoś inaczej się odnoszą do rządzonych niż jak do owiec i o czymś innym myślą nocą i dniem, jak nie o tym, skąd by wyciągnąć jak największą korzyść dla siebie. (…) ty nie wiesz, że sprawiedliwość i to, co sprawiedliwe, to jest w istocie swojej dobro cudze: dla mocniejszego i rządzącego — interes, a dla rządzonego i poddanego — szkoda. Niesprawiedliwość (…) panuje nad naiwnymi naprawdę „poczciwcami” i nad sprawiedliwymi. Rządzeni robią to, co leży w interesie rządzącego, bo on jest mocniejszy; słuchając go, przyczyniają się do jego szczęścia, a do własnego ani odrobiny. Trzeba przecież zobaczyć, arcynaiwny Sokratesie, że człowiek sprawiedliwy wszędzie ma mniej niż niesprawiedliwy. Najpierw w interesach, w spółkach. Gdziekolwiek się taki jeden z drugim zwiąże, to przy rozwiązaniu spółki nigdy nie znajdziesz, żeby sprawiedliwy miał z niej więcej niż niesprawiedliwy.
A następnie w stosunku do państwa, kiedy chodzi o podatki, to z jednakich dochodów sprawiedliwy wpłaca więcej, a niesprawiedliwy mniej. A jak można coś dostać, to ten nie dostaje nic, a tamten zyskuje grubo. A znowu jak jakiś publiczny urząd spełnia jeden i drugi, to dla sprawiedliwego jest kara — jeżeli już nie inna, to ta, że jego własne gospodarstwo schodzi przy tym na psy, bo on nie ma czasu dbać o nie, a z publicznego grosza takiemu nic nie przyjdzie, bo on jest sprawiedliwy, a oprócz tego jeszcze zaczynają go nienawidzić krewni i znajomi, kiedy im nie chce oddawać żadnych przysług wbrew sprawiedliwości. A u niesprawiedliwego wprost przeciwnie
.”

Kumie! Bratanku!

Krewni i znajomi czasem nie ułatwiają życia. O ile korupcję udaje się z mniejszym, lub większym powodzeniem wykazać i dzięki temu ukarać, o tyle w przypadku kumoterstwa i nepotyzmu sprawa nie jest tak prosta. Wszystko dlatego, że stanowiska i godności przyznawane są członkom rodziny (łac. nepos to bratanek, siostrzeniec), lub przyjaciołom i osobom przynależnym do tej samej grupy, z którymi „dawca” posady sympatyzuje. Przy tym najczęściej nie idzie to w parze z żadną korzyścią w rewanżu. No, „dawca” miewa poczucie satysfakcji, że wsparł kogoś bliskiego, albo umocnił pozycję swojej grupy. Jednakowoż konkretnych, a zwłaszcza wymiernych korzyści może wcale nie być.

Ani kumoterstwo, ani nepotyzm, (ani kupczenie urzędami, w kościele zwane symonią) nie są nowymi pojęciami. Opisują zjawiska tak stare, jak stare są wszelkie stanowiska, godności i urzędy. Nie jest to oczywiście żadne usprawiedliwienie; to że od dawna dzieją się rzeczy złe, nie oznacza, iż należy zaniechać ich zwalczania. Nadmieniłem o tym, bo taka jest ludzka natura i jej skłonności. To, co obserwujemy w naszych czasach może mieć inną skalę i inny stopień bezczelnej jawności, ale na gruncie zasad działania stanowi podobieństwo do poczynań poprzedników. I możemy się cofać w historii dowolnie daleko, a nawet założyć, iż w czasach przedhistorycznych też miało to miejsce.

Nadużycia i niesprawiedliwość mają mocną pozycję w świecie. Nawet Sokrates zauważył, iż więcej wokół nas dostrzegamy przejawów zła, niżeli dobra. Zdawał się jednak mieć sporo nadziei, iż możliwe jest przeciwstawienie się temu. Inaczej sądził wspomniany Trazymach, który w swej diagnozie społeczeństwa upierał się, iż to niesprawiedliwość bierze górę, przynosi proporcjonalny do siebie zysk i gwarantuje szczęście. Tak prawił do Sokratesa:

„A najłatwiej się o tym przekonasz, jeżeli weźmiesz pod rozwagę niesprawiedliwość najdoskonalszą; ta czyni najszczęśliwszym człowieka, który się dopuścił niesprawiedliwości, a skrzywdzonych i tych, którzy się krzywd dopuszczać nie chcą, skazuje na nędzę ostatnią. To jest dyktatura. Ona po niemałym kawałku cudze dobro zagrabia, i po cichu, i gwałtem, i święcone, i niepoświęcone, prywatne czy publiczne — wszystko razem.”

Z jednej strony to wstyd, że po wiekach doświadczeń i nabierania rozumu, człowiekowi wciąż daleko do doskonałości. Z drugiej strony, niektóre mechanizmy zachowań wydają się zrozumiałe. Gdy z grupy dzieci mających grać w piłkę wyłoni się dwóch kapitanów, każdy z pozostałej gromady wybiera sobie zawodników do swojej drużyny. Nikogo nie dziwi, z jakiego klucza odbywa się ów wybór. Kapitan chce wygrać, więc bierze najlepszych, ale też przyjaciół i bliższych kolegów. Wybór podyktowany jest pragnieniem zwycięstwa, czyli jakimś zyskiem, ale taka motywacja nie wpisuje się w definicję korupcji. Inaczej byłoby, gdyby zawodnik, bądź ktoś w jego imieniu, obiecał lub dał coś kapitanowi za wybór do składu drużyny (istnieją takie pojęcia, jak korupcja sportowa, sprzedajność i przekupstwo sportowe oraz płatna protekcja sportowa).

Przyjmijmy jednak, że do niczego takiego na podwórku nie doszło. Potrafię w związku z tym zrozumieć, że szef jakiegoś resortu, zwierzchnik w urzędzie, lub ktoś piastujący kierownicze stanowisko w jakiejś spółce, woli otaczać się osobami, które zna, którym ufa, z którymi podziela poglądy i wizję na lepszą przyszłość. Bo wie, że z takimi ludźmi będzie mu łatwiej współpracować, niż z oponentami, czy kimś wrogim. Sam też wolałbym pracować z osobami, które lubię, cenię, które są mi życzliwe, które nie będą utrudniać poczynań, lub torpedować moich zamiarów. Ale nie potrafię usprawiedliwić sytuacji, gdy przyznanie stanowiska wiąże się z łapówką, bo w takim wypadku zyskuje zwierzchnik, ale niekoniecznie firma, załoga, czy drużyna.

Uważam, że problem nie do końca leży w samym zjawisku nomenklatury i przydzielania stanowisk poplecznikom. Problem głównie leży w ich kompetencjach. Gdyby ci ludzie świetnie sprawowali swe funkcje, bez nadużyć, korupcji, zaniedbań… po prostu bez zarzutu – to pewnie nie mielibyśmy takich obiekcji wobec sposobu ich wyboru. Pewnie dla wielu brzmi to dość kontrowersyjnie, gdyż razi nas, kiedy podczas rekrutacji ktoś odpadnie, bo nie jest dzieckiem starych znajomych szefa. Ale przecież na co dzień dokonujemy podobnych wyborów, w których faworyzujemy osoby nam bliższe.

Jasne, że na stanowiskach publicznych oczekujemy w tym względzie bezstronności, sprawiedliwości i nominacji według klucza kompetencji, uczciwości i pracowitości. Bądźmy jednak realistami – za tym zawsze stoją ludzie, ze swymi ułomnościami, stereotypami, uprzedzeniami i preferencjami. Trzeba się z tym pogodzić (a może jednak nie?). Jak długo człowiek nie zmieni się, nie poprawi, jako istota – tak długo urzędnik, dyrektor, czy kapitan podwórkowej drużyny będą kierować się upodobaniami.

 Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 13 stycznia o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: daj, byś otrzymał. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i przekupić nas do swego stanowiska.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLIV – czyli tęsknota za beztęsknotą

Pandemia odsłoniła przed wieloma osobami ich tęsknoty; zarówno te głęboko ukryte, jak i te tuż pod powierzchnią skóry, inne zaś, dobrze znane uwydatniła w intensywniejszej postaci. Również członkowie Pogadalni tęsknią za sobą, za żywym kontaktem… Wiele wskazuje na to, iż wytrwałość zostanie wkrótce nagrodzona. W najbliższy pierwszy wtorek miesiąca spotkamy się w formule filozoficznej kawiarenki. O nowym miejscu wspomnę poniżej.

***

Ludzie z tęsknotami mają problem. To zdanie można rozważać na dwa sposoby: po pierwsze ludzie mają problem ze swymi tęsknotami, po drugie ludzie przez tęsknoty mają problem. Skąd się bierze tęsknota? Z braku. Z niedostępności przedmiotu swych tęsknych westchnień. Tęsknota jest pouczająca: uświadamia na czym nam zależy, ćwiczy cnotę cierpliwości (jeśli jest szansa powrotu do obiektu westchnień), każe oswajać poczucie straty (jeśli ów obiekt jest trwale poza zasięgiem). Jednym odbiera siły i radość życia, innych uzbraja w nadzieję i popycha do działania. Bywa również inspirująca, czego przykładem są liczne dzieła sztuki, jakich świat by nie oglądał, gdyby ich autorzy za czymś nie tęsknili. No, i o ileż uboższe byłoby bajanie Homera, gdyby Odys nie tęsknił za domem. Generalnie jednak, jest to uczucie przykre, destrukcyjne i budzące frustrację.

Tęsknota często kreuje mylne wyobrażenia o wytęsknionym przedmiocie, idące w stronę idealizacji i upiększania. A potem, jeśli dane będzie komuś wrócić do tego, za czym tęsknił, często spotyka go rozczarowanie, pt. „inaczej to pamiętałem”. Wszystko dlatego, że tęsknota rozgrywa się w naszej wyobraźni. Towarzyszą jej obrazy upiększonych wspomnień oraz scen przedstawiających, jak wyglądałby powrót. Jedno i drugie jest do pewnego stopnia złudzeniem, lecz nawet gdy to sobie uświadomić, w niczym nie przynosi to psychicznej ulgi. Rozwiązaniem mogłaby być postawa stoicka, czyli studzenie emocji, opanowanie uczuć. Wiadomo, nie da się ich okiełznać siłą woli, czy mocą rozumu – są niezależne od nas, ale chodzi o to, by nie zawładnęły nami i naszymi decyzjami. Zatem z jednej strony wspomnienie czegoś niedostępnego, owiane miłymi skojarzeniami, z drugiej powściągliwość i dystans wobec nieracjonalnych podszeptów naszej uczuciowej sfery. Proste… a jakże trudne zarazem.

***

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, można dojść do wniosku, że winę za nasze cierpienia ponosi wcześniejsze przywiązanie do kogoś, lub czegoś, nie zaś tęsknota, która jest wtórna. Co z tym począć? Czytaj dalej

4/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Dlaczego cynizm jeży nam włosy na głowie?

Ciągle gdzieś tam o TYM wspominam, robię wtręty i zaznaczam, że COŚ tam jeszcze mam. Czas rzucić myśl otwarcie. Chodzi o pewną moją poboczną hipotezę dotyczącą źródeł naszej fascynacji psychopatami, takimi jak dr House MD, Dexter, Machiavelli, Robespierre czy dr Hannibal Lecter. Oto moja ryzykowna odpowiedź na pytanie: Co nas pociąga w psychopatach?

Dopiero co wyszła z druku moja książka o cynizmie. Na pomysł zajmowania się cynizmem wpadłem, prowadząc zajęcia z filozofii na Pedagogice. Był to rok 2013. Miałem dziwny start semestru zimowego. Na każdych zajęciach zaczynałem on monologu pt. Ja was tu tylko omamiam jakąś bezsensowną paplaniną o filozofii. Wszystko to ściema i pierdzielenie od rzeczy dla naiwniaków. Potem kiedy zaczynała się dyskusja i jakaś studentka wspomniała o szczęściu albo sensie życia, odparowywałem uwagami w rodzaju: „Szczęście jest dla ludzi słabych, którzy nie czują się na siłach stawić czoła prawdziwym wyzwaniom!” albo: „Sensu życia szukają tylko rozmemłani mazgaje, którzy sami nie potrafią robić nic sensownego”. Ku mojemu zaskoczeniu wywoływało to bardzo zażarte dyskusje, a zajęcia prowadziły się same. Przestałem mieć myśli samobójcze po 30 minutach i przestałem gasić światło, żeby uwolnić się od widoku żaczych facjat. Coś zadziałało. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVII – czyli głupi to ma szczęście

Stali bywalcy, jak też część niestałych, kojarzą pierwszy poniedziałek miesiąca z Pogadalnią w konwencji filozoficznej kawiarenki. W najbliższy poniedziałek nie spotka ich zaskoczenie. Detale na końcu tegoż wpisu. Zaś wpis tym razem krótki, żeby nikt sobie nie pomyślał, iż o głupocie mam wiele do powiedzenia. Choć i o szczęściu zbyt wiele nie mam.

Wprawdzie Sokrates oficjalnie sugerował, że drogę ku szczęściu wskazać może sumienie…

Wielu ludzi przez całe życie poszukuje właściwej drogi do szczęścia i nie starcza im żywota, aby ją odnaleźć. Wszak lepiej by zrobili, gdyby od razu poszli i zapytali się własnego sumienia, dokąd dalej powinni podążać.

… jednak podejrzewam, że to tylko mydlenie oczu. Prawdziwą drogę – no, powiedzmy ścieżynę – dostrzegał gdzie indziej. I przy każdej okazji utrudniał innym podążanie po niej. Jak wiemy, Sokrates upierał się przy tym, że nic nie wie. Sądzę, iż zaklinał w ten sposób rzeczywistość, aby zbliżyć się do osiągnięcia szczęścia. Czytaj dalej

4.67/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta dość umiarkowanie

[show_avatar email=10 align=left avatar_size=40]

Dante, wędrując przez czeluście piekieł, w pewnym momencie trafił na taki obraz:

Widziałem inne męki i męczonych.
Był to krąg trzeci, krąg deszczów ulewnych,
Deszcz jak z upustów spadał otworzonych
Ciężki i chłodny; śnieg zmieszany z gradem

W ciemnym powietrzu szumiał wodospadem,
Ziemia deszcz chłonąc, oddychała czadem.
Cerber tam szczekał swą paszczą troistą
Na duchy, które w ziemię ugrzęzły bagnistą,

A oczy jego świeciły czerwono;
Wełna nań czarna, sam szerokobrzuchy,
Łapy niejedną uzbrojone szponą,
Nimi darł w pasy potępione duchy.

Jak psy pod deszczem potępieńcy wyją,
Zmokłą za siebie obracając szyją,
Kręcą się ciągle w tę i ową stronę,
Tworząc nawzajem z swych boków zasłonę.

Alfonso d’Aragona tak przedstawił trzeci krąg piekielny

             Wszystko to miało miejsce w trzecim kręgu piekła. Spotkany tam niejaki Ciacco (po naszemu Wieprzek) tak tłumaczył Dantemu powód swojej w tym miejscu obecności:

Za chuć obżarstwa niską i nikczemną,
Jak widzisz, leje wieczny deszcz nade mną.
Tu ja niejeden, wszystkie cierpią dusze
Za grzech ten samy też same katusze.

Czytaj dalej 4.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXII, czyli ile znaczy zwycięstwo moralne

Znowu zbliża się spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki; jak to zwykle w pierwszy poniedziałek miesiąca. Pozwolę sobie zdradzić, czym zajmiemy szare komórki.

Jeśli ktoś poświęci się dla szczytnego celu, w imię wielkich wartości, ale jednakowoż w niczym nie pomoże, niczego nie wskóra, nie zmieni… Czy to ma sens? A z drugiej strony, czy brak spodziewanych, bądź oczekiwanych efektów tego sensu pozbawia? Czy sam akt, samo działanie posiada sens i wartość, zanim jeszcze przyniesie efekty?

“Oblężenie Sparty” prowadzone przez króla Pyrrusa. Odmalował, jak umiał: Baptiste Topino-Lebrun

Motyw a czyn

Nie jest specyfiką dzisiejszych czasów, że ludzi zwykło się oceniać przez pryzmat wartości ich czynów. Jeśli czyn jest chwalebny, to i człowiek zyskuje uznanie. I na odwrót. Jednak nieraz odnoszę wrażenie, iż mówiąc o ocenie czynu, częściej myśli się o skutkach. Nie ładnie jest kraść, bez względu na to, czy kradzież się uda. Ale nie tyle sama czynność jest karygodna, choć też, ile to, do czego prowadzi – czyli pozbawienie kogoś jego własności. Ładnie jest działać charytatywnie, ale przy ocenie istotniejszy jest fakt udzielenia konkretnej pomocy, niż to, jakie wiodły ku temu wysiłki (chociaż te również się docenia). Jeśli ktoś pojedzie kopać studnie do Afryki i wykona sto odwiertów, ale w żadnym nie będzie wody, to nie dostanie nagrody za sam trud. Nagrodzone za to będą wysiłki kogoś, kto wykopie pięć studni, ale z powodzeniem. Co ciekawe, nierzadko na drugi plan schodzą intencje dobroczyńcy, jego prawdziwe myśli i faktyczne podejście do tego, czego dokonał. Czy zrobił to z altruizmu, czy też dla poklasku, ma tu mniejsze znaczenie wobec rzeczywistego wparcia potrzebujących. Czytaj dalej

4.6/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XVII – czyli samoniepoznawalność

Właściwie minęły już wakacje (wszelkie), toteż wracamy do spotkań w Pogadalni. Ponieważ najbliższe wypada w pierwszy poniedziałek miesiąca, więc odbędzie się w formule filozoficznej kawiarenki.

Poniektórzy ludzie – tak, tak, zdarzają się tacy – przynajmniej raz za swego żywota zadają sobie pytanie: kim jestem. Oczywiście, nie kim ja, autor tego tekstu, jestem. Po prostu kim jest każdy z nich. I nierzadko udzielają sobie jakiejś odpowiedzi (o, szczęśliwcy, farciarze, o! wybrańcy losu!). Nie ma co spekulować, ilu ich jest – niechby nawet 99%. Ciekawsze wydaje mi się, ilu znajduje prawdziwą odpowiedź, ba! czy w ogóle mają na to szansę.

Wszystko bowiem, co możemy o sobie powiedzieć, powiemy wykorzystując pewien dostępny nam (acz ograniczony) zasób słów, sformułowań, nazwań, epitetów i porównań. Inaczej mówiąc, opiszemy siebie tylko takimi określeniami, jakie znamy, jakimi akurat dysponujemy. Wydawać by się mogło, że im bogatszy zasób terminów posiadamy, a przy tym precyzyjniej potrafimy ich użyć, tym (prawdopodobnie) bliżej prawdy o sobie będziemy. Czy jednak ktoś prosty, o ubogim słownictwie, nie jest w stanie powiedzieć, kim jest?

Co zrobić, gdy możliwość samopoznania staje pod znakiem zapytania? Może jeśli powiem, albo pomyślę o sobie wszystko, co potrafię, to powinienem przyjąć, że to wyczerpuje temat. I tu jestem w kropce. Bo wiedząc o swych ograniczeniach, mam świadomość, że to nie jest cała wiedza o mnie. Bo najpewniej ktoś mógłby coś jeszcze dodać. No właśnie.

Bardziej zdesperowani i nieukontentowani w dążeniu do odszyfrowania siebie niekiedy wykorzystują to, co mówią o nich inni ludzie. Cudza wiedza bywa uzupełnieniem własnej, a czasem (niestety) podstawą sądów o sobie. Nie można mieć jednak żadnej pewności, co do poprawności cudzych opinii. Nawet tych, które pochodzą od specjalistów, z którymi przeszło się wieloletni cykl wybebeszających sesji na kozetce. Czy zatem wezwanie Sokratesa: poznaj samego siebie, leży w granicach ludzkich możliwości? I czy w zadowalającym stopniu można odpowiedzieć, kim się jest?

Pozytywka kadrZapraszamy 2 października o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: samoniepoznawalność.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać i pomyśleć, czy w samopoznaniu stać Cię na więcej, niż supozycje. Bo nie wystarczy, iż tak jakoś intuicyjnie wiemy, że my, to my. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

3.86/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Rubikon czterdziestaka, albo pokrętna pochwała Ojczyzny

[show_avatar email=14 align=left avatar_size=40]

Dla Zdzicha, Heńka i innych bezimiennych ofiar własnych domów.

W okolicach czterdziestaka każdy facet chce wrócić do domu. Miało być fajniej, wygodniej — miało być bardziej. A jest słabo: ciało odmawia posłuszeństwa, wady charakteru nie zanikają, ale wręcz przeciwnie, stają się coraz bardziej widoczne. Żona ciśnie, dziecko ciśnie, robota ciśnie, bank ciśnie. A miało być tak fajnie… No i co teraz? Przez zaciśnięte z przyzwyczajenia zęby dobywa się z głębi nieświadomości pisk: “Chcę do mamy…” Nie chodzi o matkę konkretną. Raczej symbol, albo raczej wyobrażenie ciepła, bezpieczeństwa, spokoju.

https://i0.wp.com/cdn-images-1.medium.com/max/1000/1*SkQZxK7VW5hmuNGe4hSMlg.png?w=625&ssl=1  W ramionach ojczyzny 

No i zaczynają się mnożyć błędy życiowe. Jedni szukają młodszej kobity po to, żeby móc odbyć idiotyczny powrót do przeszłości, kiedy to wszyscy byliśmy piękni i młodzi. Inni wracają w rodzinne strony tylko po to, żeby doświadczyć na własnej skórze tego, że racje miał stary Heraklit, kiedy mówił nie można wejść dwukrotnie do tej samej rzeki. To już nie ta rzeka, nie ta dolina, nie ten las, nie ci ludzie, nie to miejsce.

https://i0.wp.com/cdn-images-1.medium.com/max/600/1*PR1NWg7IOtfM7p2Ex2wC4w.png?resize=300%2C234&ssl=1Jeszcze inni zaczynają się kręcić wokół budowy albo zakupu własnego domu. Nie po to, żeby mieć dom, bo po co komu stacjonarna niszczarka do pieniędzy, ale po to, żeby zrealizować archetyp, wypowiedzieć symbol/zaklęcie. Dom mężczyzny w okolicach czterdziestki to symbol tego, co minęło i nie powróci, to próba przerzucenia kładki ponad przepaścią czasu. Wielu przypłaca tę próbę utratą zdrowia, albo i życia, bo jak wiadomo od wieków: “Dom do dachu, mąż do piachu”.

18-nastka sprzed 22 lat 

Ale po co to wszystko? Ano jest powód, dla którego ta żałosna próba odszukania straconego czasu stwarza pozory sensowności. Otóż nas czterdziestolatków łączy z tamtym brzegiem coś więcej niż tylko wspomnienia. Na tamtym brzegu wszystko było pierwsze i, jako takie właśnie, niepowtarzalne. Pierwszy pocałunek z języczkiem, pierwszy papieros, pierwsza muzyka, pierwsze przyjaźnie. PIERWSZE I OSTATNIE przyjaźnie, bo nie zawiera się już żadnych przyjaźni po dwudziestym roku życia i nawet jeżeli przyjaciół z tamtego brzegu brak, to nie sposób ich w żaden sposób zastąpić. Nie dlatego, żeby byli oni tymi “wspaniałymi ludźmi” o których śpiewał Riedel (ci, o których śpiewał byli przecież grupą, być może przesympatycznych, ale jednak narkomanów), ale dlatego, że łączy nas z nimi kotwica pierwszego razu. Z nimi z nimi po raz pierwszy oglądaliśmy światło ostrego słońca i syciliśmy się życiem.

Nawet stary cynik Lukian w okolicach czterdziestki wrócił do rodzinnej Syrii i napisał zupełnie anty-cyniczną Pochwałę miasta ojczystego. I nie ma w niej nawet najmniejszych śladów ironii, którą ten prototyp wszystkich neurotyków dodawał nawet codziennego “Dzień dobry”. Sami się przekonajcie: Czytaj dalej

3.88/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Kogo boi się Diabeł?

[show_avatar email=1 align=left avatar_size=40] Są takie fragmenty u Platona, które poruszają we mnie jakieś struny emocjonalne gdzieś głęboko w środku. Myślę sobie wtedy, że Platon po to właśnie pisał dialogi, żeby tymi sznurkami metafizycznymi nas szarpać. W dialogu Menon, gdzie dowodzi, że dzielności nie można nauczyć, pod koniec, pojawia się Anytos. Wiemy, że to gość całkowicie odporny na urok osobisty i retoryczne talenty Sokratesa, ktoś kto prawdopodobnie już wtedy zdecydował, że swoją metodą “rozwiąże problem Sokratejski”. Anytos nie chce rozmowy z Sokratesem. On już osądził, jednak to Sokratesowi zarzuca, że zbyt pochopnie ocenia ludzi… Anytos pozostaje w świecie cieni, tzn. we władzy silnego afektu, który napędza jego projekcje. Ostatni fragment nie pozostawia złudzeń, co do „psychologicznej” interpretacji tego fragmentu przez Platona:

… nie ma pośród wybitnych polityków żadnego, który by i kogoś drugiego potrafił zrobić dobrym politykiem. Gdyby taki był, to po prostu tak by się o nim mówiło pośród żywych, jak Homer o Terezjaszu mówi pośród umarłych, kiedy powiada o nim, że sam jeden tylko jest przytomny, a cienie skaczą tu i tam. Tak samo by on ze swą dzielnością odbijał jak rzeczywisty przedmiot w porównaniu do cieni.

Terezjasz jest wróżbitą, który uzyskał moc wieszczenia niedostępną dla zwykłych śmiertelników, gdyż został przez bogów na siedem lat zamieniony w kobietę, co pozwoliło mu zrozumieć zarówno męskie jak i kobiece pierwiastki swojej natury. Anytos jest jego przeciwieństwem, owładnięty dziką namiętnością, choć wydaje mu się, że działa racjonalnie, nie dostrzega emocjonalnych źródeł swojego działania i projektuje własny „cień” na wrogów. Brak mu kontaktu z własnym centrum, z duszą, którą Jung nazywał Animą. Samopoznanie do którego zachęca wyrocznia Delficka, polega między innymi na konfrontowaniu się z nieświadomym pierwiastkiem kobiecym, który pozostając w cieniu może być źródłem destrukcyjnych namiętności, a uświadomiony ożywia i otwiera umysł na prawdziwą rozmowę. To z tego powodu Sokrates, który (dzięki Diotymie? A może Ksantypie?) uzyskał wgląd w naturę własnej duszy, podobnie jak mityczny Terezjasz, jest jedynym przytomnym pośród „skaczących cieni”.

Ale co to w ogóle jest kobiecość? Alice von Hildebrand, współczesna filozofka, podobnie jak Platon, dostrzega w kobiecości splot uczuciowości i mocy mistycznych:

Kiedy czyta się żywoty św. Teresy z Avilla czy św. Tereski z Lisieux, zaskoczeniem może być fakt, że one ciągle odnoszą się do swojej „słabości”. Historie tych heroicznych kobiet — a jest ich wiele — uczą nas, że świadomość i akceptacja własnej słabości, w połączeniu z bezgraniczną ufnością w miłość i moc Bożą, udziela tym uprzywilejowanym duszom siły, która jest tak wielka, ponieważ jest nadprzyrodzona. Naturalna siła nie może konkurować z siłą nadprzyrodzoną. Dlatego Najświętsza Maryja jest „silna jak wojsko gotowe do bitwy”. I nazywana jest „clemens, pia, dulcis Virgo Maria”. Ta nadprzyrodzona siła wyjaśnia — jak wspomniano w Roku liturgicznym Dom Prospera Gueranger’a — że Diabeł boi się tej skromnej dziewicy bardziej niż Boga, ponieważ jej nadprzyrodzona siła która miażdży jego głowę jest dla niego bardziej upokarzająca niż siła Boża.

3.67/5 (9)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Co to jest coaching filozoficzny?

Dwa sposoby uprawiania filozofii.

[show_avatar email=1 align=left avatar_size=40] W epoce starożytnej zarysowują się dwa typy uprawiania filozofii, naukowo-teoretyczny i „coachingowy”. Arystoteles jest prototypem dzisiejszego profesora uniwersyteckiego, pracownika naukowego, który współtworzy system wiedzy „nadającej się do nauczania” (czytaj: „wykładania”). Sokrates z kolei, jest modelowym przykładem starożytnego „coacha” i przewodnika duchowego, którego celem nie jest gromadzenie i przekazywanie wiedzy, lecz uaktywnianie wewnętrznych zasobów rozmówcy. Sokrates jest lekarzem duszy, a nie wykładowcą, mistrzem duchowym bardziej niż naukowcem. Wszyscy niemal twórcy szkół filozoficznych starożytności są w mniejszym lub większym stopniu zainspirowani postacią Sokratesa, jego osobistą charyzmą i mistrzowskim posługiwaniem się metodą „rozmowy coachingowej”. Jej celem nie jest nauczanie, lecz przemiana myślenia (metanoia), prowadząca do lepszego życia. Taki jest cel filozofii od Antystenesa, Arystypa, Zenona, Epikura, Epikteta ale też Pirrona, Justyna, Klemensa Aleksandryjskiego czy Augustyna.

Coachingowy typ filozofowania, po swoim rozkwicie w okresie hellenistycznym stopniowo zanikał w filozofii Zachodu, ustępując miejsca modelowi naukowo-teoretycznemu. W średniowieczu po okresie dominacji Platońskiego stylu filozofowania, bliskiego ascetycznej duchowości chrześcijańskiej ukształtował się, nawiązujący do Arystotelesa, szkolny model uprawiania filozofii. Zarysował się też coraz wyraźniejszy podział kompetencji pomiędzy filozofię (obejmującą w średniowieczu również nauki szczegółowe – artes liberales) oraz teologię. Działalność duchowo-psychologiczna była prowadzona w ramach chrześcijańskich praktyk religijnych. Filozofia jako narzędzie pracy coachingowej zniknęła w zasadzie z kultury europejskiej. Jednocześnie, zyskujące coraz silniejszą pozycję dyscypliny szczegółowe marginalizowały filozofię, która stopniowo zawężała swój zakres. Jej niekwestionowanym bastionem był obszar zagadnień należących do Arystotelesowskiej filozofii pierwszej. Jednak pod koniec osiemnastego stulecia stało się jasne, że pojęcie naukowości ukształtowane w wyniku postępu nauk szczegółowych nie daje się zastosować wobec tak rozumianej filozofii. O tym, że stała się ona przedmiotem „problematycznym”, świadczy fakt, że wielu filozofów poczuwa się do obowiązku uzasadniania swojej obecności w systemie szkolnictwa wyższego. Filozofia przestała być „niewolnicą teologii” ale jej obecny związek z naukami szczegółowymi też nie jest relacją zdrowego partnerstwa…I to nie filozofia jest w tym związku „dominatorem”. Kiedy na początku ubiegłego stulecia od filozofii oddzieliła się psychologia, przypieczętowało to los filozofii jako dyscypliny bezsilnej, zagubionej i oderwanej od jakichkolwiek realnych zastosowań. Niektórzy filozofowie zostają gwiazdami tygodnia, ale „scholastyczny” model filozofii pozostał dominującym sposobem jej uprawiania na zachodnich uniwersytetach. Coaching filozoficzny to próba odwrócenia tej tendencji.

  3.75/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2