Archiwa tagu: sprawiedliwość

O wojnie moralnie dopuszczalnej – raz jeszcze

W połowie maja światło dzienne ujrzała encyklika „Magnifica humanitas”, w której papież Leon XIV odświeża stanowisko Kościoła w wielu bieżących sprawach.

W ostatnim, V rozdziale porusza między innymi kwestię wojny i – co ciekawe – podkreśla, że należy odejść od teorii „wojny sprawiedliwej„. Jest to pojęcie nadużywane do usprawiedliwiania wszelkiej wojny, a powinno dotyczyć wyłącznie „prawa do uprawnionej obrony, rozumianej w sensie najściślejszym„.

Papież wskazuje też zagrożenia wynikające z używania w konfliktach sztucznej inteligencji, gdyż „Nie istnieje żaden algorytm, który mógłby uczynić wojnę moralnie dopuszczalną”.

Odżegnuje się także od idei „świętej wojny” i stawia na dialog – również między religiami, bowiem „Kto posługuje się imieniem Boga, aby usprawiedliwiać terroryzm, przemoc albo wojnę, ten zdradza Jego oblicze: walczyć w imię religii znaczy w rzeczywistości uderzać w samą religię”. Papież uważa, że możliwe jest czerpanie z tradycji duchowych, w których „nie ma miejsca na sakralizowaną nienawiść„.

Na temat „wojny sprawiedliwej” oraz religijnej napisałem esej, opublikowany równo dwa lata temu. Myślę, że ta rocznica 😉 oraz świeża encyklika to dobry pretekst, aby wrócić do tego zagadnienia na najbliższym spotkaniu Pogadalni. Zobaczmy się we czwartek 11 czerwca o 18.00 w restauracji Gryfne Gary (Domek Lodowy) i pogadajmy pokojowo o wojnie. A mój tekst przybliżający treść dyskusji można przeczytać we wpisie: https://pogadalnia.pl/2024/06/04/coffeelosophy-lix-czyli-pocalunek-sprawiedliwosci-i-pokoju/

Coffeelosophy LXV – czyli zemsta moralności

Dlaczego takie pojęcia jak lincz, samosąd czy wendeta budzą w nas negatywne odczucia, choć wywodzą się z logiki wymierzania sprawiedliwości? Wywołują skojarzenia z prymitywną furią tłumu, bezprawną samowolą i krwawym okrucieństwem. A z drugiej strony, mamy upodobanie do literackich bądź filmowych bohaterów, którzy wedle własnego uznania dokonują odwetu.

Etyka pomaga określić, co jest moralnie dobre, a co złe. Lecz na tym rzecz się nie kończy. Bo dobro postanowiliśmy promować i nagradzać, zaś zło piętnować i karać. Skąd się to wzięło? Już w pierwotnych społecznościach poczucie krzywdy i niesprawiedliwości budziło sprzeciw, często gniew i finalnie chęć odwetu. Zemsta była pierwotnym sposobem zaprowadzania ładu – prototypem wymiaru sprawiedliwości. Ta skłonność i zdolność do odwetu wydaje się starsza niż refleksja i świadomość etyczna a na pewno niż uporządkowane systemy prawne. Można zatem powiedzieć, iż u podstaw zemsty leży najgłębiej zakorzenione poczucie moralności, które wtedy jeszcze nie posiadało takiej nazwy.

Zemsta działała odstraszająco, jako sygnał, że wyrządzenie krzywdy nie ujdzie bezkarnie. Tak rodził się porządek społeczny, tak regulowano sytuacje konfliktowe. Zemsta miała ważną funkcję; sięganie po zemstę pozwalało chronić stan posiadania, utrzymać status i pozycję w grupie, a nawet poczucie własnej siły i indywidualnej wartości, gdyż w pewnym momencie zaczęto łączyć ją z honorem. Była reakcją na naruszenie godności.

Minęły wieki, aż Sokrates i Platon stwierdzili, iż nie godzi się odpłacać złem za zło. Bo wyrządzanie go nawet w słusznej sprawie szkodzi duszy, pomnaża krzywdy zamiast je eliminować. Już pośród mądrości starożytnej Asyrii albo Babilonii znajdujemy słowa: Złoczyńcy odpłać dobrem, wrogowi okaż sprawiedliwość. Ale wyidealizowane sformułowania to jedno, a praktyka codziennego życia to co innego; kodeks moralny potępiał zemstę, a społeczne zwyczaje nadal ją dopuszczały. Czytaj dalej

Coffeelosophy LIX – czyli pocałunek sprawiedliwości i pokoju

Czy wojna może być sprawiedliwa? Filozofowie od wieków próbują połączyć to, co wydaje się nie do pogodzenia – miecz i sumienie. Ale czy sprawiedliwość może naprawdę ucałować wojnę, nie tracąc twarzy?

Zaskoczyła mnie definicja wojny sprawiedliwej; okazuje się, iż jest to… koncepcja filozoficzna. Koncepcja, z grubsza biorąc, uznająca, że niektóre z wojen są słuszne i moralnie usprawiedliwione. Pisał o nich już Cyceron, kilka wieków później temat ów poruszył św. Augustyn, swoje dorzucił również św. Tomasz i inni myśliciele. W niebagatelny sposób przedstawił tą kwestię nasz rodak, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, kapłan, prawnik i przeciwnik Krzyżaków – Paweł Włodkowic, który przy okazji poddał krytyce tzw. świętą wojnę.

Od Cycerona do Włodkowica

Na przestrzeni stuleci uściślano warunki, jakie musi spełniać akt zbrojny, żeby zasługiwał na miano sprawiedliwego i tym samym moralnego. Cyceron podkreślał, że musi chodzić o odparcie inwazji, odwet za grabieże lub złamanie traktatu przez przeciwnika. Augustyn z Hippony twierdził, że Bóg nie bez powodu dał państwom miecz, gdyż dał go do obrony. Za sprawiedliwe uważał wojny, które mszczą niesprawiedliwość, dążą do uzyskania pokoju i zwyciężenia zła, (co oznaczało możliwość nie tylko wojny obronnej ale i ofensywnej, gdyż bierność jest większym grzechem); traktował też jako uzasadnione wojny prowadzone z nakazu Boga – co zyskało miano tzw. świętej wojny. Tomaszowi z Akwinu do uznania wojny za sprawiedliwą wystarczały trzy przesłanki: by powód wojny był sprawiedliwy, by wojnę wypowiedziała prawowita władza, a prowadzeniu walki towarzyszyły uczciwe intencje.

Alegoryczny pocałunek sprawiedliwości i pokoju [autor nieznany].

Nasz Paweł Włodkowic, opierając się na pismach różnych myślicieli, w tym wyżej wymienionych, sformułował własny zestaw kryteriów Bellum iustum. Po pierwsze, duchowni nie powinni przelewać krwi, a jedynie osoby świeckie, tym samym Zakon Krzyżacki nie mógł usprawiedliwiać krwawego misjonarstwa. Po wtóre, wojną sprawiedliwą może być tylko toczona w obronie ojczyzny lub dla odzyskania bezprawnie utraconej własności. Następnie, wojna taka może być prowadzona wyłącznie z upoważnienia monarchy ewentualnie Kościoła, gdy chodzi o wojnę za wiarę. Podstawowym celem ma być osiągnięcie pokoju. Na miano sprawiedliwej nie zasługuje wojna z nienawiści, żądzy zemsty, czy chciwości. Przeciwnie, batalia powinna być toczona w duchu miłości, sprawiedliwości i posłuszeństwa. Aha, z przerwą w dni świąteczne, co np. dla Akwinaty nie było ważne.

Dziś akcentuje się, że musi to być wojna obronna w odpowiedzi na bezprawną agresję, mająca szanse na wygranie, niewymierzona w cywilów i sięgająca po przemoc tylko w uzasadnionej sytuacji. Dochodzą jednak jeszcze zobowiązania sojusznicze i związane z nimi wsparcie militarnie. Wówczas też jest to słuszne i sprawiedliwe, gdy jakieś państwo angażuje się w konflikt, chociaż samo nie jest bezpośrednio nim dotknięte.

Przymiotnik w służbie wojny

Odnoszę wrażenie, że przymiotnik „sprawiedliwa” doklejono do słowa „wojna”, aby opromienić okrucieństwo szlachetnym blaskiem sprawiedliwości. Czyż to nie nadużycie?  Dlatego wolałbym poprzestać na określeniu takiej wojny, jako słusznej, ewentualnie nazywać ją uzasadnioną albo konieczną. Nie podoba mi się takie nobilitowanie, podobnie jak chyba nikomu nie przypadłby do gustu eufemizm typu: śliczna wojenka. Jest w tym jakiś pojęciowy zgrzyt, brak spójności brzmienia i znaczenia, do tego jakaś etyczna sprzeczność.

Ktoś powie, że to tylko kwestia semantyki i nie ważne, jakiego określenia użyjemy, jeśli będziemy pod nim rozumieć to samo, czyli moralnie usprawiedliwione toczenie walk. Może faktycznie to zaledwie rzecz doboru słów, a może jednak słowa „sprawiedliwość” nie powinno się swobodnie łączyć ze zjawiskiem jemu odległym. Zadajmy sobie bowiem pytanie: czy sprawiedliwość może się realizować w oparciu o czyjąś ewidentną, bezzasadną krzywdę? Zdrowy rozsądek i intuicja moralna podpowiadają, że nie. Bo jeśli droga ku dobru pociąga za sobą niewinne ofiary, to trudno mówić o sprawiedliwości, a przynajmniej w pełnym sensie.

Komu się to słusznie należy?

To właśnie dlatego nie sądzę, żeby istniało coś takiego, jak wojna sprawiedliwa. Wynika to z przyjętego przeze mnie pojmowania sprawiedliwości; kiedyś usłyszałem jej definicję, która trafiła mi do przekonania. I w tymże moim przekonaniu sprawiedliwość to taki stan, gdy ktoś otrzymuje to, co mu się słusznie należy.

Wyobraźmy sobie teraz obrońcę napadniętego kraju, człowieka zmuszonego sytuacją do porzucenia domu i rodziny, do oglądania zniszczeń, do patrzenia na cierpienie i śmierć rodaków, zmuszonego rozkazem do zabijania innych ludzi, poddanego trudom walki, obarczonego stresem, skazanego na traumę psychiczną, narażonego na utratę zdrowia i życia… Trudno w związku z tym przyjąć, że ów żołnierz, walcząc w sprawiedliwej wojnie, otrzymuje to, co mu się słusznie należy. A niby czym on sobie na to zasłużył? Podpowiem: niczym!

W tym kontekście wojna może być usprawiedliwiona, ale nie sprawiedliwa — broni porządku, ale nie realizuje pełnej sprawiedliwości wobec osób uczestniczących. Historia zna wiele przykładów tzw. sprawiedliwych wojen. Wielu chwytało za broń z poczucia obowiązku, patriotyzmu, dumy… Niektóre z tych wojen kończyły się pyrrusowym zwycięstwem, inne już od samego początku skazane były na klęskę. A jednak ludzie podejmowali się walczyć w imię godności, honoru, wolności, pokoju, czy zasad i ideałów… Jakby idąc za słowami Seneki, że „Haniebna śmierć to coś jeszcze gorszego niż hańba” wzniecali beznadziejne powstania, w których ginęli z bronią w ręku. I najczęściej chwała im za to. Czy jednak wypada powiedzieć: to było sprawiedliwe?

George Orwell przekornie stwierdził: „Najszybszy sposób na zakończenie wojny to ją przegrać”. No cóż, jest to jakiś sposób. Choć Orwell raczej unaocznia cyniczny mechanizm polityczny, niż zachęca do przegranej. A dla wyżej wspomnianych bohaterów znaczenie miało to, w jakim stylu. Nie dopuszczali do siebie myśli o poddaniu się bez walki ani o kapitulacji na zakończenie. Nie wykluczam, że powodowało nimi poczucie sprawiedliwości, że uważali za niesprawiedliwe pozwolić najeźdźcy na łatwy tryumf i szerzenie zła. Lecz czy sprawiedliwość pobudek przenosi się w tak prosty i oczywisty sposób na wynikające z nich działanie? Czy przyczyna uświęca skutek? Byłoby to odwróconą wersją makiawelicznego powiedzenia, że cel uświęca środki.

Czy pokój rodzi się ze sprawiedliwości?

Niektórym wydaje się, że gdyby na świecie zapanowała sprawiedliwość, to automatyczną konsekwencją byłby powszechny pokój. Wystarczy, ażeby nikt nie uważał, iż jemu należy się więcej niż to, co posiada albo, że komuś innemu niesłusznie przypadło zbyt wiele, albo, że ktoś ma nie to, na co zasługuje. Kiedy bowiem nikt nie czuje się skrzywdzony jakąś niesprawiedliwością – wtedy nie dojdzie do żadnej wojny, konfliktu, czy sporu. Choć można w tym dostrzec pewną logikę, to bezsprzecznie jest to wizja utopijna. Szczególnie, że każdy może mieć inne wyobrażenie tego, co się mu należy – i już to rodzi spory.

Niemniej znamienne jest to łączenie sprawiedliwości z pokojem. We wcześniej opisywanych warunkach tzw. sprawiedliwej wojny nadrzędnym celem miał być pokój. W tym utopijnym marzeniu o globalnej sprawiedliwości, to ona miała ów pokój gwarantować. I takie wspieranie się zacnych idei jest mi jakoś bliższe. W Księdze Psalmów [Ps 85, 11] czytamy: „Łaskawość i wierność spotkają się z sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój”. To piękna metafora. I to można sobie jakoś wyobrazić – w każdym razie łatwiej niż pocałunek sprawiedliwości i wojny.

Drugi moralitet cyniczny na Wielki Piątek, czyli dlaczego skur**synom się wiedzie, a sprawiedliwi źle kończą?

Glaukon, starszy brat Platona, w drugiej księdze Państwa przeprowadził pod okiem Sokratesa eksperyment myślowy, który wyglądał mniej więcej tak:

Wyobraźcie sobie dwóch ludzi. Jeden z nich to szczwany skurwysyn, który nie tylko potrafi być skurwysynem, ale też potrafi swoje skurwysyństwo ukrywać i to tak dobrze, że wszyscy wkoło uważają go za porządnego człowieka i w ten sposób osiąga on szczyty skurwysyństwa, bo „[…] szczyt niesprawiedliwości to: uchodzić za sprawiedliwego nie będąc nim” [Platon, Państwo 361a]. Wszyscy go lubią, bo da się z nim pogadać. W rozmowach każdemu schlebia, na urzędzie każdemu coś załatwi. No swojski chłop.Drugi to dobry człowiek, który, jak na dobrego człowieka przystało, nie dba o to, co ludzie o nim myślą i stara się całe życie postępować sprawiedliwie, a w związku z tym, zaczyna wszystkich wkurwiać, bo jeden chciałby przetarg na drogę gminną załatwić, inny córkę do gminy na sekretarkę wstawić, trzeci chciałby odliczyć od podatku lipne faktury, a ten wyskakuje zawsze z frajerskimi tekstami w rodzaju: „Ale czy to zgodne z prawem?” albo „Kurczę, nie wiem, czy to będzie w porządku wobec innych”, albo „Muszę się zastanowić”. To ostatnie to już szczyt frajerstwa, tego się nie wybacza. Czytaj dalej

Coffeelosophy XLVI – czyli dawajcie, a będzie wam dane

Wydaje się, że wymiana coś za coś, jest czymś oczywistym i wręcz naturalnym. Otrzymać coś, dając coś w zamian wydaje się uczciwe, a co za tym idzie oczekiwane, pożądane, nawet konieczne. Czy będzie to handel wymienny, czy kupienie czegoś za pieniądze, czy odwdzięczenie się przysługą za przysługę – mechanizm jest podobny. A jednak są sytuacje, które budzą naszą dezaprobatę, jak wymiana dziewczęcia za kilka wielbłądów, opłacenie mordercy, zrewanżowanie się pomocą w kradzieży. Wiele zależy po prostu od kontekstu. A także od uznawanego kodeksu etycznego. Jezus nauczał: Dawajcie a będzie wam dane. Miał, rzecz jasna, na myśli wyświadczanie dobra. Obiecywał za to otrzymanie nagrody i to odmierzonej solidną miarą. Czy nie jest w tym ukryta pewna zachęta do interesowności – przecież nie mówił po prostu: Dawajcie.

Daj, byś otrzymał

Podobnie jest przykładowo z korupcją (łacińskie: corruptio to zepsucie i demoralizacja). Platon w „Prawach” stwierdził, że należy potępiać tych, którzy przyjmują łapówkę. O zjawisku tym pisał Arystoteles jak też Machiavelli, Monteskiusz i inni. Jak widać, odwieczny to problem. Ogólnie chodzi o to, że strony zaangażowane w korupcję zawiązują ze sobą porozumienie na zasadzie „do, ut des” (daję, abyś dał). Innymi słowy zawsze idzie o pewne korzyści, ale – uwaga! – osiągane przy nadużyciu, lub złamaniu prawa. Nie jest to więc wyłącznie kwestia moralna.

Alegoria korupcji

Platon w „Państwie” przytacza dialog, w którym Sokrates wyjaśnia Adejmantowi, jak należy młodych ludzi wychowywać i kształtować, aby byli dobrymi obywatelami. Z dialogu filozof wysnuwa wiele przestróg i osądów moralnych; pośród tego bogactwa jest i fragment, gdzie Sokrates radzi: Czytaj dalej

Starożytni Ateńczycy też mieli swój Smoleńsk

Wszystko już było i to, co się dzieje to tylko jąkanie historii. Dwa i pół tysiąca lat temu Grecy, tak jak my, mieli potężnego sąsiada i też mieli demokrację. Co śmieszniejsze mieli też swój Smoleńsk. Rolę napromieniowanej Czarnobylem metropolii czerwonoruskiej odgrywał w tamtych odległych, ale równie głupkowatych czasach Archipelag Arginuzyjski. Ateńscy wodzowie pokonali tam Spartan uwalniając z oblężenia jedną z własnych armii, którą Spartanie zamknęli w potrzasku. Było tych wodzów ośmiu. Ich pech polegał na tym, że pod koniec bitwy rozpętała się burza morska, przez co nie mogli uratować rozbitków ze zniszczonych okrętów Ateńskich. Po powrocie do Aten kazano strategom tłumaczyć się z tego, że nie ratowali rozbitków, a uznano, że to musi być ich, tzn. wodzów wina, ponieważ oni sami nikogo innego nie obwiniali, a całą winę zwalali na brzozę, oj pardon, burzę. Oto fragment w którym Ksenofont opisuje początek śledztwa arginuzyjskiego:

Bitwa pod Arginuzami — zdjęcie z epoki (LOW RES)

[…] w radzie opowiadali strategowie o bitwie i o gwałtowności burzy. Kiedy jednak Timokrates oświadczył, że i pozostałych strategów należy uwięzić i pod sąd oddać, rada i ich uwięziła. Następnie odbyło się zgromadzenie ludowe, na którym inni poczęli oskarżać strategów, a zwłaszcza Teramenes, że powinni się wytłumaczyć przed sądem z tego, że nie uratowali rozbitków, a na dowód, że oni nikogo innego o to nie winili, pokazywał list, przysłany przez nich do rady i narodu ateńskiego, nie szukający winy w niczym innym poza burzą. Potem jednak każdy ze strategów wygłosił krótką obronę, gdyż nie dano im zgodnie z prawem czasu na dłuższe przemówienie, a wszyscy przedstawili przebieg wypadków: że oni sami płynęli na wroga, ratować zaś rozbitków nakazali dowódcom okrętów, ludziom do tego odpowiednim, byłym strategom, Teramenesowi i Trasybulowi, oraz innym podobnym — i jeżeli koniecznie trzeba kogoś obwiniać w sprawie ratowania rozbitków, to nikogo innego poza tymi, komu to było nakazane; „Z tego powodu, że oni nas obwiniają — mówili oni — nie będziemy kłamliwie twierdzić, że to oni sami są sprawcami nieszczęścia, lecz że gwałtowność burzy przeszkodziła ratowaniu” — i na potwierdzenie tego jako świadków stawiali sterników i wielu innych uczestników wyprawy [Ksenofont, Historie greckie, ks. I, VI, 5–7]. Czytaj dalej

Szklany sufit szklanych domów, czyli Dzień Kobiet

Od ponad stu lat kobiety świętują swój dzień. U jego podstaw leżała chęć zwrócenia uwagi na kobiecą niedolę, brak poszanowania i równouprawnienia. Skoro Dzień Kobiet nadal jest obchodzony, to najdobitniej dowodzi, iż jego przesłanki nie ustały.
Trudno jest być kobietą. Skąd to wiem? Bo mi się nie udało. I, broń Boże, nie pozwalam sobie żartować. Nie chodzi mi bowiem o fizyczną zmianę płci. Przy dostatecznym samozaparciu, z pomocą współczesnej medycyny, można tego dokonać. Będzie to jednak zmiana w obrębie cielesności. Tymczasem mam na myśli raczej tą wewnętrzną kobiecość. Wszystkie aspekty człowieczeństwa, którymi różni się od męskich. I tu mogą oburzać się te sufrażystki, feministki i emancypantki, które z uporem twierdzą, że różnice mentalne między płciami to mit. Ja uważam, że są czymś realnym. A co więcej – odnoszę wrażenie, graniczące z przekonaniem, że tzw. kobiece cechy charakteru i przymioty ducha w większej mierze przynoszą chlubę ludzkiemu rodzajowi, niżeli męski zestaw cnót i zalet.

Czytaj dalej

Niewolnictwo przyszłości

Od pewnego czasu sztuczna inteligencja zajmuje umysły wielu ludzi. Ha! – jak to zabrzmiało: sztuczna inteligencja w umysłach ludzi. Ale ja nie o tym. Generalnie ci, którzy się nią głębiej interesują, zazwyczaj współdzielą obawy o przyszłość ludzkości. Dostrzegają bowiem szereg możliwych zagrożeń, jakie najprawdopodobniej ściągniemy na siebie rozwijając tą dziedzinę technologii. Stała się też ona obiektem zainteresowań etyków i filozofów. Rozważa się bowiem zakres odpowiedzialności moralnej za działania podjęte przez urządzenia korzystające z AI (ang. Artificial Intelligence). Również Komisja Europejska żywo interesuje się kierunkami rozwoju sztucznej inteligencji; nie tak dawno opublikowała tzw. białą księgę, traktującą o możliwych formach regulacji AI w Unii Europejskiej. To nie książka fantastyczna, ale przyczynek do regulacji prawnych. Przede wszystkim idzie o to, że

Europejskie podejście do sztucznej inteligencji ma na celu promowanie zdolności innowacyjnych Europy w obszarze sztucznej inteligencji, jednocześnie wspierając rozwój i wykorzystanie etycznej i godnej zaufania AI w całej gospodarce UE. AI powinna pracować dla ludzi i być siłą, która działa na rzecz dobra społeczeństwa…”

Obecnie wielkie koncerny i rządy wielu państw walczą o prymat w zarządzaniu sztuczną inteligencją. A ta coraz silniej dotyka każdego z nas. Nie jest to już tematyka futurystów i fantastów.

Jakiś czas temu Microsoft zerwał współpracę z kontraktowymi dziennikarzami, by zastąpić ich sztuczną inteligencją. To ona ma dobierać i publikować w serwisie giganta odpowiednie materiały. Proces uczenia maszynowego pozwala SI  (polski skrót Sztucznej Inteligencji) tworzyć coraz obszerniejsze artykuły w oparciu o choćby nieskładne gramatycznie zdanie, lub ledwie kilka słów kluczowych. Mamy też przykład z innego podwórka. Po śmierci Marvina Minsky’ego jednego z prekursorów badań nad SI, ukazał się w magazynie „Wired” tekst poświęcony zmarłemu – w całości napisany przez algorytm, któremu przekazano suche dane biograficzne.

W branży marketingowej też sięga się po SI, zwłaszcza, że hasła reklamowe tworzone przez roboty bywają bardziej chwytliwe i oryginalne od tych wymyślonych przez człowieka. Nie upowszechnia się to jeszcze tylko dlatego, że wdrożenie technologii sztucznej inteligencji pociąga wysokie koszty inwestycyjne. Są jednak firmy, które mogą sobie na to pozwolić. Żywo interesuje się tym Uber – gigant branży transportowej – gdyż wykorzystując SI można usprawnić procesy logistyczne: obsługiwać klientów – przy tym wielu równocześnie, oszacować czas i koszty dostawy, przyspieszyć proces dostarczenia przesyłki. Niedługo upowszechnią się samojezdne taksówki i ciężarówki, rozwija się też segment dronów powietrznych. Tymczasem automaty już piszą raporty giełdowe, komunikaty o trzęsieniach ziemi, tabele wyników sportowych, bo komputery są szybsze i dokładniejsze, szczególnie gdy chodzi o powtarzalne, żmudne i czasochłonne czynności. Czytaj dalej

Coffeelosophy XLI – czyli niesprawiedliwość piękna

W tym miesiącu filozoficzna kawiarenka podporządkuje się rygorom pandemii. Toteż będzie wyglądała tak, że zainteresowani zaparzą sobie kawę w domu. Postanowiłem jednak coś do tej kawy dodać.

***

Jest niewątpliwie kwestią indywidualną to, na jakie elementy wyglądu w pierwszej kolejności zwraca się uwagę, choćby patrząc na mijanych lub spotykanych ludzi. Ktoś najpierw taksuje wzrokiem całość sylwetki, a potem przygląda się twarzy; ktoś inny najpierw skupia się na ładnych rysach, a potem przygląda reszcie; jeszcze ktoś zwróci uwagę na którąś część ciała, np. zgrabność pośladków, albo szerokość barków, a dopiero potem ich proporcje względem całości. Tak, czy inaczej, dopiero znalezienie u kogoś tego, co nas ujmuje, co niejako opromienia i w połączeniu z resztą olśniewa – jest decydujące w ocenie. Zauważył to w swoim czasie św. Tomasz, stwierdzając: Piękno polega na właściwej proporcji i blasku.

Zasadniczo jednak w kwestii powierzchowności, kiedy mówimy o kimś, że jest piękny, lub szpetny, to odnoszę wrażenie, iż mamy na względzie przede wszystkim twarz. Ona jest niejako wizytówką, podstawowym elementem identyfikacyjnym, a jednocześnie nośnikiem cech, które wpisują się, bądź nie w przyjęte kanony urody. I nawet kiedy znamy kogoś tylko ze słyszenia – dlatego, że poznaliśmy go telefonicznie, albo słuchamy jego głosu w radiu, ewentualnie na nagraniach – to często wyobrażamy sobie jego wygląd; jakby kojarząc z głosem pewien typ człowieka. I raczej słuchając tubalnego, tudzież szorstkiego głosu, nie mamy przed oczami drobniutkiej sylwetki o dziecięcych rysach twarzy. A wysoki, piskliwy głosik nie pasuje nam do grubo ciosanego draba. I nasze postrzeganie osób, w tym dopisywanie im pewnych cech charakteru, jest jakoś powiązane z wyrazem twarzy, jej mimiką, a nawet stopniem zadbania.

Narodziny_Venus_Sandro_BotticelliNiestety, oceniamy ludzi po wyglądzie. Co więcej, wydaje mi się, iż czasami, kiedy ktoś ma piękną twarz, to ludzie są w stanie przymknąć oko na pewne mankamenty reszty jego ciała. Rzadziej chyba gotowi są uznać osobę za atrakcyjną, gdy ma wyjątkowo zgrabne ciało, ale przy tym brzydkie rysy twarzy. Czemu o tym wspominam? Otóż, okoliczności epidemii sprawiły, iż niemal wszyscy noszą maseczki. Zatem na mieście można spotkać więcej potencjalnie pięknych ludzi. I tym samym potencjalnie lepszych. Gdyż komuś o miłej dla oka aparycji, na ogół przypisujemy dobre cechy charakteru. Nierzadko bezpodstawnie. Czytaj dalej

Coffeelosophy XL – czyli jak Platon został kobietą

Zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, toteż spotkanie Pogadalni odbędzie się w formule kawiarenki filozoficznej. Jako że kalendarz sytuuje w pobliżu Dzień Kobiet, postanowiłem na swój sposób refleksyjnie to uwzględnić.

***

Wszystkich – bez wyjątku – którzy zetknęli się z dziełami Platona, wielce raduje to, że powstały i zachowały się do naszych czasów. Jednych dlatego, że podziwiają, bądź podzielają ów tok myślenia – innych dlatego, że mają twarde dowody przeciwko autorowi. A przynależy on do tych szczęśliwców (lub pechowców – w zależności kto ocenia), których dorobek zachował się właściwie w komplecie. Ba, zostało po nim nawet więcej tekstów, niż sam napisał. Pomyślmy jednak, co by było, gdyby całą spuściznę po tym filozofie stanowiło tylko jedno zdanie. Coś jak: Carpe diem Horacego – albo Heraklitowe: Panta rhei. Gdyby ostał się wyłącznie jeden wers i może trochę ogólnych relacji o Platonie w zapiskach innych postaci historycznych, które znały tego myśliciela i słyszały o jego wydumanych ideach.

Trafiłem na jedno takie zdanie, że gdyby to właśnie ono było wszystkim, co przetrwało po Platonie, malowałby się dość ciekawy obraz jego filozofii. Z wypowiedzi tej, jakkolwiek krótkiej można wyciągnąć szereg zaskakujących wniosków. I żeby było ciekawiej, od nich zacznę, nie zdradzając cytatu, jaki mnie ku nim sprowokował.

Mam powody przypuszczać, iż Platon uważał, że zło i ludzkie słabości są w pewnym stopniu koniecznością. Warunkiem wręcz, jeżeli ludzki ród ma uniknąć wyginięcia. A skoro to zapewnia nam przetrwanie, to w jakimś sensie jest dla nas dobre. Dochodzimy zatem do paradoksu: oto zło, które w nas tkwi i czasem dochodzi do głosu, to samo, które powoduje upadek człowieka, jednocześnie pozwala ludzkości wciąż istnieć. Czytaj dalej

1 2