Archiwa tagu: szczęście

Coffeelosophy XLIX – czyli krzywe szczęście

Szczęście nie jedno ma imię

Różne szkoły filozoficzne w różnoraki sposób podchodziły do zagadnienia szczęścia. Upatrywały go w czym innym i dawały różnorakie wskazówki w dążeniu do niego. Demokryt żywił przekonanie, że źródłem szczęścia jest harmonia duszy, z której wypływa spokój wewnętrzny. Platon uważał, że szczęście przyjdzie wraz z poznaniem idei, szczególnie piękna i dobra. Powiązał z tym pojęcie eudajmonii, a więc posiadanie dóbr najwyższych. Na człowieka, zdaniem Platona – czeka pewien cel, który należy odkryć i wypełnić, a jeśli wykona się to dobrze, zyska się nagrodę.

Arystoteles zalecał rozwijanie i pielęgnowanie cnót. Racjonalna natura ludzka wyznacza człowiekowi pewne funkcje, a jeśli podąża on drogą złotego środka, osiągnie szczęście. Epikur przekonywał, iż szczęście jest tożsame z przyjemnością, a więc dobrem – w przeciwieństwie do cierpienia, które jest złem. Zastrzegał jednak, iż należy mądrze wybierać przyjemności i panować nad namiętnościami, kierując się powściągliwością, równowagą i życiem w zgodzie z naturą. Stoicy – przy całym wycofaniu z życia – nawiązywali do poprzedników i również zachęcali do rozwijania cnót, zwłaszcza uniezależniających od okoliczności zewnętrznych, do okiełznania namiętności (apatia), życia zgodnego z rozumem i naturą, do ograniczenia potrzeb i osiągnięcia wewnętrznej wolności – która da szczęście.

W średniowieczu – ze względu na to, iż wszystko, co ziemskie było marnością – szczęście upatrywano w Bogu. Według św. Augustyna każdy powinien dążyć do szczęścia wiecznego, gdyż dobra doczesne są nietrwałe i należy zwrócić się ku dobru najwyższemu, które jako jedyne niesie prawdziwe szczęście. W oświeceniu nastąpił przewrót, porzucono starożytną eudajmonię, szczęśliwość wieczną uznano za odległą i problematyczną. Hume naprowadził ludzi na myśl, że nie istnieje dobro obiektywne, ku któremu powinni zmierzać, lecz że każdy może sam ustalić, co jest pożądanym dobrem. Odtąd górę brały osobiste preferencje i mianem szczęścia można było określać to, co kogoś (przynajmniej w jego wyobrażeniu) miało uszczęśliwić. Na początek sięgnięto po to, co było pod ręką – czyli ziemskie przyjemności.

Rzecz jasna nie we wszystkich warstwach społecznych i krajach. Dajmy na to Kant jakoś wcale nie przeceniał szczęścia, szczególnie, jako życiowego celu, wywyższając możliwie najbardziej beznamiętne spełnianie swoich obowiązków. Inny Niemiec, Nietzsche też miał spory dystans do szczęścia, przede wszystkim nie wierząc w jego trwałość i traktując jako idealny stan lenistwa, gdy nie doświadcza się zmartwień i smutku. W zamian proponował szukanie zadowolenia z siły życiowej oraz walecznego animuszu, co pozwala pokonywać przeszkody i przeciwności losu.

Sam wątpię, iżby siłą dało się zyskać przychylność losu. Istnieje jednak przekonanie, że każdy jest kowalem swego losu. Jakkolwiek byśmy szczęścia nie definiowali, to jedno wydaje się cechą wspólną wszystkich koncepcji filozoficznych: są zgodne, że ludzie nieprzerwanie przejawiają dążenie do szczęścia, wykazują jego trudną do zaspokojenia potrzebę i starają się unikać jego przeciwieństwa. Krótko mówiąc pragną pomyślnego życia. Wszelako często okazuje się, iż zdobywszy to, co przedstawiało się początkowo jako szczęście, wciąż odczuwany jest niedosyt. I szczęście jawi się, jako wiecznie uciekająca linia horyzontu. A może, skoro przez wieki nie udało się jednoznacznie zdefiniować szczęścia, bo definicje się mnożą i różnią, a do tego pełnia szczęścia wydaje się niemożliwa do osiągnięcia – to wypada stwierdzić, że nie tylko nie ma jednego szczęścia – ale i żadnego.

Szczęście nie wygląda prosto

Przyjmijmy roboczo, iż każdy wyobraża sobie szczęście pod inną postacią. Pewnie w zależności od stopnia trudności w jego osiągnięciu, inaczej przedstawiają się sukcesy na tym polu. Na przestrzeni życia mogą się zmieniać źródła szczęśliwości i cele dalszych dążeń. Być może ocena, czy życie jest szczęśliwe, możliwa jest dopiero po dokonaniu bilansu całości. Wówczas przewaga dobra utwierdzałaby w przekonaniu o tym, że życie było udane, a może nawet szczęśliwe.

A jak ludziom się wiedzie w osiąganiu szczęścia? Czy zawsze czują się jednakowo daleko, tudzież równie blisko celu? Okazuje się, że nie. Potwierdziły to badania profesora Andrew Oswalda z University of Warwick. Przeprowadził je na grupie kilkuset tysięcy osób z 72 krajów. Chodziło o to, by każdy badany ocenił poziom zadowolenia z życia, czyli na ile szczęśliwy się czuje. Najwyższe noty dotyczyły okresu dzieciństwa i wczesnej młodości – a także starszego wieku, w okolicach 60-70 lat. Najmniej szczęścia odczuwają dorośli w średnim wieku. Kiedy wyrysowano krzywą szczęścia przypominała literę U. Początek i schyłek życia to najszczęśliwsze lata; tylko dołek w przedziale 37 do 50 lat trzeba jakoś przetrwać.

Krzywa szczęścia pokrywa się z wyjaśnieniami m.in. jakie bywają powody takiego, a nie innego postrzegania swego szczęścia w określonym wieku. Dzieciństwo to trochę nieuświadomione szczęście, beztroski czas, kiedy można się wyszumieć, odkrywa się świat i to, co oferuje. Nastolatkom i studentom udaje się już więcej z tej oferty zakosztować, ale też zetknąć się z problemami świata dorosłych. Zaczyna się myślenie o karierze i rodzinie, a potem wchodzi się w rolę pracownika, małżonka, rodzica… I choć wcześniej wydawało się, iż mając pracę, dom, samochód, kochającą rodzinę, przyjaciół, hobby wreszcie zdobędzie się wszystko, co gwarantuje szczęście – to rzeczywistość pokazuje, iż wtedy też pojawia się najwięcej stresu. Człowiek żyje w pędzie, praca wypala, własna rodzina działa na nerwy, rachunki i kredyt ciążą, wakacje nie dają pełnego odprężenia, niektóre marzenia i plany nie znalazły urzeczywistnienia. A do tego równocześnie rodzi się lęk o to, co udało się osiągnąć, bo mimo wszystko ma się najwięcej do stracenia.

Dopiero po pięćdziesiątce ludzie znowu zaczynają odczuwać większą radość z życia; odczucie to wzrasta aż do siedemdziesiątki, kiedy to widać jak dalece 70-latek jest szczęśliwszy od 40-latka. Ma znacznie więcej przestrzeni na zadowolenie i pozytywne nastawienie, a rzadziej poddaje się obawom. Zaczyna akceptować rzeczywistość i stracone szanse. Ma mniej zobowiązań, nie jest tak zabiegany, sam wybiera z kim spędzać czas, nie musząc znosić szefa, czy nieprzyjaznych współpracowników. Pojawia się pogoda ducha. I można zaśpiewać za Wiesławem Michnikowskim: Wesołe jest życie staruszka…

Oczywiście ta krzywa szczęścia jest, że tak powiem, statystyczna – zatem nie pokrywa się z każdym indywidualnym przypadkiem. Krzywe jest więc i samo szczęście, zważywszy, jak trudno je zdefiniować, jak trudno go doświadczyć i jak trudno mieć pewność, czy to co nazwiemy jego mianem, faktycznie nim będzie. Możliwe jest bowiem odkrycie, iż to wciąż jedynie namiastka. Wtedy trzeba krzywą szczęścia w kształcie litery U zastąpić podkową i powiesić nad drzwiami końcami w górę, by szczęście z niej nie wypadło.

Szczęście zatem nie jest proste. A co by było, gdyby uznać, że pogoń za szczęściem w ogóle nie jest nam potrzebna. Że osiągnięcie tak wyjątkowego stanu wcale nie jest naszym celem w życiu, nie nadaje mu sensu, ani wartości i z pewnością nie jest konieczne? Przecież wielu ludzi spędziło całe życie nie zaznawszy szczęścia. Kto wie, czy nie lepiej skierować tą energię i oczekiwania na inne tory. Chyba, że – ha! będę przekorny – rację mieli stoicy. O ile dobrze pamiętam, to oni podkreślali, jak ważne jest sumienne wykonywanie swoich obowiązków i sugerowali, że to daje poczucie spełnienia i szczęścia. Jeśli obowiązek równoważy na szali szczęście, to może szczęście jest dla nas obowiązkiem.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 2 czerwca o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: krzywe szczęście. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i podnieść słoniowi trąbę.

3.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLIV – czyli tęsknota za beztęsknotą

Pandemia odsłoniła przed wieloma osobami ich tęsknoty; zarówno te głęboko ukryte, jak i te tuż pod powierzchnią skóry, inne zaś, dobrze znane uwydatniła w intensywniejszej postaci. Również członkowie Pogadalni tęsknią za sobą, za żywym kontaktem… Wiele wskazuje na to, iż wytrwałość zostanie wkrótce nagrodzona. W najbliższy pierwszy wtorek miesiąca spotkamy się w formule filozoficznej kawiarenki. O nowym miejscu wspomnę poniżej.

***

Ludzie z tęsknotami mają problem. To zdanie można rozważać na dwa sposoby: po pierwsze ludzie mają problem ze swymi tęsknotami, po drugie ludzie przez tęsknoty mają problem. Skąd się bierze tęsknota? Z braku. Z niedostępności przedmiotu swych tęsknych westchnień. Tęsknota jest pouczająca: uświadamia na czym nam zależy, ćwiczy cnotę cierpliwości (jeśli jest szansa powrotu do obiektu westchnień), każe oswajać poczucie straty (jeśli ów obiekt jest trwale poza zasięgiem). Jednym odbiera siły i radość życia, innych uzbraja w nadzieję i popycha do działania. Bywa również inspirująca, czego przykładem są liczne dzieła sztuki, jakich świat by nie oglądał, gdyby ich autorzy za czymś nie tęsknili. No, i o ileż uboższe byłoby bajanie Homera, gdyby Odys nie tęsknił za domem. Generalnie jednak, jest to uczucie przykre, destrukcyjne i budzące frustrację.

Tęsknota często kreuje mylne wyobrażenia o wytęsknionym przedmiocie, idące w stronę idealizacji i upiększania. A potem, jeśli dane będzie komuś wrócić do tego, za czym tęsknił, często spotyka go rozczarowanie, pt. „inaczej to pamiętałem”. Wszystko dlatego, że tęsknota rozgrywa się w naszej wyobraźni. Towarzyszą jej obrazy upiększonych wspomnień oraz scen przedstawiających, jak wyglądałby powrót. Jedno i drugie jest do pewnego stopnia złudzeniem, lecz nawet gdy to sobie uświadomić, w niczym nie przynosi to psychicznej ulgi. Rozwiązaniem mogłaby być postawa stoicka, czyli studzenie emocji, opanowanie uczuć. Wiadomo, nie da się ich okiełznać siłą woli, czy mocą rozumu – są niezależne od nas, ale chodzi o to, by nie zawładnęły nami i naszymi decyzjami. Zatem z jednej strony wspomnienie czegoś niedostępnego, owiane miłymi skojarzeniami, z drugiej powściągliwość i dystans wobec nieracjonalnych podszeptów naszej uczuciowej sfery. Proste… a jakże trudne zarazem.

***

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, można dojść do wniosku, że winę za nasze cierpienia ponosi wcześniejsze przywiązanie do kogoś, lub czegoś, nie zaś tęsknota, która jest wtórna. Co z tym począć? Czytaj dalej

4/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Dlaczego cynizm jeży nam włosy na głowie?

Ciągle gdzieś tam o TYM wspominam, robię wtręty i zaznaczam, że COŚ tam jeszcze mam. Czas rzucić myśl otwarcie. Chodzi o pewną moją poboczną hipotezę dotyczącą źródeł naszej fascynacji psychopatami, takimi jak dr House MD, Dexter, Machiavelli, Robespierre czy dr Hannibal Lecter. Oto moja ryzykowna odpowiedź na pytanie: Co nas pociąga w psychopatach?

Dopiero co wyszła z druku moja książka o cynizmie. Na pomysł zajmowania się cynizmem wpadłem, prowadząc zajęcia z filozofii na Pedagogice. Był to rok 2013. Miałem dziwny start semestru zimowego. Na każdych zajęciach zaczynałem on monologu pt. Ja was tu tylko omamiam jakąś bezsensowną paplaniną o filozofii. Wszystko to ściema i pierdzielenie od rzeczy dla naiwniaków. Potem kiedy zaczynała się dyskusja i jakaś studentka wspomniała o szczęściu albo sensie życia, odparowywałem uwagami w rodzaju: „Szczęście jest dla ludzi słabych, którzy nie czują się na siłach stawić czoła prawdziwym wyzwaniom!” albo: „Sensu życia szukają tylko rozmemłani mazgaje, którzy sami nie potrafią robić nic sensownego”. Ku mojemu zaskoczeniu wywoływało to bardzo zażarte dyskusje, a zajęcia prowadziły się same. Przestałem mieć myśli samobójcze po 30 minutach i przestałem gasić światło, żeby uwolnić się od widoku żaczych facjat. Coś zadziałało. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVII – czyli głupi to ma szczęście

Stali bywalcy, jak też część niestałych, kojarzą pierwszy poniedziałek miesiąca z Pogadalnią w konwencji filozoficznej kawiarenki. W najbliższy poniedziałek nie spotka ich zaskoczenie. Detale na końcu tegoż wpisu. Zaś wpis tym razem krótki, żeby nikt sobie nie pomyślał, iż o głupocie mam wiele do powiedzenia. Choć i o szczęściu zbyt wiele nie mam.

Wprawdzie Sokrates oficjalnie sugerował, że drogę ku szczęściu wskazać może sumienie…

Wielu ludzi przez całe życie poszukuje właściwej drogi do szczęścia i nie starcza im żywota, aby ją odnaleźć. Wszak lepiej by zrobili, gdyby od razu poszli i zapytali się własnego sumienia, dokąd dalej powinni podążać.

… jednak podejrzewam, że to tylko mydlenie oczu. Prawdziwą drogę – no, powiedzmy ścieżynę – dostrzegał gdzie indziej. I przy każdej okazji utrudniał innym podążanie po niej. Jak wiemy, Sokrates upierał się przy tym, że nic nie wie. Sądzę, iż zaklinał w ten sposób rzeczywistość, aby zbliżyć się do osiągnięcia szczęścia. Czytaj dalej

4.71/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta: Ekscytująca osobliwość obojętności

Czy bez emocji bylibyśmy jak maszyny? I jeśli w jakimś sensie tak, to czy bylibyśmy dobrzy. A przynajmniej statystycznie rzecz biorąc, to stalibyśmy się przez to gorsi, czy lepsi? Przecież – co prawda kosztem pięknych i pozytywnych uczuć – pozbawilibyśmy się emocji złych, destrukcyjnych i toksycznych. Stąd obojętność wydaje się nęcąca.

Spodziewam się głosów oburzenia. Dowodów na to, że emocje były przyczynkiem rozwoju cywilizacji i kultury. Zgoda. Wiele pięknych dzieł, u podstaw których leżało głębokie, bądź silne uczucie, pewnie by nie powstało. Ale jeśli stracilibyśmy zdolność emocjonalnego odbioru, to byłoby nam obojętne, czy coś takiego istnieje. Że co? Że świat byłby uboższy? I co z tego?! Nie byłoby efektów pozytywnych uczuć, ale nie byłoby też skutków tych negatywnych.

Ogólnie panujące apatia i niewrażliwość wydają się posępną wizją. Ale to dlatego, że patrzymy nań z naszej dzisiejszej, emocjonalnej perspektywy. Gdyby zobojętnienie było stanem powszechnym, gdyby rodząc się, człowiek zastawał taki właśnie świat, to traktowałby go jako naturalny. Nie wyobrażałby sobie innego ani za innym by nie tęsknił.

Kiedy człowiek coś posiada, czymś dysponuje, to do pewnego stopnia potrafi wyobrazić sobie sytuację, w której to traci. Zamknie oczy, lub zatka uszy i wchodzi w stan osoby niewidomej bądź głuchej. Odwrotne użycie wyobraźni bywa trudne lub niemożliwe; kiedy ktoś rodzi się bez wzroku lub słuchu zna inny świat, porusza się w innej rzeczywistości i chyba nie potrafi sobie wyobrazić, jak to jest widzieć, czy słyszeć.

Gdyby wszyscy ludzie z natury rodzili się jako istoty niesłyszące i pozbawione wzroku, to z pewnością rozwój cywilizacji przebiegałby inaczej. Nie byłoby zachwytów nad pięknem krajobrazu, nie byłoby malowideł ani innych dzieł o charakterze wizualnym, nie porozumiewano by się mową, nie ostrzegano sygnałami dźwiękowymi, nie komponowano by muzyki. Nie wiedzielibyśmy o istnieniu chmur i gwiazd, nie wiedzielibyśmy, że ptaki śpiewają, a morze szumi. Nasz zasób słów i pojęć byłby dużo mniejszy, bo nie wiedząc o pewnych sprawach, nie wymyślalibyśmy dla nich nazw. Tworzylibyśmy kulturę w oparciu o smak, węch i dotyk. Czy świat byłby uboższy? Z naszego obecnego punktu widzenia tak się może zdawać, lecz dla gatunku ludzkiego bez tych dwóch zmysłów raczej nie.

Obecnie większość ludzi ma do dyspozycji pięć zmysłów. A co jeśli są możliwe jeszcze jakieś dwa, albo trzy inne? Tylko że dla nas są niedostępne. Czy wobec tego świat, w jakim żyjemy powinniśmy uważać za uboższy? Bo pozbawiony wielu spraw, tematów, dzieł i możliwości, jakie by znalazły swój przejaw, gdyby te dodatkowe zmysły były naszym udziałem. Podobnie, moim zdaniem, byłoby z emocjami. Czytaj dalej

4/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Zbawienny czas smutku

Jesień w naszej szerokości geograficznej przybiera postać skłaniającą ku melancholii, przygnębieniu, a nawet depresji. Łatwiej przychodzi się zadumać nad sprawami ostatecznymi, częściej dopada nas splin i pomniejsze smuteczki. Każdy zna uczucie smutku. Zwykle nie przepadamy za nim. Ale śmiem twierdzić, że jest ono częstokroć wielce pożyteczne. I nie chodzi tylko o jesienną chandrę sprzyjającą płodności poetyckiej. Mam na myśli raczej stare dobre katharsis.

Czasem trzeba coś odpowiednio przeboleć, stosownie długo i z właściwą intensywnością. Szczególnym rodzajem smutku jest ten po śmierci kogoś bliskiego. Jak wymierzyć ten czas i siłę smutku? Cóż, kwestia mocno indywidualna. Zwłaszcza wobec tak wielkiej straty. Niemniej z pomocą przychodzi tradycja. Otóż, wieki ludzkich doświadczeń pozwoliły określić przynajmniej czas, w jakim wypada okazywać, ba! wręcz obnosić się ze smutkiem. Po odejściu bliskiej osoby wciąż jeszcze praktykuje się noszenie żałoby. Odpowiedni strój w czarnym kolorze jest manifestacją bólu. Żałoba po śmierci dziadków, rodziców, czy rodzeństwa powinna trwać pół roku, po współmałżonku rok i sześć tygodni, po dalszych krewnych np. kuzynach, wujostwie, lub stryjostwie – trzy miesiące. Nie wiem, jak ktoś to obliczył, ale zakładam, że wynikło to z obserwacji, z osobistych doświadczeń, zasłyszanych rozmów o przeżywanym cierpieniu, jego długości i gasnącej siły. Spotkałem się też z ogólniejszą cezurą – jednego roku, nieodzownego aby przeżyć bez danej osoby wszystkie święta, każdą porę roku, cyklicznie powtarzane okoliczności, te wydarzenia i formy aktywności, które niegdyś dzieliło się wspólnie.

Rzecz jasna, niewielu stosuje się do tak długotrwałego chodzenia w czerni, unikania zabaw, czy przestrzegania innych form wstrzemięźliwości. Jednak te stare praktyki zachowują aktualność pod względem jednego, że na smucenie się niezbędny jest pewien czas. Odmiennego zdania był Epikur. Stwierdził on: „bezmyślnych wyzwala ze smutku czas, mądrych – logika”. Czyżby więc wzięcie smutku na przeczekanie było oznaką ograniczenia intelektualnego? Czy chłodna logika potrafi ostudzić emocje, czy rzeczywiście taki zimny kompres jest oznaką mądrości? Zważywszy, że dla Epikura dobro i zło wynikały odpowiednio z odczuwania przyjemności, lub bólu – to z pewnością smutek uważał za coś złego. Możliwe więc, że poświęcanie temu złu cennego czasu wydawało mu się głupotą. Czy miał rację? Czytaj dalej

4.63/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)