Archiwa tagu: wstyd

Coffeelosophy XVIII – czyli przekleństwo erotyzmu

Pierwszy poniedziałek miesiąca to w naszej tradycji spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Nie inaczej będzie i tym razem.

Temat erotyzmu jest nie tyle kontrowersyjny, co – dla niektórych – krępujący. Czy jednak powinniśmy się wstydzić czegoś, dzięki czemu znaleźliśmy się na świecie? Czy jest powód, by do sfery tabu wpychać zagadnienia, które w tak przemożny sposób nas otaczają?

Na pewnym etapie rozwoju, a więc prawdopodobnie w związku z rozkwitem kultury, człowiek nabawił się czegoś takiego, jak wstydliwość cielesności (oraz jej gorszej odmiany tj. pruderii). Żydzi odmalowali ten moment w scenie z raju, kiedy to prarodzice zgrzeszywszy, ukrywają się w zaroślach, gdyż spostrzegli, iż są nadzy. Zdawać by się mogło, że nagość jest czymś złym – mimo, iż jest czymś najbardziej naturalnym; jest naszym najpierwotniejszym stanem. Zarówno w wymiarze historycznym (a właściwie prehistorycznym), jak i współczesnym. Przed tysiącami lat człek biegał, jak go Pan Bóg stworzył, czyli jak małpa i inne stworzenia boskie – a zaczął się odziewać nie ze wstydu, lub dla strojności, lecz przez chłód panujący na nowo zasiedlanych terenach. A w wymiarze współczesnym… no, cóż – przecież wszyscy rodzimy się nadzy i nikogo to nie peszy. Będąc dziećmi bez zmieszania biegaliśmy na golasa. Dopiero napomnienia dorosłych zaszczepiły w nas zakłopotanie golizną (własną i cudzą).

Były takie okresy, że niektóre cywilizacje lub nacje traktowały nagość, jak coś najzwyklejszego. Można by sądzić, że nie wywoływała ona takich samych emocji, jak w społeczeństwach bardziej purytańskich. W starożytnej Grecji zawodnicy kolejnych olimpiad zmagali się ponoć bez ubrań. Na przestrzeni dziejów powstawały rzeźby, mozaiki, obrazy, opisy nacechowane erotyzmem, ale mam wrażenie, że jakoś oswojonym, bez rumieńców. A przy tym wszystkim znajdujemy świadectwa wyuzdania, orgii, cielesnych rytuałów. Były czasy, kiedy potępiano zmysłowość, a jednocześnie przemycano ją w sztuce wyższej, np. sakralnej, gdy kler przymykał oczy na obnażone ciała w scenach biblijnych, zapełniające ściany świątyń i pałaców.

A dziś? Dziś jeszcze żyją plemiona, w których nagie piersi i pośladki, czy tutki na przyrodzeniu nie wywołują większych podniet. Tymczasem społeczeństwa cywilizacji zachodniej są w jakimś dziwnym rozdarciu. Z jednej strony większość chce uchodzić za przyzwoitych, skromnych, wręcz cnotliwych, a z drugiej strony w alkowach zwycięża chuć, żądza i nierzadko perwersja. Co więcej, jesteśmy zewsząd atakowani erotyzmem i seksualnością, które stały się wspomaganiem metod sprzedaży. Półnagie, lub nie pozostawiające wiele dla wyobraźni ciała zachęcają do konsumpcji dóbr. Bez głębokiego dekoltu i długich nóg nie obejdzie się na targach i stoiskach promocyjnych – od kampanii kosmetyków, markowych ubrań, przez sieci AGD, po wystawy wielkich koncernów samochodowych. Nagość świetnie sprzedaje filmy, buty i wędliny. Żyjemy pod presją seksualności, a erotyzm przewija się w wydaniu tak biologicznym, jak i ogólnie rzecz biorąc społeczno-kulturowym.

Czemu tak wiele osób chciałoby usunąć erotyzm z przestrzeni publicznej, a może i w ogóle z obszaru kultury? Jakoś nie wyobrażam sobie, że starożytny ateńczyk ukrywał przed wzrokiem dziecka wazę przedstawiającą nagie postaci i zasłaniał mu oczy, gdy przechodzili obok rzeźb Fidiasza. Podobnie trudno mi przyjąć, że w renesansie matki i córki nie chodziły do najbliższego kościoła, bo okryłyby się rumieńcem na widok nieskromnie przedstawionych torsów i golutkich kupido – co rozpraszałoby modlitewne skupienie. Nie było, jak mniemam, w dalekich Indiach sytuacji, by odwracać wzrok od świątynnych ścian, pokrytych lubieżnymi płaskorzeźbami z Kamasutrą. Co się zatem zmieniło, że w naszej kulturze upublicznione nagość i seksualność budzą zgorszenie? Czy chodzi jedynie o to, że wykorzystane są przedmiotowo, dla zarobku, i nie wpisują się w kanon, czy pojęcie sztuki (choć i sztuka niektórych bulwersuje)? Wszak wybitne dzieła artystów też powstały dla zarobku – i sławy. A jednak odczuwamy pewien przesyt (no, pewnie nie wszyscy – przepraszam za generalizowanie).

Zaraz ktoś się oburzy (najpewniej będzie to niewiasta) i rzuci retorycznie-oskarżycielskie pytanie: a któż to niby kreuje taką naerotyzowaną rzeczywistość. Fakt, to głównie mężczyźni posługują się kobiecym powabem. Ale coraz więcej jest też przejawów męskiego roznegliżowania skierowanego do podświadomości kobiet. Poza tym erotyzm oparty na płci pięknej, również u jej przedstawicielek wywołuje zainteresowanie, budzi skojarzenia z przyjemnością seksualną, rozbudza fantazje, tworzy w wyobraźni własny atrakcyjny wizerunek.

Chyba należy wspomnieć, że nie tylko świat kreowany (sztuka, rozrywka, chwyty komercyjne), ale i ten rzeczywisty naładowany jest erotyzmem. Kobiety od wieków, bez przymusu (a może się mylę) noszą na tyle wyzywające stroje, na ile pozwala im epoka. Kuszą specyficznym zachowaniem, flirtują, kokietują. Jasne, można zapytać o powody, o cel tych zabiegów. Czy nie zmuszała ich do tego sytuacja życiowa, pozycja społeczna, źle hołubione ambicje. Jednak przecież nie zawsze było to interesowne w grubym wymiarze, przez co rozumiem rodzaj intratnego kontraktu. Prawda, czasem mamy do czynienia z przejawem próżności, a nawet narcyzmu. Ale chyba najczęściej jest to niewinne (jak sądzę) pragnienie podobania się sobie i innym, w zgodzie z aktualnymi trendami, zaspokojenie potrzeby akceptacji, dodanie sobie pewności siebie. To samo dotyczy również mężczyzn, choć może nie w takim stopniu.

Czy należy traktować te zjawiska, jako żerowanie na ludzkiej pożądliwości? Jako sięganie do prymitywnych, zwierzęcych odruchów seksualnych, których wciąż nie potrafimy w pełni okiełznać. Jako niszczenie kulturowej, ucywilizowanej nadbudowy. Jako poniżające, odzierające z godności – zarówno modela, jak i odbiorcę dzieła, skazanego (chcąc nie chcąc) na obcowanie z nim. Czy jest to jakaś klątwa – i kto ją właściwie rzucił? A może – mimo wszystko – należałoby odrzucić na bok te utyskiwania i najzwyczajniej uznać, że nie ma w tym nic złego. Że jest to część naszej natury, której nie trzeba się wyrzekać, której nie trzeba przykrywać listkiem figowym. Być może nieszczęsny Eros tak manifestuje swoją obecność, jak mu na to pozwalają panujące realia epoki.

Pozytywka kadr

Zapraszamy 6 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: przekleństwo erotyzmu.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać i pomyśleć, czy warto zrzucać tą seksowną klątwę. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane:

Moralny fundament bezwstydu

Facebook i Google wiedzą o mnie więcej, niż ja sam o sobie. Dochodzę do tego wniosku i stawiam kropkę, bo nie wiem co miałbym z tym faktem dalej zrobić. Czy mam się tym martwić? Czy mam wylewać krokodyle łzy nad utraconą prywatnością? Może powinienem polikwidować konta na portalach społecznościowych, wstawić do domu własny serwer i na nim trzymać swoje e-maile (model Hilary 2.0), a sieć przeglądać tylko przez Tora?

Geofeedia — usługa tak odrażająca moralnie, że każdy chciałby z niej korzystać

 

A może wręcz przeciwnie! Może powinienem rozwinąć szeroko zakrojoną akcję zarządzania własnym obrazem w internecie, wykorzystując do tego celu wszystkie dostępne narzędzia, włącznie ze szpiegostwem społecznościowym? Czy mam się wstydzić oka Wielkiego Brata? A może po prostu powinienem mieć to wszystko gdzieś!? Może gdybym nie robił rzeczy, których należy się wstydzić, to nikt nie miałby nade mną władzy/wiedzy, którą mógłby mnie zawstydzić albo zaszantażować?

Ta ostatnia odpowiedź jest mi chyba najbliższa. Mieć wszystko gdzieś, to znaczy nie wstydzić się niczego jak bezwstydny cynik Diogenes z Synopy. Ten, dla uzasadnienia swojego bezwstydnego postępowania posługiwał się następującym rozumowaniem. Kiedy porządni obywatele obruszali się na widok filozofa jedzącego śniadanie na ulicy odpowiadał im:

Jeżeli jedzenie śniadania nie jest czymś niewłaściwym, to nie jest też czymś niewłaściwym śniadanie na rynku, a jedzenie śniadania nie jest czymś niewłaściwym, zatem śniadanie na rynku nie jest czymś niewłaściwym

Co złego w jedzeniu śniadania na ulicy, zapytacie? No cóż, okazuje się, że starożytni Grecy uważali spożywanie posiłków za rzecz, której nie należy robić publicznie. Byli to ludzie znacznie bardziej wstydliwi od nas. Oni wstydzili się procesu odżywiania od początku do końca, to znaczy od włożenia jedzenia do ust, aż do rdzawego finału. Nas w zakłopotanie wprowadza tylko to ostatnie stadium, w czasie trwania którego towarzystwo bliźnich nie cieszy nas zanadto. Czytaj dalej

4/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis

Wpisy powiązane i polecane: