Archiwa tagu: Fryderyk Nietzsche

Coffeelosophy XLIX – czyli krzywe szczęście

Szczęście nie jedno ma imię

Różne szkoły filozoficzne w różnoraki sposób podchodziły do zagadnienia szczęścia. Upatrywały go w czym innym i dawały różnorakie wskazówki w dążeniu do niego. Demokryt żywił przekonanie, że źródłem szczęścia jest harmonia duszy, z której wypływa spokój wewnętrzny. Platon uważał, że szczęście przyjdzie wraz z poznaniem idei, szczególnie piękna i dobra. Powiązał z tym pojęcie eudajmonii, a więc posiadanie dóbr najwyższych. Na człowieka, zdaniem Platona – czeka pewien cel, który należy odkryć i wypełnić, a jeśli wykona się to dobrze, zyska się nagrodę.

Arystoteles zalecał rozwijanie i pielęgnowanie cnót. Racjonalna natura ludzka wyznacza człowiekowi pewne funkcje, a jeśli podąża on drogą złotego środka, osiągnie szczęście. Epikur przekonywał, iż szczęście jest tożsame z przyjemnością, a więc dobrem – w przeciwieństwie do cierpienia, które jest złem. Zastrzegał jednak, iż należy mądrze wybierać przyjemności i panować nad namiętnościami, kierując się powściągliwością, równowagą i życiem w zgodzie z naturą. Stoicy – przy całym wycofaniu z życia – nawiązywali do poprzedników i również zachęcali do rozwijania cnót, zwłaszcza uniezależniających od okoliczności zewnętrznych, do okiełznania namiętności (apatia), życia zgodnego z rozumem i naturą, do ograniczenia potrzeb i osiągnięcia wewnętrznej wolności – która da szczęście.

W średniowieczu – ze względu na to, iż wszystko, co ziemskie było marnością – szczęście upatrywano w Bogu. Według św. Augustyna każdy powinien dążyć do szczęścia wiecznego, gdyż dobra doczesne są nietrwałe i należy zwrócić się ku dobru najwyższemu, które jako jedyne niesie prawdziwe szczęście. W oświeceniu nastąpił przewrót, porzucono starożytną eudajmonię, szczęśliwość wieczną uznano za odległą i problematyczną. Hume naprowadził ludzi na myśl, że nie istnieje dobro obiektywne, ku któremu powinni zmierzać, lecz że każdy może sam ustalić, co jest pożądanym dobrem. Odtąd górę brały osobiste preferencje i mianem szczęścia można było określać to, co kogoś (przynajmniej w jego wyobrażeniu) miało uszczęśliwić. Na początek sięgnięto po to, co było pod ręką – czyli ziemskie przyjemności.

Rzecz jasna nie we wszystkich warstwach społecznych i krajach. Dajmy na to Kant jakoś wcale nie przeceniał szczęścia, szczególnie, jako życiowego celu, wywyższając możliwie najbardziej beznamiętne spełnianie swoich obowiązków. Inny Niemiec, Nietzsche też miał spory dystans do szczęścia, przede wszystkim nie wierząc w jego trwałość i traktując jako idealny stan lenistwa, gdy nie doświadcza się zmartwień i smutku. W zamian proponował szukanie zadowolenia z siły życiowej oraz walecznego animuszu, co pozwala pokonywać przeszkody i przeciwności losu.

Sam wątpię, iżby siłą dało się zyskać przychylność losu. Istnieje jednak przekonanie, że każdy jest kowalem swego losu. Jakkolwiek byśmy szczęścia nie definiowali, to jedno wydaje się cechą wspólną wszystkich koncepcji filozoficznych: są zgodne, że ludzie nieprzerwanie przejawiają dążenie do szczęścia, wykazują jego trudną do zaspokojenia potrzebę i starają się unikać jego przeciwieństwa. Krótko mówiąc pragną pomyślnego życia. Wszelako często okazuje się, iż zdobywszy to, co przedstawiało się początkowo jako szczęście, wciąż odczuwany jest niedosyt. I szczęście jawi się, jako wiecznie uciekająca linia horyzontu. A może, skoro przez wieki nie udało się jednoznacznie zdefiniować szczęścia, bo definicje się mnożą i różnią, a do tego pełnia szczęścia wydaje się niemożliwa do osiągnięcia – to wypada stwierdzić, że nie tylko nie ma jednego szczęścia – ale i żadnego.

Szczęście nie wygląda prosto

Przyjmijmy roboczo, iż każdy wyobraża sobie szczęście pod inną postacią. Pewnie w zależności od stopnia trudności w jego osiągnięciu, inaczej przedstawiają się sukcesy na tym polu. Na przestrzeni życia mogą się zmieniać źródła szczęśliwości i cele dalszych dążeń. Być może ocena, czy życie jest szczęśliwe, możliwa jest dopiero po dokonaniu bilansu całości. Wówczas przewaga dobra utwierdzałaby w przekonaniu o tym, że życie było udane, a może nawet szczęśliwe.

A jak ludziom się wiedzie w osiąganiu szczęścia? Czy zawsze czują się jednakowo daleko, tudzież równie blisko celu? Okazuje się, że nie. Potwierdziły to badania profesora Andrew Oswalda z University of Warwick. Przeprowadził je na grupie kilkuset tysięcy osób z 72 krajów. Chodziło o to, by każdy badany ocenił poziom zadowolenia z życia, czyli na ile szczęśliwy się czuje. Najwyższe noty dotyczyły okresu dzieciństwa i wczesnej młodości – a także starszego wieku, w okolicach 60-70 lat. Najmniej szczęścia odczuwają dorośli w średnim wieku. Kiedy wyrysowano krzywą szczęścia przypominała literę U. Początek i schyłek życia to najszczęśliwsze lata; tylko dołek w przedziale 37 do 50 lat trzeba jakoś przetrwać.

Krzywa szczęścia pokrywa się z wyjaśnieniami m.in. jakie bywają powody takiego, a nie innego postrzegania swego szczęścia w określonym wieku. Dzieciństwo to trochę nieuświadomione szczęście, beztroski czas, kiedy można się wyszumieć, odkrywa się świat i to, co oferuje. Nastolatkom i studentom udaje się już więcej z tej oferty zakosztować, ale też zetknąć się z problemami świata dorosłych. Zaczyna się myślenie o karierze i rodzinie, a potem wchodzi się w rolę pracownika, małżonka, rodzica… I choć wcześniej wydawało się, iż mając pracę, dom, samochód, kochającą rodzinę, przyjaciół, hobby wreszcie zdobędzie się wszystko, co gwarantuje szczęście – to rzeczywistość pokazuje, iż wtedy też pojawia się najwięcej stresu. Człowiek żyje w pędzie, praca wypala, własna rodzina działa na nerwy, rachunki i kredyt ciążą, wakacje nie dają pełnego odprężenia, niektóre marzenia i plany nie znalazły urzeczywistnienia. A do tego równocześnie rodzi się lęk o to, co udało się osiągnąć, bo mimo wszystko ma się najwięcej do stracenia.

Dopiero po pięćdziesiątce ludzie znowu zaczynają odczuwać większą radość z życia; odczucie to wzrasta aż do siedemdziesiątki, kiedy to widać jak dalece 70-latek jest szczęśliwszy od 40-latka. Ma znacznie więcej przestrzeni na zadowolenie i pozytywne nastawienie, a rzadziej poddaje się obawom. Zaczyna akceptować rzeczywistość i stracone szanse. Ma mniej zobowiązań, nie jest tak zabiegany, sam wybiera z kim spędzać czas, nie musząc znosić szefa, czy nieprzyjaznych współpracowników. Pojawia się pogoda ducha. I można zaśpiewać za Wiesławem Michnikowskim: Wesołe jest życie staruszka…

Oczywiście ta krzywa szczęścia jest, że tak powiem, statystyczna – zatem nie pokrywa się z każdym indywidualnym przypadkiem. Krzywe jest więc i samo szczęście, zważywszy, jak trudno je zdefiniować, jak trudno go doświadczyć i jak trudno mieć pewność, czy to co nazwiemy jego mianem, faktycznie nim będzie. Możliwe jest bowiem odkrycie, iż to wciąż jedynie namiastka. Wtedy trzeba krzywą szczęścia w kształcie litery U zastąpić podkową i powiesić nad drzwiami końcami w górę, by szczęście z niej nie wypadło.

Szczęście zatem nie jest proste. A co by było, gdyby uznać, że pogoń za szczęściem w ogóle nie jest nam potrzebna. Że osiągnięcie tak wyjątkowego stanu wcale nie jest naszym celem w życiu, nie nadaje mu sensu, ani wartości i z pewnością nie jest konieczne? Przecież wielu ludzi spędziło całe życie nie zaznawszy szczęścia. Kto wie, czy nie lepiej skierować tą energię i oczekiwania na inne tory. Chyba, że – ha! będę przekorny – rację mieli stoicy. O ile dobrze pamiętam, to oni podkreślali, jak ważne jest sumienne wykonywanie swoich obowiązków i sugerowali, że to daje poczucie spełnienia i szczęścia. Jeśli obowiązek równoważy na szali szczęście, to może szczęście jest dla nas obowiązkiem.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 2 czerwca o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: krzywe szczęście. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i podnieść słoniowi trąbę.

3.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Nawalony jak stodoła Sylen wyjawia Midasowi tajemnicę ludzkiego szczęścia

Czy trzeba dużo chlać, żeby zrozumieć starożytnych Greków? Po kolei.

Kiedy filolog/prawiczek Fryderyk Nietzsche pisał w 1872 roku swoje Narodziny tragedii niewielu zgodziłoby się z nim, że fundamentem, na którym spoczywa kultura starożytnej Grecji jest przekonanie, że lepiej jest nie żyć, niż żyć. Nietzsche powołuje się, bez podania źródła (już samo w sobie musiało doprowadzić do szewskiej pasji jego kolegów filologów — klęli zapewne po grecku skubańcy: “A niech to Zeus trzaśnie” albo “Do jasnej Hery”) na opowieść o Sylenie, którego na polowaniu spotkał król Midas, a który miał mu wyjawić tajemnicę największego daru, jaki bogowie mogą dać człowiekowi. Źródłem, z którego nasz wąsaty ubermąż korzystał, był z pewnością Plutarch, który w Pocieszeniu dla Appoloniosa przytacza fragment zaginionego dzieła Arystotelesa pt. Eudemos, w którym opiekun Aleksandra Wielkiego opisuje historię złapanego przez Midasa Sylena. Zanim jednak zrelacjonuję pogawędkę jaką sobie ucięły na kartach zaginionego dzieła Arystotelesa dwie postacie mityczne, trzeba fikcyjnych koleżków przedstawić.

Midas, wiadomo, król Frygi i znany tuman. Dzieje jego życia, to opowieść o głupku, który zalicza kolejne wpadki w obliczu majestatu różnych bogów. A to poprosi Dionizosa o to, żeby wszystko czego dotknie zamieniało się w złoto, co doprowadza go na skraj śmierci głodowej. A to startuje w niebiańskim Only the Music i w finale rozstrzyga na korzyść satyra Marsjasza pojedynek muzyczny, jaki ten ostatni toczył z Apollonem, za co ten ostatni ukarał go oślimi uszami, które nasz głupol musiał do końca życia ukrywać pod fryzurą. Zresztą i tak nie wyszedł na tym najgorzej, jeśli weźmiemy pod uwagę los samego Marsjasza, którego boski konkurent kazał obedrzeć ze skóry. Tak, życie Midasa to pasmo idiotycznych wpadek, których przyczyną było to, że Midas był ni mniej ni więcej tylko pijokiem. Źródła nie podają nam wprost tego faktu, ale zaszyfrowują go w szeregu aluzji. Dzieje jego życia wskazują mianowicie na to, że miał on wybitną słabość do stworów z orszaku Greckiego boga wina (i wódy) Dionizosa. Jednym z nich był wspomniany satyr Marsjasz, drugim Sylen, który wyjawił mu tajemnice ludzkiego (nie)szczęścia. Czytaj dalej

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Kolejne końce i początki świata — na 1 września

Czytałem sobie kiedyś seminarium Junga pt. Zaratustra Nietzschego. 1800 stron jazdy bez trzymanki. Głupawe i przemądrzałe pytania uczestników seminarium, na które Jung odpowiada momentami przynudzając. Beztrzymanka zaczyna się w momentach, kiedy helwecki terapeuta zabiera się za psychoanalizę wąsatego mózgu autora Tako rzecze Zaratustra. Powiedzmy sobie, że nie bardzo się z nim cacka. Przytacza zabawne historyjki zasłyszane od byłych bazylejskich studentów uberWąsa. Na przykład tę, jak to jakiś student postanowił dopytać Nietzschego po wykładzie o jakieś tam wątki ducha greckiego, których nie połapał podczas słuchania. Zresztą sami posłuchajcie…

Opowiadano mi […], że gdy pewnego razu Nietzsche miał wykład o Grecji, o Grecia Magna, gdy mówił o tym w sposób nader entuzjastyczny, po wykładzie podszedł do niego młody człowiek, który czegoś nie zrozumiał — cóż, zwykli studenci nie nadążali za wykładowcą, nie byli w stanie dorównać jego otchłannej umysłowości. A zatem młody człowiek zwrócił się do profesora z próbą o wyjaśnienie. Zanim jednak zdołał przedłożyć mu swą pokorną prośbę, Nietzsche zawołał: „Ah, oto właściwy człowiek! Błękitne niebo Hellady! Pojedziemy tam razem!”. A biedny student pomyślał: „W jaki sposób miałbym dotrzymać towarzystwa takiemu sławnemu profesorowi, jak miałbym zebrać pieniądze na taką eskapadę?” — myśląc tak, cofał się krok po kroku, Nietzsche zaś szedł za nim, rozprawiając o wiecznym uśmiechu greckiego nieba i Bóg jeden wie, o czym jeszcze, w końcu przyparł studenta do ściany. Gdy ten nie mógł się już ruszyć, Nietzsche nagle zrozumiał, że przeraził tego poczciwca swym entuzjazmem, nagle odwrócił się od studenta i już nigdy się do niego nie odezwał.

Czytaj dalej

3/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLII – czyli dziecko dziecku dorosłym

Pierwszy poniedziałek miesiąca mieliśmy w zwyczaju spędzać na rozmowach w formule filozoficznej kawiarenki. Co prawda obostrzenia epidemiczne zelżały, ale mimo to nie spotkamy się jeszcze twarzą w twarz. Aby jednak mózgi nie rdzewiały, postanowiłem je trochę naoliwić. Nie insynuuję bynajmniej, że komuś brak oleju w głowie, a jedynie wykazuję nieco zuchwałą zapobiegliwość. I polecam domową filiżankę kawy, jako dodatek do niniejszej lektury.

Tak się złożyło, iż czeka nas Dzień Dziecka; pokusiłem się zatem napisać coś a propos. Tylko cóż ja mogę powiedzieć o dzieciach. Zwłaszcza, że nie mam własnych (aczkolwiek z innego powodu, niż np. Tales, który spytany, dlaczego się nie postarał o potomstwo, odparł że: Z miłości do dzieci). Z braku refleksji po własnych doświadczeniach, postanowiłem posiłkować się mądrością zapisaną przez poprzednie pokolenia. Pominę jednak zdobycze myśli pedagogicznej i historię wychowania, a zaprezentuję wyrwane z kontekstu cytaty – te znane ale i te znane dużo mniej. Wszystko po to, aby pokazać, jak wyglądało podejście do dzieci i wychowania w różnych epokach i na różnych kontynentach.

 

Kiełkowanie, ząbkowanie

Mamy takie polskie przysłowie: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. I prawda owa niezmiennie znajduje swoje potwierdzenie. Ciekawe, czy jej autor wpadł na nią samodzielnie, czy może sparafrazował starożytną myśl asyryjską z VIII wieku przed Chrystusem: Jeśli kiełek nie jest zdrowy, nie będzie łodygi ani nasienia. Zakładam, iż stać było naszego słowiańskiego przodka na samodzielność – choć założenie swoje opieram nie tyle na wierze w zdolność obserwacji i twórczego jej opisu, ile na powątpiewaniu w dostęp do mądrości starożytnej Asyrii.

Tak, czy inaczej, Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał – z tym, że za uczenie się Jasia odpowiadają też dorośli. Afrykański lud posługujący się językiem Twi mawia: Dziecko przykuca obok starszych. Przykuca, obserwuje i naśladuje. Jak zauważył Johann Wolfgang von Goethe: Mielibyśmy doskonale wychowane dzieci, gdyby ich rodzice byli dobrze wychowani. I jest sporo racji w opinii, że nie tyle przez dorosłych są wychowywani, ile na przykładzie dorosłych wychowują się dzieci. Jakie matki, takie dziatki. Obrazowo nakreślił to Peter Ustinov stwierdzając, że: Rodzice są kośćmi, na których dzieci ostrzą sobie zęby. A może jednak miał coś innego na myśli. Czytaj dalej

4.4/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXIX – czyli człek po ludzku nieludzki

Z łaciny bestia to po prostu zwierzę. Natomiast bestialstwo rozumiemy, jako szczególne okrucieństwo. Dlaczego? Z jakiego powodu zezwierzęcenie jest synonimem ujmy, podłości i zła. Czy zwierzęta są okrutne, bezlitosne, perfidne, nienawistne, podstępne, fałszywe…? Chociaż można podać przykłady zachowań, które pasowałyby do tych pojęć, tak naprawdę będzie to nasza projekcja, rodzaj antropomorfizmu. Przykładamy do zwierzęcych poczynań ludzkie cechy, wydajemy sądy etyczne i oceniamy według naszych kryteriów. Tymczasem bezduszny, nikczemny, bezlitosny i kłamliwy jest… człowiek.

Bestia, Diabolina, Faun i Hellboy – w każdej bestii więcej jest z człowieka niż zwierza.

Tym, co odróżnia człowieka od innych żywych stworzeń jest między innymi sztuka. A zatem używanie wyobraźni i zdolności technicznych do tworzenia rzeczy, bez których pewnie jakoś byśmy sobie poradzili. Krótko ujął to Oscar Wilde: Każda sztuka jest bezużyteczna. Niezależnie od tego, czy jest użyteczna, na pewno potrafi być pożyteczna. A Giordano Bruno stwierdził: Dobrem w dziedzinie sztuki jest to, co naśladuje przyrodę. I tu nam się wątek zapętla; człowiek kultury odżegnuje się od zwierzęcej natury, a jednak poprzez sztukę wraca do niej i to z uznaniem. Czytaj dalej

4.83/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Emocje asekuracją rozumu

Od razu przyznaję się, bez bicia, że próbuję dotknąć tematu, o którym mam skąpe pojęcie. Liczę, iż odezwie się ktoś w nim obeznany – niechby i nawet z oburzeniem. Chodzi mianowicie o emocje.

Na początek dygresja z pogranicza oczywistości (wrogom dygresji wolno ten akapit pominąć). Zdrowy człowiek ma do dyspozycji pięć zmysłów. Uważa się, że wzrok i słuch są najważniejszymi, za pomocą których odbieramy świat. Czy też zwróciliście uwagę na to, że tylko pozostałymi coś czujemy? Czujemy zapach, czujemy smak, no i dotyk, a w obrębie tego zmysłu temperaturę, wilgoć, fakturę, twardość itd. Zdaję sobie sprawę, iż w kontekście zmysłów mówienie, że coś się czuje, może być jedynie utartym zwrotem frazeologicznym. Można go zastąpić innym, np. odbieram zapach, rozpoznaję smak, doświadczam dotyku. Jednak to, że używamy słowa: czuję, lub wyczuwam musiało się przecież skądś wziąć. Dlaczego więc najważniejszymi zmysłami nie czujemy?

Nie o takim czuciu jednak chciałbym tutaj napomknąć. Chodzi mi bowiem o uczucia, jakie przeżywamy, a w szczególności o emocje. Niemniej warto pamiętać, że wiele emocji bywa reakcją na bodźce przekazane właśnie przez nasze zmysły. Piękny krajobraz o zachodzie słońca, nieznośny hałas o świcie, woń zepsutej ryby, słodycz wykwintnego deseru, lub muśnięcie skóry jedwabnym szalem… to może obudzić różnorakie emocje. Zbliżmy się jednak do tego, czym chcę się zająć. Tytuł sugeruje pewne oddziaływanie sfery uczuciowej na sferę racjonalną. Zanim przejdę do moich refleksji, pozwolę sobie o czymś wspomnieć. Czytaj dalej

4.86/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXI – czyli życie bezwartościowe

W pierwszy poniedziałek miesiąca tradycyjnie spotykamy się w formule filozoficznej kawiarenki. Tako będzie i tym razem.

Jedni powiedzą, iż życie posiada wartość (i nawet jakoś to dookreślą, że wielką, nadrzędną, najwyższą, lub… nieokreśloną). Drudzy stwierdzą, że życie samo w sobie jest wartością (wielką, nadrzędną, najwyższą, lub… nieokreśloną). Na początek przyjmijmy z tych dwóch, owo pierwsze stanowisko.

I zapytajmy o wartość życia.

Czy jest ono bezcenne? Nieczęsto się o tym mówi, ale większość państw w swoich kalkulacjach wycenia ludzkie życie, z powodów czysto ekonomicznych, dla racjonalnego planowania polityki, m.in. zdrowotnej. Życie Amerykanina ekonomiści wycenili na ok. 7 mln dolarów. Z kolei życie Polaka według ZUS warte jest ok. 70 tys. zł. Inna jest wartość dla osób w wieku przedprodukcyjnym, inna dla tych w wieku produkcyjnym (i reprodukcyjnym), a jeszcze inna dla tych w wieku poprodukcyjnym. Inna dla żołnierza, inna dla więźnia, inna dla ludzi zdrowych, inna dla inwalidów. Koszt leczenia, opieki nad nieuleczalnymi, czy opłacalność ratowania życia znajduje odzwierciedlenie w budżecie NFZ. Poza tym towarzystwa ubezpieczeniowe również mają swoje tabelki i każdy uszczerbek na zdrowiu, każdy narząd i kosteczkę potrafią procentowo przeliczyć na złotówki. Na świecie większość ubezpieczalni szacuje, iż jeden rok dobrej jakości życia jest wart 50 tys. dolarów. Czytaj dalej

4.83/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)