Archiwum kategorii: Wpisy załogi

Coffeelosophy XLIV – czyli tęsknota za beztęsknotą

Pandemia odsłoniła przed wieloma osobami ich tęsknoty; zarówno te głęboko ukryte, jak i te tuż pod powierzchnią skóry, inne zaś, dobrze znane uwydatniła w intensywniejszej postaci. Również członkowie Pogadalni tęsknią za sobą, za żywym kontaktem… Wiele wskazuje na to, iż wytrwałość zostanie wkrótce nagrodzona. W najbliższy pierwszy wtorek miesiąca spotkamy się w formule filozoficznej kawiarenki. O nowym miejscu wspomnę poniżej.

***

Ludzie z tęsknotami mają problem. To zdanie można rozważać na dwa sposoby: po pierwsze ludzie mają problem ze swymi tęsknotami, po drugie ludzie przez tęsknoty mają problem. Skąd się bierze tęsknota? Z braku. Z niedostępności przedmiotu swych tęsknych westchnień. Tęsknota jest pouczająca: uświadamia na czym nam zależy, ćwiczy cnotę cierpliwości (jeśli jest szansa powrotu do obiektu westchnień), każe oswajać poczucie straty (jeśli ów obiekt jest trwale poza zasięgiem). Jednym odbiera siły i radość życia, innych uzbraja w nadzieję i popycha do działania. Bywa również inspirująca, czego przykładem są liczne dzieła sztuki, jakich świat by nie oglądał, gdyby ich autorzy za czymś nie tęsknili. No, i o ileż uboższe byłoby bajanie Homera, gdyby Odys nie tęsknił za domem. Generalnie jednak, jest to uczucie przykre, destrukcyjne i budzące frustrację.

Tęsknota często kreuje mylne wyobrażenia o wytęsknionym przedmiocie, idące w stronę idealizacji i upiększania. A potem, jeśli dane będzie komuś wrócić do tego, za czym tęsknił, często spotyka go rozczarowanie, pt. „inaczej to pamiętałem”. Wszystko dlatego, że tęsknota rozgrywa się w naszej wyobraźni. Towarzyszą jej obrazy upiększonych wspomnień oraz scen przedstawiających, jak wyglądałby powrót. Jedno i drugie jest do pewnego stopnia złudzeniem, lecz nawet gdy to sobie uświadomić, w niczym nie przynosi to psychicznej ulgi. Rozwiązaniem mogłaby być postawa stoicka, czyli studzenie emocji, opanowanie uczuć. Wiadomo, nie da się ich okiełznać siłą woli, czy mocą rozumu – są niezależne od nas, ale chodzi o to, by nie zawładnęły nami i naszymi decyzjami. Zatem z jednej strony wspomnienie czegoś niedostępnego, owiane miłymi skojarzeniami, z drugiej powściągliwość i dystans wobec nieracjonalnych podszeptów naszej uczuciowej sfery. Proste… a jakże trudne zarazem.

***

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, można dojść do wniosku, że winę za nasze cierpienia ponosi wcześniejsze przywiązanie do kogoś, lub czegoś, nie zaś tęsknota, która jest wtórna. Co z tym począć? Buddyzm rekomenduje porzucenie wszelkiego przywiązania. Nie jest to łatwe. Albert Espinosa radzi: Musimy się nauczyć tracić. Ja sądzę, że łatwiej byłoby się nauczyć nie zdobywać. Dużo łatwiej – aczkolwiek dzieje człowieka to historia podbojów, świadcząca o nienasyconym apetycie. Gdyby jednak udało się powstrzymać, albo choć ograniczyć zdobywanie – czy to bogactw, czy sławy, czy to władzy, czy serc, czy to wrażeń z podróży, czy doznań estetycznych, tudzież duchowych i intelektualnych – wówczas mniej by człowieka wiązało, również emocjonalnie. A tak… Człowiek, mimo posiadania wolnej woli i możliwości wyboru, nie jest władny w pełni kontrolować sfery uczuć. Szkoda, bo przydałoby się opanować takie umiejętności, jak wystrzeganie się afektów, unikanie budowania relacji, świadome nie zacieśnianie więzi. Wszak naraża nas to na ból, żal i zgryzotę.

Inaczej podchodził do tego poeta Alfred Tennyson, mówiąc: Lepiej kochać i utracić, niż nigdy nie zaznać miłości. Poniekąd wtórował temu Albert Einstein, dokonując swoistego bilansu: Miłość niesie ze sobą wielkie szczęście, o wiele większe od bólu, który przynosi tęsknota. Czy rzeczywiście? Dlaczego natura uznała, iż większą korzyścią dla ludzi jest zdolność do miłości, przyjaźni, polubienia, choćby i okupiona zestawem przykrych konsekwencji w obliczu straty – niż możliwość swobodnego uwolnienia się od uczuć i emocji? W takiej kosmicznej kalkulacji to musi się jakoś opłacać, musi wychodzić na plus, bo gdyby dochodziło do zrównoważenia zysków i strat wydawałoby się to niezbyt ekonomiczne. Dlatego ze słowami Tennysona nie zgadzał się inny człowiek pióra, Harlan Coben, stwierdzając: Lepiej kochać, a potem płakać. Następna bzdura. Wierzcie mi, wcale nie lepiej. Nie pokazujcie mi raju, żeby potem go spalić. W podobnym kierunku zmierzają słowa, jakie Adam Mickiewicz zawarł w Dziadach: Kto miłości nie zna, ten żyje szczęśliwy, i noc ma spokojną, i dzień nietęskliwy.

***

Kto tęskni, cierpi. A cierpienia należy unikać (co prócz Buddy powtarzał też Epikur). Nurzanie się w tęsknotach, zadręczanie wyidealizowanymi obrazami, a już znajdywanie w tym upodobania, wygląda na zwyczajnie niezdrowe. Należy żyć bieżącym czasem i ze stosowną przezornością wypatrywać przyszłości. Tymczasem wokół jest mnóstwo złamanych serc, osób samotnych, żałobników, ludzi pogrążonych w depresji. Trafnie ujęła to Olga Tokarczuk: Jak wygląda świat, kiedy życie staje się tęsknotą? Wygląda papierowo, kruszy się w palcach, rozpada… Po co człowiekowi tęsknota, po co ten dojmujący probierz ważności. Bylibyśmy zdrowsi i szczęśliwsi mogąc z niej zrezygnować.

Wiem, wiem – zaraz ktoś się oburzy; jak mogę odrzucać tęsknotę za bliską osobą, nostalgię za ojczyzną, za rodzinnym domem, za dawną pasją, itp. Przede wszystkim nie mogę odrzucić, choć niejednokrotnie bardzo bym chciał. Jednakowoż, gdyby się udało, to czy sprzeniewierzyłbym się wszystkiemu, co cenne. Odrzucenie, czy wygaszenie tęsknoty, nie zmieni ważności tych osób, wartości miejsc i wspominanych czynności. Natomiast pozwoli lepiej radzić sobie z czasem, na jaki zmuszeni jesteśmy być od tego wszystkiego daleko.

W wierszu Moja piosnka Cyprian Norwid pisał o nostalgii, zaczynając od słów opisujących, czego mu brak:

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów nieba,
Tęskno mi, Panie.

Do kraju tego, gdzie winą jest dużą
Popsować gniazdo na gruszy bocianie,
Bo wszystkim służą,
Tęskno mi, Panie.

W końcowych zaś strofach utworu znajduje się wyznanie, świadczące jak nieznośne jest tęsknienie a nawet myślenie o kraju. I, najwyraźniej w obliczu utraty nadziei na odmianę losu, Norwid zwraca się do Boga słowami:

Do beztęsknoty i do bezmyślenia, (…)
Tęskno mi, Panie.

Kiedy bowiem nie sposób odzyskać przedmiotu tęsknoty, rodzi się pragnienie przynajmniej uwolnienia od ciężaru tego uczucia. Smutek po stracie, szczególnie przy świadomości jej nieodwracalności, nie ma dobrych stron. Moim zdaniem fundamentalnym motorem ludzkich poczynań jest unikanie straty. Człowiek, który choć na moment poczuł się szczęśliwy, tracąc kontakt ze źródłem tegoż szczęścia, odczuwa ból i żal. Toteż trudno mi zgodzić się ze słowami Sokratesa, który rzekomo powiedział, iż Szczęście to przyjemność, której się nie żałuje. Przypuszczam, iż miał na myśli prawdziwe szczęście, do którego doszło się drogą mądrości, w dobry, sprawiedliwy sposób. I to szczęście zapewne jest trwałe. Trzeba jednak uczciwie zauważyć, iż taki rodzaj szczęścia dany jest nielicznym.

Większość z nas uszczęśliwia się w mniej doskonały sposób. Jako, że dozgonnego szczęścia nie zaznajemy, to i przyjemność obcowania z nim bywa krucha. Zatem, kontynuując odniesienie do myśli Sokratesa, tej naszej zwyczajnej przyjemności nie żałuje się tylko tak długo, jak długo ma się do niej dostęp. No, a poza nią są jeszcze przyjemności grzeszne, które kończą się poczuciem winy i żalem wyrażanym np. w konfesjonale. Utraconej przyjemności można więc żałować. I potwierdziłby to z pewnością wspomniany Epikur, który też utożsamiał ją ze szczęściem. A rozdzielenie człowieka z tym, co stanowi źródło przyjemności to oczywisty powód nieszczęścia. W omawianym przykładzie, nieszczęścia, któremu na imię tęsknota.

Spotkamy się w Dzień Dziecka i zapewne niejedna osoba wyzna, iż tęskni za dzieciństwem. Przytaknie też słowom Stefana Żeromskiego: Każdy ma swoje miejsce ulubione w dzieciństwie. To jest ojczyzna duszy. Ja akurat takowej nostalgii nie przejawiam. Niezbyt szczęśliwe dzieciństwo uchroniło mnie od rzewnych wspomnień. Oto sposób na tęsknotę – nie doświadczyć czegoś, po czym strata byłaby bolesna. I precz z sentymentalizmem! Przesadziłem?

***

Zapraszam 1 czerwca o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: tęsknota za beztęsknotą. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć, a być może potęsknić.

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLIII – czyli krokodyl doskonalszy od Augustyna

Epidemia daje się nam jeszcze we znaki, więc nie spotykamy się bezpośrednio, ale z okazji długiego majowego weekendu postanowiłem nadchodzący pierwszy wtorek miesiąca umaić krótkim wpisem, który – mam nadzieję, stanie się przyczynkiem do równie krótkiej dyskusji.

***

Kojarzycie św. Augustyna? Ale tego z Hippony? Celowo dookreślam skąd, bo świętych Augustynów było co najmniej tuzin. Zalazłem w pewnej książce modlitwę, którą rzekomo odmawiał. Leciało to mniej więcej tak:

Panie.
Jak to jest, że wędrujemy,
by podziwiać potęgę gór,
kipiel morską, meandrujące rzeki,
wspaniałość oceanów i orbity gwiazd…
a samych siebie mijamy bez zachwytu?

Tymi słowy Augustyn zwracał uwagę na to, jakiego podziwu jest godne Boże dzieło, noszące miano: człowiek. Nie wykluczam wszelako, że – w związku z powyższym – zachwycał się samym sobą. Nie jestem jego fanem, niemniej byłem zaskoczony, iż na długo przed humanizmem, próbował przez moment postawić człowieka w centrum świata i uznał, że wart jest większego podziwu, niż góry, wody i gwiaździste niebo. Jednakowoż, mimo zrozumienia dla jego intencji, nie zgadzam się z nim.

Tak na marginesie: czy aby faktycznie mijamy siebie bez zachwytu, zwłaszcza w naszych czasach. Nieraz odnoszę wrażenie, że całe mnóstwo ludzi popada w samozachwyt i samouwielbienie. Oczywiście wspominam o tym przekornie, bo w gruncie rzeczy zmierzam do czego innego. Uważam mianowicie, że cytowana modlitwa skłania się ku przesadnej idealizacji człowieka.

Gdyby tak wziąć lupę i przyjrzeć się mrówce, albo pszczole, bylibyśmy dużo bardziej uprawnieni do zachwytu. Zobaczylibyśmy dokładnie, jak wspaniale urządzone są te stworzenia, jak wszystko w nich jest dopasowane, zharmonizowane, jak wszystkie elementy ich konstrukcji współgrają ze sobą, spełniając doskonale swe funkcje. To, czym dysponują, zarówno w budowie, jak i możliwościach, jest minimum, jakiego potrzebują i maksimum, w jakie mogła je wyposażyć natura, aby nie przesadzić.

Chyba zgodzimy się co do tego, że coś, co da się udoskonalić, doskonałe nie jest. Stąd zachwycenie pszczołą i mrówką jest wiele bardziej zasadne, niż wobec człowieka. Tych owadów nie da się udoskonalić, bo niby w jakim kierunku. Aby radzić sobie w otaczającym je świecie posiadły optymalną formę. Owady pojawiły się na naszej planecie miliony lat wcześniej, niż małpy i człowiek. Miały zatem miliony lat na ewolucję i ulepszanie swoich cech. I od dobrych paru milionów nie musiały się już zbytnio zmieniać. Człowiek, jakiego znamy, ma zaledwie kilkadziesiąt tysięcy lat. Można powiedzieć, że dopiero rozpędza się w procesie ewolucji.

Powie ktoś, że owady są prymitywne, albo zarzuci im, że wręcz zmarnowały ofiarowany im czas, bo mogły wydoskonalić więcej zdolności. Kto inny doda, iż nie ma powodów do zbytnich zachwytów, bo żadna mrówka, ani pszczoła nie myśli, nie tworzy sztuki, nie używa wymyślnych narzędzi, nie jest świadoma siebie. To pewnie prawda. Ale czy musi to umieć? Każde żywe stworzenie ewolucyjnie dostosowuje się do otoczenia i doskonali wyłącznie dopóty, aż osiągnie optymalny stopień rozwoju. Taki, który umożliwi mu przetrwanie. Pszczoły i mrówki potrafią tyle, ile im potrzeba i ile wystarcza. Osiągnęły doskonałość w swoim zakresie.

Albo weźmy dla przykładu takiego krokodyla. Dlaczego nie ma skrzydeł? Skoro jest to ocalały dinozaur, to znaczy, że miał wiele dodatkowego czasu (w porównaniu z tymi wymarłymi) aby stać się skrzydlatym smokiem. Rzecz w tym, że skrzydła nie były konieczne, aby mógł przeżyć na planecie te kolejne kilkadziesiąt milionów lat. Przybrał doskonałą dla siebie postać, więcej mu nie potrzeba.

Tu ma prawo pojawić się myśl, że przecież ludzie też osiągnęli poziom przystosowania wystarczający, ażeby przetrwać. Na dodatek w krótszym czasie. I nieźle radzą sobie z przeciwnościami, fundowanymi przez środowisko życia. Faktycznie, można uznać, iż więcej nie potrzebujemy. I wielu ludzi tak dokładnie myśli. Jednak moim zdaniem należy zwrócić uwagę właśnie na to, że… myślimy. Za sprawą umiejętności rozumowania jesteśmy w stanie rozpoznać w sobie braki, dostrzec własne ograniczenia. Widzimy zatem swój niewykorzystany potencjał, domyślamy się, że czeka nas dalsza droga. Słusznie byłoby założyć, iż stać nas na więcej. Powinniśmy wobec tego mieć świadomość obecnej niedoskonałości. A jak jest w rzeczywistości?

Nadal podziwiamy góry i morza, a dzięki możliwościom technicznym, z coraz lepszymi rezultatami penetrujemy Wszechświat. Zaglądamy teleskopami w gwiazdy, słuchamy kosmicznych sygnałów radiowych, wysyłamy sondy i szukamy planet, bądź księżyców, na których mogłoby istnieć życie. Sondujemy kosmos i szukamy śladów życia, lecz wielu cieszy się podświadomie z ich braku. Dzięki temu utwierdza się w przekonaniu o swojej wyjątkowości. Realizuje więc postulat biskupa z Hippony; oprócz podziwu dla świata, zachwyca się sobą. A mi coś każe sądzić, że przedwcześnie, że niezasłużenie.

Augustyn w swej modlitwie przede wszystkim wskazuje na pewien stan rzeczy: zauważa, iż zachwycamy się pięknem przyrody (w dodatku ogranicza się do nieożywionej) oraz, że mijamy siebie bez zachwytu. I rzuca Bogu pytanie, być może nawet z nutą skargi, a przynajmniej niezrozumienia: jak to jest. Moim zdaniem, jeśli biskup pokładał ufność w Bogu i wierzył, że to Stwórca zaprowadził taki porządek w świecie – to owe pytanie nie powinno paść. Bóg urządził tak świat, bo uznał, iż tak powinien wyglądać. A nie wypada (zwłaszcza duchownemu) wątpić w słuszność bożych planów. Jest tak, bo tak ma być. Zatem, zachwycamy się tym co nas otacza, a nie zachwycamy się sobą, bowiem tak jest słusznie. I tego należy się trzymać.

Zdaniem Alberta Camus: W ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż na pogardę. Niestety nie dodał w jakich proporcjach rzeczy te mają się do siebie; może tych godnych podziwu jest zaledwie ciut ponad połowę. Jednak gdyby nawet było dużo piękniej, to daleko nam do ideału. Owady tudzież przytoczony krokodyl są doskonalsze od człowieka. Są w zasadzie ukończone, a w każdym razie odpowiednio dopracowane. I nimi można się zachwycać. Można, warto, a nawet wypada. Zaś zachwyt człowieka nad sobą, jako człowiekiem? To bodajże pycha, czyż nie. I zapewne dlatego nie sięgnę po lupę, bo wstyd byłoby mi spojrzeć mrówce w oczy.

A jakie jest Wasze zdanie? Zapraszam we wtorek 4 maja na spotkanie online o godzinie 18:00 – https://join.skype.com/akdnXYFpHEps Temat brzmi: doskonałość krokodyla. Pojawcie się, by porozmawiać, posłuchać, pomyśleć, a może i popodziwiać to, czy owo.

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Starożytni Ateńczycy też mieli swój Smoleńsk

Wszystko już było i to, co się dzieje to tylko jąkanie historii. Dwa i pół tysiąca lat temu Grecy, tak jak my, mieli potężnego sąsiada i też mieli demokrację. Co śmieszniejsze mieli też swój Smoleńsk. Rolę napromieniowanej Czarnobylem metropolii czerwonoruskiej odgrywał w tamtych odległych, ale równie głupkowatych czasach Archipelag Arginuzyjski. Ateńscy wodzowie pokonali tam Spartan uwalniając z oblężenia jedną z własnych armii, którą Spartanie zamknęli w potrzasku. Było tych wodzów ośmiu. Ich pech polegał na tym, że pod koniec bitwy rozpętała się burza morska, przez co nie mogli uratować rozbitków ze zniszczonych okrętów Ateńskich. Po powrocie do Aten kazano strategom tłumaczyć się z tego, że nie ratowali rozbitków, a uznano, że to musi być ich, tzn. wodzów wina, ponieważ oni sami nikogo innego nie obwiniali, a całą winę zwalali na brzozę, oj pardon, burzę. Oto fragment w którym Ksenofont opisuje początek śledztwa arginuzyjskiego:

Bitwa pod Arginuzami — zdjęcie z epoki (LOW RES)

[…] w radzie opowiadali strategowie o bitwie i o gwałtowności burzy. Kiedy jednak Timokrates oświadczył, że i pozostałych strategów należy uwięzić i pod sąd oddać, rada i ich uwięziła. Następnie odbyło się zgromadzenie ludowe, na którym inni poczęli oskarżać strategów, a zwłaszcza Teramenes, że powinni się wytłumaczyć przed sądem z tego, że nie uratowali rozbitków, a na dowód, że oni nikogo innego o to nie winili, pokazywał list, przysłany przez nich do rady i narodu ateńskiego, nie szukający winy w niczym innym poza burzą. Potem jednak każdy ze strategów wygłosił krótką obronę, gdyż nie dano im zgodnie z prawem czasu na dłuższe przemówienie, a wszyscy przedstawili przebieg wypadków: że oni sami płynęli na wroga, ratować zaś rozbitków nakazali dowódcom okrętów, ludziom do tego odpowiednim, byłym strategom, Teramenesowi i Trasybulowi, oraz innym podobnym — i jeżeli koniecznie trzeba kogoś obwiniać w sprawie ratowania rozbitków, to nikogo innego poza tymi, komu to było nakazane; „Z tego powodu, że oni nas obwiniają — mówili oni — nie będziemy kłamliwie twierdzić, że to oni sami są sprawcami nieszczęścia, lecz że gwałtowność burzy przeszkodziła ratowaniu” — i na potwierdzenie tego jako świadków stawiali sterników i wielu innych uczestników wyprawy [Ksenofont, Historie greckie, ks. I, VI, 5–7].

Ale co tam sternicy i inni ludzie, którzy rzeczywiście tam byli. Za szczególnie wiarygodne uznano sprawozdanie kogoś, kto sam o sobie mówił (czemu miałby kłamać?), że ocalał płynąc na beczce z mąką, a umierający marynarze kazali mu przekazać mieszkańcom Aten, że śmierci żołnierzy i marynarzy są winni tylko i wyłącznie postawieni w stan oskarżenia strategowie. Oto sprawozdanie Ksenofonta:

Ksenofont -starożytny reporter Agory

Przed zgromadzenie wystąpił także pewien człowiek, twierdzący o sobie, że uratował się na beczce mąki i że tonący marynarze powierzyli mu w razie uratowania się obowiązek obwieszczenia ludowi, że tych, którzy w obronie ojczyzny okazali się najdzielniejsi, nie uratowali właśnie strategowie [Ksenofont, Historie greckie, ks. I, VI, 10–12].

To sprawozdanie żywej czarnej skrzynki nie poprawiło położenia podsądnych. Wkrótce mieszkańcy Aten powołali Stowarzyszenie Rodzin Arginuzyjskich, którego członkowie chodzili po publicznych placach i opowiadali, że winni śmierci ich najbliższych są z pewnością ci, którym udało się przeżyć:

Stronnicy więc Teramenesa w czasie [jakiejś tam] uroczystości przygotowali wielu ludzi w czarnych płaszczach i z włosami przy samej skórze ostrzyżonymi, aby ci wyruszyli na zgromadzenie jako krewni poległych, i jednocześnie namówili Kalliksena, aby na zgromadzeniu tym oskarżał strategów [Ksenofont, Historie greckie, ks. I, VII, 9].

Historycy starożytni nie przekazują nam szczegółowych informacji o krążących wśród ludu wieściach o spartańskich tajnych maszynach do wytwarzania sztucznej burzy morskiej. Nie wspominają także o eksperymentach myślowych mających na celu wykazanie, że burza morska nie mogła zniszczyć okrętów, bo przecież ani powietrze, ani woda (jedyne dwa składniki burzy morskiej) nie są w stanie przebić grubych na pięć centymetrów desek drewnianych, i nie mogły w związku z tym połamać drewnianych burt okrętów z fabryki Tupolesa. Zamieszanie musiało być jednak wielkie, skoro Ksenofont poświęca mu aż dwa rodziały swoich Historii.

***

Jak się to wszystko skończyło? Ośmiu strategów skazano na śmierć i na sześciu z nich wyrok wykonano. Pojawiały się wprawdzie kontrrewolucyjne głosy tzw. rozsądku, nawołujące do przestrzegania procedur prawnych, ale:

[…] większość […] wydawała okrzyki, że byłoby oburzające, gdyby ktoś nie pozwolił ludowi czynić, co mu się tylko podoba [Ksenofont, Historie greckie,ks. I, VII, 12]

Kto miał rację? Sprawę rozwikłać było bardzo trudno, zwłaszcza, że mniej więcej wtedy pojawił się w Atenach Gorgiasz z Leontinoj, który twierdził, że, po pierwsze, bitwy pod Arginuzami w ogóle nie było; po drugie, nawet gdyby była, to i tak nikt by nie mógł się dowiedzieć, co się rzeczywiście wydarzyło; a po trzecie, nawet gdyby ktoś się tego dowiedział, to i tak nie mógłby nikomu przekazać wiadomości na ten temat, bo beczki z mąką nie pływają.

Do ciekawostek należy, że podczas przeprowadzania procedury sądowej, niektórzy urzędnicy wyrażali wątpliwości co do prawomocności podejmowanych przez Zgromadzenie Narodowe decyzji, i tych urzędników po namyśle postanowiono również posadzić na ławie oskarżonych. Tylko jeden podstarzały intelektualista sprzeciwił się decyzji podjętej przez Trybunał Rewolucyjny. Nazywał się Sokrates i był synem Sofroniska [Ksenofont, Historie greckie, ks. I, VI, 15–16].

Ciao!

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Christus resurrexit, alleluia!

Ojciec dr Michał Tadeusz Handzel przesłał naszemu Stowarzyszeniu piękne życzenia Wielkanocne. Z opóźnieniem, niemniej jednak, chciałbym je wszystkim przekazać.

„Autentyczni filozofowie zajmują się śmiercią i najmniej ze wszystkich ludzi przerażeni są umieraniem.”
(Platon, Fedon 67 E, tłum. R. Legutko)


“[Filozof] będzie głęboko o tym przekonany, że nigdzie indziej nie dostąpi mądrości w stanie czystym, jak tylko i wyłącznie tam [po śmierci]. Jeśli zobaczysz, że się któryś wzdraga i niepokoi, kiedy ma umrzeć; zaraz widać, że to z pewnością nie filozof (który mądrość kocha), tylko ktoś, kto kocha ciało; ten sam człowiek z pewnością kocha i pieniądze, i sławę; albo jedno z tych dwojga, albo i jedno, i drugie.”
(Platon, Fedon 68 B-C, tłum. W. Witwicki)

Niedawno – 4-tego kwietnia – chrześcijanie Tradycji Zachodniej przeżywali uroczystość Wielkiejnocy. Jedną z osób, żywiących przeświadczenie o zmartwychwstaniu (ἀνάστασις) Jezusa z Nazaretu zwanego Chrystusem, jestem ja. Najstarsze teksty jakie przetrwały do naszych czasów ukazują doświadczenie apostołów, którzy przeżyli pewne doświadczenie opisywane jako spotkanie z osobą zmartwychwstałego Mistrza. Uważam, że z doświadczeniem się nie dyskutuje – apostołowie oraz uczniowie mieli pewne doświadczenie, opisano je w takiej formie, jaka była najbardziej dostępna czytelnikom tamtych czasów.

Dla nas dziś aktualne są jednak słowa św. Pawła: „Tak więc i my odtąd już nikogo nie znamy według ciała; a jeśli nawet według ciała poznaliśmy Chrystusa, to już więcej nie znamy Go w ten sposób” (2 Kor 5,16). Nie znam więc Jezusa Chrystusa według ciała, nie spotkałem się ze Zmartwychwstałym twarzą w twarz. Dostępna jest mi jednak kontemplacja naturalna (filozofia rozumiana w ten sposób jak ją rozumiał Stefan Swierzawski) w świetle której poznaję tę mądrość, jaka jest Logosem – Synem Bożym, który stał się człowiekiem, umarł na krzyżu i zmartwychwstał.

Dla mnie jest to o tyle ważne, że tzw. wcielenie Logosu odbyło się w ten sposób, iż Jezus z Nazaretu zwany Chrystusem posiada dwie natury: Boską jak i ludzką; a także że ich zjednoczenie dokonało się:
– bez zmiany natur, to znaczy spotkanie ze sobą natury boskiej i ludzkiej w Jezusie Chrystusie nie zmieniło w żaden sposób ani ludzkiej, ani boskiej natury, tzn., że każda pozostała sobą ze specyficznymi dla siebie właściwościami;
– bez pomieszania, to znaczy, że obydwie natury Jezusa Chrystusa po zjednoczeniu nie uległy pomieszaniu ze sobą; nie powstała więc jakaś trzecia bosko-ludzka natura; pozostały natomiast dwie odrębne natury, boska i ludzka, a każda z nich zachowała specyficzne dla siebie właściwości;
– bez rozdzielenia, to znaczy mimo obecności dwóch natur w Jezusie Chrystusie po Wcieleniu nie było dwóch osób, lecz jedna Jezusa Chrystusa, w której spotkało się ze sobą bóstwo i człowieczeństwo;
– bez rozłączenia, to znaczy, że po Wniebowstąpieniu Jezusa Chrystusa natura ludzka nie odłączyła się od boskiej; tak więc Jezus Chrystus również po wniebowstąpieniu pozostał w pełni Bogiem i w pełni człowiekiem.

W efekcie należy stwierdzić, że Jezus z Nazaretu posiadał ludzką duszę a więc i ludzki umysł, który został całkowicie przebóstwiony przez Logos.

Czemu to dla mnie ważne? Ponieważ mój umysł może być – analogicznie jak umysł Jezusa z Nazaretu – przebóstwiony poprzez poznawanie tej Mądrości, którą jest Logos.

Mogę więc nieustannie podnosić (ἀνάστασις) swój umysł (νοῦς) do głębszego poznawania Prawdy; przez co mogę doświadczać nieustannej przemiany („μετάνοια), aż do tego momentu, gdy zostanę przemieniony na zawsze poprzez pełne zespolenie mojego umysłu z umysłem Boga (ὁ λόγος τοῦ θεοῦ [ho logos tu theu]).

Jeżeli ktoś z Was jest zainteresowany tego typu doświadczeniem – to właśnie takiego doświadczania Boga życzę.

Michał T. Handzel

dr Michał Tadeusz Handzel OSPPE
Kierownik naukowy Jednostki badawczo-naukowej im. G. Skoworody
przy Fundacji Autism Team
4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta o korzyściach samotności

Kolejne to święta, które przyjdzie spędzić w uszczuplonym gronie, lub wręcz w samotności. Już codzienność w takim składzie osobowym jest uciążliwa, lecz okres świąteczny – zwłaszcza, gdy bywał okazją do rodzinnych spotkań – uwypukla przygnębiający nastrój. Szukam pocieszenia w tej sytuacji i nie jest to proste. Generalnie rzecz biorąc, uważam, że przejściowe osamotnienie nie jest czymś złym – a to spowodowane pandemią chciałbym traktować właśnie jako przejściowe. Bywa to sposobnością by coś w sobie odkryć, by się rozwinąć, by wysnuć z ciszy jakąś trafną życiową refleksję… Owszem, człowiek to gatunek stadny. Posiada wewnętrznie zaprogramowaną, biologiczną potrzebę współtworzenia wspólnoty. To mu daje przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Ale czyż nie znamy przykładów ludzi, którzy doznali oświecenia dopiero w odosobnieniu, zostając pustelnikiem, zamieszkując w jaskini, albo udając się przykładowo na pustynię i wspomagając to postem, bądź… odsiadując karę więzienia.

Quiringh van Brekelenkam, Modlący się pustelnik

Separacja miewa pozytywny wpływ. Ale – jak mówię: miewa. Samo bowiem odizolowanie się od ludzi, czy krótko- czy długotrwałe, nie gwarantuje olśnienia, wzbogacenia duchowego, doznania nadzwyczajnych przeżyć, zdobycia mądrości, rozwiązania dotychczasowych problemów, wymyślenia rewolucyjnych idei lub technologii, zgłębienia wiedzy o Bogu, czy choćby o samym sobie. Nie każdy potrafi takie okoliczności wykorzystać w odpowiedni sposób, twórczo i owocnie, przekuć w coś wartościowego dla siebie, lub innych. Jednakowoż, gdy komuś to nie wychodzi, to też nie należy się załamywać. Ja w każdym razie się nie załamałem.

Pamiętajmy, że zwykle ci, którzy z samotności wynieśli jakiś pożytek, w ową samotność udawali się z własnej woli, albo potrzeby. Kto jest na nią skazany podlega nieco innym prawom. Ponadto ci sławni i wielcy to jednak zdecydowana mniejszość, wyjątki, u których być może zaburzone zostały potrzeby społeczne. Takim jednostkom jest łatwiej. A to pozostała większość ludzi jest wyznacznikiem tzw. normalności. Jeśli więc w samotności nie wymyśli się perpetuum mobile nie należy mieć do siebie pretensji, bo zwyczajnie taka jest ludzka natura i takie jej ograniczenia.

Warto pamiętać o jeszcze jednym. Bywa, iż samotność, szczególnie w ważnych dla człowieka chwilach, niesie z sobą pewne korzyści. Pozwala dostrzec, czyjej obecności najbardziej brakuje. Umożliwia spojrzenie na szereg spraw z dystansem niezakłócanym przez cudze opinie. Daje możliwość zweryfikowania swojego systemu wartości, poczucia, co faktycznie jest dla kogoś cenne, ważne, niezbędne.

     Takich spostrzeżeń w te święta życzę. I zdrowia.

Kłaniam Martinus

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Szklany sufit szklanych domów, czyli Dzień Kobiet

Od ponad stu lat kobiety świętują swój dzień. U jego podstaw leżała chęć zwrócenia uwagi na kobiecą niedolę, brak poszanowania i równouprawnienia. Skoro Dzień Kobiet nadal jest obchodzony, to najdobitniej dowodzi, iż jego przesłanki nie ustały.
Trudno jest być kobietą. Skąd to wiem? Bo mi się nie udało. I, broń Boże, nie pozwalam sobie żartować. Nie chodzi mi bowiem o fizyczną zmianę płci. Przy dostatecznym samozaparciu, z pomocą współczesnej medycyny, można tego dokonać. Będzie to jednak zmiana w obrębie cielesności. Tymczasem mam na myśli raczej tą wewnętrzną kobiecość. Wszystkie aspekty człowieczeństwa, którymi różni się od męskich. I tu mogą oburzać się te sufrażystki, feministki i emencypantki, które z uporem twierdzą, że różnice mentalne między płciami to mit. Ja uważam, że są czymś realnym. A co więcej – odnoszę wrażenie, graniczące z przekonaniem, że tzw. kobiece cechy charakteru i przymioty ducha w większej mierze przynoszą chlubę ludzkiemu rodzajowi, niżeli męski zestaw cnót i zalet. 

Czytaj dalej

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Szukacie dobrego powodu, żeby przestać się masturbować publicznie? — Oto on!

Dziś – tj. 25 lutego – jest Światowy Dzień Masturbacji, zwany też Dniem Onanizmu. Osobom nieco mniej obznajomionym poniższy tekst przybliży filozoficzno-obyczajowe aspekty i poniekąd religijne odniesienia wobec owego zagadnienia.

Niemal wszyscy starają się nie masturbować w miejscach publicznych. W dziejach cywilizacji zachodniej odstępstwem od tej reguły były jedynie upośledzone umysłowo zboczuchy i niektórzy filozofowie greccy okresu hellenistycznego.

Najsłynniejszym myślicielem, który publicznie marszczył nie tylko czoło był Diogenes z Synopy. Jego imiennik Diogenes Laertios pisał o nim:

„Zwykł był czynić wszystko publicznie, a więc i czyny należące do dziedzin Demetry i Afrodyty” [Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów, VI 2, 69].  Czytaj dalej

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Niewolnictwo przyszłości

Od pewnego czasu sztuczna inteligencja zajmuje umysły wielu ludzi. Ha! – jak to zabrzmiało: sztuczna inteligencja w umysłach ludzi. Ale ja nie o tym. Generalnie ci, którzy się nią głębiej interesują, zazwyczaj współdzielą obawy o przyszłość ludzkości. Dostrzegają bowiem szereg możliwych zagrożeń, jakie najprawdopodobniej ściągniemy na siebie rozwijając tą dziedzinę technologii. Stała się też ona obiektem zainteresowań etyków i filozofów. Rozważa się bowiem zakres odpowiedzialności moralnej za działania podjęte przez urządzenia korzystające z AI (ang. Artificial Intelligence). Również Komisja Europejska żywo interesuje się kierunkami rozwoju sztucznej inteligencji; nie tak dawno opublikowała tzw. białą księgę, traktującą o możliwych formach regulacji AI w Unii Europejskiej. To nie książka fantastyczna, ale przyczynek do regulacji prawnych. Przede wszystkim idzie o to, że

Europejskie podejście do sztucznej inteligencji ma na celu promowanie zdolności innowacyjnych Europy w obszarze sztucznej inteligencji, jednocześnie wspierając rozwój i wykorzystanie etycznej i godnej zaufania AI w całej gospodarce UE. AI powinna pracować dla ludzi i być siłą, która działa na rzecz dobra społeczeństwa…”

Obecnie wielkie koncerny i rządy wielu państw walczą o prymat w zarządzaniu sztuczną inteligencją. A ta coraz silniej dotyka każdego z nas. Nie jest to już tematyka futurystów i fantastów.

Jakiś czas temu Microsoft zerwał współpracę z kontraktowymi dziennikarzami, by zastąpić ich sztuczną inteligencją. To ona ma dobierać i publikować w serwisie giganta odpowiednie materiały. Proces uczenia maszynowego pozwala SI  (polski skrót Sztucznej Inteligencji) tworzyć coraz obszerniejsze artykuły w oparciu o choćby nieskładne gramatycznie zdanie, lub ledwie kilka słów kluczowych. Mamy też przykład z innego podwórka. Po śmierci Marvina Minsky’ego jednego z prekursorów badań nad SI, ukazał się w magazynie “Wired” tekst poświęcony zmarłemu – w całości napisany przez algorytm, któremu przekazano suche dane biograficzne.

W branży marketingowej też sięga się po SI, zwłaszcza, że hasła reklamowe tworzone przez roboty bywają bardziej chwytliwe i oryginalne od tych wymyślonych przez człowieka. Nie upowszechnia się to jeszcze tylko dlatego, że wdrożenie technologii sztucznej inteligencji pociąga wysokie koszty inwestycyjne. Są jednak firmy, które mogą sobie na to pozwolić. Żywo interesuje się tym Uber – gigant branży transportowej – gdyż wykorzystując SI można usprawnić procesy logistyczne: obsługiwać klientów – przy tym wielu równocześnie, oszacować czas i koszty dostawy, przyspieszyć proces dostarczenia przesyłki. Niedługo upowszechnią się samojezdne taksówki i ciężarówki, rozwija się też segment dronów powietrznych. Tymczasem automaty już piszą raporty giełdowe, komunikaty o trzęsieniach ziemi, tabele wyników sportowych, bo komputery są szybsze i dokładniejsze, szczególnie gdy chodzi o powtarzalne, żmudne i czasochłonne czynności. Czytaj dalej

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Blue Monday? Tak trzymać!

Dzisiaj mamy podobno najbardziej dołujący dzień roku. Jakiś naukowiec to wyliczył, dzieląc iloczyn naszego zadłużenia i nasłonecznienia zamieszkanego przez nas obszaru świata przez stopień motywacji pomnożony przez chłód ostrza noża na gardle wyrażony w Kelwinach. Wszystko to jest oczywiście pseudonauka niewarta funta kłaków. Każdy dzień w roku jest nieudany, a każda nadzieja jest produktem kartezjańskim niedouczenia i braku wyobraźni. Cynicy filozoficzni byli zawsze tymi, którzy nie dali się nadziewać na tego typu samoniespałniające się cacanki.

Tyle mam siły, żeby przybić was cytatem. Tym razem Lukian z Samosat. Oto obraz rzeczywistości ludzkiej widziany z zaświatów. Rozmawiają ze sobą Piekielny Uber Driver Charon i Messanger Zaświatów Hermes:

Charon: Widzę jakąś kołowaciznę, życie zamętu pełne, miasta ich podobne do ulów, w których każdy żądło swe ma, i sąsiada nim kłuje, garstka zasię, os wzorem, słabszą brać łupi i grabi. — A ta, ot, wokół nich niepostrzeżenie latająca czereda, co to takiego?

Hermes: To Nadzieje, Charonie, Lęk, Głupota, Chucie, Chciwość, Gniew, Nienawiść itd., itd. Z tych Głupota dołem się uwija, w gromadę ich wmieszana i do jednego z nimi należy społeczeństwa, jak również Nienawiść, Gniew, Zazdrość, Ciemnota, Bezradność, Chciwość; Strach natomiast i Nadzieje ulatują ponad nimi. Ów spadając z góry trwoży ich, czasami aż do ziemi gnie, Nadzieje zaś nad głową latające, w chwili gdy który z nich sądzi, że już, już je uchwyci, pierzchają, uciekają, zostawiając ich z gębami rozdziawionymi, istny obraz owego Tantala w podziemiu, któremu woda sprzed ust się wymyka. Jeżeli zaś wzrok wytężysz, zobaczysz i Mojry w górze snujące nić żywota dla każdego na wrzecionie, z którego wszyscy zwisają na cienkich włókienkach. Zali widzisz coś niby pajęczynę zwisającego z wrzecion nad każdym?

Charon: Widzę nad każdym cieniutką niteczkę, przeważnie poplątaną, ta z tą, ta z ową.

Hermes: I słusznie, przewoźniku! Bo przeznaczenie chce, że ów ma być zamordowany przez tego, ten znów przez kogo innego i że spadek odziedziczyć ma ten po owym, którego nić jest krótsza, ów zaś po tym. Ot, co znaczy owo pogmatwanie! Widzisz, na jak słabym wątku wiszą wszyscy? Ten, do góry wyciągnięty, buja wysoko, wkrótce jednak, gdy nić nie mogąc udźwignąć ciężaru pęknie, z rozgłośnym runie na dół łoskotem. Ów znowu, lekko tylko nad ziemią wzniesiony, choć spadnie, bez hałasu spadnie, tak że ledwo sąsiedzi upadek jego usłyszą.

Charon: O, jakże to śmieszne!

Podziałało przygnębiająco?

3/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Świat bez świąt

W starożytności (przynajmniej tej greckiej), aby ubliżyć czyjejś inteligencji, nazywano go abderytą. Wszystko dlatego, że mieszkańcy Abdery uchodzili za głupich. Do takiego stereotypu z pewnością nie pasował Demokryt z Abdery. I to wcale nie z powodu większej łatwości wyróżnienia się na (że tak powiem) pustym tle. Do właśnie jego mądrości chciałbym się teraz odwołać; powiedział on: Życie bez świąt jest jak długa droga bez zajazdów, w których podróżny mógłby się pokrzepić i wypocząć. Co prawda, istnieje także wersja tego cytatu mówiąca to samo o radości, ale czyż świętowanie nie bywa często silnie z radością splecione. W innym miejscu nasz wybitny abderyta stwierdził: Spośród rzeczy przyjemnych, te radują najbardziej, które się zdarzają najrzadziej. Te słowa również można odnieść do świąt, których wyjątkowość niejednokrotnie pokrywa się z rzadkością. Codzienne świętowanie spłaszcza i upowszednia wymowę obchodów.

***

Ludzie od zarania swych dziejów świętowali. Albo uznawali jakieś cykliczne zdarzenia za wyjątkowe, ważne, lub mające boskie pochodzenie, albo wspominali coś istotnego z ich historii i pamięć ową celebrowali. Powody mogły być różnorakie; bojaźń wobec bogów, szacunek dla przodków, chętne wspominanie i odświeżanie radosnych przeżyć, czy podniosłych chwil, bądź… zamiłowanie do wspólnego biesiadowania z motywem przewodnim. Czy pierwsze święto zrodziło się z wewnętrznej potrzeby i upodobania, czy z respektu i poczucia powinności – nie wiem. Może zaczęło się od tego, że w dawnych czasach, w jakiejś grupie siedzącej przy ognisku, ktoś nagle wyskoczył z pytaniem: A pamiętacie, jak równo rok temu…?

No dobrze, świętujemy i najwyraźniej to lubimy. Nie wnikam w powody. Nurtuje mnie jednak pytanie, czy święta są nam potrzebne – tak religijne jak i te świeckie. Mam nadzieję, że nie narażę się na zarzut obrazoburstwa, ale sądzę, że moglibyśmy żyć bez świąt. Coraz więcej ludzi udowadnia to własnym przykładem: nie uczestniczą w obchodach, traktują ten okres, jako dni wolne i wyjeżdżają sobie do ciepłych krajów, albo na narty, planują mały remoncik, albo nadrabianie różnych zaległości. Znajdują szereg pretekstów oraz wymówek, by przykładowo w czas bożonarodzeniowy nie spotykać bliskich i nie wpakować się w nudne siedzenie przy stole, przed telewizorem, w niezręcznym milczeniu, bądź w atmosferze jeszcze bardziej niezręcznych rozmów, pełnych niewygodnych tematów. Unikają konfrontacji, by nie musieć się z czegoś tłumaczyć, kogoś przepraszać, albo – co nieraz trudniejsze – komuś wybaczyć. Nie biorą udziału w uroczystościach, a mimo to, tudzież dzięki temu, odczuwają większe zadowolenie, niż zmuszając się do kultywowania tradycji. Czytaj dalej

5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2 15