Archiwum kategorii: Wpisy załogi

Pokój gościnny: Jeden człowiek i jego dwa światy

 

Stworzyliśmy przestrzeń do wypowiedzi refleksyjno-filozoficznej dla osób spoza załogi naszej internetowej strony. W przestrzeni tej, zwanej właśnie pokojem gościnnym, znajdą miejsce pomyślenia warte ugoszczenia.


Nasze codzienne doświadczenia możemy identyfikować z dwoma istniejącymi równolegle rzeczywistościami. Wygląda to tak, jakbyśmy żyli w dwóch światach jednocześnie. Oba światy oparte są na umyśle i ciele (czyli dwa w jednym). Ale…

Jeden świat, to świat „zwierzęcy” – absolutny – intuicyjny, odnoszący się do ciała i zmysłów, świat materialny, oparty na tym, co fizyczne, co można realnie dotknąć, jak np. krzesło. Drugi świat, to świat umysłu, w którym wirtualne, wymyślone krzesło możemy postawić na wirtualnej, wymyślonej planecie i dotknąć to krzesło, lub oprzeć na nim nasze szlachetne ciało, odczuwając gładkość, opór, itp. W obu przypadkach – w obu rzeczywistościach, nasze zmysły mogą doznawać niemal identycznych uczuć. Wiele zależy od zaangażowania w doświadczenie obecności wspomnianego krzesła. Oba światy łączą realne uczucia – produkt jednego umysłu – mimo, że jeden ze światów z założenia jest umownie realny a drugi umownie wirtualny, nierealny.

Jakie, w tej sytuacji, cechy będzie miał świat realny? Jest ograniczony w czasie i przestrzeni – możemy tak powiedzieć patrząc nań z boku, z pozycji świata wirtualnego – umysłowego. Natomiast z perspektywy świata realnego, nie ma w nim czasu a przestrzeń sprowadza się do doświadczania rzeczywistości za sprawą naszych zmysłów: głównie wzroku. Przyjmuję, że w rzeczywistości absolutnej (realnej/materialnej) nie ma myśli tworzących rzeczywistość wirtualną (chyba, że obserwujemy myśli samoistnie powstające, bez naszego świadomego zaangażowania – może to być etap przejściowy, prowadzący do ostatecznej obserwacji ciała). Jest natomiast ciało doświadczające wszelkich uczuć, np. napięcia lub rozluźnienia. Możemy mówić o stanie „nirwany” oznaczającym zniknięcie myśli. By znaleźć się w tej materialnej rzeczywistości , którą można nazwać rzeczywistością absolutną, można przenieść naszą uwagę ze sfery umysłu do sfery ciała. Oczywiście można uznać, że myśli to również świat realny/materialny, ponieważ opierają się na materialnych zjawiskach. W tej sytuacji myśli można traktować jako zjawiska materialne, jeżeli obserwujemy je z perspektywy świata absolutnego.

Jakie cechy ma świat nazywany tutaj światem wirtualnym? Zakładam, że w świecie wirtualnym obecne są myśli i obecne są uczucia wywołane tymi myślami. Natomiast można przyjąć, że rzeczywistość wirtualna, jest nieograniczona w czasie i przestrzeni, możemy być gdziekolwiek, jako ktokolwiek, robiący cokolwiek, np. możemy być różowym jednorożcem zmieniającym się na przemian w katedrę Notre-Dame i Sofię Loren. Możemy być Panem Bogiem, albo ziarenkiem maku w makowcu zjadanym przez Archanioła Gabriela o twarzy Paris Hilton, lub Antoniego M.

Ale uczucia w rzeczywistość wirtualnej są realne w nierealnym świecie… czujemy lęk przypominając sobie okoliczności wywołujące lęk. Możemy w tej sytuacji przyjąć, że każda myśl tworzy element nierealnego świata oraz to, że żyjemy w złudnej rzeczywistości wirtualnej, istniejącej w naszym umyśle, ale doznajemy prawdziwych uczuć: lęku , pragnienia, itd. Za każdą myślą stoi czy leży uczucie. Odnoszę wrażenie, że nie ma myśli, która by nie wywoływała jakiegoś uczucia.

Slavius


Na naszej stronie pojawił się niegdyś wpis dotyczący uczuć i emocji, pod którym Slavius zmieścił komentarz, będący – jak sądzę – dobrym uzupełnieniem powyższego wpisu: Emocje asekuracją rozumu – Stowarzyszenie Doradztwa Filozoficznego “Pogadalnia”

4/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLVI – czyli dawajcie, a będzie wam dane

Wydaje się, że wymiana coś za coś, jest czymś oczywistym i wręcz naturalnym. Otrzymać coś, dając coś w zamian wydaje się uczciwe, a co za tym idzie oczekiwane, pożądane, nawet konieczne. Czy będzie to handel wymienny, czy kupienie czegoś za pieniądze, czy odwdzięczenie się przysługą za przysługę – mechanizm jest podobny. A jednak są sytuacje, które budzą naszą dezaprobatę, jak wymiana dziewczęcia za kilka wielbłądów, opłacenie mordercy, zrewanżowanie się pomocą w kradzieży. Wiele zależy po prostu od kontekstu. A także od uznawanego kodeksu etycznego. Jezus nauczał: Dawajcie a będzie wam dane. Miał, rzecz jasna, na myśli wyświadczanie dobra. Obiecywał za to otrzymanie nagrody i to odmierzonej solidną miarą. Czy nie jest w tym ukryta pewna zachęta do interesowności – przecież nie mówił po prostu: Dawajcie.

Daj, byś otrzymał

Podobnie jest przykładowo z korupcją (łacińskie: corruptio to zepsucie i demoralizacja). Platon w „Prawach” stwierdził, że należy potępiać tych, którzy przyjmują łapówkę. O zjawisku tym pisał Arystoteles jak też Machiavelli, Monteskiusz i inni. Jak widać, odwieczny to problem. Ogólnie chodzi o to, że strony zaangażowane w korupcję zawiązują ze sobą porozumienie na zasadzie „do, ut des” (daję, abyś dał). Innymi słowy zawsze idzie o pewne korzyści, ale – uwaga! – osiągane przy nadużyciu, lub złamaniu prawa. Nie jest to więc wyłącznie kwestia moralna.

Alegoria korupcji

Platon w “Państwie” przytacza dialog, w którym Sokrates wyjaśnia Adejmantowi, jak należy młodych ludzi wychowywać i kształtować, aby byli dobrymi obywatelami. Z dialogu filozof wysnuwa wiele przestróg i osądów moralnych; pośród tego bogactwa jest i fragment, gdzie Sokrates radzi:

“— A także nie pozwolić naszym ludziom, żeby chętnie dawali łapówki ani żeby sami lecieli na pieniądze.
— Nigdy – [potwierdził Adejmant].
— Więc im nie śpiewać, że:
>>Dary na bogów działają, działają na królów czcigodnych. <<
I nie chwalić nauczyciela Achillesowego, Fojniksa, że w sam raz mówił, radząc mu, aby naprzód wziął dary od Achajów, a potem im dopiero pomagał, a pokąd darów nie przyniosą, żeby się gniewał dalej. I samego Achillesa o to nie posądzimy i nie uwierzymy, że był taki chciwy i od Agamemnona dary wziął, i znowu za trupa przyjął okup, i dopiero wydał zwłoki, a inaczej nie chciał.
— Przecież nie godzi się — powiada — chwalić takich rzeczy.

Skoro przy wychowaniu latorośli jesteśmy, to jakim terminem opisać sytuację, gdy dorosły zwraca się do dziecka w te słowa: odrób lekcje, to dostaniesz cukierka; jak posprzątasz zabawki, będziesz mógł dłużej pograć na konsoli; zjedz warzywa, to pójdziemy do kina; masz tu parę złotych i popilnuj braciszka. Trafiamy na dość grząski grunt, gdyż część dorosłych uważa, że to zwyczajny, wychowawczy system nagród, a niektórzy wpiszą to w naukę podstaw ekonomii, dzięki czemu dziecko widzi, iż za pracę jest zapłata i niczego nie ma za darmo. Czy jednak nie ślizgamy się po granicy przekupstwa?

Nelson D. Schwartz zamieścił w New York Times artykuł pt. „Bribes and fraud. Capital punishment” co można chyba tłumaczyć: „Łapówki i oszustwa. Kara śmierci”. Wspomina w nim, że starożytni Ateńczycy pozbawiali skorumpowanych urzędników obywatelstwa i tym samym prawa do uczestnictwa w instytucjach politycznych państwa-miasta. Przytacza też przykład Demostenesa, któremu przytrafiła się tzw. „chrypka po połknięciu srebra i złota”. W 324 r. p.n.e. ten wyborny retor i przywódca polityczny, chcąc uniknąć wypowiedzenia się przeciw Harpalusowi, symulował utratę głosu. Gdy wyszło na jaw, iż za milczenie przyjął łapówkę, skazano go na zapłacenie 50 talentów – co przeliczono na równowartość dzisiejszych 20 milionów dolarów. I do tego spotkało go jeszcze wygnanie.

W Republice Rzymskiej pierwszy uporządkowany kodeks był surowszy; Prawo XII Tablic przewidywało dla sędziów, którzy skalali się łapówką, karę śmierci. Z biegiem czasu prawo łagodniało, zwłaszcza z rozwojem Cesarstwa Rzymskiego i trudnością w jednoznacznym rozstrzygnięciu, co jest już łapówką, a co jeszcze kwalifikowało się jako podarunek. Ze swojej strony wspomnę, iż w naszym prawodawstwie też istnieje takie rozróżnienie. Cesarz Tyberiusz przymykał oko na korupcję, byle urzędnicy nie przesadzili w swej zachłanności. Optował za tym, by „jego owce strzyc, ale nie pozbawiać skóry”. Obywatele nadal więc płacili urzędnikom „pod stołem” mimo, iż w oficjalnym dyskursie było to naganne.

Mniej pobłażliwie traktowano taki występek w XI-wiecznym Bizancjum. Kto brał w łapę złoto, nie mógł potem brać w nią klejnotów. W Cesarstwie bowiem – jak pisze prof. Walter Kaegi, historyk z chicagowskiego uniwersytetu – za łapówkarstwo urzędnika oślepiano i kastrowano. Przy czym, co ciekawe – pozbawienie klejnotów nie było karą przewidzianą przez prawo. Był to swego rodzaju zwyczajowy przejaw wzburzenia opinii publicznej. Powiada się: co kraj to obyczaj. A przecież to, co obyczajne i nieobyczajne potrafiło się zmieniać także w obrębie tego samego kraju.

Zbliżmy się do naszego podwórka. Ustawa z dnia 18 marca 1921 r. O zwalczaniu przestępstw z chęci zysku, popełnionych przez urzędników mówiła w Artykule 2, że „Urzędnik, winny: przyjęcia podarunku lub innej korzyści majątkowej, bądź obietnicy takiego podarunku lub innej korzyści majątkowej, danych w zamiarze skłonienia go do pogwałcenia obowiązków urzędowych lub służbowych (…); [a także urzędnik winny] innego przestępstwa służbowego, popełnionego z chęci zysku i z pogwałceniem obowiązków urzędowych lub służbowych (…) z chęci zysku – będzie karany śmiercią przez rozstrzelanie.”

Znacznie łagodniej traktowano osobę wręczającą łapówkę. Czekało ją ciężkie więzienie od 4 do 15 lat. No, chyba że popełniła takie przestępstwo “zawodowo” – wówczas podobnie jak urzędnik trafiała przed pluton egzekucyjny. Czas mijał a prawo łagodniało. Dziś podobne wyroki byłyby nie do pomyślenia.

Zastanawiałem się nad taką sytuacją: jest sobie urząd, w którym urzędnicy pracują opieszale. Coś, co powinni załatwić w ciągu 14 dni, przeciąga się do kilku miesięcy. Może nawet nie z ich winy, a z nadmiaru zadań, lub niedoboru kadry. I przychodzi petent z kopertą, prosząc, aby jego sprawę rozpatrzono w normalnym trybie, w przewidzianym ustawowo terminie. Urzędnik się zgadza. Czy doszło do korupcji? W końcu rozpatrzył wniosek nie łamiąc przepisów, w ramach uprawnień służbowych, w prawidłowym czasie, nikogo – jak się zdaje – nie krzywdząc.

W ocenie powyższej sytuacji pomocne będzie przedstawienie definicji korupcji, co pozwoli przeanalizować, czy do niej doszło. Artykuł 2 cywilnoprawnej konwencji o korupcji sporządzonej w Strasburgu dnia 4 listopada 1999 r. stwierdza następująco:

Korupcją jest żądanie, proponowanie, wręczanie lub przyjmowanie, bezpośrednio lub pośrednio, łapówki lub jakiejkolwiek innej nienależnej korzyści lub jej obietnicy, które wypacza prawidłowe wykonywanie jakiegokolwiek obowiązku (…).

Wtrącę tylko, że w 2002 r. Polska też ratyfikowała tą konwencję. Sądzę, iż kluczowym jest nie tylko fakt, że urzędnik wziął ową kopertę, ale główne znaczenie ma to, co definicja określa nienależną korzyścią. Mimo bowiem, że urzędnik nie wypaczył swych obowiązków po względem prawnym, nie złamał przepisów, trzymał się terminów – to przyjął zapłatę, która mu się nie należała. A winien był załatwić sprawę w ramach swego comiesięcznego wynagrodzenia. Czy przynajmniej nikogo tym nie skrzywdził? Wpuszczając owego interesanta poza chronologiczną kolejnością wniosków zadziałał poniekąd na szkodę innych, czekających petentów, których sprawy odsunęły się w czasie jeszcze bardziej. Do tego przyniósł ujmę urzędowi, zawiódł szereg osób swoją postawą, nadwątlił ich zaufanie i dał zły przykład moralny. Hańba mu! I kara do 8 lat więzienia. A gdyby doszło do naruszenia prawa, to do 10 lat, zaś przy kopercie znacznej wartości – do lat 12. Ale przynajmniej nie dostanie kulki i zachowa kulki.

Jak pokazały wcześniejsze przykłady, korupcja – choć zawsze nieetyczna – plasowała się na różnym poziomie społecznej nagany i pociągała za sobą kary o różnej dotkliwości. W Polsce w ostatnich latach rokrocznie sądy skazywały za łapownictwo stu kilkudziesięciu urzędników (bywały lata, że blisko 200) – na ogół zapadały wyroki w „zawiasach”. Skoro kara może być zarówno bardzo surowa jak i łagodna, tudzież w zawieszeniu, czyli praktycznie żadna, to niechby kodeksy w ogóle jej nie przewidywały. Oznajmijmy wyraźnie, że przekupstwo jest czynem nieetycznym i pozostawmy sprawę indywidualnemu głosowi sumienia. Ostatecznie, jak przypuszczam, nawet dziś istnieją okoliczności łagodzące w przypadku korupcji; da się zatem czyn taki choć częściowo usprawiedliwić – czy jakąś wyższą koniecznością, czy brakiem lepszego wyjścia bądź innego wyboru. Może, jako kara wystarczy poczucie winy i wstydu, publiczne napiętnowanie, rodzaj infamii…

Na pewno odezwą się głosy, iż tak się nie godzi. Bo to podważa wiarę w uczciwość aparatu administracyjnego, w rzetelność urzędników, a w konsekwencji w sprawiedliwość samego państwa, które ma strzec porządku oraz dobra i równych praw obywateli. Pewnie jest w tym słuszność. Z drugiej strony mogłoby z korupcją być podobnie, jak np. ze zdradą małżeńską. Nikt takiego występku nie pochwala, aczkolwiek w niektórych przypadkach można go zrozumieć, wytłumaczyć. W innych z kolei pociąga on za sobą pewne konsekwencje prawne. W świadomości zaś osób wierzących jest dodatkowo grzechem, czyli wiąże się z pewną karą. Tymczasem korupcji nie ma ani wśród 10 Przykazań, ani na liście 7 grzechów głównych. Kto wie, może nie jest aż taka zła, może dopuszczalne jest przymknięcie nań drugiego oka.

Fakt, że korupcja nie dostąpiła miejsca w Dekalogu mógłby świadczyć o tym, że albo nie występowała wśród Izraelitów, albo nie była traktowana jako coś złego. Takie wnioskowanie okazuje się jednak mylne. Na kartach Biblii znajdują się liczne miejsca poświęcone tej przywarze. Tak, jak Sokrates odradzał myślenie, iż dary na bogów działają, tak i nawrócony król Jozafat pouczał sędziów: “Uważajcie więc, co czynicie, nie ma bowiem u Pana, Boga naszego, niesprawiedliwości, stronniczości i przekupstw.” W Mądrości Syracha także napisano: “Nie staraj się przekupić Go darem, bo nie będzie przyjęty”. Można tylko zadać sobie przy tej okazji pytanie, po co – jeśli bóstwa są nieprzekupne – w dalszym ciągu składano im ofiary. Syrach stara się to wyjaśniać (Syr 35), ale nie o tym teraz.

Wróćmy do spraw czysto ludzkich. W Psalmie 26 człek w poczuciu doznanej niesprawiedliwości zwraca się do Boga:

Nie dołączaj mej duszy do grzeszników
i życia mego do ludzi pragnących krwi,
w ich ręku zbrodnia,
a ich prawica pełna jest przekupstwa.
Ja zaś postępuję nienagannie (…)

W Księdze Koheleta czytamy: “Bo rzecz przywłaszczona może ogłupić mędrca, a przekupstwo czyni serce przewrotnym”. Z kolei pośród Mądrości Syracha (Syr 40,12) znajdujemy zapowiedź: “Każde przekupstwo i niesprawiedliwość zostaną starte, a uczciwość na wieki trwać będzie.” O przekupywaniu i jego próbach w różnych okolicznościach, łatwo znaleźć jeszcze kilkadziesiąt wzmianek, zawsze w negatywnym tonie. Świadczyć to może, iż łapownictwo uważano za grzeszne. I spodziewano się, iż w ten, czy inny sposób zostanie wyrugowane (za sprawą ludzkich starań, bądź boskiej interwencji). 

A może lepszym rozwiązaniem byłoby zalegalizowanie korupcji. Trochę niefortunnie to ująłem, toteż spieszę z wyjaśnieniem. Moglibyśmy w urzędzie – zależnie od własnej woli i majętności – załatwić konieczne sprawy w normalnym trybie, albo odpłatnie. Tak, jak w tej samej przychodni zdrowia, u tego samego lekarza możemy leczyć się prywatnie, lub z państwowego funduszu zdrowia. Kogo stać, leczy się szybciej i w lepszych warunkach. Czy obecnie ktoś to nad wyraz potępia? Niechby zatem urzędnicy też otwierali prywatne praktyki. Jasne, że prywatne gabinety lekarskie, czy kliniki nie zlikwidowały korupcji w służbie zdrowia, ale myślę, że ją zmniejszyły, dając wybór bogatszym. W urzędach wyboru za bardzo nie ma.

Czy wobec tego, na tym polu również nie sposób doprowadzić do triumfu sprawiedliwości. Czy owieczki muszą dać się strzyc? Może niestety jest jakaś racja w słowach Trazymacha z Chalcedonu, który widział zakorzenioną w człowieku chciwość i płynącą zeń skłonność do niesprawiedliwości. Ów sofista – o czym pisze Platon w „Państwie” – naskoczył na Sokratesa tymi słowy:

„Bo tobie się zdaje, że pasterze owiec i krów mają na oku dobro owiec i krów i tuczą je, i chodzą koło nich, mając na oku coś innego niż dobro swoich panów i własne, i tak samo ci, co rządzą w państwach, którzy naprawdę rządzą, myślisz, że jakoś inaczej się odnoszą do rządzonych niż jak do owiec i o czymś innym myślą nocą i dniem, jak nie o tym, skąd by wyciągnąć jak największą korzyść dla siebie. (…) ty nie wiesz, że sprawiedliwość i to, co sprawiedliwe, to jest w istocie swojej dobro cudze: dla mocniejszego i rządzącego — interes, a dla rządzonego i poddanego — szkoda. Niesprawiedliwość (…) panuje nad naiwnymi naprawdę „poczciwcami” i nad sprawiedliwymi. Rządzeni robią to, co leży w interesie rządzącego, bo on jest mocniejszy; słuchając go, przyczyniają się do jego szczęścia, a do własnego ani odrobiny. Trzeba przecież zobaczyć, arcynaiwny Sokratesie, że człowiek sprawiedliwy wszędzie ma mniej niż niesprawiedliwy. Najpierw w interesach, w spółkach. Gdziekolwiek się taki jeden z drugim zwiąże, to przy rozwiązaniu spółki nigdy nie znajdziesz, żeby sprawiedliwy miał z niej więcej niż niesprawiedliwy.
A następnie w stosunku do państwa, kiedy chodzi o podatki, to z jednakich dochodów sprawiedliwy wpłaca więcej, a niesprawiedliwy mniej. A jak można coś dostać, to ten nie dostaje nic, a tamten zyskuje grubo. A znowu jak jakiś publiczny urząd spełnia jeden i drugi, to dla sprawiedliwego jest kara — jeżeli już nie inna, to ta, że jego własne gospodarstwo schodzi przy tym na psy, bo on nie ma czasu dbać o nie, a z publicznego grosza takiemu nic nie przyjdzie, bo on jest sprawiedliwy, a oprócz tego jeszcze zaczynają go nienawidzić krewni i znajomi, kiedy im nie chce oddawać żadnych przysług wbrew sprawiedliwości. A u niesprawiedliwego wprost przeciwnie
.”

Kumie! Bratanku!

Krewni i znajomi czasem nie ułatwiają życia. O ile korupcję udaje się z mniejszym, lub większym powodzeniem wykazać i dzięki temu ukarać, o tyle w przypadku kumoterstwa i nepotyzmu sprawa nie jest tak prosta. Wszystko dlatego, że stanowiska i godności przyznawane są członkom rodziny (łac. nepos to bratanek, siostrzeniec), lub przyjaciołom i osobom przynależnym do tej samej grupy, z którymi „dawca” posady sympatyzuje. Przy tym najczęściej nie idzie to w parze z żadną korzyścią w rewanżu. No, „dawca” miewa poczucie satysfakcji, że wsparł kogoś bliskiego, albo umocnił pozycję swojej grupy. Jednakowoż konkretnych, a zwłaszcza wymiernych korzyści może wcale nie być.

Ani kumoterstwo, ani nepotyzm, (ani kupczenie urzędami, w kościele zwane symonią) nie są nowymi pojęciami. Opisują zjawiska tak stare, jak stare są wszelkie stanowiska, godności i urzędy. Nie jest to oczywiście żadne usprawiedliwienie; to że od dawna dzieją się rzeczy złe, nie oznacza, iż należy zaniechać ich zwalczania. Nadmieniłem o tym, bo taka jest ludzka natura i jej skłonności. To, co obserwujemy w naszych czasach może mieć inną skalę i inny stopień bezczelnej jawności, ale na gruncie zasad działania stanowi podobieństwo do poczynań poprzedników. I możemy się cofać w historii dowolnie daleko, a nawet założyć, iż w czasach przedhistorycznych też miało to miejsce.

Nadużycia i niesprawiedliwość mają mocną pozycję w świecie. Nawet Sokrates zauważył, iż więcej wokół nas dostrzegamy przejawów zła, niżeli dobra. Zdawał się jednak mieć sporo nadziei, iż możliwe jest przeciwstawienie się temu. Inaczej sądził wspomniany Trazymach, który w swej diagnozie społeczeństwa upierał się, iż to niesprawiedliwość bierze górę, przynosi proporcjonalny do siebie zysk i gwarantuje szczęście. Tak prawił do Sokratesa:

„A najłatwiej się o tym przekonasz, jeżeli weźmiesz pod rozwagę niesprawiedliwość najdoskonalszą; ta czyni najszczęśliwszym człowieka, który się dopuścił niesprawiedliwości, a skrzywdzonych i tych, którzy się krzywd dopuszczać nie chcą, skazuje na nędzę ostatnią. To jest dyktatura. Ona po niemałym kawałku cudze dobro zagrabia, i po cichu, i gwałtem, i święcone, i niepoświęcone, prywatne czy publiczne — wszystko razem.”

Z jednej strony to wstyd, że po wiekach doświadczeń i nabierania rozumu, człowiekowi wciąż daleko do doskonałości. Z drugiej strony, niektóre mechanizmy zachowań wydają się zrozumiałe. Gdy z grupy dzieci mających grać w piłkę wyłoni się dwóch kapitanów, każdy z pozostałej gromady wybiera sobie zawodników do swojej drużyny. Nikogo nie dziwi, z jakiego klucza odbywa się ów wybór. Kapitan chce wygrać, więc bierze najlepszych, ale też przyjaciół i bliższych kolegów. Wybór podyktowany jest pragnieniem zwycięstwa, czyli jakimś zyskiem, ale taka motywacja nie wpisuje się w definicję korupcji. Inaczej byłoby, gdyby zawodnik, bądź ktoś w jego imieniu, obiecał lub dał coś kapitanowi za wybór do składu drużyny (istnieją takie pojęcia, jak korupcja sportowa, sprzedajność i przekupstwo sportowe oraz płatna protekcja sportowa).

Przyjmijmy jednak, że do niczego takiego na podwórku nie doszło. Potrafię w związku z tym zrozumieć, że szef jakiegoś resortu, zwierzchnik w urzędzie, lub ktoś piastujący kierownicze stanowisko w jakiejś spółce, woli otaczać się osobami, które zna, którym ufa, z którymi podziela poglądy i wizję na lepszą przyszłość. Bo wie, że z takimi ludźmi będzie mu łatwiej współpracować, niż z oponentami, czy kimś wrogim. Sam też wolałbym pracować z osobami, które lubię, cenię, które są mi życzliwe, które nie będą utrudniać poczynań, lub torpedować moich zamiarów. Ale nie potrafię usprawiedliwić sytuacji, gdy przyznanie stanowiska wiąże się z łapówką, bo w takim wypadku zyskuje zwierzchnik, ale niekoniecznie firma, załoga, czy drużyna.

Uważam, że problem nie do końca leży w samym zjawisku nomenklatury i przydzielania stanowisk poplecznikom. Problem głównie leży w ich kompetencjach. Gdyby ci ludzie świetnie sprawowali swe funkcje, bez nadużyć, korupcji, zaniedbań… po prostu bez zarzutu – to pewnie nie mielibyśmy takich obiekcji wobec sposobu ich wyboru. Pewnie dla wielu brzmi to dość kontrowersyjnie, gdyż razi nas, kiedy podczas rekrutacji ktoś odpadnie, bo nie jest dzieckiem starych znajomych szefa. Ale przecież na co dzień dokonujemy podobnych wyborów, w których faworyzujemy osoby nam bliższe.

Jasne, że na stanowiskach publicznych oczekujemy w tym względzie bezstronności, sprawiedliwości i nominacji według klucza kompetencji, uczciwości i pracowitości. Bądźmy jednak realistami – za tym zawsze stoją ludzie, ze swymi ułomnościami, stereotypami, uprzedzeniami i preferencjami. Trzeba się z tym pogodzić (a może jednak nie?). Jak długo człowiek nie zmieni się, nie poprawi, jako istota – tak długo urzędnik, dyrektor, czy kapitan podwórkowej drużyny będą kierować się upodobaniami.

 Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 13 stycznia o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: daj, byś otrzymał. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i przekupić nas do swego stanowiska.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta: Dialog o boskiej zabawce z obiadem i kotami w tle

Dzieci uwielbiają zabawki. To pewnie pierwszy powód ich radości ze świąt, bo kojarzą im się z prezentami. Wszystko to truizmy, wiem. Ale dorośli też uwielbiają zabawki. I prezenty, jakie sobie robią, stanowią niejaką ich namiastkę. I nie muszą to być żadne urządzenia z AGD, elektroniczne gadżety, narzędzia, sprzęt sportowy czy inne przedmioty, które łatwo określić mianem zabawki. W szerszym, egzystencjalnym i metaforycznym sensie, nawet szalik, bilet do opery, książka, perfumy, lub słodycze są to jeno zabawki, jak wszystkie rzeczy, w które obrastamy. Nie bez powodu wśród synonimów zabawki znajdujemy takie określenia, jak: bagatela, błahostka, fraszka, bzdet, drobnostka, głupstwo, igraszka. Można by rzec: wszystko to marność i zabawka. Zdarza się też niestety, iż nie tylko chodzi o przedmioty, ale również inni ludzie są traktowani, jak zabawki. I tu, jeśli wolno, chciałbym wrócić pamięcią do pewnego słonecznego, bodaj wiosennego dnia.

To była sobota. Pora obiadu. Akurat zasiedliśmy z żoną do stołu. Kwaskowy aromat zupy ogórkowej pobudzał ślinianki. Obok nas kręciły się koty, jak zwykle licząc na jakiś smaczny kąsek, mimo że zapach nie zapowiadał niczego, za czym by przepadały. W radio skończyła się melodia, będąca ścieżką dźwiękową jakiegoś filmu. Spikerka opowiadała o czymś ciepłym głosem. W pewnym momencie wspomniała o Boskiej Florence, ilustrując swą wypowiedź jej niemiłosiernie fałszującym śpiewem. Spojrzeliśmy z żoną na siebie i uśmiechy wypłynęły na nasze twarze.
Oboje mieliśmy bowiem okazję obejrzeć niegdyś film dokumentalny o tej kobiecie, a jakiś czas potem również kinową historię ze świetną kreacją Meryl Streep oraz Hugh Grantem w roli jej męża. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię tylko, iż Florence Foster Jenkins była amerykańską śpiewaczką operową – a przynajmniej za taką się uważała. Prawda wyglądała jednak inaczej. Nie tylko słoń nadepnął jej na ucho, ale jeszcze słonica i małe słoniątko – z kolegami. Mimo to Boska Florence nie zrażała się słowami krytyki, uznając je za przejaw zawiści, a dzięki odziedziczonemu majątkowi realizowała swoje sceniczne marzenia, a nawet nagrywała płyty. Na jej występy przychodziły tłumy, lecz głównie dla rozrywki, by mieć ubaw z jej skowytów i rozbuchanych, czasem groteskowych strojów, które sama projektowała. Możliwe, iż jej bezkrytyczna wiara w talent miała jakiś związek z prawdziwym imieniem: Narcissa. Ja część winy jednakowoż przypisałbym jej mężowi, który udzielał jej heroicznego wsparcia, chroniąc przed prawdą i ludzkimi szyderstwami. Darzył ją niezwykłą miłością i albo też nie miał słuchu, albo współzawodniczył z Karlem Schneiderem o miano męczennika XX stulecia. Czytaj dalej

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLV – czyli wątpliwy koniec zła

W komentarzu pod jednym z internetowych artykułów przeczytałem opinię, z której przebijała pocieszająca wiara w trwałość i tryumf dobra: Każde zło ma swój koniec, natomiast dobro – nie. Na pierwszy rzut oka pierwsza konstatacja nie budziła moich wątpliwości, za to druga nie całkiem trafiała mi do przekonania. Co do zła: można założyć, że wszystko, co ułomne i niedoskonałe, wszystko co przygodne, co pojawiło się w pewnym momencie, a wcześniej nie istniało – wszystko to kiedyś spotka koniec. Taka jest natura rzeczy. Jeśli czegoś nie było, to jest do pomyślenia sytuacja, gdy tego równie dobrze znów nie będzie. Ale czyż dobro nie zaistniało, podobnie, dopiero w pewnym momencie.

Istnieje opinia, że wszystko, co istnieje, każdy byt, jest mniej lub bardziej, ale jednak dobry. Już przez sam fakt, że jest – że stanowi coś pozytywnego wobec ewentualności niebytu. Nawet Pismo Święte mówi, że gdy Bóg stwarzał kolejne elementy świata, to patrzył na nie i widział, że są dobre. Problem w tym, że nie dla wszystkich Biblia stanowi autorytet. Niemniej z filozoficznego punktu widzenia, wszystkie byty są dobre, a różnią się jedynie stopniem owego dobra. Odwrotnie na to patrząc, mówi się, iż zło to brak dobra. Nie całkowity, bo całkowity brak dobra sprowadza byt do nieistnienia. Natomiast częściowe braki są właśnie przejawem zła. I dotyczy to jednako zła fizycznego oraz moralnego. Jak wiadomo otaczające nas byty fizyczne, czyli cała materia nieożywiona i ożywiona, pojawiły się w pewnym momencie dziejów i siłą rzeczy spotka je koniec. Zatem można stwierdzić, że dobro pojawiło się i kiedyś zniknie – wraz z nimi. Patrząc jednak z szerszej perspektywy, każdy byt fizyczny ma swe źródło w materii, która nie przestaje istnieć, a jedynie zmienia formę. W związku z tym jej właściwość, jaką jest dobro, będzie trwać, choćby w kosmicznym rozproszeniu. Przynajmniej aż do momentu, gdy Wszechświat skurczy się, zapadnie w sobie i przestanie istnieć, jak przed wielkim wybuchem. Pod warunkiem wszakże, iż taki los faktycznie go czeka. Czytaj dalej

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Nawalony jak stodoła Sylen wyjawia Midasowi tajemnicę ludzkiego szczęścia

Czy trzeba dużo chlać, żeby zrozumieć starożytnych Greków? Po kolei.

Kiedy filolog/prawiczek Fryderyk Nietzsche pisał w 1872 roku swoje Narodziny tragedii niewielu zgodziłoby się z nim, że fundamentem, na którym spoczywa kultura starożytnej Grecji jest przekonanie, że lepiej jest nie żyć, niż żyć. Nietzsche powołuje się, bez podania źródła (już samo w sobie musiało doprowadzić do szewskiej pasji jego kolegów filologów — klęli zapewne po grecku skubańcy: “A niech to Zeus trzaśnie” albo “Do jasnej Hery”) na opowieść o Sylenie, którego na polowaniu spotkał król Midas, a który miał mu wyjawić tajemnicę największego daru, jaki bogowie mogą dać człowiekowi. Źródłem, z którego nasz wąsaty ubermąż korzystał, był z pewnością Plutarch, który w Pocieszeniu dla Appoloniosa przytacza fragment zaginionego dzieła Arystotelesa pt. Eudemos, w którym opiekun Aleksandra Wielkiego opisuje historię złapanego przez Midasa Sylena. Zanim jednak zrelacjonuję pogawędkę jaką sobie ucięły na kartach zaginionego dzieła Arystotelesa dwie postacie mityczne, trzeba fikcyjnych koleżków przedstawić.

Midas, wiadomo, król Frygi i znany tuman. Dzieje jego życia, to opowieść o głupku, który zalicza kolejne wpadki w obliczu majestatu różnych bogów. A to poprosi Dionizosa o to, żeby wszystko czego dotknie zamieniało się w złoto, co doprowadza go na skraj śmierci głodowej. A to startuje w niebiańskim Only the Music i w finale rozstrzyga na korzyść satyra Marsjasza pojedynek muzyczny, jaki ten ostatni toczył z Apollonem, za co ten ostatni ukarał go oślimi uszami, które nasz głupol musiał do końca życia ukrywać pod fryzurą. Zresztą i tak nie wyszedł na tym najgorzej, jeśli weźmiemy pod uwagę los samego Marsjasza, którego boski konkurent kazał obedrzeć ze skóry. Tak, życie Midasa to pasmo idiotycznych wpadek, których przyczyną było to, że Midas był ni mniej ni więcej tylko pijokiem. Źródła nie podają nam wprost tego faktu, ale zaszyfrowują go w szeregu aluzji. Dzieje jego życia wskazują mianowicie na to, że miał on wybitną słabość do stworów z orszaku Greckiego boga wina (i wódy) Dionizosa. Jednym z nich był wspomniany satyr Marsjasz, drugim Sylen, który wyjawił mu tajemnice ludzkiego (nie)szczęścia. Czytaj dalej

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Pokój gościnny: Filozofia do bólu

Proponuję stworzenie przestrzeni do wypowiedzi refleksyjno-filozoficznej dla myślicieli (oraz myślicielek – a jakże!) spoza grona załogi naszej internetowej strony. Będzie to taki pokój gościnny, w którym znajdą miejsce pomyślenia warte (naszym subiektywnym zdaniem) ugoszczenia.
Tym razem zamieszczamy tekst poruszający znane zagadnienie i stanowiący zagajenie dyskusji. Najbliższy wtorek przyniesie odzew.

 
Chciałabym zaproponować na spotkanie pogadalni temat BÓLU rozumianego wielorako.
 
Co to jest ból? Słownik języka polskiego podpowiada, że to: nieprzyjemne wrażenie zmysłowe lub zmartwienie, smutek. Bardzo szeroka rozpiętość. 
Możemy rozczłonkować swe ciało i powiedzieć, że boli nas głowa, ręka czy kręgosłup. Możemy powiedzieć, że boli nas serce – i tu już pojawia się zagadka… co nas właściwie boli? Fizyczny organ czy zranione uczucia? Obznajomionym z literaturą romantyzmu nieobce jest takie pojęcie jak Weltschmerz (czyli w dosłownym tłumaczeniu ból świata). W jaki sposób świat może nas boleć? Okazuje się, że może, o czym świadczy młody Werter z utworu Johanna Wolfganga Goethego.
 

Usha Anandi

Jakiś czas temu wzięłam udział w internetowym spotkaniu kobiet z całego świata, które wspaniale poprowadziła USHA ANANDI. 
Rozmawiałyśmy o tym, że czujemy się sfrustrowane współczesnym systemem medycznym, który wmawia nam, że wszystko, czego doświadczamy w naszym ciele – jest w zasadzie nieistotną błahostką, małym problemem hormonalnym, że w zasadzie to wszystko tkwi w naszych głowach. Dla kadry medycznej jest to normalne – tak samo jak wielkie zarabianie na kobiecym zdrowiu. 
Tymczasem my rozmawiałyśmy o tym, że głęboko w sobie wiemy o tym, iż (U)LECZENIE JEST MOŻLIWE. Bo czy normalne jest życie w bólu? Czy bycie kobietą jest przekleństwem, a piękno swoistym rodzajem klątwy? Patriarchalne praktyki medyczne usiłują nam wmówić, że tak. Ale te praktyki NIE DZIAŁAJĄ. Kobiety skomunikowane ze swoim wnętrzem, sercem, duszą i ciałem – mogą być wspaniałymi uzdrowicielkami (nie tylko siebie). Pojawiło się podczas spotkania pojęcie HEALING FOR ALL KINDS, czyli, dajmy na to, leczenie we wszystkich wymiarach. W przeszłości wmawiano społeczeństwu, że takie kobiety połączone są z diabłem i nazywano je wiedźmami czy czarownicami. Tymczasem były to kobiety, które potrafiły dotrzeć do głębokiej metafizycznej prawdy ukrytej w ich sercach, duszach i ciałach – że bycie bezpiecznym i szczęśliwym w ciele jest naszym prawem przyrodzonym (feeling safe in your body is yours birth right).
 
Nie tak dawno temu brałam też udział w webinarze ZNACZENIE SKÓRY W FIZJOTERAPII. Usłyszałam wiele ciekawych myśli. Dużą część spotkania poświęcono rozumieniu bólu w jak najszerszym kontekście…
Slajd z prezentacji, który mnie szczególnie zainteresował (także w kontekście filozoficznym), nosił tytuł: RAMY KONCEPCYJNE DLA ZROZUMIENIA BÓLU U CZŁOWIEKA.
Odnotowano ból w jego trzech wymiarach – fizycznym (reaktywno-czuciowym), emocjonalnym (afektywnym) i kognitywnym (myślowym).
Pojawiają się też dodatkowe pytania. Jak rozumieć ból fantomowy? Jak rozumieć zjawisko autoanestezji albo samoznieczulania się przy pomocy technik medytacyjnych?
 
Podyskutujmy!
 
namiot

Dawno temu, na naszej stronie pojawił się wpis dotyczący bólu i dolegliwości – zachęcam do przypomnienia sobie jego treści: KLIKNIJ TUTAJ

4.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Spotkanie Pogadalni. Nareszcie!

Minęły wakacje akademickie – a w sumie wszelkie inne również – i zbliża się pierwszy wtorek miesiąca. W lepszych (czyt. zdrowszych) czasach oznaczało to zwykle powrót do spotkań pogadalniowych. I miło mi zakomunikować, iż podejmujemy próbę takowej reaktywacji. Ponieważ jest to wydarzenie szczególne, temat wybrał sam Wielki Pogadalnik i niniejszym cytuję jego słowa:
Nasze pierwsze spotkanie. Pierwsze po wakacjach, pierwsze po trzeciej fali, pierwsze “na żywo” po długim czasie. Chcemy się znowu SPOTKAĆ. Co to znaczy? Czego chcemy kiedy mówimy, że chcemy się spotkać? Proponuję po sokratejsku “zagłębić” się w to coś.
Po pierwsze. Co różni spotkanie od innych pokrewnych zdarzeń takich jak , “zetknięcie się z kimś”, “natrafienie na kogoś”, “przebywanie z kimś”, co jest istotą spotkania? Czyli, innymi słowy, co czyni spotkanie spotkaniem? Czy jest coś takiego jak spotkanie prawdziwe i spotkanie pozorne?  Czy istnieją jakieś warunki konieczne “bycia spotkaniem”?
Jak wiadomo od początku XX wieku za sprawą Ebnera, Lewinasa, Bubera a u nas Tischnera te pytania są częścią kultury filozoficznej Zachodu. U nas w Pogadalni wracają co jakiś czas i domagają się odpowiedzi. Jak wiadomo Pogadalnia nie jest seminarium naukowym, nie chcemy spotykać się aby zgłębiać książki mimo szacunku do  znakomitych dzieł filozoficznych. Spotykając się  chcemy przede wszystkim odnosić się do własnego doświadczenia.
Jak wiecie mam syna autystycznego. Moje spotkania z nim, a raczej próby i porażki w przedzieraniu się do obszaru SPOTKANIA, ukształtowały moją filozofię spotkania. Myślę, że te moje doświadczenia, jak każde, mają swój wymiar uniwersalny. Chcę się z Wami spotkać, aby również o tym z Wami porozmawiać. Jakie doświadczenia ukształtowały nasze rozumienie spotkania? Z kim chcę, ale nie potrafię się spotkać? A może owszem potrzebujemy ludzi, ale nie SPOTKANIA z nimi? 
Piotr
Czy da się rozgryźć tego orzecha, przekonamy się w najbliższy wtorek, tj. 5 października o godz. 18:00 w Katedrze Filozofów – sala 327. Na co już się cieszę i zapraszam – tak we własnym jak i Wielkiego Pogadalnika imieniu.
Martinus
4.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLIV – czyli tęsknota za beztęsknotą

Pandemia odsłoniła przed wieloma osobami ich tęsknoty; zarówno te głęboko ukryte, jak i te tuż pod powierzchnią skóry, inne zaś, dobrze znane uwydatniła w intensywniejszej postaci. Również członkowie Pogadalni tęsknią za sobą, za żywym kontaktem… Wiele wskazuje na to, iż wytrwałość zostanie wkrótce nagrodzona. W najbliższy pierwszy wtorek miesiąca spotkamy się w formule filozoficznej kawiarenki. O nowym miejscu wspomnę poniżej.

***

Ludzie z tęsknotami mają problem. To zdanie można rozważać na dwa sposoby: po pierwsze ludzie mają problem ze swymi tęsknotami, po drugie ludzie przez tęsknoty mają problem. Skąd się bierze tęsknota? Z braku. Z niedostępności przedmiotu swych tęsknych westchnień. Tęsknota jest pouczająca: uświadamia na czym nam zależy, ćwiczy cnotę cierpliwości (jeśli jest szansa powrotu do obiektu westchnień), każe oswajać poczucie straty (jeśli ów obiekt jest trwale poza zasięgiem). Jednym odbiera siły i radość życia, innych uzbraja w nadzieję i popycha do działania. Bywa również inspirująca, czego przykładem są liczne dzieła sztuki, jakich świat by nie oglądał, gdyby ich autorzy za czymś nie tęsknili. No, i o ileż uboższe byłoby bajanie Homera, gdyby Odys nie tęsknił za domem. Generalnie jednak, jest to uczucie przykre, destrukcyjne i budzące frustrację.

Tęsknota często kreuje mylne wyobrażenia o wytęsknionym przedmiocie, idące w stronę idealizacji i upiększania. A potem, jeśli dane będzie komuś wrócić do tego, za czym tęsknił, często spotyka go rozczarowanie, pt. „inaczej to pamiętałem”. Wszystko dlatego, że tęsknota rozgrywa się w naszej wyobraźni. Towarzyszą jej obrazy upiększonych wspomnień oraz scen przedstawiających, jak wyglądałby powrót. Jedno i drugie jest do pewnego stopnia złudzeniem, lecz nawet gdy to sobie uświadomić, w niczym nie przynosi to psychicznej ulgi. Rozwiązaniem mogłaby być postawa stoicka, czyli studzenie emocji, opanowanie uczuć. Wiadomo, nie da się ich okiełznać siłą woli, czy mocą rozumu – są niezależne od nas, ale chodzi o to, by nie zawładnęły nami i naszymi decyzjami. Zatem z jednej strony wspomnienie czegoś niedostępnego, owiane miłymi skojarzeniami, z drugiej powściągliwość i dystans wobec nieracjonalnych podszeptów naszej uczuciowej sfery. Proste… a jakże trudne zarazem.

***

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, można dojść do wniosku, że winę za nasze cierpienia ponosi wcześniejsze przywiązanie do kogoś, lub czegoś, nie zaś tęsknota, która jest wtórna. Co z tym począć? Czytaj dalej

4/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLIII – czyli krokodyl doskonalszy od Augustyna

Epidemia daje się nam jeszcze we znaki, więc nie spotykamy się bezpośrednio, ale z okazji długiego majowego weekendu postanowiłem nadchodzący pierwszy wtorek miesiąca umaić krótkim wpisem, który – mam nadzieję, stanie się przyczynkiem do równie krótkiej dyskusji.

***

Kojarzycie św. Augustyna? Ale tego z Hippony? Celowo dookreślam skąd, bo świętych Augustynów było co najmniej tuzin. Znalazłem w pewnej książce modlitwę, którą rzekomo odmawiał. Leciało to mniej więcej tak:

Panie.
Jak to jest, że wędrujemy,
by podziwiać potęgę gór,
kipiel morską, meandrujące rzeki,
wspaniałość oceanów i orbity gwiazd…
a samych siebie mijamy bez zachwytu?

Tymi słowy Augustyn zwracał uwagę na to, jakiego podziwu jest godne Boże dzieło, noszące miano: człowiek. Nie wykluczam wszelako, że – w związku z powyższym – zachwycał się samym sobą. Nie jestem jego fanem, niemniej byłem zaskoczony, iż na długo przed humanizmem, próbował przez moment postawić człowieka w centrum świata i uznał, że wart jest większego podziwu, niż góry, wody i gwiaździste niebo. Jednakowoż, mimo zrozumienia dla jego intencji, nie zgadzam się z nim.

Tak na marginesie: czy aby faktycznie mijamy siebie bez zachwytu, zwłaszcza w naszych czasach. Nieraz odnoszę wrażenie, że całe mnóstwo ludzi popada w samozachwyt i samouwielbienie. Oczywiście wspominam o tym przekornie, bo w gruncie rzeczy zmierzam do czego innego. Uważam mianowicie, że cytowana modlitwa skłania się ku przesadnej idealizacji człowieka.

Gdyby tak wziąć lupę i przyjrzeć się mrówce, albo pszczole, bylibyśmy dużo bardziej uprawnieni do zachwytu. Zobaczylibyśmy dokładnie, jak wspaniale urządzone są te stworzenia, jak wszystko w nich jest dopasowane, zharmonizowane, jak wszystkie elementy ich konstrukcji współgrają ze sobą, spełniając doskonale swe funkcje. To, czym dysponują, zarówno w budowie, jak i możliwościach, jest minimum, jakiego potrzebują i maksimum, w jakie mogła je wyposażyć natura, aby nie przesadzić. Czytaj dalej

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Starożytni Ateńczycy też mieli swój Smoleńsk

Wszystko już było i to, co się dzieje to tylko jąkanie historii. Dwa i pół tysiąca lat temu Grecy, tak jak my, mieli potężnego sąsiada i też mieli demokrację. Co śmieszniejsze mieli też swój Smoleńsk. Rolę napromieniowanej Czarnobylem metropolii czerwonoruskiej odgrywał w tamtych odległych, ale równie głupkowatych czasach Archipelag Arginuzyjski. Ateńscy wodzowie pokonali tam Spartan uwalniając z oblężenia jedną z własnych armii, którą Spartanie zamknęli w potrzasku. Było tych wodzów ośmiu. Ich pech polegał na tym, że pod koniec bitwy rozpętała się burza morska, przez co nie mogli uratować rozbitków ze zniszczonych okrętów Ateńskich. Po powrocie do Aten kazano strategom tłumaczyć się z tego, że nie ratowali rozbitków, a uznano, że to musi być ich, tzn. wodzów wina, ponieważ oni sami nikogo innego nie obwiniali, a całą winę zwalali na brzozę, oj pardon, burzę. Oto fragment w którym Ksenofont opisuje początek śledztwa arginuzyjskiego:

Bitwa pod Arginuzami — zdjęcie z epoki (LOW RES)

[…] w radzie opowiadali strategowie o bitwie i o gwałtowności burzy. Kiedy jednak Timokrates oświadczył, że i pozostałych strategów należy uwięzić i pod sąd oddać, rada i ich uwięziła. Następnie odbyło się zgromadzenie ludowe, na którym inni poczęli oskarżać strategów, a zwłaszcza Teramenes, że powinni się wytłumaczyć przed sądem z tego, że nie uratowali rozbitków, a na dowód, że oni nikogo innego o to nie winili, pokazywał list, przysłany przez nich do rady i narodu ateńskiego, nie szukający winy w niczym innym poza burzą. Potem jednak każdy ze strategów wygłosił krótką obronę, gdyż nie dano im zgodnie z prawem czasu na dłuższe przemówienie, a wszyscy przedstawili przebieg wypadków: że oni sami płynęli na wroga, ratować zaś rozbitków nakazali dowódcom okrętów, ludziom do tego odpowiednim, byłym strategom, Teramenesowi i Trasybulowi, oraz innym podobnym — i jeżeli koniecznie trzeba kogoś obwiniać w sprawie ratowania rozbitków, to nikogo innego poza tymi, komu to było nakazane; „Z tego powodu, że oni nas obwiniają — mówili oni — nie będziemy kłamliwie twierdzić, że to oni sami są sprawcami nieszczęścia, lecz że gwałtowność burzy przeszkodziła ratowaniu” — i na potwierdzenie tego jako świadków stawiali sterników i wielu innych uczestników wyprawy [Ksenofont, Historie greckie, ks. I, VI, 5–7]. Czytaj dalej

3.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2 16