Archiwum kategorii: Wpisy załogi

Kobieto posuń się, bo stoisz na drodze postępu

Dziś przypada Światowy Dzień Feministek, zatem poniższy tekst wpisuje się poniekąd w nurt dialogu o prawach kobiet.

Czy kobiety zawsze zawadzały postępowi? Czy zawsze muszą się wlec w ogonie historii? W każdym razie tak uważał, skądinąd życzliwy kobietom, Platon. Czy jego życzliwość wobec kobiet miała źródło w tym, że nie był zainteresowany wymienianiem się z nimi płynami organicznymi? Zostawmy na razie ten problem.

W jaki sposób kobiety przeciwstawiają się postępowi zdaniem założyciela Akademii? Oto prosta ilustracja. Zdaniem Platona jednym z najważniejszych celów edukacji jest przysposobienie młodych, nawet tych jeszcze nienarodzonych obywateli do służby wojskowej. Żeby ten cel osiągnąć młody człowiek musi ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Ćwiczenia trzeba zacząć możliwie jak najwcześniej, żeby zmaksymalizować osiągnięty efekt. Jak wcześnie? No właśnie. Platon uważał, że na siłkę uczęszczać powinny już embriony. Nie upierał się przy koncepcji implantacji do wnętrza macicy orbiterków, ławeczek i wioślarzy. Wystarczy, żeby kobieta dużo spacerowała:

Ateńczyk: Największych więc wysiłków potrzebuje ciało wtedy, gdy się najbardziej rozwija i najwięcej przyswaja pokarmu.
Kleinias: Co mówisz, przyjacielu? Skoro dopiero co urodziły się dzieci i zupełnie są jeszcze malutkie, ponosić mają największe wysiłki?
Ateńczyk: Bynajmniej nie wtedy dopiero, ale jeszcze przedtem, gdy hodują się jeszcze w łonie matek.
Kleinias: Co znowu, kochany? Nienarodzone, powiadasz?
Ateńczyk: Tak jest. I nic dziwnego, że o gimnastyce takich maleńkich nie jest wam nic wiadome. Chciałbym tę rzecz, tak osobliwą, wam jednak wyjaśnić.
Kleinias: Doskonale.
Ateńczyk: Sprawa ta daje się może u nas łatwiej zrozumieć ze względu na to, że znajdują się u nas ludzie, którzy z większym niż to warto nakładem sił uprawiają pewną zabawę. Oto hodują u nas nie tylko chłopcy, ale często i starsi, pisklęta, aby urządzać sobie walki ptaków. Rozdrażniają je więc i podniecają, by się czubiły między sobą, nie uważają jednak bynajmniej, że te próbne utarczki wystarczały do wyrobienia ich sił i sprawności. Biorą je więc ze sobą na przechadzkę i trzymając małe w ręku, a większe piastując w ramionach, przemierzają wiele stadiów nie ze względu na własne zdrowie, ale dla zdrowia tych stworzeń. Fakt ten dowodzi, jeżeli się potrafi wyciągnąć z niego odpowiednie wnioski, że krzepiąco działają na każde stworzenie wszelkie wstrząsy i ruchy, czy wykonuje je samo, czy też, gdy znajduje się na przykład na huśtawce, na morzu, na grzbiecie końskim, jest przez cokolwiek wprawiane w ruch. Wtedy ciało radzi sobie dobrze z przyswajaniem pożywienia, jest zdrowe, piękne i silne.

Pogląd nie wydaje się nam dzisiaj rewolucyjny, ale był takim najwyraźniej za czasów Platona. Prawo nakazywało wtedy, jak to wynika ze słów autora Praw, żeby piastunki nie narażały młodych ludzi na chodzenie do wieku trzech lat. Biegającym na własnych nogach dwulatkom greckie straże miejskie przyczepiały mandaty i zakładały im blokady na nogi.

Pomysł Platona (Niech dzieci chodzą na własnych nogach!) był więc pomysłem rewolucyjnym. Co mogło pójść źle? Odpowiedź jest prosta: na drodze rewolucji stanęły kobiety:

Ateńczyk: Czy mamy dalej pod grozą kar ustanowionych przez prawo przymuszać piastunki, żeby na pole, do świątyń albo gdzieś do krewnych nosiły zawsze dzieci na rękach do czasu, gdy będą już mogły stać dobrze o własnych siłach, a i wtedy z obawy, żeby maleństwa nie skrzywiły sobie nóżek, opierając się na nich całym ciężarem, nakazywać im, żeby nie szczędziły trudu i nosiły je jeszcze, dopóki nie skończą trzech lat? Czy zarządzimy, żeby na piastunki wybierano kobiety możliwie silne i żeby ich było zawsze więcej niż jedna? Czy mamy wyznaczać kary na tych, którzy nie zechcą się stosować do tych zarządzeń w każdym poszczególnym wypadku? Dalecy jesteśmy od tego, bo nie ominęłoby was wtedy to, o czym mówiliśmy, lecz spadłoby na nas niepowstrzymaną lawiną.
Kleinias: Co mianowicie?
Ateńczyk: Wybuchy śmiechu i drwin, nie mówiąc już o tym, że kobiece i niewolnicze dusze odmówiłyby nam posłuchu.

Yin i Yang— brasilian way

Auć! To nie było zbyt sympatyczne. Kobiety mają dusze niewolnicze i nie potrafią, w przeciwieństwie do “panów i wolnych w państwie” słuchać rozumu. Co więcej głupota kobiet jest szkodliwa! Przykładem służyć może tutaj mit lateralizacji. Platon z bezwzględnością godną twórców serialu Ancient Aliens obala kontrrewolucyjny przesąd o asymetrii czynnościowej ludzkiego ciała. “Mańkut? — woła — “bab wiejskich duby smalone!”:

Uważa się, że inne jest z natury działanie prawej i lewej ręki przy wykonywaniu wszelkich czynności. Skoro jednak stopy i w ogóle dolne kończyny nie wykazują w użyciu żadnej różnicy, to naprawdę jest tak, że na skutek głupoty piastunek i matek jesteśmy wszyscy, jeżeli idzie o ręce, na pół kalekami. Naturalna bowiem sprawność tych członków jest z tej i z tamtej strony zasadniczo jednakowa i równa, przyzwyczaiwszy się zaś niewłaściwie się nimi posługiwać, sami spowodowaliśmy zachodzącą między nimi różnicę.

Nie ma osób prawo i leworęcznych. Są tylko kulturowo uwarunkowane asymetrie funkcjonalne. Tak jak penis męski (czy jest damski?) nie jest z natury bardziej przystosowany do penetracji dopochwowej niż do analnej, tak też prawa (albo lewa) ręka nie jest z natury bardziej przystosowana do pisania niż do przytrzymywania kartki, na której się pisze. A wszystko to — zdaniem Paltona — wina głupich kobiet!

Okazuje się na szczęście, że to nie ich wina. Ostatecznie winne jest patriarchalne społeczeństwo, które pozostawiając kobietom role tylko i wyłącznie służebne przyczynia się do ich degradacji kulturowej:

Niedobrze się stało, że ta część rodzaju ludzkiego, plemię niewieście, które z powodu swej słabości bardziej jest w ogóle skryte i chytre z natury, ponieważ trudno było je utrzymać w karbach, zostało poniechane przez prawodawcę i pozostawione samo sobie. Na skutek tego zaniedbania wiele rzeczy uszło waszej uwagi, które, gdyby były ujęte w prawa, ułożyłyby się daleko lepiej, niż się układają obecnie. Pomija się bowiem nie połowę tylko zadania, jakby się mogło wydawać, gdy się zaniedbuje uporządkowanie spraw dotyczących kobiet, ale w takiej mierze w jakiej natura niewieścia mniej niż męska nadaje się do uprawiania cnoty, pozostaje tu do zrobienia więcej niż drugie tyle. Gdybyśmy mogli to odrobić, naprawić błędy i odtąd wspólne już urządzenia ustanawiać dla mężczyzn i kobiet, przyczynilibyśmy się ogromnie do zwiększenia pomyślności państwa.

Nie zasromujcie się kobiety, które to czytacie. Platon najwyraźniej nie uważał, że kobiety z natury są mniej zdolne do cnoty.

Wszystko to wina wychowania. Gdyby nie przesądy edukacyjne kobiety mogłyby spełniać, równie dobrze jak mężczyźni, wszystkie tradycyjnie męskie role społeczne, z umiejętnością masowego mordowania wrogów ojczyzny na czele:

I mogę to zdanie wypowiedzieć bez żadnej obawy, że konna jazda i gimnastyka miałaby się nadawać dla mężczyzn, a nie nadawać dla kobiet. Wierzę bowiem opowieściom z dawnych czasów, które słyszałem, a i teraz także wiem, że w okolicach Pontu żyje niezliczone mnóstwo, można powiedzieć, kobiet, zwanych Sauromatydami, które mają nakazane ćwiczyć się na równi z mężczyznami nie tylko w konnej jeździe, ale także w strzelaniu z łuku i władaniu inną bronią, i że istotnie na równi z nimi uprawiają te umiejętności. I miałbym tu jeszcze taki argument: jeżeli ta rzecz jest możliwa, to jest największą głupotą, powiadam, to, co się dzieje w naszych krajach, że tych samych zajęć z całą energią i z tym samym zapałem nie uprawiają kobiety razem z mężczyznami. W ten sposób bowiem państwo do połowy nieomal zmniejsza i kurczy swe siły, choć może zwiększyć je w dwójnasób przy tych samych kosztach i trudach. I dziwne by było doprawdy, żeby prawodawca dopuścił się takiego błędu.

A więc kobieto! Przestań stać na drodze postępu! Przestań być kobietą, a zostań Sauromatydką — bezwzględną maszyną do wychowywania żołnierzy i zabijania wrogów. Dziecku musisz tylko urządzić siłkę w macicy i je urodzić. Potem wszystkim zajmie się państwo

[…] bo wszyscy są przecież o wiele bardziej dziećmi państwa niż dziećmi swoich rodziców.


Wszystkie cytaty pochodzą z Praw w tłumaczeniu Marii Maykowskiej. Sija!

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy LI – czyli śmierć punktem wyjścia do dobra

Nie chciałbym, żeby ten tekst wybrzmiał materialistycznie; po prostu od tej strony zacznę. Sprawy materialne są istotną sferą ludzkiego życia. Co więcej, mimo powszechnie wyznawanego poglądu, iż sprawy te nie są najważniejsze, to zajmowały umysły wielu filozofów, myślicieli i przywódców religijnych. Zwłaszcza w kontekście śmierci. Nie jeden z nich podkreślał, podobnie jak francuski duchowny i mistyk Jan Maria Vianney: Kiedy przychodzi śmierć, dobra tego świata tylko przeszkadzają. Nie zabierzemy ich ze sobą. I oczywiście pełna zgoda, jednakowoż możemy pomyśleć – w kontekście eschatologicznym – co z tymi ziemskimi dobrami ma się stać, gdy się od nich uwolnimy.

Można nie myśleć o sprawach ostatecznych, owszem. Potrafimy odsuwać od siebie ten temat, nie dbając o to, co po nas. Może nas nie obchodzić los tego, co zostawiamy po sobie. Najłatwiej o taką obojętność, gdy się nie posiada ani dóbr, ani bliskich osób wokół siebie. Nic się wówczas nie zmarnuje i żaden ewentualny spadkobierca nie poczuje się ukrzywdzony. Ale obojętność to nie jedyna możliwa postawa.

Bywa, iż niejeden człowiek odchodził z tego świata z wrogim doń nastawieniem. Nie jeden miał podejście: po mnie choćby potop – i takiego finału najbardziej by sobie życzył. Zawiść, gniew, zgorzkniałość potrafią się trzymać ludzkiego serca aż do jego ostatniego uderzenia. Jednak warto pamiętać, że nie żyjemy w próżni. Nawet gdy mamy niewiele, nawet gdy na pogrzebie zjawi się tylko grabarz, nawet gdy nie wierzymy w życie pozagrobowe, mamy szansę uczynić naszą śmierć punktem wyjścia do jakiegoś dobra.

Konstrukcja człowieka, pozwalająca mu funkcjonować w świecie, jest zasadniczo fizyczna. Nie wiem, czy w ogóle da się potwierdzić, że możliwe jest bezcielesne zakotwiczenie w znanej nam rzeczywistości. I naszym ciałem, jak dobrem materialnym też mamy prawo dysponować; możemy podzielić się już za życia, oddając krew lub narządy do przeszczepu, ale możemy zadecydować o jego losie po śmierci, podobnie przekazując zdatne do użycia części, albo ofiarować je nauce.

Ktoś z cynickim podejściem stwierdzi, że mu na tym nie zależy – i mogę to zrozumieć. Ale czy nie lepiej zadbać o to, co się zostawia, napisać jednoznaczny testament, określić komu – jeśli komukolwiek – ma się przysłużyć nasza spuścizna. Taki gest, dla nas być może i bez znaczenia, mógłby nadać inną wartość naszemu życiu, może nawet je usensownić. Nie staniemy się przez to dobrymi, czy lepszymi ludźmi, bo ten czyn już nas nie odmieni – umierając zamykamy swój rozdział. Nie musimy też tym sposobem zapisać się jakoś pozytywniej w pamięci, czy historii (choć nie wykluczam) – jednak wszelkie dobro do jakiego się przyczyniamy jest cenne. I w tym sensie warto poświęcić trochę czasu eschatologii.

A co z ludźmi, którzy wiedli zły żywot, wyrządzali zło i znaczyli nim swoją drogę aż po krawędź grobu? A do tego wszystko, co odebrali innym, zniszczyli, by nie było czego rozdać? Co z takimi, którzy zadbali, aby żadne dobro nie wynikło z ich obecności na tym świecie? Trudna sprawa. Faktycznie, istnieją ludzie podli, okrutni, z cudzym cierpieniem na sumieniu, a nawet i krwią na rękach. Nikt po nich nie płacze, a wręcz przeciwnie – ich śmierć potrafi wywołać radość. Obserwowaliśmy takie świętowanie nieraz, choćby w przypadku tyranów, dyktatorów i przestępców. A zadajmy sobie pytanie: czy ten moment radości, powiązany z ulgą, nie jest jakimś dobrem. Wszak niesie nadzieję, że każde zło też ma swój koniec.

Jeśli taki koniec, koniec życia kogoś złego, jest pewnym dobrem, to rodzi swoisty paradoks (w zasadzie chyba wszystkie paradoksy są swoiste, ale nie o tym teraz). Znamy szekspirowskie powiedzenie: wszystko dobre, co się dobrze kończy. To by znaczyło, iż jakimś rodzajem dobra był pobyt na świecie tego złego człeka. W sukurs idzie inne powiedzenie: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I chociaż na pierwszy rzut oka mamy tu przykład dwóch znoszących się sentencji, to w sumie wynika z nich ciekawa konkluzja. Zło okazuje się dobrem. No, powiem, trzeba tęgiego filozofa aby to intelektualnie przetrawić. Ja się nie podejmuję.

Zakończę w tym miejscu wątki materialne, żeby wywód miał ciut więcej z refleksji filozoficznej. Śmierć bywa punktem wyjścia do jeszcze innego dobra. I to zanim sama nastąpi. Wisząc bowiem nad naszą głową ma szansę zmotywować niektórych do lepszego życia. Zwłaszcza tych, którym świadomość, iż mogą zostawić po sobie jakiś ślad, każe zadbać, by był on nie tylko wyraźny, ale przy tym pozytywny. Podejrzewam, że większość z nas wolałaby być dobrze wspominana. Ponadto, pewność śmierci skłania ambitnych do pośpiechu, by nie odkładać planów na później, by żyć aktywnie, dopóki życie tli się w komórkach ciała. Czyż to nie dowodzi, iż widmo śmierci zapobiega ludzkiej gnuśności, lenistwu, a może i powszechnej prokrastynacji. Posiadłszy nieśmiertelność i tym samym poczucie, że na wszystko ma się czas, prawdopodobnie jego większość ludzie by marnowali.

Świadomość śmiertelności zmienia perspektywę. Jak stwierdził Pandelis Prevelakis: Póki czujemy ją nad sobą, pojmujemy, co w życiu ma wartość, a co jest do odrzucenia. Dzierży pochodnię i nas oświeca. Przyznam, iż to niecodzienne postrzeganie śmierci i jej roli. A i tak szedłbym krok dalej – śmierć staje się poniekąd strażnikiem moralności, a przynajmniej świadkiem sumienia. Koresponduje to z myślą świętego Ambrożego, według którego: Dla dobrych śmierć jest zaproszeniem do odpoczynku. Dla złych katastrofą. Każdy chciałby zasłużyć na wieczny odpoczynek, musi więc być dobrym. To w obliczu śmierci najżywiej przyjmujemy taką optykę. Bliskość śmierci sprzyja rozrachunkom serca, podsumowaniom życia, a jeśli czas pozwala, to i próbom naprawienia niektórych błędów.

Są takie stwierdzenia, które budzą moją irytację. Jednym z nich jest skwitowanie, że gdy ktoś czuje ból, to bardzo dobrze, bo przynajmniej wie, że żyje. Tym razem odnalazłem w nim związek z czymś głębszym. Od narodzin nasze komórki zmierzają do śmierci. Śmierć to finał dłuższego procesu, a proces ten czasem przybiera postać choroby, bólu i cierpienia. Biorąc to pod uwagę, można uznać, iż umieranie i śmierć kieruje myślenie człowieka ku życiu, a więc wielkiemu, często niedocenianemu dobru. I ku duszy, która jest motorem wszelkiego życia. Warto w tym miejscu przytoczyć słowa Tołstoja: I w ciężkiej chorobie tkwi dobro. Kiedy ciało słabnie, silniej czuje się duszę.

Kiedy natknąłem się na kategoryczne stwierdzenie Stefana Żeromskiego, iż: Jedno jest złe na świecie – to śmierć. Wszystko, co jest życiem – jest dobrem. – miałem ochotę wziąć śmierć w obronę. I tu pomocne okazały się słowa Lwa Tołstoja: Jeśli życie jest Dobrem, to Dobrem jest i śmierć, bez której nie ma życia. Spodobały mi się. Długo bowiem traktowałem życie i śmierć jako dwa przeciwstawne sobie obozy. Śmierć była wrogiem życia, jego niszczycielem. I stanowiła dla mnie coś spoza kręgu życia, coś z zewnątrz, co utrudnia życiu krzewienie się w dobrej kondycji. Tymczasem zapominałem, że życie jest właśnie procesem. I jak każdy inny proces, ma jakiś początek, przebieg i finał. Śmierć jest po prostu finałem tego procesu, jego – co prawda ostatnią, ale jednak – częścią. Skoro zaś życie jest dobrem, jego części również.

I tu doskonale wplata się wątek, na który zwrócił uwagę mój znajomy filozof. Cykl życia i śmierci, łańcuch pokoleń, to warunek ewolucji. I to prawda. Wyjście jednokomórkowców z bagien, powstanie nowych gatunków oraz ich rozwój, dostosowywanie się do zmiennych warunków środowiska jest możliwe dzięki umieraniu. To rodzące się nowe pokolenia, mogą zostać obarczone mutacjami, które mają szansę się utrwalać, jako przydatna cecha. Niektórym ludziom zdarza się myśleć o ewolucji, jak o czymś, co się działo i dzieje w przyrodzie, gdzieś wokół. Tymczasem należy pamiętać, iż w przypadku człowieka też ma to miejsce – choć jest trudniejsze do zaobserwowania. Stajemy się coraz lepiej przystosowani dzięki ewolucji, czyli tysiącom pokoleń, które zmarły.

W tradycji chrześcijańskiej (choć pewnie nie tylko) istnieje coś takiego, jak modlitwa o dobrą (a nawet szczęśliwą) śmierć. To świadczy o przekonaniu, iż takowa jest możliwa. Nie trudno znaleźć kilka, czy nawet kilkanaście takich modlitw, aczkolwiek ich podstawę stanowią prośby o miłosierdzie, przebaczenie win i wpuszczenie do Nieba. Ja rozumiem dobrą śmierć jako godną, nie upokarzającą człowieka i pozbawioną cierpienia. Póki śmierć jest nieodzowna może warto też rozważyć, czy by jej odpowiednio nie wykorzystać. Przecież, zgodnie z powyższymi wywodami, da się wywieść z niej pożytek. Wiem, brzmi to podejrzanie i u niektórych wzbudzi etyczne wątpliwości. Jeśli jednak śmierć i tak będzie nam towarzyszyć, to czemu nie szukać ukrytego w niej dobra.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 3 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: dobro ze śmierci. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i pochylić się nad grobem.

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy L – czyli oportunizm bezkompromisowy

Dawno zauważono, że ludzie niejednokrotnie zachowują się w pewien określony sposób i dokonują pewnych specyficznych wyborów wyłącznie w celu osiągnięcia jakiejś korzyści. Emocje wokół takich zachowań rosną, gdy rzecz dotyczy decydentów, osób z kręgu władzy, lub instytucji opiniotwórczych zaś tematem są jakieś ważne sprawy, a efekty dotkną wielu ludzi. I niejednokrotnie rodzi się oburzenie, gdy ktoś w oficjalnym dyskursie utrzymuje, że ma pewne zasady, ale jednocześnie idzie czasem na ustępstwa. Jedni docenią takie posunięcia, jako zdolność do kompromisu, poświęcenie dla wspólnego dobra, czy zażegnania konfliktu. Drudzy skrytykują za ugodowość, uległość, niekonsekwentność i brak kręgosłupa. Chciałbym podkreślić, iż wiele zależy od tego, w jakiej sprawie dochodzi do wycofania się z wcześniej deklarowanej pozycji. Znaczenie ma również to, jaka będzie skala czyjejś krzywdy w związku z tą decyzją.

Z takimi pojęciami jak oportunizm, czy konformizm jest ten problem, że trudno ustalić punkt graniczny ludzkich poczynań, za którym owe pojęcia zaczynają obowiązywać. Są takie sprawy, które dla jednych ludzi nie mają większego znaczenia, bo nie żyją nimi, nie mają zeń styczności, nie rozumieją ich zawiłości – zaś dla innych ludzi są to zagadnienia fundamentalne. Tak bywa z decydowaniem o życiu (samobójstwo, aborcja, eutanazja), z prawami mniejszości (religijnych, etnicznych, bądź seksualnych), z ekologią, niezależnością sądów, wolnością mediów… Przykładowo: jeśli mam naturę mniej empatyczną i jeżeli nie byłem świadkiem okrucieństwa wobec zwierząt, a moich myśli nie zaprzątają tematy związane z przyrodą, czy ekologią – wówczas zawieranie w temacie środowiska układów przez polityków, nawet powiązane z korzyściami którejś ze stron, nie poruszy mnie jakoś nadzwyczajnie. Ale jeśli byłem na fermie zwierząt futerkowych, widziałem ubojnię bydła i trzody, albo oglądałem karczowanie amazońskiej dżungli, a do tego mam duszności powodowane smogiem, to z pewnością sięgnę po pojęcia: oportunizm i konformizm, a nawet po ostrzejsze w wymowie określenia.

Zwykle mamy nienajlepszą opinię o człowieku, który zachowuje się jak chorągiewka na wietrze, o ile rzecz jasna o tym wiemy. Ale samo dokonanie oceny nie zawsze jest proste, bo i nie każdy czyn w oczywisty sposób lokuje się po jasnej, lub ciemnej stronie. Łatwiej osądzać, choćby pod kątem moralnym, gdy ktoś za swój czyn otrzymał korzyści materialne, intratne lub prestiżowe stanowisko, czy inną bardziej osobistą korzyść. Trudniej ferować wyroki, kiedy komuś szło o korzyści niewymierne, jak spokój, bezpieczeństwo rodziny, własne zdrowie itp. A bywa i tak, że ktoś idzie na ugodę, lub układ w jednej, mniej dla niego znaczącej sprawie, aby w ten sposób wywalczyć coś wartościowszego i czyni tak w imię jakiejś idei. Czy wówczas mimo wszystko działa dla własnej korzyści, czy jednakowoż dla dobra tejże idei, w jej obronie, dla jej wzmocnienia?

Najprościej byłoby oceniać tych, którzy zawsze się sprzedają, nie mają własnego zdania, zegną kark przed każdym panem, byle coś wpadło do mieszka. Ale takich zaprzedanych mamonie ludzi, jednoznacznie i jednolicie czarnych, nie ma wielu. I ktoś z takimi ewidentnie widocznymi cechami nie zdobyłby raczej wielu głosów w wyborach. Nie zostałby więc problematycznym politykiem. Niestety, najczęściej mamy do czynienia z jasno, lub ciemno szarymi jednostkami.

Mogłoby się wydawać, że skoro oportunizm ma przeważnie cechy negatywne, to na pochwałę zasługuje bezkompromisowość. I nieraz w nekrologach wielkich postaci wymienia się tą cechę, jak cnotę. A przecież za życia nazywano to nieustępliwością, uporem, zaślepieniem i nieprzejednaniem. Postawa takiej osoby była uciążliwa dla otoczenia. Kojarzyła się z pryncypialnym traktowaniem innych. Czyż nie jest – przynajmniej w jakimś stopniu – społecznie szkodliwe bycie nieugiętym, zatwardziałym fanatykiem własnych przekonań. Wszak jest to źródło w najlepszym razie nietolerancji. Kto bezwzględnie trwa przy swoim zdaniu, z zacięciem broni swoich intelektualnych, lub etycznych okopów, spotyka się z uznaniem i podziwem, wobec prezentowanej konsekwentności. Z tym, że jest to pochlebne w oczach przeważnie tych, którzy podzielają jego opinię. Adwersarze odbierają to jako surową zawziętość. A niewzruszoność poglądów traktowana jest na równi z niewrażliwością.

I oportunizm i bezkompromisowość wydają się szkodliwe, gdy mamy do czynienia ze skrajnymi ich przejawami. Lecz przejawy umiarkowane w zasadzie sprawiają, że nie można już wobec nich tak kategorycznych pojęć zastosować. Może zatem rozwiązaniem jest właśnie postawa umiarkowana. Wyeliminuje to obecność obu pojęć i obu zjawisk, a świat stanie się lepszy. Czy jednak chcemy świata bez ludzi chwiejnych oraz niezłomnych? Wszak chrześcijanie prędko przytoczą słowa Jezusa: Obyś był zimny, albo gorący. Czyż nie jest to wezwanie do zajęcia radykalnego stanowiska. I odrzucenia złotego środka.

Wywołany w tytule oportunizm, jest jednym ze zjawisk, jakie nam towarzyszą. Jest tak samo obecny w rzeczywistości jak kłamstwo. I podobnie, jak z oceną kłamstwa i kłamcy dużo zależy od skali. Jednym kłamstwom tzw. białym, dajemy ciche przyzwolenie, inne, nieco większe potrafimy wybaczyć, a na niektóre po prostu się nie zgadzamy i w miarę możliwości je piętnujemy. Mamy też na uwadze, czy ktoś, kto rozminął się z prawdą, zrobił to raz, czy wielokrotnie, zaszkodził jednej osobie, czy całemu państwu, odniósł dzięki temu jakąś korzyść, czy jedynie miał taką nadzieję, albo wręcz skutki obróciły się przeciw niemu i sam się pokarał wybierając fałsz. W ocenie oportunizmu zachodzą, jak myślę podobne mechanizmy. I analogicznie można podchodzić do osób nieuznających kompromisu. Przecież ceną ich uporu także może być czyjeś nieszczęście.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 6 października o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: bezkompromisowy oportunizm. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i załopotać, jak sztandar na wietrze.

5/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

8 powodów, dla których przynajmniej niektórzy powinni studiować filozofię

Powód pierwszy — filozofia to namysł bez kompromisów

Studia filozoficzne pomagają rozwinąć pewien specjalny i rzadki talent, który pozwala ujmować skomplikowane zagadnienia w sposób systematyczny i abstrakcyjny. Wymagają też specjalnego rodzaju wyobraźni, dzięki której można rzeczy konkretne wkładać w ramy abstrakcyjnych konstrukcji, z założeniem, że to owe abstrakcyjne ramy są czymś konkretnym i niewzruszonym, podczas gdy tzw. rzeczy konkretne są częściowo tylko dookreślonymi zlepami myśli, uczuć i pragnień. Jeśli zatem odczuwasz silną potrzebę dogłębnego zrozumienia tego, co się wokół ciebie dzieje a nie zadowalasz się mądrościami rodem z Discovery Channel, to powinieneś studiować filozofię!

Powód drugi — filozofia jest niebezpieczną przygodą

Studenci filozofii mają bardzo różne uzdolnienia. Jedni są utalentowanymi matematykami, inni piszą wiersze, a jeszcze inni są aktywistami stawiającymi sobie (nieco ironicznie) najwyższe cele, co do których nie są pewni, czy naprawdę są warte tych wysiłków. Wszyscy ci ludzie mają jednak ze sobą coś wspólnego. Nikt z nich nie zadowala się intelektualną bylejakością. Wszyscy oni wątpią w jeden jedyny niepowtarzalny filozoficzny sposób, który streścił Pascal:

“Cierpimy na niemoc dowodzenia niezwalczoną dla całego dogmatyzmu i mamy pojęcie prawdy niezwalczone dla całego sceptycyzmu”.

Jeśli zatem nie obawiasz się podejmowania wyzwań, z góry skazanych na częściową porażkę ale dających po drodze piękne widoki wypraw w nieznane — studiuj filozofię!

Powód trzeci — dobry filozof potrafi zapędzić w kozi róg każdego

Filozofia wymaga pewnego rodzaju wrażliwości intelektualnej, bez której pewnych rzeczy po prostu nie da się zrozumieć. Stąd często spotykana bezradność przedstawicieli innych nauk, nawet tak poważnych i nobliwych, jak matematyka czy fizyka, wobec zagadnień filozoficznych. Chcesz żeby fizyk i matematyk czuli się w twojej obecności jak dzieci we mgle — studiuj filozofię!

Powód czwarty — filozofia jest świetnym drugim kierunkiem studiów

Talent filozoficzny może oczywiście łączyć się z talentami do innych nauk. Taki Kant i taki Wittgenstein na przykład, byli wielkimi matematykami i filozofami. Nietzsche i Kierkegaard byli wielkimi pisarzami i filozofami. A tacy Platon i Kartezjusz, albo wspomniany wcześniej Pascal, byli wszyscy wielkimi filozofami, matematykami i pisarzami. Jeśli zatem studiujesz już jakiś inny kierunek i jesteś w tym dobry, zastanów się — może jesteś również filozofem. Jeśli tak, to powinieneś studiować filozofię jako drugi kierunek!

Powód piąty — filozofia to poważne pytania

Filozofia odpowiada na pewną potrzebę i ci, którzy tę potrzebę odczuwają powinni studiować właśnie filozofię. Istnieją bowiem takie pytania, na które odpowiedź może dać tylko namysł filozoficzny. Czy świat jest uporządkowany, a może jest tylko przepływem elementów? Co powinienem robić? Na co, patrząc trzeźwo na świat, mogę mieć nadzieję? Bóg jest, czy go nie ma? A jeżeli jest, to czy jest wszechmocny i wszechwiedzący, czy może jest tylko dzieckiem przesuwającym kamienie galaktyk, albo złośliwym starcem hazardzistą rzucającym naszymi kośćmi w przestrzeni logicznej? Czy powinienem być dobry, a może dobro jest złotem głupców i powinienem stać się naprawdę zły, jak Hannibal Lecter? Czy sprawiedliwość jest tym, co służy silniejszemu? A może sprawiedliwość to miłość przejawiająca się w życiu publicznym? To są pytania poważne, a studia filozoficzne są systematycznym wprowadzeniem w sposoby odpowiadania na te pytania wynalezione przez tych, którzy żyli przed nami. Jeżeli te pytania również dla ciebie są ważne, to powinieneś studiować filozofię!

Powód szósty — filozofia to wielka tradycja myślowa

Filozofia to wielka tradycja. Nagromadzone przez dwa i pół tysiąca lat zdobycze myślowe wymagają cierpliwości i pracowitości w ich zdobywaniu. Będziesz musiał przez długie lata zbierać wypisy kolekcjonować ślady jak śledczy Scotland Yardu, zanim pośród na pozór bezużytecznych bambetli intelektualnych objawi ci się to, co będziesz mógł nazwać “sensem”. Filozofia to robota dla cierpliwych. Jeżeli zatem lubisz gromadzić zapasy tymczasowo bezużytecznej erudycji, to powinieneś studiować filozofię!

Powód siódmy — filozofia to zabawa dla odważnych

Nie spodziewaj się, że po filozofii zostaniesz zadowolonym z siebie i zasobnym w mamonę królem życia. Jeżeli twoje ambicje ograniczają się do posiadania, to filozofia nie jest dla ciebie. Prawda nie jest towarem, na który istniałby jakiś szczególny popyt. Prawda często boli i to nie tylko tego, kogo dotyczy, ale również tego, kto zdecydował się ją przed tamtym odkryć. Filozofia może być przez niektórych odczuwana jak nóż wbity w plecy. Jeśli spodziewasz się po filozofii, że będzie pluszakiem, do którego możesz się przytulić w chwilach słabości, to daj sobie spokój z jej studiowaniem. Filozofia to nie jest robota dla ostrożnych i niezdecydowanych. Jeżeli jednak lubisz bawić się intelektualnymi zapałkami — studiuj filozofię!

Powód ósmy — studiowanie filozofii to wysunięty środkowy palec w stronę współczesności

Filozofia to działalność niedzisiejsza. Wymaga skupienia i cierpliwości czyli dwóch cech charakteru, na które się dzisiaj nie stawia. Jeżeli zatem masz po dziurki w nosie jazgoczącego szumu dezinformacyjnego i chciałbyś się na czymś na poważnie pozastanawiać — studiuj filozofię!

Jeszcze jedno…

I teraz trochę prywaty. Ja też chciałbym poprowadzić jeszcze trochę zajęć z dziwnymi znaczkami na tablicy będącymi albo zapisem słów ze starożytnej greki, albo robaczkami należącymi do jakiegoś egzotycznego rachunku logicznego. Też chciałbym usiąść przy stole seminaryjnym nad Heglem albo innym Erugeną. Krótko mówiąc, byłoby mi narękę, gdybyśmy mieli w Opolu ze trzydziestu studentów filozofii. A zatem…

Dlaczego studiować w Opolu, a nie gdzie indziej?

Filozofia to poważne studia. Może jedyne poważne. W Katedrze Filozofii Uniwersytetu Opolskiego staramy się, żeby te poważne studia były jak najmniej zakłócane przez okoliczności biurokratyczne. Spotkacie ciekawych ludzi, którzy kiedyś zaczęli sobie zadawać te same pytania co wy, a ponieważ zajęli się tym wcześniej, mogą wam udzielić pożytecznych wskazówek i informacji. Filozofowie z Opola zawsze tworzyli jedną filozofującą ekipę ze studentami. Razem zadajemy sobie ważne pytanie i razem na nie odpowiadamy. W Katedrze Filozofii Uniwersytetu Opolskiego możesz studiować, nie przestając myśleć i czuć samodzielnie.

Na ra!

5/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLIX – czyli krzywe szczęście

Szczęście nie jedno ma imię

Różne szkoły filozoficzne w różnoraki sposób podchodziły do zagadnienia szczęścia. Upatrywały go w czym innym i dawały różnorakie wskazówki w dążeniu do niego. Demokryt żywił przekonanie, że źródłem szczęścia jest harmonia duszy, z której wypływa spokój wewnętrzny. Platon uważał, że szczęście przyjdzie wraz z poznaniem idei, szczególnie piękna i dobra. Powiązał z tym pojęcie eudajmonii, a więc posiadanie dóbr najwyższych. Na człowieka, zdaniem Platona – czeka pewien cel, który należy odkryć i wypełnić, a jeśli wykona się to dobrze, zyska się nagrodę.

Arystoteles zalecał rozwijanie i pielęgnowanie cnót. Racjonalna natura ludzka wyznacza człowiekowi pewne funkcje, a jeśli podąża on drogą złotego środka, osiągnie szczęście. Epikur przekonywał, iż szczęście jest tożsame z przyjemnością, a więc dobrem – w przeciwieństwie do cierpienia, które jest złem. Zastrzegał jednak, iż należy mądrze wybierać przyjemności i panować nad namiętnościami, kierując się powściągliwością, równowagą i życiem w zgodzie z naturą. Stoicy – przy całym wycofaniu z życia – nawiązywali do poprzedników i również zachęcali do rozwijania cnót, zwłaszcza uniezależniających od okoliczności zewnętrznych, do okiełznania namiętności (apatia), życia zgodnego z rozumem i naturą, do ograniczenia potrzeb i osiągnięcia wewnętrznej wolności – która da szczęście.

W średniowieczu – ze względu na to, iż wszystko, co ziemskie było marnością – szczęście upatrywano w Bogu. Według św. Augustyna każdy powinien dążyć do szczęścia wiecznego, gdyż dobra doczesne są nietrwałe i należy zwrócić się ku dobru najwyższemu, które jako jedyne niesie prawdziwe szczęście. W oświeceniu nastąpił przewrót, porzucono starożytną eudajmonię, szczęśliwość wieczną uznano za odległą i problematyczną. Hume naprowadził ludzi na myśl, że nie istnieje dobro obiektywne, ku któremu powinni zmierzać, lecz że każdy może sam ustalić, co jest pożądanym dobrem. Odtąd górę brały osobiste preferencje i mianem szczęścia można było określać to, co kogoś (przynajmniej w jego wyobrażeniu) miało uszczęśliwić. Na początek sięgnięto po to, co było pod ręką – czyli ziemskie przyjemności.

Rzecz jasna nie we wszystkich warstwach społecznych i krajach. Dajmy na to Kant jakoś wcale nie przeceniał szczęścia, szczególnie, jako życiowego celu, wywyższając możliwie najbardziej beznamiętne spełnianie swoich obowiązków. Inny Niemiec, Nietzsche też miał spory dystans do szczęścia, przede wszystkim nie wierząc w jego trwałość i traktując jako idealny stan lenistwa, gdy nie doświadcza się zmartwień i smutku. W zamian proponował szukanie zadowolenia z siły życiowej oraz walecznego animuszu, co pozwala pokonywać przeszkody i przeciwności losu.

Sam wątpię, iżby siłą dało się zyskać przychylność losu. Istnieje jednak przekonanie, że każdy jest kowalem swego losu. Jakkolwiek byśmy szczęścia nie definiowali, to jedno wydaje się cechą wspólną wszystkich koncepcji filozoficznych: są zgodne, że ludzie nieprzerwanie przejawiają dążenie do szczęścia, wykazują jego trudną do zaspokojenia potrzebę i starają się unikać jego przeciwieństwa. Krótko mówiąc pragną pomyślnego życia. Wszelako często okazuje się, iż zdobywszy to, co przedstawiało się początkowo jako szczęście, wciąż odczuwany jest niedosyt. I szczęście jawi się, jako wiecznie uciekająca linia horyzontu. A może, skoro przez wieki nie udało się jednoznacznie zdefiniować szczęścia, bo definicje się mnożą i różnią, a do tego pełnia szczęścia wydaje się niemożliwa do osiągnięcia – to wypada stwierdzić, że nie tylko nie ma jednego szczęścia – ale i żadnego.

Szczęście nie wygląda prosto

Przyjmijmy roboczo, iż każdy wyobraża sobie szczęście pod inną postacią. Pewnie w zależności od stopnia trudności w jego osiągnięciu, inaczej przedstawiają się sukcesy na tym polu. Na przestrzeni życia mogą się zmieniać źródła szczęśliwości i cele dalszych dążeń. Być może ocena, czy życie jest szczęśliwe, możliwa jest dopiero po dokonaniu bilansu całości. Wówczas przewaga dobra utwierdzałaby w przekonaniu o tym, że życie było udane, a może nawet szczęśliwe.

A jak ludziom się wiedzie w osiąganiu szczęścia? Czy zawsze czują się jednakowo daleko, tudzież równie blisko celu? Okazuje się, że nie. Potwierdziły to badania profesora Andrew Oswalda z University of Warwick. Przeprowadził je na grupie kilkuset tysięcy osób z 72 krajów. Chodziło o to, by każdy badany ocenił poziom zadowolenia z życia, czyli na ile szczęśliwy się czuje. Najwyższe noty dotyczyły okresu dzieciństwa i wczesnej młodości – a także starszego wieku, w okolicach 60-70 lat. Najmniej szczęścia odczuwają dorośli w średnim wieku. Kiedy wyrysowano krzywą szczęścia przypominała literę U. Początek i schyłek życia to najszczęśliwsze lata; tylko dołek w przedziale 37 do 50 lat trzeba jakoś przetrwać.

Krzywa szczęścia pokrywa się z wyjaśnieniami m.in. jakie bywają powody takiego, a nie innego postrzegania swego szczęścia w określonym wieku. Dzieciństwo to trochę nieuświadomione szczęście, beztroski czas, kiedy można się wyszumieć, odkrywa się świat i to, co oferuje. Nastolatkom i studentom udaje się już więcej z tej oferty zakosztować, ale też zetknąć się z problemami świata dorosłych. Zaczyna się myślenie o karierze i rodzinie, a potem wchodzi się w rolę pracownika, małżonka, rodzica… I choć wcześniej wydawało się, iż mając pracę, dom, samochód, kochającą rodzinę, przyjaciół, hobby wreszcie zdobędzie się wszystko, co gwarantuje szczęście – to rzeczywistość pokazuje, iż wtedy też pojawia się najwięcej stresu. Człowiek żyje w pędzie, praca wypala, własna rodzina działa na nerwy, rachunki i kredyt ciążą, wakacje nie dają pełnego odprężenia, niektóre marzenia i plany nie znalazły urzeczywistnienia. A do tego równocześnie rodzi się lęk o to, co udało się osiągnąć, bo mimo wszystko ma się najwięcej do stracenia.

Dopiero po pięćdziesiątce ludzie znowu zaczynają odczuwać większą radość z życia; odczucie to wzrasta aż do siedemdziesiątki, kiedy to widać jak dalece 70-latek jest szczęśliwszy od 40-latka. Ma znacznie więcej przestrzeni na zadowolenie i pozytywne nastawienie, a rzadziej poddaje się obawom. Zaczyna akceptować rzeczywistość i stracone szanse. Ma mniej zobowiązań, nie jest tak zabiegany, sam wybiera z kim spędzać czas, nie musząc znosić szefa, czy nieprzyjaznych współpracowników. Pojawia się pogoda ducha. I można zaśpiewać za Wiesławem Michnikowskim: Wesołe jest życie staruszka…

Oczywiście ta krzywa szczęścia jest, że tak powiem, statystyczna – zatem nie pokrywa się z każdym indywidualnym przypadkiem. Krzywe jest więc i samo szczęście, zważywszy, jak trudno je zdefiniować, jak trudno go doświadczyć i jak trudno mieć pewność, czy to co nazwiemy jego mianem, faktycznie nim będzie. Możliwe jest bowiem odkrycie, iż to wciąż jedynie namiastka. Wtedy trzeba krzywą szczęścia w kształcie litery U zastąpić podkową i powiesić nad drzwiami końcami w górę, by szczęście z niej nie wypadło.

Szczęście zatem nie jest proste. A co by było, gdyby uznać, że pogoń za szczęściem w ogóle nie jest nam potrzebna. Że osiągnięcie tak wyjątkowego stanu wcale nie jest naszym celem w życiu, nie nadaje mu sensu, ani wartości i z pewnością nie jest konieczne? Przecież wielu ludzi spędziło całe życie nie zaznawszy szczęścia. Kto wie, czy nie lepiej skierować tą energię i oczekiwania na inne tory. Chyba, że – ha! będę przekorny – rację mieli stoicy. O ile dobrze pamiętam, to oni podkreślali, jak ważne jest sumienne wykonywanie swoich obowiązków i sugerowali, że to daje poczucie spełnienia i szczęścia. Jeśli obowiązek równoważy na szali szczęście, to może szczęście jest dla nas obowiązkiem.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 2 czerwca o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: krzywe szczęście. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i podnieść słoniowi trąbę.

3.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLVIII – czyli retoryczne piękno języka

Przeczytawszy w sieci pewien wpis z okazji Dnia Języka Ojczystego, generalnie pełen ubolewania nad kondycją naszej mowy i jej poziomem w debacie publicznej, a szczególnie politycznej – pokusiłem się o przeczytanie komentarzy. Pośród nich znalazłem jeden, który sprowokował mnie do refleksji:

Język niczemu nie winien, że w każdym narodzie mamy do czynienia z ludźmi, których nazywamy oratorami i z ludźmi, którzy używają go w celach prymitywnych odwołując się do naszych najgorszych emocji… Ci ostatni aktualnie mocno zagłuszają tych pierwszych. To po części też wina słuchaczy, którzy odrzucają oratorów. Świat polityki zawsze miał bardzo mało wspólnego z urodą języka.

Przede wszystkim wydaje mi się, iż ktoś ma błędną definicję oratora, albo owszem – rozumie ją, a mimo to jest pod wrażeniem oratorskich zdolności. Osobiście nie przeceniałbym zalet oratorów. Faktycznie, charakteryzuje ich piękna mowa, ale trzeba pamiętać, iż orator doskonali swoje krasomówstwo w określonym celu. Nie po to, by pięknymi słowy coś nam zakomunikować, czyli przekazać pewną treść, ale żeby tymi słowami skłonić nas do czegoś, przekonać, wywołać w nas określoną, oczekiwaną przezeń reakcję. Sztuka retoryki, to jedna z form manipulacji. Tak się nią posługiwali pierwsi, starożytni oratorzy i tak czynią współcześni.

I to często właśnie oratorzy odwołują się do uczuć słuchaczy, grają na emocjach i prostych (w sensie: podstawowych, fundamentalnych) instynktach oraz intuicjach. Wykorzystują utarte schematy myślenia (niejednokrotnie błędne, ale silnie zakorzenione), stereotypy, uprzedzenia, lęki, elementarne potrzeby, jakie człowiek pragnie zaspokajać i dzięki znajomości pewnych mechanizmów psychicznych wpływają na odbiorcę. A przy tym miło się tego słucha…

Być może dzisiejszy obraz polityki skłania ku negatywnym ocenom języka, lecz trudno mi się zgodzić, że “świat polityki zawsze miał mało wspólnego z urodą języka”. Historia zna wielu mówców-polityków, których oracje należą do pięknej klasyki – często wyrafinowaną formą przewyższając nawet samą treść. I nie mam na myśli tylko starożytnych mistrzów. Nawet w nam bliskich czasach znajdziemy przykłady polityków, którzy używali języka parlamentarnego a nieparlamentarnym się nie skalali. Przypomnijmy sobie Gieremka, Bartoszewskiego, Mazowieckiego… Być może drzemie jakaś prawda w słowach, które wypowiedział Ali ibn Abi Talib, zięć Mahometa: Wartość człowieka poznasz po jego języku.

Co się zaś tyczy ogólnej wymowy wspomnianego wpisu, to muszę stwierdzić, iż mam mieszane uczucia w kwestii piękna języka, do którego autor nawiązywał i nawoływał. Nie jestem językoznawcą, ale domyślam się, iż są różne funkcje języka. Zasadniczo jednak służy przekazywaniu sobie jakichś informacji. Nasz gatunek w pewnym momencie zaczął komplikować sobie życie – czy, jak kto woli: wzbogacać je o kolejne elementy. Tworzył nowe narzędzia i przedmioty, dodawał do swych aktywności nowe formy działania, doskonalił też formy stare, zmieniał środowisko życia i stykał się z nieznanymi wcześniej elementami przyrody, klimatu, fauny i flory, przeszkód terenowych itp. Nagle jęki, piski, pomruki, pohukiwania, cmokanie, kląskanie, mimika i pantomima przestawały wystarczać w komunikacji. Trzeba było łączyć zgłoski i wydawane dźwięki w nowe formy artykulacji, aby precyzyjniej nazywać przedmioty i zjawiska w otaczającej rzeczywistości. Terrence Deacon – profesor na Uniwersytecie Berkeley w Kalifornii przypuszcza, że już przed dwoma milionami lat australopiteki rozwinęły pewien system porozumiewania się, z którego z czasem wykształcił się język. Coś pojawiało się w prymitywnym umyśle i człek szukał sposobu przekazania tej myśli pobratymcom. Dwa milionlecia później to samo najwyraźniej dręczyło Juliusza Słowackiego, gdyż stwierdził: Chodzi mi o to, aby język giętki, powiedział wszystko, co pomyśli głowa…

Przyznam, że bliżej mi do pochwały dla precyzji w komunikacji, niż piękna. Najważniejsze jest, byśmy się dobrze rozumieli. By odbiorca w naszych słowach odczytał możliwie najbliższą prawdzie wiadomość, na jakiej przekazaniu nam zależało. Ozdobniki, metafory, poetyzowanie i szereg innych środków stylistycznych potrafią zakłócić czystość przekazu. Im więcej zostawiamy w sferze domysłu i interpretacji, tym bardziej możemy się oddalić od sedna treści.

Słowo
(Marcin D. Podolan)

Słowo – początek i koniec
Sprawcza siła praformuły
Tai w sobie sekrety stworzenia

Niezręczne wszak jako goniec
Słowo jest wstępem wspaniałym
Do wzajemnego niezrozumienia

Niedawno połknąłem fragment pewnej książki suto okraszonej poetycką prozą. Właściwie zbudowana była z niemal samej okrasy. Traktowała o zmaganiach mężczyzny z nowotworem i oblepiona była licznymi egzystencjalnymi brudami. Połknąłem to i było mi ciężko. Zdaję sobie sprawę, że sporej części przesłania nie pojąłem, ale choć z jednej strony czuję z tego powodu wstyd, to z drugiej – jakąś ulgę. Bo gdybym był bardziej wprawny w hermeneutycznym demaskowaniu i przyswajaniu ukrytych znaczeń, to docisnęłoby mnie to kolanem do ziemi i nie pozwoliło na ruch.

Czułem się pobity. Miejscami zbieg słów autora był jak cios w podbródek; niby na chwilę unosi cię w górę, ale gdy ogarniesz swą sytuację, już leżysz znokautowany. I czułem się pobity dwojako; samą treścią, która kopie z kolana w żołądek, a także kolejnym pełnym zazdrości stwierdzeniem, że daleko mi do podobnej zdolności wyrażania egzystencjalizmu.  Wszystko w niej jest – nie, nie wiem, czy jest – wydaje mi się bardzo… esencjonalne. Taki dekokt pomyśleń. Tymczasem mi łatwiej przyjmować postać bardziej rozcieńczoną, bliższą mowie międzyludzkiej, niż międzydusznym intuicjom. W swoim czasie William Penn wygłosił pouczenie: Mów poprawnie, przy użyciu najmniejszej liczby słów, ale zawsze wyraźnie, ponieważ celem wypowiedzi nie jest ostentacja, a żeby ludzie cię rozumieli. I zasadniczo się z tym zgadzam, aczkolwiek mam jeszcze problem z tym używaniem najmniejszej liczby słów.

W związku z powyższym, co i rusz, budzi się we mnie jedna wątpliwość. Co lepsze: pisanie językiem koneserów, posiadających klucz do zrozumienia, ale pozostających hermetyczną elitą, której reszta ani nie rozumie, ani nawet nie zna, a tym samym nie podziwia i co za tym idzie nie naśladuje, nie bierze za wzór, nie czyni mentorem, przewodnikiem. Czy pisanie właśnie językiem prostszym, mniej wyrafinowanym, za to zrozumiałym dla szerszego grona i mogącym wyrwać z obojętności, wywrzeć reakcję, pchnąć ku działaniu, albo przynajmniej refleksji. A może nie warto tego roztrząsać, tylko poprzestać na konstatacji, że jest, jak jest. Taka tautologia bywa ratunkiem. Każdy znajduje coś dla siebie, jedni w niszy, drudzy w mainstreamie. Po co szukać uniwersalnych form, albo tworzyć eklektyczne kurioza. (Choć nawiasem mówiąc, eklektyzm w starych meblach bardzo mi się podoba).

Tak, znowu wyłazi ze mnie ignorant, bo pewnie bardziej rozgarnięty człowiek znałby odpowiedź. Chyba, że odpowiedzi jednak nie ma, lub jej poszukiwanie jest zbyteczne, bo to, co się liczy, tudzież wystarczy to stawianie pytań. Tak, aby człek pamiętał, że zawsze pozostanie w zawieszeniu, w niepewności, z palcem wetkniętym na chybił trafił między kartki słownika frazeologicznego. Jedni ludzie siedzą w literaturze, przejmują się nią, stanowi ona – przynajmniej w jakiejś mierze – treść ich życia. Dla mnie jest to coś, do czego czasami się wybieram, coś jak wypad za miasto na piknik, a niekiedy może i większa wyprawa – niemniej obszar, z którego potem wracam do siebie.

Mam świadomość, iż czytanie lub słuchanie cudzych słów, to wkraczanie na obce terytorium. Zaglądanie – że tak to ujmę – w czyjąś duszę rozumną i mniej, lub bardziej udolna próba jej zrozumienia. Próba, której nie da się zakończyć sukcesem, bo nawet korzystając z tego samego zestawu słów, możemy się różnić rozumieniem znaczeń. Nasze języki mają swoje ograniczenia, a to sprawia, że opis otaczającej nas rzeczywistości może być tylko taki, na jaki pozwalają nam nasze wewnętrzne słowniki. Nie stworzymy obiektywnego, prawdziwego opisu. A ile z tego, jaki nam wyjdzie, poprawnie zrozumie ktoś inny? Przecież on przebywa we własnym świecie pojęć. Jak to ujął Ludwig Wittgenstein: Granice mojego języka są granicami mojego świata. Literatura i żywy dialog pozwalają zatem poszerzać horyzonty, ale nie przekraczać, bo nie wejdziemy do umysłu drugiej osoby. Filozofia języka nie radzi sobie rozstrzygająco z podstawowymi zagadnieniami, ale wydaje się, iż chętnie powitałaby w świecie jakiś uniwersalny, powszechnie zrozumiały, niedwuznaczny język.

Tylko wyobraźmy sobie książkę, w której zawarty jest rzeczywisty świat. Myśli wyrażone byłyby precyzyjnie, ujęte w pełni, jednoznacznie, zgodnie z prawdą i intencją autora. Ba, byłby w tym dziele czytelny sam pisarz. Bez niedomówień, bez koniecznych domysłów i interpretacji. Póki co, literatura – przynajmniej dla mnie – jest czyjąś wizją świata i tylko dzięki temu, że w niektórych punktach pokrywa się z moją, wywołuje we mnie pewne poruszenia. W gruncie rzeczy jednak jest to sfera spoza mnie, ani nie jest moja, ani ja do niej nie należę. Wypożyczam ją sobie, albo lepiej powiedzieć: biorę w dzierżawę i czasem uprawiam. I te uprawy to taka trochę sztuczna hodowla. Wydaje mi się bowiem, że nikt na co dzień nie patrzy na świat przez poetyckie filtry, nie myśli językiem literackim, że dopiero na użytek tworzenia przełącza się w tryb poety, czy literata.

Sam – przyznaję – mam ciągoty refleksyjno-filozoficzne i daję im upust; jednak u mnie metafizyka i filozofia nie są gęste, zawiesiste, skondensowane. A dzięki temu chyba zyskują na większej przejrzystości. Po co komplikować hermeneutykę innym ludziom, skoro po sobie wiem, jak trudna to sztuka. Staram się nie pozostawiać nikomu zbyt dużego pola do interpretacji, do spekulowania nad moimi słowami w stylu: zjadłem, nawet smakowało, ale co to właściwie było. I nawet jeśli jakiś ciemny smak zatrzymuje się czasem goryczką na krawędzi przełyku, to nie przykleja się trwale do sklepienia podniebienia (tudzież czaszki). Ostatecznie trafia dalej i, jak mam nadzieję – nadaje się do strawienia. Czyż tak nie jest lepiej?

Nie przeczę, iż lubię obcować z ujmującym językiem, czytam literaturę piękną i poezję (sam nawet trochę tworzę), jednak w tym wypadku przestawiam się na tryb przyjemności. Robię to niejako dla rozrywki, urozmaicenia. I cieszy mnie taki bonus, gdy przy okazji mogę się ubogacić duchowo, albo poszerzyć wiedzę. Jasne, że nie ma nic złego w tym, aby zachwycającym, bogatym językiem wyrażać bardzo konkretne myśli; i prawdopodobnie można to pogodzić bez utraty sensu, bez zafałszowania przekazu. Na tym polega sztuka. I jest to sztuka niełatwa. Lecz poza pragnieniem przyjemności chyba niczym więcej nie da się jej wytłumaczyć. Ludzie sprawnie operujący słowem potrafią, korzystając z różnych chwytów stylistycznych i bogactwa środków artystycznego wyrazu, wywołać u odbiorcy określone skojarzenia, reakcje, emocje, refleksje. Trzeba jednak pamiętać, iż jest to de facto manipulacja, niewiele różniąca się od tej stosowanej w retoryce przez zdolnych oratorów.

Filozofowie też mają skłonność do upiększania swych wypowiedzi; sięgają po metafory, wyszukują paralele, poetyzują, ubarwiają, a do tego uprawiają słowotwórstwo – w zasadzie po to, by lepiej ująć swoje myśli, by obrazowo trafić do rozumu odbiorców. Jeśli mam być szczery, nie zawsze mi się to podoba, niemniej rozumiem, iż w niektórych sytuacjach bywa to najlepszym sposobem. Człowiek pierwotny mógł zrobić funkcjonalny nuż i już, i na tym poprzestać. Ale któregoś dnia ozdobił rękojeść rzemykiem i wyrył na niej wzorek. To niczemu praktycznemu nie służyło, ale i nie szkodziło – a przecież cieszyło myśliwego. Z językiem chyba jest podobnie. I tak samo można nim budować, jak i niszczyć, pomagać, jak i ranić, zbliżać ku prawdzie, albo od tejże oddalać. Można mówić prosto i klarownie na miarę swych zdolności, przy czym mało kogo takie słowa urzekną. Można też ubarwić tą samą wypowiedź, nasączyć metaforami, epitetami, symboliką, upstrzyć hiperbolami i peryfrazami, wzbogacić o neologizmy, ująć w barokowe ornamenty i półstronicowe zdania iskrzące się brylantami konceptu, wykończone frazeologiczną sztukaterią – i zyskać zachwyt, lecz zagłuszyć wątek. Trudno o równowagę między treścią a formą. Pytanie więc: czy wolno finezją i pięknem przesłaniać precyzję i… prawdę.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 5 maja o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: retoryczne piękno języka. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i postawić retoryczne pytania.

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta – tradycjonalnie

Nie jestem człowiekiem zbytnio uduchowionym. Mógłbym rzec, iż mam duchowość karalucha. A ponieważ trochę mnie to martwi i… zawstydza, pocieszam się mówiąc Bogu: Jakąż wspaniałość pozwalasz nam poznać w swych niezwykłych dziełach, stwarzając choćby te głęboko uduchowione karaluchy. A poważnie; mimo poczucia osobistej małości duchowej, miewam czasem refleksje na tym polu. Nie tak wzniosłe, jak ojcowie i doktorzy Kościoła, ale co najmniej jak karaluchy w szparach kościelnej podłogi. Coś tam dotarło do mnie z ambony, coś zostało, a potem konfrontacja z codzienną rzeczywistością, niczym zgrzyt krzesiwa o kamień – wywołuje iskrę.

Kiedy przychodzą święta religijne, mam wrażenie, że o ile w ogóle zastanawiamy się nad ich istotą, to traktujemy je głównie jako wspomnienie ważnych wydarzeń. I tak, jak przy świętach państwowych, czy znaczących rocznicach – bierzemy udział w obchodach. Celebrujemy pamięć o czymś, co kiedyś się wydarzyło, a co powtórnie się nie wydarzy. Oddajemy cześć przeszłości. Tymczasem święta powinny być żywym uczestnictwem w czymś, co autentycznie odbywa się w ich czasie. Co faktycznie ma miejsce, a nie jest jedynie odgrywaną powtórką jakiegoś starego spektaklu.

O co mi chodzi? Hm, mam trudność z uchwyceniem tego słowami, bo unosi się gdzieś w obszarze intuicji. Zastanawiam się, czy być może nie idzie o zazębienie dwóch pojęć: pamięć i tradycja. Gdy świętowanie polega tylko na wspominaniu, oddziela nas od bohaterów wydarzeń, sytuuje w pozycji odległego obserwatora, a nie uczestnika. To prawda, że nie ma już możliwości fizycznego towarzyszenia Jezusowi. Ale religia, w której centrum On się znajduje, jest jakby przedłużeniem Jego działalności na Ziemi. No, i stworzyliśmy tradycję, która obfituje w szereg obrzędów i atrybutów. Jest to bogactwo, które ma potencjał energetyczny, mogący wyzwolić rzeczywiste, głębokie emocje. I tego wszystkiego możemy rokrocznie aktywnie doświadczać. Żywo, z uczuciowym zaangażowaniem.

Przecież nie w tym rzecz, aby wspominać Jezusa, albo co gorsza wspominać i bezwiednie naśladować powstałe rytuały i uroczystości. Potrzebna jest świadomość i wyczucie priorytetów – a przecież wiadomo, co gra tu główną rolę, a co jest rekwizytem i scenografią. Mówi się o kultywowaniu tradycji – i pięknie by było. Ale czyż nie dostrzegamy jej spłycania. Zaczyna przypominać mechaniczną powtarzalność gestów i rutynowych ceremonii. W dodatku zawężanych i okrawanych, bo choćby w taki śmigus-dyngus angażuje się coraz mniej młodych osób.

Tymczasem mamy wspaniałą sposobność, by wziąć udział nie w obchodach świąt, lecz w świętowaniu. I – co ważne – prawdziwie cieszyć się Zmartwychwstaniem. Czy nie jest to tylko echem wydarzeń sprzed dwóch tysiącleci? To zależy od nas. Co towarzyszyło apostołom i uczniom Chrystusa, ma szansę zaistnieć w naszych czasach, w naszych sercach. Można czuć, przeżywać duchowo i nosić w sobie to samo, co oni. Powiem więcej, w przypadku części osób to zachodzi, po prostu dzieje się. Łączy ich z dawnym czasem, niczym jakiś mistyczny, energetyczny łańcuch, do którego dołączają kolejne, wcale nie słabsze, czy gorsze ogniwa. Trzeba się tylko podpiąć, aby poczuć prąd stawiający do pionu wszystkie włoski na skórze.

O ile religia jest dla mnie czymś w rodzaju protezy, która zastępuje fizyczną obecność Jezusa, podkreślając ważniejszość jego duchowej obecności – to tradycja przypomina laskę, na której dodatkowo można się wesprzeć. Nie chcę jej przeceniać i mam świadomość jej zmienności, nietrwałości, ułomności i innych …ości, które mogą nam stanąć w gardle. Lecz z drugiej strony wiem, że tradycja i związane z nią obyczaje, są zawsze odpowiedzią na wewnętrzne potrzeby. Jezus też to rozumiał. Mówiąc „… to czyńcie na moją pamiątkę” polecał powtarzać pewne rytuały, ale nie dla nich samych, lecz dla symbolicznego aktu repetycji i naśladownictwa Mistrza. Mistrza, który wiedział, że nie jest to istotą Jego nauk, ale ma swoją siłę i szczególną wymowę. A kto powtarza, nie zapomina. Zaś każdy rytuał stanowi odpowiedź na pragnienie silniejszego przeżycia duchowych uniesień, pragnienie bliskości w rodzinie i wspólnocie, pragnienie wzmocnienia i ubogacenia. 

Jeżeli więc jeszcze nie zagłuszyliśmy tych ważnych potrzeb komercyjnymi chwastami, to tradycja może być pięknym punktem wyjścia do prawdziwego świętowania. Do celebrowania świąt, które są, dzieją się. A nie stanowią zwykłego wspomnienia. Tak przynajmniej wydaje się jednemu karaluchowi.

Kłaniam Martinus

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Drugi moralitet cyniczny na Wielki Piątek, czyli dlaczego skur**synom się wiedzie, a sprawiedliwi źle kończą?

Glaukon, starszy brat Platona, w drugiej księdze Państwa przeprowadził pod okiem Sokratesa eksperyment myślowy, który wyglądał mniej więcej tak:

Wyobraźcie sobie dwóch ludzi. Jeden z nich to szczwany skurwysyn, który nie tylko potrafi być skurwysynem, ale też potrafi swoje skurwysyństwo ukrywać i to tak dobrze, że wszyscy wkoło uważają go za porządnego człowieka i w ten sposób osiąga on szczyty skurwysyństwa, bo „[…] szczyt niesprawiedliwości to: uchodzić za sprawiedliwego nie będąc nim” [Platon, Państwo 361a]. Wszyscy go lubią, bo da się z nim pogadać. W rozmowach każdemu schlebia, na urzędzie każdemu coś załatwi. No swojski chłop.Drugi to dobry człowiek, który, jak na dobrego człowieka przystało, nie dba o to, co ludzie o nim myślą i stara się całe życie postępować sprawiedliwie, a w związku z tym, zaczyna wszystkich wkurwiać, bo jeden chciałby przetarg na drogę gminną załatwić, inny córkę do gminy na sekretarkę wstawić, trzeci chciałby odliczyć od podatku lipne faktury, a ten wyskakuje zawsze z frajerskimi tekstami w rodzaju: „Ale czy to zgodne z prawem?” albo „Kurczę, nie wiem, czy to będzie w porządku wobec innych”, albo „Muszę się zastanowić”. To ostatnie to już szczyt frajerstwa, tego się nie wybacza.

Który z nich na tym lepiej wyjdzie? Odpowiedź na to pytanie pcha się wszystkimi drzwiami i oknami, ale głównie przez telewizor. Oczywiście, że szczwany skurwiel będzie miał lepiej!

[…] niesprawiedliwy […] tak postępuje, jak dzielni zawodowcy. Na przykład sternik najlepszy albo lekarz tak samo zawsze rozróżnia to, co nie jest możliwe w jego sztuce, i to, co jest możliwe. I do jednego rękę przykłada, a drugiego nie tyka. A jeszcze, gdyby mu się tam gdzieś noga przypadkiem powinęła, on potrafi to naprawić [Platon, Państwo 360e-361a]

Mówimy zatem nie o jakiejś amatorskiej gnidowatości: prawdziwy skurwiel, to skurwiel profesjonalista. Skąd się tacy biorą? Pewnie kwestia talentu wrodzonego, który można rozwinąć pod czujnym okiem gnidowatych rodziców i w parszywym moralnie środowisku wychowawczym. Słuchaj ludzi. Staraj się zgadywać ich marzenia. Udawaj, że chcesz je spełnić. Graj na emocjach i ambicjach. Nie daj się wyprowadzić z równowagi. Ludzie to zapatrzone w siebie głąby i można ich łatwo rozgrywać. Trzymaj się tych nauk, a będziesz długo żył i będzie ci się powodziło.

I co z nimi będzie?

[…] będą mówili o niesprawiedliwym, że prawda jest po stronie jego roboty, i on nie żyje dla opinii, on nie chce się wydawać niesprawiedliwym, tylko chce nim być. W przepastnych głębiach duszy piękny ogród ma. Rozumne plany tam kiełkują cały rok. Więc naprzód, żeby władzę objąć w państwie, budując na opinii swej nieskazitelności, a potem żonę wziąć, skąd by mu się podobało, i córki wydawać, za kogo by chciał, i wiązać się, i żyć z kim by chciał, a oprócz tego wszystkiego zarabiać grubo, nie martwiąc się tym, że zysk nieuczciwy. Taki pojedzie na igrzyska i zwycięży, i jako człowiek prywatny, i jako przedstawiciel państwa, i będzie miał więcej niż jego przeciwnicy, a jak będzie miał więcej, to zrobi majątek i przyjaciołom będzie świadczył dobrodziejstwa, a nieprzyjaciołom szkodził, a bogom ofiary i wota będzie składał jak się należy z wielką pompą i będzie bogom służył znacznie lepiej niż człowiek sprawiedliwy, i będzie dbał o tych ludzi, o których zechce; więc jakoś tak to raczej wygląda, że i bogom milszy powinien być niż człowiek sprawiedliwy [Platon, Państwo 262a-c].

Może się zastanawiacie, o jakich to bogach mówi Glaukon. O, to bardzo proste. Mają oni wiele imion, ale najważniejsze z nich to Opinia Publiczna, Piniążki, Władza, Większość Parlamentarna, Followersi, Układy i układziki, Fejm itd. Imion wiele — gówno jedno. Kto im się kłania — będzie uważany za dobrego, choćby własną matkę pobił. No i co takiemu zrobisz? Bogowie po jego stronie.

No a dobry człowiek? On nie ma szans. Otwarty, szczery, nawet w największej mendzie gotowy dostrzec bliźniego swego i dać mu się wydymać. Taki sobie nie poradzi ani na urzędzie, ani w biznesie. Hajs utopi w dobroczynności, a energię zmarnuje na pomaganie niedojdom. Każdemu wybaczy, nadstawi drugi policzek, wszystkiemu ufa, we wszystkim pokłada nadzieje…

Co się z nim stanie? Platon się nie certoli:

[…] sprawiedliwy w takim położeniu będzie biczowany, torturowany, więziony, i oczy mu wypalą, a w końcu wszelkie zło wycierpiawszy, na pal zostanie wbity i pozna, że nie trzeba chcieć być sprawiedliwym, ale chcieć takim wydawać się [Platon, Państwo 261e-262a].

Tak kończą dobrzy. Niech cię zatem nie kusi dobroć. Nie bądź pochopnie porządny. Jeżeli masz choćby jedną wadę charakteru, to postaraj się ją jakoś rozwinąć i wykorzystać. Jesteś małym kłamczuchem? Nie zakopuj tego talentu w ziemi! Rozwiń go na kursach NLP i studiach z Marketingu. Ciągnie cię do pieniędzy? Nie marnuj tego daru piekieł. Zacznij robić biznesy. Mało płać pracownikom, udawaj, że faktury nie dotarły do firmy, zmieniaj działalności, ogłaszaj upadłości. Czytaj Carnegiego i Briana Tracy. To jest droga dla ciebie. To jest droga dla każdego z was! Każdy ma wady, które może ciężką pracą rozwinąć. Wszyscy jesteśmy zjebani! Trzeba tylko dostrzec w sobie ten potencjał!

Nie bądźcie dobrzy! Dobro jest głupie! Szukajcie sukcesu, a nie męczeństwa!

Już was widzę w tych waszych odpicowanych BeeMWicach i Mesiach! Cóż za wspaniała wizja: Cały świat jednym wielkim skurwysyńskim Success Story! A chuj tam z dobrymi. Co człowieka sukcesu mogą obchodzić frajerzy, którzy nie potrafili zadbać o swoje. Kto chce nadstawiać drugi policzek, niech uważa, bo cios może być z półobrotu. Kto szuka sprawiedliwości, niech pamięta: każdy może ją mieć po swojej stronie, ale trzeba do tego pieniędzy. Kto chce mówić prawdę, niech pamięta, że ludzie nie lubią prawdy, a do kłamstwa zlatują się jak muchy do gówna. Kto chce kochać, niech pamięta, że ludzie mają serca twardsze niż kamienie, a ich próżność jest lżejsza nić pył. Machiavelli miał rację:

Można […] o ludziach w ogóle powiedzieć, że są niewdzięczni, zmienni, kłamliwi, unikający niebezpieczeństw i chciwi zysku; gdy im czynisz dobrze, wszyscy są ci oddani, ofiarują ci swą krew i mienie, życie i dzieci, kiedy potrzeba jest daleko — jak to już powyżej powiedziałem — lecz odwracają się, gdy się w potrzebie znajdziesz [Niccolo Machiavelli, Ksiażę XVII]

Dobry na końcu zostaje sam. Wszyscy inni o nim zwątpią.
Nawet on sam zwątpi o sobie.
Pamiętajcie o nim.

Ciao!

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLVII – czyli złudne piękno ptasich trelów

To dla mnie wciąż zadziwiające, z jaką lekkością wielu ludzi nadinterpretuje świat zwierząt i przykłada jego przejawy aktywności do swojej miary. Antropomorfizujemy przyrodę i to nie tylko w bajkach, przysłowiach, lub fraszkach. Weźmy dla przykładu ptasie chóry, których wiosną tyle koncertuje. Wysokie tony, gwizdy, świergoty i przeciągłe kwilenie kojarzymy z głosikami dzieci, delikatnością dziewczęcych chichotów, piskiem rozbawionych maluchów, czymś śpiewnym, melodyjnym i jakoś tak niegroźnym, niewinnym. Tymczasem, gdyby przetłumaczyć ptasie trele na ludzki język, okazałoby się, że wykrzykują mniej więcej takie słowa:

Pójdź, pójdź mała! Patrz, podziwiaj! Piórrrka innych są okropne.
Ze mną będziesz wyżej fruwać. Stwórzmy gniazdko, ćwierkam szczerze.
Spadaj, sąsiad! To mój teren! Precz, precz! Zwiewaj, bo cię dziobnę!
Bój się, bój się. Czuj, czuj, czuwaj! Kot, kot! Fruńmy, bo nas zeżre.

Krótko mówiąc, ptaki głosem (choć nie tylko nim) określają granice i bronią swego terytorium, wszczynają alarm przy zagrożeniu oraz przywołują partnerki. Czyli ludzi zachwycają groźby, zaczepki, przechwałki, histeryczne wrzaski i nachalne podrywy. Że też człek nie rozmiłował się w tym, jak psy ujadają broniąc swego podwórka, albo jak koty marcują, jazgocząc w rywalizacji o teren i samiczki. Ba! nawet nie wszystkie ptaki fascynują ludzi, gdy wyrażają dokładnie to samo, ale wykluły się gęsią, kurą, sroką, czy też sójką, mewą albo przykładowo kormoranem. Gdyby stworzyć nagranie ze „śpiewem” powyższych opierzonych nie byłaby to relaksacyjna ścieżka dźwiękowa.

Czyj dobrostan najważniejszy

Odkąd pojawiło się życie na naszej planecie, jego nosiciele toczą walkę o przetrwanie. W pierwszej kolejności chodziło o poradzenie sobie z przeciwnościami, jakie fundowała im przyroda nieożywiona. Potem dochodziły zagrożenia ze strony drapieżników. Każdy gatunek walczy o swój byt. Również człowiek, który mimo iż wyewoluował w najbardziej niezwykły sposób, nadal jest reprezentantem ogromnej rodziny żywych stworzeń. Lubimy myśleć, że się z niej wywodzimy i sugerować w ten sposób, iż to jedynie nasza ewolucyjna przeszłość. Tymczasem nadal doń przynależymy, jesteśmy jej częścią, współtworzymy ją. To każe postawić sobie pewne pytanie. Czy z tytułu większej świadomości swego wspólnego losu, z racji szczególnych możliwości intelektualnych i technicznych jesteśmy bardziej odpowiedzialni za przetrwanie nie tylko własnego gatunku? Czy jesteśmy zobowiązani dbać o inne formy życia?

A jeśli odpowiemy twierdząco, to jak mamy osiągnąć na tym polu jakiś sensowny skutek, skoro nie rozumiemy przyrody. Za sprawą wyobraźni dopowiadamy sobie własną narrację do tego, co obserwujemy w świecie zwierząt i roślin. Wymyślamy pewne scenariusze, przypisujemy role i nadajemy własne, ludzkie sensy. Dlatego ptaki nadal wyłącznie śpiewają, a te obdarzone brzydszym głosem – hałasują. Nieliczni potrafią spojrzeć z innej perspektywy, a przynajmniej próbują odrzucić stereotypy i zamierzchłe racjonalizacje. Wszak dopiero od niedawna śmielej przyznajemy, iż zwierzęta to nie rzeczy i mają swoje prawa.

Z drugiej strony, prawa owe sami ustalamy, zgodnie z własnym wyobrażeniem i uznaniem. Jak to więc jest: czy przyrodzie przysługują pewne prawa z tytułu na przykład jej wartości, złożoności życia pod względem odczuwania bodźców, wyrażania emocji, lub zdolności do różnego stopnia uspołecznienia? Czy też jedynie takie prawa, jakie człowiek jej łaskawie przyzna? Przecież wiele programów ochrony środowiska ma na celu nie tylko prawa zwierząt do egzystencji w dobrostanie, lecz przede wszystkim dobro człowieka w perspektywie przyszłych pokoleń. Zatem chronimy przyrodę, jako pewne zasoby, które chcemy zachować dla potomków.

Duszność i bezduszność

Co prawda zgadzamy się z tym, że Arystoteles, wtórujący mu Tomasz z Akwinu, czy choćby Kartezjusz błądzili, odmawiając zwierzętom posiadania duszy i możliwości odczuwania. A jednak w dusznych pomieszczeniach wciąż hoduje się zwierzęta w bezdusznie przemysłowy sposób. Przy tym wykorzystuje do eksperymentów i traktuje bez szacunku. Nierzadko współczesnym ludziom zbytnią trudność sprawia pójście przynajmniej za myślą Kanta, który – choć nie przeceniał wartości zwierząt – zalecał wyzbycie się okrucieństwa, bo każda jego forma degraduje moralnie człowieka.

Niby pojawiały się głosy zawierające więcej troski. Chociażby takich wegetarian, jak Pitagoras, który uważał, że zwierzęta mają nieśmiertelną duszę oraz Teofrast, twierdzący, że rozumują i odczuwają podobnie, jak ludzie. Również Platon, czy św. Franciszek nie traktowali zwierząt, jako przedmioty. Jednak po upływie setek lat od ich słów, wciąż daleko nam do uznania zwierząt za osoby. Najwyraźniej samo przyjęcie faktu, że istoty te potrafią cierpieć, to za mało. Przecież wiemy, iż ludzie mogą cierpieć, a nie powstrzymuje nas to od zadawania im cierpienia. Zapewne dlatego ani Jeremy Bentham, czy późniejszy Arthur Schopenhauer, ani nam współczesny Peter Singer oraz Tom Regan nie przebili się do powszechnej świadomości ludzi. Aczkolwiek w kwestii praw zwierząt zdziałali naprawdę całkiem sporo.

Rzecz w tym, iż nie wystarczy dotrzeć z przesłaniem do wszystkich ludzi – co może nawet jest już bliskie urzeczywistnieniu – tylko spowodować zmianę postaw i stosunku do naszych braci mniejszych. Z tego powodu ptasia brać wciąż tylko śpiewa, bo człowiek nie rozpoznaje w tym niczego więcej, nie rozumie głosu przyrody. Dawno temu przestał się weń wsłuchiwać a tym bardziej przejmować i trudno to zmienić. Stąd narzucamy sobie prawne ograniczenia w wykorzystywaniu zwierząt i eksploatacji środowiska, sami sobie wyznaczamy coraz surowsze kary za ich złe traktowanie… Tylko ile jest w tym rzeczywistego dobra, skoro de facto wymuszamy na sobie łagodność, dbałość, troskę, współczucie i etyczne postępowanie. Czy człowiek staje się dobry, gdy ze strachu przed karą nie czyni zła?

Sądzę, że należy to przedyskutować – przy kawce => Głos kawki zwyczajnej (Corvus monedula) – YouTube. Zapraszam 7 kwietnia o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: czemu ptaki nie śpiewają. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i poćwierkać filozoficznie.

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Pokój gościnny: Niebywały niebyt

Pokój gościnny to przestrzeń refleksyjno-filozoficzna dla osób spoza załogi naszej internetowej strony. W przestrzeni tej znajdują miejsce pomyślenia warte ugoszczenia.


Pojęcie Niebytu pojawia się dość często w moich myślach. Przeważnie lekceważę to pojęcie i zrodzone uczucie. Ale czy chcę czy nie, mój umysł domaga się większego zaangażowania w analizę zjawiska duchowego jakim jest niebyt.

Pytanie, co pojawia się pierwsze w moim umyśle i ciele: pojęcie czy uczucie związane z niebytem. Wydaje mi się, że jedno i drugie w tej samej chwili. Oczywiście siła uczucia niebytu (nieistnienia) ma szeroki zakres: od żartu o życiu po życiu do uczuć związanych z żałobą po utracie bliskiej osoby. Temat niebytu, przy całej (lub częściowej) abstrakcyjności tego pojęcia, stanowi okazję do stworzenia nauki o czymś, czego nie ma. Jeżeli przyjąć, że niebyt jest przeciwieństwem bytu, to nie ma o czym pisać. Ale niebyt doczekał się nauki o niebycie zwanej meontologią.

Uważa się, że możliwości rozprawiania o nicości są ograniczone. Odnoszę wrażenie, że wręcz przeciwnie, ponieważ przeważnie o niebycie rozmawiamy, lub myślimy w odniesieniu do Boga, a to jest obszar nieskończony. Przy takim podejściu, można uznać na przykład, iż Bóg zwiększył w nas swoją aktywność – łaskę, by nadać sens naszemu poczuciu nieistnienia (nicości). Możemy widzieć Boga jako nicość doskonałą, sensowną choć niematerialną. Tak jak postrzegamy zjawisko grawitacji: nie widać a działa.

Odniesienie pojęcia nicości do siebie pozwala mi na ocenę swoich doznań i przemyśleń w tym temacie. Codziennie ok. 23:00 szykuję się na spotkanie z niebytem, przerywanym chwilowym przebudzeniem, lub pobytem w rzeczywistości surrealistycznej. Podczas snu najczęściej mnie nie ma. Znikam, aby powstać na nowo i nie ma w tym większego problemu. Podobno wówczas mój mózg wykonuje najbardziej mozolną pracę pozbierania fragmentów dnia, by stworzyć mnie na nowo po przebudzeniu. Problem z niebytem zaczyna się w momencie obawy o utratę życia.

Możemy przyjąć, że lęk przed niebytem, lub nieistnieniem jest nam dany jako nasz obrońca, nasz anioł stróż, chroniący bardziej naszego ciała niż duszy. Zakładając, iż niebyt to pojęcie a pojęcie to uczucie, wobec tego niebyt jest w zasadzie uczuciem niebytu, a dokładniej lękiem przed niebytem. Tak więc nie ma tu na Ziemi świadomego niebytu, jest natomiast lęk przed niebytem.

Niebyt może być również uczuciem pragnienia niebytu, kiedy niekomfortowy zmierzch życia lub ciężka choroba, dają się mocno we znaki. Wówczas przychodzi pragnienie niebytu. Nasz Anioł Stróż proponuje nam wieczny sen. Niebyt znika, gdy znika uczucie niebytu stworzone przez myśli o niebycie. Teoretycznie następuje wieczność, a dokładniej nieobecność uczucia kresu bytu. Czyli, jeżeli nie ma myśli, lub nie ma myśli o niebycie, to nie ma niebytu – uczucia niebytu. Jesteśmy nieśmiertelni.

Czy niebyt wczorajszego dnia to zasada we wszechświecie, gdzie istotą istnienia jest zmienność, nieustanne przekształcanie form materialnych czy energetycznych? Gdyby Stwórca był jednocześnie tworzywem, to jego naczelną cechą byłaby niepamięć, jako jego cecha twórcza, niezakłócona analizą przeszłości. To, co prawdopodobnie byłoby motorem działania takiego Stwórcy to satysfakcja… stąd potrzeba nieustannych zmian oraz niepamięci wczoraj i niepragnienia jutra. Tej doskonałości tak widzianego Stwórcy być może doznajemy wychodząc poza iluzję istnienia dnia wczorajszego.

A co myśleli o niebycie sławni myśliciele? Internet pozwala znaleźć to i owo…

Parmenides z Elei uważał, że niebyt jest pojęciem pustym – nie ma nic, o czym można powiedzieć, że jest niebytem. Istnienie niebytu w jakiejkolwiek formie jest wewnętrznie sprzeczne i bezsensowne, a sama nicość jest jedynie logicznym dopełnieniem pojęcia bytu. Niebytu nie ma.

Tomasz z Akwinu zgadza się z tradycją grecką – niebyt jest wyłącznie zaprzeczeniem bytu, pojęciem pustym i wynikającym po prostu z logicznego zastosowania zasady niesprzeczności.

Hegel uznał, że byt i niebyt są realne i równe pod względem aktu, natomiast nie – pod względem potencji. Potencją bytu jest bowiem realizowanie się w konkretnym “czymś”, natomiast niebyt tej potencji nie posiada. Z tego też wynika, że wszystko, czego można doświadczyć, ma cechy bytu.

Heidegger urealnił niebyt. Byt traktował jako zjawisko powierzchowne; uważał, że na poziomie “ontologii fundamentalnej” ma miejsce wyłącznie Nicość. Dopiero w wyniku “nicościowania się nicości” wykształca się “coś”, które po pewnym okresie bytowania ponownie zanurzy się w Niebyt. Uważał, iż jednym ze sposobów odkrycia tkwiącej u korzeni Bytu nicości jest doznanie uczucia Trwogi (Angst). Według Heideggera człowiek nieustannie przekracza zarówno siebie, jak i napotykane wewnątrz świata byty. Kimś (albo jakimś) zawsze już jest, albo jeszcze nie jest. Żyjemy w stałym napięciu pomiędzy kimś a nikim.

Sartre uważał, że urealnienie nicości następuje w człowieku. Zgodnie z programem egzystencjalizmu człowiek jest bowiem napiętnowany niedającym się pokonać brakiem, wynikającym z niepełności jego istoty. Każdy byt posiada określoną istotę, tylko nie człowiek: strona esencjalna człowieka jest z każdą sekundą inna, zmienna, określana przez jego egzystencję; Sartre dopowiada: nieistniejąca.

Nicością jest życie człowieka, skoro jego krótkie wyłonienie się z nicości składa się wyłącznie z kolejnego pasma esencjalnego niebytu.

Slavius

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2 17