Archiwa tagu: Cyceron

Coffeelosophy LXIII – czyli potęga osłów

Jest takie święto, o którym wiedzą przede wszystkim Meksykanie. Obchodzone 8 maja, z wolna rozprzestrzenia się po świecie, a jego głównym bohaterem jest poczciwy kłapouchy. Chodzi bowiem o Światowy Dzień Osła. Z przyjemnością odkryłem to w kalendarzu świąt nietypowych, bo miła to rzecz mieć swoje święto.

W liceum naszym nauczycielem matematyki był człowiek zasadniczy, wymagający i surowy. To, co znajdowało się w programie nauczania, jemu jawiło się, jako banalnie proste. Dla nas była to nie tyle matma, co magia – dla zaawansowanych. Profesor, przekonany, iż mówi o rzeczach oczywistych, nie starał się ich szeroko i zrozumiale tłumaczyć, my zaś nie mieliśmy śmiałości przyznać, że czegoś nie rozumiemy i ukrywaliśmy się za milczeniem. Ta notorycznie powtarzana taktyka uników nie sprawdzała się, gdyż nasza wątpliwa pojętność i tak w końcu wychodziła na jaw. Nic więc dziwnego, że większość z nas miała podłe stopnie, a spora część kończyła semestr z oceną niedostateczną. Któregoś dnia, jako wprowadzenie do nowego tematu przygotował nam zagadkę. Najpierw napisał na tablicy:

osioł + osioł =

i zapytał, ile to będzie. Prosta odpowiedź, dwa osły. Wtedy, pytając: A jaki będzie wynik takiego odejmowania, napisał:

osioł – osioł =

Też proste, bo zero. Wtedy spytał: To ile wyniesie podzielenie osła przez 2. Odpowiedzieliśmy, że pół osła. Wtedy napisał kolejne działanie i zapytał: To ile wyniesie dzielenie:

osioł : osioł =

Po chwili padła odpowiedź: No, 1. Profesor potwierdził i kontynuował: A gdyby wykonać mnożenie: osioł x 3. Odpowiedzieliśmy, że wynikiem będą trzy osły. Na koniec znów napisał kredą działanie i spytał o wynik:

osioł x osioł =

No i tu nas trochę zablokowało, bo – jak wspomniałem – z matematyki byliśmy orłami, gdzie r = s. Wtedy profesor odpowiedział: osioł x osioł równa się… osioł do kwadratu – i napisał: osioł2. Tak zaczął lekcję o potęgowaniu. A nas nieco rozbawił, skądinąd znanym sformułowaniem. Sam już dużo wcześniej słyszałem, w tym pod własnym adresem, zwrot: ty ośle do kwadratu. Ale nie kojarzyłem sobie tego z matematycznym wyliczeniem ilorazu inteligencji. Czytaj dalej

Na święta – radosnego sumienia!

Sumienie to – biorąc pod uwagę tysiące lat ludzkości – stosunkowo nowy wynalazek. I najwidoczniej jeszcze niedopracowany. Najsmutniejsze jest to, że ledwie zaczęło się na dobre rozwijać i konkretyzować, człowiek postanowił je zagłuszyć i zepchnąć na margines.

Najdawniejsi starożytni nie posługiwali się pojęciem sumienia. Nie znali go. A może… po prostu nie mieli sumienia. Nie słyszeli wewnętrznego głosu moralnego. I dlatego nie musieli wynajdywać dlań żadnej nazwy. Czyżby zatem sumienie pojawiło się w ludziach z czasem, czyżby wyewoluowało w pewnym momencie, na jakimś granicznym etapie społecznego rozwoju. Czy może przykładowo w ludzkim mózgu rozwinął się lub uaktywnił pewien obszar, który zajął się sądami moralnymi? A może w złożonej sferze ludzkiej psychiki ujawniła się pewna funkcja, która u starożytnych była uśpioną zdolnością.

Założenie, jakoby starożytni byli pozbawieni sumienia wydawałoby się wygodne. Człowiekowi bez sumienia łatwiej popełniać najohydniejsze z czynów, a przecież historia starożytna obfituje w takowe. Brak sumienia byłby jednym z prostszych wyjaśnień dla podłości i okrucieństw. Rzecz nie jest jednak taka prosta, bo do podobnych czynów zdolni byli ludzie i w późniejszych epokach. Nawet w tych, które już – zależnie od opcji: wykształciły albo odkryły a w każdym razie zdefiniowały sumienie. Czytaj dalej

Coffeelosophy LIX – czyli pocałunek sprawiedliwości i pokoju

Czy wojna może być sprawiedliwa? Filozofowie od wieków próbują połączyć to, co wydaje się nie do pogodzenia – miecz i sumienie. Ale czy sprawiedliwość może naprawdę ucałować wojnę, nie tracąc twarzy?

Zaskoczyła mnie definicja wojny sprawiedliwej; okazuje się, iż jest to… koncepcja filozoficzna. Koncepcja, z grubsza biorąc, uznająca, że niektóre z wojen są słuszne i moralnie usprawiedliwione. Pisał o nich już Cyceron, kilka wieków później temat ów poruszył św. Augustyn, swoje dorzucił również św. Tomasz i inni myśliciele. W niebagatelny sposób przedstawił tą kwestię nasz rodak, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, kapłan, prawnik i przeciwnik Krzyżaków – Paweł Włodkowic, który przy okazji poddał krytyce tzw. świętą wojnę.

Od Cycerona do Włodkowica

Na przestrzeni stuleci uściślano warunki, jakie musi spełniać akt zbrojny, żeby zasługiwał na miano sprawiedliwego i tym samym moralnego. Cyceron podkreślał, że musi chodzić o odparcie inwazji, odwet za grabieże lub złamanie traktatu przez przeciwnika. Augustyn z Hippony twierdził, że Bóg nie bez powodu dał państwom miecz, gdyż dał go do obrony. Za sprawiedliwe uważał wojny, które mszczą niesprawiedliwość, dążą do uzyskania pokoju i zwyciężenia zła, (co oznaczało możliwość nie tylko wojny obronnej ale i ofensywnej, gdyż bierność jest większym grzechem); traktował też jako uzasadnione wojny prowadzone z nakazu Boga – co zyskało miano tzw. świętej wojny. Tomaszowi z Akwinu do uznania wojny za sprawiedliwą wystarczały trzy przesłanki: by powód wojny był sprawiedliwy, by wojnę wypowiedziała prawowita władza, a prowadzeniu walki towarzyszyły uczciwe intencje.

Alegoryczny pocałunek sprawiedliwości i pokoju [autor nieznany].

Nasz Paweł Włodkowic, opierając się na pismach różnych myślicieli, w tym wyżej wymienionych, sformułował własny zestaw kryteriów Bellum iustum. Po pierwsze, duchowni nie powinni przelewać krwi, a jedynie osoby świeckie, tym samym Zakon Krzyżacki nie mógł usprawiedliwiać krwawego misjonarstwa. Po wtóre, wojną sprawiedliwą może być tylko toczona w obronie ojczyzny lub dla odzyskania bezprawnie utraconej własności. Następnie, wojna taka może być prowadzona wyłącznie z upoważnienia monarchy ewentualnie Kościoła, gdy chodzi o wojnę za wiarę. Podstawowym celem ma być osiągnięcie pokoju. Na miano sprawiedliwej nie zasługuje wojna z nienawiści, żądzy zemsty, czy chciwości. Przeciwnie, batalia powinna być toczona w duchu miłości, sprawiedliwości i posłuszeństwa. Aha, z przerwą w dni świąteczne, co np. dla Akwinaty nie było ważne.

Dziś akcentuje się, że musi to być wojna obronna w odpowiedzi na bezprawną agresję, mająca szanse na wygranie, niewymierzona w cywilów i sięgająca po przemoc tylko w uzasadnionej sytuacji. Dochodzą jednak jeszcze zobowiązania sojusznicze i związane z nimi wsparcie militarnie. Wówczas też jest to słuszne i sprawiedliwe, gdy jakieś państwo angażuje się w konflikt, chociaż samo nie jest bezpośrednio nim dotknięte.

Przymiotnik w służbie wojny

Odnoszę wrażenie, że przymiotnik „sprawiedliwa” doklejono do słowa „wojna”, aby opromienić okrucieństwo szlachetnym blaskiem sprawiedliwości. Czyż to nie nadużycie?  Dlatego wolałbym poprzestać na określeniu takiej wojny, jako słusznej, ewentualnie nazywać ją uzasadnioną albo konieczną. Nie podoba mi się takie nobilitowanie, podobnie jak chyba nikomu nie przypadłby do gustu eufemizm typu: śliczna wojenka. Jest w tym jakiś pojęciowy zgrzyt, brak spójności brzmienia i znaczenia, do tego jakaś etyczna sprzeczność.

Ktoś powie, że to tylko kwestia semantyki i nie ważne, jakiego określenia użyjemy, jeśli będziemy pod nim rozumieć to samo, czyli moralnie usprawiedliwione toczenie walk. Może faktycznie to zaledwie rzecz doboru słów, a może jednak słowa „sprawiedliwość” nie powinno się swobodnie łączyć ze zjawiskiem jemu odległym. Zadajmy sobie bowiem pytanie: czy sprawiedliwość może się realizować w oparciu o czyjąś ewidentną, bezzasadną krzywdę? Zdrowy rozsądek i intuicja moralna podpowiadają, że nie. Bo jeśli droga ku dobru pociąga za sobą niewinne ofiary, to trudno mówić o sprawiedliwości, a przynajmniej w pełnym sensie.

Komu się to słusznie należy?

To właśnie dlatego nie sądzę, żeby istniało coś takiego, jak wojna sprawiedliwa. Wynika to z przyjętego przeze mnie pojmowania sprawiedliwości; kiedyś usłyszałem jej definicję, która trafiła mi do przekonania. I w tymże moim przekonaniu sprawiedliwość to taki stan, gdy ktoś otrzymuje to, co mu się słusznie należy.

Wyobraźmy sobie teraz obrońcę napadniętego kraju, człowieka zmuszonego sytuacją do porzucenia domu i rodziny, do oglądania zniszczeń, do patrzenia na cierpienie i śmierć rodaków, zmuszonego rozkazem do zabijania innych ludzi, poddanego trudom walki, obarczonego stresem, skazanego na traumę psychiczną, narażonego na utratę zdrowia i życia… Trudno w związku z tym przyjąć, że ów żołnierz, walcząc w sprawiedliwej wojnie, otrzymuje to, co mu się słusznie należy. A niby czym on sobie na to zasłużył? Podpowiem: niczym!

W tym kontekście wojna może być usprawiedliwiona, ale nie sprawiedliwa — broni porządku, ale nie realizuje pełnej sprawiedliwości wobec osób uczestniczących. Historia zna wiele przykładów tzw. sprawiedliwych wojen. Wielu chwytało za broń z poczucia obowiązku, patriotyzmu, dumy… Niektóre z tych wojen kończyły się pyrrusowym zwycięstwem, inne już od samego początku skazane były na klęskę. A jednak ludzie podejmowali się walczyć w imię godności, honoru, wolności, pokoju, czy zasad i ideałów… Jakby idąc za słowami Seneki, że „Haniebna śmierć to coś jeszcze gorszego niż hańba” wzniecali beznadziejne powstania, w których ginęli z bronią w ręku. I najczęściej chwała im za to. Czy jednak wypada powiedzieć: to było sprawiedliwe?

George Orwell przekornie stwierdził: „Najszybszy sposób na zakończenie wojny to ją przegrać”. No cóż, jest to jakiś sposób. Choć Orwell raczej unaocznia cyniczny mechanizm polityczny, niż zachęca do przegranej. A dla wyżej wspomnianych bohaterów znaczenie miało to, w jakim stylu. Nie dopuszczali do siebie myśli o poddaniu się bez walki ani o kapitulacji na zakończenie. Nie wykluczam, że powodowało nimi poczucie sprawiedliwości, że uważali za niesprawiedliwe pozwolić najeźdźcy na łatwy tryumf i szerzenie zła. Lecz czy sprawiedliwość pobudek przenosi się w tak prosty i oczywisty sposób na wynikające z nich działanie? Czy przyczyna uświęca skutek? Byłoby to odwróconą wersją makiawelicznego powiedzenia, że cel uświęca środki.

Czy pokój rodzi się ze sprawiedliwości?

Niektórym wydaje się, że gdyby na świecie zapanowała sprawiedliwość, to automatyczną konsekwencją byłby powszechny pokój. Wystarczy, ażeby nikt nie uważał, iż jemu należy się więcej niż to, co posiada albo, że komuś innemu niesłusznie przypadło zbyt wiele, albo, że ktoś ma nie to, na co zasługuje. Kiedy bowiem nikt nie czuje się skrzywdzony jakąś niesprawiedliwością – wtedy nie dojdzie do żadnej wojny, konfliktu, czy sporu. Choć można w tym dostrzec pewną logikę, to bezsprzecznie jest to wizja utopijna. Szczególnie, że każdy może mieć inne wyobrażenie tego, co się mu należy – i już to rodzi spory.

Niemniej znamienne jest to łączenie sprawiedliwości z pokojem. We wcześniej opisywanych warunkach tzw. sprawiedliwej wojny nadrzędnym celem miał być pokój. W tym utopijnym marzeniu o globalnej sprawiedliwości, to ona miała ów pokój gwarantować. I takie wspieranie się zacnych idei jest mi jakoś bliższe. W Księdze Psalmów [Ps 85, 11] czytamy: „Łaskawość i wierność spotkają się z sobą, ucałują się sprawiedliwość i pokój”. To piękna metafora. I to można sobie jakoś wyobrazić – w każdym razie łatwiej niż pocałunek sprawiedliwości i wojny.

Po co nam koszmary

Po co człowiekowi koszmary? Człowiek źle reaguje na niewłaściwie przespaną noc. Złe sny zaburzają spokój, odbijają się na psychice, mają negatywny wpływ na funkcjonowanie organizmu za dnia. Dlaczego więc mózg generuje straszne obrazy, skoro w ten sposób szkodzi swemu właścicielowi, a w sumie i samemu sobie?

| Goya. Gdy rozum śpi budzą się demony.

Kto sypia regularnie, ten codziennie umiera. Skąd ta konstatacja? Stare przysłowie Pigmejów mówi: Spać czy umrzeć – to jedno i to samo. A jednak, mimo, że ludzie boją się śmierci, to zasypiania już nie tak bardzo. No, są sytuacje wyjątkowe, kiedy podejrzewają, iż podczas snu, gdy są bezbronni, spotka ich coś złego – ze strony pozostawionej poza świadomością rzeczywistości, bądź… w samym śnie, mrocznym, koszmarnym, gęstym, obezwładniającym. Wszak: Człowiek śpiący to człowiek zniewolony – co zauważył Dannie Abse. Nie mamy władzy nad sobą we śnie, ani wpływu na wydarzenia, które śnimy; zostajemy uwikłani w przeżywaną historię, skazani na bezwolny udział w sennych fantazjach. I trudno wyjaśnić, kto pisze ich scenariusz.

A propos scenariuszy, zwłaszcza dramatycznych; pod koniec pierwszego aktu Hamlet przymusza Marcellusa i Horacego do przysięgi. Mają zachować w tajemnicy, że nocą ukazywała im się zjawa zmarłego króla. Do przysięgi nawołuje ich również sam duch głosem spod ziemi. Horacy stwierdza, iż to są rzeczy niepojęte. Shakespeare zaś młodemu Hamletowi wkłada w usta słowa, które (w nieznacznie zmienionym brzmieniu) trafiły do powszechnego obiegu i co rusz pojawiają się w roli komentarza do czyjegoś zadziwienia:

Więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie,
Niż się ich śniło waszym filozofom.

Jak widzimy, orzekł, jakoby filozofowie nie tylko w obszarze świadomych dociekań, ale nawet w onirycznej sferze nie byli zdolni ogarnąć wszystkiego, co ludzi otacza. Jednakowoż, mimo przytyku do myślicieli, w gruncie rzeczy ich komplementował. Uznał za ostatnią instancję, na którą można jeszcze liczyć w rozstrzygnięciu trudnych zagadnień. I najwidoczniej zakładał, że treść ich marzeń sennych jest bogatsza, niż przeciętnego śpiocha. A jeśli filozofy nawet we śnie czemuś nie podołają, to już nikt nie da rady. Swoją drogą ciekawe, o czym śnili niegdysiejsi a o czym śnią obecni filozofowie. Czy mają zarozumiałe koszmary np. o podawanej im cykucie? Czytaj dalej