Archiwa tagu: Platon

Coffeelosophy XLVI – czyli dawajcie, a będzie wam dane

Wydaje się, że wymiana coś za coś, jest czymś oczywistym i wręcz naturalnym. Otrzymać coś, dając coś w zamian wydaje się uczciwe, a co za tym idzie oczekiwane, pożądane, nawet konieczne. Czy będzie to handel wymienny, czy kupienie czegoś za pieniądze, czy odwdzięczenie się przysługą za przysługę – mechanizm jest podobny. A jednak są sytuacje, które budzą naszą dezaprobatę, jak wymiana dziewczęcia za kilka wielbłądów, opłacenie mordercy, zrewanżowanie się pomocą w kradzieży. Wiele zależy po prostu od kontekstu. A także od uznawanego kodeksu etycznego. Jezus nauczał: Dawajcie a będzie wam dane. Miał, rzecz jasna, na myśli wyświadczanie dobra. Obiecywał za to otrzymanie nagrody i to odmierzonej solidną miarą. Czy nie jest w tym ukryta pewna zachęta do interesowności – przecież nie mówił po prostu: Dawajcie.

Daj, byś otrzymał

Podobnie jest przykładowo z korupcją (łacińskie: corruptio to zepsucie i demoralizacja). Platon w „Prawach” stwierdził, że należy potępiać tych, którzy przyjmują łapówkę. O zjawisku tym pisał Arystoteles jak też Machiavelli, Monteskiusz i inni. Jak widać, odwieczny to problem. Ogólnie chodzi o to, że strony zaangażowane w korupcję zawiązują ze sobą porozumienie na zasadzie „do, ut des” (daję, abyś dał). Innymi słowy zawsze idzie o pewne korzyści, ale – uwaga! – osiągane przy nadużyciu, lub złamaniu prawa. Nie jest to więc wyłącznie kwestia moralna.

Alegoria korupcji

Platon w “Państwie” przytacza dialog, w którym Sokrates wyjaśnia Adejmantowi, jak należy młodych ludzi wychowywać i kształtować, aby byli dobrymi obywatelami. Z dialogu filozof wysnuwa wiele przestróg i osądów moralnych; pośród tego bogactwa jest i fragment, gdzie Sokrates radzi:

“— A także nie pozwolić naszym ludziom, żeby chętnie dawali łapówki ani żeby sami lecieli na pieniądze.
— Nigdy – [potwierdził Adejmant].
— Więc im nie śpiewać, że:
>>Dary na bogów działają, działają na królów czcigodnych. <<
I nie chwalić nauczyciela Achillesowego, Fojniksa, że w sam raz mówił, radząc mu, aby naprzód wziął dary od Achajów, a potem im dopiero pomagał, a pokąd darów nie przyniosą, żeby się gniewał dalej. I samego Achillesa o to nie posądzimy i nie uwierzymy, że był taki chciwy i od Agamemnona dary wziął, i znowu za trupa przyjął okup, i dopiero wydał zwłoki, a inaczej nie chciał.
— Przecież nie godzi się — powiada — chwalić takich rzeczy.

Skoro przy wychowaniu latorośli jesteśmy, to jakim terminem opisać sytuację, gdy dorosły zwraca się do dziecka w te słowa: odrób lekcje, to dostaniesz cukierka; jak posprzątasz zabawki, będziesz mógł dłużej pograć na konsoli; zjedz warzywa, to pójdziemy do kina; masz tu parę złotych i popilnuj braciszka. Trafiamy na dość grząski grunt, gdyż część dorosłych uważa, że to zwyczajny, wychowawczy system nagród, a niektórzy wpiszą to w naukę podstaw ekonomii, dzięki czemu dziecko widzi, iż za pracę jest zapłata i niczego nie ma za darmo. Czy jednak nie ślizgamy się po granicy przekupstwa?

Nelson D. Schwartz zamieścił w New York Times artykuł pt. „Bribes and fraud. Capital punishment” co można chyba tłumaczyć: „Łapówki i oszustwa. Kara śmierci”. Wspomina w nim, że starożytni Ateńczycy pozbawiali skorumpowanych urzędników obywatelstwa i tym samym prawa do uczestnictwa w instytucjach politycznych państwa-miasta. Przytacza też przykład Demostenesa, któremu przytrafiła się tzw. „chrypka po połknięciu srebra i złota”. W 324 r. p.n.e. ten wyborny retor i przywódca polityczny, chcąc uniknąć wypowiedzenia się przeciw Harpalusowi, symulował utratę głosu. Gdy wyszło na jaw, iż za milczenie przyjął łapówkę, skazano go na zapłacenie 50 talentów – co przeliczono na równowartość dzisiejszych 20 milionów dolarów. I do tego spotkało go jeszcze wygnanie.

W Republice Rzymskiej pierwszy uporządkowany kodeks był surowszy; Prawo XII Tablic przewidywało dla sędziów, którzy skalali się łapówką, karę śmierci. Z biegiem czasu prawo łagodniało, zwłaszcza z rozwojem Cesarstwa Rzymskiego i trudnością w jednoznacznym rozstrzygnięciu, co jest już łapówką, a co jeszcze kwalifikowało się jako podarunek. Ze swojej strony wspomnę, iż w naszym prawodawstwie też istnieje takie rozróżnienie. Cesarz Tyberiusz przymykał oko na korupcję, byle urzędnicy nie przesadzili w swej zachłanności. Optował za tym, by „jego owce strzyc, ale nie pozbawiać skóry”. Obywatele nadal więc płacili urzędnikom „pod stołem” mimo, iż w oficjalnym dyskursie było to naganne.

Mniej pobłażliwie traktowano taki występek w XI-wiecznym Bizancjum. Kto brał w łapę złoto, nie mógł potem brać w nią klejnotów. W Cesarstwie bowiem – jak pisze prof. Walter Kaegi, historyk z chicagowskiego uniwersytetu – za łapówkarstwo urzędnika oślepiano i kastrowano. Przy czym, co ciekawe – pozbawienie klejnotów nie było karą przewidzianą przez prawo. Był to swego rodzaju zwyczajowy przejaw wzburzenia opinii publicznej. Powiada się: co kraj to obyczaj. A przecież to, co obyczajne i nieobyczajne potrafiło się zmieniać także w obrębie tego samego kraju.

Zbliżmy się do naszego podwórka. Ustawa z dnia 18 marca 1921 r. O zwalczaniu przestępstw z chęci zysku, popełnionych przez urzędników mówiła w Artykule 2, że „Urzędnik, winny: przyjęcia podarunku lub innej korzyści majątkowej, bądź obietnicy takiego podarunku lub innej korzyści majątkowej, danych w zamiarze skłonienia go do pogwałcenia obowiązków urzędowych lub służbowych (…); [a także urzędnik winny] innego przestępstwa służbowego, popełnionego z chęci zysku i z pogwałceniem obowiązków urzędowych lub służbowych (…) z chęci zysku – będzie karany śmiercią przez rozstrzelanie.”

Znacznie łagodniej traktowano osobę wręczającą łapówkę. Czekało ją ciężkie więzienie od 4 do 15 lat. No, chyba że popełniła takie przestępstwo “zawodowo” – wówczas podobnie jak urzędnik trafiała przed pluton egzekucyjny. Czas mijał a prawo łagodniało. Dziś podobne wyroki byłyby nie do pomyślenia.

Zastanawiałem się nad taką sytuacją: jest sobie urząd, w którym urzędnicy pracują opieszale. Coś, co powinni załatwić w ciągu 14 dni, przeciąga się do kilku miesięcy. Może nawet nie z ich winy, a z nadmiaru zadań, lub niedoboru kadry. I przychodzi petent z kopertą, prosząc, aby jego sprawę rozpatrzono w normalnym trybie, w przewidzianym ustawowo terminie. Urzędnik się zgadza. Czy doszło do korupcji? W końcu rozpatrzył wniosek nie łamiąc przepisów, w ramach uprawnień służbowych, w prawidłowym czasie, nikogo – jak się zdaje – nie krzywdząc.

W ocenie powyższej sytuacji pomocne będzie przedstawienie definicji korupcji, co pozwoli przeanalizować, czy do niej doszło. Artykuł 2 cywilnoprawnej konwencji o korupcji sporządzonej w Strasburgu dnia 4 listopada 1999 r. stwierdza następująco:

Korupcją jest żądanie, proponowanie, wręczanie lub przyjmowanie, bezpośrednio lub pośrednio, łapówki lub jakiejkolwiek innej nienależnej korzyści lub jej obietnicy, które wypacza prawidłowe wykonywanie jakiegokolwiek obowiązku (…).

Wtrącę tylko, że w 2002 r. Polska też ratyfikowała tą konwencję. Sądzę, iż kluczowym jest nie tylko fakt, że urzędnik wziął ową kopertę, ale główne znaczenie ma to, co definicja określa nienależną korzyścią. Mimo bowiem, że urzędnik nie wypaczył swych obowiązków po względem prawnym, nie złamał przepisów, trzymał się terminów – to przyjął zapłatę, która mu się nie należała. A winien był załatwić sprawę w ramach swego comiesięcznego wynagrodzenia. Czy przynajmniej nikogo tym nie skrzywdził? Wpuszczając owego interesanta poza chronologiczną kolejnością wniosków zadziałał poniekąd na szkodę innych, czekających petentów, których sprawy odsunęły się w czasie jeszcze bardziej. Do tego przyniósł ujmę urzędowi, zawiódł szereg osób swoją postawą, nadwątlił ich zaufanie i dał zły przykład moralny. Hańba mu! I kara do 8 lat więzienia. A gdyby doszło do naruszenia prawa, to do 10 lat, zaś przy kopercie znacznej wartości – do lat 12. Ale przynajmniej nie dostanie kulki i zachowa kulki.

Jak pokazały wcześniejsze przykłady, korupcja – choć zawsze nieetyczna – plasowała się na różnym poziomie społecznej nagany i pociągała za sobą kary o różnej dotkliwości. W Polsce w ostatnich latach rokrocznie sądy skazywały za łapownictwo stu kilkudziesięciu urzędników (bywały lata, że blisko 200) – na ogół zapadały wyroki w „zawiasach”. Skoro kara może być zarówno bardzo surowa jak i łagodna, tudzież w zawieszeniu, czyli praktycznie żadna, to niechby kodeksy w ogóle jej nie przewidywały. Oznajmijmy wyraźnie, że przekupstwo jest czynem nieetycznym i pozostawmy sprawę indywidualnemu głosowi sumienia. Ostatecznie, jak przypuszczam, nawet dziś istnieją okoliczności łagodzące w przypadku korupcji; da się zatem czyn taki choć częściowo usprawiedliwić – czy jakąś wyższą koniecznością, czy brakiem lepszego wyjścia bądź innego wyboru. Może, jako kara wystarczy poczucie winy i wstydu, publiczne napiętnowanie, rodzaj infamii…

Na pewno odezwą się głosy, iż tak się nie godzi. Bo to podważa wiarę w uczciwość aparatu administracyjnego, w rzetelność urzędników, a w konsekwencji w sprawiedliwość samego państwa, które ma strzec porządku oraz dobra i równych praw obywateli. Pewnie jest w tym słuszność. Z drugiej strony mogłoby z korupcją być podobnie, jak np. ze zdradą małżeńską. Nikt takiego występku nie pochwala, aczkolwiek w niektórych przypadkach można go zrozumieć, wytłumaczyć. W innych z kolei pociąga on za sobą pewne konsekwencje prawne. W świadomości zaś osób wierzących jest dodatkowo grzechem, czyli wiąże się z pewną karą. Tymczasem korupcji nie ma ani wśród 10 Przykazań, ani na liście 7 grzechów głównych. Kto wie, może nie jest aż taka zła, może dopuszczalne jest przymknięcie nań drugiego oka.

Fakt, że korupcja nie dostąpiła miejsca w Dekalogu mógłby świadczyć o tym, że albo nie występowała wśród Izraelitów, albo nie była traktowana jako coś złego. Takie wnioskowanie okazuje się jednak mylne. Na kartach Biblii znajdują się liczne miejsca poświęcone tej przywarze. Tak, jak Sokrates odradzał myślenie, iż dary na bogów działają, tak i nawrócony król Jozafat pouczał sędziów: “Uważajcie więc, co czynicie, nie ma bowiem u Pana, Boga naszego, niesprawiedliwości, stronniczości i przekupstw.” W Mądrości Syracha także napisano: “Nie staraj się przekupić Go darem, bo nie będzie przyjęty”. Można tylko zadać sobie przy tej okazji pytanie, po co – jeśli bóstwa są nieprzekupne – w dalszym ciągu składano im ofiary. Syrach stara się to wyjaśniać (Syr 35), ale nie o tym teraz.

Wróćmy do spraw czysto ludzkich. W Psalmie 26 człek w poczuciu doznanej niesprawiedliwości zwraca się do Boga:

Nie dołączaj mej duszy do grzeszników
i życia mego do ludzi pragnących krwi,
w ich ręku zbrodnia,
a ich prawica pełna jest przekupstwa.
Ja zaś postępuję nienagannie (…)

W Księdze Koheleta czytamy: “Bo rzecz przywłaszczona może ogłupić mędrca, a przekupstwo czyni serce przewrotnym”. Z kolei pośród Mądrości Syracha (Syr 40,12) znajdujemy zapowiedź: “Każde przekupstwo i niesprawiedliwość zostaną starte, a uczciwość na wieki trwać będzie.” O przekupywaniu i jego próbach w różnych okolicznościach, łatwo znaleźć jeszcze kilkadziesiąt wzmianek, zawsze w negatywnym tonie. Świadczyć to może, iż łapownictwo uważano za grzeszne. I spodziewano się, iż w ten, czy inny sposób zostanie wyrugowane (za sprawą ludzkich starań, bądź boskiej interwencji). 

A może lepszym rozwiązaniem byłoby zalegalizowanie korupcji. Trochę niefortunnie to ująłem, toteż spieszę z wyjaśnieniem. Moglibyśmy w urzędzie – zależnie od własnej woli i majętności – załatwić konieczne sprawy w normalnym trybie, albo odpłatnie. Tak, jak w tej samej przychodni zdrowia, u tego samego lekarza możemy leczyć się prywatnie, lub z państwowego funduszu zdrowia. Kogo stać, leczy się szybciej i w lepszych warunkach. Czy obecnie ktoś to nad wyraz potępia? Niechby zatem urzędnicy też otwierali prywatne praktyki. Jasne, że prywatne gabinety lekarskie, czy kliniki nie zlikwidowały korupcji w służbie zdrowia, ale myślę, że ją zmniejszyły, dając wybór bogatszym. W urzędach wyboru za bardzo nie ma.

Czy wobec tego, na tym polu również nie sposób doprowadzić do triumfu sprawiedliwości. Czy owieczki muszą dać się strzyc? Może niestety jest jakaś racja w słowach Trazymacha z Chalcedonu, który widział zakorzenioną w człowieku chciwość i płynącą zeń skłonność do niesprawiedliwości. Ów sofista – o czym pisze Platon w „Państwie” – naskoczył na Sokratesa tymi słowy:

„Bo tobie się zdaje, że pasterze owiec i krów mają na oku dobro owiec i krów i tuczą je, i chodzą koło nich, mając na oku coś innego niż dobro swoich panów i własne, i tak samo ci, co rządzą w państwach, którzy naprawdę rządzą, myślisz, że jakoś inaczej się odnoszą do rządzonych niż jak do owiec i o czymś innym myślą nocą i dniem, jak nie o tym, skąd by wyciągnąć jak największą korzyść dla siebie. (…) ty nie wiesz, że sprawiedliwość i to, co sprawiedliwe, to jest w istocie swojej dobro cudze: dla mocniejszego i rządzącego — interes, a dla rządzonego i poddanego — szkoda. Niesprawiedliwość (…) panuje nad naiwnymi naprawdę „poczciwcami” i nad sprawiedliwymi. Rządzeni robią to, co leży w interesie rządzącego, bo on jest mocniejszy; słuchając go, przyczyniają się do jego szczęścia, a do własnego ani odrobiny. Trzeba przecież zobaczyć, arcynaiwny Sokratesie, że człowiek sprawiedliwy wszędzie ma mniej niż niesprawiedliwy. Najpierw w interesach, w spółkach. Gdziekolwiek się taki jeden z drugim zwiąże, to przy rozwiązaniu spółki nigdy nie znajdziesz, żeby sprawiedliwy miał z niej więcej niż niesprawiedliwy.
A następnie w stosunku do państwa, kiedy chodzi o podatki, to z jednakich dochodów sprawiedliwy wpłaca więcej, a niesprawiedliwy mniej. A jak można coś dostać, to ten nie dostaje nic, a tamten zyskuje grubo. A znowu jak jakiś publiczny urząd spełnia jeden i drugi, to dla sprawiedliwego jest kara — jeżeli już nie inna, to ta, że jego własne gospodarstwo schodzi przy tym na psy, bo on nie ma czasu dbać o nie, a z publicznego grosza takiemu nic nie przyjdzie, bo on jest sprawiedliwy, a oprócz tego jeszcze zaczynają go nienawidzić krewni i znajomi, kiedy im nie chce oddawać żadnych przysług wbrew sprawiedliwości. A u niesprawiedliwego wprost przeciwnie
.”

Kumie! Bratanku!

Krewni i znajomi czasem nie ułatwiają życia. O ile korupcję udaje się z mniejszym, lub większym powodzeniem wykazać i dzięki temu ukarać, o tyle w przypadku kumoterstwa i nepotyzmu sprawa nie jest tak prosta. Wszystko dlatego, że stanowiska i godności przyznawane są członkom rodziny (łac. nepos to bratanek, siostrzeniec), lub przyjaciołom i osobom przynależnym do tej samej grupy, z którymi „dawca” posady sympatyzuje. Przy tym najczęściej nie idzie to w parze z żadną korzyścią w rewanżu. No, „dawca” miewa poczucie satysfakcji, że wsparł kogoś bliskiego, albo umocnił pozycję swojej grupy. Jednakowoż konkretnych, a zwłaszcza wymiernych korzyści może wcale nie być.

Ani kumoterstwo, ani nepotyzm, (ani kupczenie urzędami, w kościele zwane symonią) nie są nowymi pojęciami. Opisują zjawiska tak stare, jak stare są wszelkie stanowiska, godności i urzędy. Nie jest to oczywiście żadne usprawiedliwienie; to że od dawna dzieją się rzeczy złe, nie oznacza, iż należy zaniechać ich zwalczania. Nadmieniłem o tym, bo taka jest ludzka natura i jej skłonności. To, co obserwujemy w naszych czasach może mieć inną skalę i inny stopień bezczelnej jawności, ale na gruncie zasad działania stanowi podobieństwo do poczynań poprzedników. I możemy się cofać w historii dowolnie daleko, a nawet założyć, iż w czasach przedhistorycznych też miało to miejsce.

Nadużycia i niesprawiedliwość mają mocną pozycję w świecie. Nawet Sokrates zauważył, iż więcej wokół nas dostrzegamy przejawów zła, niżeli dobra. Zdawał się jednak mieć sporo nadziei, iż możliwe jest przeciwstawienie się temu. Inaczej sądził wspomniany Trazymach, który w swej diagnozie społeczeństwa upierał się, iż to niesprawiedliwość bierze górę, przynosi proporcjonalny do siebie zysk i gwarantuje szczęście. Tak prawił do Sokratesa:

„A najłatwiej się o tym przekonasz, jeżeli weźmiesz pod rozwagę niesprawiedliwość najdoskonalszą; ta czyni najszczęśliwszym człowieka, który się dopuścił niesprawiedliwości, a skrzywdzonych i tych, którzy się krzywd dopuszczać nie chcą, skazuje na nędzę ostatnią. To jest dyktatura. Ona po niemałym kawałku cudze dobro zagrabia, i po cichu, i gwałtem, i święcone, i niepoświęcone, prywatne czy publiczne — wszystko razem.”

Z jednej strony to wstyd, że po wiekach doświadczeń i nabierania rozumu, człowiekowi wciąż daleko do doskonałości. Z drugiej strony, niektóre mechanizmy zachowań wydają się zrozumiałe. Gdy z grupy dzieci mających grać w piłkę wyłoni się dwóch kapitanów, każdy z pozostałej gromady wybiera sobie zawodników do swojej drużyny. Nikogo nie dziwi, z jakiego klucza odbywa się ów wybór. Kapitan chce wygrać, więc bierze najlepszych, ale też przyjaciół i bliższych kolegów. Wybór podyktowany jest pragnieniem zwycięstwa, czyli jakimś zyskiem, ale taka motywacja nie wpisuje się w definicję korupcji. Inaczej byłoby, gdyby zawodnik, bądź ktoś w jego imieniu, obiecał lub dał coś kapitanowi za wybór do składu drużyny (istnieją takie pojęcia, jak korupcja sportowa, sprzedajność i przekupstwo sportowe oraz płatna protekcja sportowa).

Przyjmijmy jednak, że do niczego takiego na podwórku nie doszło. Potrafię w związku z tym zrozumieć, że szef jakiegoś resortu, zwierzchnik w urzędzie, lub ktoś piastujący kierownicze stanowisko w jakiejś spółce, woli otaczać się osobami, które zna, którym ufa, z którymi podziela poglądy i wizję na lepszą przyszłość. Bo wie, że z takimi ludźmi będzie mu łatwiej współpracować, niż z oponentami, czy kimś wrogim. Sam też wolałbym pracować z osobami, które lubię, cenię, które są mi życzliwe, które nie będą utrudniać poczynań, lub torpedować moich zamiarów. Ale nie potrafię usprawiedliwić sytuacji, gdy przyznanie stanowiska wiąże się z łapówką, bo w takim wypadku zyskuje zwierzchnik, ale niekoniecznie firma, załoga, czy drużyna.

Uważam, że problem nie do końca leży w samym zjawisku nomenklatury i przydzielania stanowisk poplecznikom. Problem głównie leży w ich kompetencjach. Gdyby ci ludzie świetnie sprawowali swe funkcje, bez nadużyć, korupcji, zaniedbań… po prostu bez zarzutu – to pewnie nie mielibyśmy takich obiekcji wobec sposobu ich wyboru. Pewnie dla wielu brzmi to dość kontrowersyjnie, gdyż razi nas, kiedy podczas rekrutacji ktoś odpadnie, bo nie jest dzieckiem starych znajomych szefa. Ale przecież na co dzień dokonujemy podobnych wyborów, w których faworyzujemy osoby nam bliższe.

Jasne, że na stanowiskach publicznych oczekujemy w tym względzie bezstronności, sprawiedliwości i nominacji według klucza kompetencji, uczciwości i pracowitości. Bądźmy jednak realistami – za tym zawsze stoją ludzie, ze swymi ułomnościami, stereotypami, uprzedzeniami i preferencjami. Trzeba się z tym pogodzić (a może jednak nie?). Jak długo człowiek nie zmieni się, nie poprawi, jako istota – tak długo urzędnik, dyrektor, czy kapitan podwórkowej drużyny będą kierować się upodobaniami.

 Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 13 stycznia o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: daj, byś otrzymał. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i przekupić nas do swego stanowiska.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLII – czyli dziecko dziecku dorosłym

Pierwszy poniedziałek miesiąca mieliśmy w zwyczaju spędzać na rozmowach w formule filozoficznej kawiarenki. Co prawda obostrzenia epidemiczne zelżały, ale mimo to nie spotkamy się jeszcze twarzą w twarz. Aby jednak mózgi nie rdzewiały, postanowiłem je trochę naoliwić. Nie insynuuję bynajmniej, że komuś brak oleju w głowie, a jedynie wykazuję nieco zuchwałą zapobiegliwość. I polecam domową filiżankę kawy, jako dodatek do niniejszej lektury.

Tak się złożyło, iż czeka nas Dzień Dziecka; pokusiłem się zatem napisać coś a propos. Tylko cóż ja mogę powiedzieć o dzieciach. Zwłaszcza, że nie mam własnych (aczkolwiek z innego powodu, niż np. Tales, który spytany, dlaczego się nie postarał o potomstwo, odparł że: Z miłości do dzieci). Z braku refleksji po własnych doświadczeniach, postanowiłem posiłkować się mądrością zapisaną przez poprzednie pokolenia. Pominę jednak zdobycze myśli pedagogicznej i historię wychowania, a zaprezentuję wyrwane z kontekstu cytaty – te znane ale i te znane dużo mniej. Wszystko po to, aby pokazać, jak wyglądało podejście do dzieci i wychowania w różnych epokach i na różnych kontynentach.

 

Kiełkowanie, ząbkowanie

Mamy takie polskie przysłowie: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. I prawda owa niezmiennie znajduje swoje potwierdzenie. Ciekawe, czy jej autor wpadł na nią samodzielnie, czy może sparafrazował starożytną myśl asyryjską z VIII wieku przed Chrystusem: Jeśli kiełek nie jest zdrowy, nie będzie łodygi ani nasienia. Zakładam, iż stać było naszego słowiańskiego przodka na samodzielność – choć założenie swoje opieram nie tyle na wierze w zdolność obserwacji i twórczego jej opisu, ile na powątpiewaniu w dostęp do mądrości starożytnej Asyrii.

Tak, czy inaczej, Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał – z tym, że za uczenie się Jasia odpowiadają też dorośli. Afrykański lud posługujący się językiem Twi mawia: Dziecko przykuca obok starszych. Przykuca, obserwuje i naśladuje. Jak zauważył Johann Wolfgang von Goethe: Mielibyśmy doskonale wychowane dzieci, gdyby ich rodzice byli dobrze wychowani. I jest sporo racji w opinii, że nie tyle przez dorosłych są wychowywani, ile na przykładzie dorosłych wychowują się dzieci. Jakie matki, takie dziatki. Obrazowo nakreślił to Peter Ustinov stwierdzając, że: Rodzice są kośćmi, na których dzieci ostrzą sobie zęby. A może jednak miał coś innego na myśli. Czytaj dalej

4.4/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XL – czyli jak Platon został kobietą

Zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, toteż spotkanie Pogadalni odbędzie się w formule kawiarenki filozoficznej. Jako że kalendarz sytuuje w pobliżu Dzień Kobiet, postanowiłem na swój sposób refleksyjnie to uwzględnić.

***

Wszystkich – bez wyjątku – którzy zetknęli się z dziełami Platona, wielce raduje to, że powstały i zachowały się do naszych czasów. Jednych dlatego, że podziwiają, bądź podzielają ów tok myślenia – innych dlatego, że mają twarde dowody przeciwko autorowi. A przynależy on do tych szczęśliwców (lub pechowców – w zależności kto ocenia), których dorobek zachował się właściwie w komplecie. Ba, zostało po nim nawet więcej tekstów, niż sam napisał. Pomyślmy jednak, co by było, gdyby całą spuściznę po tym filozofie stanowiło tylko jedno zdanie. Coś jak: Carpe diem Horacego – albo Heraklitowe: Panta rhei. Gdyby ostał się wyłącznie jeden wers i może trochę ogólnych relacji o Platonie w zapiskach innych postaci historycznych, które znały tego myśliciela i słyszały o jego wydumanych ideach.

Trafiłem na jedno takie zdanie, że gdyby to właśnie ono było wszystkim, co przetrwało po Platonie, malowałby się dość ciekawy obraz jego filozofii. Z wypowiedzi tej, jakkolwiek krótkiej można wyciągnąć szereg zaskakujących wniosków. I żeby było ciekawiej, od nich zacznę, nie zdradzając cytatu, jaki mnie ku nim sprowokował.

Mam powody przypuszczać, iż Platon uważał, że zło i ludzkie słabości są w pewnym stopniu koniecznością. Warunkiem wręcz, jeżeli ludzki ród ma uniknąć wyginięcia. A skoro to zapewnia nam przetrwanie, to w jakimś sensie jest dla nas dobre. Dochodzimy zatem do paradoksu: oto zło, które w nas tkwi i czasem dochodzi do głosu, to samo, które powoduje upadek człowieka, jednocześnie pozwala ludzkości wciąż istnieć. Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVI – czyli złudna prolongacja młodości

            Akademickie wakacje pokrywa cień przeszłości, a to niechybny znak, iż powracają spotkania Pogadalni. Najbliższe wypadnie w pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem przyjmie formułę filozoficznej kawiarenki. Proponuję pogadać o walce ze skutkami upływu czasu.

            Nie będzie chyba zbyt ryzykownym oszacowanie, iż wizja dostąpienia wieczności lub przynajmniej długowieczności pociąga większość ludzi. Rozsądniejsza część z nich dostrzega również wagę tego, by nie tylko żyć jak najdłużej, lecz aby odpowiednia była jakość życia. Z filozoficznego punktu widzenia (choć z moralnego, etycznego, religijnego, społecznego, psychologicznego także) życie zyskuje na jakości, gdy zbliżamy się do dobra. Idąc tym tropem, sam Platon ze zrozumieniem traktował pożądanie nieśmiertelności, wnioskując, iż: […] musi człowiek i nieśmiertelności pragnąć, jeżeli przedmiotem miłości jest wieczne posiadanie dobra.

            Warto w tym miejscu poczynić drobne rozróżnienia. Czym innym jest bycie wiecznym (tą zdolność posiada Absolut i anioły oraz ponoć ludzka dusza), czym innym jest nieśmiertelność (której doświadczył szkocki góral Connor MacLeod i niektóre wampiry, zresztą pod pewnymi warunkami), a czym innym jest długowieczność (osiągana np. przez żółwie) związana z wolniejszym starzeniem się ciała. Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXIV, czyli prawo do nieprawomyślności

Najbliższy poniedziałek, jako że pierwszy w miesiącu, będzie okazją do spotkania w formule filozoficznej kawiarenki. Szczegóły poniżej. A co będzie tematem dysputy? Poniekąd prawo i nieprawomyślność. Ponieważ termin „nieprawomyślność” obejmuje szeroki zakres znaczeń, od razu napomknę, iż w tytule chodziło mi o myślenie i postawę niezgodne z obowiązującym prawem. Przyznaję, porywam się z motyką na Słońce, ba! ledwie z małą i złamaną motyczką, gdyż nie mam wykształcenia prawniczego. A to byłoby pomocne w formułowaniu wywodu. Tym chętniej dowiem się od kogoś biegłego w tej materii, jak to właściwie jest…

Przyjęło się, iż przekraczając granicę jakiegoś kraju, zgadzamy się respektować panujące w nim prawo, jakie by nie było. W zasadzie automatycznie mu podlegamy. Jeśli jest to na przykład państwo totalitarne, albo rządzone przez despotę, to mimo powszechnej dezaprobaty (w tym opinii międzynarodowej) i tak musimy przestrzegać tego reżimowego, czy niesprawiedliwego prawa. Jeżeli nie chcemy tego robić, to w zasadzie mamy trzy wyjścia: albo tam nie jechać i uniknąć owego przymusu, albo jechać, złe prawo złamać i ponieść przewidzianą tamtym prawem karę, albo znaleźć skuteczny sposób, by to prawo zmienić. Pierwsze rozwiązanie nas nie interesuje, bo rozważamy problem szanowania złego prawa. Drugie rozwiązanie jest o tyle ciekawe, że za cenę np. własnej wolności, zwrócimy uwagę świata na niesprawiedliwość tego prawa i być może przyczynimy się do zrobienia kroku w kierunku trzeciego rozwiązania, czyli reformy prawa. Najczęściej jednak znajdujemy się w sytuacji, gdy jadąc do takiego kraju, kornie podporządkowujemy się jego złym prawom. No niby chluby to nam raczej nie przynosi, ale co można zrobić; jesteśmy zwykle bezsilni. Czytaj dalej

3.6/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Dusza

[show_avatar email=1 align=left avatar_size=40] Jak to dobrze, że Martinus wziął na warsztat ludzką duszę! Należało jej się to już od dawna. Choć pojawiała się gdzieś tam w tekstach o innych tytułach ale należny jej poziom uwagi nie został przez nas w Pogadalni osiągnięty. Bo, po pierwsze, jeśli dusza istnieje, to nic innego nie znamy oprócz niej. A ściślej po Arystotelesowsku: niczego nie możemy ująć poznawczo, czym ona nie mogłaby się stać. A po Kantowsku mówiąc, niczego nie poznajemy co nie byłoby formą jej zmysłowości lub kategorią jej intelektu. A po drugie jeśli istnieje, to jesteśmy duszą i jako dusza do duszy mówić do siebie powinniśmy i jako dusze nad ciałem opiekę sprawować i broń Boże siebie jako ciał nie traktować… Ale jeśli jej nie ma, to całe to nasze gadanie to choroba słabowitego ciała, szukającego mocy…

Ale po kolei.

1. “Jezus oddał za nas życie. Ale czy za nas w całości? Nie. Tak właściwie, w dziele zbawienia chodziło wyłącznie o nasze dusze.”

Zgadzam się. Jeśli jednak tak jest, to po co Zmartwychwstanie? Nie potrafię tego pojąć inaczej jak tylko uznając, że ciała nasze nie są tym czym wydają się nam być. Jezus nie zabiera przecież do nieba masy (materii jako bryły o określonej inercji) lecz energię. Pewną aktywność wewnętrzną, która na zewnątrz może (ale nie musi) przejawiać się jako ciało. Jezus zatem istotnie nie zbawia ciała ale zbawia „energię naszego ciała”. Ale „energię” w sensie bliższym greckiemu energeia niż naszym współczesnym fizycznym pojęciom. Ta energeia jako energia ciała fizycznego to Arystotelesowska dusza wegetatywna, odpowiadająca za prawidłowe funkcjonowanie m.in. trawienia i rozmnażania. Po co zatem Jezus ją zbawia? To naprawdę baaardzo ciekawe pytanie. I wrócę do niego za chwilę.

2. „nie uważam, że dusza zaistniała sama, na drodze ewolucji, jak pióra na jaszczurach. Chętnie przyjmuję stworzenie jej przez Boga.”

Ja też. Ale jak pogodzić fakt stworzenia duszy z twardymi danymi nauki, które ukazują ewolucję człowieka jako proces naturalny oraz z szacunkiem dla Bożej Inteligencji, z którą nijak nie potrafię pogodzić każdorazowego wkładania dusz do naturalnie powstających ciał?

3. „A może należałoby, idąc za tą myślą, stworzyć pojęcie duszy mniejszej – czyli takiej, która zamieszkuje niektóre, co inteligentniejsze gatunki. To w pewnym stopniu pozwalałoby wybrnąć z kłopotów nastręczanych przez ewolucję”

Świetny pomysł. Koncepcja ta ma już pewnie jakieś 3 tysiące lat ale to nie znaczy, że przestała być atrakcyjna. Dusze są częścią porządku natury. (wszystko ma swój aspekt wewnętrzny-psychiczny i zewnętrzny-fizyczny ) Na poziomie wegetatywnym i zmysłowym jesteśmy duszami, które bardzo przypominają dusze zwierzęce. Mamy odczucia, wyobrażenia, doznania, wrażenia prawdopodobnie bardzo przypominające psie, kocie czy szympansie. Czytaj dalej 4.4/5 (10)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Jak Platon stał się starym dziadem…

[show_avatar email=14 align=left avatar_size=40] “Czego ta młodzież dzisiaj słucha?!”, “Za naszych czasów, panie Stefanie, to były przeboje: Alibabki, Zdzisława Sośnicka, panie…, a dzisiaj! Jakieś szarpidruty, panie. Tego słuchać nie idzie. Koty, panie, marcowe. Cholera jasna, gówniarzeria”. Te i inne jeszcze wrzutki mogą stać się waszym udziałem, jeżeli posiadacie w swoim ekwipunku familijnym wynalazek pt. dziadek. Pewnie, że nie każdy dziadek musi być od razu starym dziadem, ale niestety jest to w przyrodzie przypadek najczęstszy.

Można zadać pytanie: Czy intensywna praca intelektualna przez całe życie oraz wrodzona inteligencja mogą uchronić nas przed zdziadzieniem na obraz i podobieństwo naszych dziadków. Nie liczyłbym na to. Trudno sobie przecież wyobrażać kogoś inteligentniejszego i prowadzącego bardziej ożywione życie intelektualne niż Platon. A jednak nawet on nie ustrzegł się na starość przywary, którą można by najtrafniej nazwać starczą pierdzielowatością.

Na dowód przedstawiam fragment ostatniego dzieła, jakie wyszło spod pióra (rylca? czcinki? przecinaka? — czym oni tam pisali?) założyciela Akademii. Platońskie Prawa, bo o nie chodzi, to rozmowa trzech filozoficznych pierdzieli, z których jeden pochodzi z Aten, drugi z Krety, a trzeci ze Sparty (Wrocław?). W pewnym momencie chłopaki zaczynają się zastanawiać nad tym, kto powinien decydować o zwycięstwie w turniejach chóralnych (Voice of Greece). No i jadą bez trzymanki jednym wielkim starczym pierdzielnięciem. Sami przeczytajcie:

Ateńczyk: Jeżeliby miały o tym rozstrzygać zupełnie małe dzieci, to rozstrzygnęłyby, że zwycięstwo należy się temu, kto sztuczki pokazuje. Nieprawdaż?
Kleinias: Z pewnością.
Ateńczyk: Starsze już dzieci przydzieliłyby je temu, kto wystawia komedie, a temu, kto tragedie, wykształcone niewiasty i podrastający młodzieńcy, być może także większość obecnych.
Kleinias: Być może.
Ateńczyk: Rapsoda zaś, który by Iliadę i Odyseję lub któryś z Hezjodowych poematów pięknie wygłaszał, może my, starzy ludzie, słuchalibyśmy z największą przyjemnością i twierdzili, że nieporównanie góruje nad wszystkimi. Komu więc słusznie przyznane by było zwycięstwo? Bo na to teraz z kolei trzeba odpowiedzieć. Czyż nie?
Kleinias: I owszem.
Ateńczyk: Jasne jest, że ja i wy będziemy bezwzględnie tego zdania, że słusznie uzyskaliby zwycięstwo ci, którym pierwszeństwo przyznaliby nasi rówieśnicy. Wyrobieniem bowiem, które posiadamy, przewyższamy ogromnie, jak się zdaje, wszystkich we wszystkich państwach i w ogóle wszędzie.
Kleinias: Oczywiście.

Oczywiście 🙂 3.4/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Kogo boi się Diabeł?

[show_avatar email=1 align=left avatar_size=40] Są takie fragmenty u Platona, które poruszają we mnie jakieś struny emocjonalne gdzieś głęboko w środku. Myślę sobie wtedy, że Platon po to właśnie pisał dialogi, żeby tymi sznurkami metafizycznymi nas szarpać. W dialogu Menon, gdzie dowodzi, że dzielności nie można nauczyć, pod koniec, pojawia się Anytos. Wiemy, że to gość całkowicie odporny na urok osobisty i retoryczne talenty Sokratesa, ktoś kto prawdopodobnie już wtedy zdecydował, że swoją metodą “rozwiąże problem Sokratejski”. Anytos nie chce rozmowy z Sokratesem. On już osądził, jednak to Sokratesowi zarzuca, że zbyt pochopnie ocenia ludzi… Anytos pozostaje w świecie cieni, tzn. we władzy silnego afektu, który napędza jego projekcje. Ostatni fragment nie pozostawia złudzeń, co do „psychologicznej” interpretacji tego fragmentu przez Platona:

… nie ma pośród wybitnych polityków żadnego, który by i kogoś drugiego potrafił zrobić dobrym politykiem. Gdyby taki był, to po prostu tak by się o nim mówiło pośród żywych, jak Homer o Terezjaszu mówi pośród umarłych, kiedy powiada o nim, że sam jeden tylko jest przytomny, a cienie skaczą tu i tam. Tak samo by on ze swą dzielnością odbijał jak rzeczywisty przedmiot w porównaniu do cieni.

Terezjasz jest wróżbitą, który uzyskał moc wieszczenia niedostępną dla zwykłych śmiertelników, gdyż został przez bogów na siedem lat zamieniony w kobietę, co pozwoliło mu zrozumieć zarówno męskie jak i kobiece pierwiastki swojej natury. Anytos jest jego przeciwieństwem, owładnięty dziką namiętnością, choć wydaje mu się, że działa racjonalnie, nie dostrzega emocjonalnych źródeł swojego działania i projektuje własny „cień” na wrogów. Brak mu kontaktu z własnym centrum, z duszą, którą Jung nazywał Animą. Samopoznanie do którego zachęca wyrocznia Delficka, polega między innymi na konfrontowaniu się z nieświadomym pierwiastkiem kobiecym, który pozostając w cieniu może być źródłem destrukcyjnych namiętności, a uświadomiony ożywia i otwiera umysł na prawdziwą rozmowę. To z tego powodu Sokrates, który (dzięki Diotymie? A może Ksantypie?) uzyskał wgląd w naturę własnej duszy, podobnie jak mityczny Terezjasz, jest jedynym przytomnym pośród „skaczących cieni”.

Ale co to w ogóle jest kobiecość? Alice von Hildebrand, współczesna filozofka, podobnie jak Platon, dostrzega w kobiecości splot uczuciowości i mocy mistycznych:

Kiedy czyta się żywoty św. Teresy z Avilla czy św. Tereski z Lisieux, zaskoczeniem może być fakt, że one ciągle odnoszą się do swojej „słabości”. Historie tych heroicznych kobiet — a jest ich wiele — uczą nas, że świadomość i akceptacja własnej słabości, w połączeniu z bezgraniczną ufnością w miłość i moc Bożą, udziela tym uprzywilejowanym duszom siły, która jest tak wielka, ponieważ jest nadprzyrodzona. Naturalna siła nie może konkurować z siłą nadprzyrodzoną. Dlatego Najświętsza Maryja jest „silna jak wojsko gotowe do bitwy”. I nazywana jest „clemens, pia, dulcis Virgo Maria”. Ta nadprzyrodzona siła wyjaśnia — jak wspomniano w Roku liturgicznym Dom Prospera Gueranger’a — że Diabeł boi się tej skromnej dziewicy bardziej niż Boga, ponieważ jej nadprzyrodzona siła która miażdży jego głowę jest dla niego bardziej upokarzająca niż siła Boża.

3.67/5 (9)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XI – czyli udręka bogactwa

Aby w tym miesiącu nie przepadło spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki, to odbędzie się ono wyjątkowo w drugi poniedziałek miesiąca, czyli 9 stycznia o 18:00. Poza tym spotkamy się w tym samym co zwykle miejscu – mianowicie w kawiarni Pozytywka. A zajmiemy się tematem o tyle trudnym, że dotyczy niewielu ludzi na tej planecie; temat bowiem brzmi: udręka bogactwa.

Pewien teolog (czyli taki religijny filozof) Patrick Kerans dowodził, że wzrost materialistycznego poziomu życia „zawdzięczamy” epoce Oświecenia, kiedy to liczni myśliciele podkreślali i wywyższali wartość nauki. Wszystko, co dało się policzyć, zmierzyć i zważyć przedkładano ponad rzeczy niepoliczalne, niematerialne i abstrakcyjne. Piękno stworzonego świata, przyjaźń, zaufanie, czy wspólnota były wartościami niewymiernymi. Ciężko było zmierzyć wartość sprawiedliwości społecznej, albo nieskażonej przyrody. Znacznie prościej za to policzyć dochód i inne dobra materialne. Zwrócenie większej uwagi na te elementy poskutkowało przeniesieniem akcentów na konkurencyjność, wzrost gospodarczy i sukces ekonomiczny – generalnie, najistotniejsze dla wielu ludzi stały się rzeczy materialne.

udreka-bogactwaNiektórzy wieszczą, że społeczeństwo oparte na ideach mówiących, iż wyłącznie metody naukowe wiodą ku prawdzie, a rzeczy materialne są najważniejsze – takie społeczeństwo czeka zagłada. Czas pokaże. Niemniej faktem jest, że z jednej strony deklarujemy wyższość potrzeb duchowych, podnosimy wartość miłości, dobra, piękna, radości – a z drugiej strony dajemy upust żądzom i upatrujemy szczęścia w pomnażaniu majątku, nabywaniu kolejnych gadżetów i oddawaniu się płytkim rozrywkom. Owszem, pragniemy prawdziwej miłości i spełnienia, ale mylnie uważamy, że drogą do nich będzie obfitość posiadanych dóbr. Paradoks, prawda? Już Platon podkreślał: Nie próbuj pomnożyć mienia, próbuj raczej umniejszyć swe żądze. Wiemy, że pieniądze szczęścia nie dają, nie gwarantują miłości, akceptacji, rozumiemy, że radość wypływa z silnej więzi z ludźmi, przyrodą, Bogiem… Lecz daliśmy sobie wmówić, iż dopiero za sprawą posiadanych rzeczy możemy zaspokoić swoje potrzeby. I co się dzieje, gdy niektórzy wreszcie zdobywają bogactwo? Niech częściowo za odpowiedź posłuży cytat:

Bezsenność z powodu bogactwa wyczerpuje ciało,
a troska o nie oddala sen. (…)
Bogacz się trudzi, aby zbierać pieniądze (…)
Ten, kto złoto miłuje, nie ustrzeże się winy,
a ten, kto goni za zyskami, przez nie zostanie oszukany.
Wielu złoto doprowadziło do upadku,
a zguba ich stała się jawna.
Jest ono zasiekami z drzewa na drodze tych, co za nim szaleją,
a kto jest głupi, w nich uwięźnie.

Mądrość Syracha, rozdział 31.

Często bogaci zaniedbują biednych, zapominają o dzieleniu się, nie dbają o środowisko, odwracają się od Boga. Chrystus przestrzega, a właściwie informuje, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego. Czy to oznacza, że pełny trzos zamyka bramy raju? Niekoniecznie. Stan posiadania nie jest tu decydujący; tłumaczy to św. Ambroży mówiąc: Bóg nie potępia tych, którzy mają bogactwa, ale tych którzy ich nie umieją używać. W związku z powyższym, bogactwo nierzadko rodzi dziwną udrękę, brak zadowolenia z jakości życia, niespokojność serca, wyrzuty sumienia. Potrafi też wywołać przesadną ostrożność, nieufność, paranoję, podejrzliwość o fałszywą przyjaźń i przeróżne lęki. Ale czy u każdego? Wielu dzięki majątkowi ma poczucie bezpieczeństwa, może zdobyć znajomości, wpływy polityczne, władzę, sławę, a czasem też przeświadczenie o bezkarności, samowystarczalności, większej wartości własnej… Nie przejmuje się kwestiami wiary, bo wszystko, co jest w zasięgu człowieka na tym świecie, może sobie kupić. Widać zatem, iż istotny jest stosunek człowieka do bogactwa i to, czy nie przysłania mu ono ważnych spraw.

Na koniec inny problem: czy bogactwo wewnętrzne również obarczone jest pewnymi zagrożeniami? Też może stać się udręką? A jeśli tak, to jakiego rodzaju.

Pozytywka kadrPrzyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i ewentualnie podzielić się powodem udręki, sponsorując ciasteczka  🙂

W pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

3.89/5 (9)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Co to jest coaching filozoficzny?

Dwa sposoby uprawiania filozofii.

[show_avatar email=1 align=left avatar_size=40] W epoce starożytnej zarysowują się dwa typy uprawiania filozofii, naukowo-teoretyczny i „coachingowy”. Arystoteles jest prototypem dzisiejszego profesora uniwersyteckiego, pracownika naukowego, który współtworzy system wiedzy „nadającej się do nauczania” (czytaj: „wykładania”). Sokrates z kolei, jest modelowym przykładem starożytnego „coacha” i przewodnika duchowego, którego celem nie jest gromadzenie i przekazywanie wiedzy, lecz uaktywnianie wewnętrznych zasobów rozmówcy. Sokrates jest lekarzem duszy, a nie wykładowcą, mistrzem duchowym bardziej niż naukowcem. Wszyscy niemal twórcy szkół filozoficznych starożytności są w mniejszym lub większym stopniu zainspirowani postacią Sokratesa, jego osobistą charyzmą i mistrzowskim posługiwaniem się metodą „rozmowy coachingowej”. Jej celem nie jest nauczanie, lecz przemiana myślenia (metanoia), prowadząca do lepszego życia. Taki jest cel filozofii od Antystenesa, Arystypa, Zenona, Epikura, Epikteta ale też Pirrona, Justyna, Klemensa Aleksandryjskiego czy Augustyna.

Coachingowy typ filozofowania, po swoim rozkwicie w okresie hellenistycznym stopniowo zanikał w filozofii Zachodu, ustępując miejsca modelowi naukowo-teoretycznemu. W średniowieczu po okresie dominacji Platońskiego stylu filozofowania, bliskiego ascetycznej duchowości chrześcijańskiej ukształtował się, nawiązujący do Arystotelesa, szkolny model uprawiania filozofii. Zarysował się też coraz wyraźniejszy podział kompetencji pomiędzy filozofię (obejmującą w średniowieczu również nauki szczegółowe – artes liberales) oraz teologię. Działalność duchowo-psychologiczna była prowadzona w ramach chrześcijańskich praktyk religijnych. Filozofia jako narzędzie pracy coachingowej zniknęła w zasadzie z kultury europejskiej. Jednocześnie, zyskujące coraz silniejszą pozycję dyscypliny szczegółowe marginalizowały filozofię, która stopniowo zawężała swój zakres. Jej niekwestionowanym bastionem był obszar zagadnień należących do Arystotelesowskiej filozofii pierwszej. Jednak pod koniec osiemnastego stulecia stało się jasne, że pojęcie naukowości ukształtowane w wyniku postępu nauk szczegółowych nie daje się zastosować wobec tak rozumianej filozofii. O tym, że stała się ona przedmiotem „problematycznym”, świadczy fakt, że wielu filozofów poczuwa się do obowiązku uzasadniania swojej obecności w systemie szkolnictwa wyższego. Filozofia przestała być „niewolnicą teologii” ale jej obecny związek z naukami szczegółowymi też nie jest relacją zdrowego partnerstwa…I to nie filozofia jest w tym związku „dominatorem”. Kiedy na początku ubiegłego stulecia od filozofii oddzieliła się psychologia, przypieczętowało to los filozofii jako dyscypliny bezsilnej, zagubionej i oderwanej od jakichkolwiek realnych zastosowań. Niektórzy filozofowie zostają gwiazdami tygodnia, ale „scholastyczny” model filozofii pozostał dominującym sposobem jej uprawiania na zachodnich uniwersytetach. Coaching filozoficzny to próba odwrócenia tej tendencji.

  3.75/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2