Archiwa tagu: Platon

Pokój gościnny: Obraz jest wart tysiąc słów

Pokój gościnny to przestrzeń refleksyjno-filozoficzna dla osób spoza załogi naszej internetowej strony. W przestrzeni tej znajdują miejsce pomyślenia warte ugoszczenia.


Michał T. Handzel

„Chodzi mi o to, aby język giętki
Powiedział wszystko, co pomyśli głowa.”
Juliusz Słowacki, Beniowski

OBRAZ JEST WART TYSIĄC SŁÓW

Słowo ‘autyzm’ pochodzi od starogreckiego αὐτός (autós), co oznacza „sam” i zostało wprowadzone do słownika psychologicznego na określenie osób, które są wstanie funkcjonować w świecie własnych przeżyć. Ich predyspozycje (których nie mają inni ludzie) początkowo były przez profesjonalistów z zakresu psychologii, medycyny oraz nauk o zdrowiu postrzegane jako coś dziwnego (Frith, 2008, s. 25-26). Zastanawiano się czy ten stan jest czymś naturalnym dla człowieka, czy też raczej czymś niezwyczajnym. Z biegiem czasu właściwszym byłoby mówić za Simon Baron-Cohenem o autistic spectrum condition − spektrum predyspozycji autystycznych (przekład nazwy złożonej autora artykułu) czyli pewnego rodzaju zdolnościach (Ławicka, 2019, s. 14).

Jedną z predyspozycji niektórych osób w spektrum autyzmu jest tzw. myślenie obrazami.

a. Myślenie niewerbalne
Oczywiście zarówno osoby nieautystyczne, jak i autystyczne w ramach własnych procesów mentalnych postrzegają obrazy wizualne, nieraz połączone z inną modalnością zmysłową (bodźce słuchowe, dotykowe, smakowe); np. gdy ktoś myśli o kaczce pojawia się w jego umyśle obraz kaczki, który zazwyczaj łączy z wyobrażeniem odgłosu kwakania. Ten sposób myślenia jest niezależny od języka, ponieważ manipulowanie obrazami w myśli nie wymaga jego używania. Z tej racji uważa się, że w myśleniu każdego człowieka występują zarówno obrazy, jak i sformułowania czysto językowe. Kiedy ktoś myśli o czynnościach do wykonania czy niektórych procedurach, odbywa się to w przeważającej części obrazowo. Każdy człowiek ma predyspozycję do manipulowania wewnętrznymi obrazami w wyobraźni, poza tym może być świadomy własnych emocji, czuć cielesnych i innych wrażeń o charakterze jakościowym –myśli więc bez użycia słów, dzięki czemu rozumie rodzaj bez językowego myślenia u innych osób (Jastrzębski, 2011, s. 209-215).

b. Myślenie obrazowe osób w spektrum autyzmu
Jednak dla wielu osób w spektrum autyzmu – jak zauważył Tony Attwood − „obraz jest wart tysiąc słów” (Attwood, 2015, s. 253). Wynika to z faktu, że umysł takiej osoby przede wszystkim rozwinął ‘myślenie wzrokowe’ (zdolność wizualizacji) do tego stopnia, że iloraz inteligencji niewerbalnej jest u niej znacznie wyższy niż iloraz inteligencji werbalnej (Attwood, 2015, s. 252-254).Wiele z tych osób posiada o wiele lepszą niż osoba nieautystyczna, predyspozycję do wyławiania szczegółów z postrzeganej rzeczywistości oraz umiejętność dostrzegania istniejących w niej wzorców, a także zdolność do szybkich skojarzeń i dobrą pamięć długotrwałą. Wszystkie te umiejętności związane są najprawdopodobniej ze specyficzną organizacją pracy mózgu takiej osoby, dzięki czemu może ona na przykład dostrzec drzewa przed zobaczeniem lasu (Grandin & Panek, 2016, s. 181-225). Ta zdolność dostrzegania detalu, wynikająca z myślenia wizualnego, niesie ze sobą problem polegający na tym, że danej osobie łatwiej jest zobaczyć rozwiązania wielu problemów niż je zwerbalizować. Jak zauważył wcześniej wspomniany już australijski psycholog: „ich sposób myślenia jest inny, potencjalnie wysoce oryginalny, często niezrozumiały, ale nie defektywny” (Attwood, 2015, s. 111). Dzięki niemu osoby autystyczne są wstanie wkroczyć na nieprzetarte ścieżki w nauce, tworzyć nadzwyczaj ciekawe prace artystyczne, projektować coś o czym nikt wcześniej by nie pomyślał, że to jest możliwe do zaprojektowania, wypracować bardzo rzadkie umiejętności dające dużą przewagę w grze w szachy czy bilard, być wybitnymi programistami, fizykami czy inżynierami (Attwood, 2015, s. 110-111).

c. Platońskie myślenie obrazami
Powyższy sposób myślenia doczekał się wielu opracowań naukowych. W historii myśli ludzkiej najprawdopodobniej jednak pierwszym, który go opisał w kręgu cywilizacji zachodniej był starożytny filozof Platon.
Jak zauważył Giovanni Reale, poczynając od epoki nowożytnej Zachód zaczął traktować tekst jako najważniejszy środek przekazywania wszelkiej postaci wiedzy. W efekcie zakorzeniło to przekonanie w kulturach do niego należących, że przede wszystkim myśli się w jakimś języku (np. polskim) oraz że myślenie werbalne (językowe) jest ważniejsze od myślenia niewerbalnego (obrazowego, bezjęzykowego) (Reale, 2001, s. 34-35).
Tymczasem Platon uważał, że żadne pismo nie ma na celu nauczania ani wychowania, gdyż jego celem jest tylko przywołanie czegoś na pamięć u kogoś, kto już jest wychowany i posiada wiedzę (Reale, 2001, s. 37). Istnieje bowiem pewien sposób myślenia, zgodnie z którym pewnych rzeczy nie da się „ująć w słowa”, natomiast dopiero „z długotrwałego obcowania z przedmiotem, na mocy zżycia się z nim, nagle, jakby pod wpływem przebiegającej iskry, zapala się w duszy światło i płonie już odtąd samo siebie podsycając” (Platon, 1987: 341 c-d). Jak zauważa Reale, Platon w swoich tekstach ukazuje, że człowiek myśli nie tylko pojęciami, ale również obrazami. Właśnie z tej przyczyny, gdy mówi przy pomocy słów, stara się wyrażać obrazowo, określając to sformułowaniem: „mówienie za pomocą mitów” (μυθολογεῖν – mythologein). To właśnie „mit platoński w swojej najszlachetniejszej postaci i mocy jest myśleniem obrazami, i to nie tylko w wymiarze fizyko-kosmologicznym, lecz także w wymiarze eschatologicznym, a nawet metafizycznym. Μυθολογεῖν staje się w ten sposób jedną z cech emblematycznych ducha ludzkiego, którą Platon rzeczywiście bardzo mocno uwypuklił” (Reale, 2001, s. 69). Ten sposób myślenia, który jest charakterystyczny dla Platona i jego niektórych uczniów opisał on w jednym ze swoich listów podkreślając, że nie wszyscy ludzie mają do niego predyspozycje. Zgodnie z tym sposobem myślenia:
„Każdy poszczególny przedmiot posiada trzy przedstawienia, na których wiedza o nim bezwarunkowo opierać się musi; czwartym jest właśnie ona —owa wiedza o przedmiocie. Jako coś piątego należy przyjąć to, co jest samym przedmiotem poznania i rzeczywistą istnością. Pierwszym więc jest nazwa, drugim określenie, trzecim obraz, czwartym wiedza.” (Platon, 1987: 342 a). Jak zauważył Adam Krokiewicz, mamy tu rozróżnienie pomiędzy 1) nazwą, 2) definicją i 3) wizerunkiem (ε’ίδωλον) każdego z «bytów» a 4) umysłową wiedzą o nim (επιστήμη καΐ νους άληθής τε δόξα) i wreszcie 5) tym, co jest poznawalne i naprawdę istniejące (γνωστόν τε καΐ αληθώς εστίν oν), czyli «ideą» (Krokiewicz, 1958, s. 122). Jako przykład wyjaśniający dość obrazowo powyższe rozróżnienie Platon ukazuje „koło”.
„Jest więc jakieś coś nazwane „kołem”, czemu przysługuje jako nazwa to, co właśnie wymieniliśmy. Następnie idzie jego określenie, składające się z rzeczowników i czasowników. Takie bowiem powiedzenie: „to, czego wszystkie punkty skrajne jednakowo są oddalone od środka” – byłoby określeniem tego, co nosi nazwę: krągły, obły, koło. Trzecim ujawnieniem jest koło, które się rysuje i ściera, lub to, które tokarz sporządza i które ktoś niszczy. „Koła” jako takiego, do którego odnoszą się te wszystkie przedstawienia, żaden z tych zabiegów nie dotyka, ponieważ jest ono czymś innym od nich. Czwarte ujawnienie to wiedza, umysłowe ujęcie i właściwe mniemanie o rzeczy, bo wszystko to znowu trzeba brać razem jako jedno; nie tkwi ono w dźwiękach mowy ani w kształtach materialnych, lecz tylko w duszy, co wskazuje, że jest czymś innym zarówno od istoty samego „koła”, jak też od wymienionych poprzednio trzech jego ujawnień. Najwięcej pokrewne „piątemu” i podobieństwem mu najbliższe jest umysłowe ujęcie, pozostałe przedstawienia oddalają się bardziej. (…) Bo jeżeli ktoś jakoś nie uchwyci owych czterech ujawnień tego wszystkiego, nigdy całkowicie wiedzy piątego ujawnienia nie stanie się uczestnikiem. Poza tym jeszcze zmierzają one nie mniej do ukazania jakościowych właściwości w obrębie każdego przedmiotu niż jego istoty, a powoduje to niedoskonałość mowy. Dlatego też żaden rozumny człowiek nie poważy się nigdy zamknąć w niej tego, co pojął umysłem i skazać do tego jeszcze na stężenie, któremu ulega cokolwiek się utrwala w znakach pisanego słowa” (Platon, 1987: 342 b –343 a).
Ten długi cytat ukazuje jedną, dość ważną w naszych rozważaniach rzeczywistość: nie da się myślenia obrazowego wyrazić w pełni poprzez komunikację werbalną. Mało tego, osoba myśląca przed wszystkim niewerbalnie –podobnie jak Platon –uzna za rzecz nierozumną to, aby przekazać werbalnie w jakimkolwiek języku rzeczywistość pojętą przez nią jej własnym umysłem. Nie są to bowiem wyciągnięte z przedmiotów zmysłowych abstrakcje, ani jakieś zasady lub też prawa logicznego myślenia (jak uważała swego czasu m. in. Szkoła Marburska), lecz odkrycie czegoś, co jest niezniszczalne i wiecznie niezmienne, czegoś co istnieje naprawdę (Krokiewicz, 2000, s. 299-300). Platon w odniesieniu do tego typu poznania używa słów ‘idea’(gr. ιδέα) i ‘eidos’(gr. είδος), które pochodzą od czasownika idein, znaczącego tyle co „widzieć” i w języku greckim czasów antycznych zasadniczo oznaczającego ujmowanie wzrokiem formy zewnętrznej jakiejś rzeczy oraz jej kształtu, przy czym dotyczyło tego, co oglądalne zmysłami. W tekstach autora Obrony Sokratesa nazwy te otrzymują jednak inne, rzadko stosowane znaczenie – zaczynają one być systematycznie używane w sensie alegorycznym jako widzenie „okiem umysłu” („okiem duszy”) formy wewnętrznej, czyli natury gatunkowej rzeczy (istoty rzeczy) (Krokiewicz, 2000, s. 88-91).

Podstawowymi cechami owych idei (eidosów) są:
inteligibilność, co oznacza, iż idea jest w pełni przedmiotem intelektu i może być ujęta tylko przez intelekt;
niecielesność, czyli przynależność idei do zupełnie innego wymiaru niż świat materialny, który można poznać zmysłami;
bytowość w sensie pełnym – idee są bytem realnie istniejącym;
niezmienność, co oznacza, iż nie tylko nie powstają ani nie mogą przestać istnieć, ale również nie podlegają jakimkolwiek zmianom;
samoistność, czyli fakt, iż idee istnieją w sobie i przez siebie, a ich istnienie jest bezwzględnie obiektywne;
jedność, dzięki której znajdują wytłumaczenie rzeczy zmysłowe w niej partycypujące, przez co w pewnym sensie tworzą one jedność zunifikowaną (Reale, 2001).

Plotyn ten rodzaj poznania opisał w następujący sposób: „Często (πολλάκις), kiedy budzę się w sobie z ciała i znajduję zewnątrz rzeczy innych, a wewnątrz siebie samego (ἐμαυτοῦ δὲ εἴσω), widzę (ὁρῶν, od gr. ὁράω) cudowne piękno i wówczas najbardziej jestem przekonany o mojej przynależności do lepszego „działu”, albowiem zdziałałem życie najlepsze i utożsamiłem się z tym, co boskie, i zatronowałem w jego łonie, doszedłszy do „tamtego” działania i zasiadłszy ponad wszelkim innym bytem umysłowym: kiedy zaś po tym pobycie w tym, co boskie, zejdę z umysłu do rozumowania, staję przed trudnym zagadnieniem, w jaki też w ogóle sposób i teraz schodzę i w jaki też w ogóle sposób uwnętrzniła się mi dusza w ciele, skoro jest takim jestestwem, jakim rozbłysła sama w sobie, mimo że przebywa w ciele” (Plotyn, 1959; Плотин, 2004: IV, 8, 1). Powyżej ukazane teksty starożytne bazują na jednej istotnej rzeczywistości określanej przez Plotyna słowem ὁράω (horao), co oznacza ‘widzieć’, ‘patrzeć’, ‘widzieć z umysłem’, postrzegać z wewnętrzną percepcją.

d. Hipoteza historyka filozofii
Jako historyk filozofii mający również wykształcenie psychologiczne stawiam w tym momencie hipotezę, że zarówno sposób myślenia jaki przedstawili Platon i Plotyn, jak i sposób myślenia osób w spektrum autyzmu, u których dominujące jest myślenie niewerbalne, są względem siebie analogiczne; tzn., że w wypadku tych starożytnych filozofów mamy do czynienia z autystycznym myśleniem niewerbalnym, którego najwyższą formą jest poznanie-widzenie (gr. ὁράω) idei (gr. ιδέα). Innymi słowy – krótko rzecz ujmując – zarówno Platon jak i Plotyn zaprezentowali światu w swoich tekstach myślenie obrazami i konsekwencje poznawcze z niego wynikające. Hipoteza jest oczywiście do gruntownego przebadania w celu jej weryfikacji i udowodnienia lub falsyfikacji.

e. Terapia filozoficzna
Jakie jednak znaczenie praktyczne mogą mieć takie badania?
W pierwszej połowie XX w. Ludwig Wittgenstein zaczął głosić pogląd, iż filozofia, jeśli ma mieć jakiś sens, to tylko jako terapia (Dehnel, 2014, s. 378-379). Pod koniec lat 70-tych ubiegłego stulecia zaczęto stosować filozofię w praktyce psychoterapeutycznej, co w sposób pionierski opisał w swojej książce z 1978 r. Peter Koestenbaum (1978). W latach 80-tych XX w. pojawił się nowy zawód, który w różnych krajach nazywano następująco: doradca filozoficzny (philosophical counselor), terapeuta filozoficzny (philosophical therapist). Specjaliści go wykonujący muszą mieć wykształcenie psychologiczne i filozoficzne oraz być terapeutami zajęciowymi lub psychoterapeutami (Czernianin & Czernianin, 2017; Nowak & Jakubiec, 2014; Ostasz, 2011; Wolska, 2019).W Polsce specjalistów wykonujących ten zawód zrzesza m.in. Stowarzyszenie Doradztwa Filozoficznego “Pogadalnia”.
Nie jest to jednak coś nowego, gdyż już w starożytności pojawiły się kierunki filozoficzne, które miały aspekt terapeutyczny, co w różnych swoich pozycjach książkowych w swoim czasie opracował Pierre Hadot (2000; 2003; 2019). Jednym z nich był neoplatonizm. Wydaje się, że skorzystanie z treści ukazanych w tekstach Platona i Plotyna oraz neoplatoników może być niezwykle pomocne w odkrywaniu wartości myślenia niewerbalnego dla osób w spektrum autyzmu oraz jego gruntownego rozwoju (tj. myślenia niewerbalnego).
Ponieważ symbol w ujęciu jungowskim jest treścią przedstawioną w formie obrazu, wyrażającą treści archetypowe i będącą łącznikiem między świadomością i nieświadomością, i wydaje się koherentny z platońskim myśleniem obrazowym, wydaje się zasadnym skorzystać w terapii z psychologii głębi, czyli utożsamić platońską ideę z jungowską koncepcją symbolu. Patrząc z perspektywy analiza jungowskiej – należy wówczas mówić o myśleniu symbolicznym osób w spektrum autyzmu. Terapia filozoficzna oparta na myśli neoplatońskiej jest wstanie wówczas wesprzeć daną osobę w procesie rozwoju osobowości do tego stopnia, aby dana osoba była wstanie ukonstytuować we własnej psychice myślenie symboliczne, które -jak uważał Jung – jest najwyższą i ostatnią zdobyczą ludzkiego ducha, gdyż musi ogarniać największe głębie jego natury. „Symbol żywy nie może narodzić się w tępym, niedorozwiniętym duchu, ten zadowoli się bowiem już istniejącym symbolem w tej formie, w jakiej oferuje mu tradycja” (Prokopiuk, 2018, s. 21). Tymczasem „symbol żywy ujmuje istotną część nieświadomości”, jest „w danej epoce niedoścignioną formą wyrazu tego, co jeszcze nieznane”, z tej racji „musi on wynikać z tego, co najbardziej zróżnicowane, najbardziej skomplikowane w aktualnej atmosferze duchowej” (Prokopiuk, 2018, s. 20). Należy przy tym pamiętać, że „symbol jest zawsze tworem nader złożonym, albowiem składa się z danych pochodzących z wszystkich funkcji psychicznych, a wobec tego nie jest ani racjonalny, ani irracjonalny”. Tak też należy postrzegać widzenie (gr. ὁράω) idei (gr. ιδέα) w umyśle osoby w spektrum autyzmu – widzenie przez nią jej symboli, jej myślenie symboliczne.
Celem tak rozumianej terapii filozoficznej nie jest leczenie jakiejś konkretnej dolegliwości, ale głęboka integracja psychiczna, większa harmonia ze światem, zrozumienie, poszukiwanie sensu życia i uświadomienie nieświadomych aspektów życia, a co za nimi idzie gruntowna wewnętrzna przemiana. Dawniej uważano, że efektem procesu terapeutycznego jest połączenie świadomości i nieświadomości, które następuje w centralnym punkcie nazwanym przez Junga Jaźnią. Dziś powiedzielibyśmy, że to raczej bardziej świadoma możliwość do rozwijania zdolności sięgania w głąb własnej świadomości i do badania obszaru (zarówno potencjałów, jak i barier) nieświadomości. Taki typ terapii wiąże się z dialogiem oraz nawiązaniem relacji. Jej konsekwencją jest proces indywiduacji, czyli stawania się ‘indywiduum’ jako nieporównywalną z niczym innym, odrębną, wyjątkową całością, co jest podstawą do samorealizacji osoby ludzkiej m. in. poprzez jej otwartość na drugiego człowieka; w sposób szczególny na jej dojrzałe i odpowiedzialne obdarowywanie miłością oraz jej doświadczanie ze strony drugiego człowieka.

Artykuł ukazał się w czasopiśmie: Człowiek i Relacje, Nr 1/2022, Relacje w nauce i sztuce.
Autor związany jest z: Gabinety IWT – Indywidualne Wsparcie Terapeutyczne; Institutum Investigationis Scovorodianum, m.handzel@institutum.edu.pl


Bibliografia

Attwood, T. (2006). Zespół Aspergera. Wprowadzenie. Poznań: Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Attwood, T. (2015). Zespół Aspergera. Kompletny przewodnik. Gdańsk: Harmonia Uniwersalis. Czernianin, W. & Czernianin, H. (2017).Filozofia jako terapia w perspektywie biblioterapii. In Czernianin, W., Czernianin, H., Chatzipentidis, K. (Eds.), Podstawy współczesnej biblioterapii. Podręcznik akademicki. Wrocław: eBooki.com.pl, Wrocław.
Dehnel, P. (2014). Ludwig Wittgenstein: teoria a terapia. Od Traktatu do Dociekań filozoficznych –studia. Warszawa: Wydawnictwo Naukowe PWN.
Frith, U. (2008).Autyzm. Wyjaśnienie tajemnicy. Gdańsk: Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne.
Grandin, T. & Panek R. (2016).Mózg autystyczny. Podróż w głąb niezwykłych umysłów. Kraków: Copernicus Centr Press.
Hadot, P. (2000). Czym jest filozofia starożytna. Warszawa: Fundacja Aletheia.
Hadot, P. (2019). Ćwiczenia duchowe i filozofia starożytna. Warszawa: Fundacja Aletheia.
Hadot, P. (2003).Filozofia jako ćwiczenie duchowe. Warszawa: Fundacja Aletheia W-wa 2003.
Jastrzębski, A. (2011). W obronie integralności człowieka. Próba adekwatnego ujęcia filozofii psychologii. Warszawa: ENETIA Wydawnictwo Psychologii i Kultury.
Koestenbaum, P. (1978). The new image of the person: the theory and practice of clinical philosophy. Westport: Greenwood Press.
Krokiewicz,A.(1958). Sokrates. Warszawa: Instytut Wydawniczy PAX.
Krokiewicz, A. (2000).Zarys filozofii greckiej. Warszawa: Aletheia.
Ławicka, J. (2019). Człowiek w spektrum autyzmu. Podręcznik pedagogiki empatycznej. Opole: Wydawnictwo i Drukarnia Świętego Krzyża.
Nowak, A. & Jakubiec, M. (2014).Terapia a filozofia. O kilku filozoficznych aspektach nauk o zdrowiu. Semina Scientiarum, 13, 140-152.
Ostasz, L. (2011).Psychoterapia filozoficzna. O usprawnianiu rozumu i leczeniu psychiki, Warszawa: ENETEIA Wydawnictwo Szkolenia.
Platon (1987). List siódmy. [W:] List siódmy, Listy. Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe.
Plotyn(1959). Enneady, t. 2. Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe.
Плотин (2004).ЧетвертаяЭннеада. Научноеиздание, ИздательствоОлегаАбышко, СПб.
Prokopiuk, J. (2018). O symbolu i o symbolu jako takim w C. G. Junga psychologii analitycznej. Antologia. InC. G. Jung (Ed.),Człowiek i jego symbole. Katowice: Wydawnictwo KOS.
Reale, G. (2001). Historia filozofii starożytnej, t. 2. Lublin: Redakcja Wydawnictw Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.
Wolska,U.(2019).Terapia filozoficzna. Od umiłowania mądrości do dobrego i spełnionego życia. Warszawa:Wydawnictwo von Borowiecky.

4/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Kobieto posuń się, bo stoisz na drodze postępu

Dziś przypada Światowy Dzień Feministek, zatem poniższy tekst wpisuje się poniekąd w nurt dialogu o prawach kobiet.

Czy kobiety zawsze zawadzały postępowi? Czy zawsze muszą się wlec w ogonie historii? W każdym razie tak uważał, skądinąd życzliwy kobietom, Platon. Czy jego życzliwość wobec kobiet miała źródło w tym, że nie był zainteresowany wymienianiem się z nimi płynami organicznymi? Zostawmy na razie ten problem.

W jaki sposób kobiety przeciwstawiają się postępowi zdaniem założyciela Akademii? Oto prosta ilustracja. Zdaniem Platona jednym z najważniejszych celów edukacji jest przysposobienie młodych, nawet tych jeszcze nienarodzonych obywateli do służby wojskowej. Żeby ten cel osiągnąć młody człowiek musi ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Ćwiczenia trzeba zacząć możliwie jak najwcześniej, żeby zmaksymalizować osiągnięty efekt. Jak wcześnie? No właśnie. Platon uważał, że na siłkę uczęszczać powinny już embriony. Nie upierał się przy koncepcji implantacji do wnętrza macicy orbiterków, ławeczek i wioślarzy. Wystarczy, żeby kobieta dużo spacerowała:

Ateńczyk: Największych więc wysiłków potrzebuje ciało wtedy, gdy się najbardziej rozwija i najwięcej przyswaja pokarmu.
Kleinias: Co mówisz, przyjacielu? Skoro dopiero co urodziły się dzieci i zupełnie są jeszcze malutkie, ponosić mają największe wysiłki?
Ateńczyk: Bynajmniej nie wtedy dopiero, ale jeszcze przedtem, gdy hodują się jeszcze w łonie matek.
Kleinias: Co znowu, kochany? Nienarodzone, powiadasz?
Ateńczyk: Tak jest. I nic dziwnego, że o gimnastyce takich maleńkich nie jest wam nic wiadome. Chciałbym tę rzecz, tak osobliwą, wam jednak wyjaśnić.
Kleinias: Doskonale.
Ateńczyk: Sprawa ta daje się może u nas łatwiej zrozumieć ze względu na to, że znajdują się u nas ludzie, którzy z większym niż to warto nakładem sił uprawiają pewną zabawę. Oto hodują u nas nie tylko chłopcy, ale często i starsi, pisklęta, aby urządzać sobie walki ptaków. Rozdrażniają je więc i podniecają, by się czubiły między sobą, nie uważają jednak bynajmniej, że te próbne utarczki wystarczały do wyrobienia ich sił i sprawności. Biorą je więc ze sobą na przechadzkę i trzymając małe w ręku, a większe piastując w ramionach, przemierzają wiele stadiów nie ze względu na własne zdrowie, ale dla zdrowia tych stworzeń. Fakt ten dowodzi, jeżeli się potrafi wyciągnąć z niego odpowiednie wnioski, że krzepiąco działają na każde stworzenie wszelkie wstrząsy i ruchy, czy wykonuje je samo, czy też, gdy znajduje się na przykład na huśtawce, na morzu, na grzbiecie końskim, jest przez cokolwiek wprawiane w ruch. Wtedy ciało radzi sobie dobrze z przyswajaniem pożywienia, jest zdrowe, piękne i silne.

Pogląd nie wydaje się nam dzisiaj rewolucyjny, ale był takim najwyraźniej za czasów Platona. Prawo nakazywało wtedy, jak to wynika ze słów autora Praw, żeby piastunki nie narażały młodych ludzi na chodzenie do wieku trzech lat. Biegającym na własnych nogach dwulatkom greckie straże miejskie przyczepiały mandaty i zakładały im blokady na nogi.

Pomysł Platona (Niech dzieci chodzą na własnych nogach!) był więc pomysłem rewolucyjnym. Co mogło pójść źle? Odpowiedź jest prosta: na drodze rewolucji stanęły kobiety:

Ateńczyk: Czy mamy dalej pod grozą kar ustanowionych przez prawo przymuszać piastunki, żeby na pole, do świątyń albo gdzieś do krewnych nosiły zawsze dzieci na rękach do czasu, gdy będą już mogły stać dobrze o własnych siłach, a i wtedy z obawy, żeby maleństwa nie skrzywiły sobie nóżek, opierając się na nich całym ciężarem, nakazywać im, żeby nie szczędziły trudu i nosiły je jeszcze, dopóki nie skończą trzech lat? Czy zarządzimy, żeby na piastunki wybierano kobiety możliwie silne i żeby ich było zawsze więcej niż jedna? Czy mamy wyznaczać kary na tych, którzy nie zechcą się stosować do tych zarządzeń w każdym poszczególnym wypadku? Dalecy jesteśmy od tego, bo nie ominęłoby was wtedy to, o czym mówiliśmy, lecz spadłoby na nas niepowstrzymaną lawiną.
Kleinias: Co mianowicie?
Ateńczyk: Wybuchy śmiechu i drwin, nie mówiąc już o tym, że kobiece i niewolnicze dusze odmówiłyby nam posłuchu.

Yin i Yang— brasilian way

Auć! To nie było zbyt sympatyczne. Kobiety mają dusze niewolnicze i nie potrafią, w przeciwieństwie do “panów i wolnych w państwie” słuchać rozumu. Co więcej głupota kobiet jest szkodliwa! Przykładem służyć może tutaj mit lateralizacji. Platon z bezwzględnością godną twórców serialu Ancient Aliens obala kontrrewolucyjny przesąd o asymetrii czynnościowej ludzkiego ciała. “Mańkut? — woła — “bab wiejskich duby smalone!”:

Uważa się, że inne jest z natury działanie prawej i lewej ręki przy wykonywaniu wszelkich czynności. Skoro jednak stopy i w ogóle dolne kończyny nie wykazują w użyciu żadnej różnicy, to naprawdę jest tak, że na skutek głupoty piastunek i matek jesteśmy wszyscy, jeżeli idzie o ręce, na pół kalekami. Naturalna bowiem sprawność tych członków jest z tej i z tamtej strony zasadniczo jednakowa i równa, przyzwyczaiwszy się zaś niewłaściwie się nimi posługiwać, sami spowodowaliśmy zachodzącą między nimi różnicę.

Nie ma osób prawo i leworęcznych. Są tylko kulturowo uwarunkowane asymetrie funkcjonalne. Tak jak penis męski (czy jest damski?) nie jest z natury bardziej przystosowany do penetracji dopochwowej niż do analnej, tak też prawa (albo lewa) ręka nie jest z natury bardziej przystosowana do pisania niż do przytrzymywania kartki, na której się pisze. A wszystko to — zdaniem Paltona — wina głupich kobiet!

Okazuje się na szczęście, że to nie ich wina. Ostatecznie winne jest patriarchalne społeczeństwo, które pozostawiając kobietom role tylko i wyłącznie służebne przyczynia się do ich degradacji kulturowej:

Niedobrze się stało, że ta część rodzaju ludzkiego, plemię niewieście, które z powodu swej słabości bardziej jest w ogóle skryte i chytre z natury, ponieważ trudno było je utrzymać w karbach, zostało poniechane przez prawodawcę i pozostawione samo sobie. Na skutek tego zaniedbania wiele rzeczy uszło waszej uwagi, które, gdyby były ujęte w prawa, ułożyłyby się daleko lepiej, niż się układają obecnie. Pomija się bowiem nie połowę tylko zadania, jakby się mogło wydawać, gdy się zaniedbuje uporządkowanie spraw dotyczących kobiet, ale w takiej mierze w jakiej natura niewieścia mniej niż męska nadaje się do uprawiania cnoty, pozostaje tu do zrobienia więcej niż drugie tyle. Gdybyśmy mogli to odrobić, naprawić błędy i odtąd wspólne już urządzenia ustanawiać dla mężczyzn i kobiet, przyczynilibyśmy się ogromnie do zwiększenia pomyślności państwa.

Nie zasromujcie się kobiety, które to czytacie. Platon najwyraźniej nie uważał, że kobiety z natury są mniej zdolne do cnoty.

Wszystko to wina wychowania. Gdyby nie przesądy edukacyjne kobiety mogłyby spełniać, równie dobrze jak mężczyźni, wszystkie tradycyjnie męskie role społeczne, z umiejętnością masowego mordowania wrogów ojczyzny na czele:

I mogę to zdanie wypowiedzieć bez żadnej obawy, że konna jazda i gimnastyka miałaby się nadawać dla mężczyzn, a nie nadawać dla kobiet. Wierzę bowiem opowieściom z dawnych czasów, które słyszałem, a i teraz także wiem, że w okolicach Pontu żyje niezliczone mnóstwo, można powiedzieć, kobiet, zwanych Sauromatydami, które mają nakazane ćwiczyć się na równi z mężczyznami nie tylko w konnej jeździe, ale także w strzelaniu z łuku i władaniu inną bronią, i że istotnie na równi z nimi uprawiają te umiejętności. I miałbym tu jeszcze taki argument: jeżeli ta rzecz jest możliwa, to jest największą głupotą, powiadam, to, co się dzieje w naszych krajach, że tych samych zajęć z całą energią i z tym samym zapałem nie uprawiają kobiety razem z mężczyznami. W ten sposób bowiem państwo do połowy nieomal zmniejsza i kurczy swe siły, choć może zwiększyć je w dwójnasób przy tych samych kosztach i trudach. I dziwne by było doprawdy, żeby prawodawca dopuścił się takiego błędu.

A więc kobieto! Przestań stać na drodze postępu! Przestań być kobietą, a zostań Sauromatydką — bezwzględną maszyną do wychowywania żołnierzy i zabijania wrogów. Dziecku musisz tylko urządzić siłkę w macicy i je urodzić. Potem wszystkim zajmie się państwo

[…] bo wszyscy są przecież o wiele bardziej dziećmi państwa niż dziećmi swoich rodziców.


Wszystkie cytaty pochodzą z Praw w tłumaczeniu Marii Maykowskiej. Sija!

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

8 powodów, dla których przynajmniej niektórzy powinni studiować filozofię

Powód pierwszy — filozofia to namysł bez kompromisów

Studia filozoficzne pomagają rozwinąć pewien specjalny i rzadki talent, który pozwala ujmować skomplikowane zagadnienia w sposób systematyczny i abstrakcyjny. Wymagają też specjalnego rodzaju wyobraźni, dzięki której można rzeczy konkretne wkładać w ramy abstrakcyjnych konstrukcji, z założeniem, że to owe abstrakcyjne ramy są czymś konkretnym i niewzruszonym, podczas gdy tzw. rzeczy konkretne są częściowo tylko dookreślonymi zlepami myśli, uczuć i pragnień. Jeśli zatem odczuwasz silną potrzebę dogłębnego zrozumienia tego, co się wokół ciebie dzieje a nie zadowalasz się mądrościami rodem z Discovery Channel, to powinieneś studiować filozofię!

Powód drugi — filozofia jest niebezpieczną przygodą

Studenci filozofii mają bardzo różne uzdolnienia. Jedni są utalentowanymi matematykami, inni piszą wiersze, a jeszcze inni są aktywistami stawiającymi sobie (nieco ironicznie) najwyższe cele, co do których nie są pewni, czy naprawdę są warte tych wysiłków. Wszyscy ci ludzie mają jednak ze sobą coś wspólnego. Nikt z nich nie zadowala się intelektualną bylejakością. Wszyscy oni wątpią w jeden jedyny niepowtarzalny filozoficzny sposób, który streścił Pascal:

“Cierpimy na niemoc dowodzenia niezwalczoną dla całego dogmatyzmu i mamy pojęcie prawdy niezwalczone dla całego sceptycyzmu”.

Jeśli zatem nie obawiasz się podejmowania wyzwań, z góry skazanych na częściową porażkę ale dających po drodze piękne widoki wypraw w nieznane — studiuj filozofię!

Powód trzeci — dobry filozof potrafi zapędzić w kozi róg każdego

Filozofia wymaga pewnego rodzaju wrażliwości intelektualnej, bez której pewnych rzeczy po prostu nie da się zrozumieć. Stąd często spotykana bezradność przedstawicieli innych nauk, nawet tak poważnych i nobliwych, jak matematyka czy fizyka, wobec zagadnień filozoficznych. Chcesz żeby fizyk i matematyk czuli się w twojej obecności jak dzieci we mgle — studiuj filozofię!

Powód czwarty — filozofia jest świetnym drugim kierunkiem studiów

Talent filozoficzny może oczywiście łączyć się z talentami do innych nauk. Taki Kant i taki Wittgenstein na przykład, byli wielkimi matematykami i filozofami. Nietzsche i Kierkegaard byli wielkimi pisarzami i filozofami. A tacy Platon i Kartezjusz, albo wspomniany wcześniej Pascal, byli wszyscy wielkimi filozofami, matematykami i pisarzami. Jeśli zatem studiujesz już jakiś inny kierunek i jesteś w tym dobry, zastanów się — może jesteś również filozofem. Jeśli tak, to powinieneś studiować filozofię jako drugi kierunek!

Powód piąty — filozofia to poważne pytania

Filozofia odpowiada na pewną potrzebę i ci, którzy tę potrzebę odczuwają powinni studiować właśnie filozofię. Istnieją bowiem takie pytania, na które odpowiedź może dać tylko namysł filozoficzny. Czy świat jest uporządkowany, a może jest tylko przepływem elementów? Co powinienem robić? Na co, patrząc trzeźwo na świat, mogę mieć nadzieję? Bóg jest, czy go nie ma? A jeżeli jest, to czy jest wszechmocny i wszechwiedzący, czy może jest tylko dzieckiem przesuwającym kamienie galaktyk, albo złośliwym starcem hazardzistą rzucającym naszymi kośćmi w przestrzeni logicznej? Czy powinienem być dobry, a może dobro jest złotem głupców i powinienem stać się naprawdę zły, jak Hannibal Lecter? Czy sprawiedliwość jest tym, co służy silniejszemu? A może sprawiedliwość to miłość przejawiająca się w życiu publicznym? To są pytania poważne, a studia filozoficzne są systematycznym wprowadzeniem w sposoby odpowiadania na te pytania wynalezione przez tych, którzy żyli przed nami. Jeżeli te pytania również dla ciebie są ważne, to powinieneś studiować filozofię!

Powód szósty — filozofia to wielka tradycja myślowa

Filozofia to wielka tradycja. Nagromadzone przez dwa i pół tysiąca lat zdobycze myślowe wymagają cierpliwości i pracowitości w ich zdobywaniu. Będziesz musiał przez długie lata zbierać wypisy kolekcjonować ślady jak śledczy Scotland Yardu, zanim pośród na pozór bezużytecznych bambetli intelektualnych objawi ci się to, co będziesz mógł nazwać “sensem”. Filozofia to robota dla cierpliwych. Jeżeli zatem lubisz gromadzić zapasy tymczasowo bezużytecznej erudycji, to powinieneś studiować filozofię!

Powód siódmy — filozofia to zabawa dla odważnych

Nie spodziewaj się, że po filozofii zostaniesz zadowolonym z siebie i zasobnym w mamonę królem życia. Jeżeli twoje ambicje ograniczają się do posiadania, to filozofia nie jest dla ciebie. Prawda nie jest towarem, na który istniałby jakiś szczególny popyt. Prawda często boli i to nie tylko tego, kogo dotyczy, ale również tego, kto zdecydował się ją przed tamtym odkryć. Filozofia może być przez niektórych odczuwana jak nóż wbity w plecy. Jeśli spodziewasz się po filozofii, że będzie pluszakiem, do którego możesz się przytulić w chwilach słabości, to daj sobie spokój z jej studiowaniem. Filozofia to nie jest robota dla ostrożnych i niezdecydowanych. Jeżeli jednak lubisz bawić się intelektualnymi zapałkami — studiuj filozofię!

Powód ósmy — studiowanie filozofii to wysunięty środkowy palec w stronę współczesności

Filozofia to działalność niedzisiejsza. Wymaga skupienia i cierpliwości czyli dwóch cech charakteru, na które się dzisiaj nie stawia. Jeżeli zatem masz po dziurki w nosie jazgoczącego szumu dezinformacyjnego i chciałbyś się na czymś na poważnie pozastanawiać — studiuj filozofię!

Jeszcze jedno…

I teraz trochę prywaty. Ja też chciałbym poprowadzić jeszcze trochę zajęć z dziwnymi znaczkami na tablicy będącymi albo zapisem słów ze starożytnej greki, albo robaczkami należącymi do jakiegoś egzotycznego rachunku logicznego. Też chciałbym usiąść przy stole seminaryjnym nad Heglem albo innym Erugeną. Krótko mówiąc, byłoby mi narękę, gdybyśmy mieli w Opolu ze trzydziestu studentów filozofii. A zatem…

Dlaczego studiować w Opolu, a nie gdzie indziej?

Filozofia to poważne studia. Może jedyne poważne. W Katedrze Filozofii Uniwersytetu Opolskiego staramy się, żeby te poważne studia były jak najmniej zakłócane przez okoliczności biurokratyczne. Spotkacie ciekawych ludzi, którzy kiedyś zaczęli sobie zadawać te same pytania co wy, a ponieważ zajęli się tym wcześniej, mogą wam udzielić pożytecznych wskazówek i informacji. Filozofowie z Opola zawsze tworzyli jedną filozofującą ekipę ze studentami. Razem zadajemy sobie ważne pytanie i razem na nie odpowiadamy. W Katedrze Filozofii Uniwersytetu Opolskiego możesz studiować, nie przestając myśleć i czuć samodzielnie.

Na ra!

5/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLIX – czyli krzywe szczęście

Szczęście nie jedno ma imię

Różne szkoły filozoficzne w różnoraki sposób podchodziły do zagadnienia szczęścia. Upatrywały go w czym innym i dawały różnorakie wskazówki w dążeniu do niego. Demokryt żywił przekonanie, że źródłem szczęścia jest harmonia duszy, z której wypływa spokój wewnętrzny. Platon uważał, że szczęście przyjdzie wraz z poznaniem idei, szczególnie piękna i dobra. Powiązał z tym pojęcie eudajmonii, a więc posiadanie dóbr najwyższych. Na człowieka, zdaniem Platona – czeka pewien cel, który należy odkryć i wypełnić, a jeśli wykona się to dobrze, zyska się nagrodę.

Arystoteles zalecał rozwijanie i pielęgnowanie cnót. Racjonalna natura ludzka wyznacza człowiekowi pewne funkcje, a jeśli podąża on drogą złotego środka, osiągnie szczęście. Epikur przekonywał, iż szczęście jest tożsame z przyjemnością, a więc dobrem – w przeciwieństwie do cierpienia, które jest złem. Zastrzegał jednak, iż należy mądrze wybierać przyjemności i panować nad namiętnościami, kierując się powściągliwością, równowagą i życiem w zgodzie z naturą. Stoicy – przy całym wycofaniu z życia – nawiązywali do poprzedników i również zachęcali do rozwijania cnót, zwłaszcza uniezależniających od okoliczności zewnętrznych, do okiełznania namiętności (apatia), życia zgodnego z rozumem i naturą, do ograniczenia potrzeb i osiągnięcia wewnętrznej wolności – która da szczęście.

W średniowieczu – ze względu na to, iż wszystko, co ziemskie było marnością – szczęście upatrywano w Bogu. Według św. Augustyna każdy powinien dążyć do szczęścia wiecznego, gdyż dobra doczesne są nietrwałe i należy zwrócić się ku dobru najwyższemu, które jako jedyne niesie prawdziwe szczęście. W oświeceniu nastąpił przewrót, porzucono starożytną eudajmonię, szczęśliwość wieczną uznano za odległą i problematyczną. Hume naprowadził ludzi na myśl, że nie istnieje dobro obiektywne, ku któremu powinni zmierzać, lecz że każdy może sam ustalić, co jest pożądanym dobrem. Odtąd górę brały osobiste preferencje i mianem szczęścia można było określać to, co kogoś (przynajmniej w jego wyobrażeniu) miało uszczęśliwić. Na początek sięgnięto po to, co było pod ręką – czyli ziemskie przyjemności.

Rzecz jasna nie we wszystkich warstwach społecznych i krajach. Dajmy na to Kant jakoś wcale nie przeceniał szczęścia, szczególnie, jako życiowego celu, wywyższając możliwie najbardziej beznamiętne spełnianie swoich obowiązków. Inny Niemiec, Nietzsche też miał spory dystans do szczęścia, przede wszystkim nie wierząc w jego trwałość i traktując jako idealny stan lenistwa, gdy nie doświadcza się zmartwień i smutku. W zamian proponował szukanie zadowolenia z siły życiowej oraz walecznego animuszu, co pozwala pokonywać przeszkody i przeciwności losu.

Sam wątpię, iżby siłą dało się zyskać przychylność losu. Istnieje jednak przekonanie, że każdy jest kowalem swego losu. Jakkolwiek byśmy szczęścia nie definiowali, to jedno wydaje się cechą wspólną wszystkich koncepcji filozoficznych: są zgodne, że ludzie nieprzerwanie przejawiają dążenie do szczęścia, wykazują jego trudną do zaspokojenia potrzebę i starają się unikać jego przeciwieństwa. Krótko mówiąc pragną pomyślnego życia. Wszelako często okazuje się, iż zdobywszy to, co przedstawiało się początkowo jako szczęście, wciąż odczuwany jest niedosyt. I szczęście jawi się, jako wiecznie uciekająca linia horyzontu. A może, skoro przez wieki nie udało się jednoznacznie zdefiniować szczęścia, bo definicje się mnożą i różnią, a do tego pełnia szczęścia wydaje się niemożliwa do osiągnięcia – to wypada stwierdzić, że nie tylko nie ma jednego szczęścia – ale i żadnego.

Szczęście nie wygląda prosto

Przyjmijmy roboczo, iż każdy wyobraża sobie szczęście pod inną postacią. Pewnie w zależności od stopnia trudności w jego osiągnięciu, inaczej przedstawiają się sukcesy na tym polu. Na przestrzeni życia mogą się zmieniać źródła szczęśliwości i cele dalszych dążeń. Być może ocena, czy życie jest szczęśliwe, możliwa jest dopiero po dokonaniu bilansu całości. Wówczas przewaga dobra utwierdzałaby w przekonaniu o tym, że życie było udane, a może nawet szczęśliwe.

A jak ludziom się wiedzie w osiąganiu szczęścia? Czy zawsze czują się jednakowo daleko, tudzież równie blisko celu? Okazuje się, że nie. Potwierdziły to badania profesora Andrew Oswalda z University of Warwick. Przeprowadził je na grupie kilkuset tysięcy osób z 72 krajów. Chodziło o to, by każdy badany ocenił poziom zadowolenia z życia, czyli na ile szczęśliwy się czuje. Najwyższe noty dotyczyły okresu dzieciństwa i wczesnej młodości – a także starszego wieku, w okolicach 60-70 lat. Najmniej szczęścia odczuwają dorośli w średnim wieku. Kiedy wyrysowano krzywą szczęścia przypominała literę U. Początek i schyłek życia to najszczęśliwsze lata; tylko dołek w przedziale 37 do 50 lat trzeba jakoś przetrwać.

Krzywa szczęścia pokrywa się z wyjaśnieniami m.in. jakie bywają powody takiego, a nie innego postrzegania swego szczęścia w określonym wieku. Dzieciństwo to trochę nieuświadomione szczęście, beztroski czas, kiedy można się wyszumieć, odkrywa się świat i to, co oferuje. Nastolatkom i studentom udaje się już więcej z tej oferty zakosztować, ale też zetknąć się z problemami świata dorosłych. Zaczyna się myślenie o karierze i rodzinie, a potem wchodzi się w rolę pracownika, małżonka, rodzica… I choć wcześniej wydawało się, iż mając pracę, dom, samochód, kochającą rodzinę, przyjaciół, hobby wreszcie zdobędzie się wszystko, co gwarantuje szczęście – to rzeczywistość pokazuje, iż wtedy też pojawia się najwięcej stresu. Człowiek żyje w pędzie, praca wypala, własna rodzina działa na nerwy, rachunki i kredyt ciążą, wakacje nie dają pełnego odprężenia, niektóre marzenia i plany nie znalazły urzeczywistnienia. A do tego równocześnie rodzi się lęk o to, co udało się osiągnąć, bo mimo wszystko ma się najwięcej do stracenia.

Dopiero po pięćdziesiątce ludzie znowu zaczynają odczuwać większą radość z życia; odczucie to wzrasta aż do siedemdziesiątki, kiedy to widać jak dalece 70-latek jest szczęśliwszy od 40-latka. Ma znacznie więcej przestrzeni na zadowolenie i pozytywne nastawienie, a rzadziej poddaje się obawom. Zaczyna akceptować rzeczywistość i stracone szanse. Ma mniej zobowiązań, nie jest tak zabiegany, sam wybiera z kim spędzać czas, nie musząc znosić szefa, czy nieprzyjaznych współpracowników. Pojawia się pogoda ducha. I można zaśpiewać za Wiesławem Michnikowskim: Wesołe jest życie staruszka…

Oczywiście ta krzywa szczęścia jest, że tak powiem, statystyczna – zatem nie pokrywa się z każdym indywidualnym przypadkiem. Krzywe jest więc i samo szczęście, zważywszy, jak trudno je zdefiniować, jak trudno go doświadczyć i jak trudno mieć pewność, czy to co nazwiemy jego mianem, faktycznie nim będzie. Możliwe jest bowiem odkrycie, iż to wciąż jedynie namiastka. Wtedy trzeba krzywą szczęścia w kształcie litery U zastąpić podkową i powiesić nad drzwiami końcami w górę, by szczęście z niej nie wypadło.

Szczęście zatem nie jest proste. A co by było, gdyby uznać, że pogoń za szczęściem w ogóle nie jest nam potrzebna. Że osiągnięcie tak wyjątkowego stanu wcale nie jest naszym celem w życiu, nie nadaje mu sensu, ani wartości i z pewnością nie jest konieczne? Przecież wielu ludzi spędziło całe życie nie zaznawszy szczęścia. Kto wie, czy nie lepiej skierować tą energię i oczekiwania na inne tory. Chyba, że – ha! będę przekorny – rację mieli stoicy. O ile dobrze pamiętam, to oni podkreślali, jak ważne jest sumienne wykonywanie swoich obowiązków i sugerowali, że to daje poczucie spełnienia i szczęścia. Jeśli obowiązek równoważy na szali szczęście, to może szczęście jest dla nas obowiązkiem.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 2 czerwca o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: krzywe szczęście. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i podnieść słoniowi trąbę.

3.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Drugi moralitet cyniczny na Wielki Piątek, czyli dlaczego skur**synom się wiedzie, a sprawiedliwi źle kończą?

Glaukon, starszy brat Platona, w drugiej księdze Państwa przeprowadził pod okiem Sokratesa eksperyment myślowy, który wyglądał mniej więcej tak:

Wyobraźcie sobie dwóch ludzi. Jeden z nich to szczwany skurwysyn, który nie tylko potrafi być skurwysynem, ale też potrafi swoje skurwysyństwo ukrywać i to tak dobrze, że wszyscy wkoło uważają go za porządnego człowieka i w ten sposób osiąga on szczyty skurwysyństwa, bo „[…] szczyt niesprawiedliwości to: uchodzić za sprawiedliwego nie będąc nim” [Platon, Państwo 361a]. Wszyscy go lubią, bo da się z nim pogadać. W rozmowach każdemu schlebia, na urzędzie każdemu coś załatwi. No swojski chłop.Drugi to dobry człowiek, który, jak na dobrego człowieka przystało, nie dba o to, co ludzie o nim myślą i stara się całe życie postępować sprawiedliwie, a w związku z tym, zaczyna wszystkich wkurwiać, bo jeden chciałby przetarg na drogę gminną załatwić, inny córkę do gminy na sekretarkę wstawić, trzeci chciałby odliczyć od podatku lipne faktury, a ten wyskakuje zawsze z frajerskimi tekstami w rodzaju: „Ale czy to zgodne z prawem?” albo „Kurczę, nie wiem, czy to będzie w porządku wobec innych”, albo „Muszę się zastanowić”. To ostatnie to już szczyt frajerstwa, tego się nie wybacza.

Który z nich na tym lepiej wyjdzie? Odpowiedź na to pytanie pcha się wszystkimi drzwiami i oknami, ale głównie przez telewizor. Oczywiście, że szczwany skurwiel będzie miał lepiej!

[…] niesprawiedliwy […] tak postępuje, jak dzielni zawodowcy. Na przykład sternik najlepszy albo lekarz tak samo zawsze rozróżnia to, co nie jest możliwe w jego sztuce, i to, co jest możliwe. I do jednego rękę przykłada, a drugiego nie tyka. A jeszcze, gdyby mu się tam gdzieś noga przypadkiem powinęła, on potrafi to naprawić [Platon, Państwo 360e-361a]

Mówimy zatem nie o jakiejś amatorskiej gnidowatości: prawdziwy skurwiel, to skurwiel profesjonalista. Skąd się tacy biorą? Pewnie kwestia talentu wrodzonego, który można rozwinąć pod czujnym okiem gnidowatych rodziców i w parszywym moralnie środowisku wychowawczym. Słuchaj ludzi. Staraj się zgadywać ich marzenia. Udawaj, że chcesz je spełnić. Graj na emocjach i ambicjach. Nie daj się wyprowadzić z równowagi. Ludzie to zapatrzone w siebie głąby i można ich łatwo rozgrywać. Trzymaj się tych nauk, a będziesz długo żył i będzie ci się powodziło.

I co z nimi będzie?

[…] będą mówili o niesprawiedliwym, że prawda jest po stronie jego roboty, i on nie żyje dla opinii, on nie chce się wydawać niesprawiedliwym, tylko chce nim być. W przepastnych głębiach duszy piękny ogród ma. Rozumne plany tam kiełkują cały rok. Więc naprzód, żeby władzę objąć w państwie, budując na opinii swej nieskazitelności, a potem żonę wziąć, skąd by mu się podobało, i córki wydawać, za kogo by chciał, i wiązać się, i żyć z kim by chciał, a oprócz tego wszystkiego zarabiać grubo, nie martwiąc się tym, że zysk nieuczciwy. Taki pojedzie na igrzyska i zwycięży, i jako człowiek prywatny, i jako przedstawiciel państwa, i będzie miał więcej niż jego przeciwnicy, a jak będzie miał więcej, to zrobi majątek i przyjaciołom będzie świadczył dobrodziejstwa, a nieprzyjaciołom szkodził, a bogom ofiary i wota będzie składał jak się należy z wielką pompą i będzie bogom służył znacznie lepiej niż człowiek sprawiedliwy, i będzie dbał o tych ludzi, o których zechce; więc jakoś tak to raczej wygląda, że i bogom milszy powinien być niż człowiek sprawiedliwy [Platon, Państwo 262a-c].

Może się zastanawiacie, o jakich to bogach mówi Glaukon. O, to bardzo proste. Mają oni wiele imion, ale najważniejsze z nich to Opinia Publiczna, Piniążki, Władza, Większość Parlamentarna, Followersi, Układy i układziki, Fejm itd. Imion wiele — gówno jedno. Kto im się kłania — będzie uważany za dobrego, choćby własną matkę pobił. No i co takiemu zrobisz? Bogowie po jego stronie.

No a dobry człowiek? On nie ma szans. Otwarty, szczery, nawet w największej mendzie gotowy dostrzec bliźniego swego i dać mu się wydymać. Taki sobie nie poradzi ani na urzędzie, ani w biznesie. Hajs utopi w dobroczynności, a energię zmarnuje na pomaganie niedojdom. Każdemu wybaczy, nadstawi drugi policzek, wszystkiemu ufa, we wszystkim pokłada nadzieje…

Co się z nim stanie? Platon się nie certoli:

[…] sprawiedliwy w takim położeniu będzie biczowany, torturowany, więziony, i oczy mu wypalą, a w końcu wszelkie zło wycierpiawszy, na pal zostanie wbity i pozna, że nie trzeba chcieć być sprawiedliwym, ale chcieć takim wydawać się [Platon, Państwo 261e-262a].

Tak kończą dobrzy. Niech cię zatem nie kusi dobroć. Nie bądź pochopnie porządny. Jeżeli masz choćby jedną wadę charakteru, to postaraj się ją jakoś rozwinąć i wykorzystać. Jesteś małym kłamczuchem? Nie zakopuj tego talentu w ziemi! Rozwiń go na kursach NLP i studiach z Marketingu. Ciągnie cię do pieniędzy? Nie marnuj tego daru piekieł. Zacznij robić biznesy. Mało płać pracownikom, udawaj, że faktury nie dotarły do firmy, zmieniaj działalności, ogłaszaj upadłości. Czytaj Carnegiego i Briana Tracy. To jest droga dla ciebie. To jest droga dla każdego z was! Każdy ma wady, które może ciężką pracą rozwinąć. Wszyscy jesteśmy zjebani! Trzeba tylko dostrzec w sobie ten potencjał!

Nie bądźcie dobrzy! Dobro jest głupie! Szukajcie sukcesu, a nie męczeństwa!

Już was widzę w tych waszych odpicowanych BeeMWicach i Mesiach! Cóż za wspaniała wizja: Cały świat jednym wielkim skurwysyńskim Success Story! A chuj tam z dobrymi. Co człowieka sukcesu mogą obchodzić frajerzy, którzy nie potrafili zadbać o swoje. Kto chce nadstawiać drugi policzek, niech uważa, bo cios może być z półobrotu. Kto szuka sprawiedliwości, niech pamięta: każdy może ją mieć po swojej stronie, ale trzeba do tego pieniędzy. Kto chce mówić prawdę, niech pamięta, że ludzie nie lubią prawdy, a do kłamstwa zlatują się jak muchy do gówna. Kto chce kochać, niech pamięta, że ludzie mają serca twardsze niż kamienie, a ich próżność jest lżejsza nić pył. Machiavelli miał rację:

Można […] o ludziach w ogóle powiedzieć, że są niewdzięczni, zmienni, kłamliwi, unikający niebezpieczeństw i chciwi zysku; gdy im czynisz dobrze, wszyscy są ci oddani, ofiarują ci swą krew i mienie, życie i dzieci, kiedy potrzeba jest daleko — jak to już powyżej powiedziałem — lecz odwracają się, gdy się w potrzebie znajdziesz [Niccolo Machiavelli, Ksiażę XVII]

Dobry na końcu zostaje sam. Wszyscy inni o nim zwątpią.
Nawet on sam zwątpi o sobie.
Pamiętajcie o nim.

Ciao!

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLVII – czyli złudne piękno ptasich trelów

To dla mnie wciąż zadziwiające, z jaką lekkością wielu ludzi nadinterpretuje świat zwierząt i przykłada jego przejawy aktywności do swojej miary. Antropomorfizujemy przyrodę i to nie tylko w bajkach, przysłowiach, lub fraszkach. Weźmy dla przykładu ptasie chóry, których wiosną tyle koncertuje. Wysokie tony, gwizdy, świergoty i przeciągłe kwilenie kojarzymy z głosikami dzieci, delikatnością dziewczęcych chichotów, piskiem rozbawionych maluchów, czymś śpiewnym, melodyjnym i jakoś tak niegroźnym, niewinnym. Tymczasem, gdyby przetłumaczyć ptasie trele na ludzki język, okazałoby się, że wykrzykują mniej więcej takie słowa:

Pójdź, pójdź mała! Patrz, podziwiaj! Piórrrka innych są okropne.
Ze mną będziesz wyżej fruwać. Stwórzmy gniazdko, ćwierkam szczerze.
Spadaj, sąsiad! To mój teren! Precz, precz! Zwiewaj, bo cię dziobnę!
Bój się, bój się. Czuj, czuj, czuwaj! Kot, kot! Fruńmy, bo nas zeżre.

Krótko mówiąc, ptaki głosem (choć nie tylko nim) określają granice i bronią swego terytorium, wszczynają alarm przy zagrożeniu oraz przywołują partnerki. Czyli ludzi zachwycają groźby, zaczepki, przechwałki, histeryczne wrzaski i nachalne podrywy. Że też człek nie rozmiłował się w tym, jak psy ujadają broniąc swego podwórka, albo jak koty marcują, jazgocząc w rywalizacji o teren i samiczki. Ba! nawet nie wszystkie ptaki fascynują ludzi, gdy wyrażają dokładnie to samo, ale wykluły się gęsią, kurą, sroką, czy też sójką, mewą albo przykładowo kormoranem. Gdyby stworzyć nagranie ze „śpiewem” powyższych opierzonych nie byłaby to relaksacyjna ścieżka dźwiękowa.

Czyj dobrostan najważniejszy

Odkąd pojawiło się życie na naszej planecie, jego nosiciele toczą walkę o przetrwanie. W pierwszej kolejności chodziło o poradzenie sobie z przeciwnościami, jakie fundowała im przyroda nieożywiona. Potem dochodziły zagrożenia ze strony drapieżników. Każdy gatunek walczy o swój byt. Również człowiek, który mimo iż wyewoluował w najbardziej niezwykły sposób, nadal jest reprezentantem ogromnej rodziny żywych stworzeń. Lubimy myśleć, że się z niej wywodzimy i sugerować w ten sposób, iż to jedynie nasza ewolucyjna przeszłość. Tymczasem nadal doń przynależymy, jesteśmy jej częścią, współtworzymy ją. To każe postawić sobie pewne pytanie. Czy z tytułu większej świadomości swego wspólnego losu, z racji szczególnych możliwości intelektualnych i technicznych jesteśmy bardziej odpowiedzialni za przetrwanie nie tylko własnego gatunku? Czy jesteśmy zobowiązani dbać o inne formy życia?

A jeśli odpowiemy twierdząco, to jak mamy osiągnąć na tym polu jakiś sensowny skutek, skoro nie rozumiemy przyrody. Za sprawą wyobraźni dopowiadamy sobie własną narrację do tego, co obserwujemy w świecie zwierząt i roślin. Wymyślamy pewne scenariusze, przypisujemy role i nadajemy własne, ludzkie sensy. Dlatego ptaki nadal wyłącznie śpiewają, a te obdarzone brzydszym głosem – hałasują. Nieliczni potrafią spojrzeć z innej perspektywy, a przynajmniej próbują odrzucić stereotypy i zamierzchłe racjonalizacje. Wszak dopiero od niedawna śmielej przyznajemy, iż zwierzęta to nie rzeczy i mają swoje prawa.

Z drugiej strony, prawa owe sami ustalamy, zgodnie z własnym wyobrażeniem i uznaniem. Jak to więc jest: czy przyrodzie przysługują pewne prawa z tytułu na przykład jej wartości, złożoności życia pod względem odczuwania bodźców, wyrażania emocji, lub zdolności do różnego stopnia uspołecznienia? Czy też jedynie takie prawa, jakie człowiek jej łaskawie przyzna? Przecież wiele programów ochrony środowiska ma na celu nie tylko prawa zwierząt do egzystencji w dobrostanie, lecz przede wszystkim dobro człowieka w perspektywie przyszłych pokoleń. Zatem chronimy przyrodę, jako pewne zasoby, które chcemy zachować dla potomków.

Duszność i bezduszność

Co prawda zgadzamy się z tym, że Arystoteles, wtórujący mu Tomasz z Akwinu, czy choćby Kartezjusz błądzili, odmawiając zwierzętom posiadania duszy i możliwości odczuwania. A jednak w dusznych pomieszczeniach wciąż hoduje się zwierzęta w bezdusznie przemysłowy sposób. Przy tym wykorzystuje do eksperymentów i traktuje bez szacunku. Nierzadko współczesnym ludziom zbytnią trudność sprawia pójście przynajmniej za myślą Kanta, który – choć nie przeceniał wartości zwierząt – zalecał wyzbycie się okrucieństwa, bo każda jego forma degraduje moralnie człowieka.

Niby pojawiały się głosy zawierające więcej troski. Chociażby takich wegetarian, jak Pitagoras, który uważał, że zwierzęta mają nieśmiertelną duszę oraz Teofrast, twierdzący, że rozumują i odczuwają podobnie, jak ludzie. Również Platon, czy św. Franciszek nie traktowali zwierząt, jako przedmioty. Jednak po upływie setek lat od ich słów, wciąż daleko nam do uznania zwierząt za osoby. Najwyraźniej samo przyjęcie faktu, że istoty te potrafią cierpieć, to za mało. Przecież wiemy, iż ludzie mogą cierpieć, a nie powstrzymuje nas to od zadawania im cierpienia. Zapewne dlatego ani Jeremy Bentham, czy późniejszy Arthur Schopenhauer, ani nam współczesny Peter Singer oraz Tom Regan nie przebili się do powszechnej świadomości ludzi. Aczkolwiek w kwestii praw zwierząt zdziałali naprawdę całkiem sporo.

Rzecz w tym, iż nie wystarczy dotrzeć z przesłaniem do wszystkich ludzi – co może nawet jest już bliskie urzeczywistnieniu – tylko spowodować zmianę postaw i stosunku do naszych braci mniejszych. Z tego powodu ptasia brać wciąż tylko śpiewa, bo człowiek nie rozpoznaje w tym niczego więcej, nie rozumie głosu przyrody. Dawno temu przestał się weń wsłuchiwać a tym bardziej przejmować i trudno to zmienić. Stąd narzucamy sobie prawne ograniczenia w wykorzystywaniu zwierząt i eksploatacji środowiska, sami sobie wyznaczamy coraz surowsze kary za ich złe traktowanie… Tylko ile jest w tym rzeczywistego dobra, skoro de facto wymuszamy na sobie łagodność, dbałość, troskę, współczucie i etyczne postępowanie. Czy człowiek staje się dobry, gdy ze strachu przed karą nie czyni zła?

Sądzę, że należy to przedyskutować – przy kawce => Głos kawki zwyczajnej (Corvus monedula) – YouTube. Zapraszam 7 kwietnia o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: czemu ptaki nie śpiewają. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i poćwierkać filozoficznie.

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLVI – czyli dawajcie, a będzie wam dane

Wydaje się, że wymiana coś za coś, jest czymś oczywistym i wręcz naturalnym. Otrzymać coś, dając coś w zamian wydaje się uczciwe, a co za tym idzie oczekiwane, pożądane, nawet konieczne. Czy będzie to handel wymienny, czy kupienie czegoś za pieniądze, czy odwdzięczenie się przysługą za przysługę – mechanizm jest podobny. A jednak są sytuacje, które budzą naszą dezaprobatę, jak wymiana dziewczęcia za kilka wielbłądów, opłacenie mordercy, zrewanżowanie się pomocą w kradzieży. Wiele zależy po prostu od kontekstu. A także od uznawanego kodeksu etycznego. Jezus nauczał: Dawajcie a będzie wam dane. Miał, rzecz jasna, na myśli wyświadczanie dobra. Obiecywał za to otrzymanie nagrody i to odmierzonej solidną miarą. Czy nie jest w tym ukryta pewna zachęta do interesowności – przecież nie mówił po prostu: Dawajcie.

Daj, byś otrzymał

Podobnie jest przykładowo z korupcją (łacińskie: corruptio to zepsucie i demoralizacja). Platon w „Prawach” stwierdził, że należy potępiać tych, którzy przyjmują łapówkę. O zjawisku tym pisał Arystoteles jak też Machiavelli, Monteskiusz i inni. Jak widać, odwieczny to problem. Ogólnie chodzi o to, że strony zaangażowane w korupcję zawiązują ze sobą porozumienie na zasadzie „do, ut des” (daję, abyś dał). Innymi słowy zawsze idzie o pewne korzyści, ale – uwaga! – osiągane przy nadużyciu, lub złamaniu prawa. Nie jest to więc wyłącznie kwestia moralna.

Alegoria korupcji

Platon w “Państwie” przytacza dialog, w którym Sokrates wyjaśnia Adejmantowi, jak należy młodych ludzi wychowywać i kształtować, aby byli dobrymi obywatelami. Z dialogu filozof wysnuwa wiele przestróg i osądów moralnych; pośród tego bogactwa jest i fragment, gdzie Sokrates radzi: Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLII – czyli dziecko dziecku dorosłym

Pierwszy poniedziałek miesiąca mieliśmy w zwyczaju spędzać na rozmowach w formule filozoficznej kawiarenki. Co prawda obostrzenia epidemiczne zelżały, ale mimo to nie spotkamy się jeszcze twarzą w twarz. Aby jednak mózgi nie rdzewiały, postanowiłem je trochę naoliwić. Nie insynuuję bynajmniej, że komuś brak oleju w głowie, a jedynie wykazuję nieco zuchwałą zapobiegliwość. I polecam domową filiżankę kawy, jako dodatek do niniejszej lektury.

Tak się złożyło, iż czeka nas Dzień Dziecka; pokusiłem się zatem napisać coś a propos. Tylko cóż ja mogę powiedzieć o dzieciach. Zwłaszcza, że nie mam własnych (aczkolwiek z innego powodu, niż np. Tales, który spytany, dlaczego się nie postarał o potomstwo, odparł że: Z miłości do dzieci). Z braku refleksji po własnych doświadczeniach, postanowiłem posiłkować się mądrością zapisaną przez poprzednie pokolenia. Pominę jednak zdobycze myśli pedagogicznej i historię wychowania, a zaprezentuję wyrwane z kontekstu cytaty – te znane ale i te znane dużo mniej. Wszystko po to, aby pokazać, jak wyglądało podejście do dzieci i wychowania w różnych epokach i na różnych kontynentach.

 

Kiełkowanie, ząbkowanie

Mamy takie polskie przysłowie: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. I prawda owa niezmiennie znajduje swoje potwierdzenie. Ciekawe, czy jej autor wpadł na nią samodzielnie, czy może sparafrazował starożytną myśl asyryjską z VIII wieku przed Chrystusem: Jeśli kiełek nie jest zdrowy, nie będzie łodygi ani nasienia. Zakładam, iż stać było naszego słowiańskiego przodka na samodzielność – choć założenie swoje opieram nie tyle na wierze w zdolność obserwacji i twórczego jej opisu, ile na powątpiewaniu w dostęp do mądrości starożytnej Asyrii.

Tak, czy inaczej, Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał – z tym, że za uczenie się Jasia odpowiadają też dorośli. Afrykański lud posługujący się językiem Twi mawia: Dziecko przykuca obok starszych. Przykuca, obserwuje i naśladuje. Jak zauważył Johann Wolfgang von Goethe: Mielibyśmy doskonale wychowane dzieci, gdyby ich rodzice byli dobrze wychowani. I jest sporo racji w opinii, że nie tyle przez dorosłych są wychowywani, ile na przykładzie dorosłych wychowują się dzieci. Jakie matki, takie dziatki. Obrazowo nakreślił to Peter Ustinov stwierdzając, że: Rodzice są kośćmi, na których dzieci ostrzą sobie zęby. A może jednak miał coś innego na myśli. Czytaj dalej

4.4/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XL – czyli jak Platon został kobietą

Zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, toteż spotkanie Pogadalni odbędzie się w formule kawiarenki filozoficznej. Jako że kalendarz sytuuje w pobliżu Dzień Kobiet, postanowiłem na swój sposób refleksyjnie to uwzględnić.

***

Wszystkich – bez wyjątku – którzy zetknęli się z dziełami Platona, wielce raduje to, że powstały i zachowały się do naszych czasów. Jednych dlatego, że podziwiają, bądź podzielają ów tok myślenia – innych dlatego, że mają twarde dowody przeciwko autorowi. A przynależy on do tych szczęśliwców (lub pechowców – w zależności kto ocenia), których dorobek zachował się właściwie w komplecie. Ba, zostało po nim nawet więcej tekstów, niż sam napisał. Pomyślmy jednak, co by było, gdyby całą spuściznę po tym filozofie stanowiło tylko jedno zdanie. Coś jak: Carpe diem Horacego – albo Heraklitowe: Panta rhei. Gdyby ostał się wyłącznie jeden wers i może trochę ogólnych relacji o Platonie w zapiskach innych postaci historycznych, które znały tego myśliciela i słyszały o jego wydumanych ideach.

Trafiłem na jedno takie zdanie, że gdyby to właśnie ono było wszystkim, co przetrwało po Platonie, malowałby się dość ciekawy obraz jego filozofii. Z wypowiedzi tej, jakkolwiek krótkiej można wyciągnąć szereg zaskakujących wniosków. I żeby było ciekawiej, od nich zacznę, nie zdradzając cytatu, jaki mnie ku nim sprowokował.

Mam powody przypuszczać, iż Platon uważał, że zło i ludzkie słabości są w pewnym stopniu koniecznością. Warunkiem wręcz, jeżeli ludzki ród ma uniknąć wyginięcia. A skoro to zapewnia nam przetrwanie, to w jakimś sensie jest dla nas dobre. Dochodzimy zatem do paradoksu: oto zło, które w nas tkwi i czasem dochodzi do głosu, to samo, które powoduje upadek człowieka, jednocześnie pozwala ludzkości wciąż istnieć. Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVI – czyli złudna prolongacja młodości

            Akademickie wakacje pokrywa cień przeszłości, a to niechybny znak, iż powracają spotkania Pogadalni. Najbliższe wypadnie w pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem przyjmie formułę filozoficznej kawiarenki. Proponuję pogadać o walce ze skutkami upływu czasu.

            Nie będzie chyba zbyt ryzykownym oszacowanie, iż wizja dostąpienia wieczności lub przynajmniej długowieczności pociąga większość ludzi. Rozsądniejsza część z nich dostrzega również wagę tego, by nie tylko żyć jak najdłużej, lecz aby odpowiednia była jakość życia. Z filozoficznego punktu widzenia (choć z moralnego, etycznego, religijnego, społecznego, psychologicznego także) życie zyskuje na jakości, gdy zbliżamy się do dobra. Idąc tym tropem, sam Platon ze zrozumieniem traktował pożądanie nieśmiertelności, wnioskując, iż: […] musi człowiek i nieśmiertelności pragnąć, jeżeli przedmiotem miłości jest wieczne posiadanie dobra.

            Warto w tym miejscu poczynić drobne rozróżnienia. Czym innym jest bycie wiecznym (tą zdolność posiada Absolut i anioły oraz ponoć ludzka dusza), czym innym jest nieśmiertelność (której doświadczył szkocki góral Connor MacLeod i niektóre wampiry, zresztą pod pewnymi warunkami), a czym innym jest długowieczność (osiągana np. przez żółwie) związana z wolniejszym starzeniem się ciała. Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2