Archiwa tagu: Arystoteles

Coffeelosophy LXVII – czyli taki sobie powolny

Przypadkiem, kilka dni temu natknąłem się na informację, że właśnie obchodzony jest Dzień Powolności. To nietypowe święto narodziło się w 2007 roku we Włoszech. Jak wiadomo, Włosi czują się spadkobiercami Imperium Rzymskiego, a ich język wykazuje najwięcej podobieństw do łaciny. Przypuszczam więc, że bliska im jest sentencja, przypisywana cesarzowi Augustowi: „festina lente” – czyli spiesz się powoli. Aczkolwiek jest to ponoć kalka językowa z greki (σπεῦδε βραδέως – spevde bradeos). My posiadamy własny i swojsko brzmiący odpowiednik: co nagle, to po diable. Chociaż czy można mieć pewność, że to faktycznie takie nasze? Wszak już Mahomet powiedział, iż „Pośpiech jest wynalazkiem Szatana”.

Powolny dzień z życia w pędzie

Tak czy inaczej, za powstaniem tego święta stała myśl, aby w pędzącym świecie, przynajmniej jednego dnia trochę zwolnić. Na tyle, by dostrzec, jak wiele zdarza się nam przeoczyć ważnych rzeczy, gdy się ciągle – a do tego nerwowo – spieszymy. Podobną myśl wyraził lekarz i pisarz Sosuke Natsukawa: „Ludzie mają to do siebie, że kiedy bardzo się spieszą, zawsze coś tracą z oczu”. Szybkie tempo życia wymusza krótkie i spłycane relacje, byle jakie lub pomijane posiłki, niedokładne analizy i błędne decyzje, zaniedbaną higienę snu i odraczane wizyty lekarskie. Generalnie, kombinacja: pośpiech i stres, pomijając zły wpływ na efektywność, jest po prostu szkodliwa dla zdrowia.

Pomysłodawcą Dnia Powolności był Bruno Contigiani, menedżer i pracoholik, który stwierdził „Poświęćmy ten jeden dzień na zatrzymanie się i przemyślenie wszystkich rzeczy, które tracimy, pędząc przez życie”. Zaczęło się od tego, iż z grupą znajomych na jednym z placów Mediolanu zwracali uwagę przechodniom, że za szybko idą. Powołano nawet stowarzyszenie Sztuka Powolnego Życia, krzewiące ideę, że unikanie stresu i pośpiechu poprawia jakość życia. Logiem organizacji ponoć był sympatyczny ślimak.

Włoska prasa chętnie przypomina o tym święcie; na przykład La Gazzetta del Mezzogiorno tak streściła jego przesłanie: „Filozofia Contigianiego […] ma na celu budowanie społeczeństwa opartego na swobodnym stylu życia. Jego stowarzyszenie proponuje <<14 przykazań>> lepszego życia, w tym wstawanie pięć minut wcześniej, aby zjeść śniadanie bez pośpiechu, oraz wykorzystanie czasu spędzonego w kolejce na pogawędkę z sąsiadem. Inne przykazania to spacery, kiedy tylko jest to możliwe, czytanie wieczorami zamiast oglądania telewizji, koncentrowanie się na jednym zadaniu naraz […] oraz unikanie za wszelką cenę sformułowania <<nie mam czasu>>”. (więcej pod tym adresem:
https://www.lagazzettadelmezzogiorno.it/news/english/177324/italians-take-it-easy-on-world-slow-day.html).

Włosi od dawna przykładają wielką wagę do wolniejszego trybu życia. To oni zapoczątkowali w latach 80. ruch Slow Food – zalecający swobodne, niespieszne delektowanie się dobrym jedzeniem i unikanie dań Fast Food. Nie dziwi więc, że pomysł Slow Life chwycił. W ciągu kolejnych lat rozprzestrzeniał się po innych włoskich miastach, ale też trafił do Londynu, Nowego Jorku, czy Paryża. Nawiasem mówiąc, Francuzom ślimak w logo musiał ewidentnie kojarzyć się ze slow food.

Droga języka do powolności

Ciekawie wygląda w języku polskim zestawienie słów: powolny i wolny. Zatrzymajmy się przy tym na chwilę.

Słowo wolny ma obecnie różnorodne skojarzenia i zastosowanie. Jego sens zmienia się zależnie od kontekstu, jak w zdaniu: Wolny człowiek usiadł na wolnym miejscu w wolnym pociągu i czytając wolną prasę, opuszczał wolny kraj, w którym obejrzał „Hamleta” w wolnej interpretacji Bożydara Wolnego, korzystając z tego, że był wstęp wolny.

Mówiąc o człowieku, zasadniczo wolny to ten, kto działa wedle własnej woli. Ale też ktoś, kto porusza się niezbyt szybko. Słynny profesor Jerzy Bralczyk, bawiąc się słowami, dowcipnie orzekł: „Człowiek wolny porusza się raczej wolno, a nie szybko, dlatego, że porusza się według własnej woli, nikt go nie pogania”.

Profesor przypomniał też dawne znaczenie słowa „powolny”. Początkowo określało działanie po woli, czyli podług woli kogoś innego. Ktoś mógł być powolny komuś, powolny czyimś rozkazom. Jeśli był powolny rodzicom, powolny panu, królowi albo powolny Bogu, to po prostu zachowywał się po woli tego, kto tą wolę wyrażał. W tym przypadku powolny to tyle, co posłuszny. Przykładem użycia mogą być słowa Józefa Ignacego Kraszewskiego: „Syn powolny rodzicom a skory do cnoty to największy skarb”.

Z czasem bycie powolnym uznawano za cechę negatywną, za uległość, ślepe posłuszeństwo, bezwolność, bycie „powolnym narzędziem” w czyichś rękach. I przypuszczam, że ktoś podporządkowany cudzej woli, wykonywał wymagane czynności niechętnie i opieszale. Tak że w końcu to słowo zmieniło swoje znaczenie na obecne, gdy ktoś powolny to inaczej nieśpieszny, opieszały, ociężały a nawet ślamazarny.

Tak oto doszliśmy do pełnego rozumienia terminu powolności. Chociaż, czy na pewno pełnego? Powyższe rozważania prowadzą do wniosku ocierającego się o filozofię: powolność nie musi oznaczać bezczynności ani ociężałości, lecz szczególne powiązania między czasem, działaniem a wolą. I to gdzieś na ich przecięciu znajduje się jej sens. Na tym etapie mogę już chyba zaproponować tezę, iż powolność nie polega na prostym zwolnieniu tempa, lecz na odzyskaniu władzy nad własnym czasem i własną wolą.

Bądź powolny filozofii

Jeśli Włosi z natury wolą wolniejszy tryb życia, a muszą o tym sobie przypominać – choćby przy okazji Dnia Powolności – to znak, że obserwują u siebie pośpiech, niezgodny z ich charakterem. Pytanie, czy jest to charakterystyczne tylko dla nich. Przecież inne nacje też kiedyś żyły wolniej, niż w ostatnich dziesięcioleciach. I też dostrzegają szkodliwość pędu.

Nasza pisarka Monika A. Oleksa przedstawiła smutną diagnozę: „Pośpiech. Epidemia końca XX i początku XXI wieku. Chroniczny brak czasu, brak przyjaciół, brak rodziny, brak ciepła. Nieustanny bieg do przodu, wciąż do przodu, nawet bez celu”. Gdybyż to było tylko biegiem bez celu. Wtedy łatwiej porzucić taki bieg albo nadać mu szczytny cel. Problem w tym, że wielu biegnie w wyścigu po określone rezultaty. Człowiek zbudował dla siebie system, w którym liczą się osiągnięcia, efektywność, zdobycze materialne. Wartość mierzy się tempem i wydajnością. Człowiek nie musi nawet być popędzany batem, sam się ponagla nadmierną ambicją.

W takich okolicznościach zwrot ku powolności to wręcz przejaw buntu wobec systemu. Tyle że akcent położony jest w złym miejscu – bo przecież nie idzie o sabotaż systemu, ale budowanie zdrowego nawyku w codzienności. Można też zastanawiać się, czy takie jednodniowe spowolnienie to nie jest tylko wentyl bezpieczeństwa dla systemu, pozwalający jednorazowo uwolnić ciśnienie, aby od następnego dnia, przez resztę roku znów funkcjonować w szybkim tempie. W takim podejściu kryje się niebezpieczeństwo, że nawet wprowadzenie zdrowych nawyków: systematyczna joga, prawidłowe odżywianie, książki, muzyka, spacery, spotkania towarzyskie… to wszystko będzie wpisane w rozpędzony kalendarz i praktykowane w pospiesznym rytmie. Tymczasem należy zwolnić i jednocześnie skierować uważność na te pozytywne elementy.

Nie chodzi też o to, by zwolnić przesadnie, wręcz do zera. Raczej należałoby trzymać się zaleceń Arystotelesa i znaleźć złoty środek. Trudna to sztuka: zachować proporcje i umiar. Warto jednak nad tym popracować, jeśli wierzyć Stagirycie, że to wiedzie ku dobremu życiu. W tym sensie powolność nie jest celem samym w sobie, lecz narzędziem osiągania równowagi. Tym samym wpisuje się w klasyczne idee cnoty i złotego środka.

Mądrość wymaga czasu, zarówno na to aby dojrzewać, jak i na to, by smakować jej owoce. Stąd zasadne wydaje się spostrzeżenie Richarda Scotta Bakkera, że „Pośpiech jest obelgą dla mądrości”. A żeby zwolnić, trzeba mieć mądry powód – wiedzieć dlaczego się to robi albo inaczej: robić to właśnie dla owego mądrego powodu. Jeśli ktoś zwalnia tylko dlatego, że nie ma już sił – to nie filozofia, tylko wypalenie i droga ku ostatecznej porażce. W tym względzie rację miał George R.R. Martin, mówiąc: „Ten, kto przechodzi przez życie pospiesznie, szybciej dociera do grobu”.

Poszukiwaczom starożytnych receptur można polecić też podejście stoików. Taki Marek Aureliusz czy Seneka zalecałby spokój, dystans, panowanie nad sobą. Ale również przestrzegałby przed marnowaniem czasu i lenistwem. To wybór dla kogoś, kto lubi działać i w dodatku robić coś pożytecznego. Kto ma kontrolę nad czasem i zachowuje odporność na chaos w świecie. Kto nie zapomina o obowiązkach. Na szczęście jest wiele form wartościowego użycia czasu, bez zbędnego pośpiechu: czytanie książek, szydełkowanie, różna twórczość, jak pisarstwo, malarstwo, muzykowanie, uważna rozmowa z bliskimi, świadome spacery, ćwiczenia fizyczne i sport, majsterkowanie – aczkolwiek bez presji sukcesu i nadzwyczajnych efektów, za to w skupieniu na działaniu, na odczuciach, doświadczaniu, na otwartym byciu w procesie, realnym kontakcie z tworzywem lub człowiekiem.

Sidła powolności

W powolności kryją się pewne pułapki, zastawiane zwłaszcza na tych, którzy niewłaściwie ją pojmują. Łatwo bowiem zamienia się ona w zwykłe unikanie wysiłku. Można się za nią schować, żeby nie podejmować trudnych decyzji i nie mierzyć się z wyzwaniami. Może ona skończyć się na wybraniu bierności i delektowaniu się przyjemnościami.

Poza tym, wszystkie pozytywne formy celebrowania powolności mogą się stać kolejnymi punktami na liście do odhaczenia w planowaniu tygodnia. Bez refleksji, głębszego przeżywania, mądrej afirmacji. A kolejne tygodnie życia nie są jakimś projektem do zrealizowania. Mieczysław Jastrun zauważył, że „Pośpiech bywa ojcem powierzchowności”. Jednak samo spowolnienie wcale od niej nie uwalnia. Głębokie zanurzenie się w slow life to sztuka. Tu nie chodzi o hamowanie z efekciarskim piskiem opon.

Inną pułapką powolności może być błędne uznanie, że jako całość jest zwyczajnie kolejnym produktem do konsumowania. Jak inne świąteczne dni lub te cudowne weekendy, kiedy człowiek odurza się wolnym czasem i planuje kolejne godziny niczym listę smakowitego menu.

Tymczasem powolność mogłaby przerodzić się w filozofię życiową. Gdyby ten pomysł rozwinąć, uwydatnić jego głębszy metafizyczny wymiar, stworzyć wokół niego spójny logiczny system… No, takiej filozofii nie jeden człek byłby powolny. Nie jeden…

…a zatem nie każdy. Pytanie bowiem, czy powolność jest dla wszystkich. Dla niektórych szybkie tempo jest sensem życia, w taki sposób się realizują, tak właśnie lubią funkcjonować. To ich wybór: żyć aktywnie, na wysokich obrotach, bez postojów, bo to strata czasu. Możliwe, że nie radzą sobie z bezczynnością, więc wypełniają każdą pauzę jakimś działaniem i zagłuszają ciszę, ale nie mnie o tym sądzić. Równie dobrze mogą mieć po prostu inną konstrukcję, inne potrzeby natury psychicznej i duchowej, inne oczekiwania od świata. Nie każdemu musi odpowiadać filozofia slow life, tak jak nie każdemu pasuje podobny do niej epikureizm, w którym liczą się  proste przyjemności (jedzenie, rozmowa, spokój), unikanie nadmiaru i nerwowości, życie owszem: hedonistyczne, ale w skromnej skali.

A jeśli powolność jest nie dla wszystkich z innego powodu? Może nie jest zaczątkiem uniwersalnej filozofii, lecz luksusem dla uprzywilejowanych. Łatwo jest powiedzieć zwolnij, nie wypruwaj sobie żył, posłuchaj ptaków, poczytaj książkę… Podczas gdy ktoś musi narzucić sobie szybkie tempo, aby sprostać twardej rzeczywistości, zarobić na chleb, zapewnić dobrostan najbliższym, jakoś przetrwać. Niewykluczone, że na powolność może pozwolić sobie klasa odpowiednio zamożna. Kto wie, czy brak konieczności pośpiechu nie jest efektem bezpieczeństwa ekonomicznego. Święta są kosztowne – Dzień Powolności również.

Filozoficznie powolny sobie

Być może powolność nie oznacza spowolnienia ruchów ani ograniczenia aktywności. Lecz jest czymś bardziej wymagającym: zdolnością działania we własnym rytmie, w zgodzie z tym, co uznajemy za sensowne i prawdziwe. Daleko jej do bierności i ociężałości. Ktoś powolny po prostu nie pozwala się ponaglać, nie daje się wciągnąć w ślepy pośpiech. Kiedy zwalnia, to dlatego, aby uważnie robić coś po swojemu. Jeśli przyspiesza, to świadomie, z własnej woli.

Nie mam wiedzy, jak to wygląda na całym świecie, ale w naszym kręgu cywilizacyjnym tudzież kulturowym, popularność zyskała idea zwrócenia uważności na siebie. Czasem mylnie rozumiana i realizowana, jako zwracanie uwagi na siebie – lecz nie o tym mowa. Chodzi o to, by wsłuchać się we własne potrzeby, zadbać o swoje dobro w sferze fizycznej i duchowej, akceptować ułomności, rozwijać się. I kochać siebie.

A czym jest słuchanie tego, co podpowiada serce, sumienie, intuicja lub rozum? Czym jest działanie w zgodzie z tymi podszeptami? Czyż to nie jest właśnie pewien posłuch, poddanie się woli – tyle, że tej wewnętrznej, własnej. Płynącej z głębi. Czyż to nie jest bycie posłusznym i… powolnym. Powolnym sobie.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam we czwartek, 7 maja o godzinie 18:00 do gospody Gryfne Gary, ul Barlickiego 2A (Domek Lodowy). Temat brzmi: Taki sobie powolny. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i spowolnić.

Coffeelosophy LXIII – czyli potęga osłów

Jest takie święto, o którym wiedzą przede wszystkim Meksykanie. Obchodzone 8 maja, z wolna rozprzestrzenia się po świecie, a jego głównym bohaterem jest poczciwy kłapouchy. Chodzi bowiem o Światowy Dzień Osła. Z przyjemnością odkryłem to w kalendarzu świąt nietypowych, bo miła to rzecz mieć swoje święto.

W liceum naszym nauczycielem matematyki był człowiek zasadniczy, wymagający i surowy. To, co znajdowało się w programie nauczania, jemu jawiło się, jako banalnie proste. Dla nas była to nie tyle matma, co magia – dla zaawansowanych. Profesor, przekonany, iż mówi o rzeczach oczywistych, nie starał się ich szeroko i zrozumiale tłumaczyć, my zaś nie mieliśmy śmiałości przyznać, że czegoś nie rozumiemy i ukrywaliśmy się za milczeniem. Ta notorycznie powtarzana taktyka uników nie sprawdzała się, gdyż nasza wątpliwa pojętność i tak w końcu wychodziła na jaw. Nic więc dziwnego, że większość z nas miała podłe stopnie, a spora część kończyła semestr z oceną niedostateczną. Któregoś dnia, jako wprowadzenie do nowego tematu przygotował nam zagadkę. Najpierw napisał na tablicy:

osioł + osioł =

i zapytał, ile to będzie. Prosta odpowiedź, dwa osły. Wtedy, pytając: A jaki będzie wynik takiego odejmowania, napisał:

osioł – osioł =

Też proste, bo zero. Wtedy spytał: To ile wyniesie podzielenie osła przez 2. Odpowiedzieliśmy, że pół osła. Wtedy napisał kolejne działanie i zapytał: To ile wyniesie dzielenie:

osioł : osioł =

Po chwili padła odpowiedź: No, 1. Profesor potwierdził i kontynuował: A gdyby wykonać mnożenie: osioł x 3. Odpowiedzieliśmy, że wynikiem będą trzy osły. Na koniec znów napisał kredą działanie i spytał o wynik:

osioł x osioł =

No i tu nas trochę zablokowało, bo – jak wspomniałem – z matematyki byliśmy orłami, gdzie r = s. Wtedy profesor odpowiedział: osioł x osioł równa się… osioł do kwadratu – i napisał: osioł2. Tak zaczął lekcję o potęgowaniu. A nas nieco rozbawił, skądinąd znanym sformułowaniem. Sam już dużo wcześniej słyszałem, w tym pod własnym adresem, zwrot: ty ośle do kwadratu. Ale nie kojarzyłem sobie tego z matematycznym wyliczeniem ilorazu inteligencji. Czytaj dalej

Zmartwychwstanie powszechne

Za sprawą Marcina Hounda i jego seminarium zacząłem zadawać sobie pytanie o sens zmartwychwstania powszechnego. Hound zaproponował jako temat spotkania, które wypadało w Wielki Czwartek książkę Johna i Sary Crossanów, Resurecting Easter. How the West Kept and the East Lost the Original Easter Vision, która składa się głównie z fotografii różnych przedstawień Zmartwychwstania i ich analiz, począwszy od pierwszych wieków chrześcijaństwa do czasu ustalenia się obecnej ikonografii. Obrazy Kościołów Wschodu przedstawiają Chrystusa Zmartwychwstałego trzymającego dłonie Adama i Ewy, a za nimi ożywionych patriarchów, królów, proroków i świętych – przedstawicieli całej ludzkości wraz z Jezusem podniesionej z grobu przez Boga. Dlaczego Chrystus Zmartwychwstały na naszych wizerunkach począwszy od końca średniowiecza jest sam, skoro Kościół prawosławny wciąż podtrzymuje tradycję – która była w pierwszym tysiącleciu również częścią tradycji Zachodu – ukazywania Zmartwychwstania jako doświadczenia zbiorowego? Na współczesnych katolickich i protestanckich obrazach Zmartwychwstania widzimy Jezusa jak unosi się w chwale nad swoim grobem w pojedynkę – widać niekiedy aniołów, kobiety niosące wonności czy przerażonych żołnierzy, ale żaden ze zmarłych nie towarzyszy Jezusowi w chwale zmartwychwstania. Dlaczego tak zmienił się sposób przedstawiania, a co za tym idzie i sposób rozumienia tego najważniejszego dla chrześcijan wydarzenia? Chodziłem z tym pytaniem z poczuciem, że ta zmiana nie jest wyrazem postępu lecz polegała na jakiejś utracie i zapomnieniu o jakimś istotnym, żywym doświadczeniu Kościoła pierwszych wieków. Czytaj dalej

Coffeelosophy XLIX – czyli krzywe szczęście

Szczęście nie jedno ma imię

Różne szkoły filozoficzne w różnoraki sposób podchodziły do zagadnienia szczęścia. Upatrywały go w czym innym i dawały różnorakie wskazówki w dążeniu do niego. Demokryt żywił przekonanie, że źródłem szczęścia jest harmonia duszy, z której wypływa spokój wewnętrzny. Platon uważał, że szczęście przyjdzie wraz z poznaniem idei, szczególnie piękna i dobra. Powiązał z tym pojęcie eudajmonii, a więc posiadanie dóbr najwyższych. Na człowieka, zdaniem Platona – czeka pewien cel, który należy odkryć i wypełnić, a jeśli wykona się to dobrze, zyska się nagrodę.

Arystoteles zalecał rozwijanie i pielęgnowanie cnót. Racjonalna natura ludzka wyznacza człowiekowi pewne funkcje, a jeśli podąża on drogą złotego środka, osiągnie szczęście. Epikur przekonywał, iż szczęście jest tożsame z przyjemnością, a więc dobrem – w przeciwieństwie do cierpienia, które jest złem. Zastrzegał jednak, iż należy mądrze wybierać przyjemności i panować nad namiętnościami, kierując się powściągliwością, równowagą i życiem w zgodzie z naturą. Stoicy – przy całym wycofaniu z życia – nawiązywali do poprzedników i również zachęcali do rozwijania cnót, zwłaszcza uniezależniających od okoliczności zewnętrznych, do okiełznania namiętności (apatia), życia zgodnego z rozumem i naturą, do ograniczenia potrzeb i osiągnięcia wewnętrznej wolności – która da szczęście. Czytaj dalej

Coffeelosophy XLVII – czyli złudne piękno ptasich trelów

To dla mnie wciąż zadziwiające, z jaką lekkością wielu ludzi nadinterpretuje świat zwierząt i przykłada jego przejawy aktywności do swojej miary. Antropomorfizujemy przyrodę i to nie tylko w bajkach, przysłowiach, lub fraszkach. Weźmy dla przykładu ptasie chóry, których wiosną tyle koncertuje. Wysokie tony, gwizdy, świergoty i przeciągłe kwilenie kojarzymy z głosikami dzieci, delikatnością dziewczęcych chichotów, piskiem rozbawionych maluchów, czymś śpiewnym, melodyjnym i jakoś tak niegroźnym, niewinnym. Tymczasem, gdyby przetłumaczyć ptasie trele na ludzki język, okazałoby się, że wykrzykują mniej więcej takie słowa:

Pójdź, pójdź mała! Patrz, podziwiaj! Piórrrka innych są okropne.
Ze mną będziesz wyżej fruwać. Stwórzmy gniazdko, ćwierkam szczerze.
Spadaj, sąsiad! To mój teren! Precz, precz! Zwiewaj, bo cię dziobnę!
Bój się, bój się. Czuj, czuj, czuwaj! Kot, kot! Fruńmy, bo nas zeżre.

Krótko mówiąc, ptaki głosem (choć nie tylko nim) określają granice i bronią swego terytorium, wszczynają alarm przy zagrożeniu oraz przywołują partnerki. Czyli ludzi zachwycają groźby, zaczepki, przechwałki, histeryczne wrzaski i nachalne podrywy. Że też człek nie rozmiłował się w tym, jak psy ujadają broniąc swego podwórka, albo jak koty marcują, jazgocząc w rywalizacji o teren i samiczki. Ba! nawet nie wszystkie ptaki fascynują ludzi, gdy wyrażają dokładnie to samo, ale wykluły się gęsią, kurą, sroką, czy też sójką, mewą albo przykładowo kormoranem. Gdyby stworzyć nagranie ze „śpiewem” powyższych opierzonych nie byłaby to relaksacyjna ścieżka dźwiękowa. Czytaj dalej

Po co nam koszmary

Po co człowiekowi koszmary? Człowiek źle reaguje na niewłaściwie przespaną noc. Złe sny zaburzają spokój, odbijają się na psychice, mają negatywny wpływ na funkcjonowanie organizmu za dnia. Dlaczego więc mózg generuje straszne obrazy, skoro w ten sposób szkodzi swemu właścicielowi, a w sumie i samemu sobie?

| Goya. Gdy rozum śpi budzą się demony.

Kto sypia regularnie, ten codziennie umiera. Skąd ta konstatacja? Stare przysłowie Pigmejów mówi: Spać czy umrzeć – to jedno i to samo. A jednak, mimo, że ludzie boją się śmierci, to zasypiania już nie tak bardzo. No, są sytuacje wyjątkowe, kiedy podejrzewają, iż podczas snu, gdy są bezbronni, spotka ich coś złego – ze strony pozostawionej poza świadomością rzeczywistości, bądź… w samym śnie, mrocznym, koszmarnym, gęstym, obezwładniającym. Wszak: Człowiek śpiący to człowiek zniewolony – co zauważył Dannie Abse. Nie mamy władzy nad sobą we śnie, ani wpływu na wydarzenia, które śnimy; zostajemy uwikłani w przeżywaną historię, skazani na bezwolny udział w sennych fantazjach. I trudno wyjaśnić, kto pisze ich scenariusz.

A propos scenariuszy, zwłaszcza dramatycznych; pod koniec pierwszego aktu Hamlet przymusza Marcellusa i Horacego do przysięgi. Mają zachować w tajemnicy, że nocą ukazywała im się zjawa zmarłego króla. Do przysięgi nawołuje ich również sam duch głosem spod ziemi. Horacy stwierdza, iż to są rzeczy niepojęte. Shakespeare zaś młodemu Hamletowi wkłada w usta słowa, które (w nieznacznie zmienionym brzmieniu) trafiły do powszechnego obiegu i co rusz pojawiają się w roli komentarza do czyjegoś zadziwienia:

Więcej jest rzeczy na ziemi i w niebie,
Niż się ich śniło waszym filozofom.

Jak widzimy, orzekł, jakoby filozofowie nie tylko w obszarze świadomych dociekań, ale nawet w onirycznej sferze nie byli zdolni ogarnąć wszystkiego, co ludzi otacza. Jednakowoż, mimo przytyku do myślicieli, w gruncie rzeczy ich komplementował. Uznał za ostatnią instancję, na którą można jeszcze liczyć w rozstrzygnięciu trudnych zagadnień. I najwidoczniej zakładał, że treść ich marzeń sennych jest bogatsza, niż przeciętnego śpiocha. A jeśli filozofy nawet we śnie czemuś nie podołają, to już nikt nie da rady. Swoją drogą ciekawe, o czym śnili niegdysiejsi a o czym śnią obecni filozofowie. Czy mają zarozumiałe koszmary np. o podawanej im cykucie? Czytaj dalej

Coffeelosophy XLI – czyli niesprawiedliwość piękna

W tym miesiącu filozoficzna kawiarenka podporządkuje się rygorom pandemii. Toteż będzie wyglądała tak, że zainteresowani zaparzą sobie kawę w domu. Postanowiłem jednak coś do tej kawy dodać.

***

Jest niewątpliwie kwestią indywidualną to, na jakie elementy wyglądu w pierwszej kolejności zwraca się uwagę, choćby patrząc na mijanych lub spotykanych ludzi. Ktoś najpierw taksuje wzrokiem całość sylwetki, a potem przygląda się twarzy; ktoś inny najpierw skupia się na ładnych rysach, a potem przygląda reszcie; jeszcze ktoś zwróci uwagę na którąś część ciała, np. zgrabność pośladków, albo szerokość barków, a dopiero potem ich proporcje względem całości. Tak, czy inaczej, dopiero znalezienie u kogoś tego, co nas ujmuje, co niejako opromienia i w połączeniu z resztą olśniewa – jest decydujące w ocenie. Zauważył to w swoim czasie św. Tomasz, stwierdzając: Piękno polega na właściwej proporcji i blasku.

Zasadniczo jednak w kwestii powierzchowności, kiedy mówimy o kimś, że jest piękny, lub szpetny, to odnoszę wrażenie, iż mamy na względzie przede wszystkim twarz. Ona jest niejako wizytówką, podstawowym elementem identyfikacyjnym, a jednocześnie nośnikiem cech, które wpisują się, bądź nie w przyjęte kanony urody. I nawet kiedy znamy kogoś tylko ze słyszenia – dlatego, że poznaliśmy go telefonicznie, albo słuchamy jego głosu w radiu, ewentualnie na nagraniach – to często wyobrażamy sobie jego wygląd; jakby kojarząc z głosem pewien typ człowieka. I raczej słuchając tubalnego, tudzież szorstkiego głosu, nie mamy przed oczami drobniutkiej sylwetki o dziecięcych rysach twarzy. A wysoki, piskliwy głosik nie pasuje nam do grubo ciosanego draba. I nasze postrzeganie osób, w tym dopisywanie im pewnych cech charakteru, jest jakoś powiązane z wyrazem twarzy, jej mimiką, a nawet stopniem zadbania.

Narodziny_Venus_Sandro_BotticelliNiestety, oceniamy ludzi po wyglądzie. Co więcej, wydaje mi się, iż czasami, kiedy ktoś ma piękną twarz, to ludzie są w stanie przymknąć oko na pewne mankamenty reszty jego ciała. Rzadziej chyba gotowi są uznać osobę za atrakcyjną, gdy ma wyjątkowo zgrabne ciało, ale przy tym brzydkie rysy twarzy. Czemu o tym wspominam? Otóż, okoliczności epidemii sprawiły, iż niemal wszyscy noszą maseczki. Zatem na mieście można spotkać więcej potencjalnie pięknych ludzi. I tym samym potencjalnie lepszych. Gdyż komuś o miłej dla oka aparycji, na ogół przypisujemy dobre cechy charakteru. Nierzadko bezpodstawnie. Czytaj dalej

Coffeelosophy XXX – czyli bezsens sprawiedliwości

W pierwszy poniedziałek lutego Pogadalnia spotka się w formule filozoficznej kawiarenki i rozważy sensowność sprawiedliwości.

Maarten van Heemskerk, Sprawiedliwość (1556)

Wyobraźmy sobie dwa królestwa. W jednym za każde złamanie prawa winnego czekała nieuchronna kara. W drugim nie przykładano do tego dużej wagi i często poddanym przewinienia uchodziły płazem. W pierwszym królestwie, mimo, że kary były adekwatne i nieuniknione, to przestępstwa i tak się powtarzały. W drugim przestępstw było z grubsza tyle samo, ale rzadko kogoś za nie ścigano. Pytanie brzmi: czy nieefektywna, bezowocna sprawiedliwość ma sens. Jeśli nie zapobiega ponownym występkom, to może w ogóle nie ma znaczenia. Czy sam fakt, że zbrodnia zostaje zawsze ukarana, sprawia, iż społeczeństwo w pierwszym królestwie jest bardziej moralne, niż w drugim? Wszak w obu nadal dochodzi do kolejnych przestępstw.

Nie mogąc znaleźć sprawiedliwości znaleziono siłę.

Blaise Pascal

Powyższy przykład dwóch królestw jest tylko wymyśloną historyjką. Wesprę go zatem czymś z życia wziętym. Kiedy byłem dzieckiem – a pełnoletniość osiągnąłem prawie trzydzieści lat temu – za niemal każde przewinienie czekała mnie bardziej lub mniej surowa kara. Piszę „niemal” gdyż na szczęście nie wszystkie błędy dziecięctwa wyszły na jaw. A że karę cechowała cierpliwość, to dotąd mnie czekała, aż się w końcu doczekiwała. Co nierzadko przyjmowałem z ubolewaniem uszu, kończyn i części poślednich – ponieważ standardem była kara fizyczna, plus ewentualne bonusy, jak szlaban na coś, dodatkowe obowiązki, wnikliwszy dozór itp. Nie byłem jednak w tym odosobniony. Bito mnie, bito moich kolegów. Bili rodzice, bili nauczyciele (oj! dłoń smagnięta linijką piekła przez całą lekcję, ale człowiek i tak wolał to, niż pałę z zachowania, albo pisemną uwagę w zeszycie do podpisania przez rodzica). Dostawaliśmy karę, czy nawet lanie, a po pewnym czasie – no, cóż – znowu byliśmy nieposłuszni. I ponownie dostawaliśmy w skórę. A potem, niepomni uprzednich nauk, pakowaliśmy się w kolejne kłopoty. Czytaj dalej

Coffeelosophy XX – czyli człowiek i czas

Przysłowie chińskie mówi: Najwięcej czasu ma człowiek, który niczego na później nie odkłada. Tymczasem już na samym początku roku zaczynamy od odłożenia na później naszej Pogadalni. Nie chcąc, by w tym miesiącu przepadło spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki, odbędziemy je nie w pierwszy a w drugi poniedziałek miesiąca, czyli 8 stycznia. Zobaczymy się w tym samym, co zwykle miejscu – mianowicie w kawiarni Pozytywka.

Właśnie – rozpoczął się nowy rok kalendarzowy (w naszym obszarze kulturowo-religijnym). Czy jest to jakaś magiczna granica? Przecież jest po prostu niedziela, a po niej poniedziałek; niby nic niezwykłego, lecz i tak hucznie świętujemy wymianę kalendarzy. Człowiek lubi kreować cezury, dzielić czas na jakieś sensowne fragmenty, lubi okrągłe rocznice, jubileusze, progi, etapy, ery, epoki, eony… Dzięki temu wydaje mu się, że kontroluje czas, a przecież ledwie kontroluje jego odmierzanie.

W dodatku wielu z nas ma obsesję na tym punkcie i próbuje czas zatrzymać, lub ukryć jego upływ. A przecież czas jest darem, jaki otrzymujemy i winniśmy zeń roztropnie korzystać. Wszakże: Każda chwila, która mogłaby być wykorzystana lepiej, jest stracona – jak to orzekł  Jean-Jacques Rousseau. A z upływu lat można się cieszyć. Im kto jest starszy, tym większe może czuć zadowolenie, że aż tyle zdołał przeżyć (co nie wszystkim było dane). Obyśmy więc mogli cieszyć się długim życiem, nie skarżąc na to, że jakkolwiek długo by nie trwało, to i tak jest za krótkie, aby nacieszyć się poznawaniem świata, na który trafiliśmy. Wspomnijmy słowa Seneki Młodszego: Nie otrzymujemy krótkiego życia, lecz je takim czynimy. Nie brakuje nam czasu, lecz trwonimy go. Czytaj dalej

Dusza

Jak to dobrze, że Martinus wziął na warsztat ludzką duszę! Należało jej się to już od dawna. Choć pojawiała się gdzieś tam w tekstach o innych tytułach ale należny jej poziom uwagi nie został przez nas w Pogadalni osiągnięty. Bo, po pierwsze, jeśli dusza istnieje, to nic innego nie znamy oprócz niej. A ściślej po Arystotelesowsku: niczego nie możemy ująć poznawczo, czym ona nie mogłaby się stać. A po Kantowsku mówiąc, niczego nie poznajemy co nie byłoby formą jej zmysłowości lub kategorią jej intelektu. A po drugie jeśli istnieje, to jesteśmy duszą i jako dusza do duszy mówić do siebie powinniśmy i jako dusze nad ciałem opiekę sprawować i broń Boże siebie jako ciał nie traktować… Ale jeśli jej nie ma, to całe to nasze gadanie to choroba słabowitego ciała, szukającego mocy…

Ale po kolei.

1. „Jezus oddał za nas życie. Ale czy za nas w całości? Nie. Tak właściwie, w dziele zbawienia chodziło wyłącznie o nasze dusze.”

Zgadzam się. Jeśli jednak tak jest, to po co Zmartwychwstanie? Nie potrafię tego pojąć inaczej jak tylko uznając, że ciała nasze nie są tym czym wydają się nam być. Jezus nie zabiera przecież do nieba masy (materii jako bryły o określonej inercji) lecz energię. Pewną aktywność wewnętrzną, która na zewnątrz może (ale nie musi) przejawiać się jako ciało. Jezus zatem istotnie nie zbawia ciała ale zbawia „energię naszego ciała”. Ale „energię” w sensie bliższym greckiemu energeia niż naszym współczesnym fizycznym pojęciom. Ta energeia jako energia ciała fizycznego to Arystotelesowska dusza wegetatywna, odpowiadająca za prawidłowe funkcjonowanie m.in. trawienia i rozmnażania. Po co zatem Jezus ją zbawia? To naprawdę baaardzo ciekawe pytanie. I wrócę do niego za chwilę.

2. „nie uważam, że dusza zaistniała sama, na drodze ewolucji, jak pióra na jaszczurach. Chętnie przyjmuję stworzenie jej przez Boga.”

Ja też. Ale jak pogodzić fakt stworzenia duszy z twardymi danymi nauki, które ukazują ewolucję człowieka jako proces naturalny oraz z szacunkiem dla Bożej Inteligencji, z którą nijak nie potrafię pogodzić każdorazowego wkładania dusz do naturalnie powstających ciał?

3. „A może należałoby, idąc za tą myślą, stworzyć pojęcie duszy mniejszej – czyli takiej, która zamieszkuje niektóre, co inteligentniejsze gatunki. To w pewnym stopniu pozwalałoby wybrnąć z kłopotów nastręczanych przez ewolucję”

Świetny pomysł. Koncepcja ta ma już pewnie jakieś 3 tysiące lat ale to nie znaczy, że przestała być atrakcyjna. Dusze są częścią porządku natury. (wszystko ma swój aspekt wewnętrzny-psychiczny i zewnętrzny-fizyczny ) Na poziomie wegetatywnym i zmysłowym jesteśmy duszami, które bardzo przypominają dusze zwierzęce. Mamy odczucia, wyobrażenia, doznania, wrażenia prawdopodobnie bardzo przypominające psie, kocie czy szympansie. Czytaj dalej

1 2