Archiwa tagu: święta

Święta ludzkiego zmartwychwstania

Wydawałoby się, że człowiek lubi stabilizację, przewidywalność – może nawet rutynę. To daje poczucie bezpieczeństwa i pozwala wypracować zestaw sposobów na radzenie sobie z rzeczywistością. Wiele czynności można wykonywać na autopilocie, a w uporządkowanym życiu łatwiej dopatrzyć się sensu. Z drugiej strony, człek szybko się nudzi i szuka odmiany, świeżości, nieznanego. Natura wprawdzie wyposażyła człowieka w zdolność do adaptacji w zmiennych warunkach. To jednak nie znaczy, że lubi zmiany. Zwłaszcza te gwałtowne budzą niechęć i niepokój. I dodajmy – inna jest sytuacja, gdy są to zmiany wokół niego, a inna, gdy zachodzą w jego wnętrzu.

Są bowiem takie momenty, kiedy coś w naszym życiu się zmienia – czasem nawet wcale nie spektakularnie – po prostu się kończy. Bywa, że zmiana następuje w jakimś wąskim obszarze, a i tak nagle sens traci wszystko. Człowiek niby nadal jakoś funkcjonuje, trochę siłą rozpędu; ciągle chodzi do pracy, spotyka ludzi, rozmawia, odpisuje, robi to, co zawsze, kąpie się, je, śpi – ale gdzieś pod spodem coś już się rozpadło.

Wielka przemiana w człowieku miewa różne powody. Najczęściej rodzi się wtedy, gdy coś, co dotąd nadawało życiu sens, traci moc: zepsuje się ważna relacja, skończy pełniona rola lub praca, sposób życia okaże się szkodliwy. Czasem jest to doświadczenie graniczne: ciężka choroba, strata kogoś bliskiego, uświadomienie sobie własnej skończoności.

Źródłem przemiany może być też coś, co dziś chciałbym zaakcentować. Zwykle mamy jakieś wyobrażenie o sobie, przekonanie o tym, jacy jesteśmy. Nie zawsze pokrywa się to z rzeczywistością. Niekiedy odkrywamy lub przeczuwamy, że prowadzimy życie w półprawdzie, wówczas pojawia się pewien rodzaj napięcia, bo ta myśl staje się nie do wytrzymania. I kiedy nastąpi rozpad iluzji na temat siebie i swojego życia, pojawia się szansa na przemianę. Co istotne, rzadko zaczyna się ona od świadomej decyzji – raczej od chwili uświadomienia, że nie można już wrócić do tego, co było. Zupełnie, jakby umarło.

I bodaj to jest najgorsze, że ta „śmierć” nie wygląda jak śmierć. Nie rzuca się w oczy, łatwo przegapić jej nadejście i zdziwić się, rozpoznając dopiero skutki. Z tym, że potem za późno na sekcję zwłok, pogrzeb, rytuał przejścia – a jest żałoba, choć niekiedy nawet jej nie ma. Jest za to swego rodzaju osłupienie i dziwne poczucie, że coś, co do tej pory było „moje”, było „mną”, przestaje mnie dotyczyć, reprezentować, definiować.

Wtedy zwykle zaczyna się coś, co w naszych czasach nazwalibyśmy kryzysem, aby uniknąć zbyt dużych lub poetyckich słów. Bo wspomniana „śmierć” jest metaforyczna i brzmi przesadnie, mimo że coś w tym rodzaju się dzieje. Rozpada się obraz nas samych, który dotąd wydawał się oczywisty. To zaś rodzi szereg pytań. I na pewien czas nastaje dziwna, wewnętrzna cisza lub jakiś rodzaj wyciszenia. Lecz nie, jako ulga, raczej jako nasłuchiwanie i wyczekiwanie odpowiedzi.

Taka cisza bywa nieznośna. Nierzadko człowiek próbuje ją czymś wypełnić: jakimś działaniem, przeciwdziałaniem, próbą powrotu do tego, co było. Ale to nie pomaga. I może właśnie to jest moment, którego szczególnie unikamy – to zawieszenie pomiędzy. Gdy nie jesteśmy już tacy, jak byliśmy, a jeszcze nie odkryliśmy nowego oblicza.

To zagubienie jest niekomfortowe, ale nie może trwać wiecznie. Coś jednak pracuje w tle, coś się krystalizuje. Czasem dość szybko, na zasadzie nagłego olśnienia – a czasem w powolnym procesie. Jakby pod zaskoczoną powierzchnią zaczynało się układać coś nowego, choć jeszcze bez wyraźnego kształtu. Drobne przesunięcia tych mebli, które się zachowały i dostawianie nowych. Człowiek inaczej coś postrzega, inaczej reaguje, zmienia zdanie albo to samo wypowiada trochę głośniej lub ciszej i podejmuje decyzje, które nie wynikają już z tego, kim był.

Jeżeli ktoś traktował ów kryzys jako zburzenie ważnej części swojej konstrukcji, to raczej nie może być mowy o rekonstrukcji. Za to, jeśli ktoś ma szczęście, to w jego życiu coś zaczyna się budować od nowa. Niekoniecznie lepiej. Nie zawsze łatwiej. Po prostu inaczej – ale już samo to jest pozytywne. Zacząłem od tego, że ludzie nie lubią zmian – ale i nie znoszą tego stanu zawieszenia. Ich natura potrzebuje działania, dziania się, uczestniczenia w jakimś akcie. Bo wszystko w człowieku stworzone jest do ruchu i odpowiedzi na ruch.

Jak sobie poradzić z taką metamorfozą, ze wspomnianym kryzysem, z ciszą i zawieszeniem? Nie ma jednej odpowiedzi, bo i przyczyny są różnorodne. Wspólnym mianownikiem jest doświadczenie, że wewnątrz coś pękło. Dopiero z perspektywy czasu widać, co się zmieniło. Że to, co wydawało się drastycznym końcem, było raczej rozpadnięciem się formy, w której nie sposób się pomieścić, albo… która okazała się nieprawdziwa.

To musiało runąć. Zwłaszcza, kiedy człowiek zrozumie, iż tkwił w fałszywym przeświadczeniu o sobie, swojej wartości, prezentowanej postawie. Gdy odkrył, że nie żył prawdziwie. Wtedy widzi, że bez tego rozpadu nic nowego nie mogłoby się pojawić. Coś umiera a następnie – coś się rodzi.

W różnych opowieściach pojawia się motyw śmierci i powrotu. Wyjątkowi szczęściarze w starożytności, a nawet średniowieczni bohaterowie trafiali do krainy umarłych i wracali. Ten wątek nie jest tylko ubarwieniem historii. Można go potraktować jako sposób rozumienia tego, co i nas spotyka. Bo trudno inaczej opisać sytuację, w której człowiek traci grunt pod nogami, a potem – dzięki cierpliwości lub odwadze – podnosi się odmieniony tym doświadczeniem.

Wiem, że to wygląda, jakby większość z nas uczyła się żyć prawdziwie wyłącznie wtedy, gdy coś dotychczasowego się w nas skończy. Przede wszystkim, nie mi definiować, kto „żyje naprawdę”, a kto nie. Ważniejsze jest może to, czy jesteśmy gotowi pozwolić umrzeć temu, co straciło aktualność – nawet jeśli przez długi czas było jedyną wersją nas, jaką znaliśmy. Pytanie, czy jesteśmy gotowi podjąć ryzyko, czy będziemy próbowali kurczowo trzymać się tego, co było, tracąc szansę na to, co mogłoby jeszcze się odrodzić.

I może właśnie dlatego potrzebujemy takich momentów jak Wielkanoc. Nie po to, żeby w coś wierzyć, ale naocznie dostrzec to, co i tak się w nas wydarza. Nie ma potrzeby roztrząsać, co wydarzyło się kiedyś – warto rozpoznać pewien rytm, który powtarza się w nas samych. Rytm, w którym życie nie polega na ciągłości, lecz na zdolności zaczynania od nowa. To nic innego, jak nasz ewolucyjny potencjał, umiejętność adaptacji, ujarzmiania przemian. Być może życie, które ma być naprawdę nasze, musi przejść przez swoją własną Wielkanoc. W dodatku nie jeden raz, ale tyle, ile będzie trzeba, żeby przestać być tym, kim już się nie jest.

Z okazji świąt życzę wszystkim, by wiedli prawdziwe życie. Bo nawet ten, kto nie żyje prawdziwie, umrze naprawdę. Ale, gdy przyjdzie dzień zmartwychwstania, to nie będzie miał do czego powstać.

Nie ma zgody na święta

Starożytny pisarz i historyk, Salustiusz, uważał, iż: Dzięki zgodzie małe rzeczy rosną, przez niezgodę – wielkie upadają. Podkreślał tym samym wartość jedności, współpracy i harmonii, jako sił napędzających rozwój. Z kolei podziały, spory i walki miały, jego zdaniem, destrukcyjne skutki. Intuicja każe przyznać mu rację, od dziecka wpajano nam, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Po kłótni lub bójce słyszeliśmy: no, pogódźcie się. Podajcie sobie ręce na zgodę. Do tego religia chrześcijańska (choć nie tylko) nawołuje do wybaczania, pojednania a nawet miłowania nieprzyjaciół. Czy zaufać tym mądrościom? Jako byty ludzkie nie zgadzamy się ze sobą w wielu kwestiach. I nie będziemy się zgadzać. Co więcej: nie musimy. W sensie: nie stoi za tym żaden obowiązek ani konieczność. Wcale! Zresztą, jednomyślność i powszechna zgoda – pomijając, że ta wizja jest utopią – byłyby dla ludzkości szkodliwe.

Wyobraźmy sobie, że w każdej sprawie, która dzisiaj nas różni, mielibyśmy jeden wspólny model myślenia i postępowania – uznany za wystarczający, zadowalający albo słuszny. Nie sprawdzalibyśmy, więc czy da się coś robić inaczej, czy inne rozwiązania mogą być równie dobre – w sztuce, w codziennych wyborach, w sposobach życia. Nie rozważalibyśmy, czy może być inna hierarchia… inne priorytety… inna duchowość… Nikt nie pomyślałby nawet, że inny system wartości również może tworzyć pełnię i prowadzić szczęśliwie przez życie. Byłaby uniwersalna jednorodność. Coś, co chyba występuje jeszcze wśród niektórych zwierząt – aczkolwiek w stadach o wyższym stopniu zorganizowania, też tworzą się frakcje i poplecznictwa. Jednak gatunek ludzki – w naszej wizji – byłby absolutnie jednomyślny.

Ktoś mógłby spytać: i co w tym złego. Zwłaszcza zwolennik totalizmu, monopartyjności, ortodoksji lub państwa wyznaniowego. Takim charakterom podoba się wizja społeczeństwa mówiącego jednym głosem, idącego pod wspólnym sztandarem jednej ideologii, jednej religii, jednej filozofii – a właściwie: jedynej słusznej! Ma to jednak swoją cenę. Nie tylko w postaci utraty indywidualności i stłumienia tożsamości. Byłoby to też w dużym stopniu wyrzeczeniem się wolnej woli, pozbawieniem dylematów moralnych i uchyleniem od odpowiedzialności. Poza tym brak sporów to także brak konieczności argumentowania, jednomyślność to brak szukania alternatyw. Zgodność poglądów oznacza zatem stagnację – nie rozwijalibyśmy się intelektualnie, a w konsekwencji również cywilizacyjnie. Zatracilibyśmy specyficznie ludzką zdolność do sporu i krytycznej refleksji. I w tym upodobnilibyśmy się do zwierząt. Czytaj dalej

Oczy zamknięte – na święta

Czasem nie patrzymy w stronę Boga – nie dlatego, że nie chcemy Go oglądać, lecz dlatego, że boimy się być zobaczeni. Gdy Adam i Ewa stali się grzeszni, nie potrafili znieść Bożego spojrzenia. Takiego, które przeszywa, choćby się próbowało bronić.

Dawno temu, na szkolnych rekolekcjach, pewien ksiądz opowiedział historię o chłopcu, który w kościele wskazał mamie witraż pełen postaci i zapytał: „A kto to?” Matka odpowiedziała najprościej, jak mogła: „To są święci.” I ponoć chłopiec odrzekł: „Aha, to tacy ludzie, przez których świeci światło.” Łatwo się domyślić, jak ksiądz rozwijał tę metaforę. Ja pójdę podobnym tropem: boskie światło potrafi nas prześwietlić na wylot. I odsłonić nie tylko to, co jesteśmy gotowi pokazać, ale również to, co najbardziej chcielibyśmy ukryć. Bóg nie mówi nic – tylko patrzy. Ale człowiek, gdy uświadomi sobie Jego obecność, wie, że został przejrzany. Do końca.

Wtedy najprostsze, co można zrobić, to spuścić wzrok. Wbić go w ziemię, gdzieś obok. Byle nie w siebie. Bo mógłby trafić na sumienie. Jakże często zabrudzone, zakurzone… A w naszych czasach, jak chyba w żadnych innych, wolimy mieć kontakt tylko z tym, co higieniczne, co sterylne – zapominając, że to oznacza również: jałowe.

Dawniej człowiek kąpał się w sobotę wieczorem, żeby w niedzielę – dzień święty – być czystym. Zakładał świeże, odświętne ubranie – często po raz pierwszy właśnie do kościoła. Szedł do spowiedzi, by oczyścić się z grzechów. Nie wiem, ile z tego do dziś zostało. Ale wciąż, na święta, sprzątamy mieszkania, trzepiemy dywany, myjemy okna, pierzemy obrusy, robimy porządki. I paradoksalnie – choć pociąga nas ta codzienna, fizyczna czystość – mamy trudność w kontakcie z Czystym Bytem.

To są – jak mi się zdaje – te momenty, gdy stajemy zbyt blisko czegoś, co nas przerasta. I tak chyba jest z wizerunkiem ukrzyżowanego Chrystusa. Nie wiem, czy chodzi o Jego cierpienie, czy samą czystą świętość. Pewnie jedno i drugie. Człowiek staje u stóp Ukrzyżowanego – i nie potrafi nań zwyczajnie patrzeć, zwyczajnie spojrzeć Mu w twarz. Jakże często jesteśmy gotowi podejść do granicy — lecz nie przekroczyć jej, nawet samym wzrokiem. Stajemy blisko sacrum, w zasięgu tego, czym emanuje – ale nie chcemy być przez nie rozpoznani. Prześwietleni. Czytaj dalej

Na święta o świętowaniu

Rodzimy się i zastajemy pewną rzeczywistość. Początkowo jest to jedyny obraz świata jaki poznajemy, później – jeśli mamy szczęście – dowiadujemy się, że dawniej wyglądał inaczej, a nieraz nawet odkryjemy jak. Niemniej mimo świadomości, iż przeszłość była inna, zdarza się nam wobec niektórych rzeczy i zjawisk tkwić w przekonaniu, że coś, z czym dziś mamy do czynienia wygląda tak od zawsze, od początku swego istnienia. Co więcej, tak silnie kojarzymy to z przeszłością, czy historią, że przypisujemy temu dużo starsze pochodzenie, niż ma w rzeczywistości. Wystarczy czasem dookreślić coś słowem „tradycyjny” a rodzi się w nas podskórne przeczucie, że ma co najmniej kilkaset lat, a kto wie, czy nie sięga średniowiecza, lub starożytności. Nierzadko w istocie tak bywa. Ale znamy przecież inne przykłady. Dzisiejsza młodzież traktuje walentynki jako tradycyjne wydarzenie. Dlaczego? Może dlatego, że ich rodzice, zapytani o to święto mogą opowiadać, że sami też je obchodzili. To wystarczy. Dwa pokolenia, gdyż walentynki pojawiły się w Polsce początkiem lat 90. ubiegłego wieku. Podobna kolej rzeczy może spotkać Halloween, które również ma swoją całkiem długą tradycję, ale nie na naszym gruncie. Wygląda jednak, że przeszczep się przyjął i… kontynuujemy nie swoje dziedzictwo.

Tak bywa z niektórymi zwyczajami i obrzędami, czy szerzej mówiąc z tradycją – między innymi dotyczącą świętowania i uważaną już za siwiutką. Taka dajmy na to choinka – o! musi mieć pradawny rodowód. Tymczasem w Polsce pojawia się w pierwszej połowie XIX wieku. A samo świętowanie Bożego Narodzenia? No, pewnie już apostołowie chodzili na urodziny do Jezusa. I tak im zostało, nawet gdy wstąpił do nieba. A jednak nie – zaczęto je obchodzić w drugiej połowie IV wieku. To jak w takim razie było z Wielkanocą? Tu akurat rację mają ci, którym intuicja podpowiada, że to najstarsze z chrześcijańskich świąt. Ale niech nikt nie myśli, że ustalono sobie coś na początku i do dziś się tego trzymamy. Nawet jeśli jakaś tradycja jest wielowiekowa, to nie znaczy, że nie zmieniała się przez lata. Czytaj dalej

Na święta – tradycjonalnie

Nie jestem człowiekiem zbytnio uduchowionym. Mógłbym rzec, iż mam duchowość karalucha. A ponieważ trochę mnie to martwi i… zawstydza, pocieszam się mówiąc Bogu: Jakąż wspaniałość pozwalasz nam poznać w swych niezwykłych dziełach, stwarzając choćby te głęboko uduchowione karaluchy. A poważnie; mimo poczucia osobistej małości duchowej, miewam czasem refleksje na tym polu. Nie tak wzniosłe, jak ojcowie i doktorzy Kościoła, ale co najmniej jak karaluchy w szparach kościelnej podłogi. Coś tam dotarło do mnie z ambony, coś zostało, a potem konfrontacja z codzienną rzeczywistością, niczym zgrzyt krzesiwa o kamień – wywołuje iskrę.

Kiedy przychodzą święta religijne, mam wrażenie, że o ile w ogóle zastanawiamy się nad ich istotą, to traktujemy je głównie jako wspomnienie ważnych wydarzeń. I tak, jak przy świętach państwowych, czy znaczących rocznicach – bierzemy udział w obchodach. Celebrujemy pamięć o czymś, co kiedyś się wydarzyło, a co powtórnie się nie wydarzy. Oddajemy cześć przeszłości. Tymczasem święta powinny być żywym uczestnictwem w czymś, co autentycznie odbywa się w ich czasie. Co faktycznie ma miejsce, a nie jest jedynie odgrywaną powtórką jakiegoś starego spektaklu.

O co mi chodzi? Hm, mam trudność z uchwyceniem tego słowami, bo unosi się gdzieś w obszarze intuicji. Zastanawiam się, czy być może nie idzie o zazębienie dwóch pojęć: pamięć i tradycja. Gdy świętowanie polega tylko na wspominaniu, oddziela nas od bohaterów wydarzeń, sytuuje w pozycji odległego obserwatora, a nie uczestnika. To prawda, że nie ma już możliwości fizycznego towarzyszenia Jezusowi. Ale religia, w której centrum On się znajduje, jest jakby przedłużeniem Jego działalności na Ziemi. No, i stworzyliśmy tradycję, która obfituje w szereg obrzędów i atrybutów. Jest to bogactwo, które ma potencjał energetyczny, mogący wyzwolić rzeczywiste, głębokie emocje. I tego wszystkiego możemy rokrocznie aktywnie doświadczać. Żywo, z uczuciowym zaangażowaniem. Czytaj dalej

Na święta o korzyściach samotności

Kolejne to święta, które przyjdzie spędzić w uszczuplonym gronie, lub wręcz w samotności. Już codzienność w takim składzie osobowym jest uciążliwa, lecz okres świąteczny – zwłaszcza, gdy bywał okazją do rodzinnych spotkań – uwypukla przygnębiający nastrój. Szukam pocieszenia w tej sytuacji i nie jest to proste. Generalnie rzecz biorąc, uważam, że przejściowe osamotnienie nie jest czymś złym – a to spowodowane pandemią chciałbym traktować właśnie jako przejściowe. Bywa to sposobnością by coś w sobie odkryć, by się rozwinąć, by wysnuć z ciszy jakąś trafną życiową refleksję… Owszem, człowiek to gatunek stadny. Posiada wewnętrznie zaprogramowaną, biologiczną potrzebę współtworzenia wspólnoty. To mu daje przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa. Ale czyż nie znamy przykładów ludzi, którzy doznali oświecenia dopiero w odosobnieniu, zostając pustelnikiem, zamieszkując w jaskini, albo udając się przykładowo na pustynię i wspomagając to postem, bądź… odsiadując karę więzienia.

Quiringh van Brekelenkam, Modlący się pustelnik

Separacja miewa pozytywny wpływ. Ale – jak mówię: miewa. Samo bowiem odizolowanie się od ludzi, czy krótko- czy długotrwałe, nie gwarantuje olśnienia, wzbogacenia duchowego, doznania nadzwyczajnych przeżyć, zdobycia mądrości, rozwiązania dotychczasowych problemów, wymyślenia rewolucyjnych idei lub technologii, zgłębienia wiedzy o Bogu, czy choćby o samym sobie. Nie każdy potrafi takie okoliczności wykorzystać w odpowiedni sposób, twórczo i owocnie, przekuć w coś wartościowego dla siebie, lub innych. Jednakowoż, gdy komuś to nie wychodzi, to też nie należy się załamywać. Ja w każdym razie się nie załamałem. Czytaj dalej