Archiwa tagu: czas

Coffeelosophy LXVII – czyli taki sobie powolny

Przypadkiem, kilka dni temu natknąłem się na informację, że właśnie obchodzony jest Dzień Powolności. To nietypowe święto narodziło się w 2007 roku we Włoszech. Jak wiadomo, Włosi czują się spadkobiercami Imperium Rzymskiego, a ich język wykazuje najwięcej podobieństw do łaciny. Przypuszczam więc, że bliska im jest sentencja, przypisywana cesarzowi Augustowi: „festina lente” – czyli spiesz się powoli. Aczkolwiek jest to ponoć kalka językowa z greki (σπεῦδε βραδέως – spevde bradeos). My posiadamy własny i swojsko brzmiący odpowiednik: co nagle, to po diable. Chociaż czy można mieć pewność, że to faktycznie takie nasze? Wszak już Mahomet powiedział, iż „Pośpiech jest wynalazkiem Szatana”.

Powolny dzień z życia w pędzie

Tak czy inaczej, za powstaniem tego święta stała myśl, aby w pędzącym świecie, przynajmniej jednego dnia trochę zwolnić. Na tyle, by dostrzec, jak wiele zdarza się nam przeoczyć ważnych rzeczy, gdy się ciągle – a do tego nerwowo – spieszymy. Podobną myśl wyraził lekarz i pisarz Sosuke Natsukawa: „Ludzie mają to do siebie, że kiedy bardzo się spieszą, zawsze coś tracą z oczu”. Szybkie tempo życia wymusza krótkie i spłycane relacje, byle jakie lub pomijane posiłki, niedokładne analizy i błędne decyzje, zaniedbaną higienę snu i odraczane wizyty lekarskie. Generalnie, kombinacja: pośpiech i stres, pomijając zły wpływ na efektywność, jest po prostu szkodliwa dla zdrowia.

Pomysłodawcą Dnia Powolności był Bruno Contigiani, menedżer i pracoholik, który stwierdził „Poświęćmy ten jeden dzień na zatrzymanie się i przemyślenie wszystkich rzeczy, które tracimy, pędząc przez życie”. Zaczęło się od tego, iż z grupą znajomych na jednym z placów Mediolanu zwracali uwagę przechodniom, że za szybko idą. Powołano nawet stowarzyszenie Sztuka Powolnego Życia, krzewiące ideę, że unikanie stresu i pośpiechu poprawia jakość życia. Logiem organizacji ponoć był sympatyczny ślimak.

Włoska prasa chętnie przypomina o tym święcie; na przykład La Gazzetta del Mezzogiorno tak streściła jego przesłanie: „Filozofia Contigianiego […] ma na celu budowanie społeczeństwa opartego na swobodnym stylu życia. Jego stowarzyszenie proponuje <<14 przykazań>> lepszego życia, w tym wstawanie pięć minut wcześniej, aby zjeść śniadanie bez pośpiechu, oraz wykorzystanie czasu spędzonego w kolejce na pogawędkę z sąsiadem. Inne przykazania to spacery, kiedy tylko jest to możliwe, czytanie wieczorami zamiast oglądania telewizji, koncentrowanie się na jednym zadaniu naraz […] oraz unikanie za wszelką cenę sformułowania <<nie mam czasu>>”. (więcej pod tym adresem:
https://www.lagazzettadelmezzogiorno.it/news/english/177324/italians-take-it-easy-on-world-slow-day.html).

Włosi od dawna przykładają wielką wagę do wolniejszego trybu życia. To oni zapoczątkowali w latach 80. ruch Slow Food – zalecający swobodne, niespieszne delektowanie się dobrym jedzeniem i unikanie dań Fast Food. Nie dziwi więc, że pomysł Slow Life chwycił. W ciągu kolejnych lat rozprzestrzeniał się po innych włoskich miastach, ale też trafił do Londynu, Nowego Jorku, czy Paryża. Nawiasem mówiąc, Francuzom ślimak w logo musiał ewidentnie kojarzyć się ze slow food.

Droga języka do powolności

Ciekawie wygląda w języku polskim zestawienie słów: powolny i wolny. Zatrzymajmy się przy tym na chwilę.

Słowo wolny ma obecnie różnorodne skojarzenia i zastosowanie. Jego sens zmienia się zależnie od kontekstu, jak w zdaniu: Wolny człowiek usiadł na wolnym miejscu w wolnym pociągu i czytając wolną prasę, opuszczał wolny kraj, w którym obejrzał „Hamleta” w wolnej interpretacji Bożydara Wolnego, korzystając z tego, że był wstęp wolny.

Mówiąc o człowieku, zasadniczo wolny to ten, kto działa wedle własnej woli. Ale też ktoś, kto porusza się niezbyt szybko. Słynny profesor Jerzy Bralczyk, bawiąc się słowami, dowcipnie orzekł: „Człowiek wolny porusza się raczej wolno, a nie szybko, dlatego, że porusza się według własnej woli, nikt go nie pogania”.

Profesor przypomniał też dawne znaczenie słowa „powolny”. Początkowo określało działanie po woli, czyli podług woli kogoś innego. Ktoś mógł być powolny komuś, powolny czyimś rozkazom. Jeśli był powolny rodzicom, powolny panu, królowi albo powolny Bogu, to po prostu zachowywał się po woli tego, kto tą wolę wyrażał. W tym przypadku powolny to tyle, co posłuszny. Przykładem użycia mogą być słowa Józefa Ignacego Kraszewskiego: „Syn powolny rodzicom a skory do cnoty to największy skarb”.

Z czasem bycie powolnym uznawano za cechę negatywną, za uległość, ślepe posłuszeństwo, bezwolność, bycie „powolnym narzędziem” w czyichś rękach. I przypuszczam, że ktoś podporządkowany cudzej woli, wykonywał wymagane czynności niechętnie i opieszale. Tak że w końcu to słowo zmieniło swoje znaczenie na obecne, gdy ktoś powolny to inaczej nieśpieszny, opieszały, ociężały a nawet ślamazarny.

Tak oto doszliśmy do pełnego rozumienia terminu powolności. Chociaż, czy na pewno pełnego? Powyższe rozważania prowadzą do wniosku ocierającego się o filozofię: powolność nie musi oznaczać bezczynności ani ociężałości, lecz szczególne powiązania między czasem, działaniem a wolą. I to gdzieś na ich przecięciu znajduje się jej sens. Na tym etapie mogę już chyba zaproponować tezę, iż powolność nie polega na prostym zwolnieniu tempa, lecz na odzyskaniu władzy nad własnym czasem i własną wolą.

Bądź powolny filozofii

Jeśli Włosi z natury wolą wolniejszy tryb życia, a muszą o tym sobie przypominać – choćby przy okazji Dnia Powolności – to znak, że obserwują u siebie pośpiech, niezgodny z ich charakterem. Pytanie, czy jest to charakterystyczne tylko dla nich. Przecież inne nacje też kiedyś żyły wolniej, niż w ostatnich dziesięcioleciach. I też dostrzegają szkodliwość pędu.

Nasza pisarka Monika A. Oleksa przedstawiła smutną diagnozę: „Pośpiech. Epidemia końca XX i początku XXI wieku. Chroniczny brak czasu, brak przyjaciół, brak rodziny, brak ciepła. Nieustanny bieg do przodu, wciąż do przodu, nawet bez celu”. Gdybyż to było tylko biegiem bez celu. Wtedy łatwiej porzucić taki bieg albo nadać mu szczytny cel. Problem w tym, że wielu biegnie w wyścigu po określone rezultaty. Człowiek zbudował dla siebie system, w którym liczą się osiągnięcia, efektywność, zdobycze materialne. Wartość mierzy się tempem i wydajnością. Człowiek nie musi nawet być popędzany batem, sam się ponagla nadmierną ambicją.

W takich okolicznościach zwrot ku powolności to wręcz przejaw buntu wobec systemu. Tyle że akcent położony jest w złym miejscu – bo przecież nie idzie o sabotaż systemu, ale budowanie zdrowego nawyku w codzienności. Można też zastanawiać się, czy takie jednodniowe spowolnienie to nie jest tylko wentyl bezpieczeństwa dla systemu, pozwalający jednorazowo uwolnić ciśnienie, aby od następnego dnia, przez resztę roku znów funkcjonować w szybkim tempie. W takim podejściu kryje się niebezpieczeństwo, że nawet wprowadzenie zdrowych nawyków: systematyczna joga, prawidłowe odżywianie, książki, muzyka, spacery, spotkania towarzyskie… to wszystko będzie wpisane w rozpędzony kalendarz i praktykowane w pospiesznym rytmie. Tymczasem należy zwolnić i jednocześnie skierować uważność na te pozytywne elementy.

Nie chodzi też o to, by zwolnić przesadnie, wręcz do zera. Raczej należałoby trzymać się zaleceń Arystotelesa i znaleźć złoty środek. Trudna to sztuka: zachować proporcje i umiar. Warto jednak nad tym popracować, jeśli wierzyć Stagirycie, że to wiedzie ku dobremu życiu. W tym sensie powolność nie jest celem samym w sobie, lecz narzędziem osiągania równowagi. Tym samym wpisuje się w klasyczne idee cnoty i złotego środka.

Mądrość wymaga czasu, zarówno na to aby dojrzewać, jak i na to, by smakować jej owoce. Stąd zasadne wydaje się spostrzeżenie Richarda Scotta Bakkera, że „Pośpiech jest obelgą dla mądrości”. A żeby zwolnić, trzeba mieć mądry powód – wiedzieć dlaczego się to robi albo inaczej: robić to właśnie dla owego mądrego powodu. Jeśli ktoś zwalnia tylko dlatego, że nie ma już sił – to nie filozofia, tylko wypalenie i droga ku ostatecznej porażce. W tym względzie rację miał George R.R. Martin, mówiąc: „Ten, kto przechodzi przez życie pospiesznie, szybciej dociera do grobu”.

Poszukiwaczom starożytnych receptur można polecić też podejście stoików. Taki Marek Aureliusz czy Seneka zalecałby spokój, dystans, panowanie nad sobą. Ale również przestrzegałby przed marnowaniem czasu i lenistwem. To wybór dla kogoś, kto lubi działać i w dodatku robić coś pożytecznego. Kto ma kontrolę nad czasem i zachowuje odporność na chaos w świecie. Kto nie zapomina o obowiązkach. Na szczęście jest wiele form wartościowego użycia czasu, bez zbędnego pośpiechu: czytanie książek, szydełkowanie, różna twórczość, jak pisarstwo, malarstwo, muzykowanie, uważna rozmowa z bliskimi, świadome spacery, ćwiczenia fizyczne i sport, majsterkowanie – aczkolwiek bez presji sukcesu i nadzwyczajnych efektów, za to w skupieniu na działaniu, na odczuciach, doświadczaniu, na otwartym byciu w procesie, realnym kontakcie z tworzywem lub człowiekiem.

Sidła powolności

W powolności kryją się pewne pułapki, zastawiane zwłaszcza na tych, którzy niewłaściwie ją pojmują. Łatwo bowiem zamienia się ona w zwykłe unikanie wysiłku. Można się za nią schować, żeby nie podejmować trudnych decyzji i nie mierzyć się z wyzwaniami. Może ona skończyć się na wybraniu bierności i delektowaniu się przyjemnościami.

Poza tym, wszystkie pozytywne formy celebrowania powolności mogą się stać kolejnymi punktami na liście do odhaczenia w planowaniu tygodnia. Bez refleksji, głębszego przeżywania, mądrej afirmacji. A kolejne tygodnie życia nie są jakimś projektem do zrealizowania. Mieczysław Jastrun zauważył, że „Pośpiech bywa ojcem powierzchowności”. Jednak samo spowolnienie wcale od niej nie uwalnia. Głębokie zanurzenie się w slow life to sztuka. Tu nie chodzi o hamowanie z efekciarskim piskiem opon.

Inną pułapką powolności może być błędne uznanie, że jako całość jest zwyczajnie kolejnym produktem do konsumowania. Jak inne świąteczne dni lub te cudowne weekendy, kiedy człowiek odurza się wolnym czasem i planuje kolejne godziny niczym listę smakowitego menu.

Tymczasem powolność mogłaby przerodzić się w filozofię życiową. Gdyby ten pomysł rozwinąć, uwydatnić jego głębszy metafizyczny wymiar, stworzyć wokół niego spójny logiczny system… No, takiej filozofii nie jeden człek byłby powolny. Nie jeden…

…a zatem nie każdy. Pytanie bowiem, czy powolność jest dla wszystkich. Dla niektórych szybkie tempo jest sensem życia, w taki sposób się realizują, tak właśnie lubią funkcjonować. To ich wybór: żyć aktywnie, na wysokich obrotach, bez postojów, bo to strata czasu. Możliwe, że nie radzą sobie z bezczynnością, więc wypełniają każdą pauzę jakimś działaniem i zagłuszają ciszę, ale nie mnie o tym sądzić. Równie dobrze mogą mieć po prostu inną konstrukcję, inne potrzeby natury psychicznej i duchowej, inne oczekiwania od świata. Nie każdemu musi odpowiadać filozofia slow life, tak jak nie każdemu pasuje podobny do niej epikureizm, w którym liczą się  proste przyjemności (jedzenie, rozmowa, spokój), unikanie nadmiaru i nerwowości, życie owszem: hedonistyczne, ale w skromnej skali.

A jeśli powolność jest nie dla wszystkich z innego powodu? Może nie jest zaczątkiem uniwersalnej filozofii, lecz luksusem dla uprzywilejowanych. Łatwo jest powiedzieć zwolnij, nie wypruwaj sobie żył, posłuchaj ptaków, poczytaj książkę… Podczas gdy ktoś musi narzucić sobie szybkie tempo, aby sprostać twardej rzeczywistości, zarobić na chleb, zapewnić dobrostan najbliższym, jakoś przetrwać. Niewykluczone, że na powolność może pozwolić sobie klasa odpowiednio zamożna. Kto wie, czy brak konieczności pośpiechu nie jest efektem bezpieczeństwa ekonomicznego. Święta są kosztowne – Dzień Powolności również.

Filozoficznie powolny sobie

Być może powolność nie oznacza spowolnienia ruchów ani ograniczenia aktywności. Lecz jest czymś bardziej wymagającym: zdolnością działania we własnym rytmie, w zgodzie z tym, co uznajemy za sensowne i prawdziwe. Daleko jej do bierności i ociężałości. Ktoś powolny po prostu nie pozwala się ponaglać, nie daje się wciągnąć w ślepy pośpiech. Kiedy zwalnia, to dlatego, aby uważnie robić coś po swojemu. Jeśli przyspiesza, to świadomie, z własnej woli.

Nie mam wiedzy, jak to wygląda na całym świecie, ale w naszym kręgu cywilizacyjnym tudzież kulturowym, popularność zyskała idea zwrócenia uważności na siebie. Czasem mylnie rozumiana i realizowana, jako zwracanie uwagi na siebie – lecz nie o tym mowa. Chodzi o to, by wsłuchać się we własne potrzeby, zadbać o swoje dobro w sferze fizycznej i duchowej, akceptować ułomności, rozwijać się. I kochać siebie.

A czym jest słuchanie tego, co podpowiada serce, sumienie, intuicja lub rozum? Czym jest działanie w zgodzie z tymi podszeptami? Czyż to nie jest właśnie pewien posłuch, poddanie się woli – tyle, że tej wewnętrznej, własnej. Płynącej z głębi. Czyż to nie jest bycie posłusznym i… powolnym. Powolnym sobie.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam we czwartek, 7 maja o godzinie 18:00 do gospody Gryfne Gary, ul Barlickiego 2A (Domek Lodowy). Temat brzmi: Taki sobie powolny. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i spowolnić.

Coffeelosophy LXIV – czyli jaskinia bezczasu

Notatki do tego tekstu zrobiłem kilka lat temu… i tak jakoś leżały, i leżały, kurząc się w mrocznej jaskini prokrastynacji. Aż w końcu uznałem, że pora to wydobyć na światło dzienne.

Impulsem do refleksji był artykuł, na który trafiłem w Internecie w 2021 roku. Opisywał on eksperyment, jakiemu się poddało siedem kobiet i ośmiu mężczyzn. Grupa ta weszła do jaskini Lombrives w Ariege, we Francji. I spędziła wewnątrz 40 dni bez zegarków, telefonów i widoku światła dziennego. Warunki były trudne; ciemność, temperatura około 11 stopni Celsjusza, wilgotność ponad 95%. Ochotnicy mieli sprzęt biwakowy, zapasy żywności, wodę pobierali z ponad czterdziestometrowej studni, spali w namiotach, a prąd do baterii w latarkach generowali siłą własnych mięśni na specjalnym rowerku stacjonarnym.

W taki to sposób naukowcy z Human Adaption Institute w ramach projektu Deep Time badali zdolność człowieka do życia w tej szczególnej izolacji. Obserwowali grupę za pomocą kamer, czujników i różnych urządzeń – śledząc aktywność ruchową, interakcje z innymi uczestnikami oraz mierząc długość snu. Uczestnicy odcięci od świata, nie mając zegarków i nie wiedząc, kiedy zapada zmrok, byli zdani na wewnętrzny zegar biologiczny. To indywidualne potrzeby organizmu wyznaczały rytm pracy, odpoczynku, posiłków i snu. Pozbawieni zegarków i widoku słońca bardzo szybko, bo już po kilku dniach stracili poczucie czasu. W dodatku okazało się, iż poszczególne osoby weszły w różnej długości „cykl dobowy” – czas aktywności przypisywanej dniom i czas snu podczas wyobrażonych nocy przestał się im pokrywać we wspólnym funkcjonowaniu. Utrudniało to współpracę przy różnych zadaniach, bo każdy żył trochę innym rytmem i czuł potrzebę snu o innej porze.

Na dzień przed zakończeniem eksperymentu naukowcy zeszli do jaskini by poinformować 15 badanych osób, iż wkrótce wyjdą na powierzchnię i porozmawiać. Jak się okazało uczestnicy mieli poważnie zaburzone poczucie czasu, byli przekonani, że spędzili w jaskini znacznie mniej czasu niż faktycznie minęło – jeden z uczestników szacował, że upłynęły zaledwie 23 doby. Wychodząc na zewnątrz byli w szoku, że już minęło 40 dni. Niemniej większość przyznała, że całkiem dobrze zniosła izolację a nawet, że mogłaby zostać dłużej, choć część nie mogła się doczekać finału. Jeden z mężczyzn wyznał, że czuł silny wewnętrzny przymus by opuścić jaskinię i biegał po 10 km, aby utrzymać formę. Z kolei jedna z kobiet powiedziała, że pierwszy raz w życiu mogła najnormalniej wcisnąć pauzę, zatrzymać się i po prostu żyć, wykonując swoje zadania. Czytaj dalej

Zmarszczona inspiracja

Przemijanie jest rzeczą przykrą, ale zapładniającą intelektualnie. Kontempluję układające się w planszę do gry w kółko i krzyżyk zmarszczki na swoim czole. Czole niegdyś okolonym spadającym na ramiona i plecy wszarzem, z którego pozostały nędzne zsiwiałe i przerzedzone resztki. I zastanawiam się czy jest coś bardziej literacko inspirującego niż te chwile, w których uświadamiamy sobie, że poruszamy się lotem mającym na kursie (i na ścieżce) zderzenie z kalendarzem.

Michel de Montaigne

A który z płodów literackich zrodzonych z refleksji nad ułomnością własnych planów życiowych i daremnością codziennej szarpaniny uznałbym za najbardziej udany? Spośród wielu gorzkich słów jakie pod adresem daremności naszej egzystencji wypowiedzieli filozofowie wybieram dwa cytaty. Pierwszy z południa Francji, ze stajni Montaigne:

Trzeba pogodnie cierpieć prawa naszej natury: jesteśmy po to, aby się starzeć, wątleć, chorować, na przekór całej medycynie. [Montaigne, Próby, ks. III]

I drugi. Hicior Marka Aurelisza z jego nieprzewidzianego do publikacji, czy raczej przewidzianego do niepublikacji bestsellera:

Pomyśl, dla własnej nauki, o czasach Wespazjana, a zobaczysz, że ludzie żenili się, wychowywali dzieci, chorowali, umierali, walczyli z sobą, urządzali uroczystości, handlowali, uprawiali rolę, schlebiali, byli zarozumiali, podejrzliwi, knuli spiski, niektórzy błagali o śmierć, narzekali z powodu losu, kochali się, zbierali skarby, pożądali konsulatów i tronu. To ich życie już nigdzie nic istnieje [Marek Aureliusz, Rozmyślania].

Ciao!

 

Coffeelosophy XXXIX – czyli rozbłyski rzeczywistości

            Odnoszę wrażenie, że większość ludzi, jeśli już się zastanawia nad wyglądem świata, to wyznaje przekonanie, że świat jest w ciągłym procesie, że stale ulega zmianom. Co światlejsi zaś powołują się na zasadę entropii i dostrzegają we wszechświecie pęd w stronę nieładu – więcej! ku autodestrukcji. Fakt, wszechświat po Wielkim Wybuchu wciąż się rozszerza, słońca gasną, czarne dziury połykają materię, światło i czas. Kłopot z tą wizją polega na tym, że trudno wytłumaczyć, dlaczego – mimo ogólnej tendencji do rozpadu i chaosu – udaje się naturze i człowiekowi budować coś, coraz bardziej złożonego i skomplikowanego, coraz bardziej uporządkowanego i stabilnego, a przy tym dokonywać rozwoju… Podstawą wyjaśnienia jest wysiłek, czyli energia wkładana w tworzenie ładu na jednym polu, kosztem wzrostu entropii gdzie indziej – ale to już inny temat.

            Mało kto uważa, że świat należy traktować, jako utworzony, gotowy, ostatecznie ukształtowany (choć można było takie poglądy spotkać wśród zwolenników kreacjonizmu). Niemniej trudno spotkać kogoś, kto uznaje świat, jako ukończone dzieło, w które człowiek tylko jakoś ingeruje: twórczo, bądź destrukcyjnie. Że jest to konstrukcja, jaką otrzymaliśmy w pewnym, konkretnym stanie. I przy tak krótkim czasie, jaki wyznacza ludzkie życie – ba! ludzka obecność w dziejach planety, czy kosmosu – można by uznać, że prawie nic się w owym wszechświecie nie zmieniło.

***

            A może jest jeszcze inaczej. Może tak naprawdę świat się nie zmienia, nie przetwarza starych form w nowe, nie dąży do nowej (choćby i gorszej) postaci. Lecz w każdej jednej chwili osiąga kształt taki, jaki na tą chwilę miał przybrać. Jest więc czymś innym, niż świat przed chwilą, i ten za chwilę. Jest krótkotrwałą wersją rzeczywistości, która bezpowrotnie ginie, zastępowana przez inną wersję, w innej konfiguracji elementów składowych. Za moment zaś przybierze świeżą, odmienną formę, niemniej taką, jaka jest mu na ten wycinek czasoprzestrzeni przypisana. Czytaj dalej

Coffeelosophy XXVI – czyli złudna prolongacja młodości

            Akademickie wakacje pokrywa cień przeszłości, a to niechybny znak, iż powracają spotkania Pogadalni. Najbliższe wypadnie w pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem przyjmie formułę filozoficznej kawiarenki. Proponuję pogadać o walce ze skutkami upływu czasu.

            Nie będzie chyba zbyt ryzykownym oszacowanie, iż wizja dostąpienia wieczności lub przynajmniej długowieczności pociąga większość ludzi. Rozsądniejsza część z nich dostrzega również wagę tego, by nie tylko żyć jak najdłużej, lecz aby odpowiednia była jakość życia. Z filozoficznego punktu widzenia (choć z moralnego, etycznego, religijnego, społecznego, psychologicznego także) życie zyskuje na jakości, gdy zbliżamy się do dobra. Idąc tym tropem, sam Platon ze zrozumieniem traktował pożądanie nieśmiertelności, wnioskując, iż: […] musi człowiek i nieśmiertelności pragnąć, jeżeli przedmiotem miłości jest wieczne posiadanie dobra.

            Warto w tym miejscu poczynić drobne rozróżnienia. Czym innym jest bycie wiecznym (tą zdolność posiada Absolut i anioły oraz ponoć ludzka dusza), czym innym jest nieśmiertelność (której doświadczył szkocki góral Connor MacLeod i niektóre wampiry, zresztą pod pewnymi warunkami), a czym innym jest długowieczność (osiągana np. przez żółwie) związana z wolniejszym starzeniem się ciała. Czytaj dalej

Coffeelosophy XX – czyli człowiek i czas

Przysłowie chińskie mówi: Najwięcej czasu ma człowiek, który niczego na później nie odkłada. Tymczasem już na samym początku roku zaczynamy od odłożenia na później naszej Pogadalni. Nie chcąc, by w tym miesiącu przepadło spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki, odbędziemy je nie w pierwszy a w drugi poniedziałek miesiąca, czyli 8 stycznia. Zobaczymy się w tym samym, co zwykle miejscu – mianowicie w kawiarni Pozytywka.

Właśnie – rozpoczął się nowy rok kalendarzowy (w naszym obszarze kulturowo-religijnym). Czy jest to jakaś magiczna granica? Przecież jest po prostu niedziela, a po niej poniedziałek; niby nic niezwykłego, lecz i tak hucznie świętujemy wymianę kalendarzy. Człowiek lubi kreować cezury, dzielić czas na jakieś sensowne fragmenty, lubi okrągłe rocznice, jubileusze, progi, etapy, ery, epoki, eony… Dzięki temu wydaje mu się, że kontroluje czas, a przecież ledwie kontroluje jego odmierzanie.

W dodatku wielu z nas ma obsesję na tym punkcie i próbuje czas zatrzymać, lub ukryć jego upływ. A przecież czas jest darem, jaki otrzymujemy i winniśmy zeń roztropnie korzystać. Wszakże: Każda chwila, która mogłaby być wykorzystana lepiej, jest stracona – jak to orzekł  Jean-Jacques Rousseau. A z upływu lat można się cieszyć. Im kto jest starszy, tym większe może czuć zadowolenie, że aż tyle zdołał przeżyć (co nie wszystkim było dane). Obyśmy więc mogli cieszyć się długim życiem, nie skarżąc na to, że jakkolwiek długo by nie trwało, to i tak jest za krótkie, aby nacieszyć się poznawaniem świata, na który trafiliśmy. Wspomnijmy słowa Seneki Młodszego: Nie otrzymujemy krótkiego życia, lecz je takim czynimy. Nie brakuje nam czasu, lecz trwonimy go. Czytaj dalej

Panie i panowie czas poważnie pogadać o czasie!

Umieszczam tu  komentarz Martinusa i moją odpowiedź  bo nie chcę by wątek czasu  ukrył się  przed oczami czytelników

„Według mnie coś takiego, jak „teraz” praktycznie nie istnieje. To tylko baaardzo umowny termin, określający pewien fragment czasu, jaki mamy na myśli mówiąc o czymś, co właśnie się dzieje, istnieje, trwa. A tak naprawdę, w moim przekonaniu, „teraz” jest zbyt krótkie, by człowiek mógł je odczuć, mógł spostrzec. Czyż nie jest tak, że wszystko, co było przed sekundą to przeszłość, a wszystko, co będzie za sekundę to przyszłość? A przecież sekunda to bardzo dużo. Zatem może milisekunda? Ale i milisekunda też da się podzielić na mniejsze części. Tak więc teoretyczną przestrzeń między „było” a „będzie” można dzielić w nieskończoność. Tym samym nasze „teraz” jest nieskończenie krótkie i w praktyce niemożliwe do zarejestrowania przez tak niedoskonały mechanizm, jak zespół ludzkich zmysłów. Można by rzec, iż jesteśmy permanentnie na nieskończenie wąskim progu między dwoma ogromnymi przestrzeniami.”

I moja odpowiedź:

Rozmowa o czasie jest czymś, co umieszcza nas natychmiast w takiej perspektywie, która na co dzień nie jest nam dostępna. Niezależnie od wyniku tych rozważań, samo prowadzenie ich pozwala nam doświadczyć  sposobu bycia od jakiego odciąga nas krzykliwy świat wokół nas. Myślenie o  sposobie doświadczania czasu uświadamia mi, że jako świadomość,  nie jestem częścią świata przedmiotów, które są ZWYCZAJNIE  zanurzone w czasie, lecz jestem czymś, czego związek z czasem jest bardziej skomplikowany niż czasowość mojego ciała (jako przedmiotu wśród przedmiotów)
„Teraz” to rzeczywiście „bardzo umowny termin”. Jednak wśród słów, którymi komunikujemy się trudno znaleźć inne.
Chodziło mi w moim wpisie o końcu wakacji o „teraz” w sensie psychologicznym a nie fizycznym. Czas fizyczny, jakim posługujemy się koordynując prace zegarów, od tych siermiężnych po te atomowe tykające w rytm atomów cezu traktujemy na ogół jako kontinuum, podobnie jak odcinki przestrzeni dające się dzielić w nieskończoność. Jednak czas psychologiczny posiada granicę podzielności w postaci najmniejszego odcinka czasu jaki jesteśmy w stanie świadomie uchwycić. Tak jak próg wrażliwości na światło, istnieje próg wrażliwości czasowej (dla bodźców w różnych modalnościach jest różnie ale np. wzrokowo bodźce odległe mniej niż 100ms zlewają nam się w jeden) możemy sobie jedynie wyobrazić istoty o „szybszej” świadomości niż nasza, dla których nasze „teraz” będzie np. tygodniem. Z punktu widzenia tych istot będziemy się wydawać istotami zatrzymanymi w czasie. Naszego psychologicznego”teraz” nie da się sprowadzić do nieskończenie małej teraźniejszości fizycznego kontinuum! Doświadczamy ciągłości czasu ( nie doświadczamy dziur w czasie), ale jest to ciągłość przenikających się „teraz”, z których każde wydaje się mieć pewną stałą strukturę. Zawiera np. żywą (ultrakrótkotrwałą, sensoryczną) pamięć, tego, co przed chwilą się wydarzyło: retencję. Pisze o niej Husserl w Wykładach z fenomenologii czasu wewnętrznego. Ponad 100 lat minęło od napisania tego tekstu czas więc znowu na poważne rozmowy o czasie!

Koniec wakacji filozofa

To przedziwne coś, co zwykle określamy jako „czas” i mierzymy przy pomocy zegarków i kalendarzy, bo rzekomo to coś płynie sobie jednostajnie w równiutkich odstępach niezależnie od tego, co się z nami dzieje, to coś nie istnieje! Tegoroczne wakacje minęły z jeszcze większą prędkością niż rok temu, utwierdzając mnie w podejrzeniach, co do oszukańczej natury tego czegoś. Posiwiałem, przybyło mi zmarszczek (informacja dla Pań: chodzi o zmarszczki mimiczne obecne u młodych ludzi o żywej mimice twarzy)  ale Jestem w środku dokładnie taki sam jak 20 lat temu.  Dokładnie. To znaczy, że to coś, co nieustannie sprawia, że jestem tym kim jestem jest zupełnie niewrażliwe na upływ czasu mierzony obrotami sfer niebieskich.  Gdyby nawet obroty ciał ustały moje myśli następowałyby jedne po drugich w porządku czasowym…Istniałoby „teraz”, w którym myślę o końcu wakacji i kolejne „teraz”, w którym myślę o Pogadalni. Każde z tych „teraz” ma różną treść, jednak podobną strukturę, która wydaje się całkowicie pozaczasowa. Jeśli przyjrzeć się strukturze „teraz” widać wyraźnie, że jest ona wieczna, całkowicie niewrażliwa na upływ czasu. Zmieniają się doznania, wrażenia, treści o których myślimy jednak przechodzą one wszystkie przez to samo OKNO TERAŹNIEJSZOŚCI, którego czas się nie ima…