Archiwa tagu: Albert Einstein

Coffeelosophy XLIV – czyli tęsknota za beztęsknotą

Pandemia odsłoniła przed wieloma osobami ich tęsknoty; zarówno te głęboko ukryte, jak i te tuż pod powierzchnią skóry, inne zaś, dobrze znane uwydatniła w intensywniejszej postaci. Również członkowie Pogadalni tęsknią za sobą, za żywym kontaktem… Wiele wskazuje na to, iż wytrwałość zostanie wkrótce nagrodzona. W najbliższy pierwszy wtorek miesiąca spotkamy się w formule filozoficznej kawiarenki. O nowym miejscu wspomnę poniżej.

***

Ludzie z tęsknotami mają problem. To zdanie można rozważać na dwa sposoby: po pierwsze ludzie mają problem ze swymi tęsknotami, po drugie ludzie przez tęsknoty mają problem. Skąd się bierze tęsknota? Z braku. Z niedostępności przedmiotu swych tęsknych westchnień. Tęsknota jest pouczająca: uświadamia na czym nam zależy, ćwiczy cnotę cierpliwości (jeśli jest szansa powrotu do obiektu westchnień), każe oswajać poczucie straty (jeśli ów obiekt jest trwale poza zasięgiem). Jednym odbiera siły i radość życia, innych uzbraja w nadzieję i popycha do działania. Bywa również inspirująca, czego przykładem są liczne dzieła sztuki, jakich świat by nie oglądał, gdyby ich autorzy za czymś nie tęsknili. No, i o ileż uboższe byłoby bajanie Homera, gdyby Odys nie tęsknił za domem. Generalnie jednak, jest to uczucie przykre, destrukcyjne i budzące frustrację.

Tęsknota często kreuje mylne wyobrażenia o wytęsknionym przedmiocie, idące w stronę idealizacji i upiększania. A potem, jeśli dane będzie komuś wrócić do tego, za czym tęsknił, często spotyka go rozczarowanie, pt. „inaczej to pamiętałem”. Wszystko dlatego, że tęsknota rozgrywa się w naszej wyobraźni. Towarzyszą jej obrazy upiększonych wspomnień oraz scen przedstawiających, jak wyglądałby powrót. Jedno i drugie jest do pewnego stopnia złudzeniem, lecz nawet gdy to sobie uświadomić, w niczym nie przynosi to psychicznej ulgi. Rozwiązaniem mogłaby być postawa stoicka, czyli studzenie emocji, opanowanie uczuć. Wiadomo, nie da się ich okiełznać siłą woli, czy mocą rozumu – są niezależne od nas, ale chodzi o to, by nie zawładnęły nami i naszymi decyzjami. Zatem z jednej strony wspomnienie czegoś niedostępnego, owiane miłymi skojarzeniami, z drugiej powściągliwość i dystans wobec nieracjonalnych podszeptów naszej uczuciowej sfery. Proste… a jakże trudne zarazem.

***

Gdy się nad tym głębiej zastanowić, można dojść do wniosku, że winę za nasze cierpienia ponosi wcześniejsze przywiązanie do kogoś, lub czegoś, nie zaś tęsknota, która jest wtórna. Co z tym począć? Buddyzm rekomenduje porzucenie wszelkiego przywiązania. Nie jest to łatwe. Albert Espinosa radzi: Musimy się nauczyć tracić. Ja sądzę, że łatwiej byłoby się nauczyć nie zdobywać. Dużo łatwiej – aczkolwiek dzieje człowieka to historia podbojów, świadcząca o nienasyconym apetycie. Gdyby jednak udało się powstrzymać, albo choć ograniczyć zdobywanie – czy to bogactw, czy sławy, czy to władzy, czy serc, czy to wrażeń z podróży, czy doznań estetycznych, tudzież duchowych i intelektualnych – wówczas mniej by człowieka wiązało, również emocjonalnie. A tak… Człowiek, mimo posiadania wolnej woli i możliwości wyboru, nie jest władny w pełni kontrolować sfery uczuć. Szkoda, bo przydałoby się opanować takie umiejętności, jak wystrzeganie się afektów, unikanie budowania relacji, świadome nie zacieśnianie więzi. Wszak naraża nas to na ból, żal i zgryzotę.

Inaczej podchodził do tego poeta Alfred Tennyson, mówiąc: Lepiej kochać i utracić, niż nigdy nie zaznać miłości. Poniekąd wtórował temu Albert Einstein, dokonując swoistego bilansu: Miłość niesie ze sobą wielkie szczęście, o wiele większe od bólu, który przynosi tęsknota. Czy rzeczywiście? Dlaczego natura uznała, iż większą korzyścią dla ludzi jest zdolność do miłości, przyjaźni, polubienia, choćby i okupiona zestawem przykrych konsekwencji w obliczu straty – niż możliwość swobodnego uwolnienia się od uczuć i emocji? W takiej kosmicznej kalkulacji to musi się jakoś opłacać, musi wychodzić na plus, bo gdyby dochodziło do zrównoważenia zysków i strat wydawałoby się to niezbyt ekonomiczne. Dlatego ze słowami Tennysona nie zgadzał się inny człowiek pióra, Harlan Coben, stwierdzając: Lepiej kochać, a potem płakać. Następna bzdura. Wierzcie mi, wcale nie lepiej. Nie pokazujcie mi raju, żeby potem go spalić. W podobnym kierunku zmierzają słowa, jakie Adam Mickiewicz zawarł w Dziadach: Kto miłości nie zna, ten żyje szczęśliwy, i noc ma spokojną, i dzień nietęskliwy.

***

Kto tęskni, cierpi. A cierpienia należy unikać (co prócz Buddy powtarzał też Epikur). Nurzanie się w tęsknotach, zadręczanie wyidealizowanymi obrazami, a już znajdywanie w tym upodobania, wygląda na zwyczajnie niezdrowe. Należy żyć bieżącym czasem i ze stosowną przezornością wypatrywać przyszłości. Tymczasem wokół jest mnóstwo złamanych serc, osób samotnych, żałobników, ludzi pogrążonych w depresji. Trafnie ujęła to Olga Tokarczuk: Jak wygląda świat, kiedy życie staje się tęsknotą? Wygląda papierowo, kruszy się w palcach, rozpada… Po co człowiekowi tęsknota, po co ten dojmujący probierz ważności. Bylibyśmy zdrowsi i szczęśliwsi mogąc z niej zrezygnować.

Wiem, wiem – zaraz ktoś się oburzy; jak mogę odrzucać tęsknotę za bliską osobą, nostalgię za ojczyzną, za rodzinnym domem, za dawną pasją, itp. Przede wszystkim nie mogę odrzucić, choć niejednokrotnie bardzo bym chciał. Jednakowoż, gdyby się udało, to czy sprzeniewierzyłbym się wszystkiemu, co cenne. Odrzucenie, czy wygaszenie tęsknoty, nie zmieni ważności tych osób, wartości miejsc i wspominanych czynności. Natomiast pozwoli lepiej radzić sobie z czasem, na jaki zmuszeni jesteśmy być od tego wszystkiego daleko.

W wierszu Moja piosnka Cyprian Norwid pisał o nostalgii, zaczynając od słów opisujących, czego mu brak:

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba
Podnoszą z ziemi przez uszanowanie
Dla darów nieba,
Tęskno mi, Panie.

Do kraju tego, gdzie winą jest dużą
Popsować gniazdo na gruszy bocianie,
Bo wszystkim służą,
Tęskno mi, Panie.

W końcowych zaś strofach utworu znajduje się wyznanie, świadczące jak nieznośne jest tęsknienie a nawet myślenie o kraju. I, najwyraźniej w obliczu utraty nadziei na odmianę losu, Norwid zwraca się do Boga słowami:

Do beztęsknoty i do bezmyślenia, (…)
Tęskno mi, Panie.

Kiedy bowiem nie sposób odzyskać przedmiotu tęsknoty, rodzi się pragnienie przynajmniej uwolnienia od ciężaru tego uczucia. Smutek po stracie, szczególnie przy świadomości jej nieodwracalności, nie ma dobrych stron. Moim zdaniem fundamentalnym motorem ludzkich poczynań jest unikanie straty. Człowiek, który choć na moment poczuł się szczęśliwy, tracąc kontakt ze źródłem tegoż szczęścia, odczuwa ból i żal. Toteż trudno mi zgodzić się ze słowami Sokratesa, który rzekomo powiedział, iż Szczęście to przyjemność, której się nie żałuje. Przypuszczam, iż miał na myśli prawdziwe szczęście, do którego doszło się drogą mądrości, w dobry, sprawiedliwy sposób. I to szczęście zapewne jest trwałe. Trzeba jednak uczciwie zauważyć, iż taki rodzaj szczęścia dany jest nielicznym.

Większość z nas uszczęśliwia się w mniej doskonały sposób. Jako, że dozgonnego szczęścia nie zaznajemy, to i przyjemność obcowania z nim bywa krucha. Zatem, kontynuując odniesienie do myśli Sokratesa, tej naszej zwyczajnej przyjemności nie żałuje się tylko tak długo, jak długo ma się do niej dostęp. No, a poza nią są jeszcze przyjemności grzeszne, które kończą się poczuciem winy i żalem wyrażanym np. w konfesjonale. Utraconej przyjemności można więc żałować. I potwierdziłby to z pewnością wspomniany Epikur, który też utożsamiał ją ze szczęściem. A rozdzielenie człowieka z tym, co stanowi źródło przyjemności to oczywisty powód nieszczęścia. W omawianym przykładzie, nieszczęścia, któremu na imię tęsknota.

Spotkamy się w Dzień Dziecka i zapewne niejedna osoba wyzna, iż tęskni za dzieciństwem. Przytaknie też słowom Stefana Żeromskiego: Każdy ma swoje miejsce ulubione w dzieciństwie. To jest ojczyzna duszy. Ja akurat takowej nostalgii nie przejawiam. Niezbyt szczęśliwe dzieciństwo uchroniło mnie od rzewnych wspomnień. Oto sposób na tęsknotę – nie doświadczyć czegoś, po czym strata byłaby bolesna. I precz z sentymentalizmem! Przesadziłem?

***

Zapraszam 1 czerwca o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: tęsknota za beztęsknotą. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć, a być może potęsknić.

4/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXX – czyli bezsens sprawiedliwości

W pierwszy poniedziałek lutego Pogadalnia spotka się w formule filozoficznej kawiarenki i rozważy sensowność sprawiedliwości.

Maarten van Heemskerk, Sprawiedliwość (1556)

Wyobraźmy sobie dwa królestwa. W jednym za każde złamanie prawa winnego czekała nieuchronna kara. W drugim nie przykładano do tego dużej wagi i często poddanym przewinienia uchodziły płazem. W pierwszym królestwie, mimo, że kary były adekwatne i nieuniknione, to przestępstwa i tak się powtarzały. W drugim przestępstw było z grubsza tyle samo, ale rzadko kogoś za nie ścigano. Pytanie brzmi: czy nieefektywna, bezowocna sprawiedliwość ma sens. Jeśli nie zapobiega ponownym występkom, to może w ogóle nie ma znaczenia. Czy sam fakt, że zbrodnia zostaje zawsze ukarana, sprawia, iż społeczeństwo w pierwszym królestwie jest bardziej moralne, niż w drugim? Wszak w obu nadal dochodzi do kolejnych przestępstw.

Nie mogąc znaleźć sprawiedliwości znaleziono siłę.

Blaise Pascal

Powyższy przykład dwóch królestw jest tylko wymyśloną historyjką. Wesprę go zatem czymś z życia wziętym. Kiedy byłem dzieckiem – a pełnoletniość osiągnąłem prawie trzydzieści lat temu – za niemal każde przewinienie czekała mnie bardziej lub mniej surowa kara. Piszę „niemal” gdyż na szczęście nie wszystkie błędy dziecięctwa wyszły na jaw. A że karę cechowała cierpliwość, to dotąd mnie czekała, aż się w końcu doczekiwała. Co nierzadko przyjmowałem z ubolewaniem uszu, kończyn i części poślednich – ponieważ standardem była kara fizyczna, plus ewentualne bonusy, jak szlaban na coś, dodatkowe obowiązki, wnikliwszy dozór itp. Nie byłem jednak w tym odosobniony. Bito mnie, bito moich kolegów. Bili rodzice, bili nauczyciele (oj! dłoń smagnięta linijką piekła przez całą lekcję, ale człowiek i tak wolał to, niż pałę z zachowania, albo pisemną uwagę w zeszycie do podpisania przez rodzica). Dostawaliśmy karę, czy nawet lanie, a po pewnym czasie – no, cóż – znowu byliśmy nieposłuszni. I ponownie dostawaliśmy w skórę. A potem, niepomni uprzednich nauk, pakowaliśmy się w kolejne kłopoty. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVIII – czyli nie módl się o pokój

Stare łacińskie porzekadło głosi: Si vis pacem, para bellum – innymi słowy Qui desiderat pacem, praeparet bellum. Czyli po Liwiuszu z Wegecjusza na nasze: Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Na pierwszy rzut oka brzmi to, jak sprzeczność zdań, jak jakiś oksymoron. Tymczasem, mógłbym rzecz ująć słowami: jeśli marzy ci się zachować pokój, to bądź stale przygotowany do wojny, by w każdej nieoczekiwanej chwili skutecznie go bronić. Na szczęście starożytni ujęli to zwięźlej, co pewnie zawdzięczamy ich manii utrwalania sentencji w kamieniu; komu bowiem chciałoby się ryć dłutem długie aforyzmy.

Wróćmy do cytatu. Co prawda przesłanie brzmi, że warunkiem pokoju jest przygotowanie militarne, lecz komunikuje też w pierwszym członie, że celem jest pokój. Z góry zakłada, że o niego tu chodzi i dla niego należy się sposobić do ewentualnej walki. Mimo użycia słowa „Si” (jeśli) a w drugim cytacie „Qui desiderat” (kto chce) – to owo zdanie warunkowe jest jakby retoryczne. Czyli ma wymowę: jeśli chcesz pokoju, a zakładam, że chcesz, to dam ci radę – uzbrój się. A w drugim cytacie: kto chce pokoju, a zakładam, że każdy – niech się zbroi. Dlaczego ludzie wzniecają wojny? Bo albo chcą coś pozyskać, albo odzyskać. I są to dobra bardzo konkretne, jak terytorium, bogactwa, władza, lub piękna Helena – albo bardziej abstrakcyjne, jak honor, wolność, religia, prawda i paradoksalnie pokój. U podstaw leży więc jakieś silne pragnienie (i często przeczucie sukcesu). A co leży u podstaw pragnień? Czytaj dalej

4.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XIII – czyli udział w wieczności

Pogadalnia Filozoficzna – w myśl idei wychodzenia do ludzi – zaprasza na kolejne spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki. Jak w każdy pierwszy poniedziałek miesiąca.

Jako dzieciak, widywałem w starych góralskich chałupach na głównej belce pod sufitem wyryte słowa: „Bóg widzi, czas ucieka, śmierć goni, wieczność czeka”. I rzeczywiście, długie lata wyobrażałem sobie wieczność, jako coś, czego doświadczę dopiero po śmieci. Coś, co istnieje, gdzieś tam: w górze albo na dole, jakaś inna rzeczywistość. Inny wymiar, który na mnie czeka, który się uruchomi, kiedy już zamknę oczy na wieki. Inna sprawa, że silniej na mnie oddziaływało w tej sentencji przesłanie, że zostanę wówczas ze swego życia rozliczony. Przez wszystkowidzącego Boga, stwórcę całego, nieskończonego wszechświata.

Wszechświat ma określony czas za sobą (prawie 14 miliardów lat), a przed sobą – zdaje się, że dużo więcej. Nasz układ słoneczny ma mniej szczęścia, bo licząc sobie 4,6 mld lat jest już na półmetku. Za jakieś 5 mld lat Słońce sprawi nam psikusa. Choć biorąc pod uwagę, że już za 3 mld lat z naszą galaktyką – Drogą Mleczną zderzy się Galaktyka Andromedy, to niewykluczone, iż inna gwiazda spłata nam figla wcześniej. Tak po prawdzie, zatem, więcej mamy historii, niż czeka nas przyszłości.

Jeśli biblijne pojęcie „końca świata” dotyczy naszej Ziemi, to i tak strasznie długo przyjdzie nam czekać na zapowiadany sąd ostateczny, po którym jednych czeka wieczność w raju, a drugich wieczne potępienie. Zdążymy się mocno wynudzić w poczekalni, ale ten czas to i tak drobnostka w porównaniu z niewyobrażalną wiecznością. No właśnie, czy słuszne jest takie postrzeganie wieczności, jakie pojawiło się u mnie w góralskiej izbie? Czy faktycznie wieczność czeka, aż się kiedyś w niej znajdziemy. Przecież już obecnie mamy w niej swój udział. W momencie Wielkiego Wybuchu zrodziła się czasoprzestrzeń, a tym samym ruszył czas. I chyba można rzec, że ruszył ku wieczności, albo że ją rozpoczął, niejako otwarł – od razu całą; te miliardy lat, które dla nas są przeszłością i te niepoliczalne miliardy w przyszłości. A my, już teraz, za życia, zajmujemy tego cząstkę.

Podobnie jak zasiedlamy cząstkę nieskończoności wszechświata. Widoczna część kosmosu ma rozpiętość ponad 90 mld lat świetlnych, a niewidoczna sięga dalej. W tej dostrzegalnej części jest ponad 100 miliardów galaktyk, od karłowatych liczących sobie od miliona do kilku miliardów gwiazd, po galaktyki-giganty obejmujące nawet bilion gwiazd. Łącznie w widocznej części uniwersum istnieje jakieś 300 tryliardów (300 000 000 000 000 000 000 000) gwiazd. Nie sposób zgadnąć, ile wokół nich krąży planet i księżyców. I ja, każdy mój atom, każda komórka, to część składowa tej przeogromnej całości.

Moje odczucia, ani spostrzeżenia nie są niczym nowym. Jednak miło przekonać się, że mądrzejsi też to przetrawili. Niedawno natknąłem się na myśl Giordano Bruno, który wyraził się tak: „Będąc człowiekiem, nie jestem bliższy nieskończoności niż gdybym był mrówką, ale też nie jestem dalszy, niż gdybym był ciałem niebieskim”. Czyż to nie krzepiące? Nie jesteśmy ani bliżej, ani dalej od nieskończoności, czy od wieczności, bo de facto od swego początku jesteśmy w nich zanurzeni. Bez względu na swój światopogląd, czy wyznanie religijne. Pewien znajomy filozof rzucił kiedyś, że wieczność jest tu i teraz.

Nie ma więc sensu zabiegać o wieczność. A jednak wielu ludziom zależy na długowieczności, na wiecznym życiu doczesnym, wiecznej młodości. Zwłaszcza, jeśli wątpią, czy wręcz nie wierzą w inną formę bytowania po śmierci. Na przykład słynny ateista Stanisław Lem, stwierdził, iż „Medycyna może być niezłym oknem na nieskończoność”. Ja dodatkowo pokładam nadzieję w nanotechnologii. Gdy jednak okazuje się to wciąż pieśnią przyszłości, wielu stara się, by chociaż nie wszystek umrzeć, lecz znaleźć miejsce w wiecznej pamięci. Pragną zdobyć wieczną sławę, zostawić po sobie trwały ślad. Sprowadza się to do sytuacji, w której ich wieczność zależy od istnienia kogoś, kto będzie dostrzegał te pozostawione ślady. Jaką to jednak robi różnicę umarłemu, jaką przynosi mu satysfakcję, jakie może mieć dlań znaczenie, choćby pamięć o nim trwała przez wszystkie pokolenia ludzkości. Wszak można się tym cieszyć tylko za żywota. Rojenia o czymś później to smutna głupota.

Pozytywka kadrZapraszamy zatem 6 marca o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: udział w wieczności.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i zatopić się w nieskończoności, do której Albert Einstein odniósł się następująco: „Tylko dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien co do tej pierwszej.” A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich. 4.17/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Filozoficzna teoria względności

[show_avatar email=10 align=left avatar_size=40] Po niedawnym podwójnym wykładzie o względności w fizyce i filozofii czułem pewien niedosyt. Dwóch prelegentów odnosiło się do pojęcia względności z punktu widzenia własnej profesji. Ogólna i szczególna teoria względności Einsteina zdominowała spotkanie, przykuwając uwagę słuchaczy, a tymczasem w filozofii jakby nic się nie działo – podczas gdy mi jawi się ona tak bogatą w różnorakie podejścia do tych samych zagadnień, a nawet do zagadnienia samego relatywizmu.

Filozofia nie lubi generalizacji. Zatem funkcjonujące w potocznym języku stwierdzenie, że wszystko jest względne, pewnie razi poważnych filozofów. Ja mam ten przywilej, że nie jestem zawodowym filozofem i niektóre reguły mnie nie obligują. Mimo to przyznaję, drażni mnie gdy słyszę: punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. To tak, jakby istnienie relatywizmu miało tłumaczyć a nawet legitymizować wszelką różnorodność, w tym poglądów i osądów. Muszę jednak wyjawić, iż drzemie we mnie pewien dysonans. Z jednej bowiem strony odpowiada mi myśl, że gdy coś jest prawdziwe, to jest takie zawsze. Prawda pozostaje nią bez względu na czas, miejsce, okoliczności, obserwatora, kontekst etc. A jeśli okazuje się inaczej, to oznacza, że nie mam do czynienia z prawdą, lecz z jej pozorem. Z drugiej strony, mój rozum potrafi pogodzić się z istnieniem różnych punktów widzenia na tą samą rzecz. Aczkolwiek częstokroć nie potrafi zaakceptować tego, jak przekłada się to na rzeczywistość (o czym wspomnę na końcu). Czy takie rozdarcie to niekonsekwencja, czy coś dopuszczalnego?

Nie przekonuje mnie przykładowo Protagoras, i to, że człowiek jest miarą wszystkiego. Że prawdziwe jest to, czego dana osoba faktycznie doświadcza, podobnie jak i to, czego doświadcza jej towarzysz, choć tą samą sytuację postrzega inaczej. Dla mnie to nie relatywizm, a subiektywizm. Bo prawda o rzeczywistości jest jedna, a tylko odbiór różny, zależnie od indywidualnych cech percepcji. Kiedy dwie osoby wejdą do jeziora, jedna może powiedzieć, że woda jest ciepła, druga, że jest chłodna i – co ważne – żadna z nich nie skłamie. A przecież prawda o wodzie jest tylko jedna – np. że ma 20 stopni Celsjusza. Reszta jest prawdą o poszczególnych odczuciach tych osób. Czyż nie byłoby lepiej, gdyby jedna z osób powiedziała, że w tej wodzie jest jej w miarę ciepło, a druga, że trochę zimno? Czytaj dalej

3.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)