Archiwa tagu: odpowiedzialność

Księża pedofile jako bogowie składani w ofierze. Druga medytacja nad Jungowskim seminarium “Zaratustra Nietzschego”

Motto: 
Pewność, że trzyma wreszcie w ręku Jana Valjean, wydoby­ła na jego twarz wszystko, co miał w duszy. Poruszone głębie wypłynęły na powierzchnię. […] Radość Javerta biła z jego władczej postawy. Na niskim czole malowała się brzydota takiego triumfu. Była w tym cała skala ohydy, jaką ma do dyspozycji twarz zadowolona.

Victor Hugo, Nędznicy

Pedofilia jest zbrodnią odrażającą, niewybaczalną i nieprzedawniającą się. Po takim wstępie czytelnik może spodziewać się już tylko jednego: niepokojącego “ale…”

Co stoi za dzisiejszym naszym, waszym i moim, świętym oburzeniem? Czym w ogóle jest owo “święte oburzenie”? Jakie są jego źródła?

Żeby to zrozumieć, trzeba zastanowić się nad sposobem, w jaki nasz umysł radzi sobie z winą. Już Epiktet wiedział, że nikt nie chce być zły. Ludzie robią różne rzeczy, ale żadnej z tych rzeczy nie byliby gotowi uznać za zło, a w szczególności za zło w czystej postaci. Bywają zła konieczne, na które człowiek rozsądny musi przystać. Bywają nawet takie, których sam musi dokonać, bo ratują one wspólnotę, do której należy. Wszystkie te postępki łamiące odwieczne przykazania moralne, takie jak nie zabijaj, albo nie kradnij, są jednak przy pewnym rozumieniu dobre. Uświęcają je dobre intencje, którymi nieodpowiedzialni moraliści chcieliby wybrukować piekło. Pedofilia jest inna. To grzech, który nie może być niczym usprawiedliwiony. Ani winami ofiar, ani żadnym wyższym dobrem. Majciarz krzywdzi niewinne ofiary dla własnej przyjemności. Zgroza jest tutaj zrozumiała. No i gdzie ja tutaj wcisnę to moje “ale”?

Ale, czy pedofilia nie jest tylko wyolbrzymionym do monstrualnych rozmiarów grzechem naszym codziennym? Czy wszyscy jak tu przed komputerami siedzimy, albo przed komórkami się pochylamy, nie robimy na mniejszą skalę tego samego. Modelem życia współczesnego jest nierozumna troska o własne przyjemności, bez żadnego uważania no to, co dobre albo uczciwe. Życie mieszkańca dzisiejszego opływającego w tłuszcz mieszkańca Zachodu jest przecież niczym innym jak ciągłą pogonią za pozbawioną moralnego, a nawet praktycznego sensu przyjemnością. Wszyscyśmy zbłądzili i nie ma wśród nas sprawiedliwego, nie ma ani jednego. No, ale nie krzywdzimy, powiecie. Nie gwałcimy przedszkolaków, nie zabijamy zerówkowiczów, nie uwodzimy nieletnich. A jednak? Czy wydobywany w Kongo koltan, bez którego nie mielibyśmy dostępu do Facebooka i Instagrama wydobywają roboty? Czy chińskie fabryki z rozwieszonymi siatkami wokół mającymi zapobiegać samobójstwom pracowników produkujących IPhony to wymysł wyobraźni? Wszystko to chyba niestety prawda. Bolesna prawda. Nie dla nas bolesna, rzecz jasna. My cierpimy już głównie z przejedzenia i przebodźcowania, które sami sobie fundujemy. I dlatego potrzebujemy winnych ofiar. Niech będą jak najgorsi - źli na miarę naszego zepsucia. Niech spadną na nich wszystkie plagi egipskie. Byleśmy tylko mogli w spokoju spocząć przed telewizorami zbudowanymi przez nieletnich niewolników. Byleśmy tylko mogli nadal spoczywać w naszym niezasłużonym świętym spokoju. Wiemy o tym od dawna:

Zbrodniarz ma do odegrania pewną rolę społeczną […] toteż zawsze nadaje się mu godność w akcie swego rodzaju rytualnego uznania jego zasługi; a zatem najpierw odbywa się długi przewód sądowy z sędziami w perukach i togach, następnie procesjonalnie prowadzi się go pod gilotynę czy na szubienicę, z biciem werbli, w szpalerze żołnierzy i wśród gawiedzi, po czym zostaje zabity.

Najlepiej pasują do tej roli księża. Oni są dla nas ważni. Budzą respekt, który możemy zdeptać. Ksiądz, który idzie na dno, jest odpowiednią ofiarą dla bogów i przebłaganiem za grzechy nasze i całego świata. Możemy w końcu poczuć się czyści. My przynajmniej nie gwałcimy dzieci — niech więc pomsta spadnie innych.

Pomsta za grzechy nie może się jedna zadowolić byle kim. Ten, który zostanie pożarty, musi coś znaczyć. Księża się do tego celu szczególnie dobrze nadają. Politycy też byliby dobrzy, ale oni są za silni — nie damy rady ich wprowadzić na stosy ofiarnicze. Celebryci jak Polański?— oni też byliby dobrymi ofiarami. Całopalenie z mieszkańców światów stworzonych przez Super Ekspresy i Pudelki dałyby pewien umiarkowany rytualny efekt. Tylko że w odniesieniu do polityków i celebrytów nie mamy złudzeń (tak potrzebnych nam w tej robocie) co do ich poziomu moralnego. Oni nic nie znaczą na wadze moralnej.

Co innego księża. Każdy ich grzech woła o pomstę do nieba i możemy wykarmić własną małość moralną słusznym (oczywiście, że słusznym!) oburzeniem w obliczu ich zbrodni. Oni głoszą prawdy moralne, oni są odpowiedzialni, oni mieli być lekarzami dusz i zawiedli. Wspólnota teraz może się oczyścić. Trucizna wołającego o pomstę do nieba grzechu jest jedyną, jaka może nam pomóc. Minęły już czasy, gdy wystarczyło oburzać się na łapówkarzy i cudzołożników. To za małe grzechy jak na nasze potrzeby. Teraz musimy robić sobie moralną lewatywę, potępiając publicznie gwałcicieli dzieci. To wiele o nas mówi. Jesteśmy tak zepsuci, że uleczyć mogą nas już tylko najsilniejsze leki, takie, które gdybyśmy ich przyjęli nieco więcej, mogłyby nas zabić. Niech zatem grzeszą ci, którzy powinni być święci. Niech zakonnicy gwałcą noworodki, niech papieże pławią się rozkoszach. Za nasze grzechy muszą umierać bogowie:

[…] na Wschodzie często praktykuje się ów mądry zwyczaj polegający na tym, że mordercę czyni się przedstawicielem boga składanego w ofierze, tak jak czyniono to na przykład w Meksyku; jego ciało otwierano, wyjmowano bijące jeszcze serce, uważano go za boga, który brał na siebie grzechy całej społeczności.

To jest odpowiedź na nasze wątpliwości! Żebyśmy się mogli oczyścić, musimy uśmiercić Boga. Z braku laku, nasz głód ofiarniczy będą musieli zaspokoić jego przedstawiciele. To nam pozwoli wrócić do codzienności i świętego spokoju. Przynajmniej na jakiś czas… Aż do momentu, w którym znowu będziemy potrzebowali rytualnej projekcji winy i znowu zaczniemy szukać winnych naszych grzechów.

Film Sekielskich obejrzało już pewnie z piętnaście milionów widzów. Piętnaście milionów ludzi znalazło przyjemność, a może nawet radość w oglądaniu cudzego upadku. Radość, o której pisał Hugo, że jest najbardziej przerażającym z ludzkich uczuć. Tak czy owak, piętnaście milionów ludzi mogło tymczasem zapomnieć o swoich grzechach. Brawo my…

Dobrze, że są jeszcze tacy zbrodniarze, bo inaczej musielibyśmy zabrać się za niewinnych. Myślę, że i do tego przyjdzie.

Cześć!

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Filozofie, ulecz siebie samego, czyli testowanie własnej odpowiedzialności

 Zawsze fascynowały mnie opowieści Diogenesa Laertiosa o filozofach, którzy swoim życiem potwierdzali głoszone idee. Z większym i mniejszym powodzeniem, raczej z naciskiem na mniejszym, staram się by tak jak klasyczni filozofowie jednoczyć filozofię i życie. Próbuję wykorzystać każdą okazję do praktyki. Ostatnio brałem udział w IX Forum Etycznym, które było poświęcone odpowiedzialności. Cyklicznie organizowane przez prof. Dorotę Probucką konferencje zawsze są świetnie zorganizowane i panuje na nich wspaniała atmosfera. Program konferencji był przebogaty i atrakcyjny. Szczególnie zainspirował mnie przeprowadzony przez prof. Piotra Bartulę wywiad z Makbetem.

Niesiony przykładem Makbeta postanowiłem z kolegami profesorami nie tylko teoretyzować, ale praktycznie zmierzyć się z wyzwaniami losu i przetestować kwestię odpowiedzialności. Piękna pogoda i początek lata — aż się prosiło, by wyjść na miasto wieczorem i popróbować sprawdzić siebie. Przyjrzeć się swojej odpowiedzialność w piciu piwa, innych alkoholi i tzw. imprezowaniu. Ponadto chcieliśmy jak nasi dawni poprzednicy, Klasyczni Mistrzowie Filozofii, dać przykład młodzieży doktoranckiej, aby naocznie się przekonała, że profesura nie tylko mówi o odpowiedzialności, ale również takową urzeczywistnia w trudnych sytuacjach pokusy. Niech młodzież uczy się doskonalenia w cnotach, idąc za przykładem swoich nauczycieli. Wzorem Sokratesa odważnie zanurzyliśmy się w życiu ulicy. Trzeba się przecież konfrontować z rzeczywistością miasta, a nie zamykać się w akademickich murach, gdzie nic nas nie dopadnie, nie zagrozi pozycji oraz dobremu samopoczuciu. Bycie w świecie, na ulicy, uczestniczenie w życiu ulicy, to przecież tradycyjne zajęcie filozofa. Ruszyliśmy ku wezwaniu, podjęliśmy wyprawę. Szczegółów wyprawy nie będę tutaj zdradzał, było to coś między Władcą Pierścieni a Kac Vegas 😉

Ostatecznie odnieśliśmy zwycięstwo moralne. Pokazaliśmy młodzieży, że filozofowie akademiccy nie zamykają się w bibliotekach i mężnie stawiają czoła wyzwaniom współczesnego życia imprezowego miasta. Filozofia to życie, a prawdziwa odpowiedzialność sprawdza się w praktyce, gdy trzeba stawić czoła wyzwaniom. Primum vivere, deinde philosophari. TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Odpowiedni, odpowiadający, odpowiedzialny

Niedawno, na spotkaniu Pogadalni, już w pierwszych zdaniach Wielki Pogadalnik zdradził, że przyszedł z tematem, który dopiero co omawiał na zajęciach ze studentami. Było to tak, jakby ktoś przyszedł z biesiadowania przy ognisku i przyniósł na sobie znajome zapachy. Wywołał tym nie tylko przyjemne skojarzenia, ale równocześnie pobudził apetyt na pieczone kiełbaski oraz ziemniaki wyjmowane z popiołu i parzące palce podczas niecierpliwego obierania ze skórki. Zaś tym tłuszczykiem na brodzie i popiołem na palcach było zagadnienie odpowiedzialności. Konkretny wątek, który chciał kontynuować, to bycie odpowiedzialnym. Nie ukrywam, zaintrygowało mnie to, gdyż sądziłem, że rozmowa potoczy się w kierunku rozważań nad jednostką i jej poczuciem odpowiedzialności za siebie, względem siebie, przed samym sobą. A następnie jakie przynosi to następstwa wobec świata. Tymczasem dysputa potoczyła się w stronę odpowiedzialności, jaka zachodzi w relacjach z innymi ludźmi, odpowiedzialności za rodzinę, odpowiedzialnego traktowania obowiązków zawodowych, a nawet pra-odpowiedzialności Adama i Ewy i w tym kontekście zrzucania jej na kogoś… Szkoda. No, w każdym razie ja żałuję, że mój rozbudzony apetyt trafił na ziemniaka, który wytoczył się z popiołu i został surowy w środku.

Człowiek okazuje się odpowiedzialny, gdy odpowiadając za swoje czyny, nie wzbudzi wątpliwości, że zachował się odpowiednio. Odpowiedzialność to gotowość, ale i zdolność bycia odpowiednim i odpowiadającym. Odpowiadać innym z jednej strony przypomina to, jak komuś coś przypada do gustu; odpowiedzialność jest dobra, a ktoś dobry nam odpowiada, podoba się. Z drugiej strony to odpowiadanie na oczekiwania, potrzeby, wymogi. Niby wszystko to oczywiste, ale… Jak to jest z tą odpowiedzialnością? Czy aby stwierdzić, że zachowujemy się odpowiedzialnie, wystarczy nasze przekonanie o tym, nasze poczucie, iż jesteśmy odpowiedzialni? Wydaje się, że to za mało. Że musi to stwierdzić (potwierdzić) nasze otoczenie. Czyli to w oczach innych powinniśmy się jawić, jako odpowiedzialni. Tylko niby czemu czyjeś kryterium, czyjeś przekonanie ma być słuszniejsze od naszego? Czytaj dalej

3.2/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)