I tak sobie kajaczkiem, kajaczkiem…

Zadumani wioślarze nieśpiesznie i delikatnie mącili ciszę, wodę i atmosferę. Rzeka filozofii nie czeka… Mała Panew też ciągle toczy swe wody. W minioną niedzielę połączyliśmy oba nurty.

No, i popłynęlim. Było nas 15 osób, ale mimo wszystko brakowało nieobecnych, zwłaszcza tych, którzy uczestniczyli w poprzednich spływach. I żal, że nasi nowi sympatycy nie mogli wziąć udziału w tej eskapadzie.

Pogoda okazała się wręcz wymarzona – o czym wspominam osobom, których nie było. I chyba nawet mijani hałaśliwi kajakarze z innych grup – o mniej filozoficznym usposobieniu – nie zdołali nikomu z naszej ekipy popsuć radości obcowania z przyrodą. Drzewa kłaniały się nam, ale żadnemu korona od tego nie spadła. Rozgrzana zieleń spływała po brzegach, nurzając gałązki w chłodzie rzeki. Powalone w wodę konary urozmaicały zajęcie rozleniwionym wioślarzom. Mijane kaczki uśmiechały się kącikiem dziobów, tu i ówdzie jakiś perkoz dał nura lub wychynął spod tafli wody z nastroszonym czubem. A my wiosłami: chlup, chlup, powolutku… raz lewym piórem, raz prawym. Co chwilę jakaś ważka dosiadała się na krótką przejażdżkę, podrygując witrażem skrzydełek. Krowy podchodzące do brzegów, odprowadzały nas pięknym, zamyślonym wzrokiem. I tak: chlup, chlup, wiosło odpychało się od połyskującej toni… Chlup, chlup – i minęły prawie trzy godziny.

A później urządziliśmy grilla. Udał się wyśmienicie. Kiełbaski i kaszanki nabierały temperatury i pyszniły się aromatem roznoszonym w delikatnych obłokach dymu. Na stole połyskiwał soczysty arbuz, kusiły jędrne winogrona i słodkie jeżyny. Chleb, bułki i ciasteczka miały jakby nowy smak. Obok nich rzodkiewki i rukola czekały z pikantnym finiszem, a ser camembert bielił się w pleśniowym kożuszku. Popołudniowe słonko rozpieszczało skórę, rozluźnione umysły uwalniały myśli, a delikatny wietrzyk sprzyjał ich wymianie.

Z połączonych nurtów rzecznej natury, której część zabraliśmy w sobie wysiadając na brzeg i z refleksyjnej natury, jaką stale w sobie nosimy – rozlała się między nami przyjazna rozmowa. Aczkolwiek. Dryfując od rozważań nad rzeką, jako metaforą życia, do stronniczości i tendencyjności mediów, czasem trafialiśmy na mielizny. Momentami dyskusje były gorące, jak kiełbaski i kaszanka, która wybebeszała się na ruszcie. Na szczęście humory się nam nie zwarzyły. Dopiero zmierzch nas podzielił… i każda grupka wsiadła do swojego auta.

Za rok, proponuję powtórkę. Co wy na to?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.