Archiwum autora: Martin Hound

Wredna młodsza siostra filozofii, czyli medytacje nad brodą

Jankowi Sarnie

Po co komu broda? Po co komu mop na twarzy. Porównanie adekwatne, bo, jak podają amerykańscy naukowcy, przeciętna broda mieści w sobie więcej bakterii niż deska klozetowa na dworcu kolejowym. Po co komu zatem taka kosmata kloaka pod samym nosem?

W dzisiejszych, głęboko niesłusznych czasach broda służy głównie do tego, żeby z ogólnej populacji można było gołym okiem wyłowić baristów i wykładowców filozofii. Ci pierwsi noszą brodę dla tych samych powodów, dla których chadzają do manicurzystek i stosują dietę wegańską: chcą się upodobnić do drwali. Ubrodzenie filozofów stanowi natomiast wyraz szacunku, jakim cieszy się wśród tych pociesznych skądinąd ludzi stara tradycja nakazująca wszystkim, którzy wiedzą czym się różni transcendentność od transcendentalności, zapuszczać Szczecin na szczęce.

Wśród filozofów starożytnych największym fanem brody był Epiktet, który sformułował taką oto pochwałę włochatej twarzy:

Czy jest coś bardziej bezużytecznego niż szczeć na brodzie? Jak to? Nie wykorzystała natura tej szczeci do celu możliwie najodpowiedniejszego? Nie uczyniła z niej znamienia wyróżniającego płeć męską od żeńskiej ? Czyliż natura każdego z nas nie woła wprost niedwuznacznie, i to już z daleka: Jestem mężczyzną!? Postępuj ze mną jako z mężczyzną! Rozmawiaj ze mną jako z mężczyzną! Nie dopatruj się we mnie niczego innego! Patrz, oto są znamiona charakterystyczne dla mężczyzn! A jeśli znowu chodzi o niewiasty, to jak zaprawiła natura ich głos jakimś urzekającym powabem miękkości, tak z drugiej strony dała im brodę, co nie porasta szczecią. Nie jestże to może celowe i mądre? Lecz może należało raczej, żeby pozostawiła ludzi bez cech rozpoznawczych, tak iżby byle kto z nas śmiał powiedzieć: Jestem mężczyzną? Jakże piękna ta szczeć, jakże dostojna ta szczeć, jakże czcigodna ta szczeć, będąca tak wspaniałym znamieniem rozpoznawczym! O, ileż wspanialsza ta szczeć od grzywy lwów! O, ileż wspanialsza ta szczeć od grzebieni kogucich! I dlatego należałoby te znamiona rozpoznawcze w miarę możności ochraniać i zachowywać, nie zaś zacierać lub ich się całkiem pozbywać [Epiktet, Diatryby].

Tak więc nosili filozofowie brody. Ale populacja myślicieli zawsze była niejednorodna i wśród rzetelnych argumentatorów i kontrargumentatorów zawsze kręcili się tacy, co to filozofii używają głównie do skręcania panienek i podłączania się do cudzych półlitrówek. Z tego właśnie powodu wśród społeczności filozofów zaczął narastać cichy bunt, który w końcu wyraził się w jednym wielkim pierdnięciu w kierunku filozofii, jakim była twórczość satyryka-cynika Lukiana z Samosat.

Przy okazji wpisu o pożytkach z biedy rzuciłem już kiedyś okiem na dialog pt. Sen albo Kogut, w którym Mikyllos rozmawia o sensie życia ze swoim własnym kogutem, który okazał się być jednym z kolejnych wcieleń Pitagorasa. Teraz muszę wrócić do tego dziełka. Mikyllos był niedawno na uczcie wydanej przez bogatego kolegę Eukratesa, na której miał zająć miejsce zwolnione przez gościa, który nie mógł się stawić z powodu dolegliwości zdrowotnych i któremu lekarz Archibias wystawił z tej okazji pijackie L4 umożliwiające “ominięcie kolejki”. Gościem okazał się Tesmopolis  –  filozof należący do pewnego, rozpowszechnionego w starożytności i niewymarłego do dzisiaj typu filozofów imprezowiczów, którzy nie pozwolą umknąć żadnej okazji do wypicia i zakąszenia. Mikyllos zatem przybył na ucztę, i oto jaka niemiła niespodzianka go spotkała – filozoficzna pokraka jednak się przyczołgała… w lektyce:

Przed drzwiami zastaję kupę gości, a między nimi i owego, co go to przy bankiecie zastąpić miałem; niosło go czterech ludzi w lektyce –  tego, o którym mówili, że jest chory. I rzeczywiście nie najlepiej z nim słychać było, bo kwękał, charkał, kaszlał głucho, i to tak, że ani zbliżaj się do niego; cały był żółty, opuchły – miał z jaką sześćdziesiątkę. Gadali, że to jakiś filozof, jeden z tych, co to chłopcom głowę bajkami zawracają. Istotnie miał jak się patrzy capią brodę, nadzwyczaj długą. Doktor Archibias zaczął go besztać, że jak mógł przyjść tutaj przy takim stanie zdrowia, a on mu na to: „Obowiązek przede wszystkim, zwłaszcza też, gdy się jest filozofem, choćby się nawet tysiąc chorób sprzysięgło! Zaraz by Eukrates pomyślał, że go sobie lekceważymy”. „Ale gdzie tam! – powiadam. – On by cię, owszem, pochwalił, gdybyś tu był nie przylazł, ale w domu został i tam wyrzucił z siebie duszę wraz z flegmą i kopyta wyciągnął”.

Jak widać w tych ciężkich czasach filozofowie się szanowali i byli szanowani. No i dużo pili. Mikyllos został w końcu dopuszczony do popijawy, którą to przyjemność popsuło mu sąsiedztwo filozoficznego pajaca:

Jedno mi tylko cały humor truło, mianowicie sąsiedztwo Tesmopolisa: nie dał ci mi na chwilę spokoju, tylko prawił o jakiejś cnocie, dowodził, że dwa przeczenia dają jedno twierdzenie, że kiedy jest dzień, to nocy nie ma, a czasami przekonywał mnie, że mam rogi na czole. I jakby na gadanie wziął, plótł koszały, opały, choć go nikt o to nie prosił, tak że nie mogłem słuchać, jak na cytrze grali, jak śpiewali, i psuł mi przez to całą zabawę.

Całe szczęście, że filozofowie mieli zwyczaj noszenia “capich bród”, bo idąc ulicą można było dostrzec mędrka już z pewnej odległości i zawczasu dać drapaka, albo, jeżeli na ucieczkę nie starczyło czasu, powiesić się na suchej gałęzi.

Niektórzy jednak (ci mniej spostrzegawczy, albo po prostu mniej rozgarnięci) nadal garnęli się do filozofów i korzystali z ich zbawiennych nauk. Jednego z takich tumanów uczynił Lukian tytułową postacią swojego Hermotimosa. Lykinos spotyka filozoficznego terminatora, i ostrzega go, że pocałuje klamkę Instytutu Filozofii do którego uczęszczał, bo tamtejszy naczelny mędrek jest dzisiaj na tyle wczorajszy, że nie dał rady dowlec grubego dupska na poranne zajęcia:

Lykinos: Teraz nie zastaniesz mistrza, jeżeli mam wierzyć ogłoszeniu. Na bramie wisi tabliczka, na której wielkimi głoskami napisano: DZISIAJ NIE BĘDZIE WSPÓLNYCH ZAJĘĆ FILOZOFICZNYCH. Podobno był wczoraj na uczcie, którą bogacz Eukrates wydał z okazji urodzin córki. Otóż u niego, jak opowiadano, twój mistrz prowadził przy winie wiele dysput filozoficznych i rozzłościł się na perypatetyka Eutydemosa. Przedmiotem kłótni były tradycyjne spory tej szkoły ze stoikami. Od wrzasku rozbolała go głowa i spływały zeń strumienie potu, gdyż dysputa, jak mówią, przeciągnęła się do północy. Myślę też, że musiał sobie za dużo podpić, kiedy obecni przyjętym zwyczajem wznosili toasty. Chyba i zjadł więcej, niż przystało na starca. Dlatego po powrocie do domu, jak mówiono, raz po raz zwracał pokarmy. Przeliczył tylko i starannie poznaczył kawałki mięsa, które oddał niewolnikowi usługującemu przy stole i od tej chwili chrapie.

Lykinos pocieszył Hermotimosa, że o ile dzisiaj szkoła stoicka, której reprezentantem jest jego nauczyciel, wstrzymała działalność na polu dydaktyki, to wczoraj odniosła pełne i to krwawe zwycięstwo na polu argumentacji nad szkołą perypatetycką, reprezentowaną przez owego Eutydemosa. Oto co się wydarzyło:

Lykinos: Opowiadają, Hermotimosie, że początkowo szale obydwóch były wyrównane. Ostatecznie zwycięstwo przypadło wam, stoikom, a starzec [tj. nauczyciel Hermotimosa — przyp. M.P.] zdobył bezsprzeczną wyższość. W każdym razie, jak głosi wieść, Eutydemos nie wyszedł cało, bo odniósł wielką ranę na głowie. Trudno! Był bezczelny, skory do podważania argumentów, nie chciał słuchać i nie dawał się łatwo zbić przeciwnikowi. Tymczasem twój nieoceniony nauczyciel pucharem Nestora, który trzymał w ręce, wyrżnął w głowę leżącego przy nim perypatetyka. W taki to sposób odniósł zwycięstwo.
Hermotimos: Doskonale! Na nic innego nie zasługują ludzie, którzy stawiają się silniejszym.
Lykinos: Jasne jak słońce, Hermotimosie. A co też Eutydemosowi strzeliło do głowy; aby drażnić człowieka starego, odznaczającego się łagodnością i opanowaniem, mającego tak wielki puchar w ręce?!

Jak widzicie, obrazu zabrodzonego filozofa, jaki wyłania się z dzieła Lukiana, nie można określić mianem pochlebnego. Zdaniem Samosateńczyka filozofowie dzielą się na dwie grupy: naiwnych, ograniczonych intelektualnie uczniów, oraz zepsutych i pozbawionych skrupułów żulastych nauczycieli. Z poglądami Lukiana trzeba jednak postępować ostrożnie, był bowiem człowiekiem przewrotnym i niepoukładanym, jak wszyscy ludzie interesujący. Lukian darł łacha z filozofii w imię prawdy, albo raczej w imię nienawiści do kłamstwa. Kłamstwo zaś, jak wiecie, nie jest po prostu mówieniem nieprawdy, ale jest celowym wprowadzaniem w błąd. W tym sensie nieodłącznym składnikiem kłamstwa jest nieszczerość, czyli fałsz w sensie psychologicznym. Jeżeli zatem Lukian był poszukiwaczem prawdy, to chodziło mu o prawdę pojętą nie jako zgodność myśli z rzeczywistością, ale jako zgodność tego co się mówi, z tym co się robi. Gdybym miał na sobie teraz czarny golf, a ręku dopalającego się papierosa, to powiedziałbym, że chodziło mu o prawdę egzystencjalną, ale skoro siedzę przed laptopem w samych majtkach, powiem, że chodziło mu o prawdę jako przeciwieństwo pierdzielenia od rzeczy, prawdę jako przeciwieństwo intelektualnego gwałtu i samogwałtu. Ta Lukianowa postawa jest młodszą i brzydszą siostrą Filozofii, która braki w urodzie nadrabia spostrzegawczością i ostrym jak brzytwa dowcipem. Piegowata, ryża wredna kurdupelka śmiejąca się z chłopaków starszej siostry i dodająca laxigenu do romantycznej kolacji. Kochają ją tylko ci, którzy nie muszą braków w poczuciu własnej męskości nadrabiać przy pomocy plastikowych trofeów rodem z teledysków nadawanych na falach Polo TV. Ta młodsza siostra filozofii, wredna mała korpulentna kurdupelka, mogłaby mieć na imię Mizofeudia (“nienawidząca kłamstwa”), albo Mizogesia (“nienawidząca oszustw”), Mizotyfia (nienawidząca blagi) albo Mizazleja (“gardząca bucami”). Wszystkie te imiona podsuwa mi Lukian, który w usta Parresiadesa (“Szczerosława”) wkłada… mały porno suspens…słowa (ufff…):

Jestem wrogiem blagierów (μισαλαζών), wrogiem szarlatanów (μισογόης), wrogiem kłamców (μισοψευδὴς), wrogiem pyszałków (μισότυφος) i nienawidzę cały ten rodzaj łajdaków. A jest ich, jak wiesz, mrowie (πολλοὶ) [Lukian, Rybak].

Ja jednak myślę, że to ona właśnie, młodsza siostra Filozofii jest prawdziwą Filozofią, bo, jak pisał Pascal:

Drzeć łacha z Filozofii, to prawdziwa Filozofia! [Pascal, Myśli I 4]

Pamiętajcie o zalajkowaniu (myślicielem) lub zahejtowaniu (komentarzem). Oba te objawy szczerości są mile widziane. Ciao!

3.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Miałkie sny liberałów, czyli wielkopiątkowy moralitet cyniczny

Św. Augustyn w pierwszej części swojego dzieła pt. O państwie Bożym [De civitate Dei II 20], która to część mogłaby nosić roboczy tytuł: “Skończcie pierdolić, poganie”, opisuje sen o sprawiedliwości, który śni się tym, którzy “napadają na religię chrześcijańską” i którym nie podobają się nowe porządki zaprowadzane na ruinach imperium przez papieży i biskupów. Czego naprawdę chcą ci, którym przeszkadza religia chrześcijańska? Jaki kształt powinno przyjąć świeckie państwo oddzielone od Kościoła?

Byleby — powiadają — istniało, byleby kwitło, w dostatki obfitujące, zwycięstwa sławne, lub, co lepiej, bezpieczne w pokoju. A reszta co nas obchodzi? Owszem na tym nam zależy, żeby u wszystkich wzrastała zamożność wystarczająca i na życie rozrzutne, i na to, iżby każdy możniejszy mógł biedniejszymi zawładnąć. Niech biedacy, aby byli syci, słuchają bogatych i niech pod ich opieką spokojnie siedzą. A bogaci niech wyzyskują biedotę, używając jej do otoczenia swego i do posługiwania w swym przepychu.

Czytaj dalej

4.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Czy mężczyzna powinien uskarżać się na ciężki kobiecy los?

Ostatnio mam okazję się przekonać, jak to jest być kobietą. Spokojnie, spokojnie! Żadne narzędzia chirurgiczne nie poszły w ruch i mam nadal do dyspozycji taką samą, nieparzystą liczbę kończyn. Sprawdzam po prostu jak to jest zostawać w domu z dzieckiem. Oto wstępne wnioski.

Na nic usprawiedliwienia w postaci braku instynktów macierzyńskich. Żarty w kąt! Bycie babą to cholernie ciężka robota! Dziecko nie jest czymś, czego się po prostu pilnuje. Pilnować to można auta na parkingu, albo kluczy w torebce (ale zbabiałem, skoro takie przykłady przychodzą mi do głowy. A propos używam torby na ramię po żonie, ale nie zapina się jej na lewą stronę, więc fakt ten nie razi zanadto. Taki to bezmiar upadku). Wracam do rzeczy. Dziecka się nie pilnuje. To jest wojna! Wojna hybrydowa, przeplatana okresami zawieszenia broni, ale w każdym razie wojna. Zasady są proste: daj palec, a zażąda reszty twojego ciała, ustąp pola raz, a już nigdy w tym miejscu się nie okopiesz. Do tej wojny trzeba mieć końskie zdrowie i żelazne nerwy. W tej wojnie jedno jest tylko jasne: rodzic nie ma w niej szans. Obowiązek prowadzenia tej wojny spoczywał przy tym do niedawna niemal wyłącznie na kobietach, co każe mi się zastanowić nad odwiecznym zagadnieniem: Kto ma lepiej, chłop czy baba?

Świadomość twardości kobiecego losu przebijała się tu i ówdzie w tradycji filozoficznej przed XX wiekiem, ale nieśmiało. Wszystko chyba przez to, że kultura Grecji VI, V i IV wieku, czyli ta, która wydała z siebie filozofię, była kulturą wrogą rodzajowi niewieściemu.  Czytaj dalej

4.71/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

4 powody, dla których lepiej być biednym niż bogatym (w/g Lukiana z Samosat)

Zacznijmy od cynicznej półprawdy (wszystkie prawdy cyniczne są półprawdami, ale że nie bardzo wiadomo czym jest prawda, lepsza cyniczna półprawda w garści i niż wieczysta filozofia na dachu):

Pieniądze szczęścia nie dają tym, którzy ich nie mają.

Ten cynicyzm rządzi do pewnego stopnia (widzicie, jestem dzisiaj w nastroju ugodowym), naszym postępowaniem i określa nasze (zazwyczaj błędne) wybory życiowe. Pieniądze są zresztą przedmiotem, którego sama obecność, czyni ludzi bardziej skłonnymi do przyjmowania postawy cynicznej. Mam przyjaciela? Dobrze — możemy się napić i zakąsić! Ale co zrobić, jeżeli przyjaciel poprosi o pożyczenie grubszej gotówki? Tutaj pojawiają się trudności. Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Żydzi (no i co ja poradzę, że tak się mówi?). Pieniądze mają tę właściwość, że schładzają stosunki między ludzkie, czynią je bardziej rzeczowymi i poważnymi aż do zarzygania. Ten, kto ma pieniądze jest traktowany z nabożną czcią przez tych, którzy ich nie mają. Uważa się, że umiejętność robienia pieniędzy jest czymś rzadkim i godnym pozazdroszczenia. Czy słusznie?

Grecy mieli w tych sprawach odmienne zdanie. Okazuje się, że naród, który do pewnego stopnia, stworzył naszą cywilizację i kulturę miał pieniądze głęboko w pogardzie, a czcią otaczał biedę. Nie to żebym był naiwny. Pewnie, że poszczególni Grecy chcieli mieć hajs pod ręką i robili wszystko żeby załatać ubytki we flocie. To jasne — 90 procent Greków, to były zwykłe buce, które nie odróżniłyby intelektualizmu moralnego Sokratesa od worka ziemniaków. Jednak zasadniczo kultura grecka była kulturą ubóstwa.

Już wiesz dlaczego nie lubisz iPhonów! Oto ich ciap… śniady twórca

Powody, dla których, zdaniem Greków, lepiej hajsu unikać i nie liczyć zbytnio na flotę w kieszeni, wyliczył Lukian z Samosat, chociaż sam nie był pełnoplemnikowym Grekiem, ale Syryjczykiem, czyli pasożytem z Bliskiego Wschodu, tak jak Steve Jobs (jego tatuś nazywał się Abdul Fattah Jandali i był syryjczykiem, nie wiedzieliście?) Przybywają do Europy i bezczelnie, bez naszego pozwolenia, wzbogacają naszą kulturę! Czy ten horror nigdy się nie skończy?!

Wracam, do rzeczy. Jakie to powody skłaniały Greków do pogardzania nędznym groszem?

Lukian Syryjczyk— wzbogacił kulturę europejską o wiele arcydzieł, a mógł zabić.

Lukian rozprawia się z zabobonem głoszącym, że lepiej mieć pieniądze, niż ich nie mieć w dialogu pt. Tymon, albo mizantrop. Tytułowy Tymon to koleżka, który był kiedyś bogaty, ale stracił cały majątek, w wyniku czego stał się on ziejącym nienawiścią do ludzi odludkiem. Bogowie postanawiają jednak naprawić szkody, jakie ich zarządzenia wyrządziły biednemu bankrutowi i wysyłają mu walutę w postaci spersonalizowanego Dostatku. Przelew ma być wykonany przez Hermesa, który w drodze z nieba (czy tam z Olimpu…) na ziemię ucina sobie pogawędkę ze zantropomorfizowanym kolegą, przy której boki można zrywać jak świeże wiśnie. Z rozmowy tej można wysnuć takie oto wnioski:

Pieniądze nie są nagrodą za cnotę

Niektórzy uważają, że pieniądze mają szansę zarobić tylko ci, którzy są inteligentni i pracowici, choć skądinąd wiadomo, że hajs dostaje się za zwyczaj w łapy zwyczajnym bucom, którzy akurat mieli szczęście (albo pecha, zależy jak na to spojrzeć), że zaczęli robić coś, co komuś tam innemu było akurat potrzebne, a nikomu innemu nie chciało się tego robić. Pieniądze dostają się też w łapy ludzi, których jedyna zasługa polega na tym, że mieli rodziców, którym wpadły one w łapy wcześniej, w taki sam zresztą niezasłużony sposób. Pełną świadomość tego stanu rzeczy mieli Grecy, którzy jednogłośnie twierdzili, że bogactwo jest ślepe i dlatego nie trafia do tych, do których powinno. Oto jak całą rzecz wyjaśnia Lukianowy Dostatek: Czytaj dalej

3.45/5 (11)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Moralny fundament bezwstydu

Facebook i Google wiedzą o mnie więcej, niż ja sam o sobie. Dochodzę do tego wniosku i stawiam kropkę, bo nie wiem co miałbym z tym faktem dalej zrobić. Czy mam się tym martwić? Czy mam wylewać krokodyle łzy nad utraconą prywatnością? Może powinienem polikwidować konta na portalach społecznościowych, wstawić do domu własny serwer i na nim trzymać swoje e-maile (model Hilary 2.0), a sieć przeglądać tylko przez Tora?

Geofeedia — usługa tak odrażająca moralnie, że każdy chciałby z niej korzystać

 

A może wręcz przeciwnie! Może powinienem rozwinąć szeroko zakrojoną akcję zarządzania własnym obrazem w internecie, wykorzystując do tego celu wszystkie dostępne narzędzia, włącznie ze szpiegostwem społecznościowym? Czy mam się wstydzić oka Wielkiego Brata? A może po prostu powinienem mieć to wszystko gdzieś!? Może gdybym nie robił rzeczy, których należy się wstydzić, to nikt nie miałby nade mną władzy/wiedzy, którą mógłby mnie zawstydzić albo zaszantażować?

Ta ostatnia odpowiedź jest mi chyba najbliższa. Mieć wszystko gdzieś, to znaczy nie wstydzić się niczego jak bezwstydny cynik Diogenes z Synopy. Ten, dla uzasadnienia swojego bezwstydnego postępowania posługiwał się następującym rozumowaniem. Kiedy porządni obywatele obruszali się na widok filozofa jedzącego śniadanie na ulicy odpowiadał im:

Jeżeli jedzenie śniadania nie jest czymś niewłaściwym, to nie jest też czymś niewłaściwym śniadanie na rynku, a jedzenie śniadania nie jest czymś niewłaściwym, zatem śniadanie na rynku nie jest czymś niewłaściwym

Co złego w jedzeniu śniadania na ulicy, zapytacie? No cóż, okazuje się, że starożytni Grecy uważali spożywanie posiłków za rzecz, której nie należy robić publicznie. Byli to ludzie znacznie bardziej wstydliwi od nas. Oni wstydzili się procesu odżywiania od początku do końca, to znaczy od włożenia jedzenia do ust, aż do rdzawego finału. Nas w zakłopotanie wprowadza tylko to ostatnie stadium, w czasie trwania którego towarzystwo bliźnich nie cieszy nas zanadto. Czytaj dalej

4.14/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Rubikon czterdziestaka, albo pokrętna pochwała Ojczyzny

Dla Zdzicha, Heńka i innych bezimiennych ofiar własnych domów.

W okolicach czterdziestaka każdy facet chce wrócić do domu. Miało być fajniej, wygodniej — miało być bardziej. A jest słabo: ciało odmawia posłuszeństwa, wady charakteru nie zanikają, ale wręcz przeciwnie, stają się coraz bardziej widoczne. Żona ciśnie, dziecko ciśnie, robota ciśnie, bank ciśnie. A miało być tak fajnie… No i co teraz? Przez zaciśnięte z przyzwyczajenia zęby dobywa się z głębi nieświadomości pisk: “Chcę do mamy…” Nie chodzi o matkę konkretną. Raczej symbol, albo raczej wyobrażenie ciepła, bezpieczeństwa, spokoju.

https://i2.wp.com/cdn-images-1.medium.com/max/1000/1*SkQZxK7VW5hmuNGe4hSMlg.png?w=625&ssl=1  W ramionach ojczyzny 

No i zaczynają się mnożyć błędy życiowe. Jedni szukają młodszej kobity po to, żeby móc odbyć idiotyczny powrót do przeszłości, kiedy to wszyscy byliśmy piękni i młodzi. Inni wracają w rodzinne strony tylko po to, żeby doświadczyć na własnej skórze tego, że racje miał stary Heraklit, kiedy mówił nie można wejść dwukrotnie do tej samej rzeki. To już nie ta rzeka, nie ta dolina, nie ten las, nie ci ludzie, nie to miejsce.

https://i0.wp.com/cdn-images-1.medium.com/max/600/1*PR1NWg7IOtfM7p2Ex2wC4w.png?resize=300%2C234&ssl=1Jeszcze inni zaczynają się kręcić wokół budowy albo zakupu własnego domu. Nie po to, żeby mieć dom, bo po co komu stacjonarna niszczarka do pieniędzy, ale po to, żeby zrealizować archetyp, wypowiedzieć symbol/zaklęcie. Dom mężczyzny w okolicach czterdziestki to symbol tego, co minęło i nie powróci, to próba przerzucenia kładki ponad przepaścią czasu. Wielu przypłaca tę próbę utratą zdrowia, albo i życia, bo jak wiadomo od wieków: “Dom do dachu, mąż do piachu”.

18-nastka sprzed 22 lat 

Ale po co to wszystko? Ano jest powód, dla którego ta żałosna próba odszukania straconego czasu stwarza pozory sensowności. Otóż nas czterdziestolatków łączy z tamtym brzegiem coś więcej niż tylko wspomnienia. Na tamtym brzegu wszystko było pierwsze i, jako takie właśnie, niepowtarzalne. Pierwszy pocałunek z języczkiem, pierwszy papieros, pierwsza muzyka, pierwsze przyjaźnie. PIERWSZE I OSTATNIE przyjaźnie, bo nie zawiera się już żadnych przyjaźni po dwudziestym roku życia i nawet jeżeli przyjaciół z tamtego brzegu brak, to nie sposób ich w żaden sposób zastąpić. Nie dlatego, żeby byli oni tymi “wspaniałymi ludźmi” o których śpiewał Riedel (ci, o których śpiewał byli przecież grupą, być może przesympatycznych, ale jednak narkomanów), ale dlatego, że łączy nas z nimi kotwica pierwszego razu. Z nimi z nimi po raz pierwszy oglądaliśmy światło ostrego słońca i syciliśmy się życiem.

Nawet stary cynik Lukian w okolicach czterdziestki wrócił do rodzinnej Syrii i napisał zupełnie anty-cyniczną Pochwałę miasta ojczystego. I nie ma w niej nawet najmniejszych śladów ironii, którą ten prototyp wszystkich neurotyków dodawał nawet codziennego “Dzień dobry”. Sami się przekonajcie: Czytaj dalej

3.88/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Kserkses płaczący nad Hellespontem

W filmie “Mały Budda”, z którego, przyznaję to z bezwstydną szczerością, czerpię niemal całą swoją wiedzę o buddyzmie, jest taka charakterystyczna scena, w której ubrany na pomarańczowo tybetański proboszcz tłumaczy wcieleniu swojego własnego nauczyciela, co to jest “ulotność”. Pamiętacie? Za sto lat wszyscy ludzie, którzy dzisiaj żyją, będą wąchać kwiatki od spodu itd. Bardzo mi się ta scena zawsze podobała. Myślałem sobie: ależ ten buddyzm głęboki, nie ma to jak Mądrość Wschodu i takie tam. Aż tu nagle, przy lekturze Herodota natrafiłem na taki fragment:

Po przybyciu do Abydos przyszła Kserksesowi ochota całe swe wojsko przeglądnąć. Umyślnie też było dlań przygotowane tam wprzód na wzgórzu wyniosłe siedzenie z białego marmuru, które wykonali mieszkańcy Abydos na poprzednie zlecenie króla. Siedząc tu i spoglądając na wybrzeże, ujrzał piesze wojsko i flotę, i na ten widok zapragnął przypatrzyć się wyścigowi okrętów. Gdy ten się odbył i zwyciężyli Fenicjanie z Sydonu, uradowany był król i wyścigami, i flotą. Widząc zaś cały Hellespont pokryty okrętami i całe wybrzeże oraz równiny Abydosu pełne ludzi, Kserkses nazwał siebie szczęśliwym, a potem zapłakał.
Gdy zauważył to jego stryj, Artabanos, który z początku śmiało wyraził był swe zdanie i odradzał Kserksesowi wyprawy wojennej przeciw Helladzie — ten więc mąż, widząc płaczącego króla, tak go zagadnął: — Królu, jak bardzo nawzajem różni się to, co teraz, i to, co krótko przedtem uczyniłeś; bo naprzód mieniłeś się szczęśliwym, a teraz płaczesz. — A ten odrzekł: — Bo zdjęło mnie uczucie litości, gdym rozważał, jak krótkie jest całe życie ludzkie,- wszak z tych tak licznych ludzi za sto lat nikt nie pozostanie przy życiu.

Kontekst jest taki. Kserkses ma się przeprawić do Europy dla pomszczenia klęski swojego ojca Dariusza. Gromadzi w tym celu wielkie armie: lądową i morską. Jest to początek wyprawy, która okaże się wielką klęską Persji i zapoczątkuje złoty okres rozwoju Grecji, którego zwieńczeniem będzie rozbicie Imperium Achemenidów przez utlenionego Colina Farrella.

https://i1.wp.com/cdn-images-1.medium.com/max/2000/1*DVmri2gxdfE5_7W_vYgLkQ.png?w=625&ssl=1

Stoi więc Kserkses u szczytu swojej potęgi. Jego armia liczy może ćwierć miliona żołnierzy i 1200 łodzi bojowych. Nikt w tej właśnie chwili nie może się z nim równać pod względem siły militarnej. Jednak od tej chwili czekają go już tylko rozczarowania. Najpierw Spartanie pokażą mu, że nie są miękkim piórem robieni pod Termopilami, a potem Temistokles z Ateńczykami skopią mu rufę pod Salaminą. Na razie jednak wszystko jest ok.

Kserkses patrzy z azjatyckiego wybrzeża na Hellespont. Po drugiej stronie cieśniny jest Europa. I właśnie tutaj i właśnie teraz płacze. Gdyby się okazało, że opis tego wydarzenia wyssał sobie Herodot z brudnego Helikarnejskiego palucha, to należałoby mu za to podziękować. Kim bylibyśmy dzisiaj bez kłamstw takich Herodotów i Długoszów? Historyk musi wymyślać, bo przecież dzieje nie są czymś skończonym. Pełno w nich luk wynikających z braku refleksu aktorów wydarzeń i zbiegów okoliczności. “Zabijajcie wszystkich, Bóg wybierze niewinnych” — taki rozkaz miał wydać Arnaud Amaury podczas rzezi w Béziers. A jeżeli, jak wielu przypuszcza, nic takiego nie powiedział? Jeżeli wymyślił to historyk dla ubarwienia opowieści? No i co z tego? Jeżeli tego nie powiedział, to tylko dlatego, że zabrakło mu talentu literackiego albo refleksu. Coś takiego w każdym razie powinien był powiedzieć. A co, jeśli Kserkses w rzeczywistości nie płakał nad Hellespontem? To należałoby ten jego płacz wymyślić! I to właśnie zrobił (być może) Herodot. Chwała mu za to! Czytaj dalej

4.33/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Jak Platon stał się starym dziadem…

“Czego ta młodzież dzisiaj słucha?!”, “Za naszych czasów, panie Stefanie, to były przeboje: Alibabki, Zdzisława Sośnicka, panie…, a dzisiaj! Jakieś szarpidruty, panie. Tego słuchać nie idzie. Koty, panie, marcowe. Cholera jasna, gówniarzeria”. Te i inne jeszcze wrzutki mogą stać się waszym udziałem, jeżeli posiadacie w swoim ekwipunku familijnym wynalazek pt. dziadek. Pewnie, że nie każdy dziadek musi być od razu starym dziadem, ale niestety jest to w przyrodzie przypadek najczęstszy.

Można zadać pytanie: Czy intensywna praca intelektualna przez całe życie oraz wrodzona inteligencja mogą uchronić nas przed zdziadzieniem na obraz i podobieństwo naszych dziadków. Nie liczyłbym na to. Trudno sobie przecież wyobrażać kogoś inteligentniejszego i prowadzącego bardziej ożywione życie intelektualne niż Platon. A jednak nawet on nie ustrzegł się na starość przywary, którą można by najtrafniej nazwać starczą pierdzielowatością.

Na dowód przedstawiam fragment ostatniego dzieła, jakie wyszło spod pióra (rylca? czcinki? przecinaka? — czym oni tam pisali?) założyciela Akademii. Platońskie Prawa, bo o nie chodzi, to rozmowa trzech filozoficznych pierdzieli, z których jeden pochodzi z Aten, drugi z Krety, a trzeci ze Sparty (Wrocław?). W pewnym momencie chłopaki zaczynają się zastanawiać nad tym, kto powinien decydować o zwycięstwie w turniejach chóralnych (Voice of Greece). No i jadą bez trzymanki jednym wielkim starczym pierdzielnięciem. Sami przeczytajcie:

Ateńczyk: Jeżeliby miały o tym rozstrzygać zupełnie małe dzieci, to rozstrzygnęłyby, że zwycięstwo należy się temu, kto sztuczki pokazuje. Nieprawdaż?
Kleinias: Z pewnością.
Ateńczyk: Starsze już dzieci przydzieliłyby je temu, kto wystawia komedie, a temu, kto tragedie, wykształcone niewiasty i podrastający młodzieńcy, być może także większość obecnych.
Kleinias: Być może.
Ateńczyk: Rapsoda zaś, który by Iliadę i Odyseję lub któryś z Hezjodowych poematów pięknie wygłaszał, może my, starzy ludzie, słuchalibyśmy z największą przyjemnością i twierdzili, że nieporównanie góruje nad wszystkimi. Komu więc słusznie przyznane by było zwycięstwo? Bo na to teraz z kolei trzeba odpowiedzieć. Czyż nie?
Kleinias: I owszem.
Ateńczyk: Jasne jest, że ja i wy będziemy bezwzględnie tego zdania, że słusznie uzyskaliby zwycięstwo ci, którym pierwszeństwo przyznaliby nasi rówieśnicy. Wyrobieniem bowiem, które posiadamy, przewyższamy ogromnie, jak się zdaje, wszystkich we wszystkich państwach i w ogóle wszędzie.
Kleinias: Oczywiście.

Oczywiście 🙂

3.4/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Pogadalnia czyli Bagdad Cafe

Pamiętacie motel na środku pustyni, na drodze z Vegas donikąd? Pamiętacie rodzinę, jakich tysiące, gdzie każdy zajęty swoimi sprawami,  żyje blisko innych, ale jednak osobno? Pamiętacie ten nastrój przenikliwej tęsknoty cudownie wyśpiewany przez Jevette Steel  w piosence  „I am calling you”? Jak ktoś nie pamięta, niech posłucha

https://www.youtube.com/watch?v=oCLpLWcX2cg

Bagdad cafe  (1987)  to film o narcystycznym społeczeństwie współczesnym, o jego ogromnym głodzie spotkania, potrzebie empatii i zrozumienia i całkowitej niezdolności ludzi ukształtowanych przez  kulturę masową do zaspokojenia tych potrzeb. „Bawarska czarodziejka”  symbolizuje w tym filmie, moim zdaniem, humanizm  starej dobrej kultury europejskiej, który znajduje drogę do głębokich pokładów człowieczeństwa  przywalonych popkulturową papką.

Po kilku pierwszych rozmowach w pogadalni mam wrażenie, że nasza pogadalnia filozoficzna  może być jak Marianne Sagebrecht w filmie Bagdad Cafe…

PS. O tym m. in. będziemy mówić na naszym spotkaniu grupowym w pogadalni w poniedziałek 26 maja o 17.30

1/5 (1)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)