1 2

Archiwum autora: Martin Hound

Zapraszam na wycieczkę do świata Zaratusztry + głos w sprawie strajku nauczycieli

 
 

Czytam Awestę, świętą księgę Zaratustrian. Zaratustrianie, z których najsławniejszymi są Cyrus Wielki i Freddy Mercury, to wyznawcy religii stworzonej przez Zaratusztrę. Zaratusztra był kapłanem Mazdy. Ahura-Mazdy dokładnie. Zaratusztra głosił naukę o tym, że istnieją w świecie dwie inteligencje: jedna oświecająca i twórcza (to znany już wam Ahura-Mazda) i druga inteligentna ale niszczycielska — nieznająca światła. Pierwsza uszczęśliwia i uwalnia, a druga unieszczęśliwia i zniewala.

Dwaj najsłynniejsi zaratusztrianie

 

Co do pierwszej, na razie zmilczę. Druga bardziej rzuca się w oczy. Płodzi ona w ciemności byty duchowe, których jedynym zadaniem jest wysysanie z waszego życia wszelkiego światła. Starają się one was pozbawić radości. Robią z was ślepych, ale szczwanych, dobrze radzących sobie w strukturach korporacyjnych i urzędniczych zombie. Kiedyś nazywano te złe duchy (“daewa” — tak je określa Awesta) imionami: Indra, Wisznu, Drug Nasu. Dzisiaj to Facebook, Monstanto i Ministertwo Edukacji Narodowej. Ktokolwiek zetknął się z nimi, wie, że pozbawiają one spokoju, odbierają wolność i niszczą wszelką twórczość. Są to byty inteligentne, uporządkowane aż do ostatniego kiubikala, ale pozbawione światła. Więcej: pożerają one wszelkie światło i niszczą wszelkie życie, zmieniając je w pogoń za kolejnymi modami internetowymi i korporacyjnymi targetami. Ktokolwiek się do nich zbliży, umiera duchowo. Oddajemy im nasze dzieci na pożarcie, tak jak to robili za starych dobrych czasów Kartagińczycy w świątyniach Baala.

Czy można się od nich uwolnić? Awesta mówi, że tak, bo są tępe i nie znoszą światła. Mówcie zatem prawdę i unikajcie zetknięcia z tym, co zostało przez nie skażone. Siejcie dobre ziarno, a nuż coś wyrośnie:

Kto sieje zboże, ten sieje sprawiedliwość, ten rozszerza religię mazdejską, ten karmi religię mazdejską bardziej niż sto ustanowień, tysiąc podtrzymań, niż dziesięć tysięcy ofiarnych formuł.
Gdy pojawił się jęczmień — dewy oblały się potem. Gdy pojawił się pęd — dewy zdrętwiały. Gdy pojawił się kwiat, dewy zawyły. Gdy pojawiło się ziarno — dewy puściły wiatry. I oto ziarno się pojawia, a w domu, gdzie jest to ziarno, giną dewy. Kiedy jest wiele zboża, dewy odczuwają palenie w gardle, jak gdyby od roztopionego żelaza (Fargard III).

Szukajcie świata pozafacebookowego i nie znoście do domów tworów Monstanto i Nestle. Pamiętajcie, że szkoła jest i zawsze będzie miejscem wrogim światłu. Szukajcie dla siebie i swoich dzieci miejsca na tym pięknym, zwyczajnym, pozafacebookowym świecie, bo jak mówi Awesta:

Jeśli chce się oczyścić dom, należy głośno wypowiedzieć te słowa: „Dopóki
istnieje ten zwykły, szary świat, on jest moim największym wsparciem” (Fargard XI).
 
 

Głos w sprawie strajku nauczycieli:

Popieram likwidację Ministerstwa Edukacji Narodowej. Szkoły i tak mutują w kierunku zideologizowanych szczekaczek rozsiewających fałszywe ideologie i religie. Za(ratustr)oranie tego grajdołka to Wohu Manah (Dobra myśl — jest ona jednym z Ameszaspentów — aniołów towarzyszących Ahura-Mazdzie). Jak ktoś czuje się dydaktykiem, niech uczy własne dzieci i organizuje szkolnictwo pozasystemowe. Zaprawdę powiadam wam Ministerstwo Edukacji Narodowej to demoniczny Daewa, który odbiera waszym dzieciom wolność i radość życia. Czyni z nich nieszczęśliwych niewolników Angra Majniu. Sieje nieprawość i zniszczenie duchowe. Szukajcie wsparcia we własnym sumieniu (Sraosha) i bierzcie się za wychowanie własnych dzieci:

[…] bierzemy ze sobą świętego Sraoshę o świętej naturze, który karze demony niczym pies pasterza. Składamy mu ofiarę z naszych dobrych myśli, słów i czynów. Świętemu Sraoshy za jego blask i chwałę, za siłę i zwycięską moc oraz za ofiary składane bogom złożę słyszalną ofiarę. Ofiaruję mu kielichy, ofiaruję je Ashi Vanguhi i wzniosłemu Nairyô-sangha. Niech karzący demony, święty Sraosha nadejdzie nam na pomoc!” (Yasta Srosh Hadhokht).
4/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Dlaczego cynizm jeży nam włosy na głowie?

Ciągle gdzieś tam o TYM wspominam, robię wtręty i zaznaczam, że COŚ tam jeszcze mam. Czas rzucić myśl otwarcie. Chodzi o pewną moją poboczną hipotezę dotyczącą źródeł naszej fascynacji psychopatami, takimi jak dr House MD, Dexter, Machiavelli, Robespierre czy dr Hannibal Lecter. Oto moja ryzykowna odpowiedź na pytanie: Co nas pociąga w psychopatach?

Dopiero co wyszła z druku moja książka o cynizmie. Na pomysł zajmowania się cynizmem wpadłem, prowadząc zajęcia z filozofii na Pedagogice. Był to rok 2013. Miałem dziwny start semestru zimowego. Na każdych zajęciach zaczynałem on monologu pt. Ja was tu tylko omamiam jakąś bezsensowną paplaniną o filozofii. Wszystko to ściema i pierdzielenie od rzeczy dla naiwniaków. Potem kiedy zaczynała się dyskusja i jakaś studentka wspomniała o szczęściu albo sensie życia, odparowywałem uwagami w rodzaju: „Szczęście jest dla ludzi słabych, którzy nie czują się na siłach stawić czoła prawdziwym wyzwaniom!” albo: „Sensu życia szukają tylko rozmemłani mazgaje, którzy sami nie potrafią robić nic sensownego”. Ku mojemu zaskoczeniu wywoływało to bardzo zażarte dyskusje, a zajęcia prowadziły się same. Przestałem mieć myśli samobójcze po 30 minutach i przestałem gasić światło, żeby uwolnić się od widoku żaczych facjat. Coś zadziałało.

Ktoś inny mógłby się po prostu ucieszyć, że zajęcia przyjęły przyjemniejszy obrót. Nie ja. Ja z wrodzonym sobie fatalizmem zacząłem zachodzić w głowę, jak to się stało, że moja dydaktyczna niedola się skończyła. Skoro świat jest piekłem, myślałem z właściwym sobie optymizmem, to dlaczego zamiast dalej cierpieć konwersatoryjne katusze, mogę sobie spokojnie pogadać ze studentami. Dlaczego do jasnej ciasnej przestałem się męczyć na zajęciach? Nie dawało mi to spokoju. Każdą kroplę spokoju ducha darowaną mi przez udane zajęcia marnowałem na rozdzierające płaty mózgowe rozmyślania. Co poszło tak!

Jestem człowiekiem dziwnym. Są ludzie, którzy wzruszają się na filmach o miłości. Albo np. na widok wiosennych kwiatów. Mnie wzruszają teksty filozoficzne. Ale nie wszystkie. Pamiętam jak którejś wigilii, pewnie z 15 lat temu, zabrałem się za czytanie Platońskiego Państwa. Czytam, czytam, a tu nagle jak mnie nie pierdziolnie w łeb taki fragment:

Ja twierdzę, że to, co sprawiedliwe, to nic innego, jak tylko to, co leży w interesie mocniejszego […] człowiek sprawiedliwy wszędzie ma mniej niż niesprawiedliwy. Najpierw w interesach, w spółkach. Gdziekolwiek się taki jeden z drugim zwiąże, to przy rozwiązaniu spółki nigdy nie znajdziesz, żeby sprawiedliwy miał z niej więcej niż niesprawiedliwy. A następnie w stosunku do państwa, kiedy chodzi o podatki, to z jednakich dochodów sprawiedliwy wpłaca więcej, a niesprawiedliwy mniej. A jak można coś dostać, to ten nie dostaje nic, a tamten zyskuje grubo. A znowu jak jakiś publiczny urząd spełnia jeden i drugi, to dla sprawiedliwego jest kara — jeżeli już nie inna, to ta, że jego własne gospodarstwo schodzi przy tym na psy, bo on nie ma czasu dbać o nie, a z publicznego grosza takiemu nic nie przyjdzie, bo on jest sprawiedliwy, a oprócz tego jeszcze zaczynają go nienawidzić krewni i znajomi, kiedy im nie chce oddawać żadnych przysług wbrew sprawiedliwości. A u niesprawiedliwego wprost przeciwnie. Ja mówię o tym, o którym przed chwilą mówiłem, o takim, co grubo potrafi pamiętać o sobie. Ty na takiego patrz, jeżeli chcesz ocenić, o ile lepiej człowiek wychodzi w swoich prywatnych sprawach na niesprawiedliwości niż na sprawiedliwości.

Mówi to Trazymach. Sofista, który postanowił przeszkodzić podlizującym się sobie nawzajem kolejnymi świętoszkowatymi definicjami sprawiedliwości rozmówcom Sekratesa. Za słodko mu było od tych wszystkich: „Masz rację Sokratesie!”, „Jakże by nie Polemarchu?!” i „Mądrześ powiedział Kefalosie”. Za słodko do porzygania. Tego, co wyżej mu nie wystarczyło. Kiedy Sokrates zaczął mu biadolić, że politycy dbają o swoich poddanych jak pasterze o swoje owce, albo jak lekarze o swoich pacjentów wygarnął mu taką refleksję:

Bo tobie się zdaje, że pasterze owiec i krów mają na oku dobro owiec i krów i tuczą je, i chodzą koło nich, mając na oku coś innego niż dobro swoich panów i własne, i tak samo ci, co rządzą w państwach, którzy naprawdę rządzą, myślisz, że jakoś inaczej się odnoszą do rządzonych niż jak do owiec i o czymś innym myślą nocą i dniem, jak nie o tym, skąd by wyciągnąć jak największą korzyść dla siebie

Tutaj dosłownie przeszły mnie ciarki. Pamiętam ten wieczór jak dzisiaj. 
Zbierałem swój mózg z podłogi. Ale dlaczego? Co dało taki mind blowing effect?

Po jakimś czasie zrozumiałem. Ale zanim o tym…

Słyszeliście kiedyś o psychopatach? Podobno bardzo zabawnie się z nimi rozmawia. Człowiek po półgodzinnej pogawędce ma ochotę się wykąpać i wypić pół litra. „Ale Niezbity Psie — powiecie — ja zawsze piję po półgodzinnej pogawędce. Skąd mam wiedzieć, że gadałem z psychopatą?” Są na to sposoby. Można niby to przypadkiem, w ramach gier towarzyskich podsunąć takiej osobie test do rozwiązania. Że niby ciekawy z Gali wycięty, czy co tam. Test nazywa się PCL (Psychopaty Check List). Opracował go niejaki Richard Hare i służy on dzisiaj powszechnie do wykrywania osób w spektrum psychopatii. Angielską wersję znajdziecie tutaj. Wyniki są w skali od 1 do 40. Jeżeli ktoś ma powyżej 30, jest w spektrum psychopatii. Ja mam 28, czyli jestem psychopaciątkiem. Jak już zbadacie swojego rozmówcę tym testem, to dowiecie się nie tylko, że jest psychopatą i że lepiej w tych wyborach, w których startuje na niego nie głosować, ale będziecie też znali inne jego cechy. Dowiecie się, że dobrze wykrywa słabe jednostki w grupach; że w ich mózgach podczas czuwania pojawiają się fale teta, które u normalsów obecne są tylko podczas snu albo transu (innymi słowy: psychopata cały czas jest w transie) i takie tam.

Jedną z cech, o których mowa jest specjalny sposób, w jaki psychopaci podejmują decyzje leksykalne polegające na składaniu w całość słów z rozsypanych liter. Normalny człowiek, szybciej składa z rozsypanych literek słowa, które robią na nim wrażenie emocjonalne takie jak „gwałt”, niż słowa neutralne uczuciowo takie jak „stół”. A psychopaci? Wszystkie słowa wyłapują i układają z podobną szybkością. Ładunek emocjonalny nie robi na nich wrażenia.

To dało mi do myślenia. Myślałem, myślałem i zamiast zostać od tego myśliwym, wpadłem ten rodzaj pomysłu, który ludzie z przedrostkami przed imionami nazywają hipotezą. Hipotezy służą do wyjaśniania. Żeby wyjaśnić czemu odjaniepawla się to czy owo wysuwa się na się co? Hipotezę, z której wynika, że tak, a nie inaczej musi się odjaniepawlać. Taki zabieg zaznaczamy mówiąc: Dzieje się tak, a nie inaczej, BO… i tu następuje hipoteza. Moja hipoteza, na razie robocza, wyjaśniła mi dlaczego stawały mi włosy na głowie, kiedy czytałem mowę Trazymacha i dlaczego tak dobrze szło mi na zajęciach tamtej zimy.

Popatrzcie na definicję sprawiedliwości, którą przysunął Sokratesowi Trazymach: „Sprawiedliwe jest to, co służy silniejszemu”. To zdanie brzmi frapująco. Gramatycznie i stylistycznie jest normalne jak kolejki w szpitalach i ustawione w gminie przetargi. Jest z nim coś nie tak na zupełnie innym poziomie. Trzeba zwrócić uwagę na słowo „sprawiedliwość”. Normalnie wywołuje ono pozytywne doznania emocjonalne: ciepło nam się kojarzy. Być sprawiedliwym to dobrze. Dobre są sprawiedliwe prawa. Liczymy na sprawiedliwe wyroki w sądach itd. A tutaj… Tutaj sprawiedliwość brzydko wygląda. Sprawiedliwość, która służy silniejszemu nie może się dobrze kojarzyć. Jeżeli definicja byłaby poprawna, to sprawiedliwe wyroki wydawane byłyby zawsze na korzyść tych, co mają pieniądze i wpływy. Trzymając się litery sprawiedliwego prawa, maluczcy działaliby zawsze na korzyść tych, co nimi rządzą. Bycie sprawiedliwym oznaczałoby prostoduszną naiwność — szkodzenie sobie. Kto, do jasnej anielki, chciałby być w takich okolicznościach sprawiedliwy? Taką definicję mógł wymyślić tylko ktoś, kto nie rozumie, co mówi, albo… nie czuje emocjonalnego sensu słowa „sprawiedliwość”.

Otóż to! Ot cała zagadka! Włosy nam stają dęba na głowie, kiedy słuchamy podobnych do Trazymachowych wywodów, bo coś w nas informuje nas, że oto stoimy oko w oko z psychopatą. Macie moją hipotezę. Wyjaśnia ona, dlaczego studentki pedagogiki tamtej zimy tak ostro reagowały na zdania w rodzaju: „Szczęście jest dla słabych”, albo: „O sens życia pytają tylko ciamajdy”. Niepokoiłem je, bo gadałem jak psychol. Moje 28 punktów w skali psychopatii przysłużyły się dydaktyce na tym naszym opolskim UJocie.

Czegoś tu jednak brakuje. Nie wszystko jeszcze się klei. Dlaczego właściwie spotkanie z psychopatą miałoby przyprawiać ludzi o gęsią skórkę i wprawiać ich w niezdrowe podniecenie? I na to pytanie znalazłem hipotetyczną odpowiedź. Mamy oto w naszym mózgu taką część, która nazywa się ciało migdałowate. Ma ono bardzo wiele funkcji, ale zasadniczo pozwala nam się odpowiednio skupić w sytuacjach, gdy pojawia się niebezpieczeństwo. Przez miliony lat najpoważniejszym niebezpieczeństwem, jakie czaiło się na naszych ssaczych przodków były węże — bezszelestni, bezgłośni, czający się w ciemnościach mordercy. Ewoluowaliśmy w obliczu ciągłej grozy rodzącej się w nas na ich widok. Kiedy nasi przodkowie dostrzegali pełzającego w ich stronę węża, zaczynali krzyczeć, tak jak to do dzisiaj robią nasi kuzynowie szympansy. Kiedy szympans zobaczy węża, zaczyna w charakterystyczny sposób krzyczeć, zwołując całe stado. Od węża nie wolno uciekać! Węża trzeba obserwować. Szympansy, które zobaczyły węża, nie mogą oderwać od niego wzroku. Krzyczą i wpatrują się w pełznące niebezpieczeństwo. Potrafią się tak wpatrywać w gadzinę godzinami.

Co to ma wspólnego z psychopatią? Wydaje mi się, że można przyjąć, iż obecność psychopaty wywołuje w naszych mózgach ten sam rodzaj reakcji. Studentka słuchająca moich cynicznych uwag, i ja czytając słowa Trazymacha z I księgi Państwa podzielaliśmy to samo uczucie: To coś jest tak niebezpieczne, że nie mogę przestać na to patrzeć.

To tylko spekulacje, powiecie, Tak, ale jako filozof muszę spekulować — nie znam się na niczym innym. Dowodów nie mam. Nie szkodzi: dowody są tylko w matematyce. Mam poszlaki. Podzielę się na koniec z wami jedną.

Najbardziej znanym filmowym psychopatą jest antybohater w filmie Milczenie owiec — dr Hannibal Lecter. Przebiegły morderca, który zastawiał sidła na swoje ofiary, a potem zjadał je, popijając chianti. Jim Carrey zapytał kiedyś Anthonego Hopkinsa, jak przygotowywał się do odegrania roli Lectera. Jaką sztuczką aktorską posłużył się dla wywołania takiego piorunującego wrażenia, jakie postać psychiatry psychopaty zrobiła na widzach. Hopkins powiedział, że starał się zachowywać jak wąż. Nie mrugać, odwracać się całym ciałem, wpatrywać się w ofiarę. Zadziałało na tej samej zasadzie, którą wam tu jak krowie na rowie wykładam. Widz nie mógł od niego oderwać wzroku.

Dzisiaj to na tyle. Czekam na wasze komentarze.

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Cynik w muzeum

Muzeum Śląska Opolskiego
oraz Instytut Filozofii Uniwersytetu Opolskiego
zapraszają na

Otwarte Seminarium Opolskiego Towarzystwa Filozoficznego

Forma i treść cynizmu

  17 stycznia 2019 r., godz. 18.00
dr Marcin Pietrzak
sala odczytowa Muzeum Śląska Opolskiego,
wejście od ul. Muzealnej,
wstęp wolny.

3/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Wredna młodsza siostra filozofii, czyli medytacje nad brodą

Jankowi Sarnie

Po co komu broda? Po co komu mop na twarzy. Porównanie adekwatne, bo, jak podają amerykańscy naukowcy, przeciętna broda mieści w sobie więcej bakterii niż deska klozetowa na dworcu kolejowym. Po co komu zatem taka kosmata kloaka pod samym nosem?

W dzisiejszych, głęboko niesłusznych czasach broda służy głównie do tego, żeby z ogólnej populacji można było gołym okiem wyłowić baristów i wykładowców filozofii. Ci pierwsi noszą brodę dla tych samych powodów, dla których chadzają do manicurzystek i stosują dietę wegańską: chcą się upodobnić do drwali. Ubrodzenie filozofów stanowi natomiast wyraz szacunku, jakim cieszy się wśród tych pociesznych skądinąd ludzi stara tradycja nakazująca wszystkim, którzy wiedzą czym się różni transcendentność od transcendentalności, zapuszczać Szczecin na szczęce.

Wśród filozofów starożytnych największym fanem brody był Epiktet, który sformułował taką oto pochwałę włochatej twarzy: Czytaj dalej

4.17/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Miałkie sny liberałów, czyli wielkopiątkowy moralitet cyniczny

Św. Augustyn w pierwszej części swojego dzieła pt. O państwie Bożym [De civitate Dei II 20], która to część mogłaby nosić roboczy tytuł: “Skończcie pierdolić, poganie”, opisuje sen o sprawiedliwości, który śni się tym, którzy “napadają na religię chrześcijańską” i którym nie podobają się nowe porządki zaprowadzane na ruinach imperium przez papieży i biskupów. Czego naprawdę chcą ci, którym przeszkadza religia chrześcijańska? Jaki kształt powinno przyjąć świeckie państwo oddzielone od Kościoła?

Byleby — powiadają — istniało, byleby kwitło, w dostatki obfitujące, zwycięstwa sławne, lub, co lepiej, bezpieczne w pokoju. A reszta co nas obchodzi? Owszem na tym nam zależy, żeby u wszystkich wzrastała zamożność wystarczająca i na życie rozrzutne, i na to, iżby każdy możniejszy mógł biedniejszymi zawładnąć. Niech biedacy, aby byli syci, słuchają bogatych i niech pod ich opieką spokojnie siedzą. A bogaci niech wyzyskują biedotę, używając jej do otoczenia swego i do posługiwania w swym przepychu.

Czytaj dalej 4.2/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Czy mężczyzna powinien uskarżać się na ciężki kobiecy los?

Ostatnio mam okazję się przekonać, jak to jest być kobietą. Spokojnie, spokojnie! Żadne narzędzia chirurgiczne nie poszły w ruch i mam nadal do dyspozycji taką samą, nieparzystą liczbę kończyn. Sprawdzam po prostu jak to jest zostawać w domu z dzieckiem. Oto wstępne wnioski.

Na nic usprawiedliwienia w postaci braku instynktów macierzyńskich. Żarty w kąt! Bycie babą to cholernie ciężka robota! Dziecko nie jest czymś, czego się po prostu pilnuje. Pilnować to można auta na parkingu, albo kluczy w torebce (ale zbabiałem, skoro takie przykłady przychodzą mi do głowy. A propos używam torby na ramię po żonie, ale nie zapina się jej na lewą stronę, więc fakt ten nie razi zanadto. Taki to bezmiar upadku). Wracam do rzeczy. Dziecka się nie pilnuje. To jest wojna! Wojna hybrydowa, przeplatana okresami zawieszenia broni, ale w każdym razie wojna. Zasady są proste: daj palec, a zażąda reszty twojego ciała, ustąp pola raz, a już nigdy w tym miejscu się nie okopiesz. Do tej wojny trzeba mieć końskie zdrowie i żelazne nerwy. W tej wojnie jedno jest tylko jasne: rodzic nie ma w niej szans. Obowiązek prowadzenia tej wojny spoczywał przy tym do niedawna niemal wyłącznie na kobietach, co każe mi się zastanowić nad odwiecznym zagadnieniem: Kto ma lepiej, chłop czy baba?

Świadomość twardości kobiecego losu przebijała się tu i ówdzie w tradycji filozoficznej przed XX wiekiem, ale nieśmiało. Wszystko chyba przez to, że kultura Grecji VI, V i IV wieku, czyli ta, która wydała z siebie filozofię, była kulturą wrogą rodzajowi niewieściemu.  Czytaj dalej

4.78/5 (9)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

4 powody, dla których lepiej być biednym niż bogatym (w/g Lukiana z Samosat)

Zacznijmy od cynicznej półprawdy (wszystkie prawdy cyniczne są półprawdami, ale że nie bardzo wiadomo czym jest prawda, lepsza cyniczna półprawda w garści i niż wieczysta filozofia na dachu):

Pieniądze szczęścia nie dają tym, którzy ich nie mają.

Ten cynicyzm rządzi do pewnego stopnia (widzicie, jestem dzisiaj w nastroju ugodowym), naszym postępowaniem i określa nasze (zazwyczaj błędne) wybory życiowe. Pieniądze są zresztą przedmiotem, którego sama obecność, czyni ludzi bardziej skłonnymi do przyjmowania postawy cynicznej. Mam przyjaciela? Dobrze — możemy się napić i zakąsić! Ale co zrobić, jeżeli przyjaciel poprosi o pożyczenie grubszej gotówki? Tutaj pojawiają się trudności. Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Żydzi (no i co ja poradzę, że tak się mówi?). Pieniądze mają tę właściwość, że schładzają stosunki między ludzkie, czynią je bardziej rzeczowymi i poważnymi aż do zarzygania. Ten, kto ma pieniądze jest traktowany z nabożną czcią przez tych, którzy ich nie mają. Uważa się, że umiejętność robienia pieniędzy jest czymś rzadkim i godnym pozazdroszczenia. Czy słusznie?

Grecy mieli w tych sprawach odmienne zdanie. Okazuje się, że naród, który do pewnego stopnia, stworzył naszą cywilizację i kulturę miał pieniądze głęboko w pogardzie, a czcią otaczał biedę. Nie to żebym był naiwny. Pewnie, że poszczególni Grecy chcieli mieć hajs pod ręką i robili wszystko żeby załatać ubytki we flocie. To jasne — 90 procent Greków, to były zwykłe buce, które nie odróżniłyby intelektualizmu moralnego Sokratesa od worka ziemniaków. Jednak zasadniczo kultura grecka była kulturą ubóstwa.

Już wiesz dlaczego nie lubisz iPhonów! Oto ich ciap… śniady twórca

Powody, dla których, zdaniem Greków, lepiej hajsu unikać i nie liczyć zbytnio na flotę w kieszeni, wyliczył Lukian z Samosat, chociaż sam nie był pełnoplemnikowym Grekiem, ale Syryjczykiem, czyli pasożytem z Bliskiego Wschodu, tak jak Steve Jobs (jego tatuś nazywał się Abdul Fattah Jandali i był syryjczykiem, nie wiedzieliście?) Przybywają do Europy i bezczelnie, bez naszego pozwolenia, wzbogacają naszą kulturę! Czy ten horror nigdy się nie skończy?!

Wracam, do rzeczy. Jakie to powody skłaniały Greków do pogardzania nędznym groszem?

Lukian Syryjczyk— wzbogacił kulturę europejską o wiele arcydzieł, a mógł zabić.

Lukian rozprawia się z zabobonem głoszącym, że lepiej mieć pieniądze, niż ich nie mieć w dialogu pt. Tymon, albo mizantrop. Tytułowy Tymon to koleżka, który był kiedyś bogaty, ale stracił cały majątek, w wyniku czego stał się on ziejącym nienawiścią do ludzi odludkiem. Bogowie postanawiają jednak naprawić szkody, jakie ich zarządzenia wyrządziły biednemu bankrutowi i wysyłają mu walutę w postaci spersonalizowanego Dostatku. Przelew ma być wykonany przez Hermesa, który w drodze z nieba (czy tam z Olimpu…) na ziemię ucina sobie pogawędkę ze zantropomorfizowanym kolegą, przy której boki można zrywać jak świeże wiśnie. Z rozmowy tej można wysnuć takie oto wnioski:

Pieniądze nie są nagrodą za cnotę

Niektórzy uważają, że pieniądze mają szansę zarobić tylko ci, którzy są inteligentni i pracowici, choć skądinąd wiadomo, że hajs dostaje się za zwyczaj w łapy zwyczajnym bucom, którzy akurat mieli szczęście (albo pecha, zależy jak na to spojrzeć), że zaczęli robić coś, co komuś tam innemu było akurat potrzebne, a nikomu innemu nie chciało się tego robić. Pieniądze dostają się też w łapy ludzi, których jedyna zasługa polega na tym, że mieli rodziców, którym wpadły one w łapy wcześniej, w taki sam zresztą niezasłużony sposób. Pełną świadomość tego stanu rzeczy mieli Grecy, którzy jednogłośnie twierdzili, że bogactwo jest ślepe i dlatego nie trafia do tych, do których powinno. Oto jak całą rzecz wyjaśnia Lukianowy Dostatek: Czytaj dalej

3.07/5 (15)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Moralny fundament bezwstydu

Facebook i Google wiedzą o mnie więcej, niż ja sam o sobie. Dochodzę do tego wniosku i stawiam kropkę, bo nie wiem co miałbym z tym faktem dalej zrobić. Czy mam się tym martwić? Czy mam wylewać krokodyle łzy nad utraconą prywatnością? Może powinienem polikwidować konta na portalach społecznościowych, wstawić do domu własny serwer i na nim trzymać swoje e-maile (model Hilary 2.0), a sieć przeglądać tylko przez Tora?

Geofeedia — usługa tak odrażająca moralnie, że każdy chciałby z niej korzystać

 

A może wręcz przeciwnie! Może powinienem rozwinąć szeroko zakrojoną akcję zarządzania własnym obrazem w internecie, wykorzystując do tego celu wszystkie dostępne narzędzia, włącznie ze szpiegostwem społecznościowym? Czy mam się wstydzić oka Wielkiego Brata? A może po prostu powinienem mieć to wszystko gdzieś!? Może gdybym nie robił rzeczy, których należy się wstydzić, to nikt nie miałby nade mną władzy/wiedzy, którą mógłby mnie zawstydzić albo zaszantażować?

Ta ostatnia odpowiedź jest mi chyba najbliższa. Mieć wszystko gdzieś, to znaczy nie wstydzić się niczego jak bezwstydny cynik Diogenes z Synopy. Ten, dla uzasadnienia swojego bezwstydnego postępowania posługiwał się następującym rozumowaniem. Kiedy porządni obywatele obruszali się na widok filozofa jedzącego śniadanie na ulicy odpowiadał im:

Jeżeli jedzenie śniadania nie jest czymś niewłaściwym, to nie jest też czymś niewłaściwym śniadanie na rynku, a jedzenie śniadania nie jest czymś niewłaściwym, zatem śniadanie na rynku nie jest czymś niewłaściwym

Co złego w jedzeniu śniadania na ulicy, zapytacie? No cóż, okazuje się, że starożytni Grecy uważali spożywanie posiłków za rzecz, której nie należy robić publicznie. Byli to ludzie znacznie bardziej wstydliwi od nas. Oni wstydzili się procesu odżywiania od początku do końca, to znaczy od włożenia jedzenia do ust, aż do rdzawego finału. Nas w zakłopotanie wprowadza tylko to ostatnie stadium, w czasie trwania którego towarzystwo bliźnich nie cieszy nas zanadto. Czytaj dalej 4.14/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Rubikon czterdziestaka, albo pokrętna pochwała Ojczyzny

Dla Zdzicha, Heńka i innych bezimiennych ofiar własnych domów.

W okolicach czterdziestaka każdy facet chce wrócić do domu. Miało być fajniej, wygodniej — miało być bardziej. A jest słabo: ciało odmawia posłuszeństwa, wady charakteru nie zanikają, ale wręcz przeciwnie, stają się coraz bardziej widoczne. Żona ciśnie, dziecko ciśnie, robota ciśnie, bank ciśnie. A miało być tak fajnie… No i co teraz? Przez zaciśnięte z przyzwyczajenia zęby dobywa się z głębi nieświadomości pisk: “Chcę do mamy…” Nie chodzi o matkę konkretną. Raczej symbol, albo raczej wyobrażenie ciepła, bezpieczeństwa, spokoju.

https://i2.wp.com/cdn-images-1.medium.com/max/1000/1*SkQZxK7VW5hmuNGe4hSMlg.png?w=625&ssl=1  W ramionach ojczyzny 

No i zaczynają się mnożyć błędy życiowe. Jedni szukają młodszej kobity po to, żeby móc odbyć idiotyczny powrót do przeszłości, kiedy to wszyscy byliśmy piękni i młodzi. Inni wracają w rodzinne strony tylko po to, żeby doświadczyć na własnej skórze tego, że racje miał stary Heraklit, kiedy mówił nie można wejść dwukrotnie do tej samej rzeki. To już nie ta rzeka, nie ta dolina, nie ten las, nie ci ludzie, nie to miejsce.

https://i0.wp.com/cdn-images-1.medium.com/max/600/1*PR1NWg7IOtfM7p2Ex2wC4w.png?resize=300%2C234&ssl=1Jeszcze inni zaczynają się kręcić wokół budowy albo zakupu własnego domu. Nie po to, żeby mieć dom, bo po co komu stacjonarna niszczarka do pieniędzy, ale po to, żeby zrealizować archetyp, wypowiedzieć symbol/zaklęcie. Dom mężczyzny w okolicach czterdziestki to symbol tego, co minęło i nie powróci, to próba przerzucenia kładki ponad przepaścią czasu. Wielu przypłaca tę próbę utratą zdrowia, albo i życia, bo jak wiadomo od wieków: “Dom do dachu, mąż do piachu”.

18-nastka sprzed 22 lat 

Ale po co to wszystko? Ano jest powód, dla którego ta żałosna próba odszukania straconego czasu stwarza pozory sensowności. Otóż nas czterdziestolatków łączy z tamtym brzegiem coś więcej niż tylko wspomnienia. Na tamtym brzegu wszystko było pierwsze i, jako takie właśnie, niepowtarzalne. Pierwszy pocałunek z języczkiem, pierwszy papieros, pierwsza muzyka, pierwsze przyjaźnie. PIERWSZE I OSTATNIE przyjaźnie, bo nie zawiera się już żadnych przyjaźni po dwudziestym roku życia i nawet jeżeli przyjaciół z tamtego brzegu brak, to nie sposób ich w żaden sposób zastąpić. Nie dlatego, żeby byli oni tymi “wspaniałymi ludźmi” o których śpiewał Riedel (ci, o których śpiewał byli przecież grupą, być może przesympatycznych, ale jednak narkomanów), ale dlatego, że łączy nas z nimi kotwica pierwszego razu. Z nimi z nimi po raz pierwszy oglądaliśmy światło ostrego słońca i syciliśmy się życiem.

Nawet stary cynik Lukian w okolicach czterdziestki wrócił do rodzinnej Syrii i napisał zupełnie anty-cyniczną Pochwałę miasta ojczystego. I nie ma w niej nawet najmniejszych śladów ironii, którą ten prototyp wszystkich neurotyków dodawał nawet codziennego “Dzień dobry”. Sami się przekonajcie: Czytaj dalej

3.88/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Kserkses płaczący nad Hellespontem

W filmie “Mały Budda”, z którego, przyznaję to z bezwstydną szczerością, czerpię niemal całą swoją wiedzę o buddyzmie, jest taka charakterystyczna scena, w której ubrany na pomarańczowo tybetański proboszcz tłumaczy wcieleniu swojego własnego nauczyciela, co to jest “ulotność”. Pamiętacie? Za sto lat wszyscy ludzie, którzy dzisiaj żyją, będą wąchać kwiatki od spodu itd. Bardzo mi się ta scena zawsze podobała. Myślałem sobie: ależ ten buddyzm głęboki, nie ma to jak Mądrość Wschodu i takie tam. Aż tu nagle, przy lekturze Herodota natrafiłem na taki fragment:

Po przybyciu do Abydos przyszła Kserksesowi ochota całe swe wojsko przeglądnąć. Umyślnie też było dlań przygotowane tam wprzód na wzgórzu wyniosłe siedzenie z białego marmuru, które wykonali mieszkańcy Abydos na poprzednie zlecenie króla. Siedząc tu i spoglądając na wybrzeże, ujrzał piesze wojsko i flotę, i na ten widok zapragnął przypatrzyć się wyścigowi okrętów. Gdy ten się odbył i zwyciężyli Fenicjanie z Sydonu, uradowany był król i wyścigami, i flotą. Widząc zaś cały Hellespont pokryty okrętami i całe wybrzeże oraz równiny Abydosu pełne ludzi, Kserkses nazwał siebie szczęśliwym, a potem zapłakał.
Gdy zauważył to jego stryj, Artabanos, który z początku śmiało wyraził był swe zdanie i odradzał Kserksesowi wyprawy wojennej przeciw Helladzie — ten więc mąż, widząc płaczącego króla, tak go zagadnął: — Królu, jak bardzo nawzajem różni się to, co teraz, i to, co krótko przedtem uczyniłeś; bo naprzód mieniłeś się szczęśliwym, a teraz płaczesz. — A ten odrzekł: — Bo zdjęło mnie uczucie litości, gdym rozważał, jak krótkie jest całe życie ludzkie,- wszak z tych tak licznych ludzi za sto lat nikt nie pozostanie przy życiu.

Kontekst jest taki. Kserkses ma się przeprawić do Europy dla pomszczenia klęski swojego ojca Dariusza. Gromadzi w tym celu wielkie armie: lądową i morską. Jest to początek wyprawy, która okaże się wielką klęską Persji i zapoczątkuje złoty okres rozwoju Grecji, którego zwieńczeniem będzie rozbicie Imperium Achemenidów przez utlenionego Colina Farrella.

https://i1.wp.com/cdn-images-1.medium.com/max/2000/1*DVmri2gxdfE5_7W_vYgLkQ.png?w=625&ssl=1

Stoi więc Kserkses u szczytu swojej potęgi. Jego armia liczy może ćwierć miliona żołnierzy i 1200 łodzi bojowych. Nikt w tej właśnie chwili nie może się z nim równać pod względem siły militarnej. Jednak od tej chwili czekają go już tylko rozczarowania. Najpierw Spartanie pokażą mu, że nie są miękkim piórem robieni pod Termopilami, a potem Temistokles z Ateńczykami skopią mu rufę pod Salaminą. Na razie jednak wszystko jest ok.

Kserkses patrzy z azjatyckiego wybrzeża na Hellespont. Po drugiej stronie cieśniny jest Europa. I właśnie tutaj i właśnie teraz płacze. Gdyby się okazało, że opis tego wydarzenia wyssał sobie Herodot z brudnego Helikarnejskiego palucha, to należałoby mu za to podziękować. Kim bylibyśmy dzisiaj bez kłamstw takich Herodotów i Długoszów? Historyk musi wymyślać, bo przecież dzieje nie są czymś skończonym. Pełno w nich luk wynikających z braku refleksu aktorów wydarzeń i zbiegów okoliczności. “Zabijajcie wszystkich, Bóg wybierze niewinnych” — taki rozkaz miał wydać Arnaud Amaury podczas rzezi w Béziers. A jeżeli, jak wielu przypuszcza, nic takiego nie powiedział? Jeżeli wymyślił to historyk dla ubarwienia opowieści? No i co z tego? Jeżeli tego nie powiedział, to tylko dlatego, że zabrakło mu talentu literackiego albo refleksu. Coś takiego w każdym razie powinien był powiedzieć. A co, jeśli Kserkses w rzeczywistości nie płakał nad Hellespontem? To należałoby ten jego płacz wymyślić! I to właśnie zrobił (być może) Herodot. Chwała mu za to! Czytaj dalej 4.33/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2