Archiwa tagu: piękno

Coffeelosophy XLVIII – czyli retoryczne piękno języka

Przeczytawszy w sieci pewien wpis z okazji Dnia Języka Ojczystego, generalnie pełen ubolewania nad kondycją naszej mowy i jej poziomem w debacie publicznej, a szczególnie politycznej – pokusiłem się o przeczytanie komentarzy. Pośród nich znalazłem jeden, który sprowokował mnie do refleksji:

Język niczemu nie winien, że w każdym narodzie mamy do czynienia z ludźmi, których nazywamy oratorami i z ludźmi, którzy używają go w celach prymitywnych odwołując się do naszych najgorszych emocji… Ci ostatni aktualnie mocno zagłuszają tych pierwszych. To po części też wina słuchaczy, którzy odrzucają oratorów. Świat polityki zawsze miał bardzo mało wspólnego z urodą języka.

Przede wszystkim wydaje mi się, iż ktoś ma błędną definicję oratora, albo owszem – rozumie ją, a mimo to jest pod wrażeniem oratorskich zdolności. Osobiście nie przeceniałbym zalet oratorów. Faktycznie, charakteryzuje ich piękna mowa, ale trzeba pamiętać, iż orator doskonali swoje krasomówstwo w określonym celu. Nie po to, by pięknymi słowy coś nam zakomunikować, czyli przekazać pewną treść, ale żeby tymi słowami skłonić nas do czegoś, przekonać, wywołać w nas określoną, oczekiwaną przezeń reakcję. Sztuka retoryki, to jedna z form manipulacji. Tak się nią posługiwali pierwsi, starożytni oratorzy i tak czynią współcześni.

I to często właśnie oratorzy odwołują się do uczuć słuchaczy, grają na emocjach i prostych (w sensie: podstawowych, fundamentalnych) instynktach oraz intuicjach. Wykorzystują utarte schematy myślenia (niejednokrotnie błędne, ale silnie zakorzenione), stereotypy, uprzedzenia, lęki, elementarne potrzeby, jakie człowiek pragnie zaspokajać i dzięki znajomości pewnych mechanizmów psychicznych wpływają na odbiorcę. A przy tym miło się tego słucha…

Być może dzisiejszy obraz polityki skłania ku negatywnym ocenom języka, lecz trudno mi się zgodzić, że “świat polityki zawsze miał mało wspólnego z urodą języka”. Historia zna wielu mówców-polityków, których oracje należą do pięknej klasyki – często wyrafinowaną formą przewyższając nawet samą treść. I nie mam na myśli tylko starożytnych mistrzów. Nawet w nam bliskich czasach znajdziemy przykłady polityków, którzy używali języka parlamentarnego a nieparlamentarnym się nie skalali. Przypomnijmy sobie Gieremka, Bartoszewskiego, Mazowieckiego… Być może drzemie jakaś prawda w słowach, które wypowiedział Ali ibn Abi Talib, zięć Mahometa: Wartość człowieka poznasz po jego języku.

Co się zaś tyczy ogólnej wymowy wspomnianego wpisu, to muszę stwierdzić, iż mam mieszane uczucia w kwestii piękna języka, do którego autor nawiązywał i nawoływał. Nie jestem językoznawcą, ale domyślam się, iż są różne funkcje języka. Zasadniczo jednak służy przekazywaniu sobie jakichś informacji. Nasz gatunek w pewnym momencie zaczął komplikować sobie życie – czy, jak kto woli: wzbogacać je o kolejne elementy. Tworzył nowe narzędzia i przedmioty, dodawał do swych aktywności nowe formy działania, doskonalił też formy stare, zmieniał środowisko życia i stykał się z nieznanymi wcześniej elementami przyrody, klimatu, fauny i flory, przeszkód terenowych itp. Nagle jęki, piski, pomruki, pohukiwania, cmokanie, kląskanie, mimika i pantomima przestawały wystarczać w komunikacji. Trzeba było łączyć zgłoski i wydawane dźwięki w nowe formy artykulacji, aby precyzyjniej nazywać przedmioty i zjawiska w otaczającej rzeczywistości. Terrence Deacon – profesor na Uniwersytecie Berkeley w Kalifornii przypuszcza, że już przed dwoma milionami lat australopiteki rozwinęły pewien system porozumiewania się, z którego z czasem wykształcił się język. Coś pojawiało się w prymitywnym umyśle i człek szukał sposobu przekazania tej myśli pobratymcom. Dwa milionlecia później to samo najwyraźniej dręczyło Juliusza Słowackiego, gdyż stwierdził: Chodzi mi o to, aby język giętki, powiedział wszystko, co pomyśli głowa…

Przyznam, że bliżej mi do pochwały dla precyzji w komunikacji, niż piękna. Najważniejsze jest, byśmy się dobrze rozumieli. By odbiorca w naszych słowach odczytał możliwie najbliższą prawdzie wiadomość, na jakiej przekazaniu nam zależało. Ozdobniki, metafory, poetyzowanie i szereg innych środków stylistycznych potrafią zakłócić czystość przekazu. Im więcej zostawiamy w sferze domysłu i interpretacji, tym bardziej możemy się oddalić od sedna treści.

Słowo
(Marcin D. Podolan)

Słowo – początek i koniec
Sprawcza siła praformuły
Tai w sobie sekrety stworzenia

Niezręczne wszak jako goniec
Słowo jest wstępem wspaniałym
Do wzajemnego niezrozumienia

Niedawno połknąłem fragment pewnej książki suto okraszonej poetycką prozą. Właściwie zbudowana była z niemal samej okrasy. Traktowała o zmaganiach mężczyzny z nowotworem i oblepiona była licznymi egzystencjalnymi brudami. Połknąłem to i było mi ciężko. Zdaję sobie sprawę, że sporej części przesłania nie pojąłem, ale choć z jednej strony czuję z tego powodu wstyd, to z drugiej – jakąś ulgę. Bo gdybym był bardziej wprawny w hermeneutycznym demaskowaniu i przyswajaniu ukrytych znaczeń, to docisnęłoby mnie to kolanem do ziemi i nie pozwoliło na ruch.

Czułem się pobity. Miejscami zbieg słów autora był jak cios w podbródek; niby na chwilę unosi cię w górę, ale gdy ogarniesz swą sytuację, już leżysz znokautowany. I czułem się pobity dwojako; samą treścią, która kopie z kolana w żołądek, a także kolejnym pełnym zazdrości stwierdzeniem, że daleko mi do podobnej zdolności wyrażania egzystencjalizmu.  Wszystko w niej jest – nie, nie wiem, czy jest – wydaje mi się bardzo… esencjonalne. Taki dekokt pomyśleń. Tymczasem mi łatwiej przyjmować postać bardziej rozcieńczoną, bliższą mowie międzyludzkiej, niż międzydusznym intuicjom. W swoim czasie William Penn wygłosił pouczenie: Mów poprawnie, przy użyciu najmniejszej liczby słów, ale zawsze wyraźnie, ponieważ celem wypowiedzi nie jest ostentacja, a żeby ludzie cię rozumieli. I zasadniczo się z tym zgadzam, aczkolwiek mam jeszcze problem z tym używaniem najmniejszej liczby słów.

W związku z powyższym, co i rusz, budzi się we mnie jedna wątpliwość. Co lepsze: pisanie językiem koneserów, posiadających klucz do zrozumienia, ale pozostających hermetyczną elitą, której reszta ani nie rozumie, ani nawet nie zna, a tym samym nie podziwia i co za tym idzie nie naśladuje, nie bierze za wzór, nie czyni mentorem, przewodnikiem. Czy pisanie właśnie językiem prostszym, mniej wyrafinowanym, za to zrozumiałym dla szerszego grona i mogącym wyrwać z obojętności, wywrzeć reakcję, pchnąć ku działaniu, albo przynajmniej refleksji. A może nie warto tego roztrząsać, tylko poprzestać na konstatacji, że jest, jak jest. Taka tautologia bywa ratunkiem. Każdy znajduje coś dla siebie, jedni w niszy, drudzy w mainstreamie. Po co szukać uniwersalnych form, albo tworzyć eklektyczne kurioza. (Choć nawiasem mówiąc, eklektyzm w starych meblach bardzo mi się podoba).

Tak, znowu wyłazi ze mnie ignorant, bo pewnie bardziej rozgarnięty człowiek znałby odpowiedź. Chyba, że odpowiedzi jednak nie ma, lub jej poszukiwanie jest zbyteczne, bo to, co się liczy, tudzież wystarczy to stawianie pytań. Tak, aby człek pamiętał, że zawsze pozostanie w zawieszeniu, w niepewności, z palcem wetkniętym na chybił trafił między kartki słownika frazeologicznego. Jedni ludzie siedzą w literaturze, przejmują się nią, stanowi ona – przynajmniej w jakiejś mierze – treść ich życia. Dla mnie jest to coś, do czego czasami się wybieram, coś jak wypad za miasto na piknik, a niekiedy może i większa wyprawa – niemniej obszar, z którego potem wracam do siebie.

Mam świadomość, iż czytanie lub słuchanie cudzych słów, to wkraczanie na obce terytorium. Zaglądanie – że tak to ujmę – w czyjąś duszę rozumną i mniej, lub bardziej udolna próba jej zrozumienia. Próba, której nie da się zakończyć sukcesem, bo nawet korzystając z tego samego zestawu słów, możemy się różnić rozumieniem znaczeń. Nasze języki mają swoje ograniczenia, a to sprawia, że opis otaczającej nas rzeczywistości może być tylko taki, na jaki pozwalają nam nasze wewnętrzne słowniki. Nie stworzymy obiektywnego, prawdziwego opisu. A ile z tego, jaki nam wyjdzie, poprawnie zrozumie ktoś inny? Przecież on przebywa we własnym świecie pojęć. Jak to ujął Ludwig Wittgenstein: Granice mojego języka są granicami mojego świata. Literatura i żywy dialog pozwalają zatem poszerzać horyzonty, ale nie przekraczać, bo nie wejdziemy do umysłu drugiej osoby. Filozofia języka nie radzi sobie rozstrzygająco z podstawowymi zagadnieniami, ale wydaje się, iż chętnie powitałaby w świecie jakiś uniwersalny, powszechnie zrozumiały, niedwuznaczny język.

Tylko wyobraźmy sobie książkę, w której zawarty jest rzeczywisty świat. Myśli wyrażone byłyby precyzyjnie, ujęte w pełni, jednoznacznie, zgodnie z prawdą i intencją autora. Ba, byłby w tym dziele czytelny sam pisarz. Bez niedomówień, bez koniecznych domysłów i interpretacji. Póki co, literatura – przynajmniej dla mnie – jest czyjąś wizją świata i tylko dzięki temu, że w niektórych punktach pokrywa się z moją, wywołuje we mnie pewne poruszenia. W gruncie rzeczy jednak jest to sfera spoza mnie, ani nie jest moja, ani ja do niej nie należę. Wypożyczam ją sobie, albo lepiej powiedzieć: biorę w dzierżawę i czasem uprawiam. I te uprawy to taka trochę sztuczna hodowla. Wydaje mi się bowiem, że nikt na co dzień nie patrzy na świat przez poetyckie filtry, nie myśli językiem literackim, że dopiero na użytek tworzenia przełącza się w tryb poety, czy literata.

Sam – przyznaję – mam ciągoty refleksyjno-filozoficzne i daję im upust; jednak u mnie metafizyka i filozofia nie są gęste, zawiesiste, skondensowane. A dzięki temu chyba zyskują na większej przejrzystości. Po co komplikować hermeneutykę innym ludziom, skoro po sobie wiem, jak trudna to sztuka. Staram się nie pozostawiać nikomu zbyt dużego pola do interpretacji, do spekulowania nad moimi słowami w stylu: zjadłem, nawet smakowało, ale co to właściwie było. I nawet jeśli jakiś ciemny smak zatrzymuje się czasem goryczką na krawędzi przełyku, to nie przykleja się trwale do sklepienia podniebienia (tudzież czaszki). Ostatecznie trafia dalej i, jak mam nadzieję – nadaje się do strawienia. Czyż tak nie jest lepiej?

Nie przeczę, iż lubię obcować z ujmującym językiem, czytam literaturę piękną i poezję (sam nawet trochę tworzę), jednak w tym wypadku przestawiam się na tryb przyjemności. Robię to niejako dla rozrywki, urozmaicenia. I cieszy mnie taki bonus, gdy przy okazji mogę się ubogacić duchowo, albo poszerzyć wiedzę. Jasne, że nie ma nic złego w tym, aby zachwycającym, bogatym językiem wyrażać bardzo konkretne myśli; i prawdopodobnie można to pogodzić bez utraty sensu, bez zafałszowania przekazu. Na tym polega sztuka. I jest to sztuka niełatwa. Lecz poza pragnieniem przyjemności chyba niczym więcej nie da się jej wytłumaczyć. Ludzie sprawnie operujący słowem potrafią, korzystając z różnych chwytów stylistycznych i bogactwa środków artystycznego wyrazu, wywołać u odbiorcy określone skojarzenia, reakcje, emocje, refleksje. Trzeba jednak pamiętać, iż jest to de facto manipulacja, niewiele różniąca się od tej stosowanej w retoryce przez zdolnych oratorów.

Filozofowie też mają skłonność do upiększania swych wypowiedzi; sięgają po metafory, wyszukują paralele, poetyzują, ubarwiają, a do tego uprawiają słowotwórstwo – w zasadzie po to, by lepiej ująć swoje myśli, by obrazowo trafić do rozumu odbiorców. Jeśli mam być szczery, nie zawsze mi się to podoba, niemniej rozumiem, iż w niektórych sytuacjach bywa to najlepszym sposobem. Człowiek pierwotny mógł zrobić funkcjonalny nuż i już, i na tym poprzestać. Ale któregoś dnia ozdobił rękojeść rzemykiem i wyrył na niej wzorek. To niczemu praktycznemu nie służyło, ale i nie szkodziło – a przecież cieszyło myśliwego. Z językiem chyba jest podobnie. I tak samo można nim budować, jak i niszczyć, pomagać, jak i ranić, zbliżać ku prawdzie, albo od tejże oddalać. Można mówić prosto i klarownie na miarę swych zdolności, przy czym mało kogo takie słowa urzekną. Można też ubarwić tą samą wypowiedź, nasączyć metaforami, epitetami, symboliką, upstrzyć hiperbolami i peryfrazami, wzbogacić o neologizmy, ująć w barokowe ornamenty i półstronicowe zdania iskrzące się brylantami konceptu, wykończone frazeologiczną sztukaterią – i zyskać zachwyt, lecz zagłuszyć wątek. Trudno o równowagę między treścią a formą. Pytanie więc: czy wolno finezją i pięknem przesłaniać precyzję i… prawdę.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam 5 maja o godzinie 18:00 do kawiarni San Sebastian, przy pl. św. Sebastiana. Temat brzmi: retoryczne piękno języka. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i postawić retoryczne pytania.

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Absurdalny wpis o makijażu i grzechu pierworodnym

Dlaczego kobity współczesne używają tak mocnych makeupów? Może to objaw kultu cielesności charakteryzującego naszą zdominowaną przez antyreligijny materializm epokę, jak chcieliby niektórzy moraliści? Myślę, że sprawy się mają do pewnego stopnia odwrotnie. Ukrywanie pod maską z pudru swojej prawdziwej, zapryszczonej i owrzodziałej twarzy przed oczami mężczyzn świadczy o głębokiej nienawiści jaką odczuwają do swoich ciał przedstawicielki płci pomalowanej. Nic dziwnego. Tysiącleciami ich ciała były przedmiotem handlu i gwałtu.

W ostatnich czasach sprawy poszły w jeszcze gorszym kierunku, bo mężczyźni, którzy chcą z tych ciał bez konsekwencji korzystać, uznali za stosowne karmić je hormonami wyłączającym ich funkcje związane z prokreacją i nieodwracalnie zmieniającymi sposób ich funkcjonowania (o czym obrzucane hormonalnymi koktajlami Mołotowa kobity przekonują się dopiero po latach). Na starość nieszczęsne białogłowy muszą się dodatkowo nastrzykiwać jadem kiełbasianym i odsysać sobie dający naturalne ciepełko tłuszczyk.

Nic dziwnego, że kobity znienawidziły swoje ciała i ukrywają je pod warstwą farby. “Groby pobielane!” — krzyknąłby zapewne znany mizoginiczny cieśla-socjopata z Nazaretu. Czytaj dalej

3.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XLI – czyli niesprawiedliwość piękna

W tym miesiącu filozoficzna kawiarenka podporządkuje się rygorom pandemii. Toteż będzie wyglądała tak, że zainteresowani zaparzą sobie kawę w domu. Postanowiłem jednak coś do tej kawy dodać.

***

Jest niewątpliwie kwestią indywidualną to, na jakie elementy wyglądu w pierwszej kolejności zwraca się uwagę, choćby patrząc na mijanych lub spotykanych ludzi. Ktoś najpierw taksuje wzrokiem całość sylwetki, a potem przygląda się twarzy; ktoś inny najpierw skupia się na ładnych rysach, a potem przygląda reszcie; jeszcze ktoś zwróci uwagę na którąś część ciała, np. zgrabność pośladków, albo szerokość barków, a dopiero potem ich proporcje względem całości. Tak, czy inaczej, dopiero znalezienie u kogoś tego, co nas ujmuje, co niejako opromienia i w połączeniu z resztą olśniewa – jest decydujące w ocenie. Zauważył to w swoim czasie św. Tomasz, stwierdzając: Piękno polega na właściwej proporcji i blasku.

Zasadniczo jednak w kwestii powierzchowności, kiedy mówimy o kimś, że jest piękny, lub szpetny, to odnoszę wrażenie, iż mamy na względzie przede wszystkim twarz. Ona jest niejako wizytówką, podstawowym elementem identyfikacyjnym, a jednocześnie nośnikiem cech, które wpisują się, bądź nie w przyjęte kanony urody. I nawet kiedy znamy kogoś tylko ze słyszenia – dlatego, że poznaliśmy go telefonicznie, albo słuchamy jego głosu w radiu, ewentualnie na nagraniach – to często wyobrażamy sobie jego wygląd; jakby kojarząc z głosem pewien typ człowieka. I raczej słuchając tubalnego, tudzież szorstkiego głosu, nie mamy przed oczami drobniutkiej sylwetki o dziecięcych rysach twarzy. A wysoki, piskliwy głosik nie pasuje nam do grubo ciosanego draba. I nasze postrzeganie osób, w tym dopisywanie im pewnych cech charakteru, jest jakoś powiązane z wyrazem twarzy, jej mimiką, a nawet stopniem zadbania.

Narodziny_Venus_Sandro_BotticelliNiestety, oceniamy ludzi po wyglądzie. Co więcej, wydaje mi się, iż czasami, kiedy ktoś ma piękną twarz, to ludzie są w stanie przymknąć oko na pewne mankamenty reszty jego ciała. Rzadziej chyba gotowi są uznać osobę za atrakcyjną, gdy ma wyjątkowo zgrabne ciało, ale przy tym brzydkie rysy twarzy. Czemu o tym wspominam? Otóż, okoliczności epidemii sprawiły, iż niemal wszyscy noszą maseczki. Zatem na mieście można spotkać więcej potencjalnie pięknych ludzi. I tym samym potencjalnie lepszych. Gdyż komuś o miłej dla oka aparycji, na ogół przypisujemy dobre cechy charakteru. Nierzadko bezpodstawnie. Czytaj dalej

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Ulotne piękna tchnienie

[show_avatar email=10 align=left avatar_size=40] Jak się okazało, uczestnicy minionego spotkania Pogadalni czują niedosyt w rozważaniach o pięknie. Już nie o urodzie – co jak stwierdziliśmy zgodnie, jest wąskim piękna przejawem – ale o szerzej rozumianym pięknie. Ba! nie tylko o nim, lecz i o przeciwnieństwie jego, czyli brzydocie. W związku z powyższym, zamierzają podjąć tą tematykę na kolejnym spotkaniu. Zachęcam do wizyty i osobistego udziału. Zapowiada się ciekawie. Tutaj zaś, z mojej strony, chciałbym wyrazić kilka prywatnych myśli orbitujących wokół piękna. A nuż posłużą jako asumpt do czyichś dalszych przemyśleń.

Zagadnienie piękna doczekało się wielu opracowań. Nie mnie się z tym mierzyć. Chciałem za to podjąć inny wątek, ale najpierw mały wtręt: inna rzecz „piękno” a inna „coś pięknego”. Niewykluczone, iż piękno, jako idea, czy pojęcie jest trwałe i niezmienne. Co się zaś tyczy rzeczy i osób, to za zwyczaj piękne bywają – i swoje „piękno” (rozumiane jako cecha), z różnych powodów tracą. Piękno można też zyskać. Nabywanie piękna przez rzeczy lub osoby to jednak już zupełnie inny temat. Ja zaś podzielić się chciałem refleksjami i wątpliwościami dotyczącymi przemijania piękna.

Gdy pada słowo: piękno – zwykle uruchamia się w moim umyśle tryb definiowania pojęcia, albo przywołuję w pamięci zasady kompozycji i kanony, jakie pozwalają określić coś tym mianem. Najczęściej bowiem na hasło: piękno, pojawia się odzew w postaci myślenia o tym, co piękne jest, względnie czym piękno jest. Celowo użyłem takiego szyku wyrazów, by podkreślić owo: jest. Bo odnosząc się do piękna, chyba większość z nas ma tendencję, by traktować je, jako coś aktualnego, dzisiejszego, trwającego współcześnie. Osadzeni w teraźniejszości, patrzymy na taki świat, jaki nas otacza i te jego akcenty piękna, jakie w nim zastajemy. Rzadziej myślimy o tym, co piękne było kiedyś, w innych okolicznościach, dla innych ludzi… albo z jakiego powodu nie spełnia właściwych kryteriów i nie jest uważane za piękne obecnie.

Poeta pisał: Wszystko, co piękne jest, przemija. No, z drugiej strony, to co szpetne również. Skupmy się jednak na pięknie. Czy piękno przemija wyłącznie wtedy, kiedy to, co piękne brzydnie? Kiedy, powiedzmy, starzeje się, psuje, niszczeje, traci proporcje i harmonijny układ tworzących go elementów…? Na pewno nie tylko. Czy o przemijaniu piękna decyduje zmiana kanonu, panującej mody, opinii krytyków i znawców? Z pewnością też. A może coś przestaje być piękne, gdy po prostu przestaje się podobać – nawet wówczas, gdy samo w sobie nie zmieniło się ani na jotę? Czytaj dalej 4/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Odpacykowani

[show_avatar email=10 align=left avatar_size=40] Podczas spotkania, którego tematem było brzemię urody, ujawniło się wyraźne rozróżnienie między urodą a pięknem. Chyba większość zebranych traktowała urodę, jako termin węższy, dotyczący przede wszystkim ludzkiego wyglądu – z czym trudno się nie zgodzić. Niemniej kiedy z ust Pogadalnika, lub moich padało pojęcie piękna – jako zamiennik, czy synonim – pojawiała się korekta, że rozmawiamy o urodzie. Trudno było, wobec takiego stawiania sprawy, mówić o pięknie wewnętrznym. A przecież pielęgnowanie i utrzymywanie w dobrym stanie piękna duchowego – to też obciążenie. Chęć sprostania wewnętrznym kryteriom też może okazać się brzemieniem. Jednak użycie zwrotu uroda wewnętrzna, albo uroda duchowa wydało mi się sztucznie brzmiące, więc nie rozwijałem wątku w tą stronę. Teraz trochę żałuję.

Nie doczekałem się też opinii, czy troska o piękno fizyczne, zwykle kojarzona z próżnością, a nawet narcyzmem – czy dbałość owa, może mieć coś wspólnego z pięknem wewnętrznym. Nieśmiało wysuwam tu tezę, że tak. Jeżeli ktoś dba o siebie kompleksowo, z troską podchodzi do wszystkich aspektów swej egzystencji, darzy siebie szacunkiem, kocha (ale w tym zdrowym wymiarze) – to z pełną świadomością będzie zabiegał o urodę duszy i urodę ciała.

I twierdząco wypada także odpowiedzieć na pytanie, czy można popaść w duchowy narcyzm. Bo tak, jak można mieć wypaczone mniemanie o sobie pod względem urody fizycznej, talentów, ważności, tak i pod względem swego intelektu, czy piękna swej duchowości. To, co nie piękne wyraża się przez asymetrię, dysproporcje, dekompozycję i dysharmonię. Dotyczy to zarówno przejawów urody fizycznej, jak metafizycznej. Wewnętrzny bałagan zatem również wymaga uporządkowania. Choć niektórzy zadają sobie tylko taki trud, jaki wystarczy na zrobienie powierzchownego makijażu. Niestety, pacykowaną duchowość trudniej zdemaskować; ciężko o odpowiednie płyny micelarne…

Kłaniam, Martinus

3.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy V – czyli brzemię urody

Zgodnie z naszą nową tradycją, w pierwszy poniedziałek miesiąca sympatycy Pogadalni spotykają się poza Instytutem Filozofii. Nie inaczej stanie się w najbliższy poniedziałek, kiedy ponownie realizować będziemy formułę filozoficznej kawiarenki.

uroda-animacjaPorozmawiamy o utrapieniu, jakim jest uroda. Czy starania czynione wokół piękna fizycznego, trud jego podtrzymywania, to tylko próżność? Czy dbałość o  swoją powierzchowność może mieć coś wspólnego z pięknem wewnętrznym? A z drugiej strony: czy piękno duchowe zawsze ma znamiona cnoty, czy też można popaść w swoisty duchowy narcyzm?

Zapraszamy zatem 7 marca o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Tematem będzie: Brzemię urody.

Pozytywka kadrPrzyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i przekonać się, czy ciężkie piękno ducha może dotyczyć pięknoducha… I co na to płeć piękna w wigilię Dnia Kobiet.

W pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Tekst pierwszej pomocy nr 1

W tej serii będę zamieszczał fragmenty tekstów pomocnych w sytuacji, gdyby np. nikt nie dyżurował w Pogadalni. Na początek Marek Aureliusz (zapraszam do komentowania): Czytaj dalej TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)