Archiwa tagu: Diogenes

Coffeelosophy LXIII – czyli potęga osłów

Jest takie święto, o którym wiedzą przede wszystkim Meksykanie. Obchodzone 8 maja, z wolna rozprzestrzenia się po świecie, a jego głównym bohaterem jest poczciwy kłapouchy. Chodzi bowiem o Światowy Dzień Osła. Z przyjemnością odkryłem to w kalendarzu świąt nietypowych, bo miła to rzecz mieć swoje święto.

W liceum naszym nauczycielem matematyki był człowiek zasadniczy, wymagający i surowy. To, co znajdowało się w programie nauczania, jemu jawiło się, jako banalnie proste. Dla nas była to nie tyle matma, co magia – dla zaawansowanych. Profesor, przekonany, iż mówi o rzeczach oczywistych, nie starał się ich szeroko i zrozumiale tłumaczyć, my zaś nie mieliśmy śmiałości przyznać, że czegoś nie rozumiemy i ukrywaliśmy się za milczeniem. Ta notorycznie powtarzana taktyka uników nie sprawdzała się, gdyż nasza wątpliwa pojętność i tak w końcu wychodziła na jaw. Nic więc dziwnego, że większość z nas miała podłe stopnie, a spora część kończyła semestr z oceną niedostateczną. Któregoś dnia, jako wprowadzenie do nowego tematu przygotował nam zagadkę. Najpierw napisał na tablicy:

osioł + osioł =

i zapytał, ile to będzie. Prosta odpowiedź, dwa osły. Wtedy, pytając: A jaki będzie wynik takiego odejmowania, napisał:

osioł – osioł =

Też proste, bo zero. Wtedy spytał: To ile wyniesie podzielenie osła przez 2. Odpowiedzieliśmy, że pół osła. Wtedy napisał kolejne działanie i zapytał: To ile wyniesie dzielenie:

osioł : osioł =

Po chwili padła odpowiedź: No, 1. Profesor potwierdził i kontynuował: A gdyby wykonać mnożenie: osioł x 3. Odpowiedzieliśmy, że wynikiem będą trzy osły. Na koniec znów napisał kredą działanie i spytał o wynik:

osioł x osioł =

No i tu nas trochę zablokowało, bo – jak wspomniałem – z matematyki byliśmy orłami, gdzie r = s. Wtedy profesor odpowiedział: osioł x osioł równa się… osioł do kwadratu – i napisał: osioł2. Tak zaczął lekcję o potęgowaniu. A nas nieco rozbawił, skądinąd znanym sformułowaniem. Sam już dużo wcześniej słyszałem, w tym pod własnym adresem, zwrot: ty ośle do kwadratu. Ale nie kojarzyłem sobie tego z matematycznym wyliczeniem ilorazu inteligencji.

Nasze lekcje matematyki najczęściej odbywały się w małej, mocno wydłużonej sali; na jednym końcu tej kiszki były drzwi, a na drugim okno. Wzdłuż tego wagonu biegły dwa równoległe rzędy krzeseł a przed nimi dwie długie ławy ze zsuniętych stołów. I w przypadku naszej klasy, można powiedzieć, że były to dwie ośle ławki. Gdyby rzecz działa się ledwie kilka lat później, to chcąc przestrzec kogoś przed wchodzeniem na matmę, można by zażartować, cytując Osła z filmu Shrek: A jak zobaczysz długi tunel, to nie idź w stronę światła. Tymczasem, ja szedłem najdalej, jak się da, bo siedziałem pod samym oknem.

Bywało, że raczono mnie nie tylko mianem osła do kwadratu, ale jeszcze bardziej zagadkowym określeniem: ty ośle dardanelski. Aż do teraz nie znałem pochodzenia tego pieszczotliwego zwrotu. Okazuje się, że ma ono najprawdopodobniej starożytne korzenie. Każdy słyszał o bitwie trojańskiej. Częścią Troady była Dardania, toteż przymiotniki: trojański i dardański znaczyły to samo. Każdy słyszał też pewnie o koniu trojańskim. Ponoć skryło się w nim aż 300 greckich wojowników. Zatem koń dardański (trojański) musiał być wielki, wręcz ogromny… Kiedy ktoś nazywał głupca osłem, a chciał to wzmocnić, mówił: ty ośle dardański, co miało podkreślić, jak ogromnego osła ma na myśli. A ponieważ od Dardanii swoją nazwę wzięła cieśnina Dardanelska, która częściej pojawiała się w różnych wypowiedziach, z czasem określenie uległo przekształceniu i tak oto powstał osioł dardanelski – równy koniowi trojańskiemu… wzrostem.

Skoro jesteśmy myślami w starożytności, to wypada wspomnieć, że już wtedy osioł nie cieszył się szczególnym poważaniem. Mimo iż w rzeczywistości to całkiem bystre zwierzę. Niestety, był symbolem głupoty i egzemplifikacją wierzchowca znacznie gorszego od konia. Tak na przykład (i za przykład) wykorzystał go Platon w jednym z dialogów. Sokrates rozmawia z tytułowym Fajdrosem m.in. o sztuce retorskiej. Tłumaczy, jak ważne jest by zarówno retor, jak i lud, do którego przemawia – wiedzieli, co jest dobre a co złe. I wyjaśnia mu, dlaczego nie wolno przekonywać tłumu do swoich racji, posługując się takim rozumieniem pojęć, jakie ma tłum, lecz należy takim, jakie jest zgodne z prawdą. Jak to Sokrates, używa metafory.

Sokrates: Ano — gdybym cię tak nakłaniał, żebyś sobie konia kupił, bo masz iść na wojnę, a obaj byśmy nie wiedzieli, co to koń; ja bym tyle tylko wiedział o tobie, że Fajdros uważa za konia to zwierzę domowe, które ma największe uszy…
Fajdros: To by śmieszne było, Sokratesie.
Sokrates: Ale gdzie tam. I gdybym cię tak z zapałem przekonywał i namawiał, ułożywszy mowę pochwalną na osła, a nazywałbym go koniem, i wywodził, że to najcenniejszy dobytek i koło domu, i na wojnę, że się znakomicie z niego walczy i on zbroję ci potrafi przynieść, i jego inne rozmaite pożytki wychwalał…
Fajdros: A to by już było najśmieszniejsze.

Pasuje tu również skądinąd znane powiedzenie: Choćbyś nie wiem jak mocno chłostał osła, nigdy nie stanie się wyścigowym wierzchowcem. Aczkolwiek inne porzekadło mówi: Kiedy osioł poczuje ból, prześcignie konia. Temat, jak się zdaje, zamyka klamrą jeszcze jedna sentencja: Osioł pozostanie osłem, choćbyś nań włożył złotą uzdę i siodło. A wracając do Sokratesa; w jednej z anegdot przytaczanych przez Diogenesa Laertiosa, czytamy, że podczas dyskusji ktoś kopnął Sokratesa, lecz filozof nie zareagował. Spytany o to, odparł: Czy gdyby mnie osioł kopnął, wytaczałbym mu sprawę w sądzie? Osła, zatem nie warto było traktować poważnie. Jednakowoż wziął go – żartobliwie – w obronę Julian Ejsmond, pokazując w „Antologii bajki polskiej” taką scenkę:

Raz osioł zaciekawiony
ile wiedzy filozof mieści w swym rozumie
zapytał go: „Co Pan umie?”
„Wiem, że nic nie wiem” odparł mu skromnie uczony.
Osioł rzekł: „W takim razie w wiedzy cię przerosłem,
bo ja przynajmniej jedno wiem: że jestem osłem”.

No właśnie, Sokrates – uważany za uosobienie mądrości – deklarował swoją niewiedzę jako punkt wyjścia do wszelkiego poznania: Wiem, że nic nie wiem. Czy nie jest to paradoksalnie postawa człowieka przyznającego się do głupoty?

Sięgnijmy ponownie do dorobku Platona. W dialogu „Państwo” metaforycznie porównuje on wybory demokratyczne do sytuacji, w której ludzie mogą wybrać na przywódcę kogokolwiek – nawet osła. Tak krytykuje zależność polityki od woli ludu, który może doprowadzić do absurdalnych wyborów, gdy nie kieruje się rozumem i wiedzą.

Kilka wieków później Cyceron, w swoim dziele „De Amicitia” – chcąc skrytykować pochlebstwa, użył obrazowego powiedzenia: Asinus asinum fricat – czyli osioł osła liże. A gdy Petroniusz w „Satyrikonie” napisał: Asinus in tegulis – czyli osioł na dachu, posłużył się tym biednym zwierzęciem, by opisać niedorzeczną sytuację, która może mieć fatalny finał. W powszechnym użyciu były też inne łacińskie sentencje z oślim bohaterem. Asinus ad lyram ­– czyli osioł przy lutni – oznaczało mniej więcej tyle, co nasz wół u karety lub kwiatek do kożucha. Zaś rymujące się Asinus asinorum in saecula saeculorum – tłumaczone jako Osioł nad osłami na wieki wieków – w sumie… nie wymaga dalszego tłumaczenia.

Motyw osła stanowi osnowę dzieła Apulejusza pt. „Metamorfozy lub złoty osioł”. Pośród mnogości wątków, bohaterów, przygód, czarów, zbrodni i romansów, mamy na pierwszym planie historię niejakiego Lucjusza. Pozazdrościł on czarownicy, która za sprawą magicznej maści zamieniała się w ptaka. Poprosił swą ukochaną, która u czarownicy służyła, by zdobyła tą maść. Niestety, dziewczyna przez pomyłkę wzięła inny specyfik, który zmienił Lucjusza w osła. Dziewczę obiecało zdobyć róże, mogące odwrócić czar, ale w międzyczasie zbójcy napadli na dom a zrabowany majątek wywieźli na grzbietach zwierząt, w tym Lucjusza. Tak zaczyna się seria perypetii mężczyzny uwięzionego w ciele zwierzęcia.

Oto, ukarany za ciekawość oślą postacią, musiał odpokutować chęć poznania czarów. Jego los tak się plecie, że często przechodzi z rąk do rąk: zbóje, skąpa gospodyni, okrutny parobek, zdradzany młynarz, ubogi ogrodnik, samowolny żołnierz, kucharz z cukiernikiem, czy wreszcie arystokrata. Na jego drodze pojawiają się czarownice, wyznawcy obcych syryjskich kultów, bogowie… Jako osioł doznaje szeregu krzywd i cierpień, a mimo to niejednokrotnie zachowuje się po ludzku – w tym szlachetnym rozumieniu – i albo ratuje kogoś, albo ujawnia bolesną prawdę. A ponieważ ludzie nie czują wstydu przed zwierzętami, toteż Lucjusz mógł poznać ich sekrety i prawdziwe oblicze. Bywał świadkiem zbrodni, okrucieństw, zdrad i oszustw, ale też miłości i ofiarności, szczęścia i rozczarowań.

Cała jego wędrówka – przez kolejne domy i krainy – jest przede wszystkim wędrówką mentalną, duchową. To w obcej skórze poznaje naturę człowieka i odkrywa sam siebie, otwiera się na wymiar religijny. Choć traktowany, jak osioł, nie poprzestaje na biernej obserwacji świata, lecz wyciąga z tego naukę. Dojrzewa, mądrzeje.

Ze swoim ostatnim panem, arystokratą, wędruje po Grecji, uczestniczy w ucztach, ogląda świat bogaczy. Podczas urządzanych igrzysk oddala się i trafia nad brzeg morza. Tam bogini Izyda obiecuje mu pomoc w odzyskaniu ludzkiej postaci. Następnego dnia, podczas procesji ku jej czci, kapłan daje osłu wieniec z róż do zjedzenia i… czar pryska. Odmienionego Lucjusza wtajemniczono później w misteria Izydy. A gdy udał się do Rzymu, poznał misteria Ozyrysa. Po kolejnym wtajemniczeniu został kapłanem obu bóstw i wziętym adwokatem. Widzimy więc, że nawet człowiek, który zbłądzi i zdegraduje się do poziomu osła, może uczynić swoje położenie punktem wyjścia do metamorfozy. Może zdobyć wiedzę o świecie, mądrość duchową i tajemnice misteriów.

Wyżej wspomniałem, jak Lucjusz poznał ciężką pracę, będąc osłem. To poczciwe zwierzę, wykorzystywane często ponad siły, pojawia się także w powiedzonku harować jak osioł. Zwykle rozumiane jest ono wprost – że chodzi o porównanie do ciężko pracującego stworzenia. Ale odczytuje się je również, jako sytuację, gdy ktoś ponosi trud, a niewiele z tego ma – czyli pracuje, jak głupi, daje się wykorzystywać, nie zabiegając o sprawiedliwe potraktowanie. Oprócz głupoty osłu dość powszechnie przypisuje się upartą naturę. Mówiąc: uparty, jak osioł, mam przed oczami człowieka, który próbuje ciągnąć albo pchać osła, ewidentnie stawiającego opór. Michel de Montaigne w swoich „Próbach” ujmuje to szerzej, posługując się takimi słowami: Upór i zacietrzewienie są najpewniejszą oznaką głupoty: czy jest coś bardziej pewnego, stanowczego, wzgardliwego, zatopionego w sobie, ważnego i poważnego niż osioł?

Nie cieszył się osioł – jak widać – pochlebną opinią. Również chrześcijaństwo przyczyniało się do utrwalania pewnych skojarzeń. Osioł był np. symbolem rozpusty. Lecz z drugiej strony, również skromności i pokory – więc… nie było jednomyślności. Na pewno osioł został wyróżniony tym, że na jego grzbiecie Jezus wjechał do Jerozolimy. Aczkolwiek miało to pokazać skromność Jezusa, gdyż osioł występował w roli wierzchowca drugiej kategorii. Będąc przy Biblii warto wspomnieć, jak w Księdze Liczb anioł wybrał sobie oślicę, aby przemówiła w jego imieniu do Balaama, gdy wbrew Bogu chciał pomóc wrogom Izraela. Nim oślica przekazała to, co anioł miał do powiedzenia, zdążyła się jeszcze poskarżyć na niesprawiedliwe potraktowanie kijem. Balaam bił ją, bo nie wiozła go tak, jak chciał, podczas gdy to właśnie ona potrafiła ujrzeć anioła zagradzającego im drogę. Kiedy zatem osioł upiera się przy swoim, być może nie wynika to z głupoty ani ze złej woli, lecz z tego, że drogę zastawia mu niewidoczny duch.

Stał się też osioł symbolem niezdecydowania. Znalazło to wyraz w wierszu Aleksandra Fredry, który napisał tak:

Osiołkowi w żłoby dano 
W jeden owies, w drugi siano. 
Uchem strzyże, głową kręci, 
I to pachnie, i to nęci; 
Od któregoż teraz zacznie, 
Aby sobie podjeść smacznie? 
Trudny wybór, trudna zgoda — 
Chwyci siano, owsa szkoda, 
Chwyci owies, żal mu siana. 
I tak stoi aż do rana. 
A od rana do wieczora; 
Aż nareszcie przyszła pora, 
Że oślina pośród jadła — 
Z głodu padła.

Nie był jednak hrabia Fredro w swym przesłaniu oryginalny. Istniało, bowiem powiedzenie: osioł medytuje, koń je. Co opisywało sytuację, w której ktoś niepotrzebnie się nad czymś długo zastanawia, podczas gdy należy do prostej rzeczy brać się od razu, aby coś nie umknęło.

Z powyższych przykładów wyłania się nam obraz osła, jako stworzenia prostego, niskiej rangi, nierozgarniętego, schlebiającego podobnym sobie, upartego, ale i zagubionego. Obraz to niesprawiedliwy, zwłaszcza, iż za wszystkimi cechami zwierzęcia miała stać głupota. Niemniej jednak można wyciągnąć z tej przykrej oceny paradoksalny wniosek: dzięki temu, że osioł był uważany za stworzenie głupie, przyczynił się do rozpowszechniania mądrości. Był negatywnym przykładem na to, czego w życiu nie naśladować. Karaimi mawiają: Z lwem bądź jak lew, z jagnięciem – jak jagnię, ale z osłem – nie udawaj osła. W bajkach Ezopa także pojawia się figura osła, czasem właśnie jako symbol głupoty, czasem pychy. Również Ignacy Krasiński, wzorem Ezopa, w swoich bajkach wykorzystał taką symbolikę. Wszystko to miało na celu nieść pewną naukę – czasem filozoficzną, czasem moralną lub po prostu dydaktyczną.

To nie jedyne historie z osłem w fabule. Mamy przecież Kłapouchego – pogodzonego z losem pesymistę – a może po prostu stoika, z którym przyjaźnił się Kubuś Puchatek. No i w serii filmów o Shreku oglądamy Osła, który nie zawsze chwyta w lot pewne aluzje, bywa tchórzliwy, pyszałkowaty, gadatliwy i natrętny, ale zwykle kieruje się szczerym sercem i lojalnością, a i nieraz powie coś do rzeczy. Przypomina mi on trochę Sancho Pansę – który nie wszystko rozumiał, ale swój rozum miał. I wiernie towarzyszył Don Kichotowi, dosiadając – a jakże – swojego osiołka, Rucio.

Osioł jest pożyteczny, jako kontrapunkt dla bohatera bystrego i rozsądnego. W podobnym tonie wyraził się François de la Rochefoucauld, stwierdzając: Nieraz rozumny człowiek byłby w kłopocie bez towarzystwa głupców. Osły są potrzebne, gdyż głupota bywa punktem wyjścia do mądrości.

Wspomniany wyżej Sokrates często wykorzystywał czyjąś niewiedzę albo wręcz głupotę, by przedstawić błędny sposób rozumowania, obalić go serią argumentów i poprowadzić myślenie ku prawdzie i mądrości. Również Arystoteles zaczynał swoje wywody od przedstawienia cudzych poglądów i wykazania ich słabych stron – a dopiero potem przedstawiał stanowisko, które uważał za słuszne – czyli swoje. Podobną metodę stosował Tomasz z Akwinu, który najpierw przypominał, co czasem uważają inni, po czym odpowiadał na to swoim stanowiskiem, obalając wcześniej przytoczone punkty. Także Kant najpierw przedstawiał pewne teorie, których nie podzielał, przeprowadzał dowód na to, że takie myślenie się nie sprawdza, a następnie wskazywał potrzebę nowego podejścia i formułował własne koncepcje.

Wygląda na to, iż ludzie często potrzebują wad osła, by opisać zalety konia. Tak się jakoś składa, że głupotę stawiamy w opozycji do mądrości. Przy czym głupota jest dostępna bez wysiłku – właściwie jest pakietem standardowym dla każdego, kto się rodzi. Mądrość natomiast jest z tych rzeczy, które trzeba zdobywać i rozwijać. Choć wszyscy przychodzimy na świat głupi, to niektórzy rodzą się z potencjałem, by na drodze wiedzy i mądrości osiągnąć więcej. Jeśli to w sobie odkryją i wykorzystają, przysłużą się dobru ludzkości. A jeżeli pozostaną osłami, będą świętować 8 maja.

Sądzę, że powyższe należy przedyskutować. Zapraszam we czwartek, 8 maja o godzinie 18:00 do Restauracji Radiowa, ul. Strzelców Bytomskich 8. Temat brzmi: potęga osłów. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i sprawdzić, jak długie mamy uszy. I pamiętaj: Jeżeli osioł na ciebie ryczy, nie rycz na niego.

Coffeelosophy XLV – czyli wątpliwy koniec zła

W komentarzu pod jednym z internetowych artykułów przeczytałem opinię, z której przebijała pocieszająca wiara w trwałość i tryumf dobra: Każde zło ma swój koniec, natomiast dobro – nie. Na pierwszy rzut oka pierwsza konstatacja nie budziła moich wątpliwości, za to druga nie całkiem trafiała mi do przekonania. Co do zła: można założyć, że wszystko, co ułomne i niedoskonałe, wszystko co przygodne, co pojawiło się w pewnym momencie, a wcześniej nie istniało – wszystko to kiedyś spotka koniec. Taka jest natura rzeczy. Jeśli czegoś nie było, to jest do pomyślenia sytuacja, gdy tego równie dobrze znów nie będzie. Ale czyż dobro nie zaistniało, podobnie, dopiero w pewnym momencie.

Istnieje opinia, że wszystko, co istnieje, każdy byt, jest mniej lub bardziej, ale jednak dobry. Już przez sam fakt, że jest – że stanowi coś pozytywnego wobec ewentualności niebytu. Nawet Pismo Święte mówi, że gdy Bóg stwarzał kolejne elementy świata, to patrzył na nie i widział, że są dobre. Problem w tym, że nie dla wszystkich Biblia stanowi autorytet. Niemniej z filozoficznego punktu widzenia, wszystkie byty są dobre, a różnią się jedynie stopniem owego dobra. Odwrotnie na to patrząc, mówi się, iż zło to brak dobra. Nie całkowity, bo całkowity brak dobra sprowadza byt do nieistnienia. Natomiast częściowe braki są właśnie przejawem zła. I dotyczy to jednako zła fizycznego oraz moralnego. Jak wiadomo otaczające nas byty fizyczne, czyli cała materia nieożywiona i ożywiona, pojawiły się w pewnym momencie dziejów i siłą rzeczy spotka je koniec. Zatem można stwierdzić, że dobro pojawiło się i kiedyś zniknie – wraz z nimi. Patrząc jednak z szerszej perspektywy, każdy byt fizyczny ma swe źródło w materii, która nie przestaje istnieć, a jedynie zmienia formę. W związku z tym jej właściwość, jaką jest dobro, będzie trwać, choćby w kosmicznym rozproszeniu. Przynajmniej aż do momentu, gdy Wszechświat skurczy się, zapadnie w sobie i przestanie istnieć, jak przed wielkim wybuchem. Pod warunkiem wszakże, iż taki los faktycznie go czeka. Czytaj dalej

Szukacie dobrego powodu, żeby przestać się masturbować publicznie? — Oto on!

Dziś – tj. 25 lutego – jest Światowy Dzień Masturbacji, zwany też Dniem Onanizmu. Osobom nieco mniej obznajomionym poniższy tekst przybliży filozoficzno-obyczajowe aspekty i poniekąd religijne odniesienia wobec owego zagadnienia.

Niemal wszyscy starają się nie masturbować w miejscach publicznych. W dziejach cywilizacji zachodniej odstępstwem od tej reguły były jedynie upośledzone umysłowo zboczuchy i niektórzy filozofowie greccy okresu hellenistycznego.

Najsłynniejszym myślicielem, który publicznie marszczył nie tylko czoło był Diogenes z Synopy. Jego imiennik Diogenes Laertios pisał o nim:

„Zwykł był czynić wszystko publicznie, a więc i czyny należące do dziedzin Demetry i Afrodyty” [Diogenes Laertios, Żywoty i poglądy słynnych filozofów, VI 2, 69].  Czytaj dalej

Niewolnictwo przyszłości

Od pewnego czasu sztuczna inteligencja zajmuje umysły wielu ludzi. Ha! – jak to zabrzmiało: sztuczna inteligencja w umysłach ludzi. Ale ja nie o tym. Generalnie ci, którzy się nią głębiej interesują, zazwyczaj współdzielą obawy o przyszłość ludzkości. Dostrzegają bowiem szereg możliwych zagrożeń, jakie najprawdopodobniej ściągniemy na siebie rozwijając tą dziedzinę technologii. Stała się też ona obiektem zainteresowań etyków i filozofów. Rozważa się bowiem zakres odpowiedzialności moralnej za działania podjęte przez urządzenia korzystające z AI (ang. Artificial Intelligence). Również Komisja Europejska żywo interesuje się kierunkami rozwoju sztucznej inteligencji; nie tak dawno opublikowała tzw. białą księgę, traktującą o możliwych formach regulacji AI w Unii Europejskiej. To nie książka fantastyczna, ale przyczynek do regulacji prawnych. Przede wszystkim idzie o to, że

Europejskie podejście do sztucznej inteligencji ma na celu promowanie zdolności innowacyjnych Europy w obszarze sztucznej inteligencji, jednocześnie wspierając rozwój i wykorzystanie etycznej i godnej zaufania AI w całej gospodarce UE. AI powinna pracować dla ludzi i być siłą, która działa na rzecz dobra społeczeństwa…”

Obecnie wielkie koncerny i rządy wielu państw walczą o prymat w zarządzaniu sztuczną inteligencją. A ta coraz silniej dotyka każdego z nas. Nie jest to już tematyka futurystów i fantastów.

Jakiś czas temu Microsoft zerwał współpracę z kontraktowymi dziennikarzami, by zastąpić ich sztuczną inteligencją. To ona ma dobierać i publikować w serwisie giganta odpowiednie materiały. Proces uczenia maszynowego pozwala SI  (polski skrót Sztucznej Inteligencji) tworzyć coraz obszerniejsze artykuły w oparciu o choćby nieskładne gramatycznie zdanie, lub ledwie kilka słów kluczowych. Mamy też przykład z innego podwórka. Po śmierci Marvina Minsky’ego jednego z prekursorów badań nad SI, ukazał się w magazynie „Wired” tekst poświęcony zmarłemu – w całości napisany przez algorytm, któremu przekazano suche dane biograficzne.

W branży marketingowej też sięga się po SI, zwłaszcza, że hasła reklamowe tworzone przez roboty bywają bardziej chwytliwe i oryginalne od tych wymyślonych przez człowieka. Nie upowszechnia się to jeszcze tylko dlatego, że wdrożenie technologii sztucznej inteligencji pociąga wysokie koszty inwestycyjne. Są jednak firmy, które mogą sobie na to pozwolić. Żywo interesuje się tym Uber – gigant branży transportowej – gdyż wykorzystując SI można usprawnić procesy logistyczne: obsługiwać klientów – przy tym wielu równocześnie, oszacować czas i koszty dostawy, przyspieszyć proces dostarczenia przesyłki. Niedługo upowszechnią się samojezdne taksówki i ciężarówki, rozwija się też segment dronów powietrznych. Tymczasem automaty już piszą raporty giełdowe, komunikaty o trzęsieniach ziemi, tabele wyników sportowych, bo komputery są szybsze i dokładniejsze, szczególnie gdy chodzi o powtarzalne, żmudne i czasochłonne czynności. Czytaj dalej

Coffeelosophy XXXVIII – czyli szkodliwa prawda

Na najbliższym spotkaniu w formule filozoficznej kawiarenki tematem będzie nie tyle prawda, co rzeczywistość.

***

Nie tak dawno (bo inaczej bym nie pamiętał), w jakimś filmie padła mniej więcej taka kwestia: Powiedz prawdę. Prawda wszystko zmieni. Ponieważ film wydawał mi się jednym z tych mądrych, to jakoś uderzyły mnie te słowa. I wzbudziły wewnętrzny sprzeciw.

Prawda niczego nie zmienia. Co najwyżej odsłania. A sama, jako taka nie zmienia rzeczywistości, bo prawda jest rzeczywistością. Jest faktycznym stanem rzeczy. Dopiero poznanie prawdy przez człowieka, czyli zdobycie wiedzy na temat faktów, może coś zmienić. Pod warunkiem, wszelako, iż człowiek jakoś na to odkrycie zareaguje. Dopiero reakcje mogą mieć wpływ na bieg spraw, ba, na rzeczywistość. I wówczas inna rzeczywistość, będzie inną prawdą o świecie.

Nie przeceniałbym jednak na tym polu roli prawdy. Przyjęcie nieprawdy, fałszywych informacji, zmanipulowanej wiedzy, również może coś zmienić. Gdyż tak samo wywołuje określone reakcje. I chyba dzieje się tak o wiele częściej, niżeli w przypadku czystej prawdy. Kuriozalne jest to, że kłamstwo potrafi zmienić obraz rzeczywistości – zatem i prawda na temat świata ulega modyfikacji. A dostęp do kłamstw jest dużo łatwiejszy. Zwłaszcza jeśli przyjąć, że prawda jest tylko jedna, a kłamstw można nawymyślać wiele. Sądzę, że miał rację Georges Braque, stwierdzając: Prawda istnieje. Wymyśla się tylko kłamstwo. Należy jednak pamiętać, iż to wymyślanie kłamstw zawsze wypływa z jakiejś potrzeby. Raczej nie kłamie się bez powodu, zwykle kłamstwo jest pewną tarczą, zasłoną dymną, odwróceniem uwagi lub skupieniem jej na sobie; generalnie służy czyjemuś zyskowi.

***

Od początku, czego ludzie nie wiedzieli, to sobie dopowiadali i uzupełniali domysłami. A w razie konieczności świadomie wtykali w luki różne banialuki. Ich pobratymcy zaś, z czystego wygodnictwa przyjmowali te informacje i zadowalali się nimi. Bo Czasami ludzie potkną się o prawdę. Ale prostują się i idą dalej, jakby nic się nie stało – co wytykał Winston Churchill. Tylko nieliczni poszukiwali prawdy, a ewentualne porażki nie wielu martwiły. Nieznajomość prawdy, lub pełnej prawdy, nie przeszkadzała ludzkości rozwijać się, doskonalić, tworzyć obok szpetnych także piękne rzeczy. Półprawdy, fałsze, wypaczenia i oszustwa nawarstwiały się latami, oblepiły nasz świat tłustym kożuchem, a my cieszymy się, że nam ciepło. I co w tym złego? Czytaj dalej

Brodaty Chryst  –  Medytacje nad brodą wtóre

Jankowi Sarnie

Jakiś czas temu, łapiąc się brody filozoficznej (zob. pierwszą część wpisu) próbowałem pokazać, w jaki sposób szczeć (nie jest to bezokolicznik, to nie miałoby sensu) na brodzie filozofa pomaga odróżnić ludzi uczciwych od tych, którzy postanowili poświęcić się szerzeniu epistemologiczno-metafizycznej ściemy. Jeżeli jednak ktoś po wpływem tych rozważań postanowiłby ściąć brodziszcze, to byłby to czyn pochopny, bo, jak się okazuje, włochaty avatar może posłużyć do wielu pożytecznych celów, spośród których uwolnienie się od towarzystwa chrześcijan nie jest najpośledniejszym. Ale zanim o tym…

W tych trudnych pedagogicznie czasach, w których młodzież potrafi nazwać kilkaset rodzajów pokemonów, ale ma trudności z wymienieniem imion czterech ewangelistów, wszytko trzeba wyjaśniać. Do dzieła zatem.

Po pierwsze: Co to jest chrześcijaństwo? Chrześcijaństwo to taka religia, którą wyznaje twoja stara, a która w I i II wieku naszej ery zaczęła szerzyć się na Bliskim Wschodzie, aby roznieść się potem jak wysypka po całym Imperium Romanum. Wszystko zaczęło się od chłopaka z Nazaretu, który podjąwszy wątpliwość co do przyszłych losów swojej ojczyzny i całego świata, przypuścił, że w ciągu kilkunastu najbliższych lat wszystkie ludzkie sprawy znajdą swój pozytywny finał w wielkim kataklizmie, po którym jego ojczysty Bóg, którego imienia nie wolno mu było wymawiać, weźmie sprawy świata w swoje ręce. To przypuszczenie doprowadziło go na sam szczyt kariery przewidzianej dla apokaliptycznego proroka, którą w tamtych nie znających happy endów czasach była egzekucja w malowniczych okolicznościach przyrody na podjerozolimskim pagórku, noszącym uroczą nazwę Czaszka (aram. Gagûltâ).

Po śmierci lekkomyślnego przywódcy młodzi ludzie, który uwierzyli mu na słowo, nie mogąc się pogodzić z przedwczesnym końcem kariery ich guru, wbili sobie do głowy, że ich szef wcale nie umarł, ale że ciągle im towarzyszy i oczekuje od nich, że przejmą od niego misję przepowiadania końca czasów. W tym duchu zaczęli głosić w najbliższym otoczeniu tzw. ewangelię, tj. zbiór opowieści o życiu mistrza, które w ciągu najbliższych kilku stuleci spisane zostały w jakichś czterdziestu wersjach, z których cztery najstarsze uznane zostały później (300 lat później) za jedynie słuszne i godne czytania przed niedzielnym obiadkiem.

Nazorejczyk przy pracy

Co to wszystko ma wspólnego z brodą? Otóż ten lekkomyślny młody człowiek, który sam o tym nie wiedząc rozpoczął rewolucję kulturową, która miała doprowadzić do rozpowszechnienia ideału miłości powszechnej, a także przerwania na 1700 lat tradycji organizowania olimpiad, prawdopodobnie miał brodę i to brodę nie byle jaką: brodę rytualną. Pewnie słyszeliście, że “(…) kazał Piłat wypisać tytuł winy (…), a było napisane: ‘Jezus Nazarejczyk, król Żydów”. W oryginale greckim miało to brzmieć: “Iésús ho Nazóraios ho basileus tón Iúdaión”. Niektórzy przypuszczają, że ta właśnie tabliczka nasunęła postronnym obserwatorom egzekucji pomysł, że Jezus pochodził z Nazaretu, co miało być zasadniczym nieporozumieniem. Uważają oni, że zwrot “Nazóraios” nie oznaczał bowiem nazarejczyka, ale nazorejczyka, tzn. kogoś, kogo w dzieciństwie poświęcono Bogu Izraela (którego imienia nie wolno było wymawiać, ale o którym każdy wiedział, że nazywa się Jahwe). Poświęcenie to oznaczało przede wszystkim zakaz golenia włosów na całym ciele i, jeżeli przypuszczenie to jest poprawne, to musiał ów młody człowiek mieć zaiste brodę godną filozofa. Niektórzy przypuszczają nawet, że on sam był filozofem należącym do tej samej szkoły, z którą związany był ów szydzący z filozofów Lukian, tzn. do szkoły cynickiej. Skąd ten pomysł? Czytaj dalej

Filozof – niewolnik. Jaką drogę wybrać?

Dziś mija 15 lat od śmierci wyjątkowego barda – Jacka Kaczmarskiego…

Był sobie taki filozof, rodem z Synopy – który rozpowszechniał w starożytnej Grecji myśl cyników i to radykalnych – zwał się Diogenes. Gardził rozkoszami i bogactwem, przedkładając naturę nad kulturę. Odrzucał normy społeczne, wzmacniał ciało ascezą, mieszkał w beczce, jak w psiej budzie, hołdował modelowi życia zwierząt i barbarzyńców, a przy tym wszystkim uważał się za kosmopolitę. Porwany przez piratów i sprzedany jednemu z Koryntian, jako niewolnik uczył jego dzieci. Szukał człowieka w człowieku – ponoć manifestując to nawet spacerowaniem za dnia z latarnią w ręku. Za podstawową zasadę przyjął niezależność od otoczenia i samowystarczalność, jakby uwikłanie w układy społeczne było dlań zniewoleniem. Oto kilka z jego myśli:

Jedynym państwem dobrze urządzonym byłoby państwo obejmujące cały świat.

Jestem obywatelem świata.

Lepsza jest uboga mądrość, niż głupie bogactwo.

Bieda jest nauczycielką i podporą filozofii, bo do czego filozofia nakłania słowami, do tego bieda zmusza w praktyce.

Był sobie taki filozof, rodem z Hierapolis – grecki niewolnik, który rozpowszechniał w starożytnym Rzymie myśl stoicką – zwał się Epiktet. Tematyka, której podjęciem się wyróżniał, dotyczyła w dużej mierze wolności. Jego zdaniem, wolność może zapanować wówczas, gdy ludzkie życie podporządkuje się wartościom duchowym, gdy zadba się o rzetelny rozwój umysłowy, a człowiek okiełzna swe pragnienia, miast im ulegać. Oto kilka z jego myśli spisanych przez ucznia:

Czego szuka każdy człowiek? Aby być bezpiecznym, szczęśliwym i bez przymusu robić to, na co ma ochotę.

Prawdziwym panem i królem jest jedynie mędrzec, który uwolnił się od namiętności i niczego nie potrzebuje.

Nie powinniśmy dawać wiary zdaniu, głoszonemu przez wielu, że tylko wolni ludzie powinni być wykształceni, ale musimy raczej uwierzyć filozofowi, który twierdzi, że tylko ludzie wykształceni są wolni.

Tylko ludzie intelektualnie rozwinięci są wolni.

Dziś mija 15 lat od śmierci wyjątkowego barda – Jacka Kaczmarskiego. Nie wiem, czy znał on starożytnych filozofów. Niech jednak ta rocznica stanie się pretekstem do przywołania jego utworu z 1980 roku i zadania sobie pytania o aktualność zawartych w nim słów. (Dopóki wolno stawiać pewne pytania)

Niewolnik – filozof

 Niewolnik filozof prowadzi dysputy
Czasem dostanie coś z pańskiego stołu
Przy pracy nie jest łańcuchami skuty
Lecz mu nie zazdrośćcie łatwego mozołu

Niewolnik filozof uczy pańskie dzieci
Jest jedną z jednych atrakcji dla gości
Kiedy wśród śmiechów aksjomaty kleci
Więc mu nie zazdrośćcie zbyt łatwej mądrości

Niewolnik filozof robi to co umie
Na głód ma pokarm na upał napoje
Ma czas na rozrywki ma czas na zadumę
Więc mu nie zazdrośćcie lekkiego spokoju

Niewolnik filozof pana czasem zgniewa
I nie dostanie za karę kolacji
Lub przywiązany noc spędzi u drzewa
Lecz nie zazdrośćcie mu tej satysfakcji

Niewolnik filozof tak pragnie powagi
Chciałby samotnie zmierzyć się ze światem
Przy stole lub w łaźni spocony i nagi
Sam nie wie kiedy staje się swym katem

 Więc mu nie zazdrośćcie niczego, niczego
Choć was prawdziwy sznur na dłoniach boli
Wśród was wyrośnie i stanie za niego
Mądry i groźny filozof niewoli

Moralny fundament bezwstydu

Facebook i Google wiedzą o mnie więcej, niż ja sam o sobie. Dochodzę do tego wniosku i stawiam kropkę, bo nie wiem co miałbym z tym faktem dalej zrobić. Czy mam się tym martwić? Czy mam wylewać krokodyle łzy nad utraconą prywatnością? Może powinienem polikwidować konta na portalach społecznościowych, wstawić do domu własny serwer i na nim trzymać swoje e-maile (model Hilary 2.0), a sieć przeglądać tylko przez Tora?

Geofeedia — usługa tak odrażająca moralnie, że każdy chciałby z niej korzystać

A może wręcz przeciwnie! Może powinienem rozwinąć szeroko zakrojoną akcję zarządzania własnym obrazem w internecie, wykorzystując do tego celu wszystkie dostępne narzędzia, włącznie ze szpiegostwem społecznościowym? Czy mam się wstydzić oka Wielkiego Brata? A może po prostu powinienem mieć to wszystko gdzieś!? Może gdybym nie robił rzeczy, których należy się wstydzić, to nikt nie miałby nade mną władzy/wiedzy, którą mógłby mnie zawstydzić albo zaszantażować?

Ta ostatnia odpowiedź jest mi chyba najbliższa. Mieć wszystko gdzieś, to znaczy nie wstydzić się niczego jak bezwstydny cynik Diogenes z Synopy. Ten, dla uzasadnienia swojego bezwstydnego postępowania posługiwał się następującym rozumowaniem. Kiedy porządni obywatele obruszali się na widok filozofa jedzącego śniadanie na ulicy odpowiadał im:

Jeżeli jedzenie śniadania nie jest czymś niewłaściwym, to nie jest też czymś niewłaściwym śniadanie na rynku, a jedzenie śniadania nie jest czymś niewłaściwym, zatem śniadanie na rynku nie jest czymś niewłaściwym

Co złego w jedzeniu śniadania na ulicy, zapytacie? No cóż, okazuje się, że starożytni Grecy uważali spożywanie posiłków za rzecz, której nie należy robić publicznie. Byli to ludzie znacznie bardziej wstydliwi od nas. Oni wstydzili się procesu odżywiania od początku do końca, to znaczy od włożenia jedzenia do ust, aż do rdzawego finału. Nas w zakłopotanie wprowadza tylko to ostatnie stadium, w czasie trwania którego towarzystwo bliźnich nie cieszy nas zanadto. Czytaj dalej

Rubikon czterdziestaka, albo pokrętna pochwała Ojczyzny

Dla Zdzicha, Heńka i innych bezimiennych ofiar własnych domów.

W okolicach czterdziestaka każdy facet chce wrócić do domu. Miało być fajniej, wygodniej — miało być bardziej. A jest słabo: ciało odmawia posłuszeństwa, wady charakteru nie zanikają, ale wręcz przeciwnie, stają się coraz bardziej widoczne. Żona ciśnie, dziecko ciśnie, robota ciśnie, bank ciśnie. A miało być tak fajnie… No i co teraz? Przez zaciśnięte z przyzwyczajenia zęby dobywa się z głębi nieświadomości pisk: “Chcę do mamy…” Nie chodzi o matkę konkretną. Raczej symbol, albo raczej wyobrażenie ciepła, bezpieczeństwa, spokoju.

https://cdn-images-1.medium.com/max/1000/1*SkQZxK7VW5hmuNGe4hSMlg.png  W ramionach ojczyzny 

No i zaczynają się mnożyć błędy życiowe. Jedni szukają młodszej kobity po to, żeby móc odbyć idiotyczny powrót do przeszłości, kiedy to wszyscy byliśmy piękni i młodzi. Inni wracają w rodzinne strony tylko po to, żeby doświadczyć na własnej skórze tego, że racje miał stary Heraklit, kiedy mówił nie można wejść dwukrotnie do tej samej rzeki. To już nie ta rzeka, nie ta dolina, nie ten las, nie ci ludzie, nie to miejsce.

https://cdn-images-1.medium.com/max/600/1*PR1NWg7IOtfM7p2Ex2wC4w.pngJeszcze inni zaczynają się kręcić wokół budowy albo zakupu własnego domu. Nie po to, żeby mieć dom, bo po co komu stacjonarna niszczarka do pieniędzy, ale po to, żeby zrealizować archetyp, wypowiedzieć symbol/zaklęcie. Dom mężczyzny w okolicach czterdziestki to symbol tego, co minęło i nie powróci, to próba przerzucenia kładki ponad przepaścią czasu. Wielu przypłaca tę próbę utratą zdrowia, albo i życia, bo jak wiadomo od wieków: “Dom do dachu, mąż do piachu”.

18-nastka sprzed 22 lat 

Ale po co to wszystko? Ano jest powód, dla którego ta żałosna próba odszukania straconego czasu stwarza pozory sensowności. Otóż nas czterdziestolatków łączy z tamtym brzegiem coś więcej niż tylko wspomnienia. Na tamtym brzegu wszystko było pierwsze i, jako takie właśnie, niepowtarzalne. Pierwszy pocałunek z języczkiem, pierwszy papieros, pierwsza muzyka, pierwsze przyjaźnie. PIERWSZE I OSTATNIE przyjaźnie, bo nie zawiera się już żadnych przyjaźni po dwudziestym roku życia i nawet jeżeli przyjaciół z tamtego brzegu brak, to nie sposób ich w żaden sposób zastąpić. Nie dlatego, żeby byli oni tymi “wspaniałymi ludźmi” o których śpiewał Riedel (ci, o których śpiewał byli przecież grupą, być może przesympatycznych, ale jednak narkomanów), ale dlatego, że łączy nas z nimi kotwica pierwszego razu. Z nimi z nimi po raz pierwszy oglądaliśmy światło ostrego słońca i syciliśmy się życiem.

Nawet stary cynik Lukian w okolicach czterdziestki wrócił do rodzinnej Syrii i napisał zupełnie anty-cyniczną Pochwałę miasta ojczystego. I nie ma w niej nawet najmniejszych śladów ironii, którą ten prototyp wszystkich neurotyków dodawał nawet codziennego “Dzień dobry”. Sami się przekonajcie: Czytaj dalej

Filozofie, ulecz siebie samego, czyli testowanie własnej odpowiedzialności

Zawsze fascynowały mnie opowieści Diogenesa Laertiosa o filozofach, którzy swoim życiem potwierdzali głoszone idee. Z większym i mniejszym powodzeniem, raczej z naciskiem na mniejszym, staram się by tak jak klasyczni filozofowie jednoczyć filozofię i życie. Próbuję wykorzystać każdą okazję do praktyki. Ostatnio brałem udział w IX Forum Etycznym, które było poświęcone odpowiedzialności. Cyklicznie organizowane przez prof. Dorotę Probucką konferencje zawsze są świetnie zorganizowane i panuje na nich wspaniała atmosfera. Program konferencji był przebogaty i atrakcyjny. Szczególnie zainspirował mnie przeprowadzony przez prof. Piotra Bartulę wywiad z Makbetem.

Niesiony przykładem Makbeta postanowiłem z kolegami profesorami nie tylko teoretyzować, ale praktycznie zmierzyć się z wyzwaniami losu i przetestować kwestię odpowiedzialności. Piękna pogoda i początek lata — aż się prosiło, by wyjść na miasto wieczorem i popróbować sprawdzić siebie. Przyjrzeć się swojej odpowiedzialność w piciu piwa, innych alkoholi i tzw. imprezowaniu. Ponadto chcieliśmy jak nasi dawni poprzednicy, Klasyczni Mistrzowie Filozofii, dać przykład młodzieży doktoranckiej, aby naocznie się przekonała, że profesura nie tylko mówi o odpowiedzialności, ale również takową urzeczywistnia w trudnych sytuacjach pokusy. Niech młodzież uczy się doskonalenia w cnotach, idąc za przykładem swoich nauczycieli. Wzorem Sokratesa odważnie zanurzyliśmy się w życiu ulicy. Trzeba się przecież konfrontować z rzeczywistością miasta, a nie zamykać się w akademickich murach, gdzie nic nas nie dopadnie, nie zagrozi pozycji oraz dobremu samopoczuciu. Bycie w świecie, na ulicy, uczestniczenie w życiu ulicy, to przecież tradycyjne zajęcie filozofa. Ruszyliśmy ku wezwaniu, podjęliśmy wyprawę. Szczegółów wyprawy nie będę tutaj zdradzał, było to coś między Władcą Pierścieni a Kac Vegas 😉

Ostatecznie odnieśliśmy zwycięstwo moralne. Pokazaliśmy młodzieży, że filozofowie akademiccy nie zamykają się w bibliotekach i mężnie stawiają czoła wyzwaniom współczesnego życia imprezowego miasta. Filozofia to życie, a prawdziwa odpowiedzialność sprawdza się w praktyce, gdy trzeba stawić czoła wyzwaniom. Primum vivere, deinde philosophari.

1 2