Archiwa tagu: Absolut

1 2

Coffeelosophy XXXVI – czyli dwa światy

Najbliższe spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki poświęcimy w pewnym sensie zaświatom. Dopiero co przeżywaliśmy dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki, więc pozwólmy sobie na małą kontynuację klimatu zadumy. Owszem, mało to filozoficzne, ale przecież wolno czasem pokusić się o refleksję nieco innej natury.

W świetle znicza

Jedni idąc nad groby bliskich jedynie oddają cześć ich pamięci, tak jak czynimy to pod pomnikami i tablicami pamiątkowymi. Być może najdzie poniektórych refleksja nad własnym losem, zastanowią się jak to będzie, gdy ktoś ich szczątki złoży pod granitową płytą. Może zadadzą sobie pytanie, kto będzie zapalał znicze i przez ile pokoleń będą ważni dla potomnych. Inni idąc na cmentarz pielęgnują nie tylko pamięć o pochowanych, ale też wiarę w to, że ich dusze są nieśmiertelne i czekają na spotkanie po tamtej stronie.

Niektórzy twierdzą, że czują obecność duchów. Dopuszczam możliwość takiej wrażliwości zmysłów, która pozwala tego doświadczyć. Ja pod tym względem mam zmysły stępione, aczkolwiek pamiętam, że kiedyś śniła mi się zmarła osoba, która złapała mnie mocno za ramię i obudziłem się, wyraźnie czując ucisk na ciele. Być może to tylko ułuda, a może właśnie sen jest kanałem, poprzez który oba światy nawiązują łączność ze sobą. W końcu sen to brat śmierci, jak napisał Mickiewicz – zresztą powtarzając po Homerze, mówiącym o bliźniaczym pokrewieństwie obu stanów.

Wrota snów

Kto wie, może z duchami jest tak, że kiedy zasypiamy i śnimy, to odwiedzamy ich świat. Rządzą tam inne prawa fizyki, inne prawa logiki, inne pojęcie sensu. Jednakowoż znajdujemy w tym świecie odbicie naszego, nie stroniącego od uniesień, seksu, przemocy, bezsilności, zachwytu, radości i smutku. W sennych realiach wszystko jest do pomyślenia, żaden absurd nie budzi zdumienia, irracjonalne zdarzenia traktuje się jak coś naturalnego. A spotkania ze zmarłymi nie wywołują zdziwienia, czy zaskoczenia – choć mogą przestraszyć.

I kto wie, może kiedy z kolei duchy śpią, to poprzez swoje sny trafiają do naszego świata. Z obszaru bezcielesnej nieważkości, przez wrota marzeń sennych, opuszczają na chwilę ów świat pozbawiony sensu, logiki i praw. Tą drogą, nierzadko dają się dojrzeć żywym ludziom, albo przynajmniej pozwalają odczuć swoją wśród nas obecność. Stąd niezliczone świadectwa osób nawiedzonych.

Cukierek albo psikus

Obserwuję (z pewnym absmakiem), jak coraz lepiej przyjmuje się przeszczepione na nasz grunt Halloween. Jako że to „święto” przejęły przede wszystkim dzieci, jakoś to znoszę  (starosłowiańskich Dziadów raczej nikt nie przywróci – choć ponoć na Białorusi się udaje). Pierwotnie koszmarne stroje miały odstraszać złe duchy. Ale sądzę, że oswaja się też tym sposobem lęk przed tymi, które u progu jesieni ponoć mają ułatwioną możliwość nieproszonych odwiedzin. Różne duchy, strachy, wiedźmy, kościotrupy i zombie wylegają na ulice, a dynie zamieniają się w potwory. I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno popularne były seanse spirytystyczne, pozwalające porozmawiać z kimś nieżywym.

Fantazja, czy doświadczenie

Jest w człowieku (przepraszam za generalizowanie, wiem, że nie w każdym) zarówno wiara, jak i przekonanie, iż istnieją byty po drugiej stronie (snu?) i w dodatku znajdują drogę do nas. Ludzie od niepiśmiennych czasów albo wyobrażali sobie, jak ten zaświat wygląda, albo otrzymywali wiedzę o nim za sprawą objawienia, albo zaglądali tam wprowadzając się w odmienny stan świadomości (jak np. szamani). Zwykle w tym drugim świecie istniał pewien porządek, często nawet hierarchia, a każdy zmarły, który tam trafiał zachowywał swoją tożsamość. I jeśli komunikował się z naszym wymiarem, to jako konkretna osoba.

Zastanawia mnie, czy taki obraz wynika z ludzkiej potrzeby zachowania indywidualności i naturalnego przenoszenia ziemskiego porządku na ów obcy teren – czy może jednak z wglądu w te obszary. Wszak znamy opowieści o bohaterach (mitologicznych, religijnych, mistycznych), którzy zawędrowali do krainy umarłych, a potem uszli z objęć śmierci i wracali do grona żywych. Udało się to Syzyfowi, Orfeuszowi, Dantemu. Zaglądali tam i zdawali relację prorocy, jak Izajasz i Ezechiel. Opisywał go Jan ewangelista.

Świat duchów istniał i dla starożytnych Egipcjan i Babilończyków. W naszym kręgu kulturowym i religijnym uznajemy ten drugi świat, jako wspólne miejsce wiecznego bytowania z aniołami i Bogiem. Co ciekawe, judaizm nie rozgranicza rzeczywistości na dwa światy, np. ziemski, bardziej materialny (czy z materią spleciony) i boski, bardziej (czy głównie) duchowy. Świat, stworzony przez Boga jest jednym światem, zaś anioły nie są w żaden sposób oddzielone od naszej rzeczywistości, lecz swobodnie się w niej poruszają, są jej elementem, tak samo, jak byty widzialne i namacalne, a gdy chcą (lub mają taką misję) w szczególny sposób ujawniają się i manifestują tą swoją obecność obok nas.

Co pan na to, panie Zygmuncie

W czasach nam nieco bliższych i obecnie ścierają się dwa sposoby patrzenia na sny. Jeden Freudowski, który odkrywa w marzeniach sennych informacje płynące z podświadomości. Drugi bardziej ezoteryczny, który po wyjaśnienia widzeń sennych odsyła do senników. Czy taka interpretacja snów kłóci się z moją wizją? Być może, ale nie koniecznie.

Jeśli przyjąć, że dusze naszych przodków tworzą pewien łańcuch życiowej energii, którego jesteśmy najświeższym ogniwem, to jesteśmy też kontynuacją ich doświadczeń, spadkobiercami przeżyć. Ten zasób stanowi cząstkę budulcową nas samych. A obecni w drugim świecie nasi poprzednicy mogą przekazywać nam – na swój (zakamuflowany) sposób – wiedzę o nas. Czyż szamani i druidzi nie zwracali się do duchów przodków z pytaniami, prośbami o radę i wsparcie. Czyż starożytni kapłani nie zwracali się do duchów, aby zdobyć niedostępną gdzie indziej wiedzę.  Wiedzę, do której zrozumienia dziś potrzebny jest klucz psychoanalityka. W razie wątpliwości, sugeruję podczas śnienia odszukać ducha Zygmunta Freuda i spytać, jak jest faktycznie.

Problem z duszą

Ja osobiście mam pewien kłopot z tym drugim światem, a to ze względu na trudność ze zrozumieniem czym jest dusza. Bóg bowiem tchnął swego ducha – czyli życie – w rośliny, zwierzęta i na koniec w ludzi. Niektórzy wyprowadzali nawet z tego podział na trzy stopnie doskonałości dusz: wegetatywną, zmysłową i rozumującą (m.in. św. Tomasz z Akwinu). Jeśli jednak dusza = życie, czyli energia napędzająca ciało, sprawiająca, że jest żywe, to po śmierci dusza nie ma w czym spełniać tej funkcji. Czasem mówi się, że wraca do Boga, lub że ktoś oddał duszę Bogu. Zatem co? była jego cząstką, a teraz wtapia się na powrót w jego ducha. Traci odrębność, indywidualność, tożsamość? Może faktycznie.

Może poczucie świadomości, odrębnej tożsamości jest uwarunkowane odpowiednio rozwiniętym intelektem. Pozwalającym zrozumieć i uświadomić sobie samego siebie, swoją indywidualną jaźń. A ponieważ stan intelektu zależny jest od sprawności mózgu, to po śmierci ciała, a tym samym tego organu, intelekt traci swe siedlisko. Pamięć osadzona dotąd w zwojach nerwowych nie ma już nośnika. Tak więc dusza staje się uwolnioną porcją energii, ale bez osobowości. Wtedy może przejść do drugiego świata niczym kropla do oceanu.

Dlaczego jednak w wierzeniach dusze zmarłych zachowują tożsamość i są osądzane za swe uczynki popełnione na tym świecie? A potem radują się, lub cierpią kaźń wiekuistą. Gdyby były częścią Absolutu, to przecież nie nagradzałby, ani nie karał sam siebie. Dlaczego duchy, które nawiedzają nasz świat, mają indywidualne, rozpoznawalne cechy, są konkretnymi osobami? Wraca pytanie, czy obraz świata duchów generuje wiedza, wypływająca z wyjątkowych doświadczeń wybrańców, mających bezpośredni kontakt z drugim światem, czy jest to tylko wyobrażenie, będące wynikiem potrzeby zachowania podmiotowości, osobowej formy.

Może jednak drugi świat jest zmienny, chimeryczny i płynny, czyli taki, jak w naszych snach. Gdzie każdej nocy może wyglądać inaczej, a nigdy nas tą odmiennością nie dziwi. Ludzie od zawsze przywiązywali ogromną wagę do snów. Doszukiwali się w nich proroctw na przyszłość, lub wyjaśnień teraźniejszości. Miewali szansę spotkać się w snach z duchami przodków, skontaktować z innym światem. A co, jeśli wyłącznie te senne widzenia ukazują ów drugi świat. W końcu to doświadczenie jest dostępne nam wszystkim. Niby czemu mieliby mieć doń dostęp jedynie wybrańcy?

Dwa czyli nieskończoność

Nachodzą mnie pewne wątpliwości. Przecież tej samej nocy dwie osoby mogą śnić o tym samym, a każda poda inne szczegóły. Jedna ujrzy swoją ciotkę piękną i świetlistą w raju, a druga tą samą ciotkę upiorną i mroczną w piekle. Który więc obraz jest prawdziwy? Trudno przyjąć, że ta sama dusza jednocześnie raduje się i cierpi. Może zatem istnieją alternatywne warianty drugiego świata – po jednym dla każdego z nas. Skoro fizyka rozważa istnienie wielu światów równoległych w realu, to dlaczego nie mogłaby istnieć wielość światów po drugiej stronie.

Każdy człowiek miałby wobec tego swój własny raj, albo swoje własne piekło. Osobisty obszar, wyposażony w niepowtarzalny zestaw możliwych do przeżywania doznań, możliwych do spotkania tam postaci, możliwych do oglądania miejsc… Takie indywidualnie zaprojektowane zaświaty składałyby się na ogromny drugi wieloświat – w dodatku tak zmienny, jak zmienne bywają sny, lub stały jak powtarzający się koszmar.

Pozostaje inne pytanie: jak wytłumaczyć to, że w snach spotykamy żyjące osoby. Czyżby dochodziło do spotykania się dusz po drugiej stronie, w często dziwacznych, surrealistycznych okolicznościach? Wątpliwe, bo śpiąc można spotkać kogoś, kto akurat nie śpi. To może ten drugi świat próbuje nam coś zakomunikować, przekazać jakieś ważne przesłanie, posługując się wizerunkiem kogoś rozpoznawalnego? Hm. Wszystko jest możliwe. Jak to w snach. Zwłaszcza gdy słowo „możliwe” odnosi się do nieskończoności opcji.

Ostatnie zaśnięcie

Jeszcze jako młody chłopak byłem przez pewien czas zafascynowany zasypianiem. Tym, że nie wiemy, kiedy to następuje. Wymyśliłem sposób na sprawdzenie tego, w jakim momencie danego wieczoru zasnąłem. Puszczałem sobie kasetę ze składanką ulubionych utworów a następnego dnia starałem się przypomnieć sobie, który kawałek jako ostatni świadomie słyszałem. Tak mogłem sprawdzić po ilu minutach ogarnął mnie sen. Rzecz jasna, w różne dni, rezultaty były różne; czasem była to czwarta piosenka, czasem dziewiąta, a niekiedy dwunasta. Mimo to odczuwałem satysfakcję, że nie jest dla mnie całkowicie przegapionym moment zaśnięcia.

A jest to chwila wyjątkowa. Taka łagodna utrata przytomności. Po prostu w pewnym momencie tracimy łączność z rzeczywistością i zapadamy się w ciemność, ciszę, pustkę bez treści. Znikamy w tym stanie. Nie ma nas. I nie ma w tym niczego przerażającego. Lubię w ten sposób myśleć o śmierci, właśnie jak o zaśnięciu. Mówi się nawet, że śmierć to sen wieczny. Przejście do drugiego świata poprzez zasłonę snu wydaje się czymś prostym i bezpiecznym. Inna sprawa, czy ten ostatni sen, jaki nam będzie dany, zakończy się cichą ciemnością i brakiem świadomości siebie, czy może dalsza część będzie przypominać idylliczną krainę, albo wieczny koszmar. I ciekawe, czy w tym drugim świecie możliwe będzie zaśnięcie, które pozwoli zajrzeć znowu do rzeczywistego świata, który opuściliśmy.

Zapraszamy 4 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: dwa światy. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć, lub pośnić o zaświatach.

A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXIV – czyli wyjątkowy = samotny

            Osoby wyjątkowe spotyka różny los: jedne trafiają na piedestały, stają się źródłem inspiracji, są bohaterami książek, pieśni, filmów, rzeźb albo malowideł – inne zmagają się z odrzuceniem, zawiścią, lub wręcz wrogością otoczenia. Albo im się zazdrości,  albo nimi pogardza, jako dziwolągami. Bywa też, że niektórzy próbują zdemaskować czyjąś oryginalność, obnażyć jej faktyczne źródło i wykazać, iż jest echem czegoś, co już było. Przekornie wyraził się o tym Tadeusz Boy-Żeleński, rzucając cierpko: Nic się tak nie powtarza jak ekscentryczność i oryginalność.

            Nie wiem, czy można by uznać za pocieszenie słowa Jima Jarmuscha – uważał on bowiem, że oryginalność nie istnieje i zalecał, aby brać (kraść) z cudzego dorobku, to co przemawia do naszej duszy i z tych elementów budować coś swojego (tudzież swoistego). Bo dzieła stworzone z takich kradzieży mają szanse być czymś autentycznym. Oczywiście jest to otuchą dla zdemaskowanych ekscentryków, gdyż pozostałych może martwić niemożność bycia w pełni wyjątkowym. Pod warunkiem, rzecz jasna, że w ogóle przejmą się słowami Jima J.

            Jak by nie było, kto jest inny od reszty, lub przynajmniej za takiego się uważa, może mieć poczucie osamotnienia w swej inności. Nawet ktoś, komu wcale nie zależy na niepowtarzalności, nawet gdy ją ukrywa, to sama jej świadomość może przygnębiać. Czuje, że nie pasuje do reszty, jak puzzle z innej układanki. A trzeba zauważyć, iż inną jakość ma samotność na bezludnej wyspie, a inną ta w przeludnionym mieście. Kontekst w jakim się człowiek znajduje zmienia postrzeganie i rozumienie tych samych pojęć. Karol Irzykowski powiedział kiedyś: Nawet człowiek samotny nie mógłby się czuć samotnym bez tła, które tworzą inni ludzie.
Czytaj dalej

4.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coś na święta, czyli: sumienie głosem najwyższego… egoizmu

W różny sposób opisuje się fenomen sumienia. Niewątpliwie jednak jest to wewnętrzny głos, który zdaje się odzywać niezależnie od naszej woli. Pytanie: a co jeśli jest to głos naszego ego? Czy – posuwając się krok dalej – naszego egoizmu.

Przecież tzw. wyrzuty sumienia, jak i spokój sumienia są odpowiedzią na to, w jakim stopniu udaje się nam zachować dobre relacje z otoczeniem. Jeśli nasze zachowanie burzy, lub niszczy porządek w tych relacjach, czujemy dyskomfort. W naszej naturze bowiem zakodowana jest potrzeba akceptacji i lęk przed odrzuceniem. Wszystkie lepiej zorganizowane społeczności (również wśród zwierząt) jako jedną z dotkliwszych kar stosują wykluczenie z grupy. Z krańcową tego formą – czyli eksterminacją – włącznie. Dla własnego więc dobra – i dobrego samopoczucia – pragniemy dobrych relacji z otaczającym nas światem. Tym samym, kierujemy się egoizmem.

***

W tym kontekście frapujące, ale logicznie spójne wydaje się przywołanie przekonania, iż sumienie jest głosem Boga. Wynika bowiem z tego, iż Bóg jest egoistą, co zresztą nie kłóci z biblijnym Jego wyobrażeniem. Mamy przykłady tekstów objawionych, które do takiego poglądu uprawniają. Głównym exemplum będzie pierwsze (z dwóch) przykazanie miłości, które nakazuje człowiekowi kochać Boga. Bo jak nie, to… wiadomo. Teolodzy mówią nam, że Bóg stworzył nas z miłości; tylko zapominają dodać, iż z miłości własnej. Czytaj dalej

3.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXI – czyli duchy są, Boga nie ma

Wielkimi krokami zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem spotkamy się w uświęconej tradycją formule filozoficznej kawiarenki i pogadamy o… duchach, bóstwach i samym Bogu.

Niedawno w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu odbyła się filozoficzna dyskusja panelowa zatytułowana: Co z tym Bogiem. Nie wdając się w szczegóły, chciałbym tylko wspomnieć, że trzech filozofów: buddysta, chrześcijanin i sceptyk przedstawili swoje poglądy, a debaty (czy dyskursu z serią trudnych pytań i wymianą argumentów) było tyle, co kot napłakał. Zasadniczo, spotkaniu przyświecała powszechna zgoda co do tego, że jakiś wymiar transcendentny istnieje i albo ma postać pustki (rozumianej przez buddyzm, jako miejsce potencjalności, z której może wyłonić się wszystko), albo postać Absolutu (różnorako rozumianego, tudzież nie rozumianego i nie do ogarnięcia wcale). Dziwił brak zdecydowanej ekspresji w poglądzie sceptycyzmu (aczkolwiek przemknęła tędy freudowska koncepcja), lecz widać zwyciężył duch przyjaznego spotkania (o ile takie duchy istnieją). Po cichu liczyłem, że przywołani będą filozofowie różnych epok i proweniencji oraz ścierać się będą wskrzeszeni tytani umysłu, toteż byłem lekko zawiedziony, gdy większość wypowiedzi stanowiły osobiste wyznania o podejściu do wiary, czy religii. Z drugiej strony, czyjeś subiektywne przeżycia i wyobrażenia, wygłoszone publicznie, zyskują pewną obiektywną wartość; w końcu poznanie bliżej drugiego człowieka i jego sposobu postrzegania świata rozwija również świadków tej ekshibicji.

Swoistą kontynuacją rozważań w bibliotece była, kilka dni później, rozmowa podczas spotkania Pogadalni. Więcej było w niej dyskusji o Bogu, a temat wydał się na tyle nośny, że proponuję poświęcić mu jeszcze chwilę. Na zachętę podzielę się kilkoma refleksjami. Żeby była jasność – wierzę w Boga. Ale mimo to pozwolę sobie na nieco prowokacyjne zagajenie tematu. Od czego zacząć? Może tak…

Politeizm dawnych cywilizacji nie przetrwał próby czasu. Dzisiejszy (np. w pewnych odłamach hinduizmu), przez wyznawców monoteizmu jak i ateuszy też bywa traktowany, jako błędna koncepcja wiary. A przecież pierwotne doświadczenie transcendencji różnych ludów, na różnych kontynentach, w różnych kulturach uznawało właśnie istnienie większej, lub mniejszej liczby istot duchowych. Czytaj dalej

4.86/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta o Boskim utylitaryzmie

            Pan rzekł: „Skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich mieszkańców są bardzo ciężkie.” (…)

            Zbliżywszy się do Niego, Abraham rzekł: „Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy (…) nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych (…) sprawiedliwych? O, nie dopuść do tego(…), aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! (…) Czyż Ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?”

            Pan odpowiedział: „Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miastu przez wzgląd na nich”.

Bóg i Abraham

Jeśli świat jest najlepszą wersją, jaka była możliwa, to być może da się wytłumaczyć wszelkie zło, jakie na nim obserwujemy. Dajmy na to śmierć kogoś, kto uchodził za dobrego, albo jakiejś niewinnej dzieciny. Powiedzmy taka miła, starsza pani, kochająca dzieci, wnuki i koty, pomocna dla sąsiadów, prowadząca zdrowy tryb życia, silna, sprawna, aktywna – nagle zapada na ciężką chorobę i umiera w wieku… pięćdziesięciu lat. Wydaje się to niepotrzebną traumą dla jej bliskich. Ale może gdyby żyła dzień dłużej, weszłaby pod nadjeżdżającą ciężarówkę, której kierowca wykonując gwałtownie manewr wymijający wpadłby na grupę dzieci… A dlaczego zmarło niemowlę, lub płód jeszcze? Bo inaczej, z powodu jego zdrowia, albo zdrowia jego mamy, przejęty sytuacją ojciec pędziłby autem na złamanie karku do szpitala i wpadł pod pociąg powodując katastrofę z wieloma ofiarami… Może z boskiej kalkulacji wynikało, że wezwanie do siebie tych osób i przyprawienie o ból i zgryzotę ich bliskich, oszczędzi lub uratuje życie większej liczbie innych ludzi, którzy niechybnie zmarli by, gdyby ta dobra lub niewinna osoba żyła choćby chwilę dłużej. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVIII – czyli nie módl się o pokój

Stare łacińskie porzekadło głosi: Si vis pacem, para bellum – innymi słowy Qui desiderat pacem, praeparet bellum. Czyli po Liwiuszu z Wegecjusza na nasze: Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Na pierwszy rzut oka brzmi to, jak sprzeczność zdań, jak jakiś oksymoron. Tymczasem, mógłbym rzecz ująć słowami: jeśli marzy ci się zachować pokój, to bądź stale przygotowany do wojny, by w każdej nieoczekiwanej chwili skutecznie go bronić. Na szczęście starożytni ujęli to zwięźlej, co pewnie zawdzięczamy ich manii utrwalania sentencji w kamieniu; komu bowiem chciałoby się ryć dłutem długie aforyzmy.

Wróćmy do cytatu. Co prawda przesłanie brzmi, że warunkiem pokoju jest przygotowanie militarne, lecz komunikuje też w pierwszym członie, że celem jest pokój. Z góry zakłada, że o niego tu chodzi i dla niego należy się sposobić do ewentualnej walki. Mimo użycia słowa „Si” (jeśli) a w drugim cytacie „Qui desiderat” (kto chce) – to owo zdanie warunkowe jest jakby retoryczne. Czyli ma wymowę: jeśli chcesz pokoju, a zakładam, że chcesz, to dam ci radę – uzbrój się. A w drugim cytacie: kto chce pokoju, a zakładam, że każdy – niech się zbroi. Dlaczego ludzie wzniecają wojny? Bo albo chcą coś pozyskać, albo odzyskać. I są to dobra bardzo konkretne, jak terytorium, bogactwa, władza, lub piękna Helena – albo bardziej abstrakcyjne, jak honor, wolność, religia, prawda i paradoksalnie pokój. U podstaw leży więc jakieś silne pragnienie (i często przeczucie sukcesu). A co leży u podstaw pragnień? Czytaj dalej

4.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Z okazji świąt: o niedoskonałej moralności

Na tym świecie nie ma nic doskonałego. Prosta konstatacja. Warto w tym kontekście zapytać, co z etyką, co z moralnością? Obie są wytworem człowieka, efektem jego pogłębionego namysłu. Skoro jednak myślenie ludzkie nie jest perfekcyjne, to i one takie być nie mogą. Uzmysłowienie sobie tego grozi brakiem ich poszanowania. Często więc zastanawiano się, co zrobić, ażeby były respektowane przez ogół, w tym przez osoby świadome ludzkiej ułomności?

Jednym ze sposobów, aby je usankcjonować, niejednokrotnie bywało zapewnianie, że ich autorem nie jest człowiek, proch marny, lecz sam Absolut. Taki proces uwierzytelnienia sprawdzał się wśród wiernych i wierzących, dla których prawdy objawione są pewnikiem. Co jednak, gdy na fundamencie moralnym pojawi się skaza, gdy ktoś bystry dostrzeże błąd, albo nielogiczność? Wówczas przychodzi konsternacja i pytanie: czy Absolut mógł stać za błędną regułą. Czytaj dalej

4.2/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Człowieka jeszcze nie ma

Byłem wówczas dzieciakiem (mowa o latach osiemdziesiątych); chodziłem do podstawówki, a w niektóre popołudnia do przykościelnej salki katechetycznej na religię. Choć czasy były socjalistyczne, to w mojej małej szkole indoktrynacja nie była jakoś szczególnie nasilona. Może dlatego, że szkoła znajdowała się między kościołem a cmentarzem. I nauczyciele bez oporów pozwalali urwać się z lekcji, gdy pasowało nam załatwić coś na gruncie religijnym, a końcem października w trakcie lekcji chodziliśmy porządkować opuszczone groby przed Zaduszkami. W takiej atmosferze koegzystencji nauki i wiary uzupełniałem wiedzę o świecie.

Ile Boga stoi za ewolucją

Pytania o powstanie tegoż świata i genezę człowieka kwitowałem odpowiedzią z katechizmu, że Bóg wszystko stworzył. Pamiętam też, jak musiałem to skonfrontować z broszurką, czy ulotką, którą przyniósł do szkoły kolega. Przedstawiała ona rycinę z sylwetkami idących za sobą stworzeń: od zwykłej małpy, poprzez człekokształtne, po człowieka pierwotnego i obecnego. Miało to obrazować ewolucję naszego gatunku. Ten rozdźwięk między religią a nauką nie wywoływał we mnie jakiegoś silnego dysonansu poznawczego – wielu rzeczy wtedy nie wiedziałem, lub nie rozumiałem i dość łatwo przychodziło mi się z tym pogodzić. Czułem, że po prostu kiedyś i to ktoś mi wyjaśni. Temat więc pozostając w zawieszeniu, nieco nabrzmiały, dojrzewał.

I jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to właśnie jakoś w tych czasach dane mi było obejrzeć amerykański film pt. „Kto sieje wiatr”. Niedawno sprawdziłem, że nakręcono go w 1960 r. W skrócie, opowiada on o procesie sądowym z 1925 r. wytoczonym nauczycielowi, który w purytańskim miasteczku uczył o Darwinie i jego teorii. Generalnie: kreacjonizm kontra ewolucjonizm. Z całego filmu zapadł mi w pamięć fragment mowy obrońcy (grał go Spencer Tracy). Słońce Bóg stworzył dnia czwartego. Zatem te wcześniejsze dni, pozbawione słońca (choć istniała światłość i ciemność), były dość umowne. Podobnie czas ich trwania. Jeden taki „dzień” mógł więc trwać np. 25 godzin, lub dłużej, np. 10 tysięcy lat. I spodobał mi się ten tok rozumowania. Czytaj dalej 4.6/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy III – czyli boska bezmyślność

Zapraszamy na kolejne spotkanie Pogadalnii Filozoficznej poza Instytutem Filozofii UO. W Nowym Roku kontynuujemy bowiem poszerzanie formuły naszej działalności o spotkania otwarte. Tym razem, na prośbę Pogadalnika, pociągniemy wątek myślenia Absolutu.

myślenie AbsolutuNajbliższe spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki już w pierwszy poniedziałek stycznia o godz. 18:00. Spotkanie odbędzie się w kawiarni „Pozytywka” (ul. Czaplaka). Temat: Boska bezmyślność.

Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć – albo wyjątkowo: poczuć, jak bosko jest nie myśleć.

W pozostałe poniedziałki zapraszamy na tradycyjne spotkania w murach uniwersyteckich.

TEN WPIS CZEKA NA OCENĘ. Bądź pierwszy 🙂 Poniżej znajdziesz 5 ikonek do zaznaczania

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta, trochę prowokacyjnie

Na początek małe myślowe spekulacje o Bogu.

Czy Absolut filozofuje? Czy snuje refleksje? Odpowiedź trzeba dać przeczącą. Absolut nie musi rozważać, zdobywać wiedzy, nie zastanawia się, nie poszukuje prawdy, nie pogłębia mądrości… Absolut wszystko wie, zatem nie zadaje sobie pytań; nie jest więc nawet źródłem odpowiedzi (bo dla kogo?), lecz po prostu niedostępną skarbnicą kompletnej erudycji.

Absolut nie myśli, a człowiek musi.

Stąd odwieczne ludzkie dociekania i mozolne tropienie prawdy przez jednostki. Tymczasem Absolut, z racji iż sam jest Prawdą, to nie czuje potrzeby jej poszukiwania. Zna siebie w zupełności i nic o nim nie jest dla niego tajemnicą. Nie ma więc niczego do odkrywania; ani w sobie, ani poza sobą. Jego intelekt nie ma powodu do wysiłku. Człowiek jest zmuszany do myślenia, głównie przez czynniki zewnętrzne. Inaczej cofnąłby się w rozwoju, zniweczył efekty ewolucji, zaprzepaścił zdobycze kultury i utracił osiągnięcia cywilizacji.

Absolut nie myśli, gdyż nie musi, a człowiek musi, lecz nie myśli.

Oczywiście są wyjątki, ale jednak większość bytów, w tym ludzkich, nie przemęcza się intelektualnie. Wiem po sobie. Czytaj dalej 4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2