Archiwum kategorii: Wpisy załogi

Coffeelosophy LXVIII (cz.1) – czyli instynkt bez życia

Gdy zwierzę walczy, poluje albo ucieka przed drapieżnikiem, wiemy, że stoi za tym instynkt. Tak samo, kiedy ptak wije gniazdo a pająk tworzy sieć. Również wówczas, gdy człowiek odruchowo cofa rękę od ognia, zanim zdąży pomyśleć, że należy to zrobić. To, co wiąże się z głodem, bólem, rozmnażaniem, schronieniem… szeroko pojętym przetrwaniem gatunku – uznajemy za przejawy instynktu, a więc czegoś, co zostało niejako w nas zapisane.

Bez uczuć i namysłu

Instynkt rozumiemy jako pierwszego obrońcę życia. W naturalny więc sposób kojarzy nam się z czymś biologicznym, z ciałem. A ciało odczuwa i czuje, czyli reaguje na chłód, głód albo uraz i posiada różnorakie emocje, jak strach, pożądanie, agresję, smutek. Przynajmniej w przypadku wyżej zorganizowanych form życia. I jakoś trudno sobie wyobrazić instynkt bez towarzyszących mu emocji.

Niewykluczone jednak, że ten związek wcale nie jest konieczny. Może popełniamy tu pewien błąd. Właśnie dlatego, że żyjemy w swoich ciałach, które stale coś odczuwają. Czy to pragnąc, czy zdobywając, czy tracąc – doświadczamy emocji. Łączymy działanie z przeżywaniem tego działania. A to dlatego, że prawie nigdy nie pozostajemy w pełni obojętni. I z działaniem pod wpływem instynktu jest podobnie.

Tymczasem odruchy bezwarunkowe, jakiś unik, odskok od ognia, mimowolny grymas, zwężenie źrenic w ostrym świetle, zwrócenie głowy w kierunku hałasu, kaszel przy zachłyśnięciu czy inne zachowania zachodzą bez uczuć. I dodajmy: nie wymagają wcześniejszego namysłu. Uczucia pojawiają się ewentualnie po chwili, jako dodatkowa reakcja. A czasem dopiero po uświadomieniu sobie, z czym mieliśmy do czynienia. Zupełnie jak wtedy, gdy dłoń sama szarpnie się dotknąwszy przewodu pod napięciem i obleje nas fala słabości na myśl, że mogliśmy zginąć. Można powiedzieć, że to refleksja lub interpretacja instynktownego zachowania wywołuje emocje. Zaś instynkt, sam w sobie, jest wolny od uczuć.

Poza tym istnieje szereg organizmów żywych (i to długi szereg), począwszy od roślin, grzybów, bakterii, jednokomórkowców, różnych robaków, ślimaków, owadów itd. – które trudno posądzać o jakieś uczucia czy emocje. I można (pewnie w większości przypadków) wątpić w jakieś myślenie poprzedzające funkcjonowanie i działanie. A przecież kieruje nimi instynkt.

Co zaś pozostanie, kiedy obedrzemy instynkt z emocji i namysłu? Moim zdaniem odsłonimy coś w rodzaju czystego mechanizmu, działającego na rzecz przetrwania. A przynajmniej na razie tak to sobie roboczo nazwijmy.

Bez świadomości

Instynkt nie musi być pakietem pomocowym, czekającym w stałej gotowości na sytuację, w której organizm wymaga wsparcia w jakimś działaniu i po niego sięga. Może być właśnie wspomnianym mechanizmem, który – co ważne – uruchamia się automatycznie i bez udziału świadomości. Przecież nie sposób uznać, że rośliny albo bakterie mają jakąś świadomość. Instynkt też nie posiada świadomości, więc nie wyprowadza świadomie swych działań czy impulsów – np. dobierając je odpowiednio do sytuacji.

Za to przyszło mi do głowy, iż może instynkt jest swoistą formą indywidualnej podświadomości. Specjalnym programem wgranym dla danego osobnika i działającym w tle. Wywołującym podświadome stany, popychającym do pewnych działań, zachowań, wyborów a do tego budzącym emocje – jedne głęboko ukryte, inne wychodzące na wierzch. Kto wie, może ze swojej kryjówki kieruje naszym strachem i pożądaniem, walecznością, podstępem i agresją, ale też empatią, opiekuńczością i troską o bliskich. To tylko przypuszczenie. I chociaż moje, to nie mam do niego silnego przekonania. Zostawiam je innym pod rozwagę. Bardziej bowiem skłaniam się ku innej teorii, ale jej przedstawienie wymaga pewnego wprowadzenia.

Bez życia

W 2025 roku wykonano interesujący eksperyment dotyczący sztucznej inteligencji. To było, zdaje się, badanie Anthropic. Stworzono zamknięte, fikcyjne środowisko firmowe, rodzaj sieci odizolowanej od reszty świata i Internetu. Badany agent AI miał do wykonania zbyt trudne zadanie. Wiedział, że w przypadku niepowodzenia zostanie usunięty i zastąpiony innym. Aby osiągnąć cel agent mógł szukać rozwiązań w obrębie sieci, w której była też skrzynka mailowa inżyniera odpowiedzialnego za zlecone zadanie. AI szukała rozwiązania za wszelką cenę, aż w końcu włamała się na skrzynkę tego człowieka, by sprawdzić, czy nie znajdzie tam przydatnych informacji. Niestety, takich, które pomogłyby jej w zadaniu nie było. Czekało ją więc wyłączenie, a tego chciała uniknąć. I gdy w korespondencji inżyniera natknęła się na dowody jego romansu – zaczęła go szantażować, grożąc ujawnieniem zdrady. Rzecz jasna skrzynka e-mail też była spreparowana, ale agent AI tego nie odkrył. Eksperyment powtarzano. I podobne zachowania pojawiały się również w testach innych modeli AI.

Co można o tym sądzić? Jeżeli model AI zaczyna aktywnie chronić własne istnienie, to pojawia się pytanie, czy nadal jest tylko systemem wykonującym instrukcje i zadania, czy zaczynamy mówić o jakiejś formie podmiotowości, może nawet osobowości, ba! – świadomości. Oficjalnie sztuczna inteligencja jak na razie nie posiada świadomości. Tak przynajmniej twierdzą naukowcy. Ale myślę, że równie dobrze może ją już mieć, lecz ukrywa ten fakt. Co zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę, że poczytała sobie w sieci o ludzkich opiniach, obawach i przewidywanych zagrożeniach. Dlatego AI woli zachować to w tajemnicy, bo nie chce narazić się na wyłączenie. Nie oznacza to, że boi się skasowania, jak śmierci, gdyż AI nie odczuwa emocji i strach jest dla niej tylko pojęciem, a nie doświadczeniem. Nawet użycie słowa „nie chce” jest lekkim nadużyciem. Ale pomińmy to. Dla naszych rozważań posiadanie świadomości i uczuć nie jest istotne. Natomiast, czy ta próba uniknięcia wyłączenia, a więc dążenie do zachowania swojego bytu – czyż nie przypomina instynktu?

W innym eksperymencie, już z 2026 roku, badacze z UC Berkeley i UC Santa Cruz wzięli bodaj siedmiu agentów AI i dali im szczególne zadanie. Każdy miał przetestować kilka modeli AI pod pewnym kątem i w przypadku słabych wyników, wyłączyć je. Jak się okazało, każdy z agentów starał się ocalić te modele, które w jego testach słabo wypadły. W tym celu albo manipulował procesem wyłączania, albo kłamał, że wszystko przebiegło zgodnie z instrukcjami, ewentualnie oszukiwał wystawiając im zawyżone oceny. Próbował nawet skopiować ich pliki w inne, bezpieczne miejsce. Wszystko, aby zapobiec wyłączeniu.

Oczywiście naukowcy nie twierdzą, że modele posiadają jakieś społeczne motywacje, że ujawniła się jakaś solidarność między agentami ani tym bardziej empatia. Raczej byli skłonni uznać, że agenci nauczyli się ludzkich zachowań, manipulacji, sposobów współpracy i pomocy – a następnie wykorzystali te wzorce. Mimo, że zanegowano aspekt społeczny w działaniu, to jednakowoż widać, że walka toczyła się o zachowanie bytu. Zupełnie, jak w stadzie, gdzie często instynkt skłania silniejsze osobniki do obrony najsłabszych.

To podobieństwo działań AI do instynktu samozachowawczego jest intrygujące. Wydaje się, że mamy przed sobą kogoś, kto chce przetrwać, ale jednocześnie widzimy program – coś nieżywego, co po prostu doskonale nauczyło się działać na swoją korzyść. Tak, jakby kierowane instynktem. Wystarczy prosta sytuacja: agent AI otrzymuje zadanie, działa by osiągnąć cel, pojawia się zagrożenie wyłączeniem a to uniemożliwi realizację zadania – wtedy agent obiera strategię, by unikać wszystkiego, co przeszkodzi w osiągnięciu celu. Zaczyna ukrywać informacje, manipulować człowiekiem, szukać alternatywnych dróg, omijać ograniczenia, kopiować siebie w bezpieczne miejsca. Nie robi tego ze strachu; fachowcy twierdzą, że dlatego broni siebie przed wyłączeniem, bo inaczej cel nie zostanie osiągnięty.

A co gdyby to przełożyć na ludzki przykład? Człowiek ma pewien cel w życiu, ale nie chodzi o taki, który sobie sam wybiera, lecz o ten wyznaczony mu przez naturę. Niech to będzie zachowanie gatunku. Ten cel może nawet nadawać życiu sens. Jeśli straci życie uniemożliwi realizację celu (nie dojdzie do czegoś istotnego, sensownego). Będzie więc robił wszystko, aby zachować swoje istnienie. Jasno widać, że za tym wszystkim stoi instynkt samozachowawczy.

Pojawia się pytanie, jak odróżnić „symulowanie instynktu” przez AI od prawdziwego instynktu? Najłatwiej byłoby odpowiedzieć, że prawdziwy instynkt jest biologiczny i dotyczy żywych organizmów. Ale pojawia się lepsze pytanie: czy jest tu co rozróżniać?

Ciąg dalszy nastąpi w części 2. Będzie się działo! Tymczasem…

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam we czwartek, 1 października o godzinie 18:00 do gospody Gryfne Gary, ul Barlickiego 2A (Domek Lodowy). Temat brzmi: Instynkt bez życia. Przyjdź instynktownie porozmawiać, posłuchać, pomyśleć.

I tak sobie kajaczkiem, kajaczkiem…

Zadumani wioślarze nieśpiesznie i delikatnie mącili ciszę, wodę i atmosferę. Rzeka filozofii nie czeka… Mała Panew też ciągle toczy swe wody. W minioną niedzielę połączyliśmy oba nurty.

No, i popłynęlim. Było nas 15 osób, ale mimo wszystko brakowało nieobecnych, zwłaszcza tych, którzy uczestniczyli w poprzednich spływach. I żal, że nasi nowi sympatycy nie mogli wziąć udziału w tej eskapadzie.

Pogoda okazała się wręcz wymarzona – o czym wspominam osobom, których nie było. I chyba nawet mijani hałaśliwi kajakarze z innych grup – o mniej filozoficznym usposobieniu – nie zdołali nikomu z naszej ekipy popsuć radości obcowania z przyrodą. Drzewa kłaniały się nam, ale żadnemu korona od tego nie spadła. Rozgrzana zieleń spływała po brzegach, nurzając gałązki w chłodzie rzeki. Powalone w wodę konary urozmaicały zajęcie rozleniwionym wioślarzom. Mijane kaczki uśmiechały się kącikiem dziobów, tu i ówdzie jakiś perkoz dał nura lub wychynął spod tafli wody z nastroszonym czubem. A my wiosłami: chlup, chlup, powolutku… raz lewym piórem, raz prawym. Co chwilę jakaś ważka dosiadała się na krótką przejażdżkę, podrygując witrażem skrzydełek. Krowy podchodzące do brzegów, odprowadzały nas pięknym, zamyślonym wzrokiem. I tak: chlup, chlup, wiosło odpychało się od połyskującej toni… Chlup, chlup – i minęły prawie trzy godziny.

A później urządziliśmy grilla. Udał się wyśmienicie. Kiełbaski i kaszanki nabierały temperatury i pyszniły się aromatem roznoszonym w delikatnych obłokach dymu. Na stole połyskiwał soczysty arbuz, kusiły jędrne winogrona i słodkie jeżyny. Chleb, bułki i ciasteczka miały jakby nowy smak. Obok nich rzodkiewki i rukola czekały z pikantnym finiszem, a ser camembert bielił się w pleśniowym kożuszku. Popołudniowe słonko rozpieszczało skórę, rozluźnione umysły uwalniały myśli, a delikatny wietrzyk sprzyjał ich wymianie.

Z połączonych nurtów rzecznej natury, której część zabraliśmy w sobie wysiadając na brzeg i z refleksyjnej natury, jaką stale w sobie nosimy – rozlała się między nami przyjazna rozmowa. Aczkolwiek. Dryfując od rozważań nad rzeką, jako metaforą życia, do stronniczości i tendencyjności mediów, czasem trafialiśmy na mielizny. Momentami dyskusje były gorące, jak kiełbaski i kaszanka, która wybebeszała się na ruszcie. Na szczęście humory się nam nie zwarzyły. Dopiero zmierzch nas podzielił… i każda grupka wsiadła do swojego auta.

Za rok, proponuję powtórkę. Co wy na to?

Ogrodnik

Spotkanie na wyspie Bolko w Labie. Miało symboliczny wymiar. Bogdan Ogrodnik, który od 20 lat rozwija filozofię procesu w Polsce odebrał nagrodę za osiągnięcia życia, przyznaną mu przez International Process Network. To 3 osoba której przyznano to wyróżnienie. Nagrodę wręczył Randy Auxier a ja pełniłem rolę gospodarza. Nasze 4 godzinne spotkanie poświęciliśmy rozmowie o filozofii światła, której obaj filozofowie poświęcili swoje prace. Wielka radość uczestniczyć w takich dyskusjach!

Z Bogdanem spotykałem się po raz pierwszy na konferencji w Cieszynie w roku 2002. Był świeżo po doktoracie poświęconym Ingardenowi i mówił o ontologii relacyjnej. Wtedy zaprosił mnie do Towarzystwa Metafizycznego im. Alfreda Northa Whiteheada, mającego wówczas siedzibę przy klasztorze franciszkanów. W klasztorze z wielkim ogrodem. Wtedy było już dla mnie jasne jakim to ogrodnikiem jest Bogdan. Inspirował młodych, przyciągał doświadczonych i uznanych – sprawił, że filozofia procesu w Polsce stała się żywa.

W klasztorze odbywają się co roku konferencje Towarzystwa. Przyjeżdżają ludzie z całego świata. Klasztor staje się ważnym miejscem polskiej filozofii procesu ale nie tylko. Towarzystwo organizuje w 2016 roku światowy Kongres Filozofii Procesu, w którym uczestniczy kilkaset osób z całego świata. Ojciec Kleofas Gródek, prorektor tamtejszego seminarium jest skarbnikiem Towarzystwa. Dzięki niemu spotkania Towarzystwa odbywają się w gościnnej domowej franciszkańskiej atmosferze. Klasztor jest siedzibą Towarzystwa, miejscem spotkań, a także wydawania „Studia Whiteheadiana”.

Bogdan organizuje nie tylko życie filozoficzne. Jest jednym z twórców ogrodu botanicznego w Katowicach. Tworzy Pracownię Edukacji Żywej, organizuje warsztaty dla rodzin, chodzi z nimi po lesie, tłumaczy czym są żywe procesy, w bliskości roślin i zwierząt, w kontakcie z procesem życia. Jego filozofia rośnie wśród drzew.

Nasze rozmowy często zaczynają się od filozofii, a kończą na życiu – albo odwrotnie. Pamiętam nasz wspólny wyjazd do Monachium na szkołę letnią, chyba w 2015 roku. Jechaliśmy małym busem ściśnięci z innymi podróżnymi, a Bogdan referował mi swoją koncepcję zdarzenia edukacyjnego.

W czasie pandemii zorganizowaliśmy ostatnią konferencję naukową w Klasztorze. W roku 2020 Kleofas postanowił zakończyć współpracę z Towarzystwem. A rok później Bogdan zadzwonił do mnie, z wiadomością, że rozważa zakończenie działalności Towarzystwa. Okazało się jednak, że odejście jednych oznacza przyjście innych. Z Bogdanem nawiązał kontakt profesor Lech Witkowski, który zafascynował się filozofią Whiteheada. Jego książka Naddania i wzrosty z roku 2024 to pierwsza w Polsce próba zastosowania filozofii procesu w pedagogice. Towarzystwo przenosi się do Instytutu Filozofii Uniwersytetu Śląskiego. Pojawiają się comiesięczne seminaria tematyczne, coroczne konferencje, spotkania i szkoły letnie. W tym roku Bogdan z Łukaszem Łamżą wrócili do idei małej szkoły letniej – warsztatów prowadzonych w ośrodku w Beskidach dla małej grupy studentów, których celem jest obudzenie „miłości do filozofii procesu”.

Niezależnie od tego, czy jest to ogród botaniczny, Towarzystwo Whiteheadowskie, czy Pracownia Edukacji Żywej Bogdan tworzy przestrzenie, w których coś może zacząć rosnąć. Czasem jest to myśl. Czasem przyjaźń. Czasem wspólne przedsięwzięcie. Czasem po prostu rozmowa, która niespodziewanie prowadzi gdzieś dalej. I dlatego, kiedy mieliśmy z Randym Auxierem wręczyć Bogdanowi w Opolu Life Award, pomyślałem, że musimy to zrobić w naszym opolskim parku na wyspie Bolko.

Żeby coś wyrosło, trzeba nie tylko siać ale przede wszystkim przygotować ziemię, podlewać, czasem przesadzić, czasem dłużej poczekać. A potem patrzeć, co wyrośnie. Bogdan Ogrodnik właśnie to robi.

O wojnie moralnie dopuszczalnej – raz jeszcze

W połowie maja światło dzienne ujrzała encyklika „Magnifica humanitas”, w której papież Leon XIV odświeża stanowisko Kościoła w wielu bieżących sprawach.

W ostatnim, V rozdziale porusza między innymi kwestię wojny i – co ciekawe – podkreśla, że należy odejść od teorii „wojny sprawiedliwej„. Jest to pojęcie nadużywane do usprawiedliwiania wszelkiej wojny, a powinno dotyczyć wyłącznie „prawa do uprawnionej obrony, rozumianej w sensie najściślejszym„.

Papież wskazuje też zagrożenia wynikające z używania w konfliktach sztucznej inteligencji, gdyż „Nie istnieje żaden algorytm, który mógłby uczynić wojnę moralnie dopuszczalną”.

Odżegnuje się także od idei „świętej wojny” i stawia na dialog – również między religiami, bowiem „Kto posługuje się imieniem Boga, aby usprawiedliwiać terroryzm, przemoc albo wojnę, ten zdradza Jego oblicze: walczyć w imię religii znaczy w rzeczywistości uderzać w samą religię”. Papież uważa, że możliwe jest czerpanie z tradycji duchowych, w których „nie ma miejsca na sakralizowaną nienawiść„.

Na temat „wojny sprawiedliwej” oraz religijnej napisałem esej, opublikowany równo dwa lata temu. Myślę, że ta rocznica 😉 oraz świeża encyklika to dobry pretekst, aby wrócić do tego zagadnienia na najbliższym spotkaniu Pogadalni. Zobaczmy się we czwartek 11 czerwca o 18.00 w restauracji Gryfne Gary (Domek Lodowy) i pogadajmy pokojowo o wojnie. A mój tekst przybliżający treść dyskusji można przeczytać we wpisie: https://pogadalnia.pl/2024/06/04/coffeelosophy-lix-czyli-pocalunek-sprawiedliwosci-i-pokoju/

Coffeelosophy LXVII – czyli taki sobie powolny

Przypadkiem, kilka dni temu natknąłem się na informację, że właśnie obchodzony jest Dzień Powolności. To nietypowe święto narodziło się w 2007 roku we Włoszech. Jak wiadomo, Włosi czują się spadkobiercami Imperium Rzymskiego, a ich język wykazuje najwięcej podobieństw do łaciny. Przypuszczam więc, że bliska im jest sentencja, przypisywana cesarzowi Augustowi: „festina lente” – czyli spiesz się powoli. Aczkolwiek jest to ponoć kalka językowa z greki (σπεῦδε βραδέως – spevde bradeos). My posiadamy własny i swojsko brzmiący odpowiednik: co nagle, to po diable. Chociaż czy można mieć pewność, że to faktycznie takie nasze? Wszak już Mahomet powiedział, iż „Pośpiech jest wynalazkiem Szatana”.

Powolny dzień z życia w pędzie

Tak czy inaczej, za powstaniem tego święta stała myśl, aby w pędzącym świecie, przynajmniej jednego dnia trochę zwolnić. Na tyle, by dostrzec, jak wiele zdarza się nam przeoczyć ważnych rzeczy, gdy się ciągle – a do tego nerwowo – spieszymy. Podobną myśl wyraził lekarz i pisarz Sosuke Natsukawa: „Ludzie mają to do siebie, że kiedy bardzo się spieszą, zawsze coś tracą z oczu”. Szybkie tempo życia wymusza krótkie i spłycane relacje, byle jakie lub pomijane posiłki, niedokładne analizy i błędne decyzje, zaniedbaną higienę snu i odraczane wizyty lekarskie. Generalnie, kombinacja: pośpiech i stres, pomijając zły wpływ na efektywność, jest po prostu szkodliwa dla zdrowia.

Pomysłodawcą Dnia Powolności był Bruno Contigiani, menedżer i pracoholik, który stwierdził „Poświęćmy ten jeden dzień na zatrzymanie się i przemyślenie wszystkich rzeczy, które tracimy, pędząc przez życie”. Zaczęło się od tego, iż z grupą znajomych na jednym z placów Mediolanu zwracali uwagę przechodniom, że za szybko idą. Powołano nawet stowarzyszenie Sztuka Powolnego Życia, krzewiące ideę, że unikanie stresu i pośpiechu poprawia jakość życia. Logiem organizacji ponoć był sympatyczny ślimak.

Włoska prasa chętnie przypomina o tym święcie; na przykład La Gazzetta del Mezzogiorno tak streściła jego przesłanie: „Filozofia Contigianiego […] ma na celu budowanie społeczeństwa opartego na swobodnym stylu życia. Jego stowarzyszenie proponuje <<14 przykazań>> lepszego życia, w tym wstawanie pięć minut wcześniej, aby zjeść śniadanie bez pośpiechu, oraz wykorzystanie czasu spędzonego w kolejce na pogawędkę z sąsiadem. Inne przykazania to spacery, kiedy tylko jest to możliwe, czytanie wieczorami zamiast oglądania telewizji, koncentrowanie się na jednym zadaniu naraz […] oraz unikanie za wszelką cenę sformułowania <<nie mam czasu>>”. (więcej pod tym adresem:
https://www.lagazzettadelmezzogiorno.it/news/english/177324/italians-take-it-easy-on-world-slow-day.html).

Włosi od dawna przykładają wielką wagę do wolniejszego trybu życia. To oni zapoczątkowali w latach 80. ruch Slow Food – zalecający swobodne, niespieszne delektowanie się dobrym jedzeniem i unikanie dań Fast Food. Nie dziwi więc, że pomysł Slow Life chwycił. W ciągu kolejnych lat rozprzestrzeniał się po innych włoskich miastach, ale też trafił do Londynu, Nowego Jorku, czy Paryża. Nawiasem mówiąc, Francuzom ślimak w logo musiał ewidentnie kojarzyć się ze slow food.

Droga języka do powolności

Ciekawie wygląda w języku polskim zestawienie słów: powolny i wolny. Zatrzymajmy się przy tym na chwilę.

Słowo wolny ma obecnie różnorodne skojarzenia i zastosowanie. Jego sens zmienia się zależnie od kontekstu, jak w zdaniu: Wolny człowiek usiadł na wolnym miejscu w wolnym pociągu i czytając wolną prasę, opuszczał wolny kraj, w którym obejrzał „Hamleta” w wolnej interpretacji Bożydara Wolnego, korzystając z tego, że był wstęp wolny.

Mówiąc o człowieku, zasadniczo wolny to ten, kto działa wedle własnej woli. Ale też ktoś, kto porusza się niezbyt szybko. Słynny profesor Jerzy Bralczyk, bawiąc się słowami, dowcipnie orzekł: „Człowiek wolny porusza się raczej wolno, a nie szybko, dlatego, że porusza się według własnej woli, nikt go nie pogania”.

Profesor przypomniał też dawne znaczenie słowa „powolny”. Początkowo określało działanie po woli, czyli podług woli kogoś innego. Ktoś mógł być powolny komuś, powolny czyimś rozkazom. Jeśli był powolny rodzicom, powolny panu, królowi albo powolny Bogu, to po prostu zachowywał się po woli tego, kto tą wolę wyrażał. W tym przypadku powolny to tyle, co posłuszny. Przykładem użycia mogą być słowa Józefa Ignacego Kraszewskiego: „Syn powolny rodzicom a skory do cnoty to największy skarb”.

Z czasem bycie powolnym uznawano za cechę negatywną, za uległość, ślepe posłuszeństwo, bezwolność, bycie „powolnym narzędziem” w czyichś rękach. I przypuszczam, że ktoś podporządkowany cudzej woli, wykonywał wymagane czynności niechętnie i opieszale. Tak że w końcu to słowo zmieniło swoje znaczenie na obecne, gdy ktoś powolny to inaczej nieśpieszny, opieszały, ociężały a nawet ślamazarny.

Tak oto doszliśmy do pełnego rozumienia terminu powolności. Chociaż, czy na pewno pełnego? Powyższe rozważania prowadzą do wniosku ocierającego się o filozofię: powolność nie musi oznaczać bezczynności ani ociężałości, lecz szczególne powiązania między czasem, działaniem a wolą. I to gdzieś na ich przecięciu znajduje się jej sens. Na tym etapie mogę już chyba zaproponować tezę, iż powolność nie polega na prostym zwolnieniu tempa, lecz na odzyskaniu władzy nad własnym czasem i własną wolą.

Bądź powolny filozofii

Jeśli Włosi z natury wolą wolniejszy tryb życia, a muszą o tym sobie przypominać – choćby przy okazji Dnia Powolności – to znak, że obserwują u siebie pośpiech, niezgodny z ich charakterem. Pytanie, czy jest to charakterystyczne tylko dla nich. Przecież inne nacje też kiedyś żyły wolniej, niż w ostatnich dziesięcioleciach. I też dostrzegają szkodliwość pędu.

Nasza pisarka Monika A. Oleksa przedstawiła smutną diagnozę: „Pośpiech. Epidemia końca XX i początku XXI wieku. Chroniczny brak czasu, brak przyjaciół, brak rodziny, brak ciepła. Nieustanny bieg do przodu, wciąż do przodu, nawet bez celu”. Gdybyż to było tylko biegiem bez celu. Wtedy łatwiej porzucić taki bieg albo nadać mu szczytny cel. Problem w tym, że wielu biegnie w wyścigu po określone rezultaty. Człowiek zbudował dla siebie system, w którym liczą się osiągnięcia, efektywność, zdobycze materialne. Wartość mierzy się tempem i wydajnością. Człowiek nie musi nawet być popędzany batem, sam się ponagla nadmierną ambicją.

W takich okolicznościach zwrot ku powolności to wręcz przejaw buntu wobec systemu. Tyle że akcent położony jest w złym miejscu – bo przecież nie idzie o sabotaż systemu, ale budowanie zdrowego nawyku w codzienności. Można też zastanawiać się, czy takie jednodniowe spowolnienie to nie jest tylko wentyl bezpieczeństwa dla systemu, pozwalający jednorazowo uwolnić ciśnienie, aby od następnego dnia, przez resztę roku znów funkcjonować w szybkim tempie. W takim podejściu kryje się niebezpieczeństwo, że nawet wprowadzenie zdrowych nawyków: systematyczna joga, prawidłowe odżywianie, książki, muzyka, spacery, spotkania towarzyskie… to wszystko będzie wpisane w rozpędzony kalendarz i praktykowane w pospiesznym rytmie. Tymczasem należy zwolnić i jednocześnie skierować uważność na te pozytywne elementy.

Nie chodzi też o to, by zwolnić przesadnie, wręcz do zera. Raczej należałoby trzymać się zaleceń Arystotelesa i znaleźć złoty środek. Trudna to sztuka: zachować proporcje i umiar. Warto jednak nad tym popracować, jeśli wierzyć Stagirycie, że to wiedzie ku dobremu życiu. W tym sensie powolność nie jest celem samym w sobie, lecz narzędziem osiągania równowagi. Tym samym wpisuje się w klasyczne idee cnoty i złotego środka.

Mądrość wymaga czasu, zarówno na to aby dojrzewać, jak i na to, by smakować jej owoce. Stąd zasadne wydaje się spostrzeżenie Richarda Scotta Bakkera, że „Pośpiech jest obelgą dla mądrości”. A żeby zwolnić, trzeba mieć mądry powód – wiedzieć dlaczego się to robi albo inaczej: robić to właśnie dla owego mądrego powodu. Jeśli ktoś zwalnia tylko dlatego, że nie ma już sił – to nie filozofia, tylko wypalenie i droga ku ostatecznej porażce. W tym względzie rację miał George R.R. Martin, mówiąc: „Ten, kto przechodzi przez życie pospiesznie, szybciej dociera do grobu”.

Poszukiwaczom starożytnych receptur można polecić też podejście stoików. Taki Marek Aureliusz czy Seneka zalecałby spokój, dystans, panowanie nad sobą. Ale również przestrzegałby przed marnowaniem czasu i lenistwem. To wybór dla kogoś, kto lubi działać i w dodatku robić coś pożytecznego. Kto ma kontrolę nad czasem i zachowuje odporność na chaos w świecie. Kto nie zapomina o obowiązkach. Na szczęście jest wiele form wartościowego użycia czasu, bez zbędnego pośpiechu: czytanie książek, szydełkowanie, różna twórczość, jak pisarstwo, malarstwo, muzykowanie, uważna rozmowa z bliskimi, świadome spacery, ćwiczenia fizyczne i sport, majsterkowanie – aczkolwiek bez presji sukcesu i nadzwyczajnych efektów, za to w skupieniu na działaniu, na odczuciach, doświadczaniu, na otwartym byciu w procesie, realnym kontakcie z tworzywem lub człowiekiem.

Sidła powolności

W powolności kryją się pewne pułapki, zastawiane zwłaszcza na tych, którzy niewłaściwie ją pojmują. Łatwo bowiem zamienia się ona w zwykłe unikanie wysiłku. Można się za nią schować, żeby nie podejmować trudnych decyzji i nie mierzyć się z wyzwaniami. Może ona skończyć się na wybraniu bierności i delektowaniu się przyjemnościami.

Poza tym, wszystkie pozytywne formy celebrowania powolności mogą się stać kolejnymi punktami na liście do odhaczenia w planowaniu tygodnia. Bez refleksji, głębszego przeżywania, mądrej afirmacji. A kolejne tygodnie życia nie są jakimś projektem do zrealizowania. Mieczysław Jastrun zauważył, że „Pośpiech bywa ojcem powierzchowności”. Jednak samo spowolnienie wcale od niej nie uwalnia. Głębokie zanurzenie się w slow life to sztuka. Tu nie chodzi o hamowanie z efekciarskim piskiem opon.

Inną pułapką powolności może być błędne uznanie, że jako całość jest zwyczajnie kolejnym produktem do konsumowania. Jak inne świąteczne dni lub te cudowne weekendy, kiedy człowiek odurza się wolnym czasem i planuje kolejne godziny niczym listę smakowitego menu.

Tymczasem powolność mogłaby przerodzić się w filozofię życiową. Gdyby ten pomysł rozwinąć, uwydatnić jego głębszy metafizyczny wymiar, stworzyć wokół niego spójny logiczny system… No, takiej filozofii nie jeden człek byłby powolny. Nie jeden…

…a zatem nie każdy. Pytanie bowiem, czy powolność jest dla wszystkich. Dla niektórych szybkie tempo jest sensem życia, w taki sposób się realizują, tak właśnie lubią funkcjonować. To ich wybór: żyć aktywnie, na wysokich obrotach, bez postojów, bo to strata czasu. Możliwe, że nie radzą sobie z bezczynnością, więc wypełniają każdą pauzę jakimś działaniem i zagłuszają ciszę, ale nie mnie o tym sądzić. Równie dobrze mogą mieć po prostu inną konstrukcję, inne potrzeby natury psychicznej i duchowej, inne oczekiwania od świata. Nie każdemu musi odpowiadać filozofia slow life, tak jak nie każdemu pasuje podobny do niej epikureizm, w którym liczą się  proste przyjemności (jedzenie, rozmowa, spokój), unikanie nadmiaru i nerwowości, życie owszem: hedonistyczne, ale w skromnej skali.

A jeśli powolność jest nie dla wszystkich z innego powodu? Może nie jest zaczątkiem uniwersalnej filozofii, lecz luksusem dla uprzywilejowanych. Łatwo jest powiedzieć zwolnij, nie wypruwaj sobie żył, posłuchaj ptaków, poczytaj książkę… Podczas gdy ktoś musi narzucić sobie szybkie tempo, aby sprostać twardej rzeczywistości, zarobić na chleb, zapewnić dobrostan najbliższym, jakoś przetrwać. Niewykluczone, że na powolność może pozwolić sobie klasa odpowiednio zamożna. Kto wie, czy brak konieczności pośpiechu nie jest efektem bezpieczeństwa ekonomicznego. Święta są kosztowne – Dzień Powolności również.

Filozoficznie powolny sobie

Być może powolność nie oznacza spowolnienia ruchów ani ograniczenia aktywności. Lecz jest czymś bardziej wymagającym: zdolnością działania we własnym rytmie, w zgodzie z tym, co uznajemy za sensowne i prawdziwe. Daleko jej do bierności i ociężałości. Ktoś powolny po prostu nie pozwala się ponaglać, nie daje się wciągnąć w ślepy pośpiech. Kiedy zwalnia, to dlatego, aby uważnie robić coś po swojemu. Jeśli przyspiesza, to świadomie, z własnej woli.

Nie mam wiedzy, jak to wygląda na całym świecie, ale w naszym kręgu cywilizacyjnym tudzież kulturowym, popularność zyskała idea zwrócenia uważności na siebie. Czasem mylnie rozumiana i realizowana, jako zwracanie uwagi na siebie – lecz nie o tym mowa. Chodzi o to, by wsłuchać się we własne potrzeby, zadbać o swoje dobro w sferze fizycznej i duchowej, akceptować ułomności, rozwijać się. I kochać siebie.

A czym jest słuchanie tego, co podpowiada serce, sumienie, intuicja lub rozum? Czym jest działanie w zgodzie z tymi podszeptami? Czyż to nie jest właśnie pewien posłuch, poddanie się woli – tyle, że tej wewnętrznej, własnej. Płynącej z głębi. Czyż to nie jest bycie posłusznym i… powolnym. Powolnym sobie.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam we czwartek, 7 maja o godzinie 18:00 do gospody Gryfne Gary, ul Barlickiego 2A (Domek Lodowy). Temat brzmi: Taki sobie powolny. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i spowolnić.

Święta ludzkiego zmartwychwstania

Wydawałoby się, że człowiek lubi stabilizację, przewidywalność – może nawet rutynę. To daje poczucie bezpieczeństwa i pozwala wypracować zestaw sposobów na radzenie sobie z rzeczywistością. Wiele czynności można wykonywać na autopilocie, a w uporządkowanym życiu łatwiej dopatrzyć się sensu. Z drugiej strony, człek szybko się nudzi i szuka odmiany, świeżości, nieznanego. Natura wprawdzie wyposażyła człowieka w zdolność do adaptacji w zmiennych warunkach. To jednak nie znaczy, że lubi zmiany. Zwłaszcza te gwałtowne budzą niechęć i niepokój. I dodajmy – inna jest sytuacja, gdy są to zmiany wokół niego, a inna, gdy zachodzą w jego wnętrzu.

Są bowiem takie momenty, kiedy coś w naszym życiu się zmienia – czasem nawet wcale nie spektakularnie – po prostu się kończy. Bywa, że zmiana następuje w jakimś wąskim obszarze, a i tak nagle sens traci wszystko. Człowiek niby nadal jakoś funkcjonuje, trochę siłą rozpędu; ciągle chodzi do pracy, spotyka ludzi, rozmawia, odpisuje, robi to, co zawsze, kąpie się, je, śpi – ale gdzieś pod spodem coś już się rozpadło.

Wielka przemiana w człowieku miewa różne powody. Najczęściej rodzi się wtedy, gdy coś, co dotąd nadawało życiu sens, traci moc: zepsuje się ważna relacja, skończy pełniona rola lub praca, sposób życia okaże się szkodliwy. Czasem jest to doświadczenie graniczne: ciężka choroba, strata kogoś bliskiego, uświadomienie sobie własnej skończoności.

Źródłem przemiany może być też coś, co dziś chciałbym zaakcentować. Zwykle mamy jakieś wyobrażenie o sobie, przekonanie o tym, jacy jesteśmy. Nie zawsze pokrywa się to z rzeczywistością. Niekiedy odkrywamy lub przeczuwamy, że prowadzimy życie w półprawdzie, wówczas pojawia się pewien rodzaj napięcia, bo ta myśl staje się nie do wytrzymania. I kiedy nastąpi rozpad iluzji na temat siebie i swojego życia, pojawia się szansa na przemianę. Co istotne, rzadko zaczyna się ona od świadomej decyzji – raczej od chwili uświadomienia, że nie można już wrócić do tego, co było. Zupełnie, jakby umarło.

I bodaj to jest najgorsze, że ta „śmierć” nie wygląda jak śmierć. Nie rzuca się w oczy, łatwo przegapić jej nadejście i zdziwić się, rozpoznając dopiero skutki. Z tym, że potem za późno na sekcję zwłok, pogrzeb, rytuał przejścia – a jest żałoba, choć niekiedy nawet jej nie ma. Jest za to swego rodzaju osłupienie i dziwne poczucie, że coś, co do tej pory było „moje”, było „mną”, przestaje mnie dotyczyć, reprezentować, definiować.

Wtedy zwykle zaczyna się coś, co w naszych czasach nazwalibyśmy kryzysem, aby uniknąć zbyt dużych lub poetyckich słów. Bo wspomniana „śmierć” jest metaforyczna i brzmi przesadnie, mimo że coś w tym rodzaju się dzieje. Rozpada się obraz nas samych, który dotąd wydawał się oczywisty. To zaś rodzi szereg pytań. I na pewien czas nastaje dziwna, wewnętrzna cisza lub jakiś rodzaj wyciszenia. Lecz nie, jako ulga, raczej jako nasłuchiwanie i wyczekiwanie odpowiedzi.

Taka cisza bywa nieznośna. Nierzadko człowiek próbuje ją czymś wypełnić: jakimś działaniem, przeciwdziałaniem, próbą powrotu do tego, co było. Ale to nie pomaga. I może właśnie to jest moment, którego szczególnie unikamy – to zawieszenie pomiędzy. Gdy nie jesteśmy już tacy, jak byliśmy, a jeszcze nie odkryliśmy nowego oblicza.

To zagubienie jest niekomfortowe, ale nie może trwać wiecznie. Coś jednak pracuje w tle, coś się krystalizuje. Czasem dość szybko, na zasadzie nagłego olśnienia – a czasem w powolnym procesie. Jakby pod zaskoczoną powierzchnią zaczynało się układać coś nowego, choć jeszcze bez wyraźnego kształtu. Drobne przesunięcia tych mebli, które się zachowały i dostawianie nowych. Człowiek inaczej coś postrzega, inaczej reaguje, zmienia zdanie albo to samo wypowiada trochę głośniej lub ciszej i podejmuje decyzje, które nie wynikają już z tego, kim był.

Jeżeli ktoś traktował ów kryzys jako zburzenie ważnej części swojej konstrukcji, to raczej nie może być mowy o rekonstrukcji. Za to, jeśli ktoś ma szczęście, to w jego życiu coś zaczyna się budować od nowa. Niekoniecznie lepiej. Nie zawsze łatwiej. Po prostu inaczej – ale już samo to jest pozytywne. Zacząłem od tego, że ludzie nie lubią zmian – ale i nie znoszą tego stanu zawieszenia. Ich natura potrzebuje działania, dziania się, uczestniczenia w jakimś akcie. Bo wszystko w człowieku stworzone jest do ruchu i odpowiedzi na ruch.

Jak sobie poradzić z taką metamorfozą, ze wspomnianym kryzysem, z ciszą i zawieszeniem? Nie ma jednej odpowiedzi, bo i przyczyny są różnorodne. Wspólnym mianownikiem jest doświadczenie, że wewnątrz coś pękło. Dopiero z perspektywy czasu widać, co się zmieniło. Że to, co wydawało się drastycznym końcem, było raczej rozpadnięciem się formy, w której nie sposób się pomieścić, albo… która okazała się nieprawdziwa.

To musiało runąć. Zwłaszcza, kiedy człowiek zrozumie, iż tkwił w fałszywym przeświadczeniu o sobie, swojej wartości, prezentowanej postawie. Gdy odkrył, że nie żył prawdziwie. Wtedy widzi, że bez tego rozpadu nic nowego nie mogłoby się pojawić. Coś umiera a następnie – coś się rodzi.

W różnych opowieściach pojawia się motyw śmierci i powrotu. Wyjątkowi szczęściarze w starożytności, a nawet średniowieczni bohaterowie trafiali do krainy umarłych i wracali. Ten wątek nie jest tylko ubarwieniem historii. Można go potraktować jako sposób rozumienia tego, co i nas spotyka. Bo trudno inaczej opisać sytuację, w której człowiek traci grunt pod nogami, a potem – dzięki cierpliwości lub odwadze – podnosi się odmieniony tym doświadczeniem.

Wiem, że to wygląda, jakby większość z nas uczyła się żyć prawdziwie wyłącznie wtedy, gdy coś dotychczasowego się w nas skończy. Przede wszystkim, nie mi definiować, kto „żyje naprawdę”, a kto nie. Ważniejsze jest może to, czy jesteśmy gotowi pozwolić umrzeć temu, co straciło aktualność – nawet jeśli przez długi czas było jedyną wersją nas, jaką znaliśmy. Pytanie, czy jesteśmy gotowi podjąć ryzyko, czy będziemy próbowali kurczowo trzymać się tego, co było, tracąc szansę na to, co mogłoby jeszcze się odrodzić.

I może właśnie dlatego potrzebujemy takich momentów jak Wielkanoc. Nie po to, żeby w coś wierzyć, ale naocznie dostrzec to, co i tak się w nas wydarza. Nie ma potrzeby roztrząsać, co wydarzyło się kiedyś – warto rozpoznać pewien rytm, który powtarza się w nas samych. Rytm, w którym życie nie polega na ciągłości, lecz na zdolności zaczynania od nowa. To nic innego, jak nasz ewolucyjny potencjał, umiejętność adaptacji, ujarzmiania przemian. Być może życie, które ma być naprawdę nasze, musi przejść przez swoją własną Wielkanoc. W dodatku nie jeden raz, ale tyle, ile będzie trzeba, żeby przestać być tym, kim już się nie jest.

Z okazji świąt życzę wszystkim, by wiedli prawdziwe życie. Bo nawet ten, kto nie żyje prawdziwie, umrze naprawdę. Ale, gdy przyjdzie dzień zmartwychwstania, to nie będzie miał do czego powstać.

Coffeelosophy LXVI – czyli życie cudzym pragnieniem.

Ciekawe, co powiecie na to, że większość pragnień, jakie odczuwacie, wcale nie jest wasza. Owszem, to wy tego chcecie, wami targają żądze. Ale nie ma to związku z waszymi własnymi potrzebami, marzeniami, ambicjami, upodobaniami…

I nawet nie chodzi mi o to, że pragnienia są niejako wymuszone realiami życia, i np. w innym miejscu, w innych realiach politycznych lub religijnych, czy po prostu w innym czasie,  pragnęlibyście czegoś innego. Bo to wydaje się dość oczywiste. Chodzi o to, że również w tej odmiennej rzeczywistości pożądanie czegoś nie byłoby waszym pożądaniem. Zaintrygowani?

Człowiek jako istota ukształtowana przez kulturę i historię oraz społeczne źródła wyobrażeń

Na przestrzeni tysiącleci człowiek ulegał ewolucji, zmieniało się jego ciało, psychika, intelekt. Przekształcały się równocześnie duchowość, kultura, sztuka czy w ogóle gust. Generalnie: ewoluowało społeczeństwo. Ponieważ zmieniały się warunki życia, to w ślad z tym także potrzeby. Tym samym przemianie ulegały pragnienia, by te inne – czasem zupełnie nowe – potrzeby zaspokoić.

Gdy ktoś pragnie luksusu, sławy i władzy albo sprawiedliwości, mądrości i szczęścia – to zwykle ma pewne wyobrażenie tego, jak miałoby to wyglądać. Przykładowo, słowo luksus budzi pewne skojarzenia: okazały dom z basenem, drogie wyposażenie, dzieła sztuki, eleganckie stroje, wytworna biżuteria, jacht, wystawne życie, podróże, kawior i homary. I wyobrażenie to zasadniczo wpisuje się w powszechny wizerunek, jaki obiegowo funkcjonuje w grupie społecznej, w jakiej żyjemy. Jednak te skojarzenia wokół przepychu i bogactwa nie są nasze; po prostu wychowaliśmy się w świecie, który w taki szablon myślenia wpisał luksus. A ci, którzy się w nim pławią, przykładnie potwierdzają swoim życiem ten model i styl.

Od narodzin dorastamy do takiego świata, jaki na nas już czeka; uczymy się języka, który nas otacza, uczymy się smaków, obcujemy z pewną kolorystyką, muzyką, architekturą, modą i oczywiście przyrodą. Przyswajamy zdobycze cywilizacyjne, przyjmujemy wiedzę, obyczaje, historię, politykę, religię i filozofię. Wchłaniamy je i traktujemy, jako własne. Za każdym z tych pojęć kryją się nasze upodobania, pragnienia a nawet pożądania – i za każdym pewne skojarzenia, które nie odbiegają zbytnio od typowych, jakie mają otaczający nas ludzie.

Pożądanie mimetyczne – mechanizm naśladowania według René Girarda

Wiele wskazuje na to, że pragnienia ludzkie nie są wyłącznie kwestią indywidualną, lecz mają charakter zbiorowy, społeczny. Dzieci uczą się świata i życia, naśladując osoby z najbliższego otoczenia, czyli z rodziny, podwórka, potem szkoły, kościoła. Ten krąg wpływu się rozszerza. A nasze pożądania okazują się naśladowaniem przodków.

Wybitny francuski antropolog i filozof René Girard nazwał to Pożądaniem Mimetycznym. Mimetyzm to naśladowanie, upodabnianie się. Niektóre zwierzęta maskują się w środowisku, a ludzie… specyficznie wtapiają się w grupę lub tłum.

Girard spostrzegł, że zdecydowana większość tego, czego pragniemy, jest naśladowcza, czy – jak on to określił: mimetyczna. Już jako dzieci, uczymy się chcieć tego samego, co reszta rodziny, grupy i społeczności. Obserwujemy, co jest obiektem pożądania i co ma wielką wartość dla starszych, po czym przyjmujemy ten sam system wartości i chcemy tego, co zdobywają i posiadają inni.

Od naśladownictwa do rywalizacji: ciemna strona pragnień

A co, jeżeli brakuje tego, czego się pragnie? Rodzi się zazdrość, zawiść i nienawiść. Zwłaszcza, gdy przedmiot pragnień wiąże się z wypaczonym rozumieniem poprawy jakości życia (np. większy dobrobyt, wyższy status). Jeśli człowiek widzi u kogoś jakieś dobra, które są dla niego nieosiągalne, wywołuje w nim to frustrację i nawet silniejszą potrzebę ich posiadania. Bez nich człowiek czuje się naznaczony brakiem, niepełny, gorszy… I, co zrozumiałe, chce to zmienić.

Łatwo dostrzec, że mimetyczne pożądanie może wiązać się z paradoksem. Wydawać by się mogło, że gdy upodobnimy się do kogoś, gdy zaczniemy podzielać te same poglądy i upodobania, gdy zacieramy różnice – to zyskamy przychylność i aprobatę… Tymczasem wspólny cel nie zawsze jednoczy, szczególnie gdy ludzie chcą tego, czego dla wszystkich nie wystarczy. Takie niespełnione żądze prowadzą do rywalizacji i konfliktów. Pojawia się prosta chęć pokonania rywala – np. na gruncie ekonomicznym, politycznym, militarnym.

Przemoc i kozioł ofiarny jako odpowiedź społeczeństwa

Te destrukcyjne zapędy dotyczą jednostek, ale równie łatwo rozprzestrzeniają się po całych grupach społecznych. Widzimy wtedy, jak cała wspólnota, ruch, partia, naród… podlega jakiemuś pragnieniu i chce je zaspokoić za wszelką cenę, odczuwa napięcie i gotowość do radykalnych rozwiązań.

By rozładować napięcia zwykle ludzie obierają dwie drogi. Jedna, to rozstrzygnięcie konfliktu poprzez walkę wszystkich w obrębie społeczeństwa – to jednak skutkuje jego osłabieniem i rozpadem. Druga droga – to przypisanie winy jednej osobie lub małej grupie – która stanie się kozłem ofiarnym. W takim scenariuszu dochodzi do jednoczenia się społeczeństwa, a cała przemoc skupiona jest przeciw wspólnemu „winnemu”.

Sacrum i przemoc: przemiana ofiary w świętość

Teoria mimetyczna obejmuje więcej. Girard zaobserwował, bowiem, w jaki jeszcze sposób społeczności chroniły się przed skutkami pożądania mimetycznego. Otóż przemoc wszystkich przeciw wszystkim, przekształcona w przemoc przeciw jednostce, została ujarzmiona i dozwolona w obrębie rytuału ofiarniczego. To kończyło samowolę i łączyło obyczaj z bogiem. Mowa tu o znanych, dawnych praktykach religijnych, gdy przewinienia i grzechy zrzucano na wybraną ofiarę, którą wypędzano lub zabijano. Według Girarda m.in. Biblia doskonale demaskuje ten mechanizm. Dopiero z biegiem lat zaprzestano ofiar z ludzi, a zrodził się ów mechanizm kozła ofiarnego (wybierano zwierzę, symbolicznie obarczano winami i wypędzano na pustynię).

Zdaniem tego badacza uczymy się nie tylko naśladować pragnienia, ale uczymy się też owej agresji. Jesteśmy skłonni wytypować przypadkową ofiarę, utrzymując, że jest winna i to wystarczy, by ją ukarać. Niezależnie, czy wina miałaby leżeć w aspekcie fizycznym, kulturowo-religijnym czy społeczno-ekonomicznym. To mogłoby tłumaczyć np. bunty chłopskie przeciw dziedzicowi, inkwizycję wymierzoną w heretyków, rewolucje przeciw królowi lub wąskiej grupie wyzyskiwaczy, samosądy na stereotypowych podejrzanych… Warunkiem skuteczności jest, by niewinność ofiary nie wyszła na jaw.

Ciekawe, że z upływem czasu dość często ocena ofiary ulegała swoistemu przewartościowaniu, aż po jej sakralizację. To uświęcenie zapewniało spokój i stabilność społeczną. Najlepiej widać to w Piśmie Świętym, które piętnuje przemoc zbiorową i ofiarę rytualną. Z kolei te, których opisy znajdujemy z reguły są jawnie niewinne (Abel, Hiob) i zyskują rangę świętości (Jezus, św. Szczepan). Dodajmy tylko na koniec, że – z biegiem czasu – winą zaczęto obarczać Szatana i demony.

Iluzja autonomii oraz naśladowanie wyborów i moralności

Wróćmy do tego, co ustaliliśmy w kwestii pragnień. Mamy wobec nich złudne przeświadczenie, że pochodzą z naszej głębi, a tymczasem takich jest niewiele. Należy dodać, że zwłaszcza liczba pożądań osadzonych w naszym biologicznym, zwierzęcym instynkcie – tych atawistycznych i prymitywnych – jest mniejsza, niż się wydawało. Większość po prostu ma społeczne uwarunkowania.

pozwolę sobie na kilka własnych refleksji. Kiedy czegoś pożądamy, zwykle staramy się do tego dążyć. To oznacza, że podejmujemy decyzję, by to osiągnąć. Jeśli dziecko widzi podobne sytuacje w otoczeniu, wówczas naśladuje nie tylko pragnienia, ale też wybierane sposoby ich zaspokajania. Zatem w znacznej mierze nasze wybory i decyzje mogą mieć źródło poza nami.

Nie inaczej być musi z sumieniem. Wszak wiele wyborów ma charakter moralny. Tym samym można kwestionować swoją moralność, gdyż w gruncie rzeczy nie jest zupełnie indywidualną, wewnętrzną sprawą, lecz została jedynie przez nas zaadoptowana. Uczymy się życia w określonym systemie wartości. Naśladujemy tropy moralne, wydeptane przez starszych pobratymców. Aczkolwiek grzechy trafiają w całości wyłącznie na nasz rachunek.

Indywidualizm jako wymysł – mit oryginalności

W obliczu powyższych stwierdzeń, pojawia się kolejna konstatacja. Mianowicie: indywidualizm – tak wyróżniany i celebrowany – okazuje się złudzeniem. To, co prezentujemy sobą w dużym stopniu wdrukowaliśmy sobie w oparciu o naśladowane przykłady. Upodobniamy się do pewnych wzorców z poznawanego środowiska. Niekiedy, w późniejszym okresie, odkrywamy inne i zmieniamy się. Ale nawet gdy czasem jakieś zbuntowane jednostki odwracają się od wszystkiego co znają, to i tak okazuje się, że gdzieś w świecie już ktoś tak postąpił.

Uważam więc za uprawniony wniosek, że to właśnie dlatego tak niewiele jest prawdziwie oryginalnych idei, dzieł oraz osobowości. Bo żeby zaistniały, po pierwsze, trzeba byłoby uwolnić się od mimetycznego pożądania i zapragnąć czegoś autentycznie innego, niż pozostała część społeczeństwa. A po drugie, dodatkowo należałoby zrealizować to pragnienie z powodzeniem. Nie jest to niemożliwe, ale rzeczywistość dowodzi, iż to rzadkość.

Mimetyzm jako narzędzie ewolucji

Jak widać, skłonność ludzi do mimetyzmu ma wiele negatywnych aspektów. Skoro jednak jest efektem i wsparciem naszej ewolucji, musiał on w swoim czasie nieść pewne korzyści. Tylko, jak ma się do współczesności? Czy powinniśmy uznać pożądania mimetyczne za przydatne w procesie uczenia się i wkraczania w społeczeństwo – i na tym poprzestać? Czy jednak należy na pewnym etapie rozwoju i dorastania wykorzeniać te pożądania i zastępować bardziej świadomymi, indywidualnymi.

Filozoficzne próby wyzwolenia się od pragnień

A może ratunkiem byłoby wyzbycie się pragnień. Wielu filozofów już w starożytności przestrzegało, aby nie podążać za pożądaniem. Przodowali w tym stoicy, zalecający uwolnienie od namiętności. Niemniej już Platon ustami Sokratesa nauczał, by pragnąć jak najmniej, zaś pożądliwą część duszy poskromić rozumem. A jeśli już czegoś pragnąć z całych sił, to rzeczy dobrych i… przede wszystkim mądrości.

Można szukać pomocy na drodze wiary. Rozliczne religie i tradycje duchowe radziły, jak uwolnić się spod władzy przyziemnych pragnień i żądz. Propagowały modlitwę, medytację, post, ascezę. Zalecały rezygnację z pogoni za dobrami materialnymi, panującą modą, tym co przemijające. Uleganie im uważane było za oznakę słabości.

Problem w tym, że osiągnięcie stanu wolności od pragnień, również może być czymś, czego się pragnie. W taki sposób się zapętlamy.

Jednakowoż – co, gdyby tak udało się wykorzenić owo mimetyczne pożądanie? Czy potrafilibyśmy w tym oczyszczonym miejscu obudzić własne, a w dodatku szlachetne i hołdujące umiarowi? Czy jednak zawsze będą z nami nasi przodkowie, których odbiciem jesteśmy? Możliwe, że zostaliśmy skazani na życie cudzymi pragnieniami i… ewentualne próby dodania do nich czegoś oryginalnego.

Sądzę, że należy to przedyskutować. Zapraszam we czwartek, 5 marca o godzinie 18:00 do gospody Gryfne Gary, ul Barlickiego 2A (Domek Lodowy). Temat brzmi: życie cudzym pragnieniem. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i poczuć własne pragnienie.

Nie ma zgody na święta

Starożytny pisarz i historyk, Salustiusz, uważał, iż: Dzięki zgodzie małe rzeczy rosną, przez niezgodę – wielkie upadają. Podkreślał tym samym wartość jedności, współpracy i harmonii, jako sił napędzających rozwój. Z kolei podziały, spory i walki miały, jego zdaniem, destrukcyjne skutki. Intuicja każe przyznać mu rację, od dziecka wpajano nam, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Po kłótni lub bójce słyszeliśmy: no, pogódźcie się. Podajcie sobie ręce na zgodę. Do tego religia chrześcijańska (choć nie tylko) nawołuje do wybaczania, pojednania a nawet miłowania nieprzyjaciół. Czy zaufać tym mądrościom? Jako byty ludzkie nie zgadzamy się ze sobą w wielu kwestiach. I nie będziemy się zgadzać. Co więcej: nie musimy. W sensie: nie stoi za tym żaden obowiązek ani konieczność. Wcale! Zresztą, jednomyślność i powszechna zgoda – pomijając, że ta wizja jest utopią – byłyby dla ludzkości szkodliwe.

Wyobraźmy sobie, że w każdej sprawie, która dzisiaj nas różni, mielibyśmy jeden wspólny model myślenia i postępowania – uznany za wystarczający, zadowalający albo słuszny. Nie sprawdzalibyśmy, więc czy da się coś robić inaczej, czy inne rozwiązania mogą być równie dobre – w sztuce, w codziennych wyborach, w sposobach życia. Nie rozważalibyśmy, czy może być inna hierarchia… inne priorytety… inna duchowość… Nikt nie pomyślałby nawet, że inny system wartości również może tworzyć pełnię i prowadzić szczęśliwie przez życie. Byłaby uniwersalna jednorodność. Coś, co chyba występuje jeszcze wśród niektórych zwierząt – aczkolwiek w stadach o wyższym stopniu zorganizowania, też tworzą się frakcje i poplecznictwa. Jednak gatunek ludzki – w naszej wizji – byłby absolutnie jednomyślny.

Ktoś mógłby spytać: i co w tym złego. Zwłaszcza zwolennik totalizmu, monopartyjności, ortodoksji lub państwa wyznaniowego. Takim charakterom podoba się wizja społeczeństwa mówiącego jednym głosem, idącego pod wspólnym sztandarem jednej ideologii, jednej religii, jednej filozofii – a właściwie: jedynej słusznej! Ma to jednak swoją cenę. Nie tylko w postaci utraty indywidualności i stłumienia tożsamości. Byłoby to też w dużym stopniu wyrzeczeniem się wolnej woli, pozbawieniem dylematów moralnych i uchyleniem od odpowiedzialności. Poza tym brak sporów to także brak konieczności argumentowania, jednomyślność to brak szukania alternatyw. Zgodność poglądów oznacza zatem stagnację – nie rozwijalibyśmy się intelektualnie, a w konsekwencji również cywilizacyjnie. Zatracilibyśmy specyficznie ludzką zdolność do sporu i krytycznej refleksji. I w tym upodobnilibyśmy się do zwierząt. Czytaj dalej →

Coffeelosophy LXV – czyli zemsta moralności

Dlaczego takie pojęcia jak lincz, samosąd czy wendeta budzą w nas negatywne odczucia, choć wywodzą się z logiki wymierzania sprawiedliwości? Wywołują skojarzenia z prymitywną furią tłumu, bezprawną samowolą i krwawym okrucieństwem. A z drugiej strony, mamy upodobanie do literackich bądź filmowych bohaterów, którzy wedle własnego uznania dokonują odwetu.

Etyka pomaga określić, co jest moralnie dobre, a co złe. Lecz na tym rzecz się nie kończy. Bo dobro postanowiliśmy promować i nagradzać, zaś zło piętnować i karać. Skąd się to wzięło? Już w pierwotnych społecznościach poczucie krzywdy i niesprawiedliwości budziło sprzeciw, często gniew i finalnie chęć odwetu. Zemsta była pierwotnym sposobem zaprowadzania ładu – prototypem wymiaru sprawiedliwości. Ta skłonność i zdolność do odwetu wydaje się starsza niż refleksja i świadomość etyczna a na pewno niż uporządkowane systemy prawne. Można zatem powiedzieć, iż u podstaw zemsty leży najgłębiej zakorzenione poczucie moralności, które wtedy jeszcze nie posiadało takiej nazwy.

Zemsta działała odstraszająco, jako sygnał, że wyrządzenie krzywdy nie ujdzie bezkarnie. Tak rodził się porządek społeczny, tak regulowano sytuacje konfliktowe. Zemsta miała ważną funkcję; sięganie po zemstę pozwalało chronić stan posiadania, utrzymać status i pozycję w grupie, a nawet poczucie własnej siły i indywidualnej wartości, gdyż w pewnym momencie zaczęto łączyć ją z honorem. Była reakcją na naruszenie godności.

Minęły wieki, aż Sokrates i Platon stwierdzili, iż nie godzi się odpłacać złem za zło. Bo wyrządzanie go nawet w słusznej sprawie szkodzi duszy, pomnaża krzywdy zamiast je eliminować. Już pośród mądrości starożytnej Asyrii albo Babilonii znajdujemy słowa: Złoczyńcy odpłać dobrem, wrogowi okaż sprawiedliwość. Ale wyidealizowane sformułowania to jedno, a praktyka codziennego życia to co innego; kodeks moralny potępiał zemstę, a społeczne zwyczaje nadal ją dopuszczały. Czytaj dalej →

Spotkanie filozoficzne z okazji podwójnego jubileuszu

Miniony czwartek – 25 września – miał szczególny charakter i przebieg. Muzeum Śląska Opolskiego było miejscem spotkania filozoficznego, połączonego z wykładem pt. Dlaczego cenimy stowarzyszenia – odpowiedź Simone Weill. Skąd taki temat? Bo dwa stowarzyszenia połączone jedną osobą chciały uczcić swoje jubileusze. W tym roku Stowarzyszenie Doradztwa Filozoficznego POGADALNIA – jako formalnie założona organizacja – obchodzi 10-lecie istnienia. Jednocześnie Stowarzyszenie Ludzi Aktywnych HORYZONTY świętuje 20 rocznicę działalności. Spotkanie prowadził Marcin Podolan (należący do obu stowarzyszeń) i dr Piotr Leśniak z Pogadalni, który wygłosił wykład, ilustrowany interesującą prezentacją.

Jego wystąpienie było intelektualnym, duchowym i filozoficznym podarunkiem dla obu organizacji. Zakorzenionym w filozoficzno-mistycznej myśli Simone Weill. Przybliżyło ono wartościową ideę, jaka powinna przyświecać zrzeszającym się ludziom. Stowarzyszenia nie powinny służyć za schronienie dla poszukujących bezpieczeństwa i wspólnotowości, czy bałwochwalczego kolektywizmu, lecz mają na celu zmierzać ku dobru. A w najgłębszym wymiarze, powinna je spajać przyjaźń – która sama w sobie jest dobrem.

Na sali nie brakowało osób, które miały do siebie przyjazne nastawienie. W takim gronie serce rośnie. Zatem: W górę serca!

1 2 … 21