Archiwa tagu: moralność

Księża pedofile jako bogowie składani w ofierze. Druga medytacja nad Jungowskim seminarium “Zaratustra Nietzschego”

Motto: 
Pewność, że trzyma wreszcie w ręku Jana Valjean, wydoby­ła na jego twarz wszystko, co miał w duszy. Poruszone głębie wypłynęły na powierzchnię. […] Radość Javerta biła z jego władczej postawy. Na niskim czole malowała się brzydota takiego triumfu. Była w tym cała skala ohydy, jaką ma do dyspozycji twarz zadowolona.

Victor Hugo, Nędznicy

Pedofilia jest zbrodnią odrażającą, niewybaczalną i nieprzedawniającą się. Po takim wstępie czytelnik może spodziewać się już tylko jednego: niepokojącego “ale…”

Co stoi za dzisiejszym naszym, waszym i moim, świętym oburzeniem? Czym w ogóle jest owo “święte oburzenie”? Jakie są jego źródła?

Żeby to zrozumieć, trzeba zastanowić się nad sposobem, w jaki nasz umysł radzi sobie z winą. Już Epiktet wiedział, że nikt nie chce być zły. Ludzie robią różne rzeczy, ale żadnej z tych rzeczy nie byliby gotowi uznać za zło, a w szczególności za zło w czystej postaci. Bywają zła konieczne, na które człowiek rozsądny musi przystać. Bywają nawet takie, których sam musi dokonać, bo ratują one wspólnotę, do której należy. Wszystkie te postępki łamiące odwieczne przykazania moralne, takie jak nie zabijaj, albo nie kradnij, są jednak przy pewnym rozumieniu dobre. Uświęcają je dobre intencje, którymi nieodpowiedzialni moraliści chcieliby wybrukować piekło. Pedofilia jest inna. To grzech, który nie może być niczym usprawiedliwiony. Ani winami ofiar, ani żadnym wyższym dobrem. Majciarz krzywdzi niewinne ofiary dla własnej przyjemności. Zgroza jest tutaj zrozumiała. No i gdzie ja tutaj wcisnę to moje “ale”?

Ale, czy pedofilia nie jest tylko wyolbrzymionym do monstrualnych rozmiarów grzechem naszym codziennym? Czy wszyscy jak tu przed komputerami siedzimy, albo przed komórkami się pochylamy, nie robimy na mniejszą skalę tego samego. Modelem życia współczesnego jest nierozumna troska o własne przyjemności, bez żadnego uważania no to, co dobre albo uczciwe. Życie mieszkańca dzisiejszego opływającego w tłuszcz mieszkańca Zachodu jest przecież niczym innym jak ciągłą pogonią za pozbawioną moralnego, a nawet praktycznego sensu przyjemnością. Wszyscyśmy zbłądzili i nie ma wśród nas sprawiedliwego, nie ma ani jednego. No, ale nie krzywdzimy, powiecie. Nie gwałcimy przedszkolaków, nie zabijamy zerówkowiczów, nie uwodzimy nieletnich. A jednak? Czy wydobywany w Kongo koltan, bez którego nie mielibyśmy dostępu do Facebooka i Instagrama wydobywają roboty? Czy chińskie fabryki z rozwieszonymi siatkami wokół mającymi zapobiegać samobójstwom pracowników produkujących IPhony to wymysł wyobraźni? Wszystko to chyba niestety prawda. Bolesna prawda. Nie dla nas bolesna, rzecz jasna. My cierpimy już głównie z przejedzenia i przebodźcowania, które sami sobie fundujemy. I dlatego potrzebujemy winnych ofiar. Niech będą jak najgorsi - źli na miarę naszego zepsucia. Niech spadną na nich wszystkie plagi egipskie. Byleśmy tylko mogli w spokoju spocząć przed telewizorami zbudowanymi przez nieletnich niewolników. Byleśmy tylko mogli nadal spoczywać w naszym niezasłużonym świętym spokoju. Wiemy o tym od dawna:

Zbrodniarz ma do odegrania pewną rolę społeczną […] toteż zawsze nadaje się mu godność w akcie swego rodzaju rytualnego uznania jego zasługi; a zatem najpierw odbywa się długi przewód sądowy z sędziami w perukach i togach, następnie procesjonalnie prowadzi się go pod gilotynę czy na szubienicę, z biciem werbli, w szpalerze żołnierzy i wśród gawiedzi, po czym zostaje zabity.

Najlepiej pasują do tej roli księża. Oni są dla nas ważni. Budzą respekt, który możemy zdeptać. Ksiądz, który idzie na dno, jest odpowiednią ofiarą dla bogów i przebłaganiem za grzechy nasze i całego świata. Możemy w końcu poczuć się czyści. My przynajmniej nie gwałcimy dzieci — niech więc pomsta spadnie innych.

Pomsta za grzechy nie może się jedna zadowolić byle kim. Ten, który zostanie pożarty, musi coś znaczyć. Księża się do tego celu szczególnie dobrze nadają. Politycy też byliby dobrzy, ale oni są za silni — nie damy rady ich wprowadzić na stosy ofiarnicze. Celebryci jak Polański?— oni też byliby dobrymi ofiarami. Całopalenie z mieszkańców światów stworzonych przez Super Ekspresy i Pudelki dałyby pewien umiarkowany rytualny efekt. Tylko że w odniesieniu do polityków i celebrytów nie mamy złudzeń (tak potrzebnych nam w tej robocie) co do ich poziomu moralnego. Oni nic nie znaczą na wadze moralnej.

Co innego księża. Każdy ich grzech woła o pomstę do nieba i możemy wykarmić własną małość moralną słusznym (oczywiście, że słusznym!) oburzeniem w obliczu ich zbrodni. Oni głoszą prawdy moralne, oni są odpowiedzialni, oni mieli być lekarzami dusz i zawiedli. Wspólnota teraz może się oczyścić. Trucizna wołającego o pomstę do nieba grzechu jest jedyną, jaka może nam pomóc. Minęły już czasy, gdy wystarczyło oburzać się na łapówkarzy i cudzołożników. To za małe grzechy jak na nasze potrzeby. Teraz musimy robić sobie moralną lewatywę, potępiając publicznie gwałcicieli dzieci. To wiele o nas mówi. Jesteśmy tak zepsuci, że uleczyć mogą nas już tylko najsilniejsze leki, takie, które gdybyśmy ich przyjęli nieco więcej, mogłyby nas zabić. Niech zatem grzeszą ci, którzy powinni być święci. Niech zakonnicy gwałcą noworodki, niech papieże pławią się rozkoszach. Za nasze grzechy muszą umierać bogowie:

[…] na Wschodzie często praktykuje się ów mądry zwyczaj polegający na tym, że mordercę czyni się przedstawicielem boga składanego w ofierze, tak jak czyniono to na przykład w Meksyku; jego ciało otwierano, wyjmowano bijące jeszcze serce, uważano go za boga, który brał na siebie grzechy całej społeczności.

To jest odpowiedź na nasze wątpliwości! Żebyśmy się mogli oczyścić, musimy uśmiercić Boga. Z braku laku, nasz głód ofiarniczy będą musieli zaspokoić jego przedstawiciele. To nam pozwoli wrócić do codzienności i świętego spokoju. Przynajmniej na jakiś czas… Aż do momentu, w którym znowu będziemy potrzebowali rytualnej projekcji winy i znowu zaczniemy szukać winnych naszych grzechów.

Film Sekielskich obejrzało już pewnie z piętnaście milionów widzów. Piętnaście milionów ludzi znalazło przyjemność, a może nawet radość w oglądaniu cudzego upadku. Radość, o której pisał Hugo, że jest najbardziej przerażającym z ludzkich uczuć. Tak czy owak, piętnaście milionów ludzi mogło tymczasem zapomnieć o swoich grzechach. Brawo my…

Dobrze, że są jeszcze tacy zbrodniarze, bo inaczej musielibyśmy zabrać się za niewinnych. Myślę, że i do tego przyjdzie.

Cześć!

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXI – czyli duchy są, Boga nie ma

Wielkimi krokami zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem spotkamy się w uświęconej tradycją formule filozoficznej kawiarenki i pogadamy o… duchach, bóstwach i samym Bogu.

Niedawno w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Opolu odbyła się filozoficzna dyskusja panelowa zatytułowana: Co z tym Bogiem. Nie wdając się w szczegóły, chciałbym tylko wspomnieć, że trzech filozofów: buddysta, chrześcijanin i sceptyk przedstawili swoje poglądy, a debaty (czy dyskursu z serią trudnych pytań i wymianą argumentów) było tyle, co kot napłakał. Zasadniczo, spotkaniu przyświecała powszechna zgoda co do tego, że jakiś wymiar transcendentny istnieje i albo ma postać pustki (rozumianej przez buddyzm, jako miejsce potencjalności, z której może wyłonić się wszystko), albo postać Absolutu (różnorako rozumianego, tudzież nie rozumianego i nie do ogarnięcia wcale). Dziwił brak zdecydowanej ekspresji w poglądzie sceptycyzmu (aczkolwiek przemknęła tędy freudowska koncepcja), lecz widać zwyciężył duch przyjaznego spotkania (o ile takie duchy istnieją). Po cichu liczyłem, że przywołani będą filozofowie różnych epok i proweniencji oraz ścierać się będą wskrzeszeni tytani umysłu, toteż byłem lekko zawiedziony, gdy większość wypowiedzi stanowiły osobiste wyznania o podejściu do wiary, czy religii. Z drugiej strony, czyjeś subiektywne przeżycia i wyobrażenia, wygłoszone publicznie, zyskują pewną obiektywną wartość; w końcu poznanie bliżej drugiego człowieka i jego sposobu postrzegania świata rozwija również świadków tej ekshibicji.

Swoistą kontynuacją rozważań w bibliotece była, kilka dni później, rozmowa podczas spotkania Pogadalni. Więcej było w niej dyskusji o Bogu, a temat wydał się na tyle nośny, że proponuję poświęcić mu jeszcze chwilę. Na zachętę podzielę się kilkoma refleksjami. Żeby była jasność – wierzę w Boga. Ale mimo to pozwolę sobie na nieco prowokacyjne zagajenie tematu. Od czego zacząć? Może tak…

Politeizm dawnych cywilizacji nie przetrwał próby czasu. Dzisiejszy (np. w pewnych odłamach hinduizmu), przez wyznawców monoteizmu jak i ateuszy też bywa traktowany, jako błędna koncepcja wiary. A przecież pierwotne doświadczenie transcendencji różnych ludów, na różnych kontynentach, w różnych kulturach uznawało właśnie istnienie większej, lub mniejszej liczby istot duchowych. Przypisywano tym bóstwom różne funkcje, cechy i atrybuty, szeregowano i porządkowano w określonej hierarchii, oddawano im cześć, kierowano doń supliki, składano ofiary dziękczynne i przebłagalne.

Robili to prości ludzie, którzy nie kombinowali intelektualnie z religią i nie spekulowali na gruncie sacrum. Byli bardziej naturalni w wierze, otwarci na kontakt z innym, tajemniczym wymiarem, nie nosili nakładek kulturowych, obcy był im sceptycyzm. Mieli takie przeczucie, takie wewnętrzne przekonanie, szczere, prostoduszne, poparte jakimś osobistym doświadczeniem duchowym i przeżyciami. Byli bardziej zanurzeni w świecie, bardziej chłonni w jego poznawaniu. A świat, jaki odkrywali, zawierał w sobie wielość bytów duchowych. Taki po prostu był, nie inny. Bez alternatywnych koncepcji. Tak, jak w lesie było wiele drzew, tak wokół ujawniało się wiele duchów. Wielobóstwo istniało nie z wyboru, lecz dlatego, że takie rozpoznano składniki świata. Nie ważne, jakich nazw używano, to mogły być duchy, demony, idole, bogowie, aniołowie… Ludzie doświadczali ich obecności i nawet jeśli w porządku hierarchicznym, któryś z tych bytów był najpotężniejszy, to chyba nie było żadnego tak doskonałego, jak monoteistyczny Absolut.

Kto wie, czy ludzie owi nie mieli jednak racji. Może faktycznie świat zamieszkują (lub nawiedzają) liczne duchy. Z tym, że nie ma pośród nich tej istoty idealnej, doskonałej, wszechmocnej, wszechwiedzącej. Może taki byt, jak Absolut jest po prostu niemożliwy. Może w szeregu coraz doskonalszych istot najdoskonalsza na samym końcu wcale nie jest konieczna. Bo doskonałość jest zwyczajnie nieosiągalna, pod żadną postacią. Może świat transcendentny kończy się na aniołach o różnym stopniu mocy, dawniej zwanych bożkami.

A co z monoteizmem? Czyż nie jest bardziej efektem pogłębionej refleksji, niż czysto duchowym przeżyciem spotkania jeden na Jednego. Nie chodzi o to, że Jedyny Bóg został wymyślony, ale też nie o to, że odkryty. Po prostu Absolut nasunął się, jak wniosek w rozumowaniu. Logiczna konsekwencja pewnych założeń. Pytanie, czy poprawnie przyjętych. Zresztą, nie istotne. Chodzi o to, że może wydawać się czymś bardziej wydedukowanym, wypracowanym rozumowo. Czyż nie jawi się jakimś wysublimowanym konstruktem.

A teraz coś z innej beczki.

Pewien australijski kardynał – George Pell (bliski współpracownik papieża, wysoko postawiony w Watykanie) w swoim czasie grzmiał z ambony na grzechy sprzeczne z nauką moralną Kościoła, potępiając szczególnie pedofilię i aborcję (tą drugą bardziej). W grudniu 2018 roku został uznany przez sąd za winnego czynów pedofilskich. Wykorzystywał seksualnie trzynastoletnich chórzystów.

Przyszła mi do głowy pewna myśl. Mając świadomość tego, jaką wiedzą o Kościele dysponował ten hipokryta, jak pogłębione wykształcenie teologiczne zdobył, do jakich tajemnic wiary miał dostęp, jak blisko był spraw dojrzale duchowych, zadałem sobie pytanie: co trzeba wiedzieć o Bogu, żeby się go nie bać? Czego trzeba być pewnym, by na takim stanowisku dopuszczać się niegodziwości i nie obawiać konsekwencji: doczesnych, a co ważniejsze – tych wiecznych. Nasunęły mi się dwie odpowiedzi: albo należy mieć bezczelną ufność w nieskończone miłosierdzie Boga, albo przekonanie, że Go nie ma.

Zapraszamy 4 marca o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: duchy są, Boga nie ma. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć, czy Bóg jest, nawet jeśli go nie ma – jak przewrotnie stwierdził Emil Cioran z Transylwanii.

A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

4.86/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXII, czyli ile znaczy zwycięstwo moralne

Znowu zbliża się spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki; jak to zwykle w pierwszy poniedziałek miesiąca. Pozwolę sobie zdradzić, czym zajmiemy szare komórki.

Jeśli ktoś poświęci się dla szczytnego celu, w imię wielkich wartości, ale jednakowoż w niczym nie pomoże, niczego nie wskóra, nie zmieni… Czy to ma sens? A z drugiej strony, czy brak spodziewanych, bądź oczekiwanych efektów tego sensu pozbawia? Czy sam akt, samo działanie posiada sens i wartość, zanim jeszcze przyniesie efekty?

“Oblężenie Sparty” prowadzone przez króla Pyrrusa. Odmalował, jak umiał: Baptiste Topino-Lebrun

Motyw a czyn

Nie jest specyfiką dzisiejszych czasów, że ludzi zwykło się oceniać przez pryzmat wartości ich czynów. Jeśli czyn jest chwalebny, to i człowiek zyskuje uznanie. I na odwrót. Jednak nieraz odnoszę wrażenie, iż mówiąc o ocenie czynu, częściej myśli się o skutkach. Nie ładnie jest kraść, bez względu na to, czy kradzież się uda. Ale nie tyle sama czynność jest karygodna, choć też, ile to, do czego prowadzi – czyli pozbawienie kogoś jego własności. Ładnie jest działać charytatywnie, ale przy ocenie istotniejszy jest fakt udzielenia konkretnej pomocy, niż to, jakie wiodły ku temu wysiłki (chociaż te również się docenia). Jeśli ktoś pojedzie kopać studnie do Afryki i wykona sto odwiertów, ale w żadnym nie będzie wody, to nie dostanie nagrody za sam trud. Nagrodzone za to będą wysiłki kogoś, kto wykopie pięć studni, ale z powodzeniem. Co ciekawe, nierzadko na drugi plan schodzą intencje dobroczyńcy, jego prawdziwe myśli i faktyczne podejście do tego, czego dokonał. Czy zrobił to z altruizmu, czy też dla poklasku, ma tu mniejsze znaczenie wobec rzeczywistego wparcia potrzebujących. Czytaj dalej

4.6/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Z okazji świąt: o niedoskonałej moralności

Na tym świecie nie ma nic doskonałego. Prosta konstatacja. Warto w tym kontekście zapytać, co z etyką, co z moralnością? Obie są wytworem człowieka, efektem jego pogłębionego namysłu. Skoro jednak myślenie ludzkie nie jest perfekcyjne, to i one takie być nie mogą. Uzmysłowienie sobie tego grozi brakiem ich poszanowania. Często więc zastanawiano się, co zrobić, ażeby były respektowane przez ogół, w tym przez osoby świadome ludzkiej ułomności?

Jednym ze sposobów, aby je usankcjonować, niejednokrotnie bywało zapewnianie, że ich autorem nie jest człowiek, proch marny, lecz sam Absolut. Taki proces uwierzytelnienia sprawdzał się wśród wiernych i wierzących, dla których prawdy objawione są pewnikiem. Co jednak, gdy na fundamencie moralnym pojawi się skaza, gdy ktoś bystry dostrzeże błąd, albo nielogiczność? Wówczas przychodzi konsternacja i pytanie: czy Absolut mógł stać za błędną regułą. Czytaj dalej

4.2/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Niesprawiedliwość na słodko

Czy niesprawiedliwe zachowanie się wobec samego siebie też jest niemoralne? Czy, kiedy ktoś postępując nieuczciwie, przyczynia się świadomie do własnej straty, to popełnia coś złego? Czy może jednak, w myśl zasady, że „chcącemu nie dzieje się krzywda” należy uznać to za jego wybór. Wiedział, między czym a czym dokonuje wyboru, rozumiał jakie przyniesie to dlań skutki. I skoro mając wybór, wybrał stratę, to widać taki scenariusz wydał mu się z jakiegoś powodu (paradoksalnie) korzystniejszy.

słodka niesprawiedliwośćWeźmy banalny przykład: podział tortu. Wyobraźmy sobie, że jest pięć pań, w tym samym wieku, o podobnej budowie ciała, równie dobrej kondycji fizycznej, takim samym upodobaniu do słodyczy, wykonujących tą samą pracę, mających w związku z tym podobne zapotrzebowanie na energię. Wszystkie zjadły w stołówce zakładowej ten sam obiad, do syta i ze smakiem – żadna więc nie była ani mniej, ani bardziej głodna od reszty. Krótko mówiąc mamy pięć kobiet, z których żadna nie wyróżnia się niczym, co uzasadniałoby przydzielenie jej porcji o innej wielkości, niż pozostałym koleżankom. Panie te po pracy umówiły się na kawę z tortem. Czytaj dalej 3.75/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Moralny fundament bezwstydu

Facebook i Google wiedzą o mnie więcej, niż ja sam o sobie. Dochodzę do tego wniosku i stawiam kropkę, bo nie wiem co miałbym z tym faktem dalej zrobić. Czy mam się tym martwić? Czy mam wylewać krokodyle łzy nad utraconą prywatnością? Może powinienem polikwidować konta na portalach społecznościowych, wstawić do domu własny serwer i na nim trzymać swoje e-maile (model Hilary 2.0), a sieć przeglądać tylko przez Tora?

Geofeedia — usługa tak odrażająca moralnie, że każdy chciałby z niej korzystać

 

A może wręcz przeciwnie! Może powinienem rozwinąć szeroko zakrojoną akcję zarządzania własnym obrazem w internecie, wykorzystując do tego celu wszystkie dostępne narzędzia, włącznie ze szpiegostwem społecznościowym? Czy mam się wstydzić oka Wielkiego Brata? A może po prostu powinienem mieć to wszystko gdzieś!? Może gdybym nie robił rzeczy, których należy się wstydzić, to nikt nie miałby nade mną władzy/wiedzy, którą mógłby mnie zawstydzić albo zaszantażować?

Ta ostatnia odpowiedź jest mi chyba najbliższa. Mieć wszystko gdzieś, to znaczy nie wstydzić się niczego jak bezwstydny cynik Diogenes z Synopy. Ten, dla uzasadnienia swojego bezwstydnego postępowania posługiwał się następującym rozumowaniem. Kiedy porządni obywatele obruszali się na widok filozofa jedzącego śniadanie na ulicy odpowiadał im:

Jeżeli jedzenie śniadania nie jest czymś niewłaściwym, to nie jest też czymś niewłaściwym śniadanie na rynku, a jedzenie śniadania nie jest czymś niewłaściwym, zatem śniadanie na rynku nie jest czymś niewłaściwym

Co złego w jedzeniu śniadania na ulicy, zapytacie? No cóż, okazuje się, że starożytni Grecy uważali spożywanie posiłków za rzecz, której nie należy robić publicznie. Byli to ludzie znacznie bardziej wstydliwi od nas. Oni wstydzili się procesu odżywiania od początku do końca, to znaczy od włożenia jedzenia do ust, aż do rdzawego finału. Nas w zakłopotanie wprowadza tylko to ostatnie stadium, w czasie trwania którego towarzystwo bliźnich nie cieszy nas zanadto. Czytaj dalej 4.14/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Etyka a sumienie

Na spotkaniu Pogadalni gorącą dyskusję wywołał mój poprzedni wpis o etyce, która – choć uwzględnia ludzkie emocje, to sama w sobie powinna być racjonalna i budowana w oparciu o logikę. Rozmowa potoczyła się w stronę rozważań, czy to nie emocje właśnie są ważniejsze, to, co każdy indywidualnie przeżywa, co w sobie wypielęgnował, co nosi w sercu – a nie to, co głoszą najlepsze nawet racjonalne formuły narzucanych kodeksów etycznych. No właśnie…

Czy możliwe jest postępowanie moralne, przy jednoczesnym odrzuceniu obowiązującej etyki? Mam na myśli, czy np. nonkonformista, albo moralny abnegat, albo swego rodzaju anarchista – w każdym razie ktoś, kto nie przyjmuje narzuconego kodeksu etycznego, może mimo to zachowywać się moralnie. Wydaje się, że tak. Nawet jeśli ktoś samodzielnie konstruuje swoje zasady postępowania, to istnieje prawdopodobieństwo, iż będą one w jakimś stopniu pokrywały się z ogólnie przyjętymi normami.

Istnieje jeszcze pojęcie sumienia. Nie chcę sięgać po jego definicje, choć pewnie kilka udanych by się znalazło. Poprzestanę na moim rozumieniu sumienia, jako wewnętrznego sędziowskiego głosu, który uprzedza o karze, bądź nagrodzie za planowany czyn, a jeśli nie zdąży, to udziela nagany ewentualnie pochwały już post factum. Co, gdy ktoś mówi, że nie potrzebuje, albo nie chce kierować się beznamiętnym kodeksem etycznym, bo wystarczy mu, iż działa w zgodzie z sumieniem? Tak naprawdę musi pamiętać, że sumienie też zostało ukształtowane: częściowo przez czynniki ewolucyjne, dążące do zachowania gatunku (a więc szacunek dla życia współplemieńców), a częściowo przez środowiskowo-społeczne, kiedy nabywamy wiedzy i doświadczenia w temacie dobra i zła. Wartości są nam przekazywane przez rodziców, nauczycieli, kaznodziejów… Często nie bezpośrednio, lecz przez sam fakt współegzystencji w społeczności, która pewne zachowania pochwala, inne toleruje, a jeszcze inne potępia. Czytaj dalej 4/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Etyka a emocje

Na spotkaniu Pogadalni pojawił się kiedyś pewien problem; autor przedstawił go mniej więcej następująco: człowiek tworzy lub przyjmuje pewien system etyczny, uznając go za najwłaściwszy drogowskaz w życiu, ale ten sam człowiek nie jest w stanie przewidzieć, w jakich znajdzie się okolicznościach i czy przypadkiem nie pokierują nim emocje. Czy w związku z tym, jeśli pod wpływem emocji zachowa się niemoralnie, to zaprzeczy samemu sobie? Dobre pytanie; bo faktycznie postąpi wbrew zasadom, które miały go konstytuować, wbrew systemowi etycznemu, który przyjął, jako najbardziej kongruentny.

Czy wobec tego znajdzie się w etyce miejsce na emocje? Wyraziłem wówczas przekonanie, że etyka jest, a przynajmniej powinna być bezemocjonalna. Opierać się o chłodne, logiczne rozumowanie. Nadal tak uważam. Z pewnością zgodzimy się, że kodeks etyczny winni budować ludzie mądrzy. Mądrość – choć obejmuje też wiedzę płynącą z doświadczanych uczuć – to jednak przede wszystkim kryterium rozumowe. Tworzenie etyki zatem ma być racjonalne, bo dlaczegóżby jej wytyczne miały być warunkowane emocjami. Czytaj dalej 3.6/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Dlaczego filozof skazuje się na samotność?

Byłem świadkiem dyskusji, jaka się wywiązała między filozofami; tematem był „Spór o fundamenty moralności”. Jeden z prelegentów zaprezentował punkt widzenia pewnego psychologa, starającego się ukazać podwaliny moralności w oparciu o szereg badań, doświadczeń i eksperymentów psychologicznych, ale też, jak mi się zdało, sięgając po obserwacje procesów socjologicznych, a nawet socjotechnicznych. Drugi z mówców starał się nie opuszczać obszaru swej profesji i krążył wokół pojęć dobra i zła, rozpatrując je w ujęciu możliwie najbardziej filozoficznym.

Jakkolwiek nie doszło do rozstrzygającej konkluzji i fundamenty moralności będą musiały poczekać na przebadanie, to całe spotkanie zamknęła dość intrygująca wypowiedź obecnej przy tym pani filozof. Upraszczając, rzecz sprowadzała do tego, że ujęcie psychologiczne jest ułomne, gdyż psychologia wraz ze swymi empirycznymi badaniami porusza się po niższym poziomie. Zaś zagadnienie moralności wymaga wzniesienia się, by móc spojrzeć na problem z wysoka, ogarniając go szerzej. Filozofka przyrównała to metaforycznie do rozpoznawania topografii okolicy, po której się ktoś porusza. Nie da się w pełni ogarnąć rzeźby terenu z jego poziomu, natomiast jest to możliwe, gdy się wejdzie na wzgórze, podniesie na wyższy poziom. Zasugerowała jednocześnie, że do takiego wzniesienia się jest zdolny właśnie filozof… i tylko filozof. Jeśli ją dobrze zrozumiałem, to chciała przekonać zgromadzonych, iż podwaliny moralności może badać tylko filozoficzny, metafizycznie nastawiony umysł, bo moralność leży jakby w innym obszarze, do którego nie dosięgną laboratoryjne narzędzia naukowców.

Byłem tym zaskoczony, a gdybym posiadał dyplom psychologii, to pewnie bym się oburzył. Jeśli w porównaniu z filozofem psycholog jest zbyt blisko ziemi, to pewnie teolog jest już zbyt odległy. Trudno mi orzec, bo i teologiem nie jestem. W moim odczuciu, wspomniana dyskutantka uznała, że to filozofowie mają monopol na zajmowanie się pewnymi kwestiami. Czyżby zatem filozofia odmawiała innym prawa do równoczesnego badania tych spraw, bądź deprecjonowała wyniki takich badań? Czytaj dalej

3.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)