Archiwa tagu: moralność

Coffeelosophy XXII, czyli ile znaczy zwycięstwo moralne

Znowu zbliża się spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki; jak to zwykle w pierwszy poniedziałek miesiąca. Pozwolę sobie zdradzić, czym zajmiemy szare komórki.

Jeśli ktoś poświęci się dla szczytnego celu, w imię wielkich wartości, ale jednakowoż w niczym nie pomoże, niczego nie wskóra, nie zmieni… Czy to ma sens? A z drugiej strony, czy brak spodziewanych, bądź oczekiwanych efektów tego sensu pozbawia? Czy sam akt, samo działanie posiada sens i wartość, zanim jeszcze przyniesie efekty?

“Oblężenie Sparty” prowadzone przez króla Pyrrusa. Odmalował, jak umiał: Baptiste Topino-Lebrun

Motyw a czyn

Nie jest specyfiką dzisiejszych czasów, że ludzi zwykło się oceniać przez pryzmat wartości ich czynów. Jeśli czyn jest chwalebny, to i człowiek zyskuje uznanie. I na odwrót. Jednak nieraz odnoszę wrażenie, iż mówiąc o ocenie czynu, częściej myśli się o skutkach. Nie ładnie jest kraść, bez względu na to, czy kradzież się uda. Ale nie tyle sama czynność jest karygodna, choć też, ile to, do czego prowadzi – czyli pozbawienie kogoś jego własności. Ładnie jest działać charytatywnie, ale przy ocenie istotniejszy jest fakt udzielenia konkretnej pomocy, niż to, jakie wiodły ku temu wysiłki (chociaż te również się docenia). Jeśli ktoś pojedzie kopać studnie do Afryki i wykona sto odwiertów, ale w żadnym nie będzie wody, to nie dostanie nagrody za sam trud. Nagrodzone za to będą wysiłki kogoś, kto wykopie pięć studni, ale z powodzeniem. Co ciekawe, nierzadko na drugi plan schodzą intencje dobroczyńcy, jego prawdziwe myśli i faktyczne podejście do tego, czego dokonał. Czy zrobił to z altruizmu, czy też dla poklasku, ma tu mniejsze znaczenie wobec rzeczywistego wparcia potrzebujących.

W przedziwny sposób urzeczywistnia się Mateuszowe kryterium: poznacie ich po owocach. Zwłaszcza uzupełniane powiedzonkiem, że dobrymi intencjami jest piekło wybrukowane. Wychodzi na to, że pobudki i zamiary mają znikomą wartość, liczy się skutek. Zatem postawione na wstępie pytanie znalazło właśnie odpowiedź: sens działaniom nadają odpowiednie ich skutki. Aby na pewno?

Spójrzmy na inną okoliczność. Stefan Kisielewski powiedział: Walka bez wiary w zwycięstwo jest jedyną walką czystą: bez premii i łapówki. Cóż zatem w sytuacji, jeśli wysokie jest prawdopodobieństwo niepowodzenia? Czy warto zachować się zacnie, mimo wszystko? Bo może – przewidując nieskuteczność – lepiej zaniechać działań i w ten sposób oszczędzić sobie wysiłku, albo ryzyka. A propos ryzyka. Chyba większość się zgodzi, iż zamiast daremnego heroizmu, lepiej chronić własne życie. A jednak wciąż pojawiają się przykłady zachowań, które pomimo finalnej porażki, zostają zakwalifikowane do bohaterskich. Sądzę, że nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że w takich przypadkach ludzie po prostu postępują nonsensowne. Również ci, którzy mimo wszystko ich chwalą.

Moralność Pyrrusa

Inna kwestia: co myśleć o sytuacji, kiedy osiągnęło się upragniony, wartościowy, a nawet szczytny cel, ale zostało to okupione kosztami przerastającymi jego wartość? Jak dostrzec w tym sens, zwłaszcza gdy z góry było wiadomo, że właśnie taką cenę przyjdzie zapłacić? Rozsądek podpowiada, że nie warto. Niemniej co rusz znaleźć można przykład Pyrrusowego zwycięstwa – co, rozważane na chłodno, budzi wątpliwości. On sam, pokonawszy wojska rzymskie przy ogromnych własnych stratach, powiedział ponoć: Jeszcze jedno takie zwycięstwo, a nie będę miał z kim wrócić do Epiru. Zatem spytajmy: skutki usensowniają działanie? Chyba nie zawsze. W imię czego gotowi jesteśmy do przesadnego poświęcenia? Czyżby chodziło o zwycięstwo moralne? Piłsudski by odpowiedział: Być zwyciężonym i nie ulec to zwycięstwo.

Czy przegrać w słusznej sprawie to wygrać? I czy odnajdujemy w tym faktyczny sens, czy tylko mamy do czynienia z elementem racjonalizacji i sposobem pocieszenia. Czy Jezus z Nazaretu (a właściwie z Betlejem) lub wcześniej Sokrates z Aten (a właściwie z Alopece) to przykłady zwycięstw moralnych? A może nie chodzi o zwycięstwo moralne, lecz po prostu o zwycięstwo. Jakiekolwiek. Być może jego potrzeba jest tak silna w ludziach, iż będą się go doszukiwali we wszelkiej dostępnej postaci.

Pozytywka kadrZapraszamy 5 marca o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: ile znaczy zwycięstwo moralne. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i moralnie zwyciężyć w dyskusyjnych zmaganiach. W pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

Możesz także (anonimowo!) wypowiedzieć się w tym temacie, zamieszczając komentarz poniżej. Jesteśmy ciekawi, co o tym myślisz.

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Z okazji świąt: o niedoskonałej moralności

Na tym świecie nie ma nic doskonałego. Prosta konstatacja. Warto w tym kontekście zapytać, co z etyką, co z moralnością? Obie są wytworem człowieka, efektem jego pogłębionego namysłu. Skoro jednak myślenie ludzkie nie jest perfekcyjne, to i one takie być nie mogą. Uzmysłowienie sobie tego grozi brakiem ich poszanowania. Często więc zastanawiano się, co zrobić, ażeby były respektowane przez ogół, w tym przez osoby świadome ludzkiej ułomności?

Jednym ze sposobów, aby je usankcjonować, niejednokrotnie bywało zapewnianie, że ich autorem nie jest człowiek, proch marny, lecz sam Absolut. Taki proces uwierzytelnienia sprawdzał się wśród wiernych i wierzących, dla których prawdy objawione są pewnikiem. Co jednak, gdy na fundamencie moralnym pojawi się skaza, gdy ktoś bystry dostrzeże błąd, albo nielogiczność? Wówczas przychodzi konsternacja i pytanie: czy Absolut mógł stać za błędną regułą.

Ułomność dzieł boskich

Ciekawe jest to, że na owo pytanie można odpowiedzieć twierdząco. Absolut, mimo iż jest bytem doskonałym, nie może stworzyć czegoś doskonałego, gdyż w ten sposób powstałby inny Absolut, a to niemożliwe. Wszystkie zatem dzieła Stwórcy są niedoskonałe; także Jego prawo i nakazy moralne. Aczkolwiek łatwiej przychodzi posądzić jakiegoś człowieka, iż dopuścił się nadużycia, podając Boga za autora. W końcu każdy może oznajmiać, że głoszone przezeń zasady były mu objawione przez Absolut, i liczyć, że dzięki temu zyskają one (przynajmniej w kręgach wierzących) uprawomocnienie i niepodważalność.

Wracając do punktu wyjścia, należy przyjąć, że etyka i moralność siłą rzeczy nie osiągną ideału – bez względu na faktyczne, bądź fikcyjne autorstwo. Pytanie, czy mimo tego, że nigdy nie będą doskonałe, to mogą być doskonalsze od człowieka. A jeśli tak, to czy tylko pod warunkiem, że to nie człowiek, ale istota wyższa będzie ich autorem.

Czy należy się doskonalić?

Na tym świecie nie ma nic doskonałego. Aczkolwiek są rzeczy od doskonałości niedalekie. Czy w związku z tym człek powinien czynić starania, by zbliżyć się doń możliwie najbardziej? By moralnie przybliżyć się do jakiegoś wykoncypowanego ideału? By osiągnąć stan pozwalający nazwać się dobrym człowiekiem? Moim zdaniem nikt i nic takich wymagań przed ludźmi nie stawia. Nawet sam Bóg (pewnie dlatego, że zna nas i naszą ułomność) nie oczekuje od nas, byśmy dążyli do ideału człowieczeństwa. Boga zadowoli, jeśli nie będziemy kierowali się w stronę zła. Wystarczy spojrzeć na 10 przykazań. Większość z nich nie mówi, co należy czynić, ani jacy powinniśmy być. Większość napomina, czego nie robić i jakimi być nam nie wolno. A przestrzegając tego, reszta wyjdzie sama.

Nieczynienie zła

Innymi słowy, nie ma obowiązku ani konieczności żeby czynić dobro. Jest tylko szereg zakazów wobec pewnych niegodziwości. Moralność, bez względu na boskie, czy ludzkie autorstwo jest i tak niedoskonała. Wydaje się więc, że jej prawidła nie muszą wyznaczać drogi do ideału. A jeśli ktoś chce opierać się na Dekalogu, to niech pamięta, że jedyne nakazy to szanować święta i czcić rodziców. Nie wymyślimy niczego doskonałego. Zatem unikajmy zła, oddajmy cześć protoplastom, a skoro mamy okres Bożego Narodzenia – postarajmy się dzień święty święcić. Więcej nie trzeba.

Kłaniam, Martinus

4.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Niesprawiedliwość na słodko

Czy niesprawiedliwe zachowanie się wobec samego siebie też jest niemoralne? Czy, kiedy ktoś postępując nieuczciwie, przyczynia się świadomie do własnej straty, to popełnia coś złego? Czy może jednak, w myśl zasady, że „chcącemu nie dzieje się krzywda” należy uznać to za jego wybór. Wiedział, między czym a czym dokonuje wyboru, rozumiał jakie przyniesie to dlań skutki. I skoro mając wybór, wybrał stratę, to widać taki scenariusz wydał mu się z jakiegoś powodu (paradoksalnie) korzystniejszy.

słodka niesprawiedliwośćWeźmy banalny przykład: podział tortu. Wyobraźmy sobie, że jest pięć pań, w tym samym wieku, o podobnej budowie ciała, równie dobrej kondycji fizycznej, takim samym upodobaniu do słodyczy, wykonujących tą samą pracę, mających w związku z tym podobne zapotrzebowanie na energię. Wszystkie zjadły w stołówce zakładowej ten sam obiad, do syta i ze smakiem – żadna więc nie była ani mniej, ani bardziej głodna od reszty. Krótko mówiąc mamy pięć kobiet, z których żadna nie wyróżnia się niczym, co uzasadniałoby przydzielenie jej porcji o innej wielkości, niż pozostałym koleżankom. Panie te po pracy umówiły się na kawę z tortem.

Tymczasem ta, która kroiła tort – choć potrafiła go podzielić równo z dokładnością do 1 grama – z nieznanego powodu sobie ukroiła trochę mniejszy kawałek. Przez to jej koleżanki dostały większe od niej, cztery jednakowe części. Podzieliła zatem ciasto niesprawiedliwie. Czy uczyniła źle?

Celowo nie określam, z jakiego powodu to zrobiła, bo motywacja potrafi czasem wpłynąć na surowość oceny. A jak na ocenę wpłynie rozróżnienie, że sprawa dla czterech pań pozostała tajemnicą, albo że się wydała i to w momencie, gdy za późno było aby ją naprawić? Jeśli sprawa nie wyszła na jaw, to pozostaje problemem kobiety dzielącej tort (i ewentualnie naszym). Jeśli ona nie czuje się z tym źle, to oznacza, że nie czuje swej krzywdy, a zatem uważa podział za akceptowalny, lub nawet sprawiedliwy. Jeśli jednak odczuwa stratę, to znaczy, że miała dostatecznie silne powody, aby się na ten uszczerbek zgodzić. Jednak krzywdzenie samego siebie jest w etyce oceniane negatywnie, zatem… Zasługuje na naganę.

Co natomiast, gdy sprawa się rypła, a było za późno, by z czterech porcji odjąć stosowne kawałeczki dla poszkodowanej? Istnieje ryzyko, że nawet mimo jej zapewnień, iż wszystko jest w porządku a ona nie czuje się stratna – jej koleżanki będą czuły się nieswojo ze świadomością uczestniczenia w niesprawiedliwym podziale. Czy byliście świadkami sytuacji, gdy ktoś rozlewał napój do szklanek, każdemu do pełna, a nalewając w końcu do swojej dostał tylko pół. Mówił, że jest porządku, że nic się nie stało, ale wszystkim dokoła robiło się jakoś przykro i żal tej osoby, i rodził się odruch współczucia, i pojawiała chęć odlania ze swojej szklanki części napoju. No właśnie. Podobnego uczucia mogły doznać te cztery koleżanki, które dostały większe porcje ciasta. A że owo uczucie nie jest przyjemne, więc osoba za nie odpowiedzialna, czyli ta niesprawiedliwie dzieląca tort, zasługuje na negatywną ocenę. Paradoksalnie więc, nie dość że wzięła sobie mniejszy kawałek tortu, to jeszcze jej koleżanki mają prawo żywić do niej o to żal i jeszcze ją moralnie potępić.

A jeśli dla zaostrzenia kryteriów w tym wyimaginowanym przykładzie, dodamy, że przed imprezą, wyraźnie umówiły się, iż tort będzie podzielony po równo. Wówczas do winy piątej pani dojdzie świadome złamanie umowy. No, to już jest po prostu karygodne! Nic, tylko szubienica, gilotyna i stos!

Kłaniam, Martinus

3.75/5 (8)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Moralny fundament bezwstydu

Facebook i Google wiedzą o mnie więcej, niż ja sam o sobie. Dochodzę do tego wniosku i stawiam kropkę, bo nie wiem co miałbym z tym faktem dalej zrobić. Czy mam się tym martwić? Czy mam wylewać krokodyle łzy nad utraconą prywatnością? Może powinienem polikwidować konta na portalach społecznościowych, wstawić do domu własny serwer i na nim trzymać swoje e-maile (model Hilary 2.0), a sieć przeglądać tylko przez Tora?

Geofeedia — usługa tak odrażająca moralnie, że każdy chciałby z niej korzystać

 

A może wręcz przeciwnie! Może powinienem rozwinąć szeroko zakrojoną akcję zarządzania własnym obrazem w internecie, wykorzystując do tego celu wszystkie dostępne narzędzia, włącznie ze szpiegostwem społecznościowym? Czy mam się wstydzić oka Wielkiego Brata? A może po prostu powinienem mieć to wszystko gdzieś!? Może gdybym nie robił rzeczy, których należy się wstydzić, to nikt nie miałby nade mną władzy/wiedzy, którą mógłby mnie zawstydzić albo zaszantażować?

Ta ostatnia odpowiedź jest mi chyba najbliższa. Mieć wszystko gdzieś, to znaczy nie wstydzić się niczego jak bezwstydny cynik Diogenes z Synopy. Ten, dla uzasadnienia swojego bezwstydnego postępowania posługiwał się następującym rozumowaniem. Kiedy porządni obywatele obruszali się na widok filozofa jedzącego śniadanie na ulicy odpowiadał im:

Jeżeli jedzenie śniadania nie jest czymś niewłaściwym, to nie jest też czymś niewłaściwym śniadanie na rynku, a jedzenie śniadania nie jest czymś niewłaściwym, zatem śniadanie na rynku nie jest czymś niewłaściwym

Co złego w jedzeniu śniadania na ulicy, zapytacie? No cóż, okazuje się, że starożytni Grecy uważali spożywanie posiłków za rzecz, której nie należy robić publicznie. Byli to ludzie znacznie bardziej wstydliwi od nas. Oni wstydzili się procesu odżywiania od początku do końca, to znaczy od włożenia jedzenia do ust, aż do rdzawego finału. Nas w zakłopotanie wprowadza tylko to ostatnie stadium, w czasie trwania którego towarzystwo bliźnich nie cieszy nas zanadto. Czytaj dalej

4.14/5 (7)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Etyka a sumienie

Na spotkaniu Pogadalni gorącą dyskusję wywołał mój poprzedni wpis o etyce, która – choć uwzględnia ludzkie emocje, to sama w sobie powinna być racjonalna i budowana w oparciu o logikę. Rozmowa potoczyła się w stronę rozważań, czy to nie emocje właśnie są ważniejsze, to, co każdy indywidualnie przeżywa, co w sobie wypielęgnował, co nosi w sercu – a nie to, co głoszą najlepsze nawet racjonalne formuły narzucanych kodeksów etycznych. No właśnie…

Czy możliwe jest postępowanie moralne, przy jednoczesnym odrzuceniu obowiązującej etyki? Mam na myśli, czy np. nonkonformista, albo moralny abnegat, albo swego rodzaju anarchista – w każdym razie ktoś, kto nie przyjmuje narzuconego kodeksu etycznego, może mimo to zachowywać się moralnie. Wydaje się, że tak. Nawet jeśli ktoś samodzielnie konstruuje swoje zasady postępowania, to istnieje prawdopodobieństwo, iż będą one w jakimś stopniu pokrywały się z ogólnie przyjętymi normami.

Istnieje jeszcze pojęcie sumienia. Nie chcę sięgać po jego definicje, choć pewnie kilka udanych by się znalazło. Poprzestanę na moim rozumieniu sumienia, jako wewnętrznego sędziowskiego głosu, który uprzedza o karze, bądź nagrodzie za planowany czyn, a jeśli nie zdąży, to udziela nagany tudzież pochwały już post factum. Co, gdy ktoś mówi, że nie potrzebuje, albo nie chce kierować się beznamiętnym kodeksem etycznym, bo wystarczy mu, iż działa w zgodzie z sumieniem? Tak naprawdę musi pamiętać, że sumienie też zostało ukształtowane: częściowo przez czynniki ewolucyjne, dążące do zachowania gatunku (a więc szacunek dla życia współplemieńców), a częściowo przez środowiskowo-społeczne, kiedy nabywamy wiedzy i doświadczenia w temacie dobra i zła. Wartości są nam przekazywane przez rodziców, nauczycieli, kaznodziejów… Często nie bezpośrednio, lecz przez sam fakt współegzystencji w społeczności, która pewne zachowania pochwala, inne toleruje, a jeszcze inne potępia. Czytaj dalej

4/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Etyka a emocje

Na spotkaniu Pogadalni pojawił się kiedyś pewien problem; autor przedstawił go mniej więcej następująco: człowiek tworzy lub przyjmuje pewien system etyczny, uznając go za najwłaściwszy drogowskaz w życiu, ale ten sam człowiek nie jest w stanie przewidzieć, w jakich znajdzie się okolicznościach i czy przypadkiem nie pokierują nim emocje. Czy w związku z tym, jeśli pod wpływem emocji zachowa się niemoralnie, to zaprzeczy samemu sobie? Dobre pytanie; bo faktycznie postąpi wbrew zasadom, które miały go konstytuować, wbrew systemowi etycznemu, który przyjął, jako najbardziej kongruentny.

Czy wobec tego znajdzie się w etyce miejsce na emocje? Wyraziłem wówczas przekonanie, że etyka jest, a przynajmniej powinna być bezemocjonalna. Opierać się o chłodne, logiczne rozumowanie. Nadal tak uważam. Z pewnością zgodzimy się, że kodeks etyczny winni budować ludzie mądrzy. Mądrość – choć obejmuje też wiedzę płynącą z doświadczanych uczuć – to jednak przede wszystkim kryterium rozumowe. Tworzenie etyki zatem ma być racjonalne, bo dlaczegóżby jej wytyczne miały być warunkowane emocjami. Czytaj dalej

3.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Dlaczego filozof skazuje się na samotność?

Byłem świadkiem dyskusji, jaka się wywiązała między filozofami; tematem był „Spór o fundamenty moralności”. Jeden z prelegentów zaprezentował punkt widzenia pewnego psychologa, starającego się ukazać podwaliny moralności w oparciu o szereg badań, doświadczeń i eksperymentów psychologicznych, ale też, jak mi się zdało, sięgając po obserwacje procesów socjologicznych, a nawet socjotechnicznych. Drugi z mówców starał się nie opuszczać obszaru swej profesji i krążył wokół pojęć dobra i zła, rozpatrując je w ujęciu możliwie najbardziej filozoficznym.

Jakkolwiek nie doszło do rozstrzygającej konkluzji i fundamenty moralności będą musiały poczekać na przebadanie, to całe spotkanie zamknęła dość intrygująca wypowiedź obecnej przy tym pani filozof. Upraszczając, rzecz sprowadzała do tego, że ujęcie psychologiczne jest ułomne, gdyż psychologia wraz ze swymi empirycznymi badaniami porusza się po niższym poziomie. Zaś zagadnienie moralności wymaga wzniesienia się, by móc spojrzeć na problem z wysoka, ogarniając go szerzej. Filozofka przyrównała to metaforycznie do rozpoznawania topografii okolicy, po której się ktoś porusza. Nie da się w pełni ogarnąć rzeźby terenu z jego poziomu, natomiast jest to możliwe, gdy się wejdzie na wzgórze, podniesie na wyższy poziom. Zasugerowała jednocześnie, że do takiego wzniesienia się jest zdolny właśnie filozof… i tylko filozof. Jeśli ją dobrze zrozumiałem, to chciała przekonać zgromadzonych, iż podwaliny moralności może badać tylko filozoficzny, metafizycznie nastawiony umysł, bo moralność leży jakby w innym obszarze, do którego nie dosięgną laboratoryjne narzędzia naukowców.

Byłem tym zaskoczony, a gdybym posiadał dyplom psychologii, to pewnie bym się oburzył. Jeśli w porównaniu z filozofem psycholog jest zbyt blisko ziemi, to pewnie teolog jest już zbyt odległy. Trudno mi orzec, bo i teologiem nie jestem. W moim odczuciu, wspomniana dyskutantka uznała, że to filozofowie mają monopol na zajmowanie się pewnymi kwestiami. Czyżby zatem filozofia odmawiała innym prawa do równoczesnego badania tych spraw, bądź deprecjonowała wyniki takich badań? Czytaj dalej

3.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)