Archiwum kategorii: Wpisy załogi

1 2 10

Dlaczego cynizm jeży nam włosy na głowie?

Ciągle gdzieś tam o TYM wspominam, robię wtręty i zaznaczam, że COŚ tam jeszcze mam. Czas rzucić myśl otwarcie. Chodzi o pewną moją poboczną hipotezę dotyczącą źródeł naszej fascynacji psychopatami, takimi jak dr House MD, Dexter, Machiavelli, Robespierre czy dr Hannibal Lecter. Oto moja ryzykowna odpowiedź na pytanie: Co nas pociąga w psychopatach?

Dopiero co wyszła z druku moja książka o cynizmie. Na pomysł zajmowania się cynizmem wpadłem, prowadząc zajęcia z filozofii na Pedagogice. Był to rok 2013. Miałem dziwny start semestru zimowego. Na każdych zajęciach zaczynałem on monologu pt. Ja was tu tylko omamiam jakąś bezsensowną paplaniną o filozofii. Wszystko to ściema i pierdzielenie od rzeczy dla naiwniaków. Potem kiedy zaczynała się dyskusja i jakaś studentka wspomniała o szczęściu albo sensie życia, odparowywałem uwagami w rodzaju: „Szczęście jest dla ludzi słabych, którzy nie czują się na siłach stawić czoła prawdziwym wyzwaniom!” albo: „Sensu życia szukają tylko rozmemłani mazgaje, którzy sami nie potrafią robić nic sensownego”. Ku mojemu zaskoczeniu wywoływało to bardzo zażarte dyskusje, a zajęcia prowadziły się same. Przestałem mieć myśli samobójcze po 30 minutach i przestałem gasić światło, żeby uwolnić się od widoku żaczych facjat. Coś zadziałało.

Ktoś inny mógłby się po prostu ucieszyć, że zajęcia przyjęły przyjemniejszy obrót. Nie ja. Ja z wrodzonym sobie fatalizmem zacząłem zachodzić w głowę, jak to się stało, że moja dydaktyczna niedola się skończyła. Skoro świat jest piekłem, myślałem z właściwym sobie optymizmem, to dlaczego zamiast dalej cierpieć konwersatoryjne katusze, mogę sobie spokojnie pogadać ze studentami. Dlaczego do jasnej ciasnej przestałem się męczyć na zajęciach? Nie dawało mi to spokoju. Każdą kroplę spokoju ducha darowaną mi przez udane zajęcia marnowałem na rozdzierające płaty mózgowe rozmyślania. Co poszło tak!

Jestem człowiekiem dziwnym. Są ludzie, którzy wzruszają się na filmach o miłości. Albo np. na widok wiosennych kwiatów. Mnie wzruszają teksty filozoficzne. Ale nie wszystkie. Pamiętam jak którejś wigilii, pewnie z 15 lat temu, zabrałem się za czytanie Platońskiego Państwa. Czytam, czytam, a tu nagle jak mnie nie pierdziolnie w łeb taki fragment:

Ja twierdzę, że to, co sprawiedliwe, to nic innego, jak tylko to, co leży w interesie mocniejszego […] człowiek sprawiedliwy wszędzie ma mniej niż niesprawiedliwy. Najpierw w interesach, w spółkach. Gdziekolwiek się taki jeden z drugim zwiąże, to przy rozwiązaniu spółki nigdy nie znajdziesz, żeby sprawiedliwy miał z niej więcej niż niesprawiedliwy. A następnie w stosunku do państwa, kiedy chodzi o podatki, to z jednakich dochodów sprawiedliwy wpłaca więcej, a niesprawiedliwy mniej. A jak można coś dostać, to ten nie dostaje nic, a tamten zyskuje grubo. A znowu jak jakiś publiczny urząd spełnia jeden i drugi, to dla sprawiedliwego jest kara — jeżeli już nie inna, to ta, że jego własne gospodarstwo schodzi przy tym na psy, bo on nie ma czasu dbać o nie, a z publicznego grosza takiemu nic nie przyjdzie, bo on jest sprawiedliwy, a oprócz tego jeszcze zaczynają go nienawidzić krewni i znajomi, kiedy im nie chce oddawać żadnych przysług wbrew sprawiedliwości. A u niesprawiedliwego wprost przeciwnie. Ja mówię o tym, o którym przed chwilą mówiłem, o takim, co grubo potrafi pamiętać o sobie. Ty na takiego patrz, jeżeli chcesz ocenić, o ile lepiej człowiek wychodzi w swoich prywatnych sprawach na niesprawiedliwości niż na sprawiedliwości.

Mówi to Trazymach. Sofista, który postanowił przeszkodzić podlizującym się sobie nawzajem kolejnymi świętoszkowatymi definicjami sprawiedliwości rozmówcom Sekratesa. Za słodko mu było od tych wszystkich: „Masz rację Sokratesie!”, „Jakże by nie Polemarchu?!” i „Mądrześ powiedział Kefalosie”. Za słodko do porzygania. Tego, co wyżej mu nie wystarczyło. Kiedy Sokrates zaczął mu biadolić, że politycy dbają o swoich poddanych jak pasterze o swoje owce, albo jak lekarze o swoich pacjentów wygarnął mu taką refleksję:

Bo tobie się zdaje, że pasterze owiec i krów mają na oku dobro owiec i krów i tuczą je, i chodzą koło nich, mając na oku coś innego niż dobro swoich panów i własne, i tak samo ci, co rządzą w państwach, którzy naprawdę rządzą, myślisz, że jakoś inaczej się odnoszą do rządzonych niż jak do owiec i o czymś innym myślą nocą i dniem, jak nie o tym, skąd by wyciągnąć jak największą korzyść dla siebie

Tutaj dosłownie przeszły mnie ciarki. Pamiętam ten wieczór jak dzisiaj. 
Zbierałem swój mózg z podłogi. Ale dlaczego? Co dało taki mind blowing effect?

Po jakimś czasie zrozumiałem. Ale zanim o tym…

Słyszeliście kiedyś o psychopatach? Podobno bardzo zabawnie się z nimi rozmawia. Człowiek po półgodzinnej pogawędce ma ochotę się wykąpać i wypić pół litra. „Ale Niezbity Psie — powiecie — ja zawsze piję po półgodzinnej pogawędce. Skąd mam wiedzieć, że gadałem z psychopatą?” Są na to sposoby. Można niby to przypadkiem, w ramach gier towarzyskich podsunąć takiej osobie test do rozwiązania. Że niby ciekawy z Gali wycięty, czy co tam. Test nazywa się PCL (Psychopaty Check List). Opracował go niejaki Richard Hare i służy on dzisiaj powszechnie do wykrywania osób w spektrum psychopatii. Angielską wersję znajdziecie tutaj. Wyniki są w skali od 1 do 40. Jeżeli ktoś ma powyżej 30, jest w spektrum psychopatii. Ja mam 28, czyli jestem psychopaciątkiem. Jak już zbadacie swojego rozmówcę tym testem, to dowiecie się nie tylko, że jest psychopatą i że lepiej w tych wyborach, w których startuje na niego nie głosować, ale będziecie też znali inne jego cechy. Dowiecie się, że dobrze wykrywa słabe jednostki w grupach; że w ich mózgach podczas czuwania pojawiają się fale teta, które u normalsów obecne są tylko podczas snu albo transu (innymi słowy: psychopata cały czas jest w transie) i takie tam.

Jedną z cech, o których mowa jest specjalny sposób, w jaki psychopaci podejmują decyzje leksykalne polegające na składaniu w całość słów z rozsypanych liter. Normalny człowiek, szybciej składa z rozsypanych literek słowa, które robią na nim wrażenie emocjonalne takie jak „gwałt”, niż słowa neutralne uczuciowo takie jak „stół”. A psychopaci? Wszystkie słowa wyłapują i układają z podobną szybkością. Ładunek emocjonalny nie robi na nich wrażenia.

To dało mi do myślenia. Myślałem, myślałem i zamiast zostać od tego myśliwym, wpadłem ten rodzaj pomysłu, który ludzie z przedrostkami przed imionami nazywają hipotezą. Hipotezy służą do wyjaśniania. Żeby wyjaśnić czemu odjaniepawla się to czy owo wysuwa się na się co? Hipotezę, z której wynika, że tak, a nie inaczej musi się odjaniepawlać. Taki zabieg zaznaczamy mówiąc: Dzieje się tak, a nie inaczej, BO… i tu następuje hipoteza. Moja hipoteza, na razie robocza, wyjaśniła mi dlaczego stawały mi włosy na głowie, kiedy czytałem mowę Trazymacha i dlaczego tak dobrze szło mi na zajęciach tamtej zimy.

Popatrzcie na definicję sprawiedliwości, którą przysunął Sokratesowi Trazymach: „Sprawiedliwe jest to, co służy silniejszemu”. To zdanie brzmi frapująco. Gramatycznie i stylistycznie jest normalne jak kolejki w szpitalach i ustawione w gminie przetargi. Jest z nim coś nie tak na zupełnie innym poziomie. Trzeba zwrócić uwagę na słowo „sprawiedliwość”. Normalnie wywołuje ono pozytywne doznania emocjonalne: ciepło nam się kojarzy. Być sprawiedliwym to dobrze. Dobre są sprawiedliwe prawa. Liczymy na sprawiedliwe wyroki w sądach itd. A tutaj… Tutaj sprawiedliwość brzydko wygląda. Sprawiedliwość, która służy silniejszemu nie może się dobrze kojarzyć. Jeżeli definicja byłaby poprawna, to sprawiedliwe wyroki wydawane byłyby zawsze na korzyść tych, co mają pieniądze i wpływy. Trzymając się litery sprawiedliwego prawa, maluczcy działaliby zawsze na korzyść tych, co nimi rządzą. Bycie sprawiedliwym oznaczałoby prostoduszną naiwność — szkodzenie sobie. Kto, do jasnej anielki, chciałby być w takich okolicznościach sprawiedliwy? Taką definicję mógł wymyślić tylko ktoś, kto nie rozumie, co mówi, albo… nie czuje emocjonalnego sensu słowa „sprawiedliwość”.

Otóż to! Ot cała zagadka! Włosy nam stają dęba na głowie, kiedy słuchamy podobnych do Trazymachowych wywodów, bo coś w nas informuje nas, że oto stoimy oko w oko z psychopatą. Macie moją hipotezę. Wyjaśnia ona, dlaczego studentki pedagogiki tamtej zimy tak ostro reagowały na zdania w rodzaju: „Szczęście jest dla słabych”, albo: „O sens życia pytają tylko ciamajdy”. Niepokoiłem je, bo gadałem jak psychol. Moje 28 punktów w skali psychopatii przysłużyły się dydaktyce na tym naszym opolskim UJocie.

Czegoś tu jednak brakuje. Nie wszystko jeszcze się klei. Dlaczego właściwie spotkanie z psychopatą miałoby przyprawiać ludzi o gęsią skórkę i wprawiać ich w niezdrowe podniecenie? I na to pytanie znalazłem hipotetyczną odpowiedź. Mamy oto w naszym mózgu taką część, która nazywa się ciało migdałowate. Ma ono bardzo wiele funkcji, ale zasadniczo pozwala nam się odpowiednio skupić w sytuacjach, gdy pojawia się niebezpieczeństwo. Przez miliony lat najpoważniejszym niebezpieczeństwem, jakie czaiło się na naszych ssaczych przodków były węże — bezszelestni, bezgłośni, czający się w ciemnościach mordercy. Ewoluowaliśmy w obliczu ciągłej grozy rodzącej się w nas na ich widok. Kiedy nasi przodkowie dostrzegali pełzającego w ich stronę węża, zaczynali krzyczeć, tak jak to do dzisiaj robią nasi kuzynowie szympansy. Kiedy szympans zobaczy węża, zaczyna w charakterystyczny sposób krzyczeć, zwołując całe stado. Od węża nie wolno uciekać! Węża trzeba obserwować. Szympansy, które zobaczyły węża, nie mogą oderwać od niego wzroku. Krzyczą i wpatrują się w pełznące niebezpieczeństwo. Potrafią się tak wpatrywać w gadzinę godzinami.

Co to ma wspólnego z psychopatią? Wydaje mi się, że można przyjąć, iż obecność psychopaty wywołuje w naszych mózgach ten sam rodzaj reakcji. Studentka słuchająca moich cynicznych uwag, i ja czytając słowa Trazymacha z I księgi Państwa podzielaliśmy to samo uczucie: To coś jest tak niebezpieczne, że nie mogę przestać na to patrzeć.

To tylko spekulacje, powiecie, Tak, ale jako filozof muszę spekulować — nie znam się na niczym innym. Dowodów nie mam. Nie szkodzi: dowody są tylko w matematyce. Mam poszlaki. Podzielę się na koniec z wami jedną.

Najbardziej znanym filmowym psychopatą jest antybohater w filmie Milczenie owiec — dr Hannibal Lecter. Przebiegły morderca, który zastawiał sidła na swoje ofiary, a potem zjadał je, popijając chianti. Jim Carrey zapytał kiedyś Anthonego Hopkinsa, jak przygotowywał się do odegrania roli Lectera. Jaką sztuczką aktorską posłużył się dla wywołania takiego piorunującego wrażenia, jakie postać psychiatry psychopaty zrobiła na widzach. Hopkins powiedział, że starał się zachowywać jak wąż. Nie mrugać, odwracać się całym ciałem, wpatrywać się w ofiarę. Zadziałało na tej samej zasadzie, którą wam tu jak krowie na rowie wykładam. Widz nie mógł od niego oderwać wzroku.

Dzisiaj to na tyle. Czekam na wasze komentarze.

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Cynik w muzeum

Muzeum Śląska Opolskiego
oraz Instytut Filozofii Uniwersytetu Opolskiego
zapraszają na

Otwarte Seminarium Opolskiego Towarzystwa Filozoficznego

Forma i treść cynizmu

  17 stycznia 2019 r., godz. 18.00
dr Marcin Pietrzak
sala odczytowa Muzeum Śląska Opolskiego,
wejście od ul. Muzealnej,
wstęp wolny.

3/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXIX – czyli człek po ludzku nieludzki

Z łaciny bestia to po prostu zwierzę. Natomiast bestialstwo rozumiemy, jako szczególne okrucieństwo. Dlaczego? Z jakiego powodu zezwierzęcenie jest synonimem ujmy, podłości i zła. Czy zwierzęta są okrutne, bezlitosne, perfidne, nienawistne, podstępne, fałszywe…? Chociaż można podać przykłady zachowań, które pasowałyby do tych pojęć, tak naprawdę będzie to nasza projekcja, rodzaj antropomorfizmu. Przykładamy do zwierzęcych poczynań ludzkie cechy, wydajemy sądy etyczne i oceniamy według naszych kryteriów. Tymczasem bezduszny, nikczemny, bezlitosny i kłamliwy jest… człowiek.

Bestia, Diabolina, Faun i Hellboy – w każdej bestii więcej jest z człowieka niż zwierza.

Tym, co odróżnia człowieka od innych żywych stworzeń jest między innymi sztuka. A zatem używanie wyobraźni i zdolności technicznych do tworzenia rzeczy, bez których pewnie jakoś byśmy sobie poradzili. Krótko ujął to Oscar Wilde: Każda sztuka jest bezużyteczna. Niezależnie od tego, czy jest użyteczna, na pewno potrafi być pożyteczna. A Giordano Bruno stwierdził: Dobrem w dziedzinie sztuki jest to, co naśladuje przyrodę. I tu nam się wątek zapętla; człowiek kultury odżegnuje się od zwierzęcej natury, a jednak poprzez sztukę wraca do niej i to z uznaniem.

Ale to nie wszystko, za pomocą artystycznej ekspresji zdradza i uwyraźnia w sztuce swoje najgłębsze, prymitywne, atawistyczne jądro. Miał więc rację Alain Badiou mówiąc, że: Sztuka potwierdza to, co nieludzkie w człowieku. Trzeba jednak pamiętać o słowach, które wypowiedział Fryderyk Nietzsche, chcąc zapewne podkreślić, iż wartość sztuki polega na ubraniu tego, co wokół widzimy w znaczenia, których zmysły nie ogarniają: Sztuka nie jest tylko naśladowaniem naturalnej rzeczywistości, lecz stanowi metafizyczny jej suplement, postawiony obok niej dla jej przezwyciężenia. I tu znów mamy pętlę; człowiek w oparciu o naturę tworzy coś, co ma się jej przeciwstawiać.

Tym, co jeszcze odróżnia ludzi od zwierząt, jest rzekomo dusza – ta najwyższego stopnia, upodabniająca nas do Stwórcy. Czy to wystarczy, aby postawić znak równości między człowiekiem bezdusznym i bestią? Może jednak odczłowieczenie nie oznacza stania się zwierzęciem, bo zwierzę, jak sugerowałem, nie jest nieludzkie. Za to może dehumanizacja tworzy nowy rodzaj bytu – człowieka, który utracił duszę, lub się jej pozbył (zaprzedał diabłu). Wracając na moment do sfery sztuki, Marc Chagall wyznał: Sztuka jest dla mnie stanem duszy. A dusza jest święta! Czyli ktoś bezduszny nie jest w stanie obcować ze sztuką. Czyżby? Brzmi pięknie, zwłaszcza, jako probierz człowieczeństwa, lecz znalazłoby się przecież paru miłośników i mecenasów sztuki, ba! nawet twórców, którzy mieli krew na rękach.

Jaki płynie wniosek z powyższego wywodu? Że nie ma zachowań nieludzkich. Wszystkie bowiem, na jakie stać człowieka, te wspaniałe, wzniosłe, dobre i piękne, jak również te wstrętne, godne pogardy i potępienia, wszystkie są ludzkie. A już na pewno nie godzi się równać złego człowieka ze zwierzęciem. Powtórzę za Terencjuszem: Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce – dodając, że nic co nieludzkie również. Zatem tzw. nieludzkie postępowanie jest w zasadzie jak najbardziej ludzkie, bo typowe właśnie dla ludzkiego rodzaju.

Zapraszamy 7 stycznia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: człek po ludzku nieludzki. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i być człowiekiem, gdyż Tylko człowiek potrafi być nieludzki jak zauważył Andrzej Majewski. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta o Boskim utylitaryzmie

            Pan rzekł: „Skarga na Sodomę i Gomorę głośno się rozlega, bo występki ich mieszkańców są bardzo ciężkie.” (…)

            Zbliżywszy się do Niego, Abraham rzekł: „Czy zamierzasz wygubić sprawiedliwych wespół z bezbożnymi? Może w tym mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych; czy (…) nie przebaczysz mu przez wzgląd na owych (…) sprawiedliwych? O, nie dopuść do tego(…), aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! (…) Czyż Ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?”

            Pan odpowiedział: „Jeżeli znajdę w Sodomie pięćdziesięciu sprawiedliwych, przebaczę całemu miastu przez wzgląd na nich”.

Bóg i Abraham

Jeśli świat jest najlepszą wersją, jaka była możliwa, to być może da się wytłumaczyć wszelkie zło, jakie na nim obserwujemy. Dajmy na to śmierć kogoś, kto uchodził za dobrego, albo jakiejś niewinnej dzieciny. Powiedzmy taka miła, starsza pani, kochająca dzieci, wnuki i koty, pomocna dla sąsiadów, prowadząca zdrowy tryb życia, silna, sprawna, aktywna – nagle zapada na ciężką chorobę i umiera w wieku… pięćdziesięciu lat. Wydaje się to niepotrzebną traumą dla jej bliskich. Ale może gdyby żyła dzień dłużej, weszłaby pod nadjeżdżającą ciężarówkę, której kierowca wykonując gwałtownie manewr wymijający wpadłby na grupę dzieci… A dlaczego zmarło niemowlę, lub płód jeszcze? Bo inaczej, z powodu jego zdrowia, albo zdrowia jego mamy, przejęty sytuacją ojciec pędziłby autem na złamanie karku do szpitala i wpadł pod pociąg powodując katastrofę z wieloma ofiarami… Może z boskiej kalkulacji wynikało, że wezwanie do siebie tych osób i przyprawienie o ból i zgryzotę ich bliskich, oszczędzi lub uratuje życie większej liczbie innych ludzi, którzy niechybnie zmarli by, gdyby ta dobra lub niewinna osoba żyła choćby chwilę dłużej.

Jak widać wplątałem Boga w cały ten bałagan. Jednak dlaczego nie miałby być utylitarystą. Jemu wychodziłoby to najłatwiej. Jako wszechwiedzący potrafiłby zobaczyć każdy splot wydarzeń, ze wszelkimi możliwymi scenariuszami następstw. A jako najsprawiedliwszy, wiedziałby, co obłożyć dopustem bożym, kogo wezwać do siebie (naszym zdaniem przedwcześnie), a komu dać wiele czasu, by mógł przysłużyć się światu.

Wróćmy do Starego Testamentu i opowieści o targowaniu się Abrahama z Bogiem o ocalenie Sodomy i Gomory.

            Rzekł znowu Abraham: „Pozwól, o Panie, że jeszcze ośmielę się mówić do Ciebie, choć jestem pyłem i prochem. Gdyby wśród tych pięćdziesięciu sprawiedliwych zabrakło pięciu, czy z braku tych pięciu zniszczysz całe miasto?”

            Pan rzekł: „Nie zniszczę, jeśli znajdę tam czterdziestu pięciu”.

            Abraham znów odezwał się tymi słowami: „A może znalazłoby się tam czterdziestu?”

            Pan rzekł: „Nie dokonam zniszczenia przez wzgląd na tych czterdziestu”.

            Wtedy Abraham powiedział: „Niech się nie gniewa Pan, jeśli rzeknę: może znalazłoby się tam trzydziestu?”

            A na to Pan: „Nie dokonam zniszczenia, jeśli znajdę tam trzydziestu”.

Gdyby w którymś mieście znalazło się chociaż kilku sprawiedliwych, wszyscy mogliby uniknąć zagłady. Można by sądzić, że dla mniejszości Bóg gotów był zrezygnować z wymierzenia sprawiedliwości. Jezus w jednej z przypowieści mówił o pasterzu, który zostawia 99 owiec by odszukać jedną zagubioną – i z jej odzyskania cieszy się bardziej. Rzekomo Bóg również bardziej cieszy się z jednego nawróconego, niż 99 sprawiedliwych. A można by sądzić, iż pasterz naraził większość owiec, zostawiając je bez opieki. Oba te przykłady na pierwszy rzut oka przeczą utylitaryzmowi, bo większa sprawiedliwość i dobro większości (bezpieczeństwo) zostały odrzucone, lub zagrożone. Pamiętajmy jednak, że decyzję podejmuje wszechwiedzący byt, który zna konsekwencje takiego postępowania i wie, że ten – na pozór nonsensowny – pomysł może sprawić, iż w przyszłości zdarzy się mniej zła.

            Rzekł Abraham: „Pozwól, o Panie, że ośmielę się zapytać: gdyby znalazło się tam dwudziestu [sprawiedliwych]?”

            Pan odpowiedział: „Nie zniszczę przez wzgląd na tych dwudziestu”.

            Na to Abraham: „O, racz się nie gniewać, Panie, jeśli raz jeszcze zapytam: gdyby znalazło się tam dziesięciu?”

Odpowiedział Pan: „Nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu”. Wtedy Pan, skończywszy rozmowę z Abrahamem, odszedł, a Abraham wrócił do siebie.

John Martin, Sodoma i Gomora

Jasne, że oba miasta ostatecznie sczezły w popiele. Ale to dlatego, że oprócz rodziny Lota, wyprowadzonej przez anioły do innego miasta, żaden sprawiedliwy w Gomorze i Sodomie się nie znalazł. Naturalnie Bóg o tym wiedział. Co więcej, miał z góry powzięty zamiar wobec obu grzesznych miast – jeszcze zanim Abraham zaczął się z nim targować. Ba, nawet zastanawiał się: „Czyż miałbym zataić przed Abrahamem to, co zamierzam uczynić?” Pozwolił jednak sobie na negocjacje, gdyż chciał, by Abraham, Lot i ich potomkowie wiedzieli o gotowości Boga na taką łaskawość. Jezus, jeśli faktycznie jest istotowo zjednoczony z Ojcem i ma ten sam dostęp do wszechwiedzy, to na długo przed ukrzyżowaniem widział męczeńską śmierć niewinnych chrześcijan na rzymskich arenach, widział jak trzy wieki później chrześcijanie przejmują władzę i okrutnie tępią pogan, widział zachłanność, późniejsze krucjaty, widział stosy dla heretyków i czarownic, widział dalsze wojny religijne, widział nadużycia, molestowanie dzieci w zaciszu plebanii… a jednak zapoczątkował cały ten bałagan. Pewnie dzięki temu ustrzegł nas przed większym.

Czy Bóg mógłby zapobiec złu? Na pewno. Możliwe, że niejedno zło powstrzymał, a nawet, że większość możliwego zła co dzień powstrzymuje. Część jednak dopuszcza, gdyż w jego planach, których ludzki umysł nie jest w stanie przejrzeć i ogarnąć, chce by coś z tego złego na dobre wyszło – może nie od razu, nie dziś, nie za sto lat, albo nie w tej części świata, ale jednak na dobre.

Czy jednak Absolut, albo jakiś rozumny byt o profetycznych zdolnościach jest tu konieczny? Czy moja teoria nie nadaje się dla ateisty? Myślę, że obroni się bez Boga. Naszym światem rządzą pewne prawa, nie tylko z obszaru fizyki. Niektórym podlegamy bezwzględnie, innym próbujemy się wymknąć, nieraz z powodzeniem. Czemu nie przyjąć, iż istnieją też prawa określające dopuszczalną i konieczną liczbę tragedii. W przyrodzie istnieje prawo równowagi biocenotycznej, porządkujące między innymi ilość głodnych względem ilości pożywienia – gwarantem porządku jest właściwie zachowany balans. Gdy przybywa drapieżników, zjadają więcej ofiar. Wówczas, gdy maleje ilość dostępnej zdobyczy, wykruszają się łowcy, dla których jej brakuje. Kiedy spada liczba drapieżników, potencjalne ofiary mają bardziej sprzyjające warunki do zwiększenia swej liczebności. I tak w kółko – większe i mniejsze wahania, składające się na ogólną równowagę. Mechanizm tak prosty i oczywisty, że nie musimy za nim stawiać kontrolującego wszystko Absolutu. To (i inne prawa) samo działa. Czy nie mogłoby zatem istnieć jakieś prawo przyrody, regulujące naszą liczebność, tak by rodzaj ludzki, albo wszelkie życie, czy generalnie planeta miały zapewnione optymalne warunki? By świat był najlepszym z możliwych. Może pewna ilość zła jest niezbędna do tego, aby nie doszło do szkód na większą skalę.

Jak jednak tym sposobem myślenia obronić takie występki jak molestowanie dziecka przez pedofila, pobicie żony, znęcanie się nad słabszym kolegą, maltretowanie zwierząt, kradzież oszczędności kalekiej staruszce, zdewastowanie przystanku, podpalenie stodoły sąsiada itp. Nie wykluczone, że odpowiedź będzie podobna. Jeśli ktoś nie dopuściłby do tych aktów zła, gdyby im zapobiegł, najpewniej doszłoby do takiego splotu okoliczności, który doprowadziłby do jeszcze gorszych zdarzeń.

Taką teorię daje się objąć rozumem, gdyż chodzi o jednostkowe lub nieliczne przypadki. Jak jednak uzasadnić sensowność masowych ofiar wojen, ludobójstwa, holokaustu, epidemii, kataklizmów i katastrof dziesiątkujących ludzi, ale też inne żywe stworzenia? Jakiemu większemu złu miały zapobiec te przykłady? Owszem ludzka wyobraźnia pozwala nakreślić obraz zniszczeń i nieszczęść przewyższających te wcześniej wymienione. Może nawet rozwinąć wizję tego, jak przeżycie, czy uratowanie tych ludzi mogłoby doprowadzić do większego zła – za 10, 100 czy tysiąc lat, w skali np. całej planety. Jednak rozsądek cofa się przed tą wizją, bo jawi się ona jako nieprawdopodobna. Niesłusznie!

W dziejach świata nie raz pojawiały się jedne gatunki, a bezpowrotnie ginęły inne. Kataklizmy, zlodowacenia, plagi… niszczyły i zmieniały oblicze Ziemi. W historii ludzkości wyrzynano miasta, obracano w perzynę całe państwa, eksterminowano plemiona, albo narody. Dopuszczano się okrucieństw, nieprawości i niesprawiedliwości. Nie raz człowiek rzucał niebu w błękitną twarz pełne goryczy pytanie, dlaczego dobry i miłujący Bóg na to pozwala. Otóż możliwe, iż właśnie dlatego, że gdyby te narody przetrwały, urosły w siłę, uzyskały wpływ na dzieje świata, to doprowadziłyby do jeszcze większego nieszczęścia, niż je spotkało. W efekcie swoich poczynań w obrębie własnego kręgu jak i kontaktując się z sąsiadami, rozmyślnym lub przypadkowym działaniem sprowadzili zgubę na dużo większą liczbę ludzi, np. uczestnicząc w wojnie, bądź zatruwając i niszcząc środowisko. Zakłócając utrzymanie balansu.

Nie wiem, czy w powyższym mam rację. Niemniej przyjęcie takiego porządku świata niesie pewną pociechę, gdyż dotykające nas tragedie przestają być pozbawione sensu – nawet, jeśli nam, ani naszym prawnukom nie będzie dane go uchwycić.

Cały świat jest mniej lub bardziej niedoskonały (zaś w niedoskonałym z definicji są braki, czyli zło). Niemniej można szukać pocieszenia w teorii Leibniza, iż żyjemy w najdoskonalszym z możliwych światów, czyli w najlepszej wersji, jaka była możliwa do stworzenia. Zresztą innej Bóg nie mógłby uczynić, gdyż wszystkie jego dzieła muszą być najlepsze, na jakie Go stać, inaczej postąpiłby przeciw sobie, bo robiąc coś gorszego lub słabszego nie spełniałby wymogów wobec bytu doskonałego i optymalnego w działaniu.

Ludzie do pewnego stopnia zrozumieli otaczający ich świat. Lecz choć przyznają, że wielu rzeczy jeszcze pojąć nie zdołali, to tyle, ile wiedzą, pozwala im mieć pretensje do losu za niczym nie uzasadnione, niesprawiedliwe i niepotrzebne nieszczęścia. Jednak może te właśnie pretensje są bezzasadne, niesprawiedliwe i zbyteczne. Życzmy sobie zatem więcej pokory wobec tajemnic świata i boskich planów. Zwłaszcza, że nie wszystkim dana jest szansa negocjować z Absolutem.

Kłaniam, Martinus

4.5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVIII – czyli nie módl się o pokój

Stare łacińskie porzekadło głosi: Si vis pacem, para bellum – innymi słowy Qui desiderat pacem, praeparet bellum. Czyli po Liwiuszu z Wegecjusza na nasze: Jeśli chcesz pokoju, szykuj się do wojny. Na pierwszy rzut oka brzmi to, jak sprzeczność zdań, jak jakiś oksymoron. Tymczasem, mógłbym rzecz ująć słowami: jeśli marzy ci się zachować pokój, to bądź stale przygotowany do wojny, by w każdej nieoczekiwanej chwili skutecznie go bronić. Na szczęście starożytni ujęli to zwięźlej, co pewnie zawdzięczamy ich manii utrwalania sentencji w kamieniu; komu bowiem chciałoby się ryć dłutem długie aforyzmy.

Wróćmy do cytatu. Co prawda przesłanie brzmi, że warunkiem pokoju jest przygotowanie militarne, lecz komunikuje też w pierwszym członie, że celem jest pokój. Z góry zakłada, że o niego tu chodzi i dla niego należy się sposobić do ewentualnej walki. Mimo użycia słowa „Si” (jeśli) a w drugim cytacie „Qui desiderat” (kto chce) – to owo zdanie warunkowe jest jakby retoryczne. Czyli ma wymowę: jeśli chcesz pokoju, a zakładam, że chcesz, to dam ci radę – uzbrój się. A w drugim cytacie: kto chce pokoju, a zakładam, że każdy – niech się zbroi. Dlaczego ludzie wzniecają wojny? Bo albo chcą coś pozyskać, albo odzyskać. I są to dobra bardzo konkretne, jak terytorium, bogactwa, władza, lub piękna Helena – albo bardziej abstrakcyjne, jak honor, wolność, religia, prawda i paradoksalnie pokój. U podstaw leży więc jakieś silne pragnienie (i często przeczucie sukcesu). A co leży u podstaw pragnień? Wydaje mi się, że niezadowolenie. Człowiek szczęśliwy, a przynajmniej zadowolony ze swojego stanu, nie chce niczego zmieniać, niczego nie pragnie, a już na pewno nie zamierza ryzykować życia w jakiejś wojnie. Problem w tym, że stan szczęścia, czy choćby zadowolenia nie jest trwały. Prędzej, czy później coś go zaburza, lub powoduje utratę – a wtedy człowiek czuje niezadowolenie, chce zmian, chce powrotu do szczęśliwości i jest gotów zaryzykować życie w walce o to. Podobnie człowiek, który nigdy szczęścia nie zaznał, niemniej ma jakieś jego wyobrażenie i ku niemu dąży. I wówczas… dochodzi do konfliktu.

Dopóki na świecie będzie istniał człowiek, będą też wojny.

Albert Einstein

Wojnę traktuje się jako plon zła, zło samo w sobie i źródło zła. Więcej ludzi cierpi z jej powodu, niż się cieszy. A jednak, mimo, iż o jej rozpoczęciu, przebiegu, jak też zakończeniu decydują ludzie, to prośby, aby nas ominęła kierujemy do Boga. Przykładem suplikacja: Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie! W dziejach ludzkości wielokrotnie zatem wznoszono modły o pokój. Z różnym skutkiem. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, że dostatecznie wielu ludzi, dostatecznie prawych i pobożnych, dostatecznie długo, gorliwie i ufnie nęka modlitwami Absolut i Ten w końcu postanawia ich wysłuchać. Co musiałby uczynić Bóg, aby nie dochodziło do wojen? W myśl powyższego wywodu, musiałby wygasić w ludziach pragnienia i potrzeby. Zarówno te płytkie, podstawowe jak i te natury wysokiej. Wszelkie! Gdyż chęć ich zaspokojenia bywa przyczyną wojen.

Konieczne byłoby wypatroszenie człowieka ze zdolności do agresji, z upodobania do rywalizacji, z chęci dominacji ale też z zazdrości, chciwości, pożądliwości, czy pragnienia zemsty, zakorzenionego w poczuciu sprawiedliwości. Nie pragnąc niczego, człek nie musiałby rozważać, czy sięganie po dany przedmiot pożądania jest dobre, czy złe. Gdybyśmy po nic nie sięgali, nie wpadalibyśmy w pułapki dylematów pt.: co wybrać, czy wolno, jakim sposobem. Czyż nie utracilibyśmy wówczas sporej części wolnej woli? Wszak nie miałoby szansy wykazać się ludzkie sumienie i poczucie moralności. Ergo, wolna wola nie uruchamiałaby się.

Ktoś mógłby zaproponować – skoro popuszczamy wodze fantazji – żeby Absolut pozostawił w nas pozytywne pragnienia, jak pragnienie dobra, miłości, piękna, tolerancji, prawdy, empatii, przyjaźni itp. Pytanie, czy to uchroniłoby ludzkość przed wybuchem wojen. Każde pragnienie jest odpowiedzią na jakiś brak, niedosyt albo zagrożenie stanu posiadania. Inaczej mówiąc, pragnienie przyjaźni budzi się, gdy nie mam przyjaciół, albo gdy mam ich za mało, tudzież, gdy pojawia się ryzyko ich utraty. Potrafię sobie wyobrazić ludzi, którzy pragnąc jakiejś pozytywnej rzeczy, posuną się do walki o jej zdobycie, albo zachowanie. A gdyby Bóg wytrzebił w nich zdolność do agresji, lub odwagę i bezwzględność – to podejrzewam, że z powodu poczucia bezsilności i niemożności zaspokojenia (pozytywnych) żądz, ludzie owi staliby się społecznością chorobliwie sfrustrowaną.

Zasadniczo, pozbawienie ludzi pragnień wydaje się niemożliwe, bo nie zaspokajając niektórych ważnych potrzeb byśmy wyginęli. Jednak dla celów spekulatywnych pomińmy to na moment. Uznajmy, że Bóg sam by nam zapewniał to, co niezbędne – taki dodatkowy cud. Tak oto, nie pragnąc czegokolwiek, nic nie skłaniałoby nas do poprawiania naszego życia, zmieniania świata na lepszy, odkrywania nowych rzeczy, poszukiwania rozwiązań, budowania, tworzenia. Czyż nie zatrzymalibyśmy się w rozwoju intelektualnym, technologicznym, kulturalnym, ogólnie cywilizacyjnym? A w końcu, czyż nie przestalibyśmy pragnąć bliskości z drugim człowiekiem, przyrodą, ba! z samym Absolutem? Dostrzegacie konsekwencje? Czy podobałaby się wam taka wizja ludzkości? Brr! Dobrze pomyślcie, zanim pomodlicie się o pokój dla całego świata.

Pozytywka kadrZapraszamy 3 grudnia o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: powściągliwe modły o pokój. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i pomodlić się umiarkowanie o pokój, gdyż i tak Bóg zawsze zadba, by wojna nieustannie powracała jako drastyczne lekarstwo dla gatunku ludzkiego – w co wierzył Heinrich von Treitschke. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

. 5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVII – czyli głupi to ma szczęście

Stali bywalcy, jak też część niestałych, kojarzą pierwszy poniedziałek miesiąca z Pogadalnią w konwencji filozoficznej kawiarenki. W najbliższy poniedziałek nie spotka ich zaskoczenie. Detale na końcu tegoż wpisu. Zaś wpis tym razem krótki, żeby nikt sobie nie pomyślał, iż o głupocie mam wiele do powiedzenia. Choć i o szczęściu zbyt wiele nie mam.

Wprawdzie Sokrates oficjalnie sugerował, że drogę ku szczęściu wskazać może sumienie…

Wielu ludzi przez całe życie poszukuje właściwej drogi do szczęścia i nie starcza im żywota, aby ją odnaleźć. Wszak lepiej by zrobili, gdyby od razu poszli i zapytali się własnego sumienia, dokąd dalej powinni podążać.

… jednak podejrzewam, że to tylko mydlenie oczu. Prawdziwą drogę – no, powiedzmy ścieżynę – dostrzegał gdzie indziej. I przy każdej okazji utrudniał innym podążanie po niej. Jak wiemy, Sokrates upierał się przy tym, że nic nie wie. Sądzę, iż zaklinał w ten sposób rzeczywistość, aby zbliżyć się do osiągnięcia szczęścia.

W piosence Wielka woda Agnieszka Osiecka napisała: nie daj mi Boże, broń Boże, skosztować tak zwanej życiowej mądrości. Święte słowa! Mądrość – zwłaszcza ta życiowa – wypływa z doświadczenia. A nikt nie lubi być doświadczonym przez życie, lub los. Kto więcej wie o świecie i życiu, najprawdopodobniej zna też więcej ciemnych stron tychże. Ta świadomość utrudnia beztroskie odczuwanie szczęścia. I tu pozytywną rolę może odegrać pewna forma głupoty.

          Alegoria głupoty. Quentin Massys

Pisarz i poeta, Anatole France najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, zauważywszy, iż: Człowiek nigdy nie jest szczęśliwy inaczej niż za cenę pewnej ignorancji. Ktoś, komu powiedzielibyśmy: jak ty nic nie wiesz o świecie / o życiu / o ludziach (niepotrzebne skreślić) – pewnie dzięki tej niewiedzy jest szczęśliwszy i ma mniej życiowych dylematów, rozterek i niektórych trosk. Zapewne mamy gdzieś w głowie wyobrażenie „wioskowego głupka”, który szwenda się po okolicy, skupia na trawce lub listku, godzinami gapi w kałużę, nie dba o wygląd i cudze docinki, za to z byle czego się ucieszy, niewiele rozumie, ale żyje w zadziwiającej harmonii ze światem, jest infantylny, prostolinijny i naiwny – a jednakowoż, jakoś w tym wszystkim szczęśliwy. Ponoć wiele osób, które urodziły się z zespołem Downa wykazuje radosną otwartość na otaczającą rzeczywistość; są ufne, pogodne, wrażliwe, nieświadome zagrożeń czyhających w świecie. Promieniują dziwną energią. Być może to właśnie szczęście. Osiągalne jedynie przy okazji pewnych niedostatków umysłowych.

Kto zaś dostrzega w świecie rozliczne niuanse, zauważa rozbieżności, widzi różne drogi i warianty, miota się w wyborach, rozważa alternatywne konsekwencje, temu o szczęście znacznie trudniej. Inny pisarz, Siegfried Lenz, podsumował to słowami: Szczęście to wolność od sprzeczności.

          Alegoria szczęścia wg Agnolo Bronzino

Trzeba jednak uczciwie wspomnieć, że głupota ma różne oblicza. Nie tylko jowialne, dobrotliwe i przyjazne. Czasem widać ją po kimś, kto ignorancję pokrywa pewnością siebie, a nawet bezczelnością. Nieraz jest świadom swej niewiedzy i tuszuje braki sarkazmem, częściej jednak ma przekonanie o swej nieomylności i wyższości. Przed tą głupotą kroczy pycha. Brakuje takiemu wrażliwości, bawi go cudza krzywda. Nie dba o innych, jest beztroski, aczkolwiek ów lekkoduch intuicyjnie zabiega o własną korzyść, a to szukając dla siebie uznania, potwierdzenia lepszej pozycji, a to czyniąc umizgi do osób wpływowych. To go czyni szczęśliwym. Do takiego indywiduum pasuje porada Gustava Flauberta (jeszcze jeden pisarz): Aby osiągnąć szczęście, trzeba spełnić trzy warunki: być imbecylem, być egoistą i cieszyć się dobrym zdrowiem. Jeśli jednak nie spełnicie pierwszego warunku, wszystko jest stracone.

W obliczu powyższych słów dziwnie zabrzmią następne. Ponieważ ludzie to istoty myślące (wiem, odważne uogólnienie), to przez sam fakt intensywnego używania rozumu, skazują się na oddalenie od szczęśliwości. Powiem więcej, nie są predestynowani do osiągnięcia szczęścia. Zafundowała nam to ewolucja i rozwój intelektualny; gdybyśmy pozostali prości (i prostoduszni), lub wręcz bardziej zwierzęcy, to pewnie czulibyśmy się szczęśliwsi. Sam Immanuel Kant powiedział, że Gdyby przyroda przeznaczyła człowieka do szczęścia, nie dałaby mu rozumu.

Rozum i myślenie stoją tu więc na przeszkodzie. Ale nie tylko to. Paradoksalnie, im częściej uwagę kierujemy na zagadnienie szczęścia, tym gorzej na tym wychodzimy. Nierzadko pewnym ratunkiem jest nawał zajęć, uniemożliwiających jakiekolwiek refleksyjne ekscesy. Poświęcanie czasu na rozważania o własnym szczęściu, wcale ku niemu nie przybliża. Potwierdzają to słowa filozofującego Bernarda Shawa: Wielu ludzi jest nieszczęśliwych jedynie dlatego, że mają czas, aby zastanowić się nad tym, czy są szczęśliwi, czy też nie. Czyli człowiek zabiegany, którego ci mniej zabiegani uważają za nieszczęśliwego, w zasadzie ma o tyle lepiej, iż nie zdąży uświadomić sobie, w jak niefortunnym jest położeniu.

Wypadałoby zatem, zamiast szczęścia życzyć sobie chóralnie głupoty. Żeby móc powiedzieć: wiemy, że nic nie wiemy. A i przywołany Sokrates nieco straci w naszych oczach, gdy przypomnimy sobie, jak obnażał głupotę i niewiedzę bliźnich. Przybliżał ich do mądrości, a przynajmniej do zrozumienia pewnych spraw. Tym samym wprowadzał zamęt w ich egzystencji i oddalał intelektualnych delikwentów od dotychczasowego poczucia szczęścia. Czyż to nie wygląda na zazdrość, lub nawet zawiść? Nic tylko cykutą takiego, cykutą!

Pozytywka kadrZapraszamy 5 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: szczęśliwa głupota. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i rozważyć, czy rację miał pisarz i filozof Horst Wolfram Geissler rzucając: Lepiej być szczęśliwym głupcem niż nieszczęśliwym mędrcem. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

  4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Emocje asekuracją rozumu

Od razu przyznaję się, bez bicia, że próbuję dotknąć tematu, o którym mam skąpe pojęcie. Liczę, iż odezwie się ktoś w nim obeznany – niechby i nawet z oburzeniem. Chodzi mianowicie o emocje.

Na początek dygresja z pogranicza oczywistości (wrogom dygresji wolno ten akapit pominąć). Zdrowy człowiek ma do dyspozycji pięć zmysłów. Uważa się, że wzrok i słuch są najważniejszymi, za pomocą których odbieramy świat. Czy też zwróciliście uwagę na to, że tylko pozostałymi coś czujemy? Czujemy zapach, czujemy smak, no i dotyk, a w obrębie tego zmysłu temperaturę, wilgoć, fakturę, twardość itd. Zdaję sobie sprawę, iż w kontekście zmysłów mówienie, że coś się czuje, może być jedynie utartym zwrotem frazeologicznym. Można go zastąpić innym, np. odbieram zapach, rozpoznaję smak, doświadczam dotyku. Jednak to, że używamy słowa: czuję, lub wyczuwam musiało się przecież skądś wziąć. Dlaczego więc najważniejszymi zmysłami nie czujemy?

Nie o takim czuciu jednak chciałbym tutaj napomknąć. Chodzi mi bowiem o uczucia, jakie przeżywamy, a w szczególności o emocje. Niemniej warto pamiętać, że wiele emocji bywa reakcją na bodźce przekazane właśnie przez nasze zmysły. Piękny krajobraz o zachodzie słońca, nieznośny hałas o świcie, woń zepsutej ryby, słodycz wykwintnego deseru, lub muśnięcie skóry jedwabnym szalem… to może obudzić różnorakie emocje. Zbliżmy się jednak do tego, czym chcę się zająć. Tytuł sugeruje pewne oddziaływanie sfery uczuciowej na sferę racjonalną. Zanim przejdę do moich refleksji, pozwolę sobie o czymś wspomnieć.

Z tego, co mi wiadomo – filozofowie (zwłaszcza najdawniejsi) byli raczej niezadowoleni z tego, iż ludzie (a więc oni też) posiadają emocje, afekty i namiętności. Najchętniej, dla niezakłóconej swobody myślenia, wyrugowaliby je doszczętnie. Zdawali sobie jednak sprawę, iż to niemożliwe. Zalecali zatem panowanie nad emocjami, a czasem podpowiadali, jak. Siłą rozumu, rzecz jasna. Taki, przykładowo, Demokryt sformułował taką oto paralelę: sztuka lekarska leczy choroby ciała, a mądrość uwalnia duszę od namiętności. Zasadniczo, nawet jeśli mędrcy zgadzali się, że uczucia to część naszej natury, to sytuowali emocje w kontrze do rozumu. Rozumowi zaś przypisywali rolę przewodnią i nadrzędną. No dobrze, nie wszyscy. Ciekawostka: znalazłem gdzieś informację, że David Hume wychwalał emocjonalną sferę człowieka i to jej przyznawał zwierzchność – stwierdził bowiem: Rozum jest i winien być tylko niewolnikiem uczuć i nie może mieć nigdy roszczenia do innej funkcji niż do tego, żeby uczuciom służyć posłusznie. Wymienił, jak widać, władcę na tronie, lecz nie zlikwidował opozycji obu sfer.

Tymczasem filozof i wybitny specjalista od emocji, Ronald de Sousa dowodził, iż biegunowe ustawianie emocji i rozumu, a szczególnie uważanie emocji za irracjonalne jest przesadnym uproszczeniem i nie broni się w świetle współczesnych badań.

Strefa uczuć

W potocznym i poetyckim języku, siedzibą uczuć jest serce. O takiej lokalizacji zdecydowało zapewne jego silniejsze bicie w chwilach emocjonalnego rozpalenia. A co na to prozaiczna wiedza medyczna? Dwa obszary mózgu odpowiadają za zdolność wyrażania uczuć, mianowicie pień mózgu i układ limbiczny, który oplata pierścieniem górną część wspomnianego pnia. Tam rodzą się uczucia, po czym wpływają na ludzkie zachowania, a także fizyczne (cielesne) reakcje towarzyszące, np. palpitacje serca, rumieniec, ucisk w żołądku, szum w uszach, sparaliżowanie, słabość, rozszerzenie źrenic, drżenie rąk itp.

Jest jeszcze jeden obszar mózgu związany z uczuciami: ciało migdałowate. W nim przechowywana jest pamięć emocjonalna człowieka i ma ono duży wpływ na inteligencję emocjonalną, czyli to, jak wygląda znajomość i rozpoznawanie własnych emocji, motywowanie i kierowanie się nimi, nawiązywanie związków uczuciowych z innymi ludźmi itd.

Okazuje się przy tym, iż ze względu na różnice w budowie mózgu u obu płci, odmiennie prezentuje się chociażby intensywność emocji. U kobiet lewa i prawa półkula mózgowa są lepiej połączone (skomunikowane), przez co pozytywne uczucia przeżywają silniej i szybciej, niż mężczyźni. U mężczyzn gorsze połączenie lewej, racjonalnej i logicznie myślącej półkuli z prawą, zajmującą się emocjami – skutkuje skłonnością do wybuchów emocji, których nie zdołano na czas ogarnąć racjonalną kontrolą. Coś w ten deseń zauważył swego czasu Fryderyk Nietzsche: Jednakie u mężczyzny i kobiety uczucia różnią się przecież w tempie: dlatego nieporozumienia między mężczyzną a kobietą nie ustają.

Co czuje człowiek

Kto myślał, że już wyłożę swoje, temu chwała, iż myślał, choć się mylił. Postanowiłem bowiem wcześniej skrótowo przedstawić, co targa człowiekiem. A miotają nim procesy emocjonalne o różnym charakterze. Względna zgoda panuje co do tego, iż emocje nadają jakość ludzkiemu poznaniu i działaniu, wartościują czyny, przedmioty, zjawiska, nas samych i innych ludzi. Określają przy tym znaczenie tego, co owe emocje wywołuje. Jedne są pierwotne i odnoszą się do niższych, podstawowych potrzeb biologicznych; drugie są wtórne, o charakterze społecznym i odnoszą się do wyższych wartości i wiedzy. Jednakowoż nazwy, które odnoszą się do sfery uczuć, a których w języku potocznym często używa się zamiennie, traktuje jak synonimy, w rzeczywistości psychologicznej bywają klasyfikowane jako odrębne pojęcia o innej zawartości. Na czym polegają różnice?

Uczucia. Wyrażają i odzwierciedlają stosunek człowieka do pewnych zdarzeń, ludzi, rzeczy w otaczającym świecie. Uczucia są interpretacją emocji, dokonywaną w oparciu o zakodowane w pamięci doświadczenia i wzorce kulturowe, które narzucają ocenę sytuacji. Tą samą emocję można różnie rozumieć. Skok adrenaliny, szybsze tętno oraz pobudzenie układu nerwowego będziemy interpretować jako panikę, lęk, strach lub obawę zależnie od nasilenia emocji i rozpoznania wywołujących ją bodźców. Rozpoznanie emocji, jako określonego uczucia wiąże się z nadaniem jej odpowiedniego znaczenia (połączeniem z konkretnym pojęciem), a to uruchamia skojarzenia o wydźwięku kulturowym i może motywować do stosownych działań. Dodajmy jeszcze słowo o uczuciach wyższych; zalicza się doń uczucia moralne (etyczne), intelektualne i estetyczne.

Afekty. Przeważnie są to uczucia nagłe, gwałtowne, wywołane silnymi bodźcami zewnętrznymi. Znajdziemy wśród nich radość, rozpacz, gniew, strach itp. Wyrażają się wespół z wyraźnymi reakcjami fizjologicznymi i ograniczają racjonalność czynów. To głównie wobec tych uczuć żywili niechęć starożytni mędrcy.

Emocje. Nazywane też stanami afektywnymi, są zazwyczaj skutkiem jakiegoś zdarzenia. Uczucia to mocne, ale stosunkowo nietrwałe; czasem nawet nieświadome. Posiadają silne zabarwienie i wyraźną wartość: pobudzenie pozytywne lub negatywne. Emocje pozytywne skłaniają do podtrzymania wywołujących je działań lub kontaktu z czymś, co je budzi – chyba, że wymagałoby to trudu, poświęcenia, albo ryzyka. Emocje negatywne zaś (co zrozumiałe) prowokują do ukrócenia kontaktu z ich źródłem. Wyjątkiem są sytuacje, gdy zagrożona jest samoocena człowieka, wówczas potrafi on ponawiać kontakt z czymś, co budzi nieprzyjemne uczucia, bo chce osiągnąć pewien ważniejszy od tego cel. Bywają także ambiwalentne uczucia, jednocześnie pozytywne i negatywne (jak u człowieka, którego zła teściowa roztrzaskała się w jego nowym aucie). Takiemu rozdarciu towarzyszą niejednoznaczne zachowania, powolne i niekonsekwentne działania i nierzadko zaburzenia funkcji narządów wewnętrznych. Ogólnie rzecz biorąc, emocje mają trzy składniki: wyraz mimiki, pobudzenie fizjologiczne i subiektywne doznanie.

Nastroje. Mają mniejsze nasilenie, spokojny przebieg i trwają dłużej niż emocje. Za przykłady można tu wymienić: smutek i wesołość, zadowolenie i irytację, niepokój i dobrostan wewnętrzny, tęsknotę oraz uczucie samotności.

Namiętności. Inaczej mówiąc stałe ciągoty do przeżywania pewnych nastrojów i afektów w związku z określonymi celami człowieka. Namiętności cechuje duża siła pobudzająca. Wytyczają kierunek myślom, pamięci i innym procesom psychicznym. Typowe dla młodego wieku, z biegiem czasu na ogół słabną.

Sentymenty. Takie postawy emocjonalne, które odnoszą się do trwałych sympatii, tudzież antypatii, kiedy cały czas czegoś nie lubimy, przez całe lata coś cieszy się naszym upodobaniem, lub zawsze coś nam smakuje.

Co to ja chciałem powiedzieć

Wszystko powyższe napisałem na końcu, w myśl zasady, że wstęp pisze się jako ostatni. I ucieszyło mnie, iż to, co znajdziecie poniżej, wydaje się z tym nie kolidować (aczkolwiek dopuszczam taką ewentualność). O czym to ja miałem… aha.

Wśród wielu działań, jakie podejmujemy, są i takie, w związku z którymi pojawiają się pewne uczucia. I tu pierwsze pytanie: czy emocje są skutkiem działań? Skoro nie towarzyszą każdej czynności, a nawet przy tych samych czynnościach raz występują, innym razem nie, to być może nie zachodzi zależność między czynem a uczuciem.

Czy jest może tak, że dopiero kiedy rozum oceni czyny, lub sytuacje np. jako dobre lub złe, zabawne, lub smutne to wówczas włączają się adekwatne emocje? W efekcie tego, iż pojęliśmy, co się stało i jaką to ma wartość, mózg dokonawszy tej analizy, uruchamia naszą chemiczną maszynerię emocji. Toby oznaczało, że odczucia są efektem tego, cośmy pomyśleli, lub co zdążył przeanalizować nasz rozum. Nawet wtedy, gdy odbyło się to tak błyskawicznie, że wręcz bez udziału naszego świadomego procesu myślowego. Czyż nie zdarza się nam, iż wskutek myślenia o czymś, budzimy określone emocje: smutek, radość, gniew, dumę itp.?

Jednakowoż bywa, iż coś dzieje się gwałtownie, lub sami działamy szybko, niejako automatycznie. I nie uruchamiając jeszcze rozumu, już coś czujemy. Po czym, dopiero w związku z tym uczuciem stwierdzamy, iż chyba zrobiliśmy coś złego, bądź stało się coś wesołego. W takim przypadku to uczucia stanowią swoisty probierz. Czyli rozsądek, umysłowa weryfikacja i klasyfikacja czynu okazują się następstwem silnych emocji, bez których być może o takie zastanowienie byśmy się nie pokusili. To musiałoby oznaczać, że uczucia są pierwotne, a rozum wtórny. Pod względem ewolucyjnym wydaje się to zasadne. Zwierzęta na pewno posiadają emocje, a niekoniecznie wykształciły zdolność do rozumowej oceny zajść i zachowań. Zatem należałoby przyjąć, że ocena np. naszego działania jest genetycznie zakodowana w sferze emocjonalnej, trochę jak mechanizm chemiczny, służący dobru gatunku, albo osobnika.

Czasami działamy w efekcie emocji, pod wpływem wzburzenia, zauroczenia, rozpaczy, tudzież euforii. Czy skoro emocja spowodowała późniejszy czyn, oznacza to, że nie zawsze  poprzedza on uczucie? Raczej nie. Gdyż uczucia, które nas pobudzają do działania, pojawiają się jako efekt, lub w związku z czymś, co się zdarzyło, nadal się dzieje, albo ma się stać. Jest więc jakaś sytuacja, na którą reagujemy emocjonalnie (i nie ważne, czy po analizie rozumowej, czy przed, czy bez). A w wyniku tych uczuć robimy coś, co znowu można poddać zdroworozsądkowej analizie i później jakoś przeżywać emocjonalnie.

A może jednak emocje są czymś funkcjonującym obok racjonalności, niezależnie, jakby dodatkowo. Przykładowo: rozsądek nie potrafi rozstrzygnąć czy zrobiliśmy, albo dzieje się coś złego. Jeśli brak nam pewności, lub przekonania, to wówczas emocje mogą wzmacniać i potwierdzać przypuszczenia rozumu. Co natomiast, gdy ani rozum, ani intuicja niczego nie podpowiadają? Wtedy przynajmniej uczucia nas asekurują przy ocenie sytuacji.

PS

Doczytałem, że wymieniony wyżej Ronald de Sousa uważał, iż emocje sprzyjają racjonalnemu myśleniu oraz działaniu, wspierając optymalne funkcjonowanie ludzi. Z kolei Jerzy Vetulani głosił, że: Emocje wyewoluowały po to, byśmy mogli szybko i bez zastanowienia podejmować decyzje w sytuacjach, w których nie ma czasu na namysł. Doszukałem się w tym potwierdzenia moich refleksji i było to dla mnie jak komplement, aż się wzruszyłem. Ale nie będę się nad tym rozwodził, bo – jako rzekł Voltaire: Im bardziej mnie coś wzrusza, tym trudniej mi to wyrazić.

Kłaniam, Martinus

4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVI – czyli złudna prolongacja młodości

            Akademickie wakacje pokrywa cień przeszłości, a to niechybny znak, iż powracają spotkania Pogadalni. Najbliższe wypadnie w pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem przyjmie formułę filozoficznej kawiarenki. Proponuję pogadać o walce ze skutkami upływu czasu.

            Nie będzie chyba zbyt ryzykownym oszacowanie, iż wizja dostąpienia wieczności lub przynajmniej długowieczności pociąga większość ludzi. Rozsądniejsza część z nich dostrzega również wagę tego, by nie tylko żyć jak najdłużej, lecz aby odpowiednia była jakość życia. Z filozoficznego punktu widzenia (choć z moralnego, etycznego, religijnego, społecznego, psychologicznego także) życie zyskuje na jakości, gdy zbliżamy się do dobra. Idąc tym tropem, sam Platon ze zrozumieniem traktował pożądanie nieśmiertelności, wnioskując, iż: […] musi człowiek i nieśmiertelności pragnąć, jeżeli przedmiotem miłości jest wieczne posiadanie dobra.

            Warto w tym miejscu poczynić drobne rozróżnienia. Czym innym jest bycie wiecznym (tą zdolność posiada Absolut i anioły oraz ponoć ludzka dusza), czym innym jest nieśmiertelność (której doświadczył szkocki góral Connor MacLeod i niektóre wampiry, zresztą pod pewnymi warunkami), a czym innym jest długowieczność (osiągana np. przez żółwie) związana z wolniejszym starzeniem się ciała.

Trzy grosze od nauki i pseudonauki

            Mało interesująca wydaje się perspektywa dożycia starości i pozostania w takim stanie na wieki. Dlatego marzeniem wielu ludzi jest, by wiecznie zachować młodość. Póki co, człowiek czyni starania, aby młodość przedłużyć. Naukowcy wiedzą, że za starzenie się odpowiadają telomery (część chromosomu na jego końcu), które po każdym podziale komórki skracają się. Badacze szukają więc sposobów, aby je odbudować. W częściowej odbudowie pomaga enzym o nazwie telomeraza. Zrobiono doświadczenie na myszach; wstrzyknięto im zmodyfikowany wirus, który wbudował się w komórki gryzoni, dzięki czemu zaczęły produkować telomerazę i tym samym przedłużać życie. Inni zaś naukowcy potwierdzili, że pewien roślinny czynnik z korzenia traganka (od kilkuset lat w medycynie chińskiej) również działa pobudzająco na telomerazę; i ich myszy też żyły dłużej. To nie jedyne pomysły. Na zdrowie i przedłużenie życia wpływa tlenek azotu. Jest jeszcze witamina młodości, czyli witamina E. Podobnie wymienia się koenzym Q10 i selen. Istnieje w końcu (rzekomo skuteczny) tybetański eliksir młodości. Tymczasem pewien lekarz, psycholog i chemik (Alexander Mitscherlich) zauważył z nutą przestrogi: Wielu chce żyć i nie starzeć się, a w rzeczywistości starzeją się i nie żyją.

            Rzecz jasna nie tylko chemia ma być pomocna. Znane i stosowane są tzw. Rytuały Tybetańskie, czyli zestaw specjalnych pięciu ćwiczeń, których codzienne wykonywanie odmładza wygląd i przedłuża sprawność fizyczną. Najpierw jednak trzeba przyjąć, że w ciele ludzkim znajduje się siedem ośrodków energii, zwanych czakrami. Owe pięć ćwiczeń wspomaga bowiem prawidłowe funkcjonowanie czakr, co przekłada się na odpowiedni poziom energii organizmu i jego witalność. Wypada wspomnieć o innych praktykach azjatów: wytwarzanie kosmetyków z takich naturalnych składników, jak bambus, perły, miłorząb, jad węży, śluz ślimaków. Picie zielonej herbaty, a unikanie zimnych, gazowanych napojów. Poza tym zdrowa dieta z naciskiem na potrawy gotowane miast smażonych i pieczonych oraz rzadkie zaglądanie do kieliszka. Do tego zażywanie masaży i wystrzeganie się nadmiernej ekspozycji na słońce.

W świecie wyobraźni

            Wszystko to po to, aby przedłużyć młodość. Aczkolwiek docelowo ludzie pragną cieszyć się młodością wieczną. Pisarz José Carlos Somoza powiedział: Wiecznie młodzi pozostają tylko ci, którzy umierają młodo. Jednak ludzka wyobraźnia znalazła dla jego słów alternatywę. W filmie „Wyścig z czasem” pokazano społeczeństwo, w którym każdy rozwija się fizycznie do 25 lat, a potem, jeśli go stać, może żyć tysiące lat w ciele dwudziestopięciolatka. Równie młodo zatem wygląda mama, babcia, prababcia, czy syn, wnuk albo dorosły prawnuk. Ludzie nie są nieśmiertelni, mogą zginąć w wyniku wypadku lub przestępstwa. Jednak ostrożność i majętność zmniejszają ryzyko. Walutą w tym świecie jest czas. Kto go nie ma zostaje uśmiercony, mimo iż fizycznie jest w pełni sprawnym, ale nie odbiegajmy od tematu.

            Czy spełnienie takiego marzenia o wiecznej młodości byłoby korzystne? To chyba zależy właśnie od tego, czy wieczna młodość byłaby przypadłością jednostki lub jakiejś części ludzi, czy ogarnęłaby wszystkich. Forever young? W pierwszym odruchu myślowym wydaje się to więcej niż zadowalające; życie w dobrej kondycji fizycznej, z zachowaniem atrakcyjnej powierzchowności, bez zmarszczek i dolegliwości podeszłego wieku… Intuicja podpowiada, ba! krzyczy: TAK!

Dla wybrańców czy powszechnie

            Jeśli jednak dotyczyłoby to tylko części ludzi, ktoś mógłby ocenić ich egzystencję za uboższą. Nigdy bowiem nie doświadczyliby tego, co niesie ze sobą podeszły wiek. Nie rozumieliby starszych ludzi, ich problemów, ich postrzegania rzeczywistości, nie poznaliby sensu niektórych refleksji dostępnych tylko w pewnym wieku, nie doceniliby szeregu wartości, innych radości niż te z okresu młodzieńczego, nie pojęliby swoistego dystansu do życia, przy jednoczesnym wyjątkowym szanowaniu go i celebracji każdego nowego dnia, myśleliby innymi kategoriami tak, jak dzisiejsi dwudziesto-, czy trzydziestolatkowie. Co więcej, nawet nie mieliby szansy na poznanie kiedyś tego wszystkiego. Gdyby więc tak komuś się udało, byłby skazany na życie, które nie osiągnie takiej pełni, jak w przypadku osób normalnie się starzejących. Pytanie: ilu z nas byłoby zainteresowanych doświadczeniem tej pełni? Wiele wskazuje na to, że chętniej wybraliśmy uboższą za to dłuższą młodość.

            Autorzy książek i filmów, których bohater jest długowieczny lub nieśmiertelny, zwykle odmalowują jego los, jako uciążliwy i nie do pozazdroszczenia. Głównie dlatego, że wikła się w zażyłe relacje ze zwykłymi śmiertelnikami, którzy umierają w swoim tempie, pozostawiając po sobie smutek, ból, poczucie straty… Jest w tym pewnie trochę prawdy, ale też chyba kryje się za tym próba pocieszenia nas i przekonania, że nie mamy czego zazdrościć. Tymczasem Mircea Eliade zdaje się mieć receptę na wytrzymanie wieczności:   Długowieczność staje się znośna, a nawet interesująca, tylko wtedy, gdy wpierw opanujemy umiejętność cieszenia się najprostszymi rzeczami. Do takiej umiejętności trzeba jednak dorosnąć, dojrzeć, a wcześniej swoje przeżyć.

            Trudno mi orzec, czy podobną maksymą kierowali się legendarni poszukiwacze źródła wiecznej młodości, albo studni z wodą życia. Przeważnie znajdowała się ona w trudno dostępnych krainach, pilnie strzeżonych przez potwory albo jakowe bóstwa, niemniej warto było ją zdobyć, gdyż ożywia, leczy i czyni nieśmiertelnym. Według niektórych kielich z ostatniej wieczerzy Jezusa i apostołów miał moc uzdrawiania i przedłużania życia. Choć sam Chrystus miał co innego na myśli, mówiąc o życiu wiecznym. W pamiętnej scenie przy studni Jakuba powiedział przybyłej tam Samarytance: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Nie można tego traktować dosłownie, lecz jako przenośnię. Ale jakkolwiek by było, jego pojęcie życia wiecznego niestety obejmuje czas po śmierci.

            Zapewne inaczej oceniano by ewentualność wiecznej młodości, wiedząc, że dotknie całą populację. Każdy miałby tak samo krótki okres poznawania zmian cielesności. Pojęcie starości nie odnosiłoby się do nikogo, lub oznaczałoby stan dajmy na to 25 lat, w którym zmiany fizyczne zatrzymują się na zawsze. Sytuacja taka pozwalałaby jeszcze bardziej redukować przyrost naturalny, bo straty demograficzne byłyby skutkiem tylko wypadków, chorób, samobójstw i zbrodni. A po jakimś czasie głównie nieszczęśliwych wypadków.

Co z duchem?

            Jak na razie osiągnięcie wiecznej młodości ciała – choć bardzo się do tego zbliżamy – jest niemożliwe. Za to wiele osób twierdzi, że mimo dobrych kilku krzyżyków na karku, wciąż są młodzi duchem. Tylko, czy to w ogóle możliwe? Moim zdaniem tylko w młodym ciele, młody duch. Duchowość dziecka jest inna, niż młodzieńcza, a ta inna niż osoby dojrzałej oraz starej. Zmiany ciała nie postępują sobie niezależnie, w oderwaniu od sfery ducha. To, jak zmieniamy się fizycznie, jak zmniejszają się nasze walory estetyczne i możliwości motoryczne, wpływa na ducha. Bo duch odbiera świat i komunikuje się z nim za pośrednictwem naszych zmysłów, osadzonych w fizyczności.

            Poza tym, nie starzejemy się w izolowanym, niezmiennym środowisku. Aby się zestarzeć potrzeba czasu, a w tymże czasie zbieramy coraz to nowe życiowe doświadczenia, dojrzewamy, pogłębiamy mądrość życiową, wchodzimy w nowe role, wzbogacamy się lub ubożejemy duchowo, modyfikujemy postrzeganie wielu rzeczy, rozwijamy lub zaniedbujemy intelekt, rewidujemy poglądy na niektóre sprawy, zmieniamy upodobania i ubrania. Duch nie może zostać niezmiennie młody. Jeśli ktoś wierzy w anioły, to wie, iż są to duchy stworzone przy początku świata. Nie potrafię myśleć o nich inaczej, jak o strasznie starych duchach, które naoglądały się mnóstwa historii, poznały całą masę rzeczy i wciąż uczą się nowych, które wymyśla człowiek. Już samo to, że zmienia się ich stan wiedzy, sprawia, że i one się zmieniają w czasie. Innymi słowy starzeją się, mimo iż pozostają nieśmiertelne. Czemuż by duch człowieczy nie miał się zmieniać i starzeć? Starość zwykle kojarzymy z ograniczeniami fizycznymi; duch im nie podlega. Stary duch nie jest niedołężny. Przez to ulegamy złudzeniu, iż on się nie starzeje. A w nim po prostu nie doszło do zmęczenia materiału, do zużycia materii – bo nie jest z niej zbudowany, a tylko w niej osadzony. Dlatego stare anioły wciąż zachowują pełną sprawność.

Konstatacja…

            … musi być smutna – wieczna młodość jest dla nas nieosiągalna (jeszcze). A jeżeli uda się powstrzymywać procesy starzenia fizycznego, to duch będzie się starzał, bo przybywać nam będzie życiowego bagażu, psychicznych ciężarów, nauki i nauczek. Nie powstrzymamy upływu czasu (choć właściwie chcemy zapobiec tegoż skutkom) i choć się staramy to się starzejemy – ciałem i duchem. Chcemy oszukać czas, niekiedy oszukać wzrok innych ludzi, ale być może jedynie oszukujemy siebie.  Nie zaszkodzi pamiętać o słowach Leonardo da Vinci: Jeśli pojmiesz, że starość ma mądrość za pokarm, pracuj w ten sposób w młodości, by starości twej nie brakło pożywienia. Czy jest to jednak wystarczające motto, by poradzić sobie z dostrzeganymi i odczuwanymi śladami czasu (zwykle w postaci głębokich odcisków bieżnika na ciele)? Jak to jest Waszym zdaniem?

          Pozytywka kadr  Zapraszamy 1 października o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: złudne przedłużanie młodości. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i rozważyć, czy oszukiwanie czasu nie jest tak naprawdę oszukiwaniem siebie. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

5/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Wredna młodsza siostra filozofii, czyli medytacje nad brodą

Jankowi Sarnie

Po co komu broda? Po co komu mop na twarzy. Porównanie adekwatne, bo, jak podają amerykańscy naukowcy, przeciętna broda mieści w sobie więcej bakterii niż deska klozetowa na dworcu kolejowym. Po co komu zatem taka kosmata kloaka pod samym nosem?

W dzisiejszych, głęboko niesłusznych czasach broda służy głównie do tego, żeby z ogólnej populacji można było gołym okiem wyłowić baristów i wykładowców filozofii. Ci pierwsi noszą brodę dla tych samych powodów, dla których chadzają do manicurzystek i stosują dietę wegańską: chcą się upodobnić do drwali. Ubrodzenie filozofów stanowi natomiast wyraz szacunku, jakim cieszy się wśród tych pociesznych skądinąd ludzi stara tradycja nakazująca wszystkim, którzy wiedzą czym się różni transcendentność od transcendentalności, zapuszczać Szczecin na szczęce.

Wśród filozofów starożytnych największym fanem brody był Epiktet, który sformułował taką oto pochwałę włochatej twarzy: Czytaj dalej

4.17/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Wakacje

Sezon wakacyjny to okres, w którym – zwyczajowo – robimy przerwę i nie odbywają się spotkania Pogadalni. Nie zwalnia to nikogo z myślenia – zwłaszcza zdroworozsądkowego; wszak chcielibyśmy po wakacjach spotkać się w pełnym gronie. Tak więc, nie kozaczyć!

A, choć spotkań w celach filozoficznych nie będzie, to 7 lipca zorganizowany będzie spływ kajakowy – o szczegółach poinformujemy lada dzień 😉 w zakładce “Z życia Stowarzyszenia” 4/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Będzie kino

Kłaniam. Mam trzy uwagi:


UWAGA! W najbliższy poniedziałek (11.06) spotykamy wcześniej, bo o 17:00

UWAGA! Zanim sobie pogadamy, będziemy oglądać film pt. “Bóg przed sądem

UWAGA! Spotykamy się w innej sali, mianowicie nr 106 – czyli tym razem dwa piętra niżej =D

https://i1.wp.com/1.fwcdn.pl/po/33/80/473380/7244726.6.jpg?w=625

Nie mam więcej uwag.

3/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXV, czyli kto pierwszy, ten lepszy

W starożytnej Grecji otaczano czcią i pamięcią tylko zwycięskich olimpijczyków. Który golas dobiegł pierwszy, czy w innych dyscyplinach pokonał pozostałych, był bohaterem i niemal idolem. Jego skronie zdobiono wieńcem z liści laurowych. Kto zajął drugie lub dalsze miejsce popadał w niepamięć. Nie było dlań nagród, nie istniał srebrny i brązowy medal, ani choćby listek figowy.

Jeśli dobrze pamiętam, to w Sienie (nawiasem mówiąc, piękne włoskie miasto) odbywają się wyścigi konne wokół głównego placu. Rywalizują reprezentanci poszczególnych dzielnic. Konie galopują po wyświechtanym bruku, ryzykując upadkiem na zakrętach. Gawiedź wrzeszczy, dopingując jeźdźców. Zwycięstwo oznacza chwałę i splendor, aż do kolejnych zawodów. Najgorsze zaś jest nie ostatnie, lecz drugie miejsce, które oznacza dyshonor i niesławę. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2 10