Archiwum kategorii: Wpisy załogi

1 2 13

Na święta – czyli sami ze sobą

Pandemia koronawirusa uniemożliwi spotkanie Pogadalni w formule filozoficznej kawiarenki. Postanowiłem więc przygotować temat, który z jednej strony będzie refleksyjny (choć częściej psychologicznie niż filozoficznie), a z drugiej jednocześnie nawiąże do zbliżających się świąt. Tym sposobem nie będę dwukrotnie zakłócał spokoju.

            Niezwykłe to będą święta. Chyba pierwsze takie od ponad stu lat, czyli od epidemii grypy zwanej „hiszpanką” (aczkolwiek przywleczonej z USA). Najprawdopodobniej nie udamy się do kościołów, pewnie nie zjemy święconki, nie spotkamy się ze wszystkimi bliskimi. I tak, jak za zwyczaj w życzeniach padają zwroty: spokojnych i rodzinnych…, radosnych i spędzonych w rodzinnym gronie…, w zdrowiu i ciepłej rodzinnej atmosferze… tak obecnie, w przypadku wielu osób należałoby się wystrzegać tych familiarnych sformułowań. Już niejedna rodzina uzgodniła, że jej członkowie na święta nie zjadą się, by zasiąść do wspólnego stołu.

            Wielu z nas święta spędzi w pojedynkę; dla niektórych nie będzie to nowe doświadczenie, lecz pozostali zmierzą się z wyjątkową sytuacją. Więcej szczęścia będą miały te rodziny, zwłaszcza liczniejsze, które i tak nigdzie nie jeździły, ani nie podejmowały gości. O ile więcej będą miały wspomnianego szczęścia? – trudno oszacować. Szczególnie, że od dłuższego czasu zmuszone są do ciągłego przebywania w komplecie pod jednym dachem, co bywa sporym wyzwaniem. Czyż to nie zastanawiające, że ani nie łatwo znosić stałą obecność tych samych osób, ani długotrwałe przebywanie w pojedynkę. To pozwala częściowo zrozumieć, na czym polega dotkliwość kary więzienia.

            Bardzo często się zdarza, iż trudno jest wytrzymać z samym sobą. Nie wykluczam, że było to ongiś jednym z powodów rozwinięcia instynktu stadnego. Zagłuszamy siebie i własne myśli, zwłaszcza te o poczuciu osamotnienia – gwarem innych osób. Nawet nie musimy z nikim rozmawiać, wystarcza przebywanie wśród ludzi. Szereg codziennych obowiązków i nawyków, jak chodzenie do szkoły, pracy, do biblioteki, albo kościoła, na zakupy, siłownię, czy choćby na bezcelowy spacer – ratuje niejednego z nas przed konfrontacją z własnym „ja”.

            Absorbujemy w ten sposób zmysły, wzmacniamy – nierzadko nieuprawnione – poczucie przynależności do wspólnoty, podczas gdy faktycznie jesteśmy li tylko częścią społeczeństwa. Elementem grupy obcych osób, krzątających się po tym samym świecie, ale każdy wokół własnych spraw, rzadziej wokół wspólnych. To złudne przeświadczenie, iż łączą nas jakieś szczególne więzi, zwykle nas zadowala. Nie rozgryzamy go analitycznie, żeby w środku nie odnaleźć pestki rozczarowania.

            A gdy od czasu do czasu uda nam się spotkać w gronie rzeczywistych znajomych, lub przyjaciół, to wprawdzie czujemy się szczęśliwsi, ale jakże łatwo marnujemy okazję na pogłębienie relacji, jakże ochoczo zajmujemy się płytkimi tematami. Zupełnie, jakby pewna część naszej podświadomości unikała sytuacji, w których musiałoby ujawnić się więcej prawdy o nas. Bo często na odsłonięcie takiej tajemnicy człowiek nie jest gotów, nie zna odpowiedzi na niektóre pytania o sobie, nie przejrzał lub nie przepracował swojej zawartości. Ewentualnie tyle, ile o sobie wie, pozwala mu stwierdzić, że nie ma się czym chwalić; albo przeciwnie – wystarcza do poczucia dumy i zwalnia z dalszego odkrywania prawdy o sobie.

            A gdy nie ma możliwości by wyjść między ludzi? Dawno temu izolacja, spowodowana przykładowo obłożną chorobą, musiała być wielce przygnębiająca. Człowiek skazany był na kontakt z ograniczonym, najczęściej dość wąskim gronem ludzi. Zdarzało się też tak, że np. rodzina szlachecka, mieszkająca w dworku na odludziu, z dala od sąsiadów, miasta, tudzież uczęszczanego traktu, przez większość czasu skazana była wyłącznie na własne towarzystwo. Po wielokroć mieli dość wspólnego mieszkania, znali się niemal na wylot, niczego nowego nie byli sobie w stanie zaoferować, nudzili się i szukali sposobów, by nudę tą zamordować. Wówczas pociechą było udanie się do kościoła, a wszelkie dalsze wyjazdy były jak święto. Kupno książki było niczym kupno nowych, świeżych myśli. Odwiedziny u krewnych i znajomych, jak haust powietrza po wynurzeniu. A kiedy z kolei ktoś z daleka zawitał w progi takiego domostwa, wioząc ploteczki ze świata i dworków dopiero co odwiedzonych, wioząc swoją własną historię, własne myśli, doświadczenia, przeżycia – to bywało, że podstępem, albo wręcz siłą przedłużano jego gościnę, bo taką stanowił atrakcję, takie urozmaicenie monotonii i rutyny.

            Dziś dostępne są różne formy pozyskiwania informacji i komunikacji; za pośrednictwem techniki łączymy się z całym światem. Portale społecznościowe dają możliwość wymiany myśli, aktualizacji wiadomości o losach danej grupy, uzyskania pewnej formy wsparcia. Pytanie tylko, na ile mądrze, lub przynajmniej rozsądnie są wykorzystywane. No i, czy te relacje, w które akurat ktoś się wikła są wartościowe. Czy niosą pozytywny potencjał, czy niestety degradują osobowość. Jak wspomniałem, żyjemy w czasach, umożliwiających nam różnorodny kontakt z bliźnim. O ironio, zdarza się, że preferencje względem jakiejś formy, prowadzą do aberracji, kiedy dwie osoby w tym samym pokoju wysyłają sobie sms-y. Z jednej strony człowiek czuje potrzebę łączności, pragnie spotkania z innym człowiekiem, a z drugiej tak opacznie wykorzystuje nadarzające się po temu okazje.

            Bywa, że gdy człowiek ostatecznie zmuszony jest zostać w domu, doskwiera mu nie tylko brak żywego kontaktu z innymi ludźmi, ale w ogóle brak kontaktu z zewnętrzem. Mózg przyzwyczajony jest do pewnej dawki codziennych bodźców, w dodatku nie tylko w odpowiedniej ilości, ale też ze stosownych źródeł. Kto przywykł często odwiedzać kawiarnię, albo spacerować po parku, odwiedzać galerię handlową, lub pływać na basenie – temu będzie brakowało dość konkretnych wrażeń zmysłowych. Przebywanie wśród czterech tych samych ścian szybko zaczyna go męczyć. Rzadko jednak stawia sobie wtedy ambitniejsze zadania, aby przeczytać coś interesującego, doszkolić się, nadrobić zaległości w ważnych sprawach. Częściej sięga po to, co najprostsze. Internet, telewizja, smartfon, gry komputerowe niejednokrotnie stanowią świetny pochłaniacz nadmiaru czasu i wypełniacz poczucia wewnętrznej pustki.

            Niektórzy dobrowolnie, albo i bezwolnie zamykają się w tym świecie na co dzień. I tym znacznie łatwiej poprzestać na takiej aktywności. Reszta początkowo znajduje w tym ukojenie, ale jeśli ten substytut jej nie wciągnie, to zaspokojenie nie trwa długo. Szkoda, że jedni i drudzy zabijają czas, zamiast go sensownie wykorzystywać. Nie można, co oczywiste, odmawiać sobie wszelkiej rozrywki, pseudoaktywnego wypoczynku, relaksu, a nawet próżnowania. Chodzi tylko o zachowanie umiaru, o odpowiednie proporcje, o to, czy prócz pustej zabawy, zdolni jesteśmy do szukania czegoś budującego i rozwijającego nas samych.

***

            Psychologowie dają wskazówki, jak spożytkować czas, który nieoczekiwanie trafił się nam w prezencie, albo który dotąd marnowaliśmy. Można by sądzić, że gdy jest się samemu to skierowanie uwagi na siebie, poznanie swej wewnętrznej natury, rozszyfrowanie prawdziwych pragnień i zadbanie o własny rozwój, że to wszystko w pojedynkę najłatwiej osiągnąć. I faktycznie, obserwacje potwierdzają, że wśród singli jest coraz więcej osób bardziej świadomych siebie, swoich pragnień, emocji, możliwości, aspiracji; nawiązujących bogate relacje, rozwijających ciekawe pasje, pogłębiających duchowość, medytujących, uprawiających jogę, albo rzadkie sporty, częściej korzystających z ofert kulturalnych, mądrze zwiedzających świat. Żyjąc samotnie (albo, jak niektórzy wolą mówić: samodzielnie) mają ten luksus, iż nikt im w tych działaniach nie przeszkadza, ani nie próbuje pomagać zgodnie ze swoim, a nie ich wyobrażeniem.

            Można jednak, nawet w takiej sytuacji, jak rodzina z opisanego wcześniej szlacheckiego dworku, wypracować metody, dzięki którym wyizolujemy się od cudzych wpływów. Nie jest to proste, gdyż w zamkniętej przestrzeni, szczególnie jeśli nie ma osobnego pomieszczenia na swój azyl, szybko dochodzi do konfliktu interesów. A jeżeli familia jest zgodna, to z kolei wiele spraw próbuje wzajemnie konsultować, idąc na nie zawsze miłe kompromisy. Bo kiedy za każdym razem wszyscy uzgadniają, o której rano wstają i krzątają się po domu, co razem zjedzą, jaką temperaturę ustawią, jaka muzyka lub stacja radiowa będzie rozbrzmiewać w ciągu dnia, co obejrzą wieczorem w telewizji, itp. – stanie się to frustrujące. Kompromisy niestety oznaczają zgodę na jakąś stratę, ograniczenie swobody i… doskonalenie cnoty wyrozumiałości. Zbyt częste ustępstwa mogą jednak rodzić niechęć do pozostałych domowników.

            Jeśli jednak jest możliwe, aby znaleźć w trakcie dnia czas wyłącznie dla siebie, należy z tego skorzystać. Jedną z ważniejszych rzeczy jest uważność i doświadczanie swojego życia na własnej skórze. Bycie na bieżąco, tu i teraz, jakkolwiek niejasno to brzmi, tak po prawdzie polega na nie rozpraszaniu się. Pogoń za dobrami materialnymi, używki i nałogi, trywialna telewizja, zatopienie w social-mediach, czy zakotwiczenie myśli w pracy, oddala od przeżywania obecnej chwili. Dobrze jest znaleźć odrobinę ciszy, choćby kwadrans; niekiedy może się udać dopiero wieczorem, ale warto. W ciszy lepiej słychać siebie. Można pomyśleć o własnych myślach, oddać się autorefleksji. Na początku przedstawić się sobie, w kolejnych krokach poznawać bliżej.

            Gdy poznajemy nową osobę, chcemy się dowiedzieć, co lubi, czym się zajmuje, jakie ma wartości, talenty, hobby, upodobania i plany, co jest jej atutem, co słabością. To często decyduje, czy obdarzamy ją sympatią i chcemy z nią przebywać, czy wręcz przeciwnie. Jeśli więc mamy trudność by wytrzymać sam na sam ze swoim „ja” to chyba warto – w podobny sposób – poznać siebie i znaleźć odpowiedź: dlaczego. A następnie, wiedząc nad czym trzeba popracować, zająć się tym i w rezultacie pokochać siebie. Rzecz jasna nie o narcyzm tu idzie, lecz akceptację siebie, afirmację, życie w zgodzie z sobą.

            Podobno, kto wie kim jest, kto odkryje w sobie tą pierwszą prawdziwą cząstkę, już ma coś autentycznego do zaoferowania. Im lepiej rozumie siebie i zachodzące w nim procesy, tym łatwiej zrozumie innych – a to prawie empatia. Cisza i bezruch wydobywają to, co wartościowego ma się w głębi. Dają okazję wejrzenia i wsłuchania w siebie. No, czasem pozwalają wypełznąć demonom, ale dzięki temu można się z nimi zmierzyć, gdyż demaskuje się ukrytego wroga. A jeśli nawet zobaczymy coś niezbyt pięknego, usłyszymy w wewnętrznym głosie coś przykrego, to także ma wartość, bo jest prawdą o nas. Dostrzeżenie swoich słabości, popełnionych błędów, zaprzepaszczonych szans, czegoś uczy. O ile to możliwe, należy sobie wybaczyć i mądrzejszym zbliżać się ku szczęściu. Dopiero poznanie siebie czyni znośniejszym przebywanie z sobą. Czyż nie jest tak, że wobec obcych czujemy niepewność, ostrożność, potrzebę dystansu, a częstokroć strach? Dlatego nie sposób mieć do siebie zaufanie, rozluźnić się i poczuć dobrze z samym sobą, dopóki „ja” jest kimś obcym. Potrzeba jednak na te zabiegi chwili odosobnienia, mentalnego stanięcia obok pędzących wydarzeń.

            Pomaga to również uświadomić sobie, w jakim kierunku się zmierza. Ocenić, co jest najważniejsze, co się chce jeszcze osiągnąć, ile jesteśmy gotowi poświęcić temu czasu i wysiłku. Im zaś częściej dokonuje się wewnętrznego wglądu, tym większe szanse bycia na bieżąco z sobą i własnymi potrzebami. Aktualizacja priorytetów i korekta planów mogą ustrzec przed zapędzeniem się w ślepą uliczkę, marnowaniem energii i innych swoich zasobów. Wielu ludzi, w obliczu śmierci żałuje, że brakło im odwagi, aby prowadzić inne życie. Szkoda, że uświadomienie sobie tego, na jakim życiu im zależało, przyszło za późno.

            Niebagatelną moc posiada modlitwa. Można znaleźć opowieści ludzi wielce wiekowych, jak istotna była dlań sfera duchowa w życiu. Okazuje się, że jednym z patentów na długowieczność jest właśnie umiejętność zatrzymania się w codziennym biegu i skupienia na modlitwie. Kontakt z transcendencją, rozmowa z Bogiem, chwila wyciszenia – to pozwala zaprowadzić wewnętrzny ład, a nierzadko również uporządkować to, co zewnętrzne. Wiara daje siłę i inspirację. Umacnia w moralnych postanowieniach, kształtuje charakter. Bywa też źródłem szczęścia i usensownia życie. Coś mi mówi, że niezłym sposobem na osiągnięcie podobnych rezultatów będzie dla niektórych medytacja. Praktykujący jedno i drugie mówią zgodnie: warto!

            Człowiek to nie tylko psychika, intelekt, czy duchowość; to również ciało, które jest podstawowym elementem łączącym nas z zewnętrzem. Wyposażeni w zmysły odbieramy bodźce z otoczenia. Dzięki ciału namacalnie potwierdzamy swoją obecność w kontaktach. W dobie pandemii zatem nie sposób nie wspomnieć o doglądaniu zdrowia. Słaba forma fizyczna, niezdrowy tryb życia, ale i nonszalanckie narażanie się na choroby, niosą negatywne skutki. A kiedy ciało odmawia posłuszeństwa, to cierpienie zagłusza i utrudnia myślenie o sobie w innych kategoriach, niż fizyczne. Choroba odciąga uwagę od ciekawszych spraw, dehumanizuje, rodzi frustracje, czasem zwątpienie. Zaburza albo uniemożliwia relacje z otoczeniem. Miłość własna oraz dbanie o siebie nie jest w tym przypadku egoizmem, a rozsądną troską. Jak widać, należy szanować siebie pod różnymi względami. Zbudowanie udanej relacji z samym sobą to połowa sukcesu w budowaniu dobrych relacji z innymi.

***

            A na czym budować relacje z ludźmi? Niektórzy twierdzą, że na szczerości. To dość ryzykowna rada, zwłaszcza wobec obcych. Ale w gronie rodziny może się sprawdzić, bo najbliższym krewnym można zaufać. Przynajmniej dobrze by było tak móc. Obranie roli skrytego, lub tajemniczego wydaje się atrakcyjne i bezpieczne. Gdy nikt nie wie, jacy naprawdę jesteśmy, co myślimy i przeżywamy, ma mniej danych, aby skutecznie nas zranić lub wykorzystać. Trzeba jednak założyć, iż nie każdy ma wobec nas taki zamiar. Jasne, że o pewnych sprawach nikomu nie powiemy, lecz im więcej ukrywamy, tym częściej zmuszamy innych, żeby domyślali, jak jest. A nie każdy jest mistrzem dedukcji. Powstanie więc sporo błędnych wyobrażeń na nasz temat, dojdzie do nieporozumień i często przykrych konsekwencji.

            Autentyczna miłość i głęboka przyjaźń wydają się niemożliwe bez szczerych zwierzeń, dzielenia się sekretami, wyznawania uczuć. Kto się otwiera budzi zaufanie i ośmiela drugą stronę do otwartości. Kto wobec najbliższych przyjmuje postawę obronną traci okazję do poczucia więzi i jedności, pozbawia siebie radości płynącej z dzielenia się sobą. W zamian tworzy barierę i wiedzie samotną egzystencję pośród ludzi, którzy mogliby – lepiej go znając i rozumiejąc – odwdzięczyć się bliskością. Kiedy więc już ktoś pozna siebie, powinien, co najmniej częściowo, tą wiedzą się podzielić. Inaczej może roztrwonić swój wysiłek, gdyż alienując się od rodziny i przyjaciół, skrywając siebie przed nimi, ryzykuje, że sam dla siebie na powrót zostanie nieznajomym. A bliscy poczują się odepchnięci, odrzuceni, wykluczeni z pełnego udziału w jego życiu.

            Naturalnie – wszystko w rozsądnych granicach. Podobnie jak nadmierna skrytość jest zła, również przesadna wylewność potrafi zaszkodzić. A słuchacza zaskoczyć. Gdy nieoczekiwanie spotka się ze wielkim pakietem danych wrażliwych, szczegółowym biogramem, drobiazgowym opisem osobistych doświadczeń, emocji, intymnych detali, może poczuć skrępowanie, zrazić się i nie udźwignąć roli powiernika. Ważne jest opanowanie umiejętnego, wyważonego gospodarowania szczerością. Nie należy mówić wszystkim wszystkiego. Niemniej otwartość jest wskazana, bo buduje i pogłębia więzi międzyludzkie. Wobec najbliższych jesteśmy wręcz moralnie zobowiązani do uczciwości. Wiąże się to czasem z powiedzeniem też przykrej prawdy, wyrażeniem kontrowersyjnej (niemniej swojej własnej) opinii, przyznaniem się do uczuć i myśli, których nikt się nie spodziewał. Warto pamiętać, że skrywanie, bądź tłumienie spontanicznych uczuć, zamykanie się w emocjonalnej klatce nie jest też po prostu zdrowe.

***

            Niezwykłe to będą święta. Ale niezwykły jest już obecny czas. Może warto rozważyć takie jego wykorzystanie, które przyniesie osobisty pożytek, lub poprawi relacje w gronie epidemicznych więźniów. Po to właściwie zebrałem powyższe rady i informacje, po to dzielę się refleksjami. Zawsze dobrze jest podjąć próbę, aby poznać, wzbogacić i polubić siebie, a także otworzyć się na innych, prowokując ich do podobnego kroku. Znaleźliśmy się w świecie izolatek, ale mamy szansę przekuć to na spory zysk. Sytuacja wymusza zrezygnowanie ze spotkań i zgromadzeń, lecz uznajmy to za formę poświęcenia dla dobra bliźnich. Potraktujmy, jako test wytrwałości. Łamanie ogólnie przyjętych reguł to nie tylko przejaw egoizmu, nieodpowiedzialności, brawury i głupoty, lecz także realna groźba obciążenia swojego sumienia czyjąś śmiercią. Pomyślmy nie tylko o swoim komforcie. Zdajmy pozytywnie sprawdzian z człowieczeństwa.

Niegdyś trudne czasy kształtowały szlachetne charaktery; i dziś możemy swoją postawą zaświadczyć o sile ducha. A kto ma Boga w sercu, ten nie potrzebuje wszystkich około świątecznych elementów tradycji. Na pewno nie po to, by wartościowo i głęboko przeżyć wielkanocny czas. Może nawet w dużo bardziej szczególny sposób. Zdrowych Świąt!

Kłaniam, Martinus

           

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XL – czyli jak Platon został kobietą

Zbliża się pierwszy poniedziałek miesiąca, toteż spotkanie Pogadalni odbędzie się w formule kawiarenki filozoficznej. Jako że kalendarz sytuuje w pobliżu Dzień Kobiet, postanowiłem na swój sposób refleksyjnie to uwzględnić.

***

Wszystkich – bez wyjątku – którzy zetknęli się z dziełami Platona, wielce raduje to, że powstały i zachowały się do naszych czasów. Jednych dlatego, że podziwiają, bądź podzielają ów tok myślenia – innych dlatego, że mają twarde dowody przeciwko autorowi. A przynależy on do tych szczęśliwców (lub pechowców – w zależności kto ocenia), których dorobek zachował się właściwie w komplecie. Ba, zostało po nim nawet więcej tekstów, niż sam napisał. Pomyślmy jednak, co by było, gdyby całą spuściznę po tym filozofie stanowiło tylko jedno zdanie. Coś jak: Carpe diem Horacego – albo Heraklitowe: Panta rhei. Gdyby ostał się wyłącznie jeden wers i może trochę ogólnych relacji o Platonie w zapiskach innych postaci historycznych, które znały tego myśliciela i słyszały o jego wydumanych ideach.

Trafiłem na jedno takie zdanie, że gdyby to właśnie ono było wszystkim, co przetrwało po Platonie, malowałby się dość ciekawy obraz jego filozofii. Z wypowiedzi tej, jakkolwiek krótkiej można wyciągnąć szereg zaskakujących wniosków. I żeby było ciekawiej, od nich zacznę, nie zdradzając cytatu, jaki mnie ku nim sprowokował. Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXIX – czyli rozbłyski rzeczywistości

            Odnoszę wrażenie, że większość ludzi, jeśli już się zastanawia nad wyglądem świata, to wyznaje przekonanie, że świat jest w ciągłym procesie, że stale ulega zmianom. Co światlejsi zaś powołują się na zasadę entropii i dostrzegają we wszechświecie pęd w stronę nieładu – więcej! ku autodestrukcji. Fakt, wszechświat po Wielkim Wybuchu wciąż się rozszerza, słońca gasną, czarne dziury połykają materię, światło i czas. Kłopot z tą wizją polega na tym, że trudno wytłumaczyć, dlaczego – mimo ogólnej tendencji do rozpadu i chaosu – udaje się naturze i człowiekowi budować coś, coraz bardziej złożonego i skomplikowanego, coraz bardziej uporządkowanego i stabilnego, a przy tym dokonywać rozwoju… Podstawą wyjaśnienia jest wysiłek, czyli energia wkładana w tworzenie ładu na jednym polu, kosztem wzrostu entropii gdzie indziej – ale to już inny temat.

            Mało kto uważa, że świat należy traktować, jako utworzony, gotowy, ostatecznie ukształtowany (choć można było takie poglądy spotkać wśród zwolenników kreacjonizmu). Niemniej trudno spotkać kogoś, kto uznaje świat, jako ukończone dzieło, w które człowiek tylko jakoś ingeruje: twórczo, bądź destrukcyjnie. Że jest to konstrukcja, jaką otrzymaliśmy w pewnym, konkretnym stanie. I przy tak krótkim czasie, jaki wyznacza ludzkie życie – ba! ludzka obecność w dziejach planety, czy kosmosu – można by uznać, że prawie nic się w owym wszechświecie nie zmieniło.

***

            A może jest jeszcze inaczej. Może tak naprawdę świat się nie zmienia, nie przetwarza starych form w nowe, nie dąży do nowej (choćby i gorszej) postaci. Lecz w każdej jednej chwili osiąga kształt taki, jaki na tą chwilę miał przybrać. Jest więc czymś innym, niż świat przed chwilą, i ten za chwilę. Jest krótkotrwałą wersją rzeczywistości, która bezpowrotnie ginie, zastępowana przez inną wersję, w innej konfiguracji elementów składowych. Za moment zaś przybierze świeżą, odmienną formę, niemniej taką, jaka jest mu na ten wycinek czasoprzestrzeni przypisana. Czytaj dalej

5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXVIII – czyli szkodliwa prawda

Na najbliższym spotkaniu w formule filozoficznej kawiarenki tematem będzie nie tyle prawda, co rzeczywistość.

***

Nie tak dawno (bo inaczej bym nie pamiętał), w jakimś filmie padła mniej więcej taka kwestia: Powiedz prawdę. Prawda wszystko zmieni. Ponieważ film wydawał mi się jednym z tych mądrych, to jakoś uderzyły mnie te słowa. I wzbudziły wewnętrzny sprzeciw.

Prawda niczego nie zmienia. Co najwyżej odsłania. A sama, jako taka nie zmienia rzeczywistości, bo prawda jest rzeczywistością. Jest faktycznym stanem rzeczy. Dopiero poznanie prawdy przez człowieka, czyli zdobycie wiedzy na temat faktów, może coś zmienić. Pod warunkiem, wszelako, iż człowiek jakoś na to odkrycie zareaguje. Dopiero reakcje mogą mieć wpływ na bieg spraw, ba, na rzeczywistość. I wówczas inna rzeczywistość, będzie inną prawdą o świecie.

Nie przeceniałbym jednak na tym polu roli prawdy. Przyjęcie nieprawdy, fałszywych informacji, zmanipulowanej wiedzy, również może coś zmienić. Gdyż tak samo wywołuje określone reakcje. I chyba dzieje się tak o wiele częściej, niżeli w przypadku czystej prawdy. Kuriozalne jest to, że kłamstwo potrafi zmienić obraz rzeczywistości – zatem i prawda na temat świata ulega modyfikacji. A dostęp do kłamstw jest dużo łatwiejszy. Zwłaszcza jeśli przyjąć, że prawda jest tylko jedna, a kłamstw można nawymyślać wiele. Sądzę, że miał rację Georges Braque, stwierdzając: Prawda istnieje. Wymyśla się tylko kłamstwo. Należy jednak pamiętać, iż to wymyślanie kłamstw zawsze wypływa z jakiejś potrzeby. Raczej nie kłamie się bez powodu, zwykle kłamstwo jest pewną tarczą, zasłoną dymną, odwróceniem uwagi lub skupieniem jej na sobie; generalnie służy czyjemuś zyskowi.

***

Od początku, czego ludzie nie wiedzieli, to sobie dopowiadali i uzupełniali domysłami. A w razie konieczności świadomie wtykali w luki różne banialuki. Ich pobratymcy zaś, z czystego wygodnictwa przyjmowali te informacje i zadowalali się nimi. Bo Czasami ludzie potkną się o prawdę. Ale prostują się i idą dalej, jakby nic się nie stało – co wytykał Winston Churchill. Tylko nieliczni poszukiwali prawdy, a ewentualne porażki nie wielu martwiły. Nieznajomość prawdy, lub pełnej prawdy, nie przeszkadzała ludzkości rozwijać się, doskonalić, tworzyć obok szpetnych także piękne rzeczy. Półprawdy, fałsze, wypaczenia i oszustwa nawarstwiały się latami, oblepiły nasz świat tłustym kożuchem, a my cieszymy się, że nam ciepło. I co w tym złego? Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Odrobina grafomanii na święta

Swoim zwyczajem dzielę się drobną refleksją na świąteczny czas ;D

Szkoda czasu i atłasu

Zacznę od anegdoty z epoki stanisławowskiej. Tuż po koronacji Stanisław August Poniatowski przyjmował gratulacje od znamienitych gości, dostojników i dworzan. Wśród zgromadzonych nie brakowało artystów, gdyż jako oczytany i obyty koneser sztuki, otaczał swoim mecenatem różnych twórców. Wiedziano, że darzył ich szczególnymi względami a poniektórych to i w czwartki na obiadach dokarmiał.

https://i0.wp.com/upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/7/71/Marcello_Bacciarelli_-_Portret_Stanis%C5%82awa_Augusta_z_klepsydr%C4%85.jpg?resize=300%2C398&ssl=1

Marcello Bacciarelli: Portret Stanisława Augusta Poniatowskiego z klepsydrą

Ośmielił się zatem podejść do króla pewien poecina i wręczyć wiersz, wychwalający nowego władcę – utwór własnoręcznie spisany na drogocennym, białym atłasie, sprowadzonym z dalekiej Persji. Panegiryk, krótko mówiąc był słaby i choć Poniatowski wdzięcznie go przyjął, pozwolił sobie na sarkastyczną recenzję, mówiąc: „Szkoda czasu i atłasu, byś się wdzierał do Parnasu”. Tym sposobem wierszokleta i pochlebca przeszedł do historii… anonimowo. Jako jeden z twórców tak dalece wierzących w swój talent, że uwieczniających swe dzieła na kosztownym materiale, podczas gdy nie są warte nawet poświęconego im czasu i wysiłku. To niemal definicja grafomanii. Bo jak określić sytuację, w której ktoś przecenia własne prace i wielbi je, nawet w obliczu rzeczowej krytyki.

Niezdrowy sentyment do elukubracji

Tkwi jednak w wielu ludziach jakieś trudno wytłumaczalne przywiązanie do tego, co zrobili, co zbudowali, powołali do istnienia. Niekoniecznie musi to być dzieło sztuki, czy okupiony wysiłkiem wytwór rzemiosła. Czasem wystarczy jakieś drobne rękodzieło, lub hobbystyczna praca, coś zgoła niepozornego, co jednak potrafi obudzić tą szczególną świadomość autorstwa. I nierzadko pojawia się trudność nabrania chłodnego dystansu do tej własnej twórczości. Czytaj dalej

4/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXVII – czyli życie w nieznanym świecie

Znów pierwszy poniedziałek miesiąca zgromadzi nas na spotkaniu w formule filozoficznej kawiarenki.

Czego oko nie widzi, tego sercu nie żal. Innymi słowy, jeżeli nie mamy świadomości swojej straty (lub czyjegoś zysku) łatwiej nam to znieść. Ale to poczucie nie musi dotyczyć prywatnej własności. Bywa, że chodzi o pewne dobra wspólne, jakiejś społeczności, narodu, a nawet ogólnoludzkie. Gdy na przykład bezcennemu dziełu sztuki grozi zniszczenie czujemy żal. Nierzadko, aby podkreślić, jak coś jest wartościowe, mówimy, że bez tego świat by zubożał. A przecież…

W obecnej chwili na pewno też jest uboższy o coś, co uległo zniszczeniu, bądź przekształceniu zanim się narodziliśmy. Uboższy o rzeczy, jakie mogłyby istnieć, gdybyśmy byli nieco inni. Gdybyśmy w toku dziejów wybrali inną drogę i dzięki temu stworzyli dzieła o wiele wspanialsze, niż te, które znamy. Rzecz w tym, że po prostu o tym nie wiemy, a dzięki temu nam nie żal. Warto nadmienić jeszcze o jednym: wiedząc o czymś wyjątkowym, co już przepadło, zupełnie nieźle sobie z tą świadomością radzimy.

Cudów nie ma

Weźmy taki zestaw 7 cudów świata – akurat antycznego, ale co to szkodzi (wykaz sporządził grecki poeta Antypater z Sydonu). Świątynię Artemidy w Efezie i posąg Zeusa w Olimpii unicestwiły pożary; mauzoleum w Halikarnasie, wiszące ogrody Semiramidy, kolosa Rodyjskiego i latarnię morską na Faros zniszczyły trzęsienia ziemi. Do dziś przetrwała tylko piramida Cheopsa w Gizie; o pozostałych mamy jedynie wzmianki, przekazy, rysunki.

Niby świat jest przez to uboższy, a przecież doskonale układamy sobie życie bez nich. Wielu ludzi nawet nie wie, że kiedyś te wspaniałości istniały, więc w ogóle nie znajduje powodów by żałować, iż nie można ich zobaczyć. Cieszą się tym, co zastali, jako dostępne. I Egipcjanie też się cieszą – tak na marginesie paradoksu: bo najdłużej trzyma się budowla postawiona na piasku, wbrew biblijnej nauce, by budować na skale. Czytaj dalej

5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXVI – czyli dwa światy

Najbliższe spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki poświęcimy w pewnym sensie zaświatom. Dopiero co przeżywaliśmy dzień Wszystkich Świętych i Zaduszki, więc pozwólmy sobie na małą kontynuację klimatu zadumy. Owszem, mało to filozoficzne, ale przecież wolno czasem pokusić się o refleksję nieco innej natury.

W świetle znicza

Jedni idąc nad groby bliskich jedynie oddają cześć ich pamięci, tak jak czynimy to pod pomnikami i tablicami pamiątkowymi. Być może najdzie poniektórych refleksja nad własnym losem, zastanowią się jak to będzie, gdy ktoś ich szczątki złoży pod granitową płytą. Może zadadzą sobie pytanie, kto będzie zapalał znicze i przez ile pokoleń będą ważni dla potomnych. Inni idąc na cmentarz pielęgnują nie tylko pamięć o pochowanych, ale też wiarę w to, że ich dusze są nieśmiertelne i czekają na spotkanie po tamtej stronie.

Niektórzy twierdzą, że czują obecność duchów. Dopuszczam możliwość takiej wrażliwości zmysłów, która pozwala tego doświadczyć. Ja pod tym względem mam zmysły stępione, aczkolwiek pamiętam, że kiedyś śniła mi się zmarła osoba, która złapała mnie mocno za ramię i obudziłem się, wyraźnie czując ucisk na ciele. Być może to tylko ułuda, a może właśnie sen jest kanałem, poprzez który oba światy nawiązują łączność ze sobą. W końcu sen to brat śmierci, jak napisał Mickiewicz – zresztą powtarzając po Homerze, mówiącym o bliźniaczym pokrewieństwie obu stanów.

Wrota snów

Kto wie, może z duchami jest tak, że kiedy zasypiamy i śnimy, to odwiedzamy ich świat. Rządzą tam inne prawa fizyki, inne prawa logiki, inne pojęcie sensu. Jednakowoż znajdujemy w tym świecie odbicie naszego, nie stroniącego od uniesień, seksu, przemocy, bezsilności, zachwytu, radości i smutku. W sennych realiach wszystko jest do pomyślenia, żaden absurd nie budzi zdumienia, irracjonalne zdarzenia traktuje się jak coś naturalnego. A spotkania ze zmarłymi nie wywołują zdziwienia, czy zaskoczenia – choć mogą przestraszyć.

I kto wie, może kiedy z kolei duchy śpią, to poprzez swoje sny trafiają do naszego świata. Z obszaru bezcielesnej nieważkości, przez wrota marzeń sennych, opuszczają na chwilę ów świat pozbawiony sensu, logiki i praw. Tą drogą, nierzadko dają się dojrzeć żywym ludziom, albo przynajmniej pozwalają odczuć swoją wśród nas obecność. Stąd niezliczone świadectwa osób nawiedzonych. Czytaj dalej

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXXV – czyli FILOZOFIA BEZ DNA

Okres wakacyjnej przerwy trafił do obszaru mniej lub bardziej życzliwej pamięci. Powracają więc spotkania Pogadalni, a zaczniemy od filozoficznej kawiarenki, bo wszakże pierwszy poniedziałek miesiąca w tej formule to nasza tradycja. Poniższy tekst napisałem jakieś dwa, trzy lata temu i gnił sobie na twardym dysku, bo nie miałem przekonania, czy komukolwiek go pokazać. Prawdę mówiąc – nadal nie mam. Ale pojawił się pretekst (o czym na końcu) toteż zaryzykowałem 🙂

***

Człowiekowi wydaje się, że jest jedyną kontemplującą istotą w świecie. A ponieważ nie ma z kim tego mniemania skonsultować i zweryfikować, to staje się ono silnym przekonaniem, aż w końcu zostaje uznane za pewnik. A słusznie?

Czy tylko człowiek filozofuje? Póki co, nie rozpoznaliśmy tej umiejętności u nikogo innego. Niemniej jednak, czy skoro człowiek nie zna innych bytów filozofujących to znaczy, że ich nie ma? Czy oznacza to co najwyżej, że nie ma ich w znanym mu świecie? Niewykluczone, iż takowe są, tylko człowiek jest zbyt ograniczony, by to rozpoznać i stwierdzić.

Bez względu na stan faktyczny, przyjmijmy tedy, iż wśród znanych nam żywych stworzeń człowiek jest jedynym bytem filozofującym. No właśnie: wśród żywych… Czy możliwe jest, żeby sztuczna inteligencja – nad którą człek pracuje – z czasem pokusiła się o refleksję? Czy mędrcem może być maszyna, czy też potrzebne jest do tego DNA. Bo może konieczna, a przynajmniej przydatna jest biologiczna cielesność, unerwiona i wypełniona hormonami, obdarzona w zmysły i czująca, podatna na bodźce, skłonna do fantazjowania, wrażliwa na piękno, zdolna do złego, ulegająca popędom…

Czy wystarczy, że maszyna zdobędzie unikalny zestaw doświadczeń, ażeby stała się indywidualnością. Wszak zacznie wtedy różnić się od innych maszyn. Z drugiej strony, jeżeli będzie podpinać się do sieci, może dzielić doświadczenia z innymi, wymieniać i uzupełniać dane, a tym samym pod względem wiedzy poziom wszystkich urządzeń będzie jednakowy. Dzięki temu o swoich rozterkach będziemy mogli pogadać równie dobrze ze smartfonem, telewizorem jak i lodówką. Czytaj dalej

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Chrześcijaństwo dla czterdziestolatków czyli mocna riposta na śmieszny tekst o brodzie

 

Koledze Houndowi udało się mnie poruszyć. Poruszył, trochę rozbawił ale też zasmucił mnie jego wpis pt. Brodaty Chryst. Poczułem niemal namacalnie smutek jaki kryje się gdzieś za żartobliwą formułą tekstu i zrobiło mi się żal (autora, samego siebie, Ukrzyżowanego?)  Ukrzyżowany nagi młody mężczyzna jest, jak gdzieś zauważył Jung, archetypem współczesnego Europejczyka. Nosimy w sobie Ukrzyżowanego, nolens volens. Każdy myślący człowiek jest świadom cierpienia jakie niesie życie i szanuje heroizm tych, którzy pomimo bólu zachowują wysokie standardy i poczucie odpowiedzialności za innych. Kiedy autor pisze „chłopak z Nazaretu” też, moim zdaniem, na swój sposób wyraża tę bliskość. Nazarejczyk jest mu bliski – Hound przyjmuje tu maskę cynika aby poruszy tych, którzy, jak powiada nie potrafią wymienić imion ewangelistów.  I udało mu się. Wytrącił mnie niedzielnego chrześcijanina z równowagi, pisząc o Jezusie „lekkomyślny przywódca”. Nie chodzi nawet o samo sformułowanie, ale o ton, w jakim pisze o najważniejszej historii tej konkretnej dwunogiej nieopierzonej istoty jaka chodziła po tej planecie. Przemawiając z pozycji współczesnego człowieka rozumu, znawcy ludzkiej historii i filozofa,  umieszcza Jezusa w gliniastej dziurze brodatych Nozarejczyków. Zanim wrócimy do wątku historycznego, warto wspomnieć coś o stylu Martina  Hounda, aby nie uznał, że nie zrozumiałem jego intencji. Wiem, że ze zmieniania pozycji retorycznych uczynił on  sztukę. Kiedy przechodzi na pozycje znawcy, świadomie wywołuje dreszcze u widowni. Celem tej operacji jest poruszenie słuchaczy, wyrwanie ich z intelektualnego marazmu, twórczy zamęt, wywołanie inspirującej dyskusji. Taki retoryczny cynizm. Marcin Hound, badając starożytne teksty odkrył to retoryczne narzędzie przez niektórych cyników stosowane i sam niekiedy ze swadą z niego korzysta. Pisząc o Jezusie, dotyka jednak obszaru, gdzie nie można już się zasłaniać retoryką. Dlatego pytam:  Czy przywdziewanie maski cynika to to samo, co bycie cynikiem? No i, co było przyczyną mojego smutku, gdzie autor schował swój krzyż, pisząc tak lekko o tym najsłynniejszym? Tak lekko, że aż ja poczułem ciężar swojego, czytając jego tekst.

Dwa dni temu wróciłem z Asyżu. Oglądałem freski Giotta w bazylice św. Franciszka. Na jednym z nich, Franciszek stoi nagi w obecności władz państwowych i kościelnych. Tu wychodzi cały jego cynizm antyczny. Miał w nosie, co sobie o nim pomyślą, bo czuł, że żyje. Czuł się wolny. Czytaj dalej

4.67/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Brodaty Chryst  –  Medytacje nad brodą wtóre

Jankowi Sarnie

Jakiś czas temu, łapiąc się brody filozoficznej (zob. pierwszą część wpisu) próbowałem pokazać, w jaki sposób szczeć (nie jest to bezokolicznik, to nie miałoby sensu) na brodzie filozofa pomaga odróżnić ludzi uczciwych od tych, którzy postanowili poświęcić się szerzeniu epistemologiczno-metafizycznej ściemy. Jeżeli jednak ktoś po wpływem tych rozważań postanowiłby ściąć brodziszcze, to byłby to czyn pochopny, bo, jak się okazuje, włochaty avatar może posłużyć do wielu pożytecznych celów, spośród których uwolnienie się od towarzystwa chrześcijan nie jest najpośledniejszym. Ale zanim o tym…

W tych trudnych pedagogicznie czasach, w których młodzież potrafi nazwać kilkaset rodzajów pokemonów, ale ma trudności z wymienieniem imion czterech ewangelistów, wszytko trzeba wyjaśniać. Do dzieła zatem.

Po pierwsze: Co to jest chrześcijaństwo? Chrześcijaństwo to taka religia, którą wyznaje twoja stara, a która w I i II wieku naszej ery zaczęła szerzyć się na Bliskim Wschodzie, aby roznieść się potem jak wysypka po całym Imperium Romanum. Wszystko zaczęło się od chłopaka z Nazaretu, który podjąwszy wątpliwość co do przyszłych losów swojej ojczyzny i całego świata, przypuścił, że w ciągu kilkunastu najbliższych lat wszystkie ludzkie sprawy znajdą swój pozytywny finał w wielkim kataklizmie, po którym jego ojczysty Bóg, którego imienia nie wolno mu było wymawiać, weźmie sprawy świata w swoje ręce. To przypuszczenie doprowadziło go na sam szczyt kariery przewidzianej dla apokaliptycznego proroka, którą w tamtych nie znających happy endów czasach była egzekucja w malowniczych okolicznościach przyrody na podjerozolimskim pagórku, noszącym uroczą nazwę Czaszka (aram. Gagûltâ).

Po śmierci lekkomyślnego przywódcy młodzi ludzie, który uwierzyli mu na słowo, nie mogąc się pogodzić z przedwczesnym końcem kariery ich guru, wbili sobie do głowy, że ich szef wcale nie umarł, ale że ciągle im towarzyszy i oczekuje od nich, że przejmą od niego misję przepowiadania końca czasów. W tym duchu zaczęli głosić w najbliższym otoczeniu tzw. ewangelię, tj. zbiór opowieści o życiu mistrza, które w ciągu najbliższych kilku stuleci spisane zostały w jakichś czterdziestu wersjach, z których cztery najstarsze uznane zostały później (300 lat później) za jedynie słuszne i godne czytania przed niedzielnym obiadkiem.

Nazorejczyk przy pracy

Co to wszystko ma wspólnego z brodą? Otóż ten lekkomyślny młody człowiek, który sam o tym nie wiedząc rozpoczął rewolucję kulturową, która miała doprowadzić do rozpowszechnienia ideału miłości powszechnej, a także przerwania na 1700 lat tradycji organizowania olimpiad, prawdopodobnie miał brodę i to brodę nie byle jaką: brodę rytualną. Pewnie słyszeliście, że “(…) kazał Piłat wypisać tytuł winy (…), a było napisane: ‘Jezus Nazarejczyk, król Żydów”. W oryginale greckim miało to brzmieć: “Iésús ho Nazóraios ho basileus tón Iúdaión”. Niektórzy przypuszczają, że ta właśnie tabliczka nasunęła postronnym obserwatorom egzekucji pomysł, że Jezus pochodził z Nazaretu, co miało być zasadniczym nieporozumieniem. Uważają oni, że zwrot “Nazóraios” nie oznaczał bowiem nazarejczyka, ale nazorejczyka, tzn. kogoś, kogo w dzieciństwie poświęcono Bogu Izraela (którego imienia nie wolno było wymawiać, ale o którym każdy wiedział, że nazywa się Jahwe). Poświęcenie to oznaczało przede wszystkim zakaz golenia włosów na całym ciele i, jeżeli przypuszczenie to jest poprawne, to musiał ów młody człowiek mieć zaiste brodę godną filozofa. Niektórzy przypuszczają nawet, że on sam był filozofem należącym do tej samej szkoły, z którą związany był ów szydzący z filozofów Lukian, tzn. do szkoły cynickiej. Skąd ten pomysł? Czytaj dalej

2.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2 13