Archiwum kategorii: Wpisy załogi

1 2 9

Coffeelosophy XXVII – czyli głupi to ma szczęście

Stali bywalcy, jak też część niestałych, kojarzą pierwszy poniedziałek miesiąca z Pogadalnią w konwencji filozoficznej kawiarenki. W najbliższy poniedziałek nie spotka ich zaskoczenie. Detale na końcu tegoż wpisu. Zaś wpis tym razem krótki, żeby nikt sobie nie pomyślał, iż o głupocie mam wiele do powiedzenia. Choć i o szczęściu zbyt wiele nie mam.

Wprawdzie Sokrates oficjalnie sugerował, że drogę ku szczęściu wskazać może sumienie…

Wielu ludzi przez całe życie poszukuje właściwej drogi do szczęścia i nie starcza im żywota, aby ją odnaleźć. Wszak lepiej by zrobili, gdyby od razu poszli i zapytali się własnego sumienia, dokąd dalej powinni podążać.

… jednak podejrzewam, że to tylko mydlenie oczu. Prawdziwą drogę – no, powiedzmy ścieżynę – dostrzegał gdzie indziej. I przy każdej okazji utrudniał innym podążanie po niej. Jak wiemy, Sokrates upierał się przy tym, że nic nie wie. Sądzę, iż zaklinał w ten sposób rzeczywistość, aby zbliżyć się do osiągnięcia szczęścia.

W piosence Wielka woda Agnieszka Osiecka napisała: nie daj mi Boże, broń Boże, skosztować tak zwanej życiowej mądrości. Święte słowa! Mądrość – zwłaszcza ta życiowa – wypływa z doświadczenia. A nikt nie lubi być doświadczonym przez życie, lub los. Kto więcej wie o świecie i życiu, najprawdopodobniej zna też więcej ciemnych stron tychże. Ta świadomość utrudnia beztroskie odczuwanie szczęścia. I tu pozytywną rolę może odegrać pewna forma głupoty.

          Alegoria głupoty. Quentin Massys

Pisarz i poeta, Anatole France najwyraźniej doszedł do podobnego wniosku, zauważywszy, iż: Człowiek nigdy nie jest szczęśliwy inaczej niż za cenę pewnej ignorancji. Ktoś, komu powiedzielibyśmy: jak ty nic nie wiesz o świecie / o życiu / o ludziach (niepotrzebne skreślić) – pewnie dzięki tej niewiedzy jest szczęśliwszy i ma mniej życiowych dylematów, rozterek i niektórych trosk. Zapewne mamy gdzieś w głowie wyobrażenie „wioskowego głupka”, który szwenda się po okolicy, skupia na trawce lub listku, godzinami gapi w kałużę, nie dba o wygląd i cudze docinki, za to z byle czego się ucieszy, niewiele rozumie, ale żyje w zadziwiającej harmonii ze światem, jest infantylny, prostolinijny i naiwny – a jednakowoż, jakoś w tym wszystkim szczęśliwy. Ponoć wiele osób, które urodziły się z zespołem Downa wykazuje radosną otwartość na otaczającą rzeczywistość; są ufne, pogodne, wrażliwe, nieświadome zagrożeń czyhających w świecie. Promieniują dziwną energią. Być może to właśnie szczęście. Osiągalne jedynie przy okazji pewnych niedostatków umysłowych.

Kto zaś dostrzega w świecie rozliczne niuanse, zauważa rozbieżności, widzi różne drogi i warianty, miota się w wyborach, rozważa alternatywne konsekwencje, temu o szczęście znacznie trudniej. Inny pisarz, Siegfried Lenz, podsumował to słowami: Szczęście to wolność od sprzeczności.

          Alegoria szczęścia wg Agnolo Bronzino

Trzeba jednak uczciwie wspomnieć, że głupota ma różne oblicza. Nie tylko jowialne, dobrotliwe i przyjazne. Czasem widać ją po kimś, kto ignorancję pokrywa pewnością siebie, a nawet bezczelnością. Nieraz jest świadom swej niewiedzy i tuszuje braki sarkazmem, częściej jednak ma przekonanie o swej nieomylności i wyższości. Przed tą głupotą kroczy pycha. Brakuje takiemu wrażliwości, bawi go cudza krzywda. Nie dba o innych, jest beztroski, aczkolwiek ów lekkoduch intuicyjnie zabiega o własną korzyść, a to szukając dla siebie uznania, potwierdzenia lepszej pozycji, a to czyniąc umizgi do osób wpływowych. To go czyni szczęśliwym. Do takiego indywiduum pasuje porada Gustava Flauberta (jeszcze jeden pisarz): Aby osiągnąć szczęście, trzeba spełnić trzy warunki: być imbecylem, być egoistą i cieszyć się dobrym zdrowiem. Jeśli jednak nie spełnicie pierwszego warunku, wszystko jest stracone.

W obliczu powyższych słów dziwnie zabrzmią następne. Ponieważ ludzie to istoty myślące (wiem, odważne uogólnienie), to przez sam fakt intensywnego używania rozumu, skazują się na oddalenie od szczęśliwości. Powiem więcej, nie są predestynowani do osiągnięcia szczęścia. Zafundowała nam to ewolucja i rozwój intelektualny; gdybyśmy pozostali prości (i prostoduszni), lub wręcz bardziej zwierzęcy, to pewnie czulibyśmy się szczęśliwsi. Sam Immanuel Kant powiedział, że Gdyby przyroda przeznaczyła człowieka do szczęścia, nie dałaby mu rozumu.

Rozum i myślenie stoją tu więc na przeszkodzie. Ale nie tylko to. Paradoksalnie, im częściej uwagę kierujemy na zagadnienie szczęścia, tym gorzej na tym wychodzimy. Nierzadko pewnym ratunkiem jest nawał zajęć, uniemożliwiających jakiekolwiek refleksyjne ekscesy. Poświęcanie czasu na rozważania o własnym szczęściu, wcale ku niemu nie przybliża. Potwierdzają to słowa filozofującego Bernarda Shawa: Wielu ludzi jest nieszczęśliwych jedynie dlatego, że mają czas, aby zastanowić się nad tym, czy są szczęśliwi, czy też nie. Czyli człowiek zabiegany, którego ci mniej zabiegani uważają za nieszczęśliwego, w zasadzie ma o tyle lepiej, iż nie zdąży uświadomić sobie, w jak niefortunnym jest położeniu.

Wypadałoby zatem, zamiast szczęścia życzyć sobie chóralnie głupoty. Żeby móc powiedzieć: wiemy, że nic nie wiemy. A i przywołany Sokrates nieco straci w naszych oczach, gdy przypomnimy sobie, jak obnażał głupotę i niewiedzę bliźnich. Przybliżał ich do mądrości, a przynajmniej do zrozumienia pewnych spraw. Tym samym wprowadzał zamęt w ich egzystencji i oddalał intelektualnych delikwentów od dotychczasowego poczucia szczęścia. Czyż to nie wygląda na zazdrość, lub nawet zawiść? Nic tylko cykutą takiego, cykutą!

Pozytywka kadrZapraszamy 5 listopada o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: szczęśliwa głupota. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i rozważyć, czy rację miał pisarz i filozof Horst Wolfram Geissler rzucając: Lepiej być szczęśliwym głupcem niż nieszczęśliwym mędrcem. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

 

4.75/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Emocje asekuracją rozumu

Od razu przyznaję się, bez bicia, że próbuję dotknąć tematu, o którym mam skąpe pojęcie. Liczę, iż odezwie się ktoś w nim obeznany – niechby i nawet z oburzeniem. Chodzi mianowicie o emocje.

Na początek dygresja z pogranicza oczywistości (wrogom dygresji wolno ten akapit pominąć). Zdrowy człowiek ma do dyspozycji pięć zmysłów. Uważa się, że wzrok i słuch są najważniejszymi, za pomocą których odbieramy świat. Czy też zwróciliście uwagę na to, że tylko pozostałymi coś czujemy? Czujemy zapach, czujemy smak, no i dotyk, a w obrębie tego zmysłu temperaturę, wilgoć, fakturę, twardość itd. Zdaję sobie sprawę, iż w kontekście zmysłów mówienie, że coś się czuje, może być jedynie utartym zwrotem frazeologicznym. Można go zastąpić innym, np. odbieram zapach, rozpoznaję smak, doświadczam dotyku. Jednak to, że używamy słowa: czuję, lub wyczuwam musiało się przecież skądś wziąć. Dlaczego więc najważniejszymi zmysłami nie czujemy?

Nie o takim czuciu jednak chciałbym tutaj napomknąć. Chodzi mi bowiem o uczucia, jakie przeżywamy, a w szczególności o emocje. Niemniej warto pamiętać, że wiele emocji bywa reakcją na bodźce przekazane właśnie przez nasze zmysły. Piękny krajobraz o zachodzie słońca, nieznośny hałas o świcie, woń zepsutej ryby, słodycz wykwintnego deseru, lub muśnięcie skóry jedwabnym szalem… to może obudzić różnorakie emocje. Zbliżmy się jednak do tego, czym chcę się zająć. Tytuł sugeruje pewne oddziaływanie sfery uczuciowej na sferę racjonalną. Zanim przejdę do moich refleksji, pozwolę sobie o czymś wspomnieć.

Z tego, co mi wiadomo – filozofowie (zwłaszcza najdawniejsi) byli raczej niezadowoleni z tego, iż ludzie (a więc oni też) posiadają emocje, afekty i namiętności. Najchętniej, dla niezakłóconej swobody myślenia, wyrugowaliby je doszczętnie. Zdawali sobie jednak sprawę, iż to niemożliwe. Zalecali zatem panowanie nad emocjami, a czasem podpowiadali, jak. Siłą rozumu, rzecz jasna. Taki, przykładowo, Demokryt sformułował taką oto paralelę: sztuka lekarska leczy choroby ciała, a mądrość uwalnia duszę od namiętności. Zasadniczo, nawet jeśli mędrcy zgadzali się, że uczucia to część naszej natury, to sytuowali emocje w kontrze do rozumu. Rozumowi zaś przypisywali rolę przewodnią i nadrzędną. No dobrze, nie wszyscy. Ciekawostka: znalazłem gdzieś informację, że David Hume wychwalał emocjonalną sferę człowieka i to jej przyznawał zwierzchność – stwierdził bowiem: Rozum jest i winien być tylko niewolnikiem uczuć i nie może mieć nigdy roszczenia do innej funkcji niż do tego, żeby uczuciom służyć posłusznie. Wymienił, jak widać, władcę na tronie, lecz nie zlikwidował opozycji obu sfer.

Tymczasem filozof i wybitny specjalista od emocji, Ronald de Sousa dowodził, iż biegunowe ustawianie emocji i rozumu, a szczególnie uważanie emocji za irracjonalne jest przesadnym uproszczeniem i nie broni się w świetle współczesnych badań.

Strefa uczuć

W potocznym i poetyckim języku, siedzibą uczuć jest serce. O takiej lokalizacji zdecydowało zapewne jego silniejsze bicie w chwilach emocjonalnego rozpalenia. A co na to prozaiczna wiedza medyczna? Dwa obszary mózgu odpowiadają za zdolność wyrażania uczuć, mianowicie pień mózgu i układ limbiczny, który oplata pierścieniem górną część wspomnianego pnia. Tam rodzą się uczucia, po czym wpływają na ludzkie zachowania, a także fizyczne (cielesne) reakcje towarzyszące, np. palpitacje serca, rumieniec, ucisk w żołądku, szum w uszach, sparaliżowanie, słabość, rozszerzenie źrenic, drżenie rąk itp.

Jest jeszcze jeden obszar mózgu związany z uczuciami: ciało migdałowate. W nim przechowywana jest pamięć emocjonalna człowieka i ma ono duży wpływ na inteligencję emocjonalną, czyli to, jak wygląda znajomość i rozpoznawanie własnych emocji, motywowanie i kierowanie się nimi, nawiązywanie związków uczuciowych z innymi ludźmi itd.

Okazuje się przy tym, iż ze względu na różnice w budowie mózgu u obu płci, odmiennie prezentuje się chociażby intensywność emocji. U kobiet lewa i prawa półkula mózgowa są lepiej połączone (skomunikowane), przez co pozytywne uczucia przeżywają silniej i szybciej, niż mężczyźni. U mężczyzn gorsze połączenie lewej, racjonalnej i logicznie myślącej półkuli z prawą, zajmującą się emocjami – skutkuje skłonnością do wybuchów emocji, których nie zdołano na czas ogarnąć racjonalną kontrolą. Coś w ten deseń zauważył swego czasu Fryderyk Nietzsche: Jednakie u mężczyzny i kobiety uczucia różnią się przecież w tempie: dlatego nieporozumienia między mężczyzną a kobietą nie ustają.

Co czuje człowiek

Kto myślał, że już wyłożę swoje, temu chwała, iż myślał, choć się mylił. Postanowiłem bowiem wcześniej skrótowo przedstawić, co targa człowiekiem. A miotają nim procesy emocjonalne o różnym charakterze. Względna zgoda panuje co do tego, iż emocje nadają jakość ludzkiemu poznaniu i działaniu, wartościują czyny, przedmioty, zjawiska, nas samych i innych ludzi. Określają przy tym znaczenie tego, co owe emocje wywołuje. Jedne są pierwotne i odnoszą się do niższych, podstawowych potrzeb biologicznych; drugie są wtórne, o charakterze społecznym i odnoszą się do wyższych wartości i wiedzy. Jednakowoż nazwy, które odnoszą się do sfery uczuć, a których w języku potocznym często używa się zamiennie, traktuje jak synonimy, w rzeczywistości psychologicznej bywają klasyfikowane jako odrębne pojęcia o innej zawartości. Na czym polegają różnice?

Uczucia. Wyrażają i odzwierciedlają stosunek człowieka do pewnych zdarzeń, ludzi, rzeczy w otaczającym świecie. Uczucia są interpretacją emocji, dokonywaną w oparciu o zakodowane w pamięci doświadczenia i wzorce kulturowe, które narzucają ocenę sytuacji. Tą samą emocję można różnie rozumieć. Skok adrenaliny, szybsze tętno oraz pobudzenie układu nerwowego będziemy interpretować jako panikę, lęk, strach lub obawę zależnie od nasilenia emocji i rozpoznania wywołujących ją bodźców. Rozpoznanie emocji, jako określonego uczucia wiąże się z nadaniem jej odpowiedniego znaczenia (połączeniem z konkretnym pojęciem), a to uruchamia skojarzenia o wydźwięku kulturowym i może motywować do stosownych działań. Dodajmy jeszcze słowo o uczuciach wyższych; zalicza się doń uczucia moralne (etyczne), intelektualne i estetyczne.

Afekty. Przeważnie są to uczucia nagłe, gwałtowne, wywołane silnymi bodźcami zewnętrznymi. Znajdziemy wśród nich radość, rozpacz, gniew, strach itp. Wyrażają się wespół z wyraźnymi reakcjami fizjologicznymi i ograniczają racjonalność czynów. To głównie wobec tych uczuć żywili niechęć starożytni mędrcy.

Emocje. Nazywane też stanami afektywnymi, są zazwyczaj skutkiem jakiegoś zdarzenia. Uczucia to mocne, ale stosunkowo nietrwałe; czasem nawet nieświadome. Posiadają silne zabarwienie i wyraźną wartość: pobudzenie pozytywne lub negatywne. Emocje pozytywne skłaniają do podtrzymania wywołujących je działań lub kontaktu z czymś, co je budzi – chyba, że wymagałoby to trudu, poświęcenia, albo ryzyka. Emocje negatywne zaś (co zrozumiałe) prowokują do ukrócenia kontaktu z ich źródłem. Wyjątkiem są sytuacje, gdy zagrożona jest samoocena człowieka, wówczas potrafi on ponawiać kontakt z czymś, co budzi nieprzyjemne uczucia, bo chce osiągnąć pewien ważniejszy od tego cel. Bywają także ambiwalentne uczucia, jednocześnie pozytywne i negatywne (jak u człowieka, którego zła teściowa roztrzaskała się w jego nowym aucie). Takiemu rozdarciu towarzyszą niejednoznaczne zachowania, powolne i niekonsekwentne działania i nierzadko zaburzenia funkcji narządów wewnętrznych. Ogólnie rzecz biorąc, emocje mają trzy składniki: wyraz mimiki, pobudzenie fizjologiczne i subiektywne doznanie.

Nastroje. Mają mniejsze nasilenie, spokojny przebieg i trwają dłużej niż emocje. Za przykłady można tu wymienić: smutek i wesołość, zadowolenie i irytację, niepokój i dobrostan wewnętrzny, tęsknotę oraz uczucie samotności.

Namiętności. Inaczej mówiąc stałe ciągoty do przeżywania pewnych nastrojów i afektów w związku z określonymi celami człowieka. Namiętności cechuje duża siła pobudzająca. Wytyczają kierunek myślom, pamięci i innym procesom psychicznym. Typowe dla młodego wieku, z biegiem czasu na ogół słabną.

Sentymenty. Takie postawy emocjonalne, które odnoszą się do trwałych sympatii, tudzież antypatii, kiedy cały czas czegoś nie lubimy, przez całe lata coś cieszy się naszym upodobaniem, lub zawsze coś nam smakuje.

Co to ja chciałem powiedzieć

Wszystko powyższe napisałem na końcu, w myśl zasady, że wstęp pisze się jako ostatni. I ucieszyło mnie, iż to, co znajdziecie poniżej, wydaje się z tym nie kolidować (aczkolwiek dopuszczam taką ewentualność). O czym to ja miałem… aha.

Wśród wielu działań, jakie podejmujemy, są i takie, w związku z którymi pojawiają się pewne uczucia. I tu pierwsze pytanie: czy emocje są skutkiem działań? Skoro nie towarzyszą każdej czynności, a nawet przy tych samych czynnościach raz występują, innym razem nie, to być może nie zachodzi zależność między czynem a uczuciem.

Czy jest może tak, że dopiero kiedy rozum oceni czyny, lub sytuacje np. jako dobre lub złe, zabawne, lub smutne to wówczas włączają się adekwatne emocje? W efekcie tego, iż pojęliśmy, co się stało i jaką to ma wartość, mózg dokonawszy tej analizy, uruchamia naszą chemiczną maszynerię emocji. Toby oznaczało, że odczucia są efektem tego, cośmy pomyśleli, lub co zdążył przeanalizować nasz rozum. Nawet wtedy, gdy odbyło się to tak błyskawicznie, że wręcz bez udziału naszego świadomego procesu myślowego. Czyż nie zdarza się nam, iż wskutek myślenia o czymś, budzimy określone emocje: smutek, radość, gniew, dumę itp.?

Jednakowoż bywa, iż coś dzieje się gwałtownie, lub sami działamy szybko, niejako automatycznie. I nie uruchamiając jeszcze rozumu, już coś czujemy. Po czym, dopiero w związku z tym uczuciem stwierdzamy, iż chyba zrobiliśmy coś złego, bądź stało się coś wesołego. W takim przypadku to uczucia stanowią swoisty probierz. Czyli rozsądek, umysłowa weryfikacja i klasyfikacja czynu okazują się następstwem silnych emocji, bez których być może o takie zastanowienie byśmy się nie pokusili. To musiałoby oznaczać, że uczucia są pierwotne, a rozum wtórny. Pod względem ewolucyjnym wydaje się to zasadne. Zwierzęta na pewno posiadają emocje, a niekoniecznie wykształciły zdolność do rozumowej oceny zajść i zachowań. Zatem należałoby przyjąć, że ocena np. naszego działania jest genetycznie zakodowana w sferze emocjonalnej, trochę jak mechanizm chemiczny, służący dobru gatunku, albo osobnika.

Czasami działamy w efekcie emocji, pod wpływem wzburzenia, zauroczenia, rozpaczy, tudzież euforii. Czy skoro emocja spowodowała późniejszy czyn, oznacza to, że nie zawsze  poprzedza on uczucie? Raczej nie. Gdyż uczucia, które nas pobudzają do działania, pojawiają się jako efekt, lub w związku z czymś, co się zdarzyło, nadal się dzieje, albo ma się stać. Jest więc jakaś sytuacja, na którą reagujemy emocjonalnie (i nie ważne, czy po analizie rozumowej, czy przed, czy bez). A w wyniku tych uczuć robimy coś, co znowu można poddać zdroworozsądkowej analizie i później jakoś przeżywać emocjonalnie.

A może jednak emocje są czymś funkcjonującym obok racjonalności, niezależnie, jakby dodatkowo. Przykładowo: rozsądek nie potrafi rozstrzygnąć czy zrobiliśmy, albo dzieje się coś złego. Jeśli brak nam pewności, lub przekonania, to wówczas emocje mogą wzmacniać i potwierdzać przypuszczenia rozumu. Co natomiast, gdy ani rozum, ani intuicja niczego nie podpowiadają? Wtedy przynajmniej uczucia nas asekurują przy ocenie sytuacji.

PS

Doczytałem, że wymieniony wyżej Ronald de Sousa uważał, iż emocje sprzyjają racjonalnemu myśleniu oraz działaniu, wspierając optymalne funkcjonowanie ludzi. Z kolei Jerzy Vetulani głosił, że: Emocje wyewoluowały po to, byśmy mogli szybko i bez zastanowienia podejmować decyzje w sytuacjach, w których nie ma czasu na namysł. Doszukałem się w tym potwierdzenia moich refleksji i było to dla mnie jak komplement, aż się wzruszyłem. Ale nie będę się nad tym rozwodził, bo – jako rzekł Voltaire: Im bardziej mnie coś wzrusza, tym trudniej mi to wyrazić.

Kłaniam, Martinus

4.8/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXVI – czyli złudna prolongacja młodości

            Akademickie wakacje pokrywa cień przeszłości, a to niechybny znak, iż powracają spotkania Pogadalni. Najbliższe wypadnie w pierwszy poniedziałek miesiąca, zatem przyjmie formułę filozoficznej kawiarenki. Proponuję pogadać o walce ze skutkami upływu czasu.

            Nie będzie chyba zbyt ryzykownym oszacowanie, iż wizja dostąpienia wieczności lub przynajmniej długowieczności pociąga większość ludzi. Rozsądniejsza część z nich dostrzega również wagę tego, by nie tylko żyć jak najdłużej, lecz aby odpowiednia była jakość życia. Z filozoficznego punktu widzenia (choć z moralnego, etycznego, religijnego, społecznego, psychologicznego także) życie zyskuje na jakości, gdy zbliżamy się do dobra. Idąc tym tropem, sam Platon ze zrozumieniem traktował pożądanie nieśmiertelności, wnioskując, iż: […] musi człowiek i nieśmiertelności pragnąć, jeżeli przedmiotem miłości jest wieczne posiadanie dobra.

            Warto w tym miejscu poczynić drobne rozróżnienia. Czym innym jest bycie wiecznym (tą zdolność posiada Absolut i anioły oraz ponoć ludzka dusza), czym innym jest nieśmiertelność (której doświadczył szkocki góral Connor MacLeod i niektóre wampiry, zresztą pod pewnymi warunkami), a czym innym jest długowieczność (osiągana np. przez żółwie) związana z wolniejszym starzeniem się ciała.

Trzy grosze od nauki i pseudonauki

            Mało interesująca wydaje się perspektywa dożycia starości i pozostania w takim stanie na wieki. Dlatego marzeniem wielu ludzi jest, by wiecznie zachować młodość. Póki co, człowiek czyni starania, aby młodość przedłużyć. Naukowcy wiedzą, że za starzenie się odpowiadają telomery (część chromosomu na jego końcu), które po każdym podziale komórki skracają się. Badacze szukają więc sposobów, aby je odbudować. W częściowej odbudowie pomaga enzym o nazwie telomeraza. Zrobiono doświadczenie na myszach; wstrzyknięto im zmodyfikowany wirus, który wbudował się w komórki gryzoni, dzięki czemu zaczęły produkować telomerazę i tym samym przedłużać życie. Inni zaś naukowcy potwierdzili, że pewien roślinny czynnik z korzenia traganka (od kilkuset lat w medycynie chińskiej) również działa pobudzająco na telomerazę; i ich myszy też żyły dłużej. To nie jedyne pomysły. Na zdrowie i przedłużenie życia wpływa tlenek azotu. Jest jeszcze witamina młodości, czyli witamina E. Podobnie wymienia się koenzym Q10 i selen. Istnieje w końcu (rzekomo skuteczny) tybetański eliksir młodości. Tymczasem pewien lekarz, psycholog i chemik (Alexander Mitscherlich) zauważył z nutą przestrogi: Wielu chce żyć i nie starzeć się, a w rzeczywistości starzeją się i nie żyją.

            Rzecz jasna nie tylko chemia ma być pomocna. Znane i stosowane są tzw. Rytuały Tybetańskie, czyli zestaw specjalnych pięciu ćwiczeń, których codzienne wykonywanie odmładza wygląd i przedłuża sprawność fizyczną. Najpierw jednak trzeba przyjąć, że w ciele ludzkim znajduje się siedem ośrodków energii, zwanych czakrami. Owe pięć ćwiczeń wspomaga bowiem prawidłowe funkcjonowanie czakr, co przekłada się na odpowiedni poziom energii organizmu i jego witalność. Wypada wspomnieć o innych praktykach azjatów: wytwarzanie kosmetyków z takich naturalnych składników, jak bambus, perły, miłorząb, jad węży, śluz ślimaków. Picie zielonej herbaty, a unikanie zimnych, gazowanych napojów. Poza tym zdrowa dieta z naciskiem na potrawy gotowane miast smażonych i pieczonych oraz rzadkie zaglądanie do kieliszka. Do tego zażywanie masaży i wystrzeganie się nadmiernej ekspozycji na słońce.

W świecie wyobraźni

            Wszystko to po to, aby przedłużyć młodość. Aczkolwiek docelowo ludzie pragną cieszyć się młodością wieczną. Pisarz José Carlos Somoza powiedział: Wiecznie młodzi pozostają tylko ci, którzy umierają młodo. Jednak ludzka wyobraźnia znalazła dla jego słów alternatywę. W filmie „Wyścig z czasem” pokazano społeczeństwo, w którym każdy rozwija się fizycznie do 25 lat, a potem, jeśli go stać, może żyć tysiące lat w ciele dwudziestopięciolatka. Równie młodo zatem wygląda mama, babcia, prababcia, czy syn, wnuk albo dorosły prawnuk. Ludzie nie są nieśmiertelni, mogą zginąć w wyniku wypadku lub przestępstwa. Jednak ostrożność i majętność zmniejszają ryzyko. Walutą w tym świecie jest czas. Kto go nie ma zostaje uśmiercony, mimo iż fizycznie jest w pełni sprawnym, ale nie odbiegajmy od tematu.

            Czy spełnienie takiego marzenia o wiecznej młodości byłoby korzystne? To chyba zależy właśnie od tego, czy wieczna młodość byłaby przypadłością jednostki lub jakiejś części ludzi, czy ogarnęłaby wszystkich. Forever young? W pierwszym odruchu myślowym wydaje się to więcej niż zadowalające; życie w dobrej kondycji fizycznej, z zachowaniem atrakcyjnej powierzchowności, bez zmarszczek i dolegliwości podeszłego wieku… Intuicja podpowiada, ba! krzyczy: TAK!

Dla wybrańców czy powszechnie

            Jeśli jednak dotyczyłoby to tylko części ludzi, ktoś mógłby ocenić ich egzystencję za uboższą. Nigdy bowiem nie doświadczyliby tego, co niesie ze sobą podeszły wiek. Nie rozumieliby starszych ludzi, ich problemów, ich postrzegania rzeczywistości, nie poznaliby sensu niektórych refleksji dostępnych tylko w pewnym wieku, nie doceniliby szeregu wartości, innych radości niż te z okresu młodzieńczego, nie pojęliby swoistego dystansu do życia, przy jednoczesnym wyjątkowym szanowaniu go i celebracji każdego nowego dnia, myśleliby innymi kategoriami tak, jak dzisiejsi dwudziesto-, czy trzydziestolatkowie. Co więcej, nawet nie mieliby szansy na poznanie kiedyś tego wszystkiego. Gdyby więc tak komuś się udało, byłby skazany na życie, które nie osiągnie takiej pełni, jak w przypadku osób normalnie się starzejących. Pytanie: ilu z nas byłoby zainteresowanych doświadczeniem tej pełni? Wiele wskazuje na to, że chętniej wybraliśmy uboższą za to dłuższą młodość.

            Autorzy książek i filmów, których bohater jest długowieczny lub nieśmiertelny, zwykle odmalowują jego los, jako uciążliwy i nie do pozazdroszczenia. Głównie dlatego, że wikła się w zażyłe relacje ze zwykłymi śmiertelnikami, którzy umierają w swoim tempie, pozostawiając po sobie smutek, ból, poczucie straty… Jest w tym pewnie trochę prawdy, ale też chyba kryje się za tym próba pocieszenia nas i przekonania, że nie mamy czego zazdrościć. Tymczasem Mircea Eliade zdaje się mieć receptę na wytrzymanie wieczności:   Długowieczność staje się znośna, a nawet interesująca, tylko wtedy, gdy wpierw opanujemy umiejętność cieszenia się najprostszymi rzeczami. Do takiej umiejętności trzeba jednak dorosnąć, dojrzeć, a wcześniej swoje przeżyć.

            Trudno mi orzec, czy podobną maksymą kierowali się legendarni poszukiwacze źródła wiecznej młodości, albo studni z wodą życia. Przeważnie znajdowała się ona w trudno dostępnych krainach, pilnie strzeżonych przez potwory albo jakowe bóstwa, niemniej warto było ją zdobyć, gdyż ożywia, leczy i czyni nieśmiertelnym. Według niektórych kielich z ostatniej wieczerzy Jezusa i apostołów miał moc uzdrawiania i przedłużania życia. Choć sam Chrystus miał co innego na myśli, mówiąc o życiu wiecznym. W pamiętnej scenie przy studni Jakuba powiedział przybyłej tam Samarytance: Każdy, kto pije tę wodę, znów będzie pragnął. Kto zaś będzie pił wodę, którą Ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki, lecz woda, którą Ja mu dam, stanie się w nim źródłem wody wytryskającej ku życiu wiecznemu. Nie można tego traktować dosłownie, lecz jako przenośnię. Ale jakkolwiek by było, jego pojęcie życia wiecznego niestety obejmuje czas po śmierci.

            Zapewne inaczej oceniano by ewentualność wiecznej młodości, wiedząc, że dotknie całą populację. Każdy miałby tak samo krótki okres poznawania zmian cielesności. Pojęcie starości nie odnosiłoby się do nikogo, lub oznaczałoby stan dajmy na to 25 lat, w którym zmiany fizyczne zatrzymują się na zawsze. Sytuacja taka pozwalałaby jeszcze bardziej redukować przyrost naturalny, bo straty demograficzne byłyby skutkiem tylko wypadków, chorób, samobójstw i zbrodni. A po jakimś czasie głównie nieszczęśliwych wypadków.

Co z duchem?

            Jak na razie osiągnięcie wiecznej młodości ciała – choć bardzo się do tego zbliżamy – jest niemożliwe. Za to wiele osób twierdzi, że mimo dobrych kilku krzyżyków na karku, wciąż są młodzi duchem. Tylko, czy to w ogóle możliwe? Moim zdaniem tylko w młodym ciele, młody duch. Duchowość dziecka jest inna, niż młodzieńcza, a ta inna niż osoby dojrzałej oraz starej. Zmiany ciała nie postępują sobie niezależnie, w oderwaniu od sfery ducha. To, jak zmieniamy się fizycznie, jak zmniejszają się nasze walory estetyczne i możliwości motoryczne, wpływa na ducha. Bo duch odbiera świat i komunikuje się z nim za pośrednictwem naszych zmysłów, osadzonych w fizyczności.

            Poza tym, nie starzejemy się w izolowanym, niezmiennym środowisku. Aby się zestarzeć potrzeba czasu, a w tymże czasie zbieramy coraz to nowe życiowe doświadczenia, dojrzewamy, pogłębiamy mądrość życiową, wchodzimy w nowe role, wzbogacamy się lub ubożejemy duchowo, modyfikujemy postrzeganie wielu rzeczy, rozwijamy lub zaniedbujemy intelekt, rewidujemy poglądy na niektóre sprawy, zmieniamy upodobania i ubrania. Duch nie może zostać niezmiennie młody. Jeśli ktoś wierzy w anioły, to wie, iż są to duchy stworzone przy początku świata. Nie potrafię myśleć o nich inaczej, jak o strasznie starych duchach, które naoglądały się mnóstwa historii, poznały całą masę rzeczy i wciąż uczą się nowych, które wymyśla człowiek. Już samo to, że zmienia się ich stan wiedzy, sprawia, że i one się zmieniają w czasie. Innymi słowy starzeją się, mimo iż pozostają nieśmiertelne. Czemuż by duch człowieczy nie miał się zmieniać i starzeć? Starość zwykle kojarzymy z ograniczeniami fizycznymi; duch im nie podlega. Stary duch nie jest niedołężny. Przez to ulegamy złudzeniu, iż on się nie starzeje. A w nim po prostu nie doszło do zmęczenia materiału, do zużycia materii – bo nie jest z niej zbudowany, a tylko w niej osadzony. Dlatego stare anioły wciąż zachowują pełną sprawność.

Konstatacja…

            … musi być smutna – wieczna młodość jest dla nas nieosiągalna (jeszcze). A jeżeli uda się powstrzymywać procesy starzenia fizycznego, to duch będzie się starzał, bo przybywać nam będzie życiowego bagażu, psychicznych ciężarów, nauki i nauczek. Nie powstrzymamy upływu czasu (choć właściwie chcemy zapobiec tegoż skutkom) i choć się staramy to się starzejemy – ciałem i duchem. Chcemy oszukać czas, niekiedy oszukać wzrok innych ludzi, ale być może jedynie oszukujemy siebie.  Nie zaszkodzi pamiętać o słowach Leonardo da Vinci: Jeśli pojmiesz, że starość ma mądrość za pokarm, pracuj w ten sposób w młodości, by starości twej nie brakło pożywienia. Czy jest to jednak wystarczające motto, by poradzić sobie z dostrzeganymi i odczuwanymi śladami czasu (zwykle w postaci głębokich odcisków bieżnika na ciele)? Jak to jest Waszym zdaniem?

          Pozytywka kadr  Zapraszamy 1 października o godzinie 18:00 do kawiarni Pozytywka, przy ul. Czaplaka 2. Temat brzmi: złudne przedłużanie młodości. Przyjdź porozmawiać, posłuchać, pomyśleć i rozważyć, czy oszukiwanie czasu nie jest tak naprawdę oszukiwaniem siebie. A w pozostałe poniedziałki zapraszamy na spotkania w murach uniwersyteckich.

5/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Wredna młodsza siostra filozofii, czyli medytacje nad brodą

Jankowi Sarnie

Po co komu broda? Po co komu mop na twarzy. Porównanie adekwatne, bo, jak podają amerykańscy naukowcy, przeciętna broda mieści w sobie więcej bakterii niż deska klozetowa na dworcu kolejowym. Po co komu zatem taka kosmata kloaka pod samym nosem?

W dzisiejszych, głęboko niesłusznych czasach broda służy głównie do tego, żeby z ogólnej populacji można było gołym okiem wyłowić baristów i wykładowców filozofii. Ci pierwsi noszą brodę dla tych samych powodów, dla których chadzają do manicurzystek i stosują dietę wegańską: chcą się upodobnić do drwali. Ubrodzenie filozofów stanowi natomiast wyraz szacunku, jakim cieszy się wśród tych pociesznych skądinąd ludzi stara tradycja nakazująca wszystkim, którzy wiedzą czym się różni transcendentność od transcendentalności, zapuszczać Szczecin na szczęce.

Wśród filozofów starożytnych największym fanem brody był Epiktet, który sformułował taką oto pochwałę włochatej twarzy: Czytaj dalej

4.17/5 (6)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Wakacje

Sezon wakacyjny to okres, w którym – zwyczajowo – robimy przerwę i nie odbywają się spotkania Pogadalni. Nie zwalnia to nikogo z myślenia – zwłaszcza zdroworozsądkowego; wszak chcielibyśmy po wakacjach spotkać się w pełnym gronie. Tak więc, nie kozaczyć!

A, choć spotkań w celach filozoficznych nie będzie, to 7 lipca zorganizowany będzie spływ kajakowy – o szczegółach poinformujemy lada dzień 😉 w zakładce “Z życia Stowarzyszenia”

4/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Będzie kino

Kłaniam. Mam trzy uwagi:


UWAGA! W najbliższy poniedziałek (11.06) spotykamy wcześniej, bo o 17:00

UWAGA! Zanim sobie pogadamy, będziemy oglądać film pt. “Bóg przed sądem

UWAGA! Spotykamy się w innej sali, mianowicie nr 106 – czyli tym razem dwa piętra niżej =D

https://i1.wp.com/1.fwcdn.pl/po/33/80/473380/7244726.6.jpg?w=625

Nie mam więcej uwag.

3/5 (2)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXV, czyli kto pierwszy, ten lepszy

W starożytnej Grecji otaczano czcią i pamięcią tylko zwycięskich olimpijczyków. Który golas dobiegł pierwszy, czy w innych dyscyplinach pokonał pozostałych, był bohaterem i niemal idolem. Jego skronie zdobiono wieńcem z liści laurowych. Kto zajął drugie lub dalsze miejsce popadał w niepamięć. Nie było dlań nagród, nie istniał srebrny i brązowy medal, ani choćby listek figowy.

Jeśli dobrze pamiętam, to w Sienie (nawiasem mówiąc, piękne włoskie miasto) odbywają się wyścigi konne wokół głównego placu. Rywalizują reprezentanci poszczególnych dzielnic. Konie galopują po wyświechtanym bruku, ryzykując upadkiem na zakrętach. Gawiedź wrzeszczy, dopingując jeźdźców. Zwycięstwo oznacza chwałę i splendor, aż do kolejnych zawodów. Najgorsze zaś jest nie ostatnie, lecz drugie miejsce, które oznacza dyshonor i niesławę. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXIV, czyli prawo do nieprawomyślności

Najbliższy poniedziałek, jako że pierwszy w miesiącu, będzie okazją do spotkania w formule filozoficznej kawiarenki. Szczegóły poniżej. A co będzie tematem dysputy? Poniekąd prawo i nieprawomyślność. Ponieważ termin „nieprawomyślność” obejmuje szeroki zakres znaczeń, od razu napomknę, iż w tytule chodziło mi o myślenie i postawę niezgodne z obowiązującym prawem. Przyznaję, porywam się z motyką na Słońce, ba! ledwie z małą i złamaną motyczką, gdyż nie mam wykształcenia prawniczego. A to byłoby pomocne w formułowaniu wywodu. Tym chętniej dowiem się od kogoś biegłego w tej materii, jak to właściwie jest…

Przyjęło się, iż przekraczając granicę jakiegoś kraju, zgadzamy się respektować panujące w nim prawo, jakie by nie było. W zasadzie automatycznie mu podlegamy. Jeśli jest to na przykład państwo totalitarne, albo rządzone przez despotę, to mimo powszechnej dezaprobaty (w tym opinii międzynarodowej) i tak musimy przestrzegać tego reżimowego, czy niesprawiedliwego prawa. Jeżeli nie chcemy tego robić, to w zasadzie mamy trzy wyjścia: albo tam nie jechać i uniknąć owego przymusu, albo jechać, złe prawo złamać i ponieść przewidzianą tamtym prawem karę, albo znaleźć skuteczny sposób, by to prawo zmienić. Pierwsze rozwiązanie nas nie interesuje, bo rozważamy problem szanowania złego prawa. Drugie rozwiązanie jest o tyle ciekawe, że za cenę np. własnej wolności, zwrócimy uwagę świata na niesprawiedliwość tego prawa i być może przyczynimy się do zrobienia kroku w kierunku trzeciego rozwiązania, czyli reformy prawa. Najczęściej jednak znajdujemy się w sytuacji, gdy jadąc do takiego kraju, kornie podporządkowujemy się jego złym prawom. No niby chluby to nam raczej nie przynosi, ale co można zrobić; jesteśmy zwykle bezsilni. Czytaj dalej

3.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXIII, czyli afirmacja dystansu

Oto kilka myśli anonsujących temat najbliższego spotkania w formule kawiarenki filozoficznej.

Na początku pytanie, które mogłoby stanowić zagadkę stawianą przez Sfinksa. Co to takiego, co z jednej strony zbliża ludzi, a z drugiej równocześnie potrafi ich od siebie oddalić? Nie wiecie? Odpowiedź brzmi: ciasnota. Ona to zbliża ludzi fizycznie, a jednocześnie może ich odsunąć na gruncie psychicznym, lub duchowym. Wymuszona bliskość często wywołuje tarcia (dosłownie i w przenośni), stwarza dyskomfort, budzi antagonizmy, choćby na tle braku przestrzeni osobistej. A przecież człowiek, podobnie jak wiele zwierząt, ma w naturę wpisaną terytorialność; ustala swoje terytorium i stara się go bronić.

Ciasnota wg Marcina Podolana

Amerykański etolog Edward Hall, obserwując zachowania ludzi, dostrzegł pewną zależność między odległością fizyczną a bliskością emocjonalną. Wyróżnił kilka rodzajów dystansu, które miały te relacje charakteryzować. I tak na przykład dystans publiczny, to odległość powyżej 3,5 metra zachowywana wobec osób publicznych, zwiększająca się powyżej 7,5 metra w stosunku do ważnych osobistości, jak prezydent lub królowa. Nieco mniejszy jest dystans społeczny, który maleje od 3,5 do 1,2 metra. Jest to przestrzeń dla ludzi obcych jak też znajomych, z którymi nie mamy zażylszych kontaktów. W tej odległości załatwiamy również przeróżne sprawy formalne i urzędowe, aczkolwiek bywa on mniejszy, gdy stoimy przy okienku kasy, blacie w urzędzie, ladzie sklepowej itp. Jednak te właśnie przedmioty, które nas odgradzają, wzmacniają psychologiczne poczucie pożądanej odległości. Jeszcze ciaśniej się robi w tzw. dystansie indywidualnym (osobniczym), przeznaczonym dla rodziny, przyjaciół i bliskich znajomych; ta prywatna strefa rozciąga się mniej więcej od 45 do 120 cm. Zaś najbliższa strefa, określana dystansem intymnym (ze strefą dotykową włącznie), zarezerwowana jest dla współmałżonka, partnera, lub dziecka. Czytaj dalej

4.5/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Miałkie sny liberałów, czyli wielkopiątkowy moralitet cyniczny

Św. Augustyn w pierwszej części swojego dzieła pt. O państwie Bożym [De civitate Dei II 20], która to część mogłaby nosić roboczy tytuł: “Skończcie pierdolić, poganie”, opisuje sen o sprawiedliwości, który śni się tym, którzy “napadają na religię chrześcijańską” i którym nie podobają się nowe porządki zaprowadzane na ruinach imperium przez papieży i biskupów. Czego naprawdę chcą ci, którym przeszkadza religia chrześcijańska? Jaki kształt powinno przyjąć świeckie państwo oddzielone od Kościoła?

Byleby — powiadają — istniało, byleby kwitło, w dostatki obfitujące, zwycięstwa sławne, lub, co lepiej, bezpieczne w pokoju. A reszta co nas obchodzi? Owszem na tym nam zależy, żeby u wszystkich wzrastała zamożność wystarczająca i na życie rozrzutne, i na to, iżby każdy możniejszy mógł biedniejszymi zawładnąć. Niech biedacy, aby byli syci, słuchają bogatych i niech pod ich opieką spokojnie siedzą. A bogaci niech wyzyskują biedotę, używając jej do otoczenia swego i do posługiwania w swym przepychu.

Czytaj dalej

4.25/5 (4)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Na święta dość umiarkowanie

Dante, wędrując przez czeluście piekieł, w pewnym momencie trafił na taki obraz:

Widziałem inne męki i męczonych.
Był to krąg trzeci, krąg deszczów ulewnych,
Deszcz jak z upustów spadał otworzonych
Ciężki i chłodny; śnieg zmieszany z gradem

W ciemnym powietrzu szumiał wodospadem,
Ziemia deszcz chłonąc, oddychała czadem.
Cerber tam szczekał swą paszczą troistą
Na duchy, które w ziemię ugrzęzły bagnistą,

A oczy jego świeciły czerwono;
Wełna nań czarna, sam szerokobrzuchy,
Łapy niejedną uzbrojone szponą,
Nimi darł w pasy potępione duchy.

Jak psy pod deszczem potępieńcy wyją,
Zmokłą za siebie obracając szyją,
Kręcą się ciągle w tę i ową stronę,
Tworząc nawzajem z swych boków zasłonę.

Alfonso d’Aragona tak przedstawił trzeci krąg piekielny

             Wszystko to miało miejsce w trzecim kręgu piekła. Spotkany tam niejaki Ciacco (po naszemu Wieprzek) tak tłumaczył Dantemu powód swojej w tym miejscu obecności:

Za chuć obżarstwa niską i nikczemną,
Jak widzisz, leje wieczny deszcz nade mną.
Tu ja niejeden, wszystkie cierpią dusze
Za grzech ten samy też same katusze.

Czytaj dalej

4.33/5 (3)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

Coffeelosophy XXII, czyli ile znaczy zwycięstwo moralne

Znowu zbliża się spotkanie w formule filozoficznej kawiarenki; jak to zwykle w pierwszy poniedziałek miesiąca. Pozwolę sobie zdradzić, czym zajmiemy szare komórki.

Jeśli ktoś poświęci się dla szczytnego celu, w imię wielkich wartości, ale jednakowoż w niczym nie pomoże, niczego nie wskóra, nie zmieni… Czy to ma sens? A z drugiej strony, czy brak spodziewanych, bądź oczekiwanych efektów tego sensu pozbawia? Czy sam akt, samo działanie posiada sens i wartość, zanim jeszcze przyniesie efekty?

“Oblężenie Sparty” prowadzone przez króla Pyrrusa. Odmalował, jak umiał: Baptiste Topino-Lebrun

Motyw a czyn

Nie jest specyfiką dzisiejszych czasów, że ludzi zwykło się oceniać przez pryzmat wartości ich czynów. Jeśli czyn jest chwalebny, to i człowiek zyskuje uznanie. I na odwrót. Jednak nieraz odnoszę wrażenie, iż mówiąc o ocenie czynu, częściej myśli się o skutkach. Nie ładnie jest kraść, bez względu na to, czy kradzież się uda. Ale nie tyle sama czynność jest karygodna, choć też, ile to, do czego prowadzi – czyli pozbawienie kogoś jego własności. Ładnie jest działać charytatywnie, ale przy ocenie istotniejszy jest fakt udzielenia konkretnej pomocy, niż to, jakie wiodły ku temu wysiłki (chociaż te również się docenia). Jeśli ktoś pojedzie kopać studnie do Afryki i wykona sto odwiertów, ale w żadnym nie będzie wody, to nie dostanie nagrody za sam trud. Nagrodzone za to będą wysiłki kogoś, kto wykopie pięć studni, ale z powodzeniem. Co ciekawe, nierzadko na drugi plan schodzą intencje dobroczyńcy, jego prawdziwe myśli i faktyczne podejście do tego, czego dokonał. Czy zrobił to z altruizmu, czy też dla poklasku, ma tu mniejsze znaczenie wobec rzeczywistego wparcia potrzebujących. Czytaj dalej

4.6/5 (5)

Oceń, ilu myślicieli wart jest ten wpis (najedź, kliknij, zatwierdź)

1 2 9